Pójdę twoim śladem - Ryszard Ćwirlej - ebook
Opis

Nagroda Wielkiego Kalibru i Nagroda Czytelników Wielkiego Kalibru 2018!

Wiosna roku 1919. Porucznik Antoni Fischer, weteran armii pruskiej i uczestnik powstania wielkopolskiego, wraca do Poznania. Oddelegowany z frontu powstańczego ma zająć się organizacją i tworzeniem w mieście polskiej policji. Już w kilka godzin po przyjeździe do miasta Fischer staje przed pierwszym w swojej karierze wyzwaniem śledczym.

W budynku dawnej Królewskiej Akademii Niemieckiej, w którym właśnie powstaje Uniwersytet  Poznański, pracownicy natrafiają na powieszone zwłoki nocnego stróża. Wszystko wskazuje na samobójstwo – twierdzi wezwany na miejsce lekarz, więc sprawa powinna zostać czym prędzej zamknięta. Jednak Fischera coś niepokoi. Postanawia przyjrzeć się sprawie dokładniej. Szybko okazuje się, że młody policjant, bez śledczego doświadczenia, musi rozwiązać zagadkę, z którą nie poradziłoby sobie wielu jego starszych kolegów.


Pójdę twoim śladem to czwarta część niezwykle popularnego i nagradzanego cyklu kryminałów, której bohaterem jest komisarz Antoni Fischer. Tym razem Ryszard Ćwirlej odsłania przed czytelnikami tajemnicę pierwszego śledztwa prowadzonego przez poznańskiego policjanta.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 595

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Ryszard Ćwirlej, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktorzy prowadzący: Monika Długa, Szymon Langowski

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Redakcja: Beata Mes

Korekta: Katarzyna Smardzewska | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Borkowska

Zdjęcie na okładce: Mark Owen | Trevillion Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN: 978-83-7976-130-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Prolog

Poznań

Niedziela, 6 kwietnia 1919

Godzina 3.35 w nocy

Odgłos podkutych butów niósł się w górę i odbijał od ścian kamienic rozciągających się wzdłuż północnej pierzei Starego Rynku z jednej strony i krużganków łączących stary i nowy ratusz z drugiej. Przestraszony kot uciekł w popłochu i ukrył się w niedomkniętej bramie kamienicy, w której mieściła się znana w całym mieście oraz ceniona przez towarzystwo śniadalnia i cukiernia „Amazonka”. Mężczyzna w ciemnej marynarskiej kurtce i kapeluszu naciągniętym mocno na głowę wybiegł z ulicy Żydowskiej, przemierzył szeroką połać placu rynkowego i wpadł w bramę wiodącą do przechodzącej za ratuszami wąskiej uliczki. Znalazłszy się w tej ciemnej, przypominającej wąwóz przestrzeni, przystanął na chwilę i rozejrzał się bezradnie, szukając gorączkowo drogi. Wybrał jedno z dwóch najbliższych przejść. Skręcił w lewo w wąską, zabudowaną z dwóch stron niewysokimi kamieniczkami Kurzą Nogę. Był to niewielki zaułek przecinający przestrzeń południowego kwartału domów zapełniających sam środek rynkowego placu. Wewnątrz było ciemniej niż gdziekolwiek indziej na tej obszernej staromiejskiej przestrzeni, więc istniała szansa, że akurat tutaj będzie można spokojnie się ukryć. Uciekinier jednak popełnił błąd. Zamiast wejść w uliczkę po cichu, starając się nie zwracać na siebie uwagi, wbiegł w nią, stukając głośno butami. Hałas natychmiast zwrócił uwagę drzemiącego na progu swojego domu Marcelego Spychały, majstra szewskiego, który niedawno wrócił do domu z gospody „U Okonia” na Mostowej. Wrócił, ale do środka się nie dostał. Kilkanaście minut wcześniej, podszedłszy chwiejnym krokiem do własnych drzwi, zapukał energicznie, jak to na gospodarza przystało, ale dopiero po solidnej chwili wewnątrz dało się słyszeć jakiś ruch. Szewc, mimo że był mocno wstawiony, natychmiast rozpoznał szurające laczkami kroki swojej żony Leokadii.

– A czego tam? – zapytała przez drzwi kobieta.

– Jak czego? – zdziwił się gospodarz. – To ja, twój mąż rodzony, wracam do chaty.

– Łe tej, tytę żeś se sprawił?!

– Leośka, otwierej, pókim dobry!

– Ożeż ty, pijanico chłelerna, zaś żeś się opioł jak jako świnia. A siedźże se na dworze i czekej, aż ci lejta przejdzie.

– Ady, Leośka…

– Ciąg mi stąd, szuszwolu uślomprany – warknęła i zaraz rozległy się jej kroki na schodach, zwiastujące definitywne zakończenie rozmowy. Przynajmniej na razie.

Marceli dobrze znał swoją żonę i wiedział, że dyskusji z nią żadnej nie będzie. Na szczęście nie pierwszy raz wracał opity po nocy do domu. Zawsze było tak samo. Leośka była twarda, ale on był przebiegły i – jak zwykle – przygotowany na taki obrót spraw. Usiadł więc na schodach zadowolony i zza pazuchy swojego grubego wojskowego płaszcza wydobył ćwiartkę wódki stołowej. Zanim żonie przejdzie złość i zrobi się jej żal biedaka siedzącego na zimnie, on spokojnie wypali sobie fajkę i popije wódeczki, którą kupił, wychodząc z gospody.

Ledwo zdążył opróżnić butelczynę, gdy usłyszał dudniące po bruku kroki. Zdziwił się, że są takie szybkie, bo po nocy ludzie chodzili tu zazwyczaj wolno i ostrożnie. Bruk na rynku w Poznaniu za nic nie przypominał tego równego, dobrze zeszlifowanego, jaki położono przed wojną przed cesarskim pałacem na Świętym Marcinie. Bruk był nierówny i obfitował w sporych rozmiarów wyrwy, więc miejscowi dobrze wiedzieli, czym może się skończyć bieganie po takiej powierzchni. Znaczy biegł niemiejscowy, pomyślał Spychała i na wszelki wypadek poderwał się na równe nogi, żeby sprawdzić, co to za jeden lata po jego fyrtlu. Przelazł przez niewysoki, ceglany murek oddzielający jego posesję od uliczki. Tylko stanął na bruku, a już prawie znalazł się na ziemi. Biegnący mężczyzna wpadł na niego jak taran. Marceli stracił równowagę i potoczył się na ogrodzenie. Na szczęście zdążył się go uchwycić.

– Merde! – warknął obcy i już chciał biec dalej, ale przecież poznański szewc miał swój honor i jak kto brzydko się do niego wyrażał, to wiadomo, że takie wyrażanie trzeba było gościowi zaraz wybić z głowy. Chwycił go za kołnierz i przyciągnął do siebie.

– Ja do was z sercem, a wy mnie mordą w ślypia? Mordę to ma pies, a nie porzundny szewc…

Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Potężny cios wylądował na szewskiej szczęce. Głowa poleciała do tyłu, a ciało nagle straciło twarde oparcie na ziemi i runęło w dół.

– Va te faire foutre![1] – warknął mężczyzna i przeskoczył nad rozpłaszczonym na bruku, niezmiernie zdziwionym Marcelim Spychałą, który właśnie zamykał oczy, pogrążając się w błogiej nieświadomości. Pogrążyłby się w niej całkowicie, gdyby nie to, że leżał twarzą w kierunku bramy wychodzącej z Kurzej Nogi na Stary Rynek, tam gdzie dalej otwierała się jasna, bo oświetlona gazowymi latarniami przestrzeń ulicy Wrocławskiej. Ten, który go powalił, pobiegł w tamtym kierunku, ale po kilku krokach zatrzymał się. W bramie stało troje ludzi. Mężczyźni wolnym krokiem ruszyli w kierunku stojącego na środku uliczki i rozglądającego się bezradnie zbiega. Ten stał jeszcze przez moment, zapewne obliczając swoje szanse. Rachunek wypadł niekorzystnie, bo naraz mężczyzna obrócił się i zaczął biec w przeciwną stronę. Nie przebiegł nawet dziesięciu kroków. Mniej więcej w miejscu, w którym leżał pod murem odzyskujący właśnie przytomność Spychała, znowu się zatrzymał. Kolejnych trzech ludzi zbliżało się do niego. Musiał zdać sobie sprawę, że znalazł się w potrzasku.

Marceli nieraz widział bójki na Starym Mieście, jednak zazwyczaj były to walki honorowe, gdzie jeden stawał naprzeciw jednemu, no ewentualnie przeciwko dwóm przeciwnikom. Ale sześciu na jednego to już było niehonorowo. Gdyby miał w sobie trochę siły, powiedziałby im o tych swoich wątpliwościach, ale czy ktoś by go w ogóle słuchał? Pewnie nawet by z nim nie gadali. Bo i o czym tu gadać. Nie dość, że nie pogadają, to jeszcze mordę obiją. Nie miał zamiaru chodzić z obitą twarzą i do tego jeszcze niezbyt przyzwoitym wyglądem straszyć swoich klientów. Musiał więc coś zrobić. Przez sekundę rozważał wszystkie możliwości. Nie było ich wiele, więc sekunda wystarczyła. Szybko jak kot podniósł się i rzucił za ten ceglany murek. Tu był w miarę bezpieczny, ale przede wszystkim niewidoczny dla napastników. Ostrożnie wychylił głowę znad ceglanej krawędzi.

Tych sześciu zbliżało się powoli, a jeden postanowił najwyraźniej stanąć do nierównego pojedynku. Zdjął z głowy kapelusz, a z ramion kurtkę. Rzucił ubranie przez mur wprost na Spychałę, zasłaniając mu widok. Nikt jednak nie zwrócił najmniejszej uwagi na porzuconą garderobę. Uwaga napastników skupiła się na mężczyźnie, który tymczasem wyciągnął, nie wiedzieć skąd, wielki bojowy bagnet i na wpół ugiętych nogach rozglądał się uważnie, czekając na atak. Jego przeciwnicy natychmiast, jak na komendę, wydobyli swoje noże – mniejsze od bagnetu sprężynowce, których używało się tutaj dla załatwiania bandyckich porachunków.

