Wydawca: Prohibita Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2011

Pociag do Polski, Polska do pociagu - Andrzej Zybertowicz.mobi ebook

Andrzej Zybertowicz

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Pociag do Polski, Polska do pociagu - Andrzej Zybertowicz.mobi - Andrzej Zybertowicz

[color=#333333][font=verdana, geneva]Początek XXI wieku. Zapętlona lustracja. Podmiotowość Polaków ograniczona do konsumpcji. Zwodnicza dyktatura normalności. „Nie ma nawet cienia Układu”. Nakaz utrzymywania bezmyślności. Polska przed i po 10/04. Potępienie dociekliwości. „Agentura wpływu to byt fikcyjny”. Demontaż polskości. Rywinland zmienia się w Tuskokraj - czyli wolność słowa dla Michnikowszczyzny. [/font][/color]

[color=#333333][font=verdana, geneva]Andrzej Zybertowicz. Badacz społeczny. Z niejakim zdziwieniem dowiedział się kim ma być, gdy w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia, nieznani Rodacy podchodząc do niego na ulicy mówili: „Gdy Pana słucham, czuję, że jestem Polsce”. [/font][/color]

[color=#333333][font=verdana, geneva]Od tamtego czasu, walcząc ze swymi słabościami, buduje w sobie polskość. Nie wystarczy czuć. Nie wystarczy rozmyślać. Potrzebny jest mit i potrzebna jest analiza. Polskości nie można tworzyć samemu – zatem Zybertowicz rozmawia, pisze, spotyka się. Doradza. Wkurza się. Próbuje inspirować. Wykłada. Szuka. [/font][/color]

[color=#333333][font=verdana, geneva]* * *[/font][/color]

[color=#333333][font=verdana, geneva]Myślę, że "Pociąg do Polski – Polskę do pociągu" można czytać i „na wyrywki”, i jako szersze partie. Osobom mającym ochotę na lekturę całości za jednym razem polecam zabranie książki do pociągu. Minister infrastruktury nadzorujący koleje w Polsce, pan Cezary Grabarczyk z PO bardzo stara się, by podróże trwały na tyle długo, by czasu na lekturę nie brakowało - Andrzej Zybertowicz [/font][/color]

Opinie o ebooku Pociag do Polski, Polska do pociagu - Andrzej Zybertowicz.mobi - Andrzej Zybertowicz

Fragment ebooka Pociag do Polski, Polska do pociagu - Andrzej Zybertowicz.mobi - Andrzej Zybertowicz

Andrzej Zybertowicz

Pociąg do Polski Polska do pociągu

Warszawa 2011

Tym funkcjonariuszom polskich tajnych służb, którzy wierzą w nasz kraj.

Copyright © by Andrzej Zybertowicz

Wydanie I 

ISBN: 978-83-61344-24-

Projekt okładki:

Jarosław Kozikowski

Redakcja i korekta:

Julia Matulewicz

Zdjęcie autora dzięki uprzejmości Instytutu Sobieskiego www.sobieski.org.pl

Wydawca:

Wydawnictwo PROHIBITA Paweł Toboła-Pertkiewicz 

www.prohibita.pl 

wydawnictwo@prohibita.pl 

Tel: 22 424 37 36

Sprzedaż książki w Internecie:

Podziękowania

Badaczowi, którego praca jest jego pasją, często żal odchodzić od specjalistycznych lektur, dociekań, seminaryjnych debat oraz pisania tekstów teoretycznych. A komentatorska obecność w przestrzeni społecznej jest czasochłonna. To, iż od kilku lat analizuję nasze życie publiczne, zawdzięczam dziennikarzom, którzy proszą o wypowiedź, ale jeszcze bardziej tym licznym Polakom, którzy, przy okazji moich wykładów lub też po prostu na ulicy, podchodzą i mówią: „dzięki panu to, co czuję, jest obecne w mediach; proszę dalej komentować i analizować! ”. Za wszystkie takie głosy – serdecznie dziękuję.

Wdzięczny też jestem Wydawcy, Panu Pawłowi Tobole-Pertkiewiczowi za wystąpienie z inicjatywą wydania książkowego wyboru mej publicystyki oraz za rzeczową współpracę podczas przygotowywania książki.

Specjalne podziękowania rezerwuję dla osoby szczególnej. Mojej żonie Kasi wdzięczny jestem za to, że – zgodnie ze swą „polityką”, by wydobywać ze mnie to, co najlepsze – mozolnie przekopując się przez stosy wycinków prasowych, dokonała surowej oceny mojej dość obfitej publicystyki z ostatnich dziesięciu lat i wybrała teksty, które Czytelnik ma teraz przed sobą.

Andrzej Zybertowicz

Zamiast przedmowy: Moje zauroczenie Trzecią RP...

Wypowiedź w dyskusji: „Marzyciele i kontestatorzy, czyli co nam zostało z Trzeciej RP”, Dziennik. Magazyn – Europa, 25-26 kwietnia 2009

Moje zauroczenie III RP i jej elitami trwało trochę ponad trzy lata. Przy końcu PRL nastroje społeczne bywały tak mroczne, że to, co działo się począwszy od Okrągłego Stołu odbierałem jako mocno wykraczające poza moje oczekiwania. Rzecz jasna pozytywnie.

Nadzieje Okrągłego Stołu

Rozmowy okrągłostołowe obserwowałem z dużą nadzieją. Rezultaty jawiły mi się jako sukces. Marginalnie uczestniczyłem wówczas w jakichś inicjatywach podziemnej toruńskiej „Solidarności” na rzecz wprowadzenia naszych przedstawicieli do parlamentu. Uważałem wtedy (a pamiętam, że inni myśleli podobnie), że jeśli w parlamencie kontraktowym uda nam się mieć choćby 10 procent posłów, będzie to poważny sukces, wyłom, w oparciu o który będzie można dalej pracować nad rozszczelnianiem komunizmu, odbudową struktur „S”, tworzeniem przyczółków dla wolnej Polski. Społeczeństwo dostanie możliwość choćby skromniutkiego kontrolowania władzy, co ograniczy represje i arbitralność decyzji rządzących.

Nie zdawałem sobie na początku sprawy ze skali wyborczego zwycięstwa, dopóki w dzień czy dwa po wyborach 4 czerwca kolega z Warszawy nie zadzwonił i nie uświadomił mi znaczenia tego, że odrzucono listę krajową. To był początek faktycznego przełomu.

Pamiętam, że gdy niedługo potem czytałem w paryskiej Kulturze rozmowę z Krzysztofem Wyszkowskim krytykującym, wręcz dezawuującym rozmowy Okrągłego Stołu, byłem zaskoczony. Gdy po latach zajrzałem do tego egzemplarza Kultury, moje notatki na marginesach tego wywiadu wyglądały tak: „To spiskowe myślenie! ”. Rząd Tadeusza Mazowieckiego przyjąłem z entuzjazmem i poczuciem, że dokonała się autentyczna zmiana. Połączenie ludzi Solidarności i komunistów traktowałem jako naturalną cenę za negocjacyjny, ewolucyjny charakter zmian. Pamiętam, że nawet gdy wybuchła już wojna na górze, pozostawałem idealistycznym inteligenckim romantykiem, obserwatorem czytającym z nadzieją Gazetę Wyborczą, którego raziła brutalność tego pierwszego politycznego konfliktu. Posunięcia Lecha Wałęsy wydawały mi się „nieestetyczne”. W istocie wystarczyłoby przeczytać porządny podręcznik politologiczny opisujący codzienne funkcjonowanie demokracji zachodnich, by znaleźć przykłady ostrzejszych sporów politycznych, ale wtedy nie rozumiałem, że jedność – jako pewien parawan różnic ideowych i interesów – nie może długo trwać. Wartość odzyskanej wolności była tak wielka, a moja radość tak naiwna, że byłem gotów uznać wiele argumentów Wyborczej przeciwko krytykom wad systemu, który przecież dopiero się tworzył i wydawał się faktycznym zerwaniem ze starym reżimem.

