Podwójna gra - Caitlin Crews - ebook
Opis

Zara Elliott poślubiła milionera Chase’a Whitakera, by uratować firmę ojca. Jednak Chase ma swój plan. On też zamierza wykorzystać Zarę do swoich celów i odegrać się na jej ojcu. Nie przewidział tylko, że zakocha się w inteligentnej i pełnej radości życia żonie. Jeśli zrealizuje swój plan, złamie jej serce…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Caitlin Crews

Podwójna gra

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zara Elliott szła główną nawą Pierwszego Kongregacyjnego Kościoła w niewielkiej wiosce, w której jej rodzina mieszkała od zawsze. Dopiero w tej chwili zdała sobie w pełni sprawę z tego, co robi.

Poczuła, że kolana zaczęły jej niebezpiecznie drżeć, tak że niemal zatrzymała się w miejscu, na oczach setek świadków, których ojciec uznał za stosowne zaprosić na tę szopkę.

‒ Nie waż się teraz zatrzymać ‒ syknął jej w ucho, uśmiechając się przy tym słodko na użytek zgromadzonych w kościele gapiów. ‒ Jeśli będę musiał, zaciągnę cię do tego ołtarza siłą, choć wolałbym tego nie robić.

To była kwintesencja ojcowskiej miłości. Niczego więcej nie mogła się spodziewać po Amosie Elliotcie, dla którego w życiu liczyły się tylko pieniądze i władza. Zara nigdy nie była w stanie sprostać jego wymaganiom.

Od tego była jej siostra, Ariella.

Posłusznie ruszyła dalej. Przykazała sobie, żeby nie myśleć teraz o siostrze. Robiła to wszystko dla babci. Kiedy babcia leżała na łożu śmierci, obiecała jej, że da ojcu jeszcze jedną szansę. Na szczęście babcia zostawiła jej dom na Long Island Sound, na wypadek, gdyby im się nie udało.

Skoncentrowała się na osobie Chase’a Whitakera, pana młodego, którego cała postać jasno wyrażała jego stosunek do tego ślubu. Nie chciał go tak samo jak ona i był z tego powodu wściekły. Do zawarcia tego związku zmusił go ojciec Zary. Kiedy nieoczekiwanie zmarł ojciec Chase’a, zarządzanie Whitaker Industries przeszło całkowicie w ręce Amosa Elliotta, który był prezesem zarządu spółki.

Chase nie chciałby zawrzeć tego małżeństwa, nawet gdyby na miejscu Zary była Ariella, która nie zadała sobie trudu, żeby się tu dziś pojawić.

Zara zawsze szczyciła się swoim praktycznym zmysłem, ale musiała przyznać, że jakaś jej część nie mogła się oprzeć temu, żeby nie pomyśleć, jak by to było, gdyby ten ślub był prawdziwy. Gdyby nie była tylko substytutem rodzinnej piękności, którą niektórzy nazywali nawet klejnotem w koronie Elliottów. Tymczasem Chase Whitaker, mężczyzna, na widok którego kobiety zupełnie traciły głowę, czekał przed ołtarzem właśnie na nią.

Jej nikt nie porównał nigdy do szlachetnego kamienia. Chociaż ukochana babcia zwykła mawiać, że jest jak skała, miała raczej na myśli fakt, że jest osobą, która nigdy nikogo nie zawiedzie.

‒ Na tobie zawsze można polegać ‒ powiedziała Ariella nie dalej niż dwa dni temu.

Powiedziała to z tym swoim uśmieszkiem i tonem, który Zara nauczyła się ignorować przez dwadzieścia sześć lat swojego życia. Ariella właśnie robiła sobie makijaż przed jakimś wyjściem. Zara nigdy nie mogła pojąć, jak może zajmować jej to tyle czasu.

‒ Nie wiem, jak ty to znosisz ‒ dodała.

‒ A mam inne wyjście? ‒ spytała Zara, wiedząc, że w ustach siostry był to komplement. – Pytanie, czy ty zamierzasz kiedykolwiek stać się osobą, na której można polegać.

Ariella zamrugała powiekami, jakby pytanie siostry ją zdziwiło.

‒ A po co miałabym się taka stawać? ‒ spytała beztrosko. ‒ Ty jesteś w tym znacznie lepsza.

Rzeczywiście, była. W przeciwnym razie nie szłaby teraz w kierunku mężczyzny, który na nią czekał. Który, gdyby miał wybór, wcale by się tu nie pojawił.