– Łe jery – jęknął szewc Spychała i być może powiedziałby coś jeszcze, gdyby ktoś nie położył mu na ustach wielkiej jak bochen chleba łapy.

– Zawrzyj dziób i zaraz mi ciąg do chaty. Ino migiem! – wysyczała mu do ucha polecenie Leokadia i szarpnęła go za sobą. Szewc chwycił szynel, który spadł tymczasem na ziemię, bo tak już był nauczony, że co raz wpadło w ręce, tego się już nie wypuszczało, i dwoma susami dopadł uchylonych drzwi. Zaraz za nim do domu wtoczyła się wielka jak beczka piwa szewcowa. Kobieta odepchnęła go od drzwi i zamknęła je solidnym kluczem. Spychała jednak nie zamierzał zrezygnować z pasjonującego widowiska. Tym bardziej że akurat księżyc wyszedł zza chmur i oświetlił cały zaułek. Przysunął się więc do niewielkiego okienka, które o dziwo było otwarte. To zapewne przez nie Leokadia obserwowała to, co działo się na zewnątrz, i dzięki temu mogła wkroczyć do akcji w odpowiednim momencie.

Tymczasem krąg napastników zacieśniał się. Przeciwnicy mierzyli się wzajemnie wzrokiem, kalkulując swoje szanse. Tylko ten w środku nie miał czego kalkulować. Mógł się jedynie modlić.

– Tötet doch diesen Ferkel![2] – krzyknął jeden z napastników i ta krótka komenda sprawiła, że wszyscy naraz rzucili się na swoją ofiarę. Nie docenili jednak przeciwnika. Mężczyzna z bagnetem w dłoni jak wytrawny szermierz wykonał niemal podręcznikowy piruet, którego nauczyć się musiał w doskonałej szkole fechtunku. Gdyby miał w dłoniach szpadę, zapewne dosięgnąłby nią wszystkich przeciwników. Bagnet jednak był zbyt krótki. Ostrze rozcięło gardło temu, który odwrócony był plecami do okna Spychały, a temu na lewo od niego rozorało twarz. Obaj natychmiast padli na bruk. Pozostali nożownicy przystanęli, zastanawiając się nad kolejnym ruchem, tymczasem człowiek z bagnetem cofnął się do miejsca, w którym jeszcze niedawno stali ci, których przed momentem wyeliminował z walki. Tyle że nie był to dobry manewr. Za sobą miał on bowiem ceglany murek, który w razie ucieczki musiałby najpierw przeskoczyć, odwracając się bokiem do swoich wrogów.

Znów się pochylił i wyciągnął bagnet przed siebie. Ta poza znów ostudziła zapał nożowników.

– Schlachtet diese Sau![3] – ponaglił znów kamratów ten, który wydawał się liderem grupy, dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna z brodą i podkręconymi wąsami, w meloniku na głowie. Pozostali ruszyli przed siebie, ale z wyraźnym ociąganiem…

Nóż rzucony wprawną dłonią przeciął powietrze. Mężczyzna wypuścił z ręki bagnet i chwycił się za gardło. Po chwili opadł na kolana, charcząc i brocząc z ust krwawą pianą. Żaden z jego prześladowców się nie ruszył. Spokojnie czekali. Widać mieli doświadczenie i dobrze wiedzieli, czym może się skończyć takie widowisko. Gdy w końcu zwalił się na bruk, herszt bandy zbliżył się do leżącego, a pochyliwszy się, wyszarpał z gardła konającego swój nóż. Zakrwawione ostrze wytarł o jego ramię.

– Entledigen sie doch diesen Arschloch![4] – rozkazał, wskazując na swoją ofiarę.

Naraz od strony nowego ratusza dało się słyszeć jakiś tumult, a zaraz potem odgłos podkutych wojskowych butów. Mężczyźni spojrzeli po sobie. Nie było na co czekać. Dwaj pochylili się nad jęczącym cicho, zranionym w twarz kolegą i dźwignęli go. Drugiemu nie byli już w stanie pomóc. Cała piątka szybkim krokiem ruszyła w kierunku bramy prowadzącej w stronę ulicy Wrocławskiej.

Naraz ten w meloniku zatrzymał się i spojrzał tam, gdzie było okienko, z którego całą scenę obserwował uważnie szewc Spychała. Marceli szybko skrył się za ścianą. Czy to możliwe, że ten brodacz dostrzegł go za tym oknem? Gdy wyjrzał po chwili, na uliczce nie było już nikogo. Nie, pocieszył sam siebie, na pewno nie zobaczył. Za ciemno. Nawet kociamber by nie zobaczył, a co dopiero Niemiec?

Zamknął okno akurat w chwili, gdy przy leżących na bruku ciałach zatrzymało się trzech żołnierzy ze Straży Ludowej. Z karabinami gotowymi do strzału rozglądali się uważnie wokół, szukając jakiegoś zagrożenia. Spychała wzruszył ramionami. Niby był świadkiem i mógłby im to i owo opowiedzieć o tym, co się tu wydarzyło. Ale po co? Przecież uczciwy człowiek nie powinien się do niczego mieszać. Zwłaszcza tu, w Poznaniu.

– Chodź już leżeć – zawołała z góry Leokadia.

Widać już jej złość całkowicie przeszła, pomyślał zadowolony szewc i ruszył ostrożnie schodami w górę.

[1] Franc. Spieprzaj, dziadu!

[2] Niem. Zabić to prosię.

[3] Niem. Zarżnąć tego warchlaka.

[4] Niem. Bierzcie tego osła

Rozdział I

Wtorek, 8 kwietnia 1919

Godzina 7.35 rano

Trzydziestoczteroletni mistrz malarski Karol Marciniak zamierzał mieć dziś dobry dzień. Ale jak to mądrzy ludzie powiadają, nic tak nie śmieszy Pana Boga jak ludzkie plany. Co z tego, że chciał szybko skończyć robotę, dobrze płatną, i zaraz potem spotkać się z Pelą Kowalczykową. Z kieszenią wypchaną markami najpierw chciał zabrać pannę do gospody „U Monderka” przy Wielkich Garbarach na kiełbasę na ciepło z wody z kapustą kiszoną i musztardą. A kiełbasa była tam pierwszorzędna, świeża i pachnąca, bo właściciel sam dwa razy w tygodniu szlachtował świniaki i robił wszystkie świńskie specjały na miejscu.

Na myśl o tej kiełbasie Marciniakowi napłynęła ślina do ust. Właściwie to na myśl o kiełbasie i Pelagii, bo po wizycie w wykwintnej jadłodajni zamierzał dziewczynę zabrać na spacer nad Wartę. A na tym spacerze to, kto wie, co się może zdarzyć, tym bardziej że i ona, i on wędlinę zapiją pewnie piwem, a może i gorzołką… No, a jak już tak sobie podjedzą i popiją, to wiadomo, że będzie dobry humor. To znaczy panna zapewne będzie w dobrym nastroju, więc może pozwoli za tyłek się chwycić i jeszcze za co innego. A jak już da się poprowadzić nad Wartę, tam od Chwaliszewa, idąc w stronę mostu Chrobrego… Tyle cudownych rzeczy może się dziś wydarzyć. A panna Pelagia warta była zachodu. Tym bardziej że z gęby jest niczego sobie, myślał coraz bardziej rozmarzony Karol. Do tego miała jasne jak len włosy, które, co szczególnie mu się podobało, skręcała w dwa piękne warkocze wiązane niebieską wstążką. A poza warkoczami… cycki miała wielkie i okrągłe, a i tyłek taki, że było za co złapać. Dość powiedzieć, że wszystko miała na swoim miejscu i ważyła przynajmniej tyle, co on, czyli jakieś siedemdziesiąt kilo, a kto wie, może i jeszcze więcej.

Ale nie tylko wygląd był ważny. Marciniak potrafił docenić też inne walory wybranki swojego serca. Przede wszystkim panna za dużo nie gadała, tak jak te pierduśnice, którym gęby się nie zamykały. Ta najczęściej milczała i słuchała tego, co on miał do powiedzenia. A zapytana o jakąś rzecz, odpowiadała grzecznie i skromnie, że się na tym nie wyznaje i gdzie jej tam co wiedzieć, jak ona się ino na szyciu zna. Bo panna Pela nie dość, że piękna i skromna, to jeszcze miała fach w ręku i pracowała w szwalni u pani Lisowskiej przy Wronieckiej. To wszystko razem oznaczało, że nie dało się lepiej trafić i z kimś takim Karol mógł śmiało planować swoją przyszłość. Ale najpierw trzeba było jeszcze sprawdzić te i owe wypukłości oraz wklęsłości Pelagii, a wiadomo, że najlepiej sprawdza się je na spacerze po dobrym jedzeniu i wypiciu odrobiny czegoś mocniejszego dla większej obustronnej śmiałości.

No więc plany były niezwykle piękne, ale z realizacją wyszło jak zwykle. Tylko nie wiadomo, czy Pan Bóg się roześmiał, choć mógł mieć dodatkowy powód do radości na widok głupiej miny Marciniaka, gdy ten pojął, że dzisiaj nic już nie może się udać. Jego plany diabli wzięli.

Wszystko przez drabinę, którą wczoraj postawił na środku tego niewielkiego pokoju, w którym niedługo miał ponoć zacząć urzędowanie jakiś profesor, co to przyjeżdżał tu na posadę ze Lwowa. Przyjeżdżał wcześniej, jak mu kilka dni temu wyjaśnił Milczyński, zarządca szkolnego budynku, i dlatego trzeba mu było ten gabinet wyszykować. Wezwali więc Marciniaka, bo jako dobry malarz znany był ze swojej solidności i szybkiej roboty. Ustalili, że we dwa dni obleci wszystko, tak jak trzeba. Zgodził się chętnie, mimo że właśnie przyjął robotę malarską w mieszkaniu pewnego nauczyciela gimnazjalnego przy Rybakach. Miał tam do wymalowania aż cztery pokoje z kuchnią i służbówką, więc wiadomo było, że prace potrwają przynajmniej tydzień. Dlatego wczoraj rano poszedł do tego nauczyciela, który nazywał się Huber, i w jego mieszkaniu zostawił swoich dwóch uczniów, którzy mieli zająć się przygotowaniem pokoi do pracy i zmyciem starych farb. On tymczasem postanowił sam zrobić szybko to, co zlecono mu w szkole, do jeszcze niedawna Królewskiej Akademii Niemieckiej, która powoli stawała się polskim uniwersytetem. Wczoraj starannie zmył stare farby wodą z mydłem, a potem, jak obeschło, wygipsował nierówności i ubytki. Dzisiaj mógł więc przelecieć wszystkie ściany wapnem, tak jak sobie życzył zarządca, i pomieszczenie byłoby gotowe na fajrant, a on mógłby zabrać pieniądze i iść do domu szykować się na spotkanie. Gdyby nie ta cholerna drabina.

Była duża, solidna i porządnie zachlapana zaschniętą farbą w różnych kolorach. Znać po niej było, że właściciel miał na swoim koncie już niejedną malarską robotę. Ponad dwa i pół metra długości, składająca się z dwóch przęseł połączonych metalowym zwornikiem na górze i w środku spięta solidnym łańcuchem, żeby czasem za mocno się nie rozkraczyła. Na tej drabinie malarz Marciniak potrafił chodzić jak na szczudłach. Mało kto tak umiał, ale on doskonale się do tego nadawał. Miał prawie metr siedemdziesiąt wzrostu, a przy tym był szczupły i gibki jak leszczynowy kij. I co z tego? Na co mu ta gibkość i w ogóle ta cholerna drabina? Chodził sobie po niej beztrosko, a teraz jak tu chodzić? Przecież w tej sytuacji to chodzić już chyba nie uchodzi? Trzeba ją będzie sprzedać i kupić nową. Tylko kto będzie chciał kupić drabkę, na której obwiesił się jakiś dziad?

Bo na drabinie należącej do malarza rzeczywiście wisiał jakiś cholerny dziadyga, co to sobie nie wiedzieć czemu wybrał na zakończenie ziemskiej wędrówki akurat jego malarski sprzęt. Może gdyby ją położył na podłodze wczoraj wieczorem… Nie chciało mu się. Bo i niby po co miał kłaść? Przecież nie skończył jeszcze roboty, a pomieszczenie było zamknięte i nikt nie powinien po nim łazić. Mogła sobie więc stać, bo nie była niebezpieczna dla kogoś, kto akuratnie przechodził obok niej albo nie daj Boże pod nią. Ale jakby ją położył na podłodze, to ten wisielec zapewne wcale by jej nie zobaczył i obwiesiłby się gdzie indziej. A tak, proszę bardzo, zostawił mu jak zaproszenie rozstawioną na środku drabinę, która aż wołała do gościa, który szukał odpowiedniego miejsca: „Chodź do mnie, powieś się, człowieku, bo tylko tutaj będzie ci jak w niebie”. Najlepsze miejsce do powieszenia w całym tym zasranym budynku!

Przeklinając pod pokaźnym wąsem swoją własną głupotę, malarz Marciniak splunął na podłogę, roztarł czubkiem trzewika ślinę i podszedł bliżej. Facet w stalowoszarym mundurze był najwyraźniej nieżywy. Siny, napuchnięty język wystający z ust mówił sam za siebie. Do tego jeszcze mokra plama na podłodze, tuż pod butami wisielca.

Widział już w swoim trzydziestoletnim życiu kilku wisielców i dobrze wiedział, że każdy w chwili śmierci leje w spodnie. Tych wisielców widział we Flandrii podczas Wielkiej Wojny, kiedy to przed frontem jego oddziału powieszono pięciu dezerterów. Wszyscy się zlali tak jak ten tutaj. Tylko ciekawe, czemu ten się obwiesił. Tamci to wiadomo, poszli na stryczek, bo uciekli z okopów, gdy zaczął się wrogi szturm ich pozycji, ale ten przed nikim nie musiał uciekać. Po cholerę więc sam się zabił?

Człowieka głupiego za cholerę nie zrozumiesz, pomyślał malarz i sięgnął po swoją sfatygowaną fajkę. Nie musiał jej nabijać, bo tytoń był już w środku, niedopalony z ostatniego razu. Przyłożył zapałkę i wciągnął w płuca nieco dymu. Zapaliwszy, z fajką w zębach obszedł drabinę dookoła, przyglądając się uważnie wisielcowi. Człowiek ten nie należał do najmłodszych. Mógł mieć już ponad pięćdziesiąt lat. Marciniak spojrzał w wytrzeszczone i przekrwione oczy, ale zastygłe w nich przerażenie niczego mu nie powiedziało. A zresztą co mu miało powiedzieć? Powiesił się, to i przestraszony umierał ten nieznajomy idiota. Nieznajomy, bo go nie znał, ale jedno wiedział o nim na pewno. Ów człowiek musiał być stróżem, o czym świadczył jego szary uniform. Dodatkowo na podłodze leżała jeszcze szara czapka z daszkiem, na której dało się dostrzec srebrny wieniec z wpisanym weń herbem miasta tworzące wspólnie znak Königliche Akademie zu Posen, w której budynku zakończył swój żywot stróż.

Już chciał schylić się po tę czapkę, bo głupio tak, żeby leżała jak bądź na podłodze. Powinna być na głowie. Tylko czyjej? Zastanowił się przez chwilę. No przecież nie założy na swoją. Na niej miał już malarski kapelusz, pochlapany, jak na malarski kapelusz przystało.

– Jezusie Nazareński! Panno Świę… – rozległ się za jego plecami przerwany nagle okrzyk.

Malarz odwrócił się. W drzwiach stał siwowłosy Milczyński. Zarządca, oparłszy się o framugę otwartych szeroko drzwi, spoglądał z niedowierzaniem na wisielca, skubiąc przy tym nerwowo sumiastego wąsa.

– Sam się obwiesił. – Podchwycił jego spojrzenie Marciniak. – Jakem tu przyszedł, to już obwieszony dyndał.

– Może jeszcze dycha? – Zarządca podbiegł szybko do drabiny i unosząc się nieco, dotknął palcem piersi stróża. Ten natychmiast poruszył się jak wprawiona w ruch dziecięca huśtawka. Sznur wrzynający się w gardło zaskrzypiał, ocierając się o drewniany szczebel.

– Powiadam, że nieżywy. – Majster wskazał na mokrą plamę na podłodze. – Jak kto nieżywy, to zawsze w pory popuści – dodał, przybierając minę znawcy tematu. To widać jednak nie do końca przekonało zarządcę.

– Panie Urlich… panie Urlich, żyjesz pan? – Tym razem pociągnął wisielca za rękaw. Bezskutecznie. Urlich najwyraźniej nie żył.

– Urlich? – zdziwił się malarz. – Znałem jednego Urlicha, co to mieszkał na Woźnej, ale to był Niemiec i robił w rzeźni na Garbarach, ino że on zginął w Rosji. Znaczy się, zaginął w Rosji, bo jego staro dostała zawiadomienie z pułku artyleryjskiego, bo on służył w 22 pułku, tym, co to ma koszary na Seecktstraße, co to ma się teraz nazywać Solna…

– Ten też jest Niemiec – przerwał mu wywód Milczyński. – Ale ten nie zginął na wojnie.

– No niby tak – potwierdził Marciniak. – Bo jakby zginął na wojnie, toby nie mógł tera się obwiesić. A tak, proszę bardzo, nie zginął na wojnie i teraz szczęśliwie się tu mógł na mojej drabce…

Zamilkł, bo wyczuł, że chyba powiedział coś głupiego, ale gospodarz nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. – Przynajmniej jego rodzina nie będzie szukać, tak jak tego, co ja jego znałem i co zaginął…

– Wy, Marciniak, zostaniecie tutaj – rozkazał zarządca.

– Tak jest! – Słysząc kategoryczny ton, odparł, jakby znów był w wojsku. – Ino po co? – Tym razem odezwał się w nim dawno zdemobilizowany żołnierz, czyli obecny cywil.

– Popilnujecie, żeby nikt nic nie ruszał, a ja zawiadomię policję.

– Że niby co ma nie ruszać?

– No tutaj wszystko. – Milczyński zatoczył ręką koło. – Jakby kto chciał tu wejść, to nie wpuszczać. Wiecie, żeby policja mogła tu ślady znaleźć.

Malarz zdziwiony spojrzał na podłogę, ale żadnych śladów prócz swoich wczorajszych od farby, co spłynęła wraz z wodą na podłogę, nie zauważył. Jedyny wyraźny ślad stanowiła mokra plama pod nogami wisielca, ale po niej to policjanci raczej niczego się nie dowiedzą.

– Zrozumieliście? – zapytał na wszelki wypadek zarządca.

– Aha!

– No to pilnujcie, a ja idę.

Milczyński odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymał go jednak głos malarza.

– Panie zarządco, a z malowaniem to co?

– Z jakim malowaniem?

– No z tym tutej. – Wskazał dłonią wskazał na zmyte ściany.

– A skąd niby ja mam to wiedzieć. – Zarządca wzruszył ramionami. – Policja, jak się tu już sprawi, to pewnie powie, czy można malować czy jeszcze nie można – stwierdził, nerwowo szarpiąc wąsa.

Marciniak patrzył w ślad za nim jeszcze przez chwilę, a potem spojrzał złym okiem na wisielca Ulricha.

– A żeby ciebie diabli wzieni, chłelerny szkiebrze – warknął pod nosem, bo zrozumiał w końcu, że kiełbasa, piwo i damskie towarzystwo rozpłynęły się właśnie jak dym z jego fajki. Bo bez zapłaty za malowanie mógł sobie co najwyżej pogrzebać palcem w nosie.

Godzina 8.15 rano

– Panie poruczniku, ja melduję, że tu jest jeden taki…

– Jaki niby?

– No taki stróż.

– Aha. A co mnie do stróża?

– Ja melduję, że on chce gadać z oficerem, że niby pilna sprawa jest.

Porucznik Fischer, który właśnie delektował się poranną prawdziwą kawą ze swojego frontowego aluminiowego kubka, spojrzał z wyrzutem na Gefreitra. Młody był jeszcze i niewiele wiedział o służbie, to i trzeba mu wybaczyć, ale i zapamiętać, żeby pewne zasady wpoić. Pierwszą lekcję koszarowego życia trzeba jednak mu było dać od razu.

– Jak wy się nazywacie?

– Ja melduję, Gefreiter Tomala Józef.

– Bardzo dobrze Tomala. Bardzo dobrze, że umiecie się poprawnie zameldować, znaczy byliście w wojsku?

Tomala uśmiechnął się zadowolony. Po tym właśnie można było odróżnić prawdziwego weterana, że potrafił reagować na komendy i wiedział, jak się meldować. Na razie z tym był jeszcze kłopot, bo polskich regulaminowych komend nie było i w wojsku większość z nich wydawano po niemiecku. Z wyjątkiem tej jednej, podstawowej, która została już zastąpiona polską. Polacy w wojsku wielkopolskim zamiast „Ich melde”, mówili „Ja melduję”. Ten zwyczaj oczywiście natychmiast przeniósł się do powstającej właśnie poznańskiej Policji Państwowej, której trzon stanowili dawni polscy żołnierze armii pruskiej.

– Byłem w 6 Pułku Grenadierów.

Fischer pokiwał z uznaniem głową i uśmiechnął się pod swoim krótko i starannie przyciętym jasnym wąsem, przypominającym nieco szczotkę ryżową.

– No to skoro byliście w tak znamienitym pułku, to zapewne już wiecie, co ma robić służbowy, gdy oficer pije kawę.

– Ja melduję, że wiem! – Tomala zrobił zadowoloną minę.

– Co?

– Ma czekać, aż oficer skończy pić kawę.

– No właśnie. – Fischer wskazał na stojący na odrapanym blacie biurka parujący kubek.

– Tak jest! – Gefreiter pojął, w czym rzecz, ale najwyraźniej nie mógł sobie poradzić z pogodzeniem dyscypliny z wiedzą, którą przed chwilą uzyskał.

– Ino że panie poruczniku, ten stróż gada, że on musi z oficerem, bo jest trup.

– Stróż jest trupem? – zapytał z wyczuwalną nutką ironii w głosie oficer i zaraz podniósł do ust kubek z kawą. Jednocześnie pochylił się nad gazetą, bo wtargnięcie dyżurnego przerwało mu bardzo ważną czynność. Jeszcze przed chwilą bowiem zapamiętale studiował ogłoszenia dotyczące repertuaru poznańskich teatrów. Porucznik miał zamiar dziś wieczorem spędzić czas bardzo kulturalnie, bo ostatnio niezmiernie mu tego brakowało. Na wojnie o kulturę trudno, a on dopiero dwa dni temu wrócił do swojego rodzinnego miasta z frontu powstańczego pod Chodzieżą. Niedawno siedział w brudnym mundurze w okopach, nawet nie marząc o takich rozrywkach jak teatr, a tu, proszę, naraz okazało się, że ma się meldować w Poznaniu i to jeszcze w budynku, który przez podwórze sąsiadował z teatrem. Dotąd nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie miał coś wspólnego z policją, no, chyba że jako przyszły adwokat w sprawach kryminalnych. A kapryśny los sprawił, że mundur wojskowy musiał niemal z dnia na dzień zamienić na policyjny. Oczywiście w przenośni zamienić, bo mimo że rozpoczął służbę policyjną, to mundur miał na sobie ciągle ten sam. Założył go w 1916 roku, gdy w trakcie studiów prawniczych w Berlinie został powołany do armii. Jako że był człowiekiem wykształconym – w Poznaniu skończył szkołę i zdał maturę – skierowano go do szkoły oficerskiej. Zaraz po jej ukończeniu trafił na front zachodni, a po zawieszeniu broni wrócił do rodzinnego miasta. Tu jednak okazało się, że jeszcze nie czas żegnać się ze służbą, bo znalazł się w samym środku wojennej zawieruchy. Tym razem nie była to już wielka wojna światowa, ale mała lokalna wojenka, która mało kogo na świecie obchodziła. Fischera obeszła jednak bardziej niż innych, bo toczyła się między Polakami i Niemcami. A on nosił po pradziadku, który do Poznania przyjechał z Bawarii, niemieckie nazwisko. Jego rodzina była katolicka i wszyscy w niej mówili po polsku. Zawsze uważał się za Polaka, a kwestia niemieckości czy polskości nigdy nie stanowiła dla niego jakiegoś poważnego problemu. Żył przecież w świecie, w którym Polacy i Niemcy mieszkali obok siebie, pracowali ze sobą, żenili się i tworzyli mieszane rodziny, a dzieciaki na podwórku z jednakową swobodą mówiły w obu językach i w każdym z nich potrafiły równie sprawnie przeklinać. Taki był ten jego świat i jego życie, w którym planował zostać, podobnie jak jego ojciec, adwokatem. Tyle że wojna pokrzyżowała mu plany. Wracając do Poznania, zastanawiał się, kiedy będzie mógł ponownie zacząć naukę. Myślał o studiach na swoim berlińskim uniwersytecie. Najpierw jednak w Poznaniu musiał zdać najważniejszy w życiu egzamin: dokonać wyboru, czy chce być Leutnantem Anthonem Fischerem czy porucznikiem Antonim Fischerem.

Już pierwszego dnia powstania porucznik Antoni Fischer prowadził swoich ludzi, tak jak i on frontowych weteranów, do walki z ich dawnymi niemieckimi kolegami. Tyle że wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że to, co dzieje się wokół, to początek rewolucji. Polacy w niemieckich mundurach, spontanicznie i bez odgórnych rozkazów, bo tych nie miał kto wydać, zaczęli przejmować miasto. Udało się zająć sporo ważnych strategicznie obiektów, w tym dworzec kolejowy. To właśnie na dworcu Fischer dokonał czegoś, o czym mówił potem cały Poznań. Wysłano go tam wraz z grupą kilkudziesięciu żołnierzy, nad którymi objął dowództwo. Jego zadanie było proste – zabezpieczać dworzec i nie dopuścić do zajęcia go przez Niemców, szczególnie przez oddziały, które mogły tu dotrzeć koleją z innych miast Wielkopolski.

Wkrótce okazało się, że na stację ma wjechać wojskowy pociąg ze Schnaidemühl, wyładowany po brzegi wojskiem i bronią. Fischer kazał rozstawić się swoim żołnierzom wzdłuż peronu, z karabinami u nogi. Sam przechadzał się między nimi ze swoją fajką w zębach jak stary frontowy oficerski wyga tuż przed atakiem. Dobrze wiedział, że oficer powinien podkomendnym dawać przykład spokoju i opanowania.

Gdy pociąg wtoczył się na dworzec, a w oknach pojawiły się zaciekawione twarze zaspanych żołnierzy, Fischer zapytał o dowódcę. Ci wskazali pierwszy wagon. Poszedł więc tam spokojnym krokiem i po chwili zniknął w środku.

– Jestem porucznik Anthon Fischer – przedstawił się korpulentnemu kapitanowi o czerwonej twarzy. Dowódca oddziałów posiłkowych nie wyglądał na frontowca. Raczej na wyciągniętego właśnie spod pierzyny intendenta.

– Kapitan Edwin von Thünen. Co tu się, do licha, dzieje, panie kolego? – zapytał Niemiec z wyraźnym niepokojem w głosie.

– Jak to, pan nie wie?

– Mówią o rewolucji.

– Słusznie mówią. W Poznaniu trwa rewolucja narodowa. Polska rewolucja, ale proszę się nie martwić, nikt nie zamierza tu mordować Niemców.

– Skąd pan to może wiedzieć? Przysłano nas tu po to, żeby tę polską ruchawkę stłumić. A pana zapewne po to, żeby nas bezpiecznie przeprowadzić przez miasto? – Kapitan spojrzał na Fischera z nadzieją. – Bo wie pan, ja jeszcze nigdy… nie byłem w Posen.

– I nie musi pan być.

– Jak to?

– A no tak, że pańscy żołnierze nie muszą wysiadać nawet z pociągu. Zostaną w przedziałach i bezpiecznie odjadą z powrotem do Schnaidemühl.

– Ale jak to?

– Odjedziecie, ale zostawicie nam swoją broń.

– Co też pan… – Niemiec spojrzał na Fischera jak na wariata. Przez chwilę milczał i naraz musiał w końcu do niego dotrzeć sens całej rozmowy.

– Pan jesteś przedstawiciel tej polskiej rewolucji?

– Owszem. – Fischer uśmiechnął się zadowolony.

– Aresztuję pana!

– Nie sądzę.

– Ale…

– Panie kapitanie, na peronie stoją moi ludzie. Pociąg jest otoczony. Jeśli nie wyjdę za minutę, moi żołnierze obrzucą wagony granatami. Proszę mi wierzyć, to starzy frontowcy. Zrobią, co trzeba, niewiele się zastanawiając. Jak pan myśli, ilu z pańskich ludzi zdąży sięgnąć po broń? Gwarantuję, że nikt. Za jakieś… – tu porucznik sięgnął po swój kieszonkowy zegarek – za pięćdziesiąt sekund pociąg zostanie obrzucony granatami. Proszę wybierać.

– To szantaż niegodny oficera.

– To rewolucja, panie kapitanie. Może pan zachować swój pistolet.

Po chwili porucznik wyszedł na peron z niemieckim dowódcą transportu. Ten nie wyglądał zbyt radośnie. Polak za to tryskał energią. Zawołał do siebie sześciu podoficerów, tymczasowych dowódców drużyn. To samo zrobił Niemiec. Polscy podoficerowie zaraz rozbiegli się do swoich żołnierzy, a ci na ich komendę oparli swoje karabiny o ścianę dworca. Niemieccy tymczasem zniknęli w swoich wagonach, a zaraz za nimi do wagonów weszli nieuzbrojeni Polacy. Po chwili zaczęli wychodzić, wynosząc na ramionach całe naręcza niemieckiej broni. Pół godziny później wojska powstańcze wzbogaciły się o pięćset karabinów Mauser i aż dwadzieścia karabinów maszynowych wraz z zapasem amunicji.

To był sam początek powstania. Później Fischera wraz z jego oddziałem wysłano na front północny, w okolice Chodzieży i Budzynia. Tam służył aż do końca marca. Gdy kilka dni temu wezwał go do siebie jego dowódca, kapitan Zdzisław Orłowski, szef III Powstańczego Okręgu Wojskowego, Fischer był przekonany, że wezwanie ma charakter rutynowy i dotyczy sytuacji na froncie w okolicach Budzynia. Jak się wkrótce okazało, Orłowskiego wcale nie interesowały kwestie polowe.

– Pan, poruczniku, zdaje mi się, studiował coś tam? – zapytał na samym początku rozmowy. Zdziwiony Fischer potwierdził.

– Dwa lata prawa na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie.

– I bardzo dobrze, poruczniku, bardzo dobrze. – Wskazał podwładnemu krzesło naprzeciw szerokiego blatu biurka, na którym prócz sterty map i jakichś teczek z papierami stała menażka, manierka i wielka kryształowa popielnica.

– Zapali pan? – Przesunął na blacie paczkę papierosów Gauloises. – Francuskie – stwierdził, wskazując na niebieskie opakowanie z charakterystycznym rysunkiem przedstawiającym galijski hełm. Fischer skwapliwie przyjął poczęstunek. Prawdziwy papieros to była wielka odmiana po paleniu byle jakiego tytoniu, którym wypychał cybuch swojej wiśniowej fajki. Przyłożył zapałkę i natychmiast zaciągnął się aromatycznym dymem. Znał dobrze tę markę. Na froncie we Francji palili je tak Francuzi, jak i Niemcy.

– Poprosiłem pana, poruczniku, tu do mnie, żeby wydać mu szczególne polecenie. Muszę przyznać, że robię to niechętnie, ale zdaje mi się, że nie mam innego wyjścia. Ludzie z takimi kwalifikacjami jak pańskie potrzebni są gdzie indziej.

– Nie rozumiem, panie kapitanie.

– Chodzi o to, że frontowych młodszych oficerów mamy już sporo, ale prawników jak na lekarstwo.

– Nie jestem jeszcze prawnikiem.

– Gdyby pan był, już dawno by mi pana zabrali do tworzącego się wojskowego sądownictwa. Wszystkich prawników z frontów przeflancowano do Poznania. Uchowali się tylko tacy, przepraszam za słowo, niedorobieni, ale jak się okazuje, i po takich dowództwo wyciąga łapę.

– W jakim sensie, panie kapitanie?

– W sensie takim, że od tej chwili zdaje pan swój oddział podporucznikowi Wawrzyńskiemu, a sam pakuje się i za dwa dni melduje się w Poznaniu.

– W Dowództwie Naczelnym – domyślił się porucznik.

– Ha, ha, ha! – Rozbawiony Orłowski spojrzał uważnie na swojego podkomendnego. – Otóż wcale nie do sztabu pan się uda, ale do Prezydium Policji.

– Gdzie?

– Dobrze pan słyszał. Do prezydium na rogu Livoniusstraße i Berlinerstraße[5].

– Ależ panie kapitanie, po co mam się meldować w budynku policji?

– Drogi panie Antoni, dobrze pan wie, jak wysoko pana cenię. Ale nic na to nie poradzę. Rozkaz to rozkaz. Powstająca Policja Państwowa potrzebuje fachowców. W związku z tym zostaje pan przeniesiony do policji, by zostać oficerem śledczym.

I w ten oto sposób dawny frontowiec i niedokończony prawnik stał się policjantem. Oczywiście tylko na chwilę, przekonywał sam siebie. Wcale nie miał ochoty zostawać poznańskim szkiełem, ale co było robić? Rozkaz to rozkaz. Postanowił więc, że pobyt w policji wykorzysta jak najintensywniej, by skosztować wszystkich przyjemności, jakie może zaoferować żołnierzowi miasto. Dziś zamierzał więc iść do teatru. No ale najpierw obowiązek…

– No to dajcie mi tu tego stróża nieboszczyka.

– On jest żywy, to inny jest nieżywy, tak on powiada – poprawił go Gefreiter, a Fischer groźnie zmarszczył brwi. To wystarczyło, by Tomala zniknął za drzwiami, a Fischer wrócił do lektury. Miał nadzieję, że może uda się coś wypatrzyć w gazecie, zanim wprowadzą mu tego stróża.

Godzina 8.30 rano

Tolek Grubiński zdjął wojskową czapkę i powiesił ją na wieszaku. Przecież nie będzie siedział przy stole jak jaki Żyd. Ale szynela nie zdjął, bo w gospodzie „U Okonia” nie było zbyt ciepło. Gospodarz nie palił w wielkim kaflowym piecu, ponieważ nie miał czym. Wiadomo, z węglem był ostatnio kłopot, bo dostawy ze Śląska przychodziły nieregularnie, a drewno podrożało dość mocno, tak jak wiele towarów pierwszej potrzeby w tym powojennym czasie. Ale gościom, którzy zaglądali do knajpy na Mostowej, chłód wcale nie przeszkadzał. W końcu akurat tutaj można było na to jakoś zaradzić. Rąk i nóg się zagrzać nie dało, ale za to wlać nieco ognia do gardła i rozgrzać żołądek jak najbardziej.

Benek Dopierała, solidnie zbudowany chłopak mierzący jakieś sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, o okrągłej rumianej twarzy naznaczonej ospowatymi dziobami, na widok Tolka uśmiechnął się i kiwnąwszy ręką, wskazał wolne miejsce przy swoim stoliku. O tej porze było tu sporo wolnych miejsc. Większość klientów tego przybytku od rana kręciła się po różnych zakamarkach miasta, by zdobyć parę groszy. „U Okonia” bowiem spotykali się okoliczni kombinatorzy i moczymordy bez stałego zajęcia, czyli ludzie, którzy łapali każdą okazję, żeby coś zarobić albo kogoś obrobić, co tak naprawdę na jedno wychodziło. Prócz obiboków, którzy z racji swoich służbowych obowiązków pracowali wytrwale w ranki targowe, kiedy tłum na placach miejskich był największy, do knajpy przy Mostowej przychodzili uczciwie pracujący na chleb piaskarze. Oni, wpłynąwszy do portu z pierwszą poranną dostawą piasku wydobytego z dna rzeki wczesnym świtem, szli do Okonia, żeby zjeść śniadanie i przepłukać gardła. Dziś nie przyszło ich wielu, bo zaledwie dziesięciu chłopa siedziało przy szerokiej ławie pod ścianą. Słychać było tylko zadowolone pomruki i głośne mlaskanie. Rośli wodniacy z zadowoleniem pałaszowali jajecznicę na boczku, zagryzając ogromnymi pajdami chleba i popijając grzanym piwem. Zapach jedzenia roznosił się po całej sali, nic więc dziwnego, że Tolek natychmiast poczuł głód. Od wczoraj nie miał nic w ustach, bo rano, gdy szykował się do wyjścia z domu, nie pomyślał nawet, żeby ukroić sobie sznytkę chleba. Był człowiekiem interesu, który żył w ciągłym pośpiechu i na jedzenie często nie starczało mu czasu. Ale skoro umówił się już w knajpie, nie było innego wyjścia, jak coś przekąsić. Żołądek domagał się posiłku głośnym burczeniem.

– Daj pan, panie ober, jajecznicę z sześciu jaj i piwo grzane z sokiem malinowym – zawołał w kierunku wąsatego i wielkiego jak kłoda Lutka Feliksiaka, który siedząc za szynkwasem, z nudów dłubał w nosie. Ów Feliksiak odkupił knajpę „U Okonia” od poprzedniego właściciela jakieś dwa lata przed wybuchem wojny. Tamten wcale nie nazywał się Okoń, ale zupełnie inaczej. Podobno Okoń to był pierwszy właściciel tego przybytku, ten sam, który obstalował tablice z nazwą baru i z napisem „Wyszynk wódek i likierów”. Nikt go nie pamiętał. Dość powiedzieć, że szyld przeżył Okonia, a nawet likiery, które reklamował, bo od lat nikt tu żadnych kolorowych, słodkich wódek nie widział. Podawano czystą oraz piwo, no i oczywiście porządne jedzenie.

– Się zaraz naszykuje, panie szanowny – stwierdził gospodarz, złażąc z taboretu. Na wszelki wypadek przetarł blat przed sobą niezbyt czystą ścierką i zniknął na zapleczu. Tolek tymczasem ruszył w kierunku stolika, który zajmował jego partner od interesów. Przeciskając się między siedzącymi, rozpiął guziki swojego szynela.

Tolek nie był już żołnierzem, ale ubierał się w mundur, bo w ten sposób łatwiej było zgubić się w tłumie, w którym wojskowe stroje były powszechnym widokiem. Owszem, służył w wojsku przez rok, a po powrocie do Poznania przyłączył się do wojsk powstańczych. Tyle że miał pecha. Już pierwszego dnia dostał postrzał w tyłek i tyle było jego wojowania. Teraz wstydził się tej rany na dupie tak bardzo, że w ogóle nie mówił nic na temat swojego uczestnictwa w powstańczych walkach. Ale w mundurze chodził, bo to się zwyczajnie opłacało. Po Poznaniu i innych okolicznych miastach szwendało się wielu młodych ludzi ubranych w wojskowe szynele. Większość to byli Niemcy wracający ze wschodu, którzy na poznańskim dworcu wsiadali do pociągów jadących dalej na zachód. Bo mimo że trwało powstanie, składy chodziły normalnie, tak jak dawniej, zgodnie z pruskim rozkładem jazdy.

– A ty żeś już co zjadł? – Grubiński zapytał swojego kolegę, również umundurowanego.

– A pewnie że tak. – Benek uśmiechnął się, wskazując na pusty talerz, wytarty do czysta skórką od chleba. – Ale piwa to się napiję, bo już mi w gębie zdążyło zaschnąć.

– Ady mi nie gadej, że długo czekasz. Jest pół do dziewiątej – mówiąc to, upewnił się, spoglądając na cyferblat swojego kieszonkowego zegarka. Od czasu gdy zegarek ów wpadł mu w ręce jakieś dwa tygodnie temu, bardzo często sprawdzał, która jest godzina. Nie żeby był jakimś szczególnie punktualnym człowiekiem. Chodziło o to, by wszyscy widzieli, że ma prawdziwą srebrną omegę, na którą nie każdy mógł sobie pozwolić. On mógł, bo wygrał ją, grając w karty w dworcowym bufecie z pewnym niemieckim Feldfeblem, który czekał na pociąg i dla zabicia nudy przysiadł się do karcianego stolika. Tolek chodził na dworzec grać w skata co kilka dni, licząc na lekki zarobek, bo podpici żołnierze stanowili łatwy łup dla wytrawnego gracza. Grę ułatwiał też wojskowy mundur, który Grubiński również nosił. Weterani brali go dzięki temu za swojego i co za tym idzie, godnego zaufania. Dzisiaj też miał pójść na dworzec, ale dopiero po południu. Najpierw musiał tu, „U Okonia”, załatwić ważne interesy.

– Nie, ja ino tak se gadam. Mnie tam zawsze wysycha w gardle, jak nie piję – wyjaśnił Benek, pocierając wydatny nos. Był dwa lata młodszy od Tolka, który urodził się w 1892 roku, dlatego to Tolek był szefem, zarówno jego, jak i Williego Brandta, który tak jak Benek miał 25 lat.

– A gdzie Willi?

– Zara będzie. Poszedł się odlać – powiedziawszy to, wskazał głową drzwi prowadzące na podwórko, gdzie w jednej z przylegających do gospody komórek urządzony był wychodek dla gości. Jakby na potwierdzenie tych słów, drzwi otworzyły się i do środka wszedł, zapinając jeszcze guziki od rozporka, szczupły blondyn bez zarostu na twarzy, podobnie jak jego kompani odziany w wojskowy szynel. Dostrzegłszy Tolka Grubińskiego, pomachał mu i szybko podszedł do stolika. Zaraz za nim pojawił się Feliksiak z talerzem jajecznicy w jednej i piwem w drugiej ręce. Postawił jedzenie na niezbyt czystym blacie stołu, którego nigdy dotąd nie przykrywał żaden obrus, a spojrzawszy na kompanów Grubińskiego, zapytał:

– Piwo czy wódka?

– No coś pan, panie Feliksiak – odpowiedział szybko Benek, robiąc urażoną minę. – Przecie my od rana są w robocie, to jak gorzałę chlać? Po pijaku się o interesach nie gada.

– Ja się ino dla porządku pytam – stwierdził gospodarz.

– Dwa piwa – uciął niepotrzebną dyskusję Willi. Spośród całej trójki tylko on był prawdziwym weteranem, który walczył na froncie. Tolek natomiast spędził cały rok swojej służby, siedząc bezpiecznie w twierdzy Boyen, w mieście Lötzen[6] na Mazurach, nie oddawszy do wroga ani jednego strzału. Zresztą żadnego wroga w czasie wojny nawet nie zobaczył, więc cóż mówić o strzelaniu.

Natomiast Willi dwa lata spędził w okopach na francuskim froncie. Do Poznania wrócił z wojny w listopadzie ubiegłego roku, jednak ani razu nie opowiedział swoim kolegom o tym, co wówczas przeżył. Oni doskonale wiedzieli, że o takie sprawy lepiej nie pytać. Jak będzie chciał, to prędzej czy później opowie. Wszyscy trzej wychowali się na jednym podwórku na Mostowej. Od najmłodszych lat razem biegali po okolicy, kradnąc wszystko, co się da, grali w skata albo noża. W tej nożowej sztuce najlepszy z nich był Willi, który potrafił rzucać jak nikt inny. Był jeszcze czwarty bliski kumpel, z którym przed wojną tworzyli jedną bandę. Nazywał się Walek Kaźmierczak, ale odkąd poszedł na wojnę, słuch po nim zaginął.

Feliksiak wrócił za bar, a Tolek natychmiast zabrał się za jajecznicę. Obaj koledzy czekali spokojnie, aż ich szef się naje. Jednak Grubiński nie miał ochoty czekać. Pilno mu było do roboty.

– No to gadaj, Willi. – Wskazał palcem weterana. Chłopak podniósł do ust kufel, który przed chwilą postawił przed nim Feliksiak, upił solidny łyk i wierzchem dłoni otarł pianę z ust.

– Hobota łatwa jak wycieczka nad Wahtę – stwierdził zadowolony. Jak wielu miejscowych Niemców Willi wymawiał „r” razem z „h”. Gdyby nie to, jego polszczyzna niczym nie różniłaby się od tej, jaką posługiwali się jego kompani.

– No dalej, gadaj, co żeś się dowiedział? – ponaglił go Benek.

Zadowolony Willi uśmiechnął się szeroko.

– To jest piehwsza kamieniczka, licząc od stahego hatusza i phęgierza.

– Taka niby żółta – przypomniał sobie Tolek i zagryzł jajecznicę kawałkiem chleba.

– No ta sama – zgodził się z nim Wilii. – Tam jest taki magazyn, com w nim jeszcze nigdy nie był.

– Wózki dla dziecioków – stwierdził Tolek z pełnymi ustami jedzenia.

– Jak będziesz mioł żonę kiedyś, to się tam wybierzecie na zakupy – zażartował Benek.

– Jak będę miał, to się zobaczy. Ale na hazie nie było okazji, a trzeba będzie się tam przejść.

– A na cholerę nam wózki? – zdziwił się teraz już całkiem na poważnie Tolek.

– Nie żadne wózki – żachnął się Benek. – Ten Majewski, co te wózki sprzedaje, ma też interes lomabrdowy, co jemu wiara oddaje klunkry. Znaczy się, musi mieć w chacie i bejmy, i pełno fantów.

– I o to się hozchodzi. – Willi klepnął kolegę w ramię. – I tego Majewskiego możemy obhobić do czysta, bo on właśnie się pokłócił ze swoją stahą. I ona, ta jego Majewska, pojechała do swojej matki gdzieś na wieś, chyba na Hataje albo Zegrze, czy gdzieś na inne zadupie. Dziecioki zabhała i pojechała, a ten Majewski siedzi teraz w knajpie po całych dniach i chleje gorzołę. To znaczy się, że sphawa phosta. Weźnie się od onego klucze i po hobocie.

Tolek i Benek przez chwilę milczeli, w skupieniu analizując wszystkie informacje, ale żaden z nich nie dopatrzył się słabych stron nowego przedsięwzięcia. Podprowadzenie kluczy pijanemu facetowi, a potem otworzenie za ich pomocą drzwi domu, to było zadanie dziecinnie proste nawet dla początkujących złodziei. Skoro okazja sama pchała się w ręce, nie można było z niej nie skorzystać. Teraz należało tylko zdecydować, kiedy uderzyć.

– Gdzie chleje ten Majewski? – zapytał Tolek, któremu w głowie powoli zaczynał świtać plan akcji.

– On daleko od chaty nie łazi. Od rana siedzi już w winiarni Globisza w kamienicy „Pod Daszkiem”, na Starym Rynku.

– I teraz już pije?

– Od hana – potwierdził Willi.

– No to za jakąś godzinę już będzie dobrze sprawiony.

– Aber natürlich – potwierdził Niemiec.

– No to, panowie, ja sprawę widzę tak. Jak on jest całkowicie zrozpaczony i nachlany, to potrzebny nam będzie jeszcze najmłodszy z Kaźmierczaków do pomocy, a my se ze wszystkim już poradzimy. No i jeszcze nam trzeba woza z koniem, żeby wszystko można było wywieźć i…

– Jak wszystko? – zdziwił się Benek.

– A no wszystko. Bo jak od tego Majewskiego stara odeszła i zabrała dziecioki, to my jemu zafundujemy przeprowadzkę. Chatę wyczyścimy mu do gołych ścian. Żeby na przyszłość se zapamiętał, że żonę trzeba szanować i kłócić się nie ma potrzeby, bo w małżeństwie trzeba żyć zgodnie i po bożemu.

Młodsi złodzieje spojrzeli na Tolka Grubińskiego z podziwem. Miał chłop łeb na karku i rozmach, jak na prawdziwego poznańskiego juchciarza przystało. W końcu nic dziwnego, że to on był ich szefem.

Godzina 9.50 przed południem

– A wyście już kiedy widzieli wisielca? – zapytał porucznik Fischer.

– Pan porucznik raczy żartować?

– Ani myślę.

– Skoro tak, uff, to widziałem może ze dwie setki, uff.

– Aż tylu?

– Obwiesić się, uff, jest najłatwiej, uff! – stwierdził, sapiąc i prychając ze zmęczenia, wywiadowca policyjny Seweryn Gil. Obszerne, marmurowe schody prowadzące na piętra gmachu Królewskiej Akademii Niemieckiej stanowiły dla niego nie lada wyzwanie. Pięćdziesięciokilkuletni zażywny jegomość dość nikczemnego wzrostu, za to solidnej tuszy, ubrany był w liche palto z futrzanym kołnierzem, na głowie zaś miał wyświechtany kapelusz typu homburg z wywiniętym do środka rondem. Z upomadowanymi i podkręconymi wąsami wyglądał jak drobny sklepikarz, który raczej rzadko miewa cokolwiek wspólnego z policją. I o to mu chodziło. Bo jak tłumaczył nowemu oficerowi śledczemu, sukces policyjnego wywiadowcy w pierwszym rzędzie bierze się stąd, że potrafi się wtopić w tłum i w żaden sposób z tego tłumu się nie wyróżnia. Wywiadowca Gil w tym fachu przepracował już ponad dwadzieścia lat. Jak sam podkreślał, z sukcesami. Na czym te sukcesy miały polegać, nie zdążył jeszcze wytłumaczyć młodszemu koledze, ale na to zapewne przyjdzie czas. Tym bardziej że jak nakazał przełożony Fischera, zastępca komendanta policji w Poznaniu, kapitan Duraj-Jurkiewicz, obaj policjanci, stary i nowy, mieli współpracować. Współpraca zaczęła się właśnie w tej chwili, to znaczy dokładnie od momentu, w którym Fischer miał przejąć śledztwo.

– Powieszenie to sprawa w sam raz dla was, poruczniku – stwierdził kapitan, gdy Fischer przyszedł zameldować o tym, co przekazał mu stróż przysłany z wieścią o nieboszczyku na drabinie malarskiej. – Gil pokaże wam wszystko, co się w takich wypadkach robi, a wy patrzcie pilnie i uczcie się od starego wygi, bo kiedyś ta wiedza wam się przyda. I to nie przy samobójstwie, ale przy, powiedzmy, prawdziwym zabójstwie.

Fischer oczywiście zgodził się ze swoim pryncypałem. Dobrze wiedział, że człowiek uczy się przez całe życie, a szczegółową wiedzę bierze się nie z książek, ale z praktyki. Taka właśnie praktyka była mu potrzebna do tego, by w miarę komfortowo i przyjemnie spędzić ten krótki, jak mu się wydawało, okres swojego zaangażowania w pracę śledczego. Liczył, że szybko wróci na studia, a ta policyjna przygoda przyda mu się w przyszłym adwokackim fachu. A że należał do ludzi, którzy zawsze solidnie podchodzą do wykonywanych obowiązków, postanowił, że wyniesie z roboty śledczej jak najwięcej wiedzy. Dlatego pytał Gila, gdy tylko nasunęła mu się jakaś wątpliwość. Oczywiście musiał robić to dyskretnie, żeby nie wywoływać niepotrzebnych komentarzy wśród stojących w drzwiach ludzi. Bo tych zebrał się spory tłumek, jak to zwykle bywa, kiedy wydarzy się coś ciekawego. Trup wiszący na drabinie niewątpliwie był dziś w budynku pruskiej uczelni prawdziwą atrakcją.

Gil wbił się w ludzką ciżbę i łokciami jął torować drogę swojemu nowemu zwierzchnikowi. Ludzie rozstępowali się na boki jak wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem. Wywiadowca, który w najmniejszym stopniu nie przypominał proroka, a wzrostem co najwyżej prorokowego osiołka, okazał się nad wyraz skuteczny. Tym bardziej że prócz łokci użył jeszcze swojego poważnego, urzędowego głosu:

– Rozchodzą się państwo szanowne, bo policja przedsięwzięła już czynności urzędowe i na miejscu proszone są o pozostawienie się ino persony, które coś w sprawie mają do opowiedzenia, czyli świadkowie. A pozostali na nic się nie muszą gapić, bo truposz nie jest do patrzenia, ale do pochowania w trumnie!

Krótkie przemówienie sprawiło, że ludzie zaczęli szybko się rozchodzić. Wiadomo przecież, że z policją żaden porządny człowiek nie chce mieć nic do czynienia – ani jako świadek, ani w jakimkolwiek innym charakterze. Choć kilka ciekawskich osób ani myślało ruszyć się od drzwi. Szczególnie zaciekawione były trzy młode biuralistki ubrane w czarne fartuchy z białymi kołnierzykami.

– A szanowna panna to zapewne świadek obwieszenia wisielca, że się została i się gapi? – Gil dźgnął palcem najbliższą. Ta odskoczyła jak oparzona i z przerażeniem w oczach spojrzała na niewielkiego człowieczka.

– No co?

– Imię, nazwisko, rok urodzenia… Wszystko się spisze i zaraz jutro świadków się wezwie do Prezydium Policji… na te, no, przesłuchanie.

– Ale ja nie świadek!

– A panny? – Spojrzał groźnie na dwie pozostałe. Natychmiast pokręciły głowami.

– My koleżanki – wyjaśniły.

– No to zmykać mi stąd, bo jak nie, to się zaraz zapisze was do notesu. – Włożył rękę za pazuchę, szukając groźnego policyjnego brulionu. Nie musiał jednak nic wyciągać. Panny zniknęły, a wraz z nimi ostatni gapie. Korytarz był pusty, a drzwi do pokoju stały otworem. Tyle że w drzwiach tkwił człowiek oparty o framugę i z rękoma złożonymi na piersi. Ubrany w poplamiony farbą fartuch i równie brudne spodnie uśmiechał się szeroko.

– A wy co niby? – zapytał Gil.

– Ja onego znalazł. – Kiwnął głową, wskazując do środka.

– To pewnie ten malarz. – Wywiadowca wyjaśnił Fischerowi, tak jakby trudno było się tego domyślić po wyglądzie mężczyzny.

– Mistrz malarski Karol Marciniak do usług. Jakby szanowne panowie życzyli se przemalowanie chaty albo co…

– Nie życzą sobie – fuknął Gil, odsuwając mistrza. – Pan porucznik pozwolą do środka.

Zaciekawiony Fischer wszedł do pokoju. W pustej przestrzeni odnawianego pomieszczenia prócz wielkiego okna znajdował się tylko jeden punkt godny uwagi: solidna drabina z wiszącym ciałem człowieka w cywilnym uniformie. Porucznik zrobił trzy kroki w głąb i zatrzymał się, lustrując uważnie twarz nieboszczyka.

– A kiedy będę mógł malować? – Za jego plecami malarz próbował wyciągnąć jakieś informacje od wywiadowcy. Ten, widać, dobrze znał się na swoim fachu, bo odpowiadał tak, jak powinien odpowiadać prawdziwy funkcjonariusz.

– Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie, a na razie zamykać drzwi i czekać na korytarzu do czasu, jak pan porucznik łaskawie skończą obgląd sytuacji. No już, ani was tu nie widzę!

Gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem, wywiadowca Gil stanął obok Fischera. Nie można było powiedzieć, że obaj stoją ramię w ramię, bo oficer mierzył prawie sto osiemdziesiąt centymetrów, a jego nowy podwładny w kapeluszu miał najwyżej metr sześćdziesiąt. Gil zdjął nakrycie głowy, by otrzeć zroszone potem czoło, a Fischerowi przez chwilę wydało się, że zniknął, gdy na sekundę stracił go z pola widzenia. Na wszelki wypadek spojrzał w dół. Wywiadowca stał i zadowolony patrzył na wisielca.

– Sprawa czysta. Piękny truposz. Upisujemy protokół i po robocie – stwierdził znawca kwestii samobójczych.

– Ładnieś pan sobie z tą ciżbą poradził – pochwalił go Fischer.

– Takim to zawsze wezwaniem na posterunek wystarczy w pysk rzucić i już chowają się jak myszy przed kociambrem. Lata pracy, panie, lata pracy…

– A ten wisielec? To co w takim wypadku się z delikwentem robi? – zapytał porucznik zaciekawiony procedurą.

– Pisze się, że się obwiesił bez udziału kogoś z zewnątrz i po robocie. A i jeszcze trzeba wpisać, kto znalazł i o której godzinie i przepytać innych, czy kto aby czego nie widział. Ale w godzinę się uwinie z czymś takim. No i potrzebne jest jeszcze świadectwo zgonu, co je musi wystawić lekarz. A potem to już tylko jakiego posterunkowego trzeba do chaty nieboszczyka wysłać, żeby rodzinę zawiadomić, bo ktoś tego truposza musi se zabrać.

– Ze szpitala?

– Jakby my czekali, aż szpital se go zabierze i wystawi kwit o śmierci, toby i z tydzień mógł przejść. W wypadku śmiertelnego zejścia wzywamy na miejsce lekarza i niech pisze od razu. Wtedy ma się papiery w komplecie. A nieboszczyka zabiera se rodzina. Ordnung muss sein![7]

– A ślady?

– Niby jakie?

– No czy kto tu nie chodził i w ogóle…

– A kogo by to obeszło niby…

Fischer zrobił dwa kroki do przodu i zatrzymał się przy samej drabinie.

– Ino niech pan porucznik ma uważanie na podłogę, bo tam wisielce mają najczęściej narobione pod spodem…

Porucznik widział w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy więcej trupów, niż Gil mógłby w ogóle sobie wyobrazić, więc ludzkie odchody na miejscu, w którym ktoś umarł, nie robiły na nim najmniejszego wrażenia.

Sięgnął do kieszeni swojej mundurowej marynarki i wydobył z niej notes przepasany gumką. Zdjął ją ostrożnie i ze środka wyciągnął ołówek. Zdziwiony Gil patrzył uważnie na to, co robi ten młody oficerek. Chłopak nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia pięć lat i widać było na pierwszy rzut oka, że w policji miejsca długo nie zagrzeje. Stary wyga wiedział swoje. Takich praktykantów widział już nieraz i żaden z nich kariery policyjnej nie zrobił. Tylko przychodzili i zabierali powietrze. Niczego się nie uczyli, bo nic ich ta robota policyjna w ogóle nie obchodziła. Interesowali się tylko nocnymi knajpami, tancerkami i szampanem, a od rana w pracy piciem kawy i leczeniem katzenjammera za pomocą zimnego piwa. Taki jak ten to nigdy se palcem sam do dupy nie trafi. A ołówkiem trafić w trupa, tak jak ten tutaj, to każdy głupi umie. Tylko po cholerę go tym ołówkiem dźga? Nie, nic z niego nie będzie. Gil wiedział swoje. Dobrze znał się na ludziach…

– A jak kto się obwiesi, to raczej nie ma skóry zdartej na rękach? – zapytał porucznik.

– Oczywiście, że może mieć – stwierdził z nutą wyższości w głosie Gil, uśmiechając się lekko pod wąsem. Zadowolony, bo jego przeczucia sprawdzały się co do joty. Młodzieniec nie miał o niczym pojęcia. Niby frontowiec z tasiemką Żelaznego Krzyża przy guziku płaszcza, ale pewnie krzyż dostał za wożenie wyższych oficerów do francuskich burdeli. W wojsku, jak kto się potrafił ustawić, mógł zrobić karierę, nie oddając nawet jednego strzału. Gil postanowił więc udzielić paniczykowi lekcji.

– Drogi panie, człowiek, co się decyduje na desperacki krok, zakładając se na szyję pętlę, jest jak w amoku. Myśli o tem, by sobie życie odebrać, bo jest w desperacji i założywszy sznur na szyję, skacze w dół… Ale gdy ból zaczyna rozrywać mu tchawicę, a płuca zaczynają walczyć o każdy haust powierza, przychodzi otrzeźwienie. Samobójca chwyta się liny, próbuje ją rozerwać gołymi rękoma i stąd częste ślady na dłoniach i nawet zdarcia skóry do samej krwi…

– Mnie się nie rozchodzi o dłonie, panie Gil.

– He, he! A niby to o co?

– O to, że skóra jest zdarta na przegubach, panie szanowny.

– Gdzie?

Fischer czubkiem ołówka ostrożnie uniósł w górę rękaw ofiary.

– Tam gdzie najczęściej ręce się wiąże. Na przykład przed egzekucją, żeby delikwent nie uciekł. Wiąże się też często na nogach, też dla przezorności. Być może ma i takie pręgi i otarcia na nogach…

– Co też pan gada?

– Spójrz pan.

Gil przysunął się bliżej, patrząc uważnie na odsłonięty przegub. Widać było na nim wyraźny ślad po sznurze.

– Może to jakieś stare otarcia.

Fischer spojrzał na wywiadowcę jak na dziecko błądzące we mgle.

– Niech pan nie obraża własnej inteligencji.

– No może zasadniczo to ma pan i rację, ale…

– Ale drogi panie – Fischer celowo użył protekcjonalnego tonu, podobnie jak wcześniej jego rozmówca – jemu ktoś związał ręce i być może nogi, a potem go powieszono. To nie żadne samobójstwo, panie Gil. Myślę, że mamy tu do czynienia z morderstwem.

Wywiadowca Gil podrapał się po łysiejącej głowie. Jednak nie docenił tego młokosa. Kto wie, może i będzie z niego kiedyś policjant?

Godzina 10.10 przed południem

Porucznik Feliks Mikołajewski nie lubił wstawać zbyt wcześnie. A dziś nie dość, że wstał, to jeszcze od rana musiał pójść na spotkanie. Na szczęście miało odbyć się nie w biurze, ale w „Kaffeehaus Hohenzollern”, niedaleko od miejsca, w którym wynajmował pokój. Porucznik uważał, że człowiek kulturalny nie ma nic wspólnego z kurą, która wstaje o świcie, a zasypia o zmierzchu. Ludzie obyci w świecie powinni korzystać z atrakcji, jakie oferuje prąd elektryczny, którym oświetla się wieczorowe restauracje. Dlatego wczoraj, jak co dzień zresztą, był w bardzo wykwintnej restauracji Palais Royal przy Wilhelmplatz[8], tuż obok Biblioteki Raczyńskich. W końcu po służbie i tak nie miał niczego ciekawszego do roboty.

Był w Poznaniu dopiero od dwóch miesięcy. Przyjechał tutaj skierowany przez Naczelne Dowództwo z Warszawy, z przydziałem do Sztabu Dowództwa Głównego Wojsk Powstańczych pod komendą generała Dowbora-Muśnickiego. Mimo że był pełen dobrych chęci, nie znalazł wspólnego języka z głównodowodzącym. Już podczas pierwszej rozmowy Dowbor dał mu wyraźnie do zrozumienia, że nie przepada za ludźmi Piłsudskiego i na jego miejscu widziałby któregoś ze swoich zaufanych oficerów, którzy tak jak on wywodzili się z armii carskiej, a później walczyli w I Korpusie Polskim na wschodzie.

– Pan jakąś szkołę oficerską kończył? – spytał go generał.

– Tak jest, panie generale – odparł buńczucznie Mikołajewski. – Moją szkołą były okopy i szlak bojowy pierwszej kadrowej.

Dowbor uśmiechnął się, patrząc uważnie w oczy młodzieńca.

– Cenię frontowe doświadczenie, panie poruczniku. Ale w żołnierskim fachu prócz frontowego ostrzelania liczy się solidna wiedza, którą wynieść można tylko z dobrej wojskowej szkoły.

Gdyby generał mógł, pewnie odesłałby Mikołajewskiego z powrotem do Warszawy. Sęk w tym, że nic nie mógł w tej sprawie zrobić, bo porucznik tylko formalnie mu podlegał. Owszem, był jego podwładnym, ale pracował dla Warszawy jako oficer kontrwywiadu. Miał zająć się tu, na kresach zachodnich, organizacją struktur wywiadowczych, więc w tych kwestiach Dowbor musiał pogodzić się z zaistniałą sytuacją i zaakceptować Mikołajewskiego. Musiał mu również przydzielić pomieszczenie, gdzie ten mógłby zająć się swoimi sprawami.

Pałacyk, w którym od stycznia mieściło się Dowództwo Główne, przejęty od niemieckiego sztabu V Korpusu Armijnego, z zewnątrz sprawiał bardzo miłe dla oka wrażenie swoją lekką, klasycystyczną formą. Mniej przyjemny był za to widok stojącego przed nim pomnika cesarza Wilhelma I. Mikołajewski, obejmując służbę, zastanawiał się, kto dłużej tutaj zostanie – on czy kaiser, którego dni wydawały się już policzone i pomnik wkrótce miał zostać zburzony.

Gdyby porucznik miał jeszcze jakiekolwiek złudzenia co do tego, czy współpraca z nowym dowódcą będzie się dobrze układać, rozwiały się one natychmiast, gdy tylko otworzył drzwi do swojego nowego biura. Tabliczka na nich informowała, że w pomieszczeniu tym znajduje się Wydział VIII Intendentury, czyli zaopatrzenie taborów. Przykrywka bardzo spodobała się porucznikowi, natomiast to, co ujrzał wewnątrz, wcale nie przypadło mu do gustu.

Pokój wypełniony był po brzegi skrzynkami z jakimiś papierami. Pod oknem zaś stało odrapane biurko, przy którym dwaj podoficerowie rżnęli w karty. Na widok wchodzącego do środka oficera natychmiast poderwali się na równe nogi.

– Unteroffizier Zielonka Józef i jeszcze jeden na rozkaz – zameldował wyższy.

– A wy nie umiecie mówić? – Mikołajewski zwrócił się do drugiego, niższego, o korpulentnej budowie i głupawym uśmiechu przyklejonym do twarzy.

– Ja melduję, że umiem, ino że nie wiem, co mom gadać, bo jo jest Obergefreiter.

– No i co z tego? – zdziwił się porucznik.

– A no to, panie Oberleutnant, że Zielonka już zameldował.

– Co zameldował?

– Że Zielonka i jeszcze jeden.

– A, no tak – zrozumiał w końcu, w czym rzecz. Ci Prusacy meldowali się jak w tej swojej niemieckiej armii, to znaczy, że starszy stopniem zgłaszał oficerowi obecnych, a on nie pojął od razu, o co im chodzi. Będzie się musiał jeszcze sporo nauczyć w tym Poznaniu.

– Rozumiem – przyznał i odkaszlnął tak na wszelki wypadek. – Jestem porucznik Mikołajewski, a wy?

– Jo jest Zielonka, a ten tu to jest Stachowiak Karol. My są przydzieleni do intendentury, znaczy się do roboty.

– Jak do roboty? To czemu nie zabraliście się jeszcze za porządkowanie tego burdelu?

– Nie było rozkazu, panie Oberleutnant – stwierdził Zielonka, wzruszając ramionami.

– No to w takim razie jako wasz nowy dowódca wydaję wam rozkaz posprzątania tego wszystkiego jak najszybciej, żebyśmy mogli zabrać się do roboty.

– A co zrobić z tymi flepami? – zapytał Stachowiak, wskazując na skrzynie pod ścianą.

– Co to za papierzyska?

– Niemieckie kwity od furażu.

Widać podoficerowie musieli znać niemiecki, skoro potrafili odczytać, co tam było napisane. Mikołajewski też znał ze szkoły. Nie mówił biegle, ale ta znajomość zdecydowała o tym, że wysłano go do Poznania. Skoro mówią po niemiecku, to zapewne się przydadzą, pomyślał zadowolony, nie bardzo zdając sobie sprawę z faktu, że znajomość tego języka nie była tutaj jakąś nadzwyczajną umiejętnością.

– W zasadzie można by je spalić, ale z drugiej strony nie wiadomo, czy do czegoś nie da się ich wykorzystać. Znajdźcie jakieś pomieszczenie, może w piwnicy albo w jakiejś szopie, i złóżcie tam wszystko. A co tam jest za tymi drzwiami? – Wskazał na podwójne drzwi na prawo od wejścia.

– Tam jest pusto. – Zielonka spojrzał na lewo. – Tam by można biuro dla pana Oberleutnanta wyrychtować.

Mikołajewski nacisnął klamkę i wszedł do środka. Pokój był tylko nieco większy od tego pierwszego. Za to prezentował się znacznie lepiej, bo prócz okna nie było w nim zupełnie niczego. Było w nim jednak bardzo ciepło. Dopiero po chwili porucznik zdał sobie sprawę, że ani w jednym, ani w drugim pomieszczeniu nie ma żadnego pieca kaflowego, lecz są nowoczesne żeliwne kaloryfery. Przynajmniej nie zmarznę w pracy, pomyślał zadowolony.

– Jakieś meble by tu trzeba obstalować – powiedział sam do siebie. Następnego dnia jednak już niczego nie musiał załatwiać. Gdy wszedł rano do biura, okazało się, że w pokoju nie ma śladu po skrzyniach z papierami, a jego dwaj nowi podkomendni siedzą przy lśniących biurkach ustawionych pod oknem, na lewo od drzwi stoi obszerna szafa na dokumenty i do tego jeszcze stół z dwoma krzesłami, nie wiadomo na co. Za drzwiami ustawiono solidny wieszak z giętego drewna z okrągłym stojakiem na parasole.

Powiesił tam płaszcz oraz rogatywkę i