Podpalę wasze serca! - Marcin Brzostowski - ebook
Opis

„Podpalę wasze serca!” – to zanurzona w grotesce i absurdzie powieść, ukazująca perypetie głównego bohatera, czterdziestoletniego pracownika korporacji, który zostaje uwikłany w „spisek” oraz w życiu którego pojawia się demoniczna postać z „innego wymiaru”. Gdy dotychczasowe życie głównego bohatera legnie w gruzach, jedyną szansą na odmianę losu stanie się SZALEŃSTWO. Czy faktycznie jest to dobre rozwiązanie, niech odpowie sam Czytelnik.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 109

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Marcin Brzostowski

Podpalę wasze serca!

 

© Copyright by

Marcin Brzostowski & e-bookowo

Grafika na okładce: Michał Olejarski

Projekt okładki: Michał Olejarski

Korekta: Zuzanna Błońska

 

ISBN e-book 978-83-7859-698-1

ISBN druk 978-83-7859-699-8

 

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie II 2016

 

Wszelkie podobieństwo bohaterów tej książki

do jakichkolwiek osób jest przypadkowe

i niezamierzone przez autora

 

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Byłem w Rijo, byłem w Bajo.

Miałem bilet na Hawajo.

Byłem na wsi, byłem w mieście.

Byłem nawet w Budapeszcie.

Wszystko ch.

Może czasem trochę mniejszy,

ale potem jeszcze większy.

Jakub

Intro

Nazywam się Karol Szrama i od kiedy pamiętam, miałem przejebane. Nie żeby tak od razu na maksa, ale nic nigdy nie układało się po mojej myśli. I w zasadzie mógłbym na tym zakończyć, gdyby nie to, że zamierzam podpalić wasze serca i rozpirzyć ten cały świat w drobny mak. Myślicie, moi drodzy, że to niemożliwe? Że nie stać mnie na taki gest? Udowodnię wszystkim, że mam jeszcze jaja! Ale wszystko po kolei…

Ojciec chrzestny 4

4 października roku pamiętnego

(za oknem strasznie piździ)

Na wstępie pragnę wyjaśnić, że jestem raczej skryty i z byle czym do mediów nigdy nie latałem, ale sytuacja, w której się znalazłem, zmusza mnie do zajęcia stanowiska i podzielenia się z gawiedzią tym, co mi w duszy gra. A jest co roztrząsać, gdyż uświadomiłem sobie, że właśnie skończyłem czterdzieści lat, nie prowadzam się po rautach z cycatymi blondynkami, tylko mam na stanie żonę, bachora oraz kredyt mieszkaniowy o wartości tak kosmicznej, że jeśli go nie spłacę w terminie (jeszcze tylko dwadzieścia lat!), to mnie z miejsca zamkną w lochu, każą oglądać seriale i będą polewać wrzącą smołą na okrągło. Na dodatek praca wkurwia mnie ponad miarę, czuję się przytłoczony permanentną presją o wszystko i wobec każdego (tak zwany wyścig szczurów), a ponadto przeczuwam u siebie początek otumanienia ogólnego albo trywialno-pospolitej choroby psychicznej. Bo wszystko zaczyna mi się mieszać, coś mi lata z tyłu głowy i nie tylko, a poza tym słyszę głosy, których w żadnej mierze nie powinienem usłyszeć. I nie są to, moi drodzy, oświadczyny królowej Maroka, tylko ordynarne podszepty do rzucenia tego wszystkiego w cholerę i przejścia (tak mi się wydaje) na ciemną stronę mocy. Ale o tym opowiem wam kiedy indziej, gdyż słyszę zza ściany, że wzywają mnie na bankiet urodzinowy. Jeśli chcecie, to zapraszam na melanż, tylko musimy udawać, że was tam nie ma. Bo gdyby się ślubna dowiedziała, że sprowadzam do domu gości bez jej zgody, miałbym się z pyszna przez następny miesiąc. Dlatego zapraszam serdecznie, tylko nie dajcie po sobie poznać, że tam jesteście. OK?

Skoro wszystko ustaliliśmy, to walę prosto na jubileusz i postaram się nie myśleć o tych wszystkich doznaniach. Spróbuję wyluzować się na maksa i chociaż przez moment zaczerpnąć z życia pełną garścią. Wkraczam więc do salonu, poprawiam filuternie fryzik i staję jak wryty! Bo zamiast urodzinowego tortu z niespodzianką (to jest cycatką o włosach blond), dostrzegam ukochaną rodzinkę siedzącą za pokrytym ceratą stołem, na którym zalegają same okropieństwa! Jeśli mnie patrzałki nie mylą, to widzę wyraźnie golonkę, flaczki oraz monstrualnych rozmiarów karpia w galarecie, który przebiera ustami (on jest żywy!) i wyjeżdża nagle jak nakręcony:

– Powyższa impreza kosztowała furę kasiory, a pani domu urobiła się aż po same łokcie, żeby wyjść naprzeciw twoim oczekiwaniom, Karol. Dlatego padaj w te pędy na kolana i dziękuj ślubnej za miłość, litość oraz gustowną uroczystość!

– Ale jak to? – wymyka mi się z ust. – Przecież nie mamy dzisiaj Wigilii, a poza tym ja wolę makaron.

– Na kolana, Karol! – Karp nie daje za wygraną. – Nie bądź podły, chłopie. I nie zawracaj nam dupy tą twoją włoszczyzną!

Po chwili dochodzę do siebie i żeby nie robić zbędnych szop, upadam na kolana i zaczynam pełznąć w stronę stołu. Gdy zamierzam odwdzięczyć się słownie małżonce, do salonu wkracza jej brat i jedzie:

– Witam siostrunię! I mojego podopiecznego!

– Witaj, ojcze chrzestny! – Moja osobista latorośl zaczyna łasić się do Norberta Kwanta. – Witaj, tato!

I tu się z letka ożywiam, gdyż nie raz i nie dwa tłumaczyłem tłumokowi, że słowo „tata” jest zarezerwowane wyłącznie dla mojej osoby. A tu ciągle nic i jakbym walił grochem o ścianę. Nie zamierzam się jednak poddawać, zbieram się lekutko w całość i w końcu peroruję:

– Synu, mój drogi! To ja jestem twoim ojcem!

– Akurat! – Słyszę dziesięcioletniego Belzebuba (to znaczy Arkadiusza).

– Nie wierzysz mi?

– Wierzę, ale to mnie nie zadowala.

– Jak to?

– Srak to! – gad wali mi prosto w twarz. – Ja wolę ojca Norberta! Norberta Kwanta, Kwanta, Kwanta!

Po tym wodospadzie podłości robi mi się przykro i mokro i zamykam się w sobie na amen. Trawię we własnych czeluściach gorycz porażki, gdy tymczasem mój słodki Arkadiuszek odbiera od ojca chrzestnego furę prezentów i tuli się do niego tak, jak powinien do mnie. Moja żona nakłada całej trójce po porcji flaczków i robi się im zupełnie przyjemnie. Po półgodzinie wstaję w końcu z kolan, idę do przedpokoju i znajduję na wieszaku smycz oraz stary kaganiec. Wracam do salonu, po czym zdejmuję ze stołu wrednego karpia i ubieram go w znalezione gadżety. Ryba przygląda mi się uważnie i nagle nadaje:

– Chyba cię, Karol, pogięło? Przecież ja nie jestem psem!

– Od dzisiaj jesteś! – wywalam na płetwonoga całą moją złość. – I powiem więcej! Jeśli będę chciał, to będziesz nawet wiewiórką! OK?

Zastraszony karp tuli pod siebie ogon (to znaczy płetwy) i natychmiast odnajduje właściwy kurs. Po upływie trzech sekund zaczyna się do mnie łasić i zagaja:

– A długi będzie ten spacerek? Bo dzisiaj strasznie piździ.

– Nie wiem! – odszczekuję na odczepnego. – Muszę się trochę wyluzować! Bo właśnie stuknęła mi czterdziecha, a nikt nie złożył mi nawet zasranych życzeń!

Dawka większa niż życie

11 października roku pamiętnego

(USA-Polska 2:2)

Zaczął się kolejny dzień mojego życia. I abarot od nowa… Prysznic, golenie, krótka utarczka słowna z małżonką na mało zajmujący temat, ujadanie psa (to znaczy karpia) oraz wysłuchiwanie od pierworodnego, jak funny i jazzy jest Norbert Kwant. I pewnie nie dziwicie się, moi drodzy, z jak dużą werwą ubieram się do wyjścia, łapię za teczuszkę i walę prosto do tyrki. Prawda?

Ciągnąc dalej wątek, muszę wyjaśnić, że w tyrce też nie jest najlepiej, ale przynajmniej coś się dzieje. Z tym „dzianiem się” to też jest niemałe przegięcie, gdyż jakiś ekspert (to jest menda pierwszej i ostatniej wody) od prawa pracy wymyślił, że w umowie o pracę, gdzie stoi o „ośmiogodzinnym dniu pracy”, należy wpisać słowo „efektywny”. I zrobił się z tego „efektywny ośmiogodzinny dzień pracy”. Na początku nikt niczego nie pokumał, jednak któregoś dnia szefostwo zawiozło ten pomysł do Sejmu, gdzie miejscowe towarzystwo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniło wredny zapisik w prawo, i to ogólnie obowiązujące. No i dopiero wtedy się zaczęło! Musicie wiedzieć, moi drodzy, że z miejsca każdemu niewolnikowi (to jest pracownikowi) zainstalowano przy biurku elektroniczny zegar kontrolny (H.U.J. 205/300), który zaczął odmierzać efektywny czas działania na rzecz pana jedynego (to jest pracodawcy). Dlatego, jeśli ktoś:

– używa komputera w celach pracowniczych (żadnych gierek, czatów albo gołych bab),

– wykonuje telefon do klienta,

– pisze donos na swojego najlepszego kolegę lub koleżankę,

– rezygnuje dobrowolnie z urlopu,

– odmawia przyjęcia kasiory za wyrobione nadgodziny,

to wszystko jest git i w ogóle ekstra! Natomiast gdy delikwent lub delikwentka (wiem, co to jest równouprawnienie):

– wypisuje mejle do znajomych,

– słucha piosenek albo dowcipów,

– spożywa posiłek,

– przełyka ślinę,

– zaczyna używać mózgu w celach absolutnie niepracowniczych,

to wówczas elektroniczny zegar kontrolny (H.U.J. 205/300) staje w miejscu (!) i zaczyna kombinować na maksa. Na dodatek, jeśli ma zły humor, cofa się do tyłu, podkreślam, do tyłu, co oznacza w praktyce, że zaczyna się tyrać od nowa! A jak pewnie załapaliście, moi drodzy, to według jego wskazań (to znaczy tego H.U.J.-a) ustala się, co miesiąc, kto i ile wyrobił godzin pracowniczych. I co tu dużo gadać, moi mili, pod koniec miesiąca jest zawsze taki cyrk, że nawet pijany pingwin przebrany za prymasa nikogo by nie zdziwił. Wszyscy latają jak w ukropie i tylko się zastanawiają, ile im „wyjdzie” tych godzin. Jeśli komuś nie styknie w rachunkach, to potem chodzi po korytarzu „w poszukiwaniu straconego czasu”. I nie ma zmiłuj dla nikogo! Trzeba zasuwać w opór, aby wyrobić swoje godzinki. Dlatego widziałem już wielu, dla których pospolita doba to za mało. Niektórym pognębionym „dzień pracy” zajmuje nawet 30 godzin! A skutek tego jest taki, że gwiazdkowy prezent pognębiony odbiera w kwietniu albo w maju następnego roku. Dlatego, co by nie mówić o szefostwie, to w ten oto prosty i genialny sposób wyeliminowano z naszego (to jest pracowniczego) słownika termin „płatne nadgodziny”, a niektórym to nawet raz na zawsze wymazano z czachy słowo „urlop”.

No dobrze, nie będę się dłużej użalał, tylko wyjaśnię wam, moi drodzy, że powyższe porządki pracownicze obowiązują mnie już od dłuższego czasu, gdyż występuję w tyrce jako pełnoetatowy pracownik do zadań specjalnych. Żeby była pełna jasność, moi mili, to zaznaczam, że jak każdy porządny obywatel tego kraju tyram w korporacji, która zajmuje się handlem, doradztwem ogólnym oraz handlem eksperckim na maksa. A na pytanie, czym handlujemy, odpowiadam krótko i dobitnie: wszystkim! Nawet tym, co by wam do głowy w najśmielszych snach nie przyszło. Jeśli chcecie się przekonać, że nie łżę jak pies ostatni, to zapraszam do biureczka. Pogłaszczę jeszcze tylko po obudowie elektroniczny zegar kontrolny (to znaczy H.U.J.-a), żeby się przypadkiem nie zbiesił, odchrząknę na szczęście i już mogę wykonać telefon do klienta, aby wcisnąć mu coś, czego absolutnie nie potrzebuje, a co moja korporacja może mu z miejsca zapewnić. A zatem nie czekam dłużej, wykręcam numerek i jadę:

– Witam serdecznie, panie Waldeczku!

– Słucham? – dociera do mnie zdziwiony głos odbiorcy.

– Witam raz jeszcze i to bardzo dosadnie!

– A kto tam?

– To ja, Karol Szrama, z korporacji doradczo-handlowej TYLKO NA CHWILĘ ZAMKNIJ OCZĘTA, A OBEDRĘ CIĘ Z MAMONY AŻ DO SAMEJ KOŚCI Spółka Akcyjna (w skrócie S.A.)!

– Niczego nie potrzebuję, panie Karolu. Wszyściutko już mam!

– Nawet kartony na znalezione sztućce?

– Mam!

– Palisadkę wokół ogródka?

– Mam!

– Zdechłą papugę, względnie rozjechanego jeża?

– To też mam!

Na chwilę zapada cisza (bo trochę mnie przytkało), jednak przechodzę do kontrataku i walę:

– A chciałby pan, tak po starej znajomości, panie Waldeczku, zarobić okrąglutki milion baksów?

– No pewnie! – Frajer łapie się w końcu na haczyk.

– W takim razie proszę obstawić zwycięstwo rodaków w meczu piłki kopanej z USA.

– A kiedy grają?

– Za kilka godzin.

– No nie wiem…

– To pewny interes, panie Waldeczku. Wiem, że wygramy z hamburgerami dwa do zera!

– Na pewno?

– Jasne! I nie ma innej opcji!

W