Zara była zadowolona, że ma na sobie welon, który zasłaniał jej twarz. Dzięki temu nikt nie mógł zobaczyć jej głupiej miny, jaką bez wątpienia teraz miała.

Na szczęście nie miała czasu, żeby się nad tym dłużej zastanawiać, gdyż właśnie doszli do ołtarza.

Amos doskonale odegrał swoją rolę, oznajmiając głośno, że oto właśnie oddaje tę kobietę stojącemu przed nią mężczyźnie i przekazał jej dłoń Chase’owi Whitakerowi. Ten wprawdzie zwrócił twarz w jej stronę, ale wciąż sprawiał wrażenie, jakby patrzył gdzie indziej. Jakby był tym wszystkim śmiertelnie znudzony, a myślami przebywał w innym wymiarze.

Zara miała wrażenie, że uczestniczy w jakiejś średniowiecznej uroczystości. Nie na darmo ojciec tysiąc razy przypominał jej, że Chase musi być z nimi legalnie związany, zanim odkryje jego mały szwindel.

‒ Uroczo – powiedziała sucho Zara. – Prawdziwie ślub jak z bajki.

Amos spojrzał na nią wzrokiem, którego nie cierpiała i którego zawsze starała się unikać.

‒ Zachowaj swoje dowcipne uwagi dla męża – powiedział zimno do córki, którą nazwał kiedyś „pulą straconych genów”. – Jestem pewien, że wysłucha ich z większą uwagą niż ja.

Wyraz jego twarzy zdradzał jednak, że głęboko w to wątpi. Zara uznała, że jedna taka uwaga wystarczy. Przywołała na twarz uśmiech pod tytułem „właśnie wyszłam za mąż za kompletnie obcego mężczyznę” i starała się udawać, że doskonale się czuje w tej roli, zwłaszcza mając na sobie sukienkę Arielli.

Przyszły mąż ujął jej ręce w swoje zadziwiająco silne i ciepłe dłonie. Nie wiedzieć czemu, sprawiło to, że poczuła się dziwnie lekko. Starała się nie myśleć o tym, że gdyby Chase odkrył, że żeni się z Zarą, a nie z Ariellą, to uciekłby gdzie pieprz rośnie.

Ksiądz mówił coś o wierności i miłości, a jego słowa wydały się w tej sytuacji niemal obraźliwe. Zara spojrzała na wspaniały profil Chase’a Whitakera, który był ozdobą niejednego magazynu. Uzmysłowiła sobie, że ta sytuacja nie jest niczym nowym. Wszak Zara zawsze była tą posłuszną z sióstr, która wolała czytać książki niż chodzić na imprezy, i spędzała czas w towarzystwie ukochanej babci zamiast w gronie rówieśników. Cicha, posłuszna, pozwalała się ignorować i zawsze pozostawała w cieniu skandalizującej siostry, której wyczyny nieustająco zajmowały uwagę najbliższych. To Zara była tą, która robiła to, co najbardziej nudne i nieprzyjemne, podczas gdy Ariella odgrywała rolę modelki i aktorki, z upodobaniem i bez żadnych skrupułów wydając po całym świecie pieniądze ojca.

Przestań myśleć o Arielli, poleciła sobie w duchu. Chase spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi i zdała sobie sprawę, że za mocno ściska jego dłoń.

Natychmiast rozluźniła uchwyt.

Nadeszła jej kolej złożenia małżeńskiej przysięgi. Bała się reakcji Chase’a. Co zrobi, kiedy usłyszy, że ksiądz wypowiada jej imię, a nie Arielli? On jednak zdawał się w ogóle nie słuchać słów księdza. Sięgnął po obrączkę i wsunął ją na palec Zary.

Cicho powtórzył słowa przysięgi i przyjął od Zary obrączkę. Ona sama odczuła ulgę i coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać. I już po wszystkim? Naprawdę było to takie proste? Po prostu wbiła się w za szczupłą sukienkę siostry, założyła długi welon, który zakrywał jej twarz i udała, że jest Ariellą? A wszystko po to, żeby złapać tego biednego człowieka w sieć ojca, który być może dzięki temu całkiem jej nie wydziedziczy?

‒ Możesz pocałować pannę młodą.

Chase westchnął, po czym jakby przez chwilę się zawahał. Czyżby chciał się wycofać? Na oczach tych wszystkich ludzi?

Zara wcale nie była pewna, czy chce, żeby ją pocałował. Nie wiedziała, co gorsze: być pocałowaną przez kogoś, kto wcale nie chce tego zrobić, czy też nie być pocałowaną w ogóle i doznać upokorzenia na oczach zgromadzonych w kościele ludzi.

Chase odsłonił welon i po raz pierwszy spojrzał na jej twarz.

Zara wstrzymała oddech i zacisnęła powieki. Niemal poczuła na sobie powiew jego wściekłości. Chase nie powiedział słowa, choć wiedziała, że jest na krawędzi wybuchu.

Zebrała w sobie wszystkie siły i otworzyła oczy.

Na jedną chwilę wszystko znikło.

Zara widziała tego mężczyznę setki razy, ale nigdy nie była tak blisko siebie. Nie była więc przygotowana na widok przepastnych, ciemnoniebieskich oczu. Miały kolor morza, w którym odbija się niebo. Nie było w nich nic ciepłego ani bezpiecznego. Przeciwnie, sprawiały wrażenie dzikich i nieokiełznanych.

Chase był piękny. Nie przystojny, atrakcyjny czy uroczy. Był po prostu piękny. Miał ciemne, jedwabiste włosy, zdecydowanie zarysowane kości policzkowe, szerokie brwi i pełne, zmysłowe usta. Jednak największe wrażenie zrobiły na niej jego oczy.

Oczy, które patrzyły teraz na nią z niedowierzaniem.

Był wściekły.

Zara odruchowo się odsunęła, nie chcąc znajdować się tak blisko wulkanu, który groził wybuchem, ale mąż nie pozwolił jej zbytnio się oddalić. Ujął ją za szyję i unieruchomił.

Nie miało znaczenia, że jej ciało jakby ożyło pod wpływem tego dotyku. Miała wrażenie, że coś ściska ją za gardło, a nogi jej miękną.

W tej samej chwili Chase Whitaker, który nigdy nie zamierzał nikogo poślubiać, a już na pewno nie Zarę, pochylił się i wycisnął na jej ustach pocałunek.

Zarę ogarnął płomień.

Wiedziała, że jej twarz zrobiła się czerwona jak piwonia. Czuła ten pocałunek wszędzie. W gardle. Między piersiami. W splocie słonecznym. I, co najgorsze, znacznie niżej.

Chase oderwał się od niej, a jego oczy były ciemniejsze niż przedtem. Wiedziała, że dostrzegł jej rumieniec, i wiedziała, że wie, co on oznacza.

Coś między nimi zaiskrzyło. Coś, co sprawiło, że po raz pierwszy w życiu omal nie zemdlała. Poczuła się jak prawdziwa panna młoda. A może to będą miłe wakacje od tego wszystkiego? ‒ pomyślała, patrząc w przepastne niebieskie oczy.

Chase odwrócił wzrok.

Rozległy się gromkie oklaski i zaczęły grać organy. Zebrani w kościele ludzie dopiero w tej chwili zdali sobie sprawę, że oto Chase Whitaker, prezes Whitaker Industries i jeden z najbardziej pożądanych kawalerów w tej części świata, poślubił niewłaściwą kobietę.

Zarze wydało się to równie nieprawdopodobne jak zgromadzonym w kościele ludziom, ale nie miała czasu się nad tym zastanawiać.

Chase ujął ją mocno za ramię i zaczął prowadzić wzdłuż głównej nawy. Ujrzała przez moment twarz ojca, a potem macochy. Pomyślała, że być może Melissa jest jedyną osobą w tym kościele, którą ta uroczystość poruszyła. Potem mignęły jej twarze sąsiadów, przyjaciół rodziny i zupełnie nieznajomych osób. Jednak jedynym realnym faktem była ręka mocno trzymająca ją za ramię.

Chase wyprowadził ich z kościoła i ruszył prosto do czekającej limuzyny.

‒ Do domu – polecił kierowcy. – Natychmiast.

Usiadł obok niej i w milczeniu zaczął się jej przyglądać.

Minęła chwila, a może całe lata. Samochód ruszył. Dla Zary cały świat przestał istnieć. Liczyły się tylko te ciemne oczy, których spojrzenie przeszywało ją niczym dwa sztylety.

Samochód zatrzymał się na światłach i Chase odwrócił wzrok. Zara pomyślała, że to, co czuła, tylko się jej przywidziało. Uznała, że skoro już tu jest, to powinna wykorzystać sytuację. Babcia na pewno by tak zrobiła.

‒ Och, przykro mi, ale chyba nie mieliśmy okazji do tej pory się poznać – oznajmiła, uśmiechając się promiennie. Wyciągnęła rękę na powitanie. – Jestem Zara.

Chase popatrzył na wyciągniętą w jego stronę dłoń. To jakiś koszmar. Ktoś zrobił mu perfidny dowcip. Nie widział innego wytłumaczenia sytuacji, w jakiej się znalazł.

‒ Wiem, kim jesteś – oznajmił, spoglądając na nią zimno. Zara opuściła dłoń na kolana, ale nie wydawała się zmartwiona tym, że jej nie ujął.

Miała taką samą minę jak w kościele, gdy patrzył na nią wzrokiem, który mógłby zabić.

Poza chwilą, kiedy ją całował.

Ale o tym nie chciał myśleć, podobnie jak nie chciał pamiętać o tym, jak jej twarz pokryła się szkarłatem.

Prawda była taka, że nawet nie był pewien, czy kiedykolwiek wcześniej ją spotkał. Nie znał nawet jej imienia i ten fakt sprawił, że odczuł zawstydzenie. Przypominał sobie jak przez mgłę, że kiedyś siedział przy stole naprzeciw niej i była ubrana w czarną sukienkę, w której wyglądała znacznie lepiej niż w tych białych tiulach. I tyle.

Jedynymi osobami z jej rodziny, z którymi się kontaktował, był jej cholerny ojciec i ta jego jasnowłosa lalkowata córeczka Ariella, o której miał sprecyzowane zdanie.

‒ Oszukałaś mnie – oznajmił sucho.

Od czasu śmierci wielkiego Barta Whitakera, która miała miejsce pół roku temu, z każdym dniem coraz bardziej pogrążał się w całym tym bagnie. Musiał wyjechać z Londynu i przenieść się do Stanów, żeby objąć stanowisko prezesa Whitaker Industries. Od tamtej chwili nieustannie ścinał się z Amosem Elliotem, który był jego głównym oponentem w zarządzie firmy. A teraz na dodatek został jego teściem.

‒ Na początek mógłbym was oskarżyć o oszustwo.

Zara Elliot nie sprawiała wrażenia przejętej taką ewentualnością. Wyraz jej twarzy pozostawał spokojny, podczas gdy oczy… Jej oczy miały kolor ciepłego złota. Taki kolor ma zachodzące słońce w ciepły jesienny dzień.

Skąd mu się to wzięło? Musiał wypić za wiele whisky.

‒ Jestem niższa od Arielli i zdecydowanie od niej tęższa.

Jej głos był ciepły i słodki jak miód. Sprawiała wrażenie bardzo z siebie zadowolonej.

‒ Nie rozumiem.

‒ Pytanie, czy ja cię oszukałam, czy też ty nie przyjrzałeś się mi dostatecznie dobrze. Różnica między nami jest tak oczywista, że powinieneś ją dostrzec, jak tylko weszłam do kościoła. – Uśmiechnęła się promiennie. – Jestem pewna, że w razie ewentualnego procesu zadano by to pytanie w każdym sądzie.

‒ Ten ewentualny sędzia mógłby być bardzo zainteresowany małżeńską intercyzą – odparł gładko Chase. – Kiedy ją podpisywałem, nie było na niej twojego nazwiska.

Jej uśmiech poszerzył się.

‒ Mój ojciec przewidział, że może cię to zmartwić. Prosił, żeby ci przypomnieć, że intercyza została spisana w tym hrabstwie. Ojciec od lat sprawuje tu urząd naczelnika, podobnie jak jego ojciec, dziadek, pradziadek i tak dalej. Ta intercyza zostanie tak zinterpretowana, jak było zamierzone. Możesz być tego pewien.

Chase zaklął pod nosem. Sięgnął do schowka po butelkę z whisky i pociągnął z niej łyk. Kiedy ogień rozlał się po jego organizmie, poczuł się nieco lepiej. Po chwili wahania podał jej butelkę.

‒ Nie dziękuję – powiedziała grzecznie.

‒ Nie pijesz?

‒ Czasami odrobinę czerwonego wina. Piwa nie cierpię. Smakuje mi starymi skarpetkami.

‒ To jest whisky. Nie smakuje skarpetkami tylko ogniem, torfem i nostalgią.

‒ Brzmi kusząco. – Jej usta ułożyły się w lekki uśmiech i Chase uznał, że alkohol musiał uderzyć mu do głowy, gdyż wydało mu się to niezwykle fascynujące. Nie pamiętał, kiedy ostatnio kobiece usta zrobiły na nim takie wrażenie. – Ile whisky wypiłeś przed ceremonią?

‒ Pół butelki.

‒ Tak przypuszczałam.

‒ A ty dlaczego nic nie wypiłaś?

‒ Bo nie było na to czasu. Kiedy rano dowiedziałam się, że Ariella zniknęła, ledwie zdążyłam wypić filiżankę kawy.

Znów odczuł coś na kształt poczucia winy i wcale mu się to nie spodobało. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, że dla niej to małżeństwo mogło być tak samo nieprzyjemne jak dla niego. Najwyraźniej oboje zostali w nie wrobieni. Zgodnie z wolą jej ojca.

Nie było ważne, z którą z sióstr został ożeniony. W kontekście jego planów nie miało to żadnego znaczenia. I to niezależnie od tego, jak działał na niego widok ust Zary.

Upił kolejny łyk whisky. To było jego lekarstwo na całe zło.

Po rodzicach pozostała mu tylko firma i nie mógł pozwolić, aby Whitaker Industries dostała się w chciwe łapska Amosa Elliota. Dlatego właśnie nie mógł jej sprzedać.

Nie mógł zrobić nic innego, jak tylko to.

‒ Gdzie jest twoja siostra?

Spojrzenie złotych oczu spoczęło na nim z namysłem.

‒ Doskonałe pytanie.

‒ Chcesz powiedzieć, że nie wiesz? – Przesunął wzrokiem po jej twarzy, bladej karnacji, niemal zlewającej się z bielą welonu. Głos Zary pozostawał niezmiennie uprzejmy, niezależnie od tego, co wyrażały oczy. Najbardziej jednak frapowały go jej usta. Pełne, zmysłowe, kuszące. Zwłaszcza gdy się uśmiechała.

‒ Chase – odezwała się. – Mogę cię tak nazywać czy wolałbyś, żebym zwracała się do ciebie inaczej?

‒ Chase jest okej.

‒ A więc Chase – powtórzyła stanowczym głosem. – Gdybym wiedziała, gdzie jest moja siostra, nie musiałabym wbijać się w tę koszmarną sukienkę i wychodzić za ciebie za mąż. – Uśmiechnęła się do niego, ale w jej oczach dostrzegł złość. Zrozumiał w końcu, gdzie się kryje prawda o tej kobiecie. Nie w jej grzecznych uśmiechach ani miłym głosie, tylko w jej oczach. Złotych jak blask zachodzącego słońca. – Gdybym wiedziała, gdzie jej szukać, osobiście bym po nią poszła i zaciągnęła do tego kościoła. W końcu to ona zgodziła się za ciebie wyjść, nie ja.

‒ Bez obrazy, ale nie chciałem się żenić z żadną z was. Zmusił mnie do tego wasz ojciec.

‒ Wiem. To był jego warunek, żeby udzielił swojego poparcia nowemu dyrektorowi. Ma nim zostać twój nowy szwagier, prawda?

‒ Nicodemus Stathis – oznajmił Chase. – Nasze firmy się połączyły, podobnie zresztą jak nasze rodziny. Moja siostra jest szczęśliwą żoną Nicodemusa. – Zastanawiał się, czy Zara domyśla się, że kłamie. Od czasu śmierci matki prawie ze swoją siostrą nie rozmawiał. – Twój ojciec był ostatnią przeszkodą, którą, dzięki temu małżeństwu, mam nadzieję pokonać.

‒ Cieszę się, że mogę się do czegoś przydać – oznajmiła jak zwykle pogodnym tonem, choć nie miał pewności, czy nie poczuła się urażona jego słowami.

‒ Mogę się domyślać, dlaczego Ariella zgodziła się na to małżeństwo. Dla niej liczy się tylko dostęp do pełnego konta. Czy to wasza rodzinna cecha? Czy ty też zgodziłaś się na to małżeństwo dla pieniędzy?

Miał wrażenie, że Zara lekko zesztywniała.

‒ Mam własne pieniądze.

‒ Chcesz powiedzieć: pieniądze swojego ojca. – Uniósł butelkę w geście toastu. – Jak my wszyscy.

‒ Jedyne rodzinne pieniądze, jakie mam, pochodzą od mojej babci, ale i tak staram się ich nie ruszać – oznajmiła jedwabistym głosem, choć jej oczy pociemniały. Chase był zły na siebie, że to zauważył. ‒ Mój ojciec oznajmił mi, że jeśli się nie zgodzę na jego propozycję, to mnie wydziedziczy.

‒ Twoja siostra za to korzysta z nich pełnymi garściami. Sama mi to powiedziała.

‒ To prawda, ale Ariella jest piękna. Dzięki swoim ekscesom ląduje na okładkach magazynów i w ramionach bogatych mężczyzn. Czasem przysparza ojcu kłopotów, ale tak naprawdę jest to dla niego pewien rodzaj reklamy. Ja przy niej odpadam w przedbiegach.

‒ Nie zapominaj, że ja jestem obrzydliwie bogaty.

‒ Nie wyszłam za ciebie z powodu twoich pieniędzy. Zrobiłam to po to, żeby móc ojcu do końca życia wypominać swoje poświęcenie. To nie jest miły człowiek i dobrze jest mieć nad nim jakąś przewagę.

Jej złote oczy popatrzyły na niego przeciągle, niemal go hipnotyzując.

‒ A więc szukasz jakiegoś miłego człowieka, tak? – spytał cicho.

‒ Byłoby ci bardzo trudno traktować mnie gorzej niż on – odparła tym samym tonem. – Chyba że uczyniłbyś z tego główny cel swojego życia, a z tego co wiem, jak dotąd nie wsławiłeś się jakimiś szczególnie podłymi czynami.

Czyżby próbowała być dla niego miła? Nie miał pojęcia, ale ta jej uprzejmość poruszyła w nim jakąś strunę. Otworzyła zakamarek serca, w którym skrywał najmroczniejsze sekrety. Nikt nie powinien ich poznać. Wiedział, za kogo by go wtedy uważali. Za tego, kim w rzeczywistości był.

Za monstrum. Za mordercę.

Miał na rękach krew, której nic nie było w stanie zmyć, a ta kobieta o spojrzeniu ciekłego złota próbowała być dla niego miła.

‒ Sprzedałem własną siostrę, ponieważ tak było dobrze dla firmy. A dziś sprzedałem samego siebie – oznajmił głosem zimniejszym niż grudniowe powietrze. Zimniejszym niż to, co przechowywał na dnie serca. Wszystkie te wspomnienia, złe wybory, błędne decyzje. Dzień, w którym jego matka straciła życie gdzieś na drodze w Afryce Południowej, kiedy to dokonał wyboru, który wyznaczył jego dalsze życie i z którym wciąż nie mógł się nauczyć żyć. – Uważaj, Zaro, bo jeśli mi na to pozwolisz, zrujnuję także i ciebie.

Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, po czym uśmiechnęła się. Nie miał pojęcia, skąd to wie, ale był pewien, że ten uśmiech jest prawdziwy.

‒ O to się możesz nie martwić – powiedziała cicho. – Nie pozwolę ci na to.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ten dom był jakby żywcem wyjęty z historycznej powieści. Nie wiedzieć czemu, na jego widok zadrżała.

‒ Zimno? – Jego głos brzmiał grzecznie, ale oczy ciskały gromy.

‒ Ależ skąd – powiedziała Zara, choć wcale nie było jej ciepło. – Twój dom nie jest najprzyjaźniejszym miejscem na ziemi, prawda?

Pisała pracę magisterską z powieści średniowiecznej, dlatego przeczytała ich znacznie więcej niż przeciętny śmiertelnik. Teraz poczuła się tak, jakby nagle znalazła się w samym środku jednej z takich powieści.

‒ Jest grudzień. O tej porze roku nic nie wygląda przyjaźnie w tej części kraju.

Ale nie chodziło tylko o to. Może to była kwestia jej wybujałej wyobraźni, ale miała wrażenie, że stara kamienna rezydencja niczym zjawa wieńczyła długi podjazd prowadzący przez gęsto rosnące ośnieżone drzewa. Dach domu również był pokryty śniegiem i zwieszały się z niego długie sople.

Spróbowała wyobrazić sobie dom wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, ale nie zdołała.

Po raz pierwszy zwątpiła w swoje przywiązanie do powieści Daphne du Maurier i Phyllis A. Whitney. Można powiedzieć, że w dużej mierze to one właśnie ją ukształtowały, ale sprawiły też, że miała skłonność do doszukiwania się w takich miejscach ciemnych mocy.

‒ Jesteś pewien, że nie trzymasz tu zamkniętej na cztery spusty chorej umysłowo kobiety?

‒ Chciałabyś. Mógłbym się okazać bigamistą, co pozwoliłoby ci uwolnić się z matni, w jakiej się znalazłaś.

Zara była zaskoczona. Nie przypuszczała, że Chase czytał Jane Eyre. Że w ogóle coś czytał.

– Bardzo mi przykro, ale nie trafiłaś.

Wcale nie sprawiał wrażenia człowieka, któremu jest przykro. Nie był też pijany, co trochę ją dziwiło, zważywszy na to, ile alkoholu w siebie wlał.

Szczerze mówiąc, sprawiał wrażenie bardziej przytomnego niż ona.

Może w świetle dnia zarówno ten dom, jak i towarzyszący jej mężczyzna okażą się bardziej zachęcający.

No cóż, w końcu nie znalazła się tutaj, żeby uwić sobie ciepłe gniazdko. Była tu, ponieważ babcia chciała, żeby spróbowała. Żeby raz na zawsze udowodnić ojcu, że jest dobrą córką. Wreszcie ojciec będzie musiał uznać, że…

‒ Chodź – powiedział nowo poślubiony mąż, dotykając jej boku. Ten krótki kontakt zrobił na niej niespodziewane wrażenie. – Chciałbym jak najszybciej zdjąć z siebie te ubrania i zakończyć farsę.

Zara natychmiast wyobraziła go sobie bez ubrań i aż zaparło jej dech. To umięśnione, atletycznie zbudowane ciało…

Weź się w garść, kobieto!

Udała, że nie dostrzega wzroku, jakim ją obrzucił. Wzroku, który mówił, że doskonale zna jej myśli.

Wprowadził ją do przestronnego holu, gdzie czekała na nich pani Calloway, jego gospodyni. Dalej poprowadził Zarę do szerokich schodów, którymi weszli na drugie piętro. Zdążyła tylko zauważyć, że wszędzie znajdowało się mnóstwo dzieł sztuki: obrazów, rzeźb i innych, niewątpliwie niezwykle cennych przedmiotów.

Chase milczał. Ona także się nie odzywała, myśląc o tym, że za chwilę zrzuci z siebie tę obrzydliwą sukienkę i zanurzy się w gorącej, aromatycznej kąpieli.

Chciała jak najszybciej uwolnić się od towarzystwa Chase’a, który cały czas zachowywał się w nieprzyjemny, wręcz odpychający sposób. Był wściekły i wcale tego nie skrywał.

Miała nadzieję, że kiedy znów stanie się sobą, inaczej spojrzy na wszystko. Przeczyta na telefonie wiadomość od Arielli, którą bez wątpienia tam zostawiła, a jeśli nie, to po prostu do niej zadzwoni. Bardzo chciała usłyszeć, co jej siostra ma do powiedzenia na temat zamieszania, jakie spowodowała.

‒ Tutaj – warknął Chase, otwierając przed nią jedne z drzwi.

Zara stanęła jak wryta.

‒ Czy to…

‒ To są twoje pokoje. Chyba że zamierzałaś uczynić nasze małżeństwo bardziej tradycyjnym? Jeśli chcesz, jestem do dyspozycji. Wypiłem dziś tyle whisky, że jestem w stanie wyobrazić sobie wszystko. Moje pokoje są na drugim końcu korytarza.

Wolałaby umrzeć, niż skorzystać z jego propozycji. Była pewna, że gdyby na jej miejscu była Ariella, Chase nie potrzebowałby ani kropli whisky.

Przecież wcale jej na nim nie zależy. Nigdy nie cierpiała takich typów jak on. Męska wersja jej siostry. Młodsza wersja ojca. Arogancki, pewny siebie i obrzydliwie bogaty. Nie, dziękuję.

‒ Whisky wkrótce wyparuje – powiedziała sucho. – A skoro o tym mowa, to ja nie wypiłam ani kropli. – Przeszła obok niego, zdecydowana mieć dobrą noc. – Dobranoc i dziękuję.

‒ Zaro.

Nie chciała się zatrzymać, ale zrobiła to, zła na siebie, że tak łatwo potrafił nią sterować.

‒ Jeszcze przyjdę później – oznajmił złowieszczym głosem.

‒ Obawiam się, że nie bardzo masz po co.

Wydał z siebie dźwięk, który mógł być śmiechem, a który podziałał na nią znacznie mocniej niż jakakolwiek whisky. Nie było powodu, dla którego ten mężczyzna miałby tak na nią działać, ale prawda była taka, że budził w niej pożądanie.

‒ Jeszcze przyjdę – powtórzył.

Mimo woli skinęła głową w geście przyzwolenia.

Kiedy zamknął za sobą drzwi, wypuściła powietrze z płuc, które nieświadomie powstrzymywała.

Rozejrzała się wokół siebie.

Dominującym kolorem w sypialni był błękit. Pod jedną ze ścian znajdował się kominek, naprzeciw którego stała zachęcająco wyglądająca sofa i dwa fotele. Łóżko było duże i pokryte licznymi poduszkami i pledami. Cały pokój sprawiał bardzo przyjemne wrażenie, co trochę poprawiło jej nastrój.

Podeszła do kominka, na którym stały fotografie. Większość z nich przedstawiała wysoką, ciemnowłosą dziewczynę o oczach identycznych jak oczy Chase’a. Mattie Whitaker, jego siostra.

Zara nie czytała brukowej prasy, ale nie sposób było nie usłyszeć o tym, że Mattie wyszła za mąż za „największego rywala znanego playboya Chase’a Whitakera”. Nicodemus Stathis nie mógł być największym rywalem Chase’a, skoro zdecydowali się połączyć swoje firmy.

Nie miała wątpliwości co do tego, że gazety kłamią. Dobrze wiedziała, co wypisywały o jej siostrze i jak potrafią manipulować faktami.

Cóż, przynajmniej to je łączyło: obie wyszły za mąż z powodów niemających wiele wspólnego z miłością.

Weszła do łazienki i uśmiechnęła się do siebie. Tak jak się spodziewała, czekała na nią ogromna wanna umieszczona obok okna, z którego roztaczał się widok na zimowe niebo.

Odkręciła wodę i wrzuciła garść soli do kąpieli. Zerwała z głowy welon i rzuciła go na podłogę. Wyjęła resztę spinek z włosów i pozwoliła im opaść swobodnie na ramiona.

Teraz musiała się rozprawić z suknią. Uwolnienie się z niej wcale nie było proste. W pewnej chwili usłyszała dźwięk rozrywanego materiału i po kilku chwilach sukienka opadła białą chmurą na podłogę. Na piersiach i brzuchu miała odciśnięte ślady od gorsetu, który był wbudowany w sukienkę.

Była tak szczęśliwa, że uwolniła się z tego kaftana tortur, że jej oczy napełniły się łzami. Zara jednak nie pozwoliła im popłynąć. Wiedziała, że jak zacznie, nie będzie potrafiła skończyć.

Nie tutaj i nie dzisiaj. Babcia nauczyła ją, jak stawiać czoło przeciwnościom.

Zrzuciła satynowe pantofle – na szczęście Ariella miała ten sam rozmiar buta co ona – a na końcu zdjęła czerwone majtki, które jako jedyne z rzeczy, jakie miała na sobie, należały do niej.

W końcu mogła wejść do wanny. Zrobiła to, wzdychając przy tym z niewymowną rozkoszą. Spięła włosy na czubku głowy i zanurzyła się w gorącej wodzie. Próbowała sobie wyobrazić Mattie Whitaker kąpiącą się w tej samej wannie. Ta dziewczyna kojarzyła jej się z Ariellą. Szczupła, beztroska, zmieniająca mężczyzn jak rękawiczki, płynąca przez życie na ramionach innych.

Zara także nie miała trudnego życia. Wszak należała do rodziny Elliottów. Nigdy jednak nie lubiła być na widoku i starała się unikać rozgłosu.

Dziś zrobiła to, czego od niej oczekiwano, czyż nie? Dała ojcu ostatnią szansę, żeby potraktował ją inaczej niż zwykle.

Zamknęła oczy i oparła głowę o brzeg wanny. Starała się rozluźnić i nie myśleć o tym, co wydarzyło się tego dnia, ani o tym, co jeszcze mogło się wydarzyć. Nie myśleć o mężczyźnie, którego poślubiła, a który na swój ślub przyszedł na prawie pijany i wściekły jak diabli.

Nie wiedziała, jak długo tak leżała. Jaśminowy zapach i bąbelki wodne działały na nią kojąco. Zastanawiała się właśnie, czy ma jakąś szasnę na kolację, kiedy poczuła na nagich ramionach podmuch powietrza. Niechętnie otworzyła oczy.

W drzwiach łazienki stał Chase, spoglądając na nią mrocznym wzrokiem.

Na krótką chwilę przestała oddychać. Serce załopotało jej w piersi jak schwytany w klatkę ptak, a w gardle poczuła gwałtowny skurcz. Patrzyła na mężczyznę, którego nie powinno tu być, i milczała.

Powinna coś powiedzieć, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Był tak piękny, że aż zapierało jej dech. Miał na sobie dżinsy, zapiętą na dwa guziki koszulę i był boso. Ciemne niebieskie oczy zdawały się patrzeć na nią jeszcze bardziej dziko niż poprzednio, a ona sama na jego widok poczuła niepokój, którego nie potrafiła sobie wytłumaczyć.

‒ Nie powinieneś leżeć teraz gdzieś na podłodze? – spytała ostrzej, niż zamierzała.

‒ Nie jestem pijany – oznajmił, spoglądając na nią posępnie. – A przynajmniej nie aż tak.