Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W miłości, jak w sporcie, nie liczy się jedynie wygrana – lecz odwaga, by wrócić do gry po porażce.
Pola całe swoje życie podporządkowała siatkówce. To ona była jej planem na przyszłość, codziennością oraz sposobem na udowodnienie sobie i ojcu, że jest wystarczająca. Gdy nagła kontuzja brutalnie skończyła jej sportową karierę, dziewczyna straciła nie tylko marzenia, ale też własną tożsamość. Po latach Pola wraca do świata, który ją ukształtował – już nie jako zawodniczka, lecz fotografka drużyny walczącej o mistrzostwo. Wśród napiętych relacji, sportowej presji i niegasnących ambicji musi zmierzyć się z żałobą po dawnym życiu, trudną relacją z ojcem oraz... uczuciem do kapitana drużyny, które powinno pozostać tajemnicą. Emocje rosną wraz z napięciem na boisku, a każdy wybór może kosztować więcej niż stracony set.
Czy Pola zdobędzie się na odwagę, by kolejny raz postawić wszystko na jedną kartę?
To historia o drugich szansach i bliskości, która pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie.
D. J. Szopna – polska pisarka zamieszkała za granicą. Debiutowała w 2022 r. powieścią „Latarnia”. Tworzy w gatunkach romantasy, kryminał, thriller i new adult. Prowadzi konto na Wattpadzie jako DJSzopna.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 468
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
D. J. Szopna
Saga
Pod Siatką
Zdjęcie na okładce: Shutterstok, Midjourney
Copyright © 2025, 2026 D. J. Szopna i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727322018
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Siatkówka.
Moja pierwsza, wielka miłość.
Moje największe rozczarowanie.
To ona przyniosła mi piękne, szczęśliwe chwile.
I to ona odebrała mi wszystko.
Siatkówka była nieodłącznym elementem naszego życia od zawsze. Tata był fizjoterapeutą – wpierw klubowym, potem reprezentacji Polski. Pierwszym prezentem, jaki dostałam, była miniaturowa żółto-niebieska piłka. Breloczki, długopisy czy inne promocyjne gadżety? Rozdawałam je w przedszkolu i na podwórku, jak cukierki na urodziny. Koszulki klubowe albo reprezentacji – kilku używałam do spania. Oczywiście bilety na wszystkie możliwe rozgrywki – ważne i te mniej – były u nas na porządku dziennym. Ojciec uważał, że wejściówki na tego typu wydarzenia to idealny prezent dla całej rodziny, sąsiadów, a także przedszkolanek.
Ale potem biletów i długopisów już nie było. Odszedł. Nie umarł, choć czasem łatwiej było mi tak myśleć.
Gdy mama miała dość jego ciągłych wyjazdów, zniknięć, monotematycznych monologów, próbowała na to wpłynąć – prośbą i groźbą. Ale chyba było za późno, bo po kilku dniach poprawy – gdy zachłysnęłam się ojcem, który słucha o rysunku z przedszkola – mama powiedziała, że się wyprowadzamy. Nie do końca rozumiałam, ale zabrałam moją miniaturową piłkę, wszystkie koszulki i przeniosłam się z mamą do małego mieszkania w bloku. Tatę widywałam sporadycznie, a najczęściej w telewizji w czasie ważnych rozgrywek klubowych i reprezentacyjnych. Widziałam, jak przy kontuzji zawodnika oddaje mu swój czas, swoje zainteresowanie i siebie w ogóle – aż zaczęłam nienawidzić tych chłopaków, chociaż nie zrobili mi nic złego. Przecież to była jego decyzja.
W podstawówce nauczyciel wychowania fizycznego skojarzył moje nazwisko i zaczął wypytywać o ojca. Unikałam odpowiedzi jak ognia, ale gdy zagraliśmy mecz siatkówki, poprosił mnie na bok. Powiedział, że zadziwiająco dobrze idzie mi przyjęcie. Nadgarstki miałam czerwone, ale nie czułam bólu. Byłam wściekła, gdy zaproponował, bym spróbowała w drużynie szkolnej. Miałam tylko sprawdzić, czy mi się spodoba, a ostatecznie zostałam najmłodszą zawodniczką reprezentacji szkoły.
Do dziś nie wiem, dlaczego się zgodziłam. Może by go nie urazić? Choć w chwilach słabości wmawiam sobie, że zrobiłam to dla ojca. Że może wtedy wierzyłam jeszcze, że jeśli oddam swoje serce siatkówce, tak jak i on to zrobił, to może znów mnie pokocha. Wiem, głupie myślenie naiwnego dziecka.
I byłam naprawdę dobra na przyjęciu. Koleżanki z drużyny przyjęły mnie ciepło i trenowałyśmy trzy razy w tygodniu po lekcjach. Wracałam do domu i z entuzjazmem – chyba jeszcze nieudawanym – opowiadałam mamie i dosłownie widziałam, jak gaśnie w niej coś, czego nazwać nie umiałam. Nie podobało jej się moje nowe zamiłowanie, a ja po prostu tryskałam energią. Pokochałam siatkówkę – być może jako czysty sport, a może jako nadzieję na odzyskanie ojca – ale stała się ogromną częścią mojego życia na kilka lat.
W liceum dostałam się do klubu juniorek i to właśnie tam na wyjazdowym meczu uległam wypadkowi w trakcie odbioru piłki. Rzuciłam się ślepo w decydującym momencie seta i odbiłam się od koleżanki. Nie utrzymałam równowagi i upadając na ziemię, złamałam rękę. To był moment, który przekreślił wszystko – nie skupiałam się na bólu, szpitalu, ani nawet na zerowych szansach dalszej gry przez dłuższy czas. Nie. Myślałam o ojcu i o tym, że zabraknie nam tematów, gdy spotkamy się jak zwykle w okolicach moich urodzin. Na corocznej kawie interesowało go tylko to, jak sobie radziłam w drużynie, co osiągnęłam i ile trenowałam. Siedząc na kozetce w szpitalu, gdy jakaś kobieta zakładała mi gips, myślałam tylko o tym spotkaniu – będziemy siedzieć w kawiarni, patrząc po kątach i odliczając, aż skończy się ta katorga.
Nie płakałam. A przynajmniej nie pamiętam. Siatkówka i tak pozostała w moim życiu, bo piętro pod nami mieszkał Piotrek. Poznałam go zaraz po przeprowadzce i przez te wszystkie lata zaraziłam go miłością do tego sportu. Gdy ja kończyłam moją niezaczętą właściwie karierę, on parł do przodu w młodzieżowym klubie i wybijał się wśród swoich kolegów. Kibicowałam mu z całego serca. Był jedynym mężczyzną w moim życiu, więc skoro nie mogłam kochać ojca, postanowiłam kochać przyjaciela. I choć zboczyłam ze ścieżki kariery sportowej i poszłam w coś neutralnego, widujemy się codziennie i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie mogę zwizualizować sobie dnia, w którym powie mi, że się wyprowadza, albo że się zakochał i nie możemy się więcej widzieć. Całe szczęście Piotrek jest typem podrywacza, więc raczej nie muszę się obawiać, że niebawem któraś skradnie jego serce. Nigdy natomiast nie było między nami nic romantycznego. Zresztą nie zniosłabym związku z siatkarzem – wystarczająco się napatrzyłam, jak miłość do sportu potrafi skrzywdzić drugą połówkę.
A dziś. Cóż. Dziś mam dwadzieścia lat i studiuję socjologię – nie wiążę tego z przyszłością, ale moja mama często wspomina, że dobre studia, to pewna praca. Nie do końca wiem, czy to ten kierunek, ale jak nie wiesz, co chcesz robić, to robienie czegokolwiek nie wydaje się złym pomysłem. Kłamię. Wiem, co chciałabym robić. Kocham fotografię. Uwielbiam robić zdjęcia i nawet dorobiłam się niezłego sprzętu. W każde wakacje od szesnastego roku życia pracowałam i kupowałam coraz to nowsze gadżety, i dziś mam całkiem sporą kolekcję, którą wykorzystuję, gdy tylko mogę. Piotrek dostał się do warszawskiego klubu, więc często bywam na treningach i doszkalam na nich swoje umiejętności. Chłopaki dobrze mnie już znają i często sami z siebie mi pozują. Fotografia zajęła miejsce siatkówki i wiążę z nią spore nadzieje.
Zatem siatkówka jest w moim życiu od zawsze i nie zapowiada się, by miała zniknąć, jak mój ojciec. A ja się jej kurczowo trzymam, bo w jakiś pokraczny sposób sprawia, że mnie do niego zbliża, nawet jeśli go nienawidzę.
Stoję przed lustrem i maluję rzęsy. Mam dziś wprawdzie tylko wykłady, ale nie spałam pół nocy, obrabiając zdjęcia dla klubu, więc muszę nieco się podrasować, by nie wyglądać, jakbym chorowała.
Zerkam na telefon, na którym wyświetla się zdjęcie szeroko uśmiechniętego Piotrka. Jest blondynem i ma niebieskie oczy, ale tego nie widać na fotografii, bo tak się śmieje, że całkiem je zmrużył. Wzdycham, bo wiem, że znów wyciągnie mnie na trening.
- Co tam? – pytam, nie przerywając robienia makijażu.
- Nie uwierzysz – zaczyna bez powitania, czym wzbudza moją ciekawość. – Mam jutro spotkanie ze sztabem.
- Sztabem?
- Chcą mnie powołać do reprezentacji.
Zamieram. Z jednej strony jestem niesamowicie szczęśliwa, bo wiem, że Piotrek jest świetny w tym, co robi. I że włożył ogrom pracy, by zasłużyć sobie na zostanie kandydatem do kadry. Ale wiem też, z czym to się wiąże.
- Jesteś tam? – Ton jego głosu się zmienia. Już nie jest tak radosny. Piotrek jest jedyną osobą na całym świecie, która wie, co czuję i myślę o ojcu. Bo są takie rzeczy, których nie mogę powiedzieć mamie, a wtedy to przyjaciel jest moim powiernikiem.
- Tak. Przepraszam. Zatkało mnie. – I to dosłownie. Biorę głębszy wdech i wracam do nakładania tuszu. – To naprawdę świetnie! Cieszę się z tobą.
- Jeśli rozmowa pójdzie mi dobrze, trener zaprosi mnie na próbny trening. W piątek. Pójdziesz ze mną?
Wkładam ogrom energii, by nie usłyszał, jak przeraziło mnie to, co powiedział.
- Nie jestem pewna.
- Wiem, wiem. Nie chcę nalegać, bo zdaję sobie sprawę, jak niekomfortowe mogłoby to dla ciebie być. Nie będę cię zmuszał czy szantażował. – Znam Piotrka na tyle, by wiedzieć, że ma jakiegoś asa w rękawie. – Myślę sobie jednak, że gdybyś się odważyła, pokazałabyś mu, że wygrałaś, bo jesteś ponadto. Że radzisz sobie i go nie potrzebujesz.
Odkładam maskarę i patrzę na swoje odbicie. Ciemne włosy odziedziczyłam po ojcu, choć on szybko osiwiał – pewnie przez cały ten stres związany z pracą. Związuje je w długi koński ogon.
- Pola?
- Jestem – mówię. – Nie obiecuję. Daj znać, jak poszła rozmowa, a ja to wszystko przemyślę.
- Ok. Nie chciałem cię zasmucić.
- Nie zasmuciłeś. Jest ok. – Uśmiecham się, nawet jeśli się do tego trochę zmuszam. – Lecę na uczelnię.
- Ok.
- Piotrek? – Czeka, aż się odezwę. – Naprawdę ci gratuluję. Zasłużyłeś na to i jeśli jutro nie zaczniesz żartować w swoim stylu, na pewno zdobędziesz ich serca.
- Co chcesz od moich żartów? Jesteś napięta, jak cięciwa.
Chłopak się śmieje i rozłącza.
Uśmiecham się do swojego odbicia. Mimo makijażu widzę piegi. Choć dla większości to utrapienie, ja je uwielbiam. Dzięki nim wychodzę na zarozumiałą, nieco wredną, i mi to nie przeszkadza. Nie dlatego, że to prawda. Po prostu nieważne, co myślą o mnie ludzie. Dlatego już wiem, że w piątek pójdę z Piotrkiem, bo zamierzam pokazać ojcu, że jego zdanie się nie liczy.
- Cześć! – Mama wchodzi do mieszkania niczym burza. Trochę jej tego zazdroszczę. Tej energii, którą emanuje niemal każdego dnia. Nie wiem, czy przez całe moje życie tak bardzo musiała walczyć o siebie, o nas i udawała, aż weszło jej to w krew, czy jest tak pozytywną i energiczną osobą z natury. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych, a tym szerokim uśmiechem zaraża każdego. Mimo upływu lat i stresu, którego przecież nie brakowało, nadal jest piękną kobietą z burzą lekko rudawych włosów.
- Hej – odpowiadam, stając w drzwiach do swojego pokoju. Patrzę, jak swobodnie podnosi nogę, by zdjąć buta, i opowiada o petencie, który przyniósł dziś czekoladki. Mama pracuje w urzędzie i nijak nie pasuje do stereotypowej urzędniczki.
Nagle się prostuje, próbując rozpoznać zapach dochodzący z kuchni.
- Co ugotowałaś?
Często bywa, że gdy ja mam wolne, a ona jest w pracy, biorę się za pichcenie obiadu. Nic wykwintnego, bo stawiam na prostotę.
- Chińskie – odpowiadam, wskazując pojemnik, który czeka na komodzie koło drzwi wyjściowych.
- Idziesz do Piotrka? – Mój przyjaciel jest największym fanem mojego makaronu po chińsku. Specjalnie dla niego zmieniłam zwykłe spaghetti na makaron ryżowy, a tłuszcz na sos sojowy. Z czasem przywykłam, a on zawsze powtarza, że za sam ten obiad hajtnąłby się ze mną, gdyby tak nie uwielbiał seksu. W domyśle chodzi mu o to, że kocha mnie jak siostrę i nie wyobraża sobie nic cielesnego między nami. Ja zresztą też nie, ale trochę mnie to obraża, że według jego słów nadaję się tylko do gotowania.
- Tak – odpowiadam. – Dla ciebie zostało w woku. Możemy chwilę pogadać? – Nim kończę to zdanie, mama jest już w salonie i chowa czekoladki to szafki ze słodkościami. Idę o zakład, że nie zostaną tam długo.
- Jasne, o co chodzi? – Tym razem kieruje się do łazienki, by umyć ręce, a chwilę później zagląda już do garnka w kuchni. Moja mama to naprawdę istna petarda, a ja podążam za nią, próbując dotrzymać jej kroku.
- Możesz na moment usiąść?
Spogląda na mnie zdziwiona, ale przytakuje i zajmuje miejsce przy małym kuchennym stoliku.
- Piotrek miał dziś rozmowę z trenerem reprezentacji o powołaniu.
Wychodzę z założenia, że wiadomości, które mogą kogoś zranić, lepiej mówić od razu i bez kluczenia. Ale moja mama uśmiecha się jeszcze szerzej.
- Naprawdę? O jeny, tak się cieszę! Przecież tak się starał.
Mama śledzi rozgrywki ligowe tylko ze względu na Piotrka. Nie cierpi siatkówki, ale jest w stanie się poświęcić. Tym bardziej nie wiem, skąd ta radość.
- Mamo. – Przerywam tę ekscytację. – Nie rozumiesz?
- Rozumiem doskonale. Ale to, że twój ojciec pracuje w sztabie, nie znaczy, że nie powinnyśmy cieszyć się z sukcesów twojego przyjaciela. Przecież ciężko na to pracował od lat. W pewnym sensie to i twój sukces, bo to ty go zaraziłaś siatkówką. – Uśmiech nadal nie schodzi jej z twarzy. – Muszę koniecznie mu pogratulować! – Wstaje i idzie do swojej torebki, prawdopodobnie po to, by wygrzebać z niej telefon.
- Czyli nie martwi cię, że będziesz go widywała na każdym meczu, na który zaprosi cię Piotrek?
Mama przerywa pisanie i podnosi na mnie wzrok.
- Kochanie. Tylko ludzie słabi noszą w sobie urazę do ludzi głupich – odpowiada, jakby to była najoczywistsza rzecz, po czym wraca do pisania. Uwielbiam te jej mądrości, nawet jeśli okazuje się, że jednak jestem słaba. – Śmigaj do Piotrka. Ucałuj go ode mnie, a ja sobie zjem te twoje chińskie wynalazki – dodaje, chowając telefon do kieszeni. – Bawcie się dobrze, ale nie lepiej niż jak ja bym się bawiła – mówi ze śmiechem, znikając w kuchni.
Patrzę za nią przez chwilę, po czym wsuwam klapki, zabieram porcję obiadu dla Piotrka i wychodzę. Bo czy jest sens rozmowy z kimś, kto wszędzie szuka pozytywów? Jestem przekonana, że i w katastrofie Titanica znalazłaby coś, co można by nazywać nauką.
Wchodzę do mieszkania Piotrka bez pukania i niemal od razu podbiega do mnie Brudny. Brudny to jego kot, którego lata temu znaleźliśmy koło śmietnika. Był okropnie umorusany i stąd wzięło się jego imię. To bardzo dziwne zwierzę, bo zazwyczaj nie przepada za swoim właścicielem. Prycha na niego i się jeży, ilekroć ten zjawi się w zasięgu jego wzroku, chyba że ma coś do jedzenia. Inaczej jest ze mną, bo przybiega do mnie i łasi się do mojej nogi, jak najgrzeczniejszy pupil. Tylko ja mogę go głaskać i nie muszę tego kupować smakołykami.
- Zdrajca. – Słyszę i podnoszę wzrok na wysokiego blondyna. – Co tam masz? Czy to to, co myślę?
Uśmiecham się i podaję mu pudełko.
- Anioł, nie człowiek – rzuca, idąc w stronę kuchni. Brudny biegnie za nim, miaucząc, więc liczy, że coś mu skapnie. – Spadaj, sierściuchu.
- Się dziwisz, że cię nie lubi, jak go wyzywasz.
- Zacząłem go wyzywać, gdy mnie z tobą zdradził.
Siadam w małej kuchni i czekam, aż przyjaciel podgrzeje jedzenie. Nim to robi, wyciąga z opakowania karmy kawałek suchego mięsa i rzuca Brudnemu. Piotrek często wyklina kota, ale wiem, że go kocha. Ma dobre serce, choć skrywa je bardzo głęboko.
- Jak było?
- Całkiem nieźle. Philip jest nawet przyjemny. Miota się trochę, jak kura w agreście i ma spore wymagania, ale chyba poszło mi dobrze.
- Kura? – Nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć. Piotrek bardzo lubi używać zasłyszanych gdzieś hasełek.
- Że poważny taki strasznie. – Spogląda na mnie. – Gdzie ty żyjesz?
- Dostałeś zaproszenie? – Postanawiam zignorować jego pytanie.
- Tak. W piątek na pierwszą. Będziesz?
- Będę – odpowiadam, bo słowa mamy, ale i moje wcześniejsze przemyślenia wydają się już zakorzenione. – Był? – pytam znienacka. Chyba zaskakuję tym pytaniem bardziej siebie niż jego.
- Był. Nie poznał mnie. – Marszczę brwi. Tyle razy mówiłam mu o Piotrku. Podkreślałam, jak świetnie gra i pokazywałam zdjęcia, ale widocznie nie interesuje się siatkarzami, dopóki nie dotrą do reprezentacji. – Pewnie w ciągu roku za dużo ludzi spotyka – dodaje przyjaciel, jakby chciał wytłumaczyć mojego ojca.
- Pewnie tak.
- Powiedziałem, że cię znam i zachwalałem twoje zdjęcia. – Przygląda mi się, jakby sprawdzał moją reakcję.
- Głupi. Ty miałeś sprzedać siebie, nie mnie.
- No tak, ale jak skończyłem mówić o sobie w samych superlatywach, to zacząłem o tobie. Przecież gdybym zaczął nawalać ściemami, jak szczerbaty w suchara, to by zauważyli.
Parskam śmiechem. Piotrek zawsze wypowiada się o sobie tylko pozytywnie i jestem pewna, że większość z tych rzeczy wyssał z palca. Ale on mówi tak przekonująco, jakby sam w to wierzył.
- Wiesz – zaczyna, przekładając jedzenie na talerz. – Nie musisz ze mną iść.
- Nie chcesz mnie tam?
- Co? Nie, wariatko. Jasne, że chcę. Po prostu widzę, że spinasz się jak plandeka na żuku.
Patrzę na niego, zastanawiając się, czy wchodzić w temat tych jego dziwnych haseł, ale ostatecznie dochodzę do wniosku, że i na tę okoliczność ma coś przygotowane. Obiecuję sobie jedynie, że kiedyś pokonam go w tej jego grze.
- Tylko słabi ludzie noszą urazę do ludzi głupich – próbuję zacytować swoją rodzicielkę.
- Niech zgadnę. Kolejna złota myśl mamy Ali? – Śmieje się. – Wysłała mi gratulacje. Jeszcze nie mam oficjalnego powołania, ale widocznie ona wierzy we mnie bardziej, niż ty.
- To nie jest kwestia wiary. Po prostu nie chcę zapeszać. – Mam nadzieję, że nie zauważy, jak słaba to wymówka.
- To co? – Nakłada makaron na dwa talerze i podaje mi ten z mniejszą porcją. – Oglądamy coś?
Mamy wspólną listę filmów, które chcemy obejrzeć. Wrzucamy tam tytuły tylko, jeśli namówimy drugą osobę na daną propozycję. Jestem przekonana, że część zapisał tam wbrew mnie, bo ostatnimi czasy ciągle zasypiam na wybranym przez niego filmie.
- Ale dziś ja wybieram. Bo wybacz, ale twoja kanapa jest średnio wygodna do spania.
- Udam, że tego nie słyszałem.
Ostatecznie stawiam na swoim i włączam tytuł, który mnie interesuje, ale i tak zasypiam. Może z wiekiem człowiek traci możliwość siedzenia w miejscu bez zamykania oczu? Nie jestem pewna.
Nie potrzebuję mojej mamy, by wyciągnęła z rękawa sentencję o czasie, który gna jak szalony, gdy ma zdarzyć się coś, czego nie chcemy. Ja to doskonale wiem. Wiem też, że zwykle okazuje się, że wcale nie jest tak źle, jak się tego obawiamy. Ale jestem jedną z tych osób, w których naturze leży martwienie się i tym razem wcale nie jest lepiej.
I chociaż wmawiam sobie, że wcale się nie obawiam tego spotkania, czuję, że jeśli zatrzymają mnie na uczelni, będę wdzięczna losowi. Albo jeśli spóźni się autobus. Albo choćby ktoś na mnie zwymiotuje i będę musiała jechać się przebrać.
Niestety nic takiego się nie dzieje, więc podjeżdżam pod wskazany adres dosłownie pięć minut szybciej. Piotrek jest na miejscu już jakiś czas, więc nie było sensu się umawiać. A teraz stoję przed wielką halą całkiem sama i zastanawiam się, jak się z tego wymiksować. Ale jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć cały alfabet. Wzdycham, ściskam plecak, jakby od tego zależało moje życie i ruszam w kierunku dwóch chłopaków. Stoją przy drzwiach i żwawo dyskutują. Znam ich, bo często obstawiają rozgrywki klubowe, ale gdy podchodzę, patrzą na mnie, jakby mnie nie poznawali.
- Cześć. – Ich postawa sprawia, że ucieka ze mnie całe to pozytywne nastawienie i odwaga.
- Hala jest zajęta – odpowiada barczysty łysy chłopak, niewiele starszy ode mnie. Jego ton nie należy do przyjaznych, choć wcześniej rozmawialiśmy na luzie.
- Wiem przecież. Jest zgrupowanie.
- Dokładnie, więc nie możesz wejść.
- Co? Przecież mnie znacie. Wiecie, że robię zdjęcia. – Przez moje ciało przechodzi fala zażenowania wymieszanego ze stresem. Nie cierpię się tak czuć.
- Ale nie ma cię na liście.
Otwieram usta i dociera do mnie, że prawdopodobnie Piotrek nie zgłosił, że będę. Robię krok wstecz i wyciągam telefon, ale mój przyjaciel nie odbiera. No tak. Skoro już trenuje, zostawił pewnie komórkę w szatni. Myślę, czy nie napisać mu wiadomości, że utknęłam pod wejściem – nawet na dowód mogłabym strzelić selfie z halą w tle – ale waham się. Czy po to przeżywałam przez kilka dni to wszystko i nastawiałam się, by dotrzeć aż tu i nie wejść? Nie zobaczyć, jak Piotr kupuje serce Philipa i dostaje się do drużyny? Do cholery, mój przyjaciel – być może – będzie reprezentował Polskę na arenach międzynarodowych. Na mistrzostwach i może kiedyś nawet na olimpiadzie.
Wzdycham i spoglądam na wejście. Wiem, że łatwiej byłoby odejść, ale biorę się w garść i spoglądam na jednego z chłopaków, których imion nie znam.
- Czy któryś z was mógłby poprosić Piotrka? Albo…
Nie kończę, bo szklane drzwi się otwierają, a zza nich wychodzi on. Nic się nie zmienił przez tych kilka lat, gdy się nie widzieliśmy – no może nieco bardziej posiwiał.
- Pola – odzywa się ojciec, patrząc mi wprost w oczy. – Co tu robisz?
- Cześć. – Przełykam ślinę, by dać sobie chwilę na uregulowanie oddechu. Mam nadzieję, że mój głos nie drży przesadnie. – Piotrek chciał, bym mu towarzyszyła i myślałam, że może porobię jakieś zdjęcia. – Wskazuję na torbę, ale dociera do mnie, jak głupie to było. Oni na pewno mają kogoś odpowiedzialnego za media i nie potrzebują takiego żółtodzioba – dobrego, ale jednak żółtodzioba.
- Wiesz, że to nie Piotr decyduje o tym, kto może wejść na trening? – Znów ten karcący i wywyższający się ton profesjonalisty.
Chociaż całe moje ciało mówi mi, że powinnam odwrócić wzrok i uciekać, nie robię tego. Nie okażę mu słabości, nawet jeśli zażenowanie wypełnia każdy milimetr mojego ciała.
- Jasne. Możesz mu przekazać, że byłam? – Nie wiem, po co proszę. Pewnie i tak zapomni, a ja przecież mogę wysłać wiadomość. Chyba nie chcę po prostu odejść bez słowa.
- Zaczekaj – mówi, gdy odwracam się w stronę bramy. Widzę kątem oka, że stojący przy drzwiach ochroniarze zerkają na nas. – Ja mogę wpisać cię na listę – dodaje i zerka na jednego chłopaka. Całe szczęście nie chce, bym go prosiła, bo nie wiem, czy bym znalazła w sobie tyle siły. – Dopisz ją do moich gości – rzuca, po czym przesuwa się, by mnie przepuścić.
Podchodzę do drugiego ochroniarza, który przegląda moją torbę, podczas gdy pierwszy spisuje dane z mojego dowodu. Rozglądam się – choć znam to miejsce bardzo dobrze – bo nie mam pojęcia, gdzie podziać oczy i co zrobić.
- Co słychać? – Ojciec zaczyna gadkę o pogodzie, bo jest równie skrępowany, jak ja. Jednak tak długa rozłąka zrobiła swoje. – Widziałem twoje zdjęcia klubowe. Robią wrażenie.
- Dzięki. Jest całkiem w porządku.
Nie idę w jego ślady i nie okazuję mu udawanego zainteresowania, bo chcę, by poczuł się, jak ja przez całe moje życie.
- A studia? – brnie.
- Jak to studia. Robię to tylko po to, by mieć papier – stwierdzam.
On kiwa głową i wyraźnie szuka innego tematu.
- Grasz jeszcze?
- Nie od wypadku. – Jestem przekonana, że zna odpowiedź, ale widocznie nie umie prowadzić rozmowy o niczym, Mam to po nim. Całe szczęście ochroniarz oddaje mi dowód wraz z plakietką akredytacyjną i możemy wejść na halę, zapominając o tej dziwnej atmosferze.
- Trening już trwa. Możesz usiąść. Potem powinnaś poznać Philipa, bo on bardzo nie lubi, jak obcy kręcą się podczas treningów.
- Jasne – odpowiadam, a gdy ten rusza w kierunku rzeczonego trenera, dodaję: – Dziękuję.
Nie mam odwagi powiedzieć nic więcej.
On tylko kiwa głową z lekkim uśmiechem, więc gdy zaczyna rozmowę z kimś ze sztabu, siadam nieco dalej, przyglądając się chłopakom w czarnych strojach.
Z początku czuję skrępowanie w całym ciele. Dosłownie mrowi mi wszystko – najchętniej pstryknęłabym palcem i przeniosła w bezpieczne dla siebie miejsce. Wiem, że to wyjście poza moją komfortową strefę i jeśli to przeżyję, każdy kolejny raz będzie łatwiejszy, aż moje ciało i głowa przywykną do obecności tego człowieka.
Piotrek zauważa mnie, gdy po mocnym ataku przebiega pod siatką i musi wrócić na swoją połowę. Uśmiecha się szeroko, wykonując ręką ruch, który mógł być machnięciem, ale równie dobrze ćwiczeniem dłoni po uderzeniu. Nie jestem pewna.
Dopiero po kwadransie pozwalam sobie przyjrzeć się innym zawodnikom. Część z nich kojarzę z zeszłorocznej kadry. Nawet znam kilka nazwisk – z telewizji i z meczów, na których byłam, ale nigdy z nimi nie rozmawiałam. Czuję delikatne podekscytowanie, wypierające zażenowanie, które jeszcze niedawno władało moim ciałem. To chyba dobry znak.
Gdy rozluźniam się całkowicie, zauważam, że nikt nie ma numerów na koszulkach. Odnotowuję w pamięci, by o to spytać i wracam do przyglądania się zawodnikom. Ich płynne ruchy i siła, jaką dysponują zawsze mnie fascynują. Te wyskoki, zamach i uderzenie – jednym słowem petarda. Na podstawie Piotrka mogę powiedzieć, że przecież jest taki delikatny i słodki, a zdarzyło mi się kilka razy rekreacyjnie grać przeciwko niemu i nie chciałabym być jego przeciwnikiem na co dzień.
Chłonę tę ich energię, to nastawienie i czuję, że ekscytacja powoli wypełnia moje żyły. Kurczę! Jestem na jednej hali z reprezentacją Polski – jeszcze nieoficjalną, ale już prawie. Przecież nie każdy może ich zobaczyć, gdy ćwiczą.
Philip zarządza przerwę, a Piotrek niemal natychmiast do mnie podbiega, wycierając twarz ręcznikiem. Wstaję i ledwie powstrzymuję się, by go przytulić z tych emocji. Ale wiele razy popełniałam ten błąd, a później śmierdziałam jak on. Ja capiłam, podczas gdy on brał prysznic w szatni. Odebrałam tę lekcję.
- Super, że jesteś – mówi, również nie kryjąc radości. Nie chcę psuć mu humoru, więc nie mówię o tym, co mi się przydarzyło.
Przygląda mi się przez moment, aż jego wzrok zatrzymuje się na moim odkrytym ramieniu.
- Ładnie wyglądasz. – Ciągle wpatruje się w moją skórę.
- Dziękuję – odpowiadam dość niepewnie, bo Piotrek nigdy nie mówi mi takich rzeczy.
Bluzka, którą wybrałam, powinna być noszona dokładnie w taki sposób, by nie stracić fasonu, ale widocznie on ma inne zdanie, bo pociąga materiał pod moją szyję.
- Zasłoń się – komentuje.
- Dlaczego?
- Bo są tu sami faceci. Będą się gapić, jak ślepy na striptiz. – Chcę odpowiedzieć, że to znaczy, że wcale, ale uświadamiam sobie, że nie ma sensu wchodzić w tę dyskusję.
- No i?
- To tak, jakby podrywali moją siostrę. Musiałbym ich poobijać. – Parskam.
- Jeśli to zrobisz, wywalą cię z kadry.
- Poczekam na koniec sezonu. Co się odwlecze i tak dalej. – Znów się uśmiecha szeroko.
Patrzę na niego przez moment, a gdy dochodzę do wniosku, że minął czas na ripostę, zmieniam temat.
- Gdzie twój ulubiony numer? – Kiedyś powiedział, że trzynaście to jego liczba – trzynastego się urodził, mieszka pod trzynastką i twierdzi, że trzynaście to też przeciętna długość penisa i szczyci się tym, że ma prawie czternaście, ale jednak jeszcze trzynaście. Nie sprawdzałam, więc muszę zaufać mu na słowo.
- Trener zebrał propozycje i po podjęciu decyzji, kogo chce widzieć w składzie, będzie rejestrował numery w federacji.
Kiwam głową.
- Kto jest twoim rywalem?
Piotrek rozgląda się i wskazuje dyskretnie jednego chłopaka. Niższy od Piotrka o kilka dobrych centymetrów i nie najlepiej patrzy mu z oczu. Możliwe, że go skreślam, bo rywalizuje z moim przyjacielem o miejsce w drużynie. Więc umówmy się – muszę być przeciw, choćby był świetnym zawodnikiem.
- Dobry jest? – pytam, nie spuszczając z niego wzroku. Wydaje się nieco rudawy. Nie to, bym miała coś przeciw rudym, ale… no wiadomo. Muszę się opowiedzieć po jednej, jedynej słusznej stronie.
- Spoko jak barszcz, jeśli wiesz, co mam na myśli – odpowiada mój przyjaciel ze wzruszeniem ramion. Nie mam pojęcia, co to znaczy. – Lepiej powiedz, jak z Borysem. Rozmawiałaś z nim?
Wzdrygam się, czego chłopak nie zauważa.
- Tak. Przez chwilę. Było jak zwykle sztywno. Jak mama się dowie, że się z nim widziałam, chyba mnie zamorduje.
- Mama Ala? W życiu. To do rany przyłóż kobieta. Jak będziesz pracować z ojcem i się z nim widywać, choćby przelotnie, to w pewnym momencie na siebie wpadną i będą musieli pogadać. – Nie odpowiadam, bo nie mogę zebrać myśli. – Mama Ala napisała mi przemiłą wiadomość, więc chyba nie bardzo się nim przejmuje.
- No. Też się zdziwiłam na ten jej entuzjazm – przyznaję.
Piotrek kładzie mi rękę na ramieniu.
- Chodź. Poznasz kilku chłopaków. – Nie uchodzi mojej uwadze, że ponownie podciągnął moją bluzkę.
- Po spotkaniu z moim ojcem? To nie jest najlepszy pomysł. Nie jestem w nastroju.
- Trudno. Przyklej uśmiech i idziemy. Nie możesz stać tu jak widły w gnoju.
Popycha mnie, nie dając mi za wiele do gadania. Szybko poprawiam włosy, by chociaż nie wyglądać, jakbym dopiero co wstała z łóżka. Niektórzy z nich lada moment mogą być znani nie tylko w środowisku siatkarskim. Korzystając z okazji, że Piotrek się rozgląda, ściągam materiał z ramienia.
- Chłopaki. To Pola – mówi i przedstawia mi kilku kandydatów do drużyny. Niektórych z nich znam i to nawet z nazwiska, bo grali przeciwko nam w lidze.
- Będziesz robić fotki? – pyta Radek, chłopak, który w poprzednim sezonie zaczął grę w Częstochowie.
- Dziś nie. Ale może uda mi się namówić Philipa, by następnym razem trochę popstrykać. – Uśmiecham się, próbując ukryć podekscytowanie. Byłoby naprawdę świetnie. To genialna okazja, by poszerzyć portfolio.
Chłopaki rozmawiają z ożywieniem, a ja kątem oka widzę, że ojciec zerka w naszą stronę. Nie daję mu tej satysfakcji i nie odwzajemniam spojrzenia, ale ten cały luz i rozkoszna ekscytacja powoli znikają. Ten człowiek potrafi zniszczyć moje samopoczucie samą swoją obecnością.
W trakcie drugiej połowy treningu przyglądam się nieco więcej trenerowi. Nie znam go osobiście – widziałam jedynie w telewizji, że wydaje się dość nerwowy. Nie mówi też po polsku, a jego angielski jest dość ciężki do zrozumienia dla laika, zwłaszcza gdy wypowiada się w emocjach. To starszy mężczyzna – myślę, że dobija do sześćdziesiątki, o gęstych, siwych włosach. Mimo wieku jest wyprostowany i wysportowany, a to wzbudza we mnie poczucie wstydu. Ja już dawno zapomniałam, co to porządny trening.
Kilka razy mam okazję słyszeć, jak krzyczy do zawodników, i cieszę się za każdym razem, gdy nie zwraca się w ten sposób do mojego przyjaciela. Mogłabym go znielubić.
Aż trening się kończy. Piotrek znów podbiega i prosi, bym zaczekała chwilę, a gdy znika mi z oczu, słyszę swoje imię. Spoglądam w kierunku ojca, a moje serce wbrew rozsądkowi zaczyna szaleć. Podchodzę na sztywnych nogach, ignorując ogarniającą mnie złość i panikę.
Ponieważ mama wychowała mnie dobrze, podaję rękę trenerowi. Jego skóra jest sucha i pomarszczona, więc wkładam ogrom wysiłku, by się nie wzdrygnąć.
- Czym się zajmujesz? – pyta Philip i, o dziwo, rozumiem go doskonale.
- Studiuję socjologię, a od kilku lat moją pasją jest fotografia. Robię zdjęcia klubowi, w którym gra Piotrek.
- Tak. Widziałem cię na rozgrywkach, gdy obserwowałem zawodników – stwierdza, ale przygląda się notatkom.
- Pokazywałem ci jej zdjęcia – wtrąca ojciec, jakbym go o to prosiła.
- A tak. Niektóre bardzo artystyczne. Ciekawą masz wizję. – Nie jestem pewna, czy to rzeczywista pochwała, czy jednak drobna uszczypliwość. – Czemu nie studiujesz czegoś w tym kierunku?
- W pewnym sensie to układ z moją mamą. Włożyła ogrom ciężkiej pracy, by mnie wychować, i bardzo chciała, bym skończyła studia, po których znajdę dobrą pracę. – Nie zastanawiam się, co pomyśli ojciec. Właściwie bardzo bym chciała, by poczuł tę szpilę. – Ale to tylko plan zapasowy.
Philip chyba nie rejestruje moich słów, bo kiwa głową, po czym odrywa wzrok od notatek i zerka na chłopaków, którzy jeszcze zostali na parkiecie, nim przechodzi wzrokiem do mnie, jakby przypomniał sobie, że tam stoję.
- Za tydzień wyjeżdżamy na zgrupowanie do Cetniewa – mówi. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo ostatnie słowa są zagłuszone przez krzyki i ogrom piłek upadających niedaleko, a Philip mówi dość szybko. – Mamy delikatny problem, bo pomocnik specjalisty od mediów ciężko zachorował. – Przytakuję. Nie mam pojęcia, o kim mówi, i co się stało, ale o tym nie myślę. Jestem skupiona na tym, dokąd zmierza trener. – Może chciałabyś…
- Tak! – Wpadam mu w słowo, a zarówno on, jak i mój ojciec wpatrują się we mnie zdumieni. – Przepraszam. – Czuję, że oblewa mnie rumieniec, a po plecach spływa kropla potu. Mężczyzna ciągle na mnie patrzy, a z jego twarzy nie da się nic wyczytać. Na pewno jednak nie lubi, gdy się mu przerywa. W ogóle wygląda na surowego Włocha, co mi się trochę gryzie, bo przecież Włosi to przyjazny naród.
- A studia? – pyta ojciec cicho po polsku. Rzucam mu wściekłe spojrzenie. Mam ochotę mu odpowiedzieć, że całe życie miał mnie w tyłku, więc niech teraz nie udaje troskliwego tatusia, ale biorąc uspokajający wdech, przenoszę wzrok na Philipa.
- Ojciec pyta o moje studia, ale jestem przekonana, że mogłabym to jakoś załatwić. Dla mnie to ogromna szansa, bo tak jak wiesz, kocham fotografię i radzę sobie z nią świetnie, a to idealna okazja, by dodać coś reprezentatywnego do portfolio. – Prawdopodobnie dostałam słowotoku, a on zastanawia się, czy jestem normalna. Ale co ja mogę, że gdy się stresuję, nawijam jak szalona. – Poza tym mamy czerwiec, więc tak naprawdę niewiele zostało do końca roku akademickiego, a jak się postaram, mogę wszystko zaliczyć.
Mężczyzna zerka na mojego ojca – a ja mam ochotę zabić obu, bo to nie jest ich decyzja – po czym zwraca się do mnie:
- Zróbmy tak. Jutro przyjdź pół godziny przed treningiem. Porozmawiamy o naszych oczekiwaniach, twoich możliwościach i podejmiemy jakąś decyzję.
Kiwam głową przygaszona. Dosłownie czuję, jak ta praca wymyka mi się z rąk i mam nieodparte wrażenie, że mój ojciec coś namieszał. Może nie spodziewał się takiej oferty, a jego wzrok i pytanie o studia dały Philipowi powody do przemyślenia tej propozycji.
Po chwili trener zwołuje do siebie zawodników i każdemu zwraca na coś uwagę, a ojciec podchodzi do jednego z chłopaków i przygląda się jego kostce. Wykorzystuję okazję, zbieram swoją dumę i wychodzę, by nie dać ponieść się emocjom i rozbeczeć przy tych wszystkich wysokich, dobrze zbudowanych i w zdecydowanej większości przystojnych mężczyznach.
Zatrzymuję się przy samochodzie Piotrka i piszę do niego wiadomość. Liczę, że ojciec zaparkował swoją furę dalej i nie będę musiała go już dziś oglądać.
Kilku chłopaków wychodzi z hali, śmiejąc się i rozmawiając. Część z nich żegna się ze mną, a ja – jak słodka idiotka – uśmiecham się, machając ręką, bo nie jestem w stanie wydusić słowa. Nie dlatego, że wstydzę się z nimi wejść w interakcję, ale przez ten wulkan negatywnych emocji, które czekają na wybuch.
- Jesteś. – Podskakuję, gdy Piotrek zjawia się koło mnie po dobrym kwadransie. – Czemu uciekłaś?
Wzdycham. Przyjaciel obejmuje mnie ramieniem i przechyla głowę, by złapać mój wzrok.
- Co się dzieje?
- Philip zaproponował mi, bym jechała z wami na zgrupowanie, by robić zdjęcia i w ogóle.
- To świetnie! Znów będziemy nierozłączni. – Uśmiecha się szeroko, szturchając mnie w bok. – Nie wyglądasz na uradowaną. To świetna okazja – mówi, jakbym była dzieckiem, które nie rozumie, jaka szansa się przed nim otworzyła.
- Tak. I mój entuzjazm chyba go nieco zraził, bo potem powiedział, że jutro porozmawiamy i podejmiemy decyzję. Chyba pożałował, że tak szybko wyskoczył z taką propozycją.
- On taki jest. Bardzo wstrzemięźliwy. Mówiłem ci, że jest jak kura…
- W agreście. Tak, pamiętam, choć nadal nie rozumiem tego hasła. – Wzdycham. – Nie znasz go na tyle długo, by wiedzieć, że to jego cecha – zauważam.
- Niby tak, ale już zdążył na mnie nawrzeszczeć, mimo że jestem jak cyrkowiec na kalkulatorze. – Chyba moja mina mówi mu, że nie rozumiem, bo tłumaczy: – W sensie wybitny jestem. – Śmieje się z własnego żartu. – Moim profesjonalnym okiem widzę, że ty masz większe szanse na zostanie w tej kadrze, niż ja – dodaje. – Nie martw się za bardzo. Przecież nie masz na to wpływu, więc szkoda czasu, który poświęcisz na gdybanie.
Patrzę na niego z uśmiechem. Zawsze podziwiałam go za ten istny optymizm. Nic dziwnego, że tak dogaduje się z moją mamą – oboje widzą tylko pozytywne strony, rzucając mądrościami z rękawa.
- Wracajmy. Nie chcę wpaść na ojca. Kilka godzin z nim w jednym pomieszczeniu zdecydowanie wystarczy. Muszę go dawkować.
Nie rozmawiałam z mamą. Nie ma sensu jej informować o planach, dopóki nie będę znała decyzji trenera. Inna sprawa, że sama nie wiem, czy jestem gotowa spędzać tyle czasu z moim ojcem. Bądź co bądź, nie mamy dobrego kontaktu, a jeśli on uzna to za okazję do ojcowania, może zrobić się nieprzyjemnie.
Piotrek zgadza się jechać ze mną szybciej na halę, więc, gdy dojeżdżamy, on idzie do szatni, a ja udaję się na boisko. Philip rozmawia z dwoma mężczyznami i rozpisuje im coś na podkładce. Dyskutują zawzięcie i mam wrażenie, że trener się denerwuje. Jeśli warczy na współpracowników, nawet gdy nie gra meczu, ba – nie ma nawet drużyny – to co będzie później? Może ta praca, mimo że daje ogromne możliwości, nie jest jednak najlepszym pomysłem? Nie lubię nerwowej atmosfery ani konfliktogennych ludzi. Ale może Philip jedynie sprawia wrażenie nieprzyjemnego człowieka?
- Jesteś! – Woła, gdy mnie dostrzega. Dziękuje pozostałym i podchodzi do mnie. – Cieszę się, że się zdecydowałaś. – Ten człowiek przeraża mnie swoimi zmiennymi nastrojami. – Jak się czujesz?
- W porządku – stwierdzam zgodnie z prawdą, ale ze stresu nie odpowiadam grzecznościowym pytaniem.
- Siądźmy. – Wskazuje ławki przed trybunami. Czuję się trochę jak w szkole, ale zajmuję miejsce za jednym ze stolików, podczas gdy on wysuwa krzesło i siada twarzą do mnie. Nie wiem skąd, pojawia się ojciec. Kiwa głową na powitanie, ale nic nie mówi, tylko zajmuje miejsce obok. Czyli musiał być tu już przede mną. Jeśli wcześniej się nie stresowałam, to teraz zaczynam delikatnie drżeć. – Obejrzałem wszystkie twoje prace, zarówno te z boiska, jak i poza nim. Muszę przyznać, że są naprawdę świetne. Masz dobre oko, ciekawe pomysły.
Próbuję nie pozwolić entuzjazmowi mnie zamroczyć i uparcie wmawiam sobie, że będzie jakieś „ale”.
- Jest jednak coś, co mnie niepokoi.
- Czyli jednak – komentuję cicho, czego obaj zdają się nie dostrzegać.
- Piotr – mówi krótko Philip.
- Piotr? – Mojemu ojcu wyrywa się dokładnie w tym samym momencie, co mnie. Zerkamy na siebie, ale szybko wracamy do trenera. Nie mam pojęcia, czego chce od mojego przyjaciela, ale boję się, że mu zaszkodzę.
- Widziałem kilka zdjęć. Jak rozumiem, jesteście blisko?
- Owszem. Mieszkamy obok siebie od… prawie od zawsze. Przyjaźnimy się.
- Tylko?
Zapewne robię zaskoczoną minę, bo pytanie wydaje mi się mocno nie na miejscu. Jestem przekonana, że mężczyźnie by go nie zadano, ale gryzę się w język.
- Oni są niemal jak rodzeństwo. – To mój ojciec się odzywa. Zerkam na niego zdziwiona. Co on może o tym wiedzieć? O Piotrku słyszał ode mnie tylko raz w roku i to lata temu, bo po wypadku w liceum nie znajdował dla mnie czasu.
- Nic romantycznego – zapewniam, ale ta wojownicza część mojej natury nie chce pozwolić, by traktowano mnie w ten sposób. Udaje mi się jednak powściągnąć słowa, które gromadzą mi się na języku.
- Nie zrozum mnie źle. Jestem profesjonalistą i od każdego wymagam profesjonalizmu. W tym od zawodników i każdego, kto wchodzi w skład sztabu. Nie mogę sobie pozwolić, by ktokolwiek był rozkojarzony obecnością kogoś innego na hali. Rozumiesz? Zwłaszcza gdy mówimy o zawodnikach.
- Oczywiście. Gwarantuję jednak, że nie jestem kimś, o kim Piotrek myślałby dzień i noc. – Uśmiecham się, licząc, że Philip weźmie mnie za niewinną, ale wartą zaufania pannicę. Ciężko jednak ocenić efekt.
- To, czego potrzebujemy, to pomoc dla Remika. Specjalisty od mediów. On albo Jarek, kierownik zespołu, przydzieli ci zadania. Oni będą twoimi bezpośrednimi przełożonymi. Także oni będą cię rozliczać z wykonanej pracy. Do mnie nie przychodzisz. Chyba że masz dla mnie coś związanego z mediami, jak na przykład zdjęcia. Jeśli jest jakiś konflikt, idziesz do nich. Ja się nie zajmuję takimi rzeczami. Rozumiesz? – Przytakuję. – Dobrze. Nie masz nic przeciwko? – Tym razem trener zwraca się do mojego ojca.
Spinam się cała. Dlaczego on miałby mieć coś do gadania? Jest ostatnią osobą, która powinna być decyzyjna w tym temacie. Ani nie jestem niepełnoletnia, ani on nie ma prawa ingerować w moje życie, odkąd zostawił nas dla kariery. I to ja mam twardy orzech do zgryzienia, bo wcale nie chcę przebywać obok niego.
- Nie. Przyda nam się spędzić trochę czasu razem – odpowiada, a do mnie dociera coś, co majaczyło mi się w głowie, ale nie było do końca jasne – że w rzeczy samej, będę skazana na jego obecność. A co za tym idzie, czeka mnie nieprzyjemna rozmowa z mamą.
Spokojna pukam do drzwi piętro niżej. Piotrek otwiera mi w samych spodniach i szeroko się uśmiecha.
- Czego stukasz, jak jehowy do drzwi? Przecież umiesz sobie otworzyć. I czemu zawsze przychodzisz, gdy jestem prawie nagi? – Porusza sugestywnie brwiami, ale gdy widzi, że nie odpowiadam rozbawiona, tylko smętnie siadam w salonie na sofie, zakłada koszulkę. – Co się dzieje? – Nic nie mówię, bo go znam i wiem, że jest na tyle inteligentny, że zrozumie. – Mama Ala nie przyjęła tego dobrze? – Nigdy nie lubiłam, jak mówił o mojej mamie w ten sposób, ale teraz jest mi to zupełnie obojętne. Wzruszam ramionami. – No mów – nalega, siadając obok.
Wzdycham, ale nie spoglądam na niego.
- Wysłuchała mnie do końca, nie przerwała choćby jęknięciem, a potem… potem powiedziała tylko ‘ok’ i wyszła z mieszkania.
- Żadnej awantury?
- Żadnej. Nawet rozmowy nie było. – W rzeczy samej wolałabym kłótnie. Mama jest w stanie zaakceptować, że Piotrek, jej prawie przyszywany syn, będzie pracował z Borysem, ale nie ja. Nie jej rodzona córka.
- Chciałbym mieć jej stalowe nerwy. Ale to chyba dobrze.
- Nie wiem. Mam wrażenie, że czuła się tak zawiedziona moją decyzją, że wolała wyjść, niż powiedzieć coś, co mnie zrani.
- Anioł, nie człowiek. – Dopiero teraz rzucam mu wściekłe spojrzenie.
- Muszę wymyślić, jak pogodzić wyjazdy i egzaminy. Jeśli rzucę studia, a wierz mi, marzę o tym, boję się, że mama nie wróci do domu. A chyba wyczerpałam już limit rozczarowań, jakie mogłam jej zafundować.
- Spójrz na to z tej dobrej strony. Będziesz miała całe mieszkanie dla siebie.
Wściekle klepię go w ramię, a ten rechocze, jak idiota. Wstaję niezadowolona z tego, jak ta rozmowa przebiega, ale przyjaciel ciągnie mnie z powrotem na kanapę.
- Przepraszam. Wiesz, że to błaznowate poczucie humoru to moja broń.
- Wiem, ale dziś mi nie pomaga.
Uśmiecha się pokrzepiająco i dotyka moje ramienia.
- Twoja mama może być wściekła, ale to twoje życie i twoje decyzje – mówi wreszcie poważnie. – Ona już miała okazję popełnić swoje błędy.
- Sądzisz, że to błąd? – Marszczę brwi. A jeśli tak jest w istocie? Może nie powinnam tego robić?
- Nie. I nie zachowuj się jak jęczydupa. Ona może uważać, że współpraca z Borysem jest złym pomysłem. Ja sądzę, że to niebywała szansa i byłabyś głupia, gdybyś nie spróbowała. Studia poczekają, a taka oferta nie zdarzy się ponownie.
Kiwam głową. Mądrego to jednak dobrze czasem posłuchać, ale tego mu nie powiem. Tak naprawdę ja to wszystko wiem, ale gdy mówi to ktoś niezaangażowany, nabiera to nowego znaczenia. Uśmiecham się lekko.
- Któryś z chłopaków wpadł ci w oko? – pyta nagle Piotrek, wracając do roli błazna. Zawsze podejrzewałam, że może być poważny jedynie przez chwilę, a ten głupek pod skórą próbuje wyjść każdym porem.
- Wszyscy są przystojni – odpowiadam zgodnie z prawdą.
Przyglądałam się wszystkim w trakcie treningu, ale moja uwaga była skupiona głównie na Philipie. Niemniej dwóch czy trzech z nich zwróciło moją uwagę, ale to głównie dlatego, że śmiali się równie głośno, jak Piotrek. Sądzę, że on świetnie się odnajdzie w drużynie, jeśli dostanie taką możliwość.
Ostatecznie postanawiam, że pojadę na to zgrupowanie i zobaczę, jak trener będzie się zachowywał. Obiecuję sobie, że jeśli wydrze się na mnie choćby raz albo mój ojciec będzie się wtrącał – zrezygnuję. A do tego czasu popstrykam trochę fotek i będę miała cokolwiek do portfolio. Oczywiście, pod warunkiem, że rozwiązanie z nimi umowy i wykorzystanie tych zdjęć będzie takie łatwe, ale biorę pod uwagę, że mogę być zwyczajnie naiwna.
Kilka dni później jestem już po rozmowie z Jolą, która zgodziła się pomóc i nie omieszkała spytać, jak Piotrek i czy przypadkiem nie wybieramy się gdzieś na imprezę. Troszkę mi zajęło, by wytłumaczyć jej, że mój przyjaciel nie może teraz balować po nocach, i w końcu odpuściła z obietnicą przesłania mi zdjęć notatek.
Musiałam też porozmawiać z kilkoma wykładowcami, by poustawiać wszystko tak, by zaliczyć rok. Większość z nich okazała się dość współpracująca, więc ostatecznie mam spokojną głowę, że uda mi się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. O ile będę chciała ciągnąć to dalej.
Zatem w dzień wyjazdu stawiam gotową torbę w przedpokoju i wchodzę do kuchni. Mama siedzi przy stoliku i przegląda coś w telefonie. Podnosi wzrok dosłownie na chwilę, a każdy taki jej gest łamie mi serce. Odkąd poinformowałam ją o mojej decyzji, nie skomentowała tego. Wyraźnie uznała, że woli przemilczeć, niż się kłócić. W przeciwieństwie do mojego ojca, ona rozumie, że ja sama o sobie decyduję.
Siadam obok niej z kubkiem czarnej kawy i czekam. Sama nie wiem, na co. Może aż zbiorę się na odwagę. Gdy widzę, że nie reaguje, nabieram więcej powietrza, nim wyrzucę z siebie, co mnie trapi.
- Jesteś na mnie zła, że przyjęłam ofertę, że będę pracować z ojcem czy że nie będzie mnie na wykładach?
Wreszcie na mnie patrzy. Przygląda mi się, zbierając myśli, a ja spinam się, walcząc, by nie opuścić wzroku na stół. Chyba ostatni raz miałyśmy takie półciche dni, gdy rzuciłam wakacyjną pracę i jej o tym nie powiedziałam.
- Nie jestem zła. Martwię się – odpowiada. Nie pytam, bo wiem, że za moment wyjaśni, jak tylko zbierze swoje myśli. W przeciwieństwie do mnie mama nie jest człowiekiem słowa, nie używa ich całego ogromu, a wszystko, co mówi, musi najpierw przemyśleć. No chyba że się stresuje, to wtedy strzela nimi jak z karabinu. – Martwię się, że wyjeżdżasz, choć wiem, że jesteś już dorosła. Ale będziesz w jednym ośrodku z co najmniej trzydziestoma mężczyznami i będziesz jedyną kobietą. – O tym nie pomyślałam. Ledwie udaje mi się powstrzymać uśmiech. – Martwię się, bo będziesz przebywać z ojcem, i że owinie sobie ciebie wokół palca. I owszem, martwię się twoimi studiami, bo jestem twoją mamą i chcę, byś miała stałą pracę. A właśnie to robią mamy.