Pierwsze wątpliwości

Gdy na początku lat 90. usłyszałem sejmową wypowiedź Romana Bartoszcze na temat agentów wśród posłów i senatorów „Solidarności” i pierwsze wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o potrzebie walki z korupcją, tezy o jej systemowym charakterze, odbierałem to z pewnym zdziwieniem, nawet zdenerwowaniem, jako psucie pięknego wizerunku naszej rodzącej się demokracji. Z podobną niechęcią traktowałem wezwania do dekomunizacji. Wydawało mi się, że obecność komunistów w różnych ważnych instytucjach nowego państwa i społeczeństwa to zrozumiała, wcale niewygórowana cena za zmianę, o której tak szybkim nadejściu w drugiej połowie lat 80. nawet nie marzyłem.

Między rokiem 1989 a pierwszą połową roku 1992 w zasadzie „kupowałem” diagnozy Wyborczej, która była najważniejszą gazetą, jaką ówcześnie czytałem. Czy dlatego, że skutecznie indoktrynowała, czy dlatego, że jej diagnozy pokrywały się z moim entuzjazmem z powodu odzyskania przestrzeni bycia „u siebie” – nie wiem. Może jedno i drugie.

Pamiętam dwa wydarzenia, które odebrały mi wiarę w autentyczność demokracji po roku 1989, a w każdym razie w głębię zerwania z komunizmem. Pierwsze wydarzenie to przemówienie Jana Olszewskiego 4 czerwca [1992 roku], które oglądałem w telewizji na żywo. Olszewski wszedł na mównicę sejmową, powiedział, że prawdopodobnie za chwilę jego rząd zostanie odwołany i spokojnie przedstawił swój punkt widzenia. Zaskoczyła mnie różnica między jego realnym zachowaniem, stylem argumentacji, a tym jego wizerunkiem, jaki dostrzegałem w tekstach Wyborczej. Gazeta dawała mi obraz Olszewskiego jako oszołoma, człowieka niebezpiecznego, którego w ogóle nie można brać na poważnie.

Nagle, oglądając to jego przemówienie, myślę sobie: to przecież rozsądny człowiek, dojrzały patriota, który nie trzyma się władzy za wszelką cenę, tylko przedstawia kryteria, dla których warto tę władzę sprawować i w imię obrony których można nawet ją stracić. Jego diagnoza jakoś mnie przekonuje, napięcie polityczne, jakie go w tym momencie otacza, łącznie z odwołaniem jego rządu, uwiarygodnia to, co on sam mówi.

Drugie wydarzenie było podobnej natury. Raz czy drugi przeczytałem Tygodnik Solidarność, który także okazał się czymś zupełnie innym, aniżeli wynikałoby to z przekazu Gazety Wyborczej. Ciekawe dyskusje, szerokie spektrum poglądów, żadnych rażących, autorytarnych czy antydemokratycznych treści. To się złożyło na niemal szokowy dysonans poznawczy, utratę wiary w wiarygodność mego głównego źródła wiedzy o Polsce wyłaniającej się po roku 1989. Te dwie okoliczności poprzedziły bardziej systematyczną przebudowę moich poglądów w kwestii autentyczności demokracji i przełomu ustrojowego.

W uścisku służb

Kluczową fazą utraty wiary w autentyczność demokracji i elit III RP było zapoznanie się – w tygodniach po obaleniu rządu Jana Olszewskiego – z całymi seriami okołolustracyjnych tekstów, które przewaliły się wtedy przez media, w tym z wywiadami z ludźmi służb, oficerami prowadzącymi, dawnymi TW. W sumie materiały te miały uwiarygodniać wersję rzeczywistości bronioną przez środowiska, które obaliły Olszewskiego. Ale dla mnie, nawet przy dość prostej analizie, materiały te wzmacniały stare wątpliwości i rodziły nowe. Ciekawe było także ich wyraźne użycie w politycznej grze – pojawienie się w mediach i dość szybkie zniknięcie, kiedy zdaniem redaktorów Gazety Wyborczej, Polityki itp. spełniły już swoje zadanie. W intencji pism i osób publikujących te materiały miały one chyba demaskować szaleństwo zwolenników lustracji, ale dla mnie, w coraz bardziej przekonujący sposób, potwierdzały istnienie owego ukrytego mechanizmu, z którym walkę podjął rząd Olszewskiego i za sprawą którego poległ.

Efektem namysłu nad tą falą tekstów stała się moja książka W uścisku tajnych służb: upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy [wydana w 1993 r.], której pierwszą wersję ukończyłem w kilka miesięcy po obaleniu rządu Olszewskiego. Materiały prasowe, które miały skompromitować zwolenników lustracji, zebrane razem i skonfrontowane ze sobą, częściowo odsłoniły agenturalną maszynerię komunistycznego państwa. Odsłoniły zarazem – co było ważniejsze – że maszyneria ta wcale nie została zdemontowana. Moja książka zawierała partie publicystyczne, ale była też próbą socjologicznej analizy zawierającą interpretacje licznych danych, opatrzone starannymi przypisami.

Losy książki potwierdziły jej podstawowe tezy. Kłopoty ze znalezieniem wydawcy, dziwne zachowania niektórych z nich, najpierw zainteresowanych (bo temat gorący), ale potem przestraszonych. Reakcja na nią moich kolegów socjologów, akademików, ale także publicystów – w postaci odmowy rzeczowej dyskusji. Można się oczywiście z poszczególnymi tezami albo nawet głównymi założeniami tej książki nie zgadzać, ale dziwne było przemilczenie pracy, która w sposób systematyczny podjęła gorący i doniosły dla Polski temat. Zastanawiające były też zachowania niektórych profesorów na nielicznych spotkaniach autorskich – na przykład na Uniwersytecie Wrocławskim pełne oburzenia, demonstracyjne wyjście z sali jednego z nich. Dopiero wiele lat później okazało się, że współpracował z SB. To stało się kolejnym potwierdzeniem słuszności mojego „Gestalt switch” – od romantycznej do realistycznej wizji transformacji. I zarazem potwierdzeniem trafności tez książki.

Był to prawdopodobnie rozstrzygający etap dochodzenia przeze mnie do wniosku, że mechanizmy formalnej demokracji, które obserwujemy po roku 1989, nierzadko są fasadą, że rzeczywiste ośrodki, źródła i podmioty władzy znajdują się gdzie indziej i tylko owych formalnych mechanizmów używają. Że realnym poziomem władzy w Polsce są sieci interesów, powiązań, zasobów wiedzy i kapitału (także odziedziczonych po starym systemie). Sieci te są daleko lepiej zorganizowane i silniejsze od aktorów sceny politycznej, którzy nie są w stanie owych ukrytych podmiotów władzy skutecznie kontrolować.

Część I Dryfująca Polska

Śpiewający „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, nie wyrażają jedynie „złych” emocji, ale przede wszystkim przesyłają ważny komunikat na temat jakości naszego państwa.

1. Demokracja w sieci

Rzeczpospolita, 5 marca 2003

W komentarzach po ujawnieniu afery Rywina powtarza się raz po raz, że zbyt mało wiemy o sprawie. Twierdzę jednak, że już dziś można i trzeba postawić w kilku miejscach kropkę nad „i”. Można to zrobić, biorąc pod uwagę kontekst, wiedzę rozproszoną, ale dostępną; wiedzę o tworzących naszą rzeczywistość faktach społecznych. Znamy ich o wiele więcej, niż to się na pierwszy rzut oka wydaje.

W III RP ukształtowała się antyrozwojowa sieć pasożytniczych układów interesów. To podstawowa teza mojej diagnozy. Segmenty sieci działają środkami formalnymi i nieformalnymi, jawnymi i tajnymi. Demokracja rytualna jest dla sieci korzystna (nieraz pisała o tym Jadwiga Staniszkis), dlatego zakulisowi aktorzy pielęgnują demokrację jako fasadę.

W warstwie politycznej sieć wykorzystuje istniejące procedury (w tym mechanizm wyborczy do Sejmu – tzw. ordynację proporcjonalną) w taki sposób, by się reprodukować. Na gruncie dotychczasowych instytucji sieci nie sposób rozerwać. Ich interesom służy mechanizm rekrutacji i formowania elit politycznych, eliminujący możliwość wyłonienia się kontrelity, która mogłaby skutecznie działać na rzecz rządów prawa. Sieć dba o taką reprodukcję władz – ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej – by, mówiąc najkrócej, nikomu nie zależało na tym, by wyjaśniać Rywinady.

W warstwie ekonomicznej sieć sprzężona jest z tzw. rynkami zhierarchizowanymi (znowu Staniszkis), które cechują się tym, że główni rozgrywający kontrolują w sposób legalny i nielegalny dostęp aktorów gry gospodarczej do zasobów – należą do nich nie tylko prawnie określane reguły prowadzenia aktywności gospodarczej – koncesje, ulgi podatkowe, środki z zamówień publicznych. W efekcie potencjał społeczeństwa, jego energia wykorzystywane są w nader ograniczonym stopniu. Przykład: sprowadzenie małych i średnich przedsiębiorstw do roli klientów wielkich holdingów.

W warstwie medialno– kulturowej sieć gwarantuje, że funkcje czwartej władzy będą realizowane tylko szczątkowo, w formie igrzysk. Media szczekają, by zachować atrakcyjność rynkową, a karawana bezkarnych zawłaszczeń idzie dalej. W radiu (nie tylko Zet) coraz więcej muzyki, coraz mniej reportaży społecznych; telewizja zwana publiczną ściga się o oglądalność z mediami komercyjnymi.

Nikomu z tych, którzy mogliby zrobić coś dla wyjaśnienia rozmaitych afer, na tym nie zależy. Wygląda na to, że nie zależy na tym prezydentowi, premierowi, prokuratorowi generalnemu, sędziom, szefom służb i ich podwładnym, posłom, właścicielom największych mediów. Dlaczego im nie zależy? Bo są w sieci. Zanim powiem coś więcej o naturze sieci, uświadommy sobie, ile już wiemy.

Wiemy sporo!

Socjologowie mają koncepcję definicji sytuacji: subiektywne postrzeganie przez ludzi pewnych sytuacji ma obiektywne znaczenie, tworzy rzeczywiste konsekwencje. Nawet nieprawdziwe przekonania jakiejś grupy są faktem społecznym, z którego niemało wynika. Ludzie bowiem nie są powodowani przez fakty, ale przez to, co za fakty uznają.

Socjologowie wiedzą też, że społecznie podzielane przekonania nie biorą się z nieba. Raczej z ziemskich zdarzeń. Nie brak ich w naszym przypadku. I na przykład wiemy, iż nie wyjaśniono nigdy przygód nomenklaturowej spółki Transakcja, w której pewną rolę odgrywał Leszek Miller. Nie wyjaśniono losów majątku byłej PZPR. Przyklepano sprawę moskiewskich pieniędzy. Zlekceważono sprawę pożyczki mieszkaniowej z banku kontrolowanego przez Aleksandra Gudzowatego. Premier zlekceważył sprawę prywatnych pożyczek ministrów Jerzego Szmajdzińskiego i Jacka Piechoty. Nie pochylił się nad przypadkiem wiceministra Andrzeja Szarawarskiego, który złamał prawo nie sprzedając swoich udziałów w spółce prawa handlowego. W tym świetle tzw. osobista uczciwość premiera jest ewentualnością zupełnie bez znaczenia.

Dlaczego Lew Rywin przybył do Wandy Rapaczyńskiej i Ada-ma Michnika? Bo w układzie „trzymającym władzę” – trudno wyznaczyć jego kontury, ale jego istnienie jest niezbitym faktem społecznym – środowisko Gazety Wyborczej jest postrzegane (owo postrzeganie to kolejny fakt) jako uczestnik tego rodzaju gier. Język słynnej rozmowy jest wystarczającym dowodem. Dlaczego Rywin nie obawiał się takiej rozmowy prowadzić? Bo wiedział, że afery i bezkarność ich twórców to nie wypadki przy pracy, ale reguła.

Agora uczestniczy w brudnych grach albo nie, ale jest postrzegana jako gracz. Nie tylko przez jakichś antysemitów, ale przez towarzystwo. Dlaczego jest tak postrzegana? Przyjmijmy życzliwie, że niezasłużenie – jednak nie bez powodów. Jednym z nich jest to, że w sprawach wielu afer zachowuje się jak stronniczy sędzia piłkarski. Na pewne wybryki reaguje, gwiżdże, ale jedynie by pogrozić palcem, pokazać żółtą kartkę uczestnikom zagrywki niejasnej dla opinii publicznej. Gdy skarceni uspokajają się, gwizdek ląduje w kieszeni. Nie dąży do usunięcia faulujących z boiska. Czerwona kartka pozostaje w zanadrzu do końca sezonu, niejednokrotnie dłużej niż przez pół roku. Pisano o tym ostatnio, wskazując na pomieszanie ról Wyborczej – Agory – czwartej władzy i wielkiego podmiotu gospodarczego.

Węzły sieci

Nie musimy wiedzieć, czy Rywina posłano, czy sam siebie skierował pod ten adres. Wiemy, iż w środowisku panowała najwidoczniej opinia, że i Michnik jest od takich spraw. Tylko tym razem ktoś się pomylił. Wiemy też, dlaczego posłaniec powołał się (kolejny fakt) na premiera. Przyjął, że tu i tam postrzega się premiera jako ważne ogniwo sieci parającej się przedsięwzięciami tego rodzaju.

Ów środowiskowy obraz premiera to kolejny fakt. Nawet jeśli o tej konkretnej Rywinadzie premier nie miał pojęcia, to przyczynił się do stabilności układów oraz klimatu bardzo przyjaznego wirusom. Przecież ten wiarus Czarzasty (słowa Michnika z taśmy) i Robert Kwiatkowski, syn wiarusa, przez kogoś zostali na swych stanowiskach umieszczeni. Więc Rywin na premiera się powołał tak naturalnie, jak puszcza dym z cygara.

W Pałacu też nie jest nudno. Marek Siwiec – niegdyś bliski panom z Art B. Tonące w mroku dziejów interesy Marka Ungiera i firmy Juwentur z aferowym PFRON. Zabiegi kogoś z Kancelarii Prezydenta w roku 2000 o ułaskawianie przestępcy Mirosława Stajszczaka. Polityka odznaczeniowa sprawiająca wrażenie raczej transakcji wymiennych niż troski o symbole (na przykład Krzyże Komandorskie dla szefów Nokii). Kto zaś z towarzystwa kancelaryjnego buduje sobie domy z urzędniczych pensji, o tym nie trzeba pisać...

Nie prześwietlono biznesowych decyzji Kwaśniewskiego jako szefa UKFiT[1]. Odpuszczono sprawę magisterium; tu ważniejszy jest bodaj sposób zamknięcia sprawy w prokuraturze niż wpadka samego kandydata. Wakacje w Cetniewie – rozbieżności między zeznaniami świadków niewyjaśnione; sąd, jak należy, wykazał się dociekliwością umiarkowaną. Zatajenie prawdy w zeznaniu majątkowym (pominięcie akcji Polisy posiadanych przez żonę) – wybaczone.

Można przypuszczać, że prezydent ma dobrą orientację w kulisach sporej części aferowych przedsięwzięć. Z raportów tajnych służb, policji, innych agend państwa i – być może przede wszystkim – z informacji pochodzących z kręgów towarzyskich, w tym od osób doświadczonych przez los i których ocenie może ufać. Ale organów nie powiadamia. Chociaż na pewno potrafi odróżniać uzasadnione podejrzenia od plotek.

O tym, czego nie wiemy, wiemy tyle, że w zupełności wystarcza do postawienia kilku kropek. Wokół premiera i prezydenta nie tylko ogniskują się węzły sieci, ale – to nie mniej ważne – są oni zakładnikami środowisk, które z jednej strony ich wyniosły, z drugiej od nich zależą. W tym może przede wszystkim grup ze środowisk służb specjalnych. Siłę sieci tworzą jej główne węzły i zgromadzone tam zasoby. Wiele wskazuje na to, że trzy główne węzły stanowią obecnie (sieć pulsuje) środowiska, które ogniskują się wokół: 1) zasobów dawnych i obecnych służb specjalnych, głównie wojskowych; 2) Urzędu Prezydenta RP oraz 3) elit SLD, które symbolizuje Leszek Miller. Wszystkie te środowiska mają przełożenia na oligarchów prywatnego biznesu. Pewne role grają w sieci (zwłaszcza po 1997 roku) również skooptowane środowiska postsolidarnościowe. Rywin przybył do Michnika, bo środowisko Wyborczej było (już nie jest?) przez postkomunistyczne człony sieci postrzegane jako nie zawsze wygodny, ale przecież już wbudowany w proces podziału łupów fragment układu.

Sieć działa wedle kilku zasad, z których wyodrębnimy cztery: umoczenia, kooptacji, gry na haki i podczepienia. Właśnie praktykowanie tych zasad odtwarza sytuację, w której nikomu nie zależy.

Na czym one polegają?

1. Zasada umoczenia mówi, że na odpowiedzialne stanowiska nie awansuje się osób, na które nie ma żadnych haków. Mogłyby bowiem w pewnym momencie urwać się z uwięzi i na przykład zacząć konsekwentnie działać na rzecz praworządności. Stąd m.in. walka wokół lustracji – bo haki upublicznione tracą moc.

2. Zasadę kooptacji – nie tylko nowych elit do starych i z powrotem – wyraża zalecenie: podziel się z kim trzeba, smaczniej będziesz spał. Zasada ta świetnie sprawdza się w licznych agencjach i funduszach, blokując reformę finansów publicznych.

3. Gdy umoczeni są we wszystkich bodaj ugrupowaniach (to m.in. dziedzictwo agentury SB w „Solidarności”) i układach biznesowych, rozwija się gra na haki. My nie ruszamy waszych skandalistów, wy naszych. O iluż to aferach z okresu rządów AWS– UW pisano; a teraz koalicja rządząca dysponująca parlamentem, prokuraturą, policją i służbami słabo ściga winowajców. Mamy w Polsce swoisty odpowiednik międzynarodowej doktryny odstraszania jądrowego zwanej MAD (Mutually Assured Destruction – wzajemnie zagwarantowane zniszczenie). Uważa się, iż doktryna ta zapobiegła zamianie wojny zimnej w gorącą. U nas też zapobiega – przede wszystkim praworządności, nie tylko wywlekaniu brudów.

4. Zasada podczepienia sprzyja bezkarności. Gdy odpryski jakiejś afery wychodzą na jaw, przeciw nadmiernej dociekliwości przywołuje się argumenty najcięższego kalibru: interes służb (utożsamiany z interesem kraju), ochrona aktywów, racja stanu, opinia Polski w świecie, autorytet urzędu prezydenta, premiera, Sejmu (niepotrzebne skreślić). Takie racje „wyższe” trafiają do wrażliwości jeszcze niezdemoralizowanych dziennikarzy, policjantów, prokuratorów, sędziów etc. Gdy trafiają z oporami, wsparte zostają magią pieniędzy.

Zgodnie z zasadą podczepienia skonstruowano operację FOZZ – modelową aferę transformacji. Zapewne w taki sposób obmyślono działania KGHM w Afryce, aferę mielecką, InterAmsu, część bankowych i wiele innych. Tak działają niektóre wielkie agencje. Pod tym kątem radzę obserwować losy offsetu lotniczego.

Zasady te tworzą antyrozwojową sieć interesów. Sieci tej nie można rozerwać środkami normalnymi, dostępnymi w ramach zinstytucjonalizowanych, oferowanych przez aktualny system prawny praktyk działania.

Żadna ustawa o konflikcie interesów, żaden antykorupcyjny program Fundacji Batorego, żadne prawo o finansowaniu partii lub o lobbingu nie pomogą. Żadne kampanie czystych rąk. Żaden gabinet fachowców. Nie pomoże nawet radykalne dofinansowanie policji i wymiaru sprawiedliwości. Pora rozstać się z III Rzeczpospolitą i przystąpić do budowy IV.

2. Abolicja dla aferzystów?

Rozmawiał Maciej T. Nowak, Nowa Trybuna Opolska – Magazyn, 19-20 czerwca 2004

– Patrząc na to, co ostatnio dzieje się w Polsce dochodzę do wniosku, że nasz kraj się rozpada, gnije. Ma Pan podobne wrażenie?

– To pogląd potoczny, jako badacz wolę powiedzieć, że najważniejsze instytucje w państwie nie są w stanie pełnić swoich konstytucyjnych funkcji.

– Ja mam wrażenie potoczne, pan profesor naukowe, ale wniosek jest zbliżony.

– Pewnie tak. Moje przekonanie nie dotyczy ostatnich miesięcy, ale co najmniej ostatnich dziesięciu lat. Instytucje państwa nie pełnią swojej misji, ale mają swoje drugie życie.

– To tak, jak w więzieniu, tam też jest drugie życie, czyli nieformalne rządy. Można się doszukiwać analogii?

– Oczywiście.

– Kto w tej chwili naprawdę rządzi Polską? Biznesmeni, politycy, służby specjalne, media...

– To bardzo dobre pytanie. Nie można wykluczyć, że rację ma prof. Jadwiga Staniszkis, gdy wskazuje, że prawdopodobnie nie ma w Polsce żadnej instytucji, w której rozumiano by rzeczywiste mechanizmy współczesnego państwa i gospodarki. Są ludzie związani ze służbami specjalnymi mający wpływ na ważne procesy, którzy pewnie wiedzą więcej niż biznesmeni czy politycy. Ale również oni nie pojmują całej maszynerii systemu. Prawdopodobnie nie ma nikogo, kto jest w stanie ogarnąć całą złożoność sytuacji. Prezydent Kwaśniewski jest w elitarnym gronie osób, do których docierają informacje zarówno jawne i tajne, oficjalne i nieoficjalne – rozmawia z ludźmi służb, biznesu, ale także z socjologami. Ma potencjał, aby dużo rozumieć, ale jest uwikłany. Po wybuchu afery Rywina, w styczniu 2003, jeszcze przed ujawnieniem słynnej notatki [którą Rywin włożył mu do kieszeni], prezydent pytany, dlaczego nie poinformował organów ścigania, odparł: Gdybym ja do prokuratora szedł z każdą zasłyszaną plotką, to pół Warszawy miałoby już kłopoty. Są jednak przesłanki, by uznać, że prezydent jest jedną z najlepiej poinformowanych osób w kraju i że potrafi odróżnić plotki od informacji wiarygodnych. Dlaczego Rywin dał mu kartkę? Gdy ktoś z „towarzystwa” zrobi coś samodzielnie i narozrabia, to biegnie jak do ojca chrzestnego i informuje, że mogą być kłopoty. Chyba na tej właśnie zasadzie Rywin dostarczył kartkę.

– We włoskiej mafii nic ważnego się nie dzieje bez wiedzy ojca chrzestnego.

– I w nieformalnych grupach interesu też. Jak coś zrobiono nie tak, to trzeba powiadomić patrona. Sądzę, że niesprawność i samowola niektórych instytucji jest tak duża, że nikt nie kontroluje całości. Ale prezydent jest jedną z najlepiej poinformowanych osób. Inni to osoby związane z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi.

– Kto jeszcze?

– W Warszawie wymienia się nazwiska pułkowników tajnych służb LWP, którzy już dawno nie są w służbie, ale mają sporą wiedzę o najważniejszych przepływach finansowych w Polsce. A wśród biznesmenów z pierwszej ligi pewnie jest tak: ci, którzy mówią – nie wiedzą; ci, którzy wiedzą – milczą.

– W „Pakiecie dla Polski” używa pan pojęcia „antyrozwojowa sieć pasożytniczych układów”. Czy to ona stoi za tym co złe w Polsce? Kto może rozerwać tą sieć?

– Teoretycznie nawet prezydent – gdyby przeżył fazę skruchy i zechciał powalczyć o swoje miejsce w historii. Ale to mało prawdopodobne.

– Dlaczego?

– Może to kwestia charakteru… Przewaga demokracji nad innymi systemami rządzenia polega na tym, że posiada ona większe możliwości samoregulacji i samonaprawy. Polska demokracja stanęła w obliczu populizmu i autorytaryzmu, bo mechanizmy samoregulacji zawodzą, nie udaje się wytworzyć rozwiązań powstrzymujących negatywne procesy. Wydaje się, że bez oddolnego ruchu społecznego, czyli impulsów idących spoza maszynerii państwa, żadna instytucja państwowa nie jest w stanie być kołem zamachowym ożywiającym demokrację. Wyspy sił prodemokratycznych i rządów prawa są w Polsce zbyt słabe, by uzyskać wystarczającą dynamikę. Chodzi mi o Trybunał Konstytucyjny, NIK, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz część sędziów i mediów.

– Czy wśród tych wysp można umieścić społeczne instytucje monitorujące władzę?

– W pewnej mierze. Pewnie Fundację Helsińską, częściowo Fundację Batorego czy stowarzyszenie Stop Korupcji. One są słabe, bo archipelag demokracji jest rozproszony.

– Czy stowarzyszenie Stop Korupcji, związane z pewną opcją polityczną, będzie w stanie patrzeć na ręce swoim kolegom?

– To jest dla nich sprawdzian. Jeśli będą robili to z konsekwencją, to dobrze. Z drugiej strony można powiedzieć, niech młodzi SLDowcy też założą Stop Korupcji. Patrzmy sobie wzajemnie na ręce. To podejście lekko cyniczne. Wszyscy politycy są nieuczciwi, ale pluralizm nieuczciwych zapobiega ich zmowie przeciw społeczeństwu.

– Jestem przekonany, że mimo szczerych chęci polityka wywiera wyraźny wpływ na ich działalność.

– Takie instytucje są potrzebne, ale na razie są bardzo słabe. Nie mają prawniczego wsparcia, są kooptowane do układów. Organizacje III sektora dostają granty, dotacje i stają się łagodne jak baranki. Nie mówię akurat konkretnie o instytucjach, które wymieniliśmy.

– W „Pakiecie dla Polski” postuluje pan abolicję. Już jedną grubą kreskę mieliśmy i najlepiej to nie wyszło.

– Tamta gruba kreska była zrobiona po cichu i nieformalnie, a tu proponuję zabieg przeprowadzony w majestacie prawa. Ustawa zobowiązywałaby wszystkich do ujawnienia majątku w określonym czasie. Mienie osób, które je ujawniły, zostanie zalegalizowane. Wszystkie postępowania dotyczące afer byłyby zawieszone. Ale jeśli ktoś nie ujawni swego majątku albo zrobi to nie w pełni, będzie ścigany. W polskim prawie jest przepis – praktycznie martwy –  mówiący, że osoby z nieujawnionymi dochodami mogą być obarczone specjalnym, ponad 70-procentowym podatkiem.

– Nie spotkałem się z tym, by kogoś tak ukarano.

– Na pewno nie robi się tego w sposób systematyczny. Władze nie potrafią dobrać się do skóry młodzieńcom szalejącym w BMW i zastraszającym mieszkańców małych miasteczek, i zmusić ich, by pokazali, za co kupili samochód wart 150 tys. zł. Bo gdyby tak czyniono, to w następnym kroku trzeba by się zabrać za ludzi z górnej półki. Moim zdaniem bez abolicji odnowa kraju nie ruszy. Jak wprowadzimy abolicję, politycy będą musieli ujawnić swe majątki. Inaczej ryzykują, że wymiar sprawiedliwości, odciążony od setek tysięcy spraw, skoncentruje się na nich. Po ujawnieniu majątków pochodzących z nieudokumentowanych źródeł, politycy nie będą ścigani przez prawo, ale ludzie już ich nie wybiorą. W sensie prawnym abolicja oznacza, że majątek masz legalny; w sensie moralnym jednak nie jesteś czysty.

– Danie spokoju tym ludziom jest niepedagogiczne. Za 10 lat obudzą się kolejni aferzyści i również zażądają abolicji.

– To jest niepedagogiczne. Z tym, że teraz to abolicję oni sobie kupują za łapówki. Spytajmy, czy chcemy patrzyć na życie przez różowe okulary hipokryzji, czy też przez pryzmat rzeczywistych procesów? Większość aferzystów nigdy nie zostanie prawnie ukarana. Ogon spraw wlokących się za prokuraturami i sądami jest tak duży, że w większości przypadków nigdy nie doczekamy się sprawiedliwości. Trzeba zrobić godzinę zero, a po niej: nie ma zmiłuj! Wymiar sprawiedliwości będzie miał mniej spraw na karku i możemy wymagać żelaznej konsekwencji.

– Po takiej abolicji społeczeństwo chyba do końca straciłoby wiarę w sprawiedliwość.

– Społeczeństwo takiej wiary już nie ma. Ma co najwyżej wiarę w odwet w Lepperowskim stylu. Abolicja ma być elementem szerszego pakietu zmian. Aferzystom damy spokój, ale oni muszą zarejestrować swój majątek. Wszakże jedno środowisko musi być spod tej abolicji wyłączone – sędziowie. Oni mają być kołem zamachowym oczyszczania państwa. Możemy im nawet dwukrotnie zwiększyć pensje, ale ustanowić żelazne kryteria ich czystości. Na przykład: gdy ktoś był odpowiedzialny za postępowanie dyscyplinarne i dopuścił do jego przedawnienia, powinien odejść z zawodu.

– Dlaczego tylko sędziów wyłączyć z abolicji, a nie także prokuratorów? Jeśli prokuratorzy będą sprawom ukręcali łby, to nic nam po czystych sędziach. Afery nigdy nie dotrą do ich rąk.

– Jak za dużo osób wyłączy się spod abolicji, to ona straci sens. Ale sędziom po oczyszczeniu trzeba dać dodatkowe uprawnienia. Jeśli prokurator prowadzi np. aferę Wieczerzaka i pomija wątki polityczne, to teraz (o ile wiem) sędzia nie może samodzielnie poszerzyć sprawy o te wątki. Sędziowie powinni móc wezwać dowolnego świadka i podjąć wątek zaniechany w prokuraturze. W ten sposób także korygowaliby pracę prokuratorów. Z kolei zreformowana przez lepszą pracę sędziów prokuratura byłaby kontrolerem pracy policji. Trzeba zacząć od końcowego punktu procesu karnego. Ta fala efektywności ma schodzić w dół. (poniższego fragmentu nie ma w wersji papierowej – przyp. aut.)

– Czy widzi pan szansę na wprowadzenie w życie któregokolwiek z punktów „Pakietu dla Polski”?

– Bez oddolnej presji nie.

– Pytanie na koniec: kiedy coś zacznie się poprawiać?

– Koniunktura gospodarcza na rynkach międzynarodowych może dać złudzenie, że się poprawia i że nie są potrzebne głębokie reformy. Ale w istocie lepiej będzie dopiero wtedy, gdy pojawią się postacie charyzmatyczne, mające zdolność, wizję i energię łączenia ludzi, a nie przeciwstawiania ich. W wyborach do Europarlamentu startuje wiele ugrupowań, ale nie widzę ludzi wielkiego formatu.

– Nie chodzi chyba o postacie charyzmatyczne w stylu Leppera?

– On pokazuje, co może zrobić człowiek, który ma energię i charyzmę i to, że istnieje elektorat do zagospodarowania. A poza elektoratem odwetu jest też elektorat zdrowego rozsądku.

Siedem punktów „Pakietu dla Polski”

1. W wyborach do Sejmu wprowadzić ordynację większościową zakładającą jednomandatowe okręgi wyborcze[2]

2. Zreformować służby specjalne, w tym rozwiązać Wojskowe Służby Informacyjne.

3. Media finansowane przez podatników należy oddać na służbę publiczną.

4. Powołać instytucje społeczne systematycznie monitorujące funkcjonowanie władz.

5. Stworzyć niezależne od ugrupowań politycznych stabilne zaplecze intelektualne działające na rzecz dobra wspólnego.

6. Wprowadzić abolicję dla aferzystów i osób, które dorobiły się w nieuczciwy sposób. Powody: brak możliwości ich rzetelnego rozliczenia oraz neutralizacja oporu nieformalnych grup interesu wobec reformatorskich zmian.

7. Dokonać przeglądu środowiska sędziowskiego; rozstać się tymi, których majątki przekraczają dochody.

3. Intelektualny rdzeń państwa

Życie Warszawy, 7 czerwca 2006

W Polsce brakuje centrum monitorowania zagrożeń strategicznych. Instytucji, do której spływałyby wszelkie kluczowe informacje dla bezpieczeństwa kraju. Ze służb tajnych, cywilnych i wojskowych, z dyplomacji, mediów i tworzone przez badaczy. Miejsce pielęgnowania wyobraźni strategicznej.

Do niedawna istniało Rządowe Centrum Studiów Strategicznych, o którym wiele dobrego powiedzieć się nie da. Czy poczęto w nim jakąkolwiek cenną myśl strategiczną? Gdy w ubiegłym roku SLD chciał z RCSS zrobić swoistą przechowalnię dla swoich kadr, zmieniając ustawowe usytuowanie centrum, to ówczesna opozycja, czyli PO i PiS krytykowały ten pomysł. Ale nikt nie powiedział: „O.K. Zmieńmy status tej instytucji, ale zróbmy to tak: powołajmy w trybie otwartej procedury konkursowej na sześć lat szefa centrum. Konkurs niech będzie otwarty dla każdego kto ma, powiedzmy, stopień doktora i przedstawi projekt funkcjonowania RCSS. Powołajmy (także drogą konkursu) – np. na trzy lata – kierowników niektórych poszczególnych projektów i niech ci ludzie mają za zadanie rozwijanie wyobraźni strategicznej, myślenie w kategoriach interesu państwa”. Niestety, ówczesna opozycja nie podeszła do tego w taki sposób.

Dzisiaj, według mojej orientacji, nie ma w naszym kraju takiego miejsca, gdzie robi się gry symulacyjne analizujące np., jak wygląda agentura wpływu w Polsce różnych krajów, niektórych międzynarodowych środowisk i korporacji. Nie ma miejsca, gdzie można zaprosić Polaka, który pracował w korporacjach międzynarodowych, aby opowiedział, w jaki sposób korporacje monitorują nowe rynki, jakiego rodzaju zagrożenia stwarzają dla suwerenności naszego państwa. Mało kto potrafi powiedzieć, jakie oficjalne i nieoficjalne zadania pełnią – nie tylko w Polsce – niektóre duże firmy międzynarodowe, np. audytorskie, które dzięki usadowieniu globalno-lokalnemu mogą przerzucać informacje pozyskane w jednych krajach i operować nimi na rynkach lokalnych. Kto ma sprawdzoną i kompleksową wiedzę, jak zagraniczne banki operujące w Polsce swoją polityką kredytową starają się wywrzeć wpływ na kierunki rozwoju naszej gospodarki?

Niestety, słyszy się, że np. w naszym kontrwywiadzie panuje kompletnie przestarzałe rozumienie bezpieczeństwa ekonomicznego państwa.

Wyobraźnia strategiczna

Czy pracujący dla naszego państwa dyplomaci potrafią dostrzec różnicę między spontanicznymi procesami, które wpychają Polskę w różne szuflady rozwiązań unijnych, a trendami, które są efektem skoordynowanych działań zakulisowych grup interesów? Czy w Polsce w jakiejkolwiek agendzie państwowej robi się symulację strategiczną dotyczącą np. tego, co znaczyłoby dla Polski, gdyby z jakiegoś powodu uprzywilejowane stosunki ze Stanami Zjednoczonymi zostały zerwane? Czy ktoś buduje scenariusze na wypadek wydarzeń mało prawdopodobnych (ale niedających się całkiem wykluczyć!), na przykład lokalnej wojny nuklearnej, pojawienia się fanatycznych masowych ruchów religijnych, głębokiego kryzysu lub rozpadu UE, bądź takich trendów w polityce Rosji, których dzisiaj nie potrafimy przewidzieć?

Mówi się, że zespoły monitorujące tworzy minister Zbigniew Wassermann, a grupa analityczna ma powstać też w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym. W obydwu wypadkach (zwłaszcza w tym drugim) profil zespołów, które, miejmy nadzieję, będą dobrej jakości, będzie jednak wąski. Tymczasem dynamika współczesnych procesów jest tak duża, że potrzebny jest ośrodek, który nie w trybie decyzyjnym, lecz pogłębionym studyjnym gromadziłby i przede wszystkim twórczo przetwarzał kluczowe informacje. Gdzie można by zapraszać ekspertów cywilnych i ze służb, robić międzyśrodowiskowe burze mózgów. A zarazem byłby ośrodkiem odciętym od tego, co nazywa się nieładnie, ale trafnie, polityczną „bieżączką”. Gdy spotykałem się na konferencjach – jeszcze w czasach prezydenta Kwaśniewskiego – z osobami z Biura Bezpieczeństwa Narodowego czy MON, to skarżyły się one na przytłoczenie doraźnymi zadaniami. Szef jechał gdzieś na misję zagraniczną, miał jakieś wystąpienie i trzeba było na chybcika przygotowywać materiały. Brakowało czasu na pogłębione analizy, które wymagają długotrwałych studiów, sprawdzania danych, rozwijania zaplecza intelektualnego. Nic się pod tym względem nie zmieniło do dziś – czego dobitnym znakiem jest nieobsadzona funkcja szefa BBN.

Prezydent Lech Kaczyński słusznie zaktywizował rolę Polski w Europie, uświadamiając przynajmniej części służby zagranicznej, że w sytuacji, gdy jesteśmy w Unii szóstym krajem co do wielkości, nie musimy sztywno grać według reguł, które wytworzyła Bruksela. Że sami możemy, oczywiście w pewnych granicach, reguły te współtworzyć. Ale powstaje pytanie, czy tego typu nowa aktywna polityka nie jest robiona w sposób nazbyt chałupniczy. Czy pracują grupy ekspertów systematycznie określających strefy naszej realnej podmiotowości w grze europejskiej i globalnej – w warunkach suwerenności rozproszonej? Czy ktoś precyzyjnie identyfikuje zakres tzw. przemocy symbolicznej wytwarzanej przez międzynarodowe korporacje, promujące w Polsce kulturę konsumpcyjną i kosmopolityczny system wartości? Czy ktokolwiek analizuje strefy newralgiczne polskiej gospodarki? Na przykład czy wiadomo, jak duże środki finansowe są potrzebne, by skutecznie potrząsnąć polską giełdą i przez to zagrozić wzrostowi gospodarczemu? Czy monitorowane operacje międzynarodowego kapitału spekulacyjnego w odniesieniu do Polski są monitorowane?

Jak ważne jest stworzenie prężnego centrum (właśnie: CENTRUM) analitycznego pokazały wydarzenia 11 września. Dzisiaj uznaje się, że łącznie agendy rządu amerykańskiego posiadały dostateczną liczbę informacji, żeby zablokować uderzenie terrorystów. Ale wiedza była rozproszona w różnych służbach i ich pionach. Zabrakło wyobraźni organizacyjnej i analitycznej, żeby ze skrawków informacji zbudować strategię przeciwdziałania.

Przy okazji zmiany władzy w Polsce kolejna ekipa zaczyna od pokazywania, co chce zrobić po nowemu. I słusznie. Często idzie jednak w tym za daleko. Państwo traci przez to trwały kościec, który jest nosicielem rozproszonej wiedzy instytucjonalnej. We współczesnym świecie nie ma takiej osoby, która byłaby w stanie ogarnąć całokształt prawnych norm regulujących funkcjonowanie państwa. Ta wiedza jest rozproszona po wielu instytucjach. I jeśli po wymianie rządu są one zbyt głęboko czyszczone, to tracimy np. takiego depozytariusza wiedzy instytucjonalnej, jakim ma być służba cywilna. W takiej sytuacji państwo nie uczy się na błędach popełnionych przez poprzednie ekipy, tylko je powiela. Obawiać się można również, że w polskich tajnych służbach zbyt dużą wagę przykłada się do pracy operacyjnej, a zbyt małą do prac analitycznych, w tym białego wywiadu. I w centrum, które trzeba stworzyć, być może pod egidą prezydenta, powinno się monitorować obieg informacji między różnymi ogniwami państwa.

Scholars-practitioners

W dojrzałych demokracjach świetnie sprawdzają się think-tanki, które nazwałbym intelektualnymi grupami uderzeniowymi. W Stanach Zjednoczonych swoje think-tanki mają demokraci, a swoje republikanie. Powoływane są przez prywatne korporacje i współfinansowane przez instytucje trzeciego sektora. Występuje tam też zjawisko, którego brak u nas: scholars-practitioners (badacze-praktycy). U nas profesor, gdy idzie do polityki, to zapomina o nauce, a polityk, który wypada z obiegu, zazwyczaj nie ma kompetencji intelektualnych, żeby wykładać na poważnej wyższej uczelni. Tymczasem practitioners to osoby, które – gdy kończy się ich praca przy administracji republikańskiej albo demokratycznej – idą na uniwersytety czy do think-tanków i prowadzą pogłębione studia, żeby przy kolejnym ruchu wahadła politycznego wrócić do polityki z większymi kompetencjami. Jakie to ma konsekwencje? Polityk, który ma zaplecze w think-tanku, ma inne wyzwania intelektualne niż jego odpowiednik w Polsce. Nie musi się, jak on, zmagać ze sztuczkami dziennikarzy, którzy podczas wieczornej audycji skłaniają go do „mówienia tak, żeby nasi słuchacze zrozumieli”. Wymaga się od niego znacznie lepszego poziomu intelektualnego.

Może politykom nie jest na rękę istnienie takiego „mózgu” państwa. Jeśli pracowaliby tam ludzie na wysokim poziomie, to, chcąc nie chcąc, ich analizy byłyby przy okazji recenzjami także aktualnych rządzących. Ale jaki władca ma w sobie tyle klasy, by wspierać najbardziej kompetentnych własnych krytyków? To nie jest pytanie retoryczne. Taki władca ma swoją nazwę – mąż stanu.

4. Bezradne państwo

Rozmawiał Marceli Sommer Dziennik. Gazeta Prawna, 26 stycznia 2010

– O historii zabójstwa Marka Papały mówi się jako o jednej ze „sztandarowych zbrodni” Polski lat 90. Jednocześnie od czasu zabójstwa mamy w tej sprawie do czynienia z serią bardzo dziwnych zdarzeń – poczynając od aresztowania i uwolnienia Edwarda Mazura, co skończyło się jego ucieczką do Stanów, po śmierć kluczowych świadków. Ostatnio zmarł autor ważnych zeznań obciążających Mazura, gangster Iwan Zirajewski. Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło, że ekspertyza biegłych wskazuje na „przyczyny chorobowe”. Czy można wierzyć, że to tylko kolejny zbieg okoliczności?

– Przypadki się zdarzają. Ale niepokoją serie zdarzeń. W III RP nie wyjaśniono przyczyn śmierci m.in. byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza, byłego szefa policji, urzędującego szefa NIK-u (Walerian Pańko zginął w tajemniczych okolicznościach przed planowanym wystąpieniem w Sejmie w sprawie FOZZ), byłego szefa Głównego Urzędu Celnego, a wcześniej wicepremiera rządu PRL (Ireneusza Sekuły). Nie wyjaśniono śmierci Marka Karpa, byłego dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich. W sprawie by-łego ministra sportu, Jacka Dębskiego, znamy bezpośredniego sprawcę, ale okoliczności nie są jasne. I tak dalej. Od spekulacji o zgonach Zirajewskiego czy porywaczy Olewnika, ważniejsza jest diagnoza kondycji naszego państwa. Co to za państwo, które nie potrafi wyjaśniać okoliczności nagłych śmierci swoich wysokich urzędników?

– Ale co tu i jak tu wyjaśniać, jeśli świadkowie poginęli w gangsterskich strzelaninach albo jeśli na tezę o zabójstwie nie ma dowodów, bo ofiary ginęły w wypadkach albo właśnie z przyczyn chorobowych?

– Punkt ciężkości leży w braku woli wyjaśniania w instytucjach posiadających instrumenty. Pamiętam słowa doświadczonego urzędnika NIK: gdy prokuratura wyznacza żółtodzioba do prowadzenia złożonej sprawy, jaką zgłosiliśmy, wiemy, że sprawa nie zostanie uczciwie potraktowana.

– W jednym ze swoich tekstów naukowych zatytułowanym „W centrum czy na obrzeżach? Przemoc w III RP” pisze pan o blisko 20 przypadkach niewyjaśnionych śmierci w wyższych sferach po 1989 roku. W wielu przypadkach dochodzenia kończyły się niczym, bo „znikali” świadkowie. Scenariusz za każdym razem jest podobny. Dlaczego?

– To słabość rdzeniowych ogniw państwa. Niezależnie od tego, jak duża jest realna siła nieformalnych przestępczo-biznesowych układów – społeczne znaczenie ma samo przekonanie o ich sile. Ongiś zgłosili się do mnie biznesmeni ze Śląska i opowiedzieli, jak dotarli do ówczesnego komendanta wojewódzkiego. Miał im powiedzieć: wasza sprawa wygląda poważnie, ale nie chcę skończyć jak Papała. Tego typu sygnał odbierają funkcjonariusze publiczni w Polsce słysząc o kolejnych dziwnych zgonach. Sporo osób, podobnie jak ów komendant, jest święcie przekonanych o istnieniu w Polsce sił, wobec których państwo jest bezradne. Jaki komunikat wysyła Robert Bieszyński (wysoki funkcjonariusz SB, UOP, wreszcie ABW), który w USA świadczy przeciwko polskiemu państwu w procesie ekstradycyjnym Edwarda Mazura? Nieważne, czy Mazur jest winny. Bieszyński daje za oceanem znak, że nie wolno ufać polskiemu państwu, bo jeśli dojdzie do ekstradycji, to Mazur nie będzie miał w Polsce uczciwego procesu.

– Same morderstwa też mogą być takim komunikatem?

– Morderstwa występują wszędzie, ale gdy państwo nie umie rozwikłać tak znaczących zbrodni, rozpowszechnia się przekonanie, że ich sprawcy paraliżują instytucje państwa. Wystarczy subiektywne przekonanie policjantów, prokuratorów czy sędziów, że wśród nich są osoby na usługach układu – mitycznego czy rzeczywistego, to bez znaczenia – by nie chcieli drążyć pewnych spraw.

– Zdecydowana większość niewyjaśnionych śmierci z pierwszych stron gazet miała miejsce w latach 90. Czy od tamtego czasu coś się zmieniło na lepsze?

– Częściowo tak. Są publicyści twierdzący, że dynamika gospodarki zepchnęła układ postnomenklaturowy lat 90. na boczny tor. Że dzisiaj ów układ to tylko jedna z kilku potężnych grup interesu. Że zachodnie korporacje wymusiły przystosowanie się części polskiego biznesu do nowych reguł gry. Ale nie lekceważę też znaczenia społecznej czujności, jaką przyniosła afera Rywina oraz efektów likwidacji WSI i powołania CBA.

– Układ już dogorywa?

– Jeśli przez układ będziemy rozumieli nieformalne powiązania potrafiące paraliżować państwo, to wiele wskazuje, że ostatnio się umocnił. Znamienna jest nominacja byłego pracownika firm jednego z oligarchów na szefa największej tajnej służby. Mają one bowiem dostarczać kierownictwu państwa mapę zjawisk z zakresu bezpieczeństwa, w tym dotyczących tych grup interesu, które mają coś do ukrycia. Tymczasem premier na szefa ABW wyznacza osobę związaną z grupami biznesowymi uwikłanymi w bardzo wątpliwe przedsięwzięcia – np. przejęcie przez firmy związane z Solorzem kontroli nad operatorem GSM. Człowiek oligarchy ma dostarczać premierowi mapę ukrytych powiązań i zagrożeń! Jak w takiej sytuacji premier może mieć pewność, że to on właśnie jest głównym odbiorcą informacji przygotowywanych przez służbę? Ale premier pozostawia szefa ABW na stanowisku, chociaż wiadomo, że ten jest konflikcie interesów.

– Są też kwestie, których nie udało się zmienić ani temu, ani poprzedniemu rządowi. Należą do nich właśnie „niewyjaśnione śmierci”, ale też na przykład sprawa Rywina i inne przestępstwa, w których konsekwencje ponoszą w najlepszym przypadku bezpośredni wykonawcy, ale już nie mocodawcy.

–  Dlaczego tak doświadczony polityk, premier i lider partii o wysokim poparciu społecznym rzędu 50%, przez dwa lata nie potrafi zreformować prokuratury tak, by umiała wyjaśniać takie sprawy? Odwrotnie: zrzeka się kontroli nad prokuraturą. Równie zadziwiający jest brak reformy służb tajnych. W lutym 2008 premier mówi w wywiadzie dla Polityki: Stwierdzam, że zasób informacji dostarczanych przez służby, niezbędnych dla premiera i prezydenta, jest po prostu bardzo ubogi. Mógłbym natomiast już dziś napisać książkę, jakie klany walczą ze sobą wewnątrz poszczególnych służb. Odnoszę przygnębiające wrażenie, że bardzo wielu oficerów służb specjalnych to są prywatne armie byłego szefa, aktualnego szefa czy przyszłego szefa i zajmują się głównie intrygami. Ale w efekcie premier osłabia, a nie wzmacnia kontrolę nad służbami.

– Kluczowe sprawy nie zostały jednak wyjaśnione także za rządów PiS-u. Może to nie jest tylko kwestia rządowej kontroli?

– Dociekałem, dlaczego podczas swych rządów PiS nie doprowadził do ujawnienia i skazania głównych rozgrywających tzw. układu. Odpowiadano mi: by prokuratura prowadziła aktywnie tak trudne i niewygodne sprawy, trzeba było ciągle naciskać na zespoły prokuratorskie. Nie wystarczyło czasu i, być może, doświadczenia, by rzecz doprowadzić do końca.

– Czy polityczne naciski na prokuraturę, nawet z najlepszych pobudek, nie stanowią niebezpiecznego precedensu?

– Tylko wtedy, gdy naciski są niezgodne z prawem. Jak skradziono napis w Oświęcimiu, to policję naciskano! Czy działając w swoim zwykłym trybie, tak szybko odnalazłaby napis? W biurokratycznych instytucjach państwa jest sporo kompetentnych osób. Ale na co dzień nie mają pola do działania, bo jest im wpajana logika minimalizacji wysiłku.

– A po rozdzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego będą jeszcze możliwości takich „zgodnych z prawem nacisków”?

– Raczej nie. Problem nie polega na samym uniezależnieniu prokuratury od rządu, ale na tym, że uniezależniono chory organizm.

5. Dwie wrażliwości, dwie Polski

Rzeczpospolita, 15 kwietnia 2011

Profesor Janusz Czapiński bardzo się boi[3]. Czego? Dla uniknięcia nieporozumień jego wypowiedź zacytuję wiernie (zmieniając tylko w kilku miejscach formę gramatyczną, by zdania były spójne).

Strachy Czapińskiego

Profesor boi się zagrożenia totalitaryzmem, możliwości powrotu ugrupowania Kaczyńskiego do władzy, ciągłego podkreślania wymiaru narodowego, ducha narracji spiskowej, rozważań o tym, że obecny system polityczny się wypaczył, a wybrane władze, z prezydentem na czele, straciły legitymizację i powinny być zdelegalizowane, dającego się słyszeć wręcz tonu totalitarnego, tego, że Kaczyński zamiast „społeczeństwo” mówił „naród”, zamiast „cywilizacja” mówił „historia”, a w miejsce tolerancji nie proponował nic prócz uprzedzeń i wykluczenia „nie swoich”.

Janusz Czapiński obawia się że wypowiedzi przyznające prawo do prawdy tylko jednej opcji przypominają system totalitarny.Jego niepokój wzbudziło ciągłe podkreślanie wymiaru narodowego. Prezes PiS zdaje się formułować dość ograniczoną definicję narodu, która mnie stawia poza nim. Dlaczego? Bo nie spełniam kryteriów przynależności do narodu polskiego wyznaczonych przez prezesa PiS. W jego opinii narodem są tylko ci, którzy podzielają wizję PiS na Polskę. Nadal nie podając niemal żadnych konkretów, psycholog społeczny boi się, że lider PiS wyklucza wszystkie możliwości pomyślnego rozwoju naszego kraju inne niż jego własny plan. Prezes PiS postrzega państwo jako opiekuna z karabinem na plecach. W jego opinii potrzebujemy silnego państwa, które powinno sprawować kontrolę nad wszystkimi wymiarami życia społecznego. Utworzenie przez PiS CBA było tego najlepszym dowodem. Czapiński obawia się, że Zwycięstwo PiS oznaczałoby (...) wzmocnienie tendencji do zamykania się, do rozwiązywania problemów społecznych na skróty, do ogromnego spadku tolerancji dla wszelkich mniejszości, przy jednoczesnym podkreślaniu konieczności wzrostu roli państwa jako żandarma.

Boi się tego, co 10 kwietnia 2011 r. widział na Krakowskim Przedmieściu: Polski Kaczyńskiego. Sporo strachów jak na krótką wypowiedź. Wygląda na to, że prof. Czapiński kocha się bać. Ale nie chcę tu uprawiać narracji wyższościowej. Przecież każdy (poza psychopatami) czegoś się boi. Porównajmy zatem swoje strachy.

Niepokoi mnie myślowa duchota

Mnie niepokoi to, iż wiedza o tym, że trzech pierwszych prezydentów Polski od 1989 r. było zarejestrowanych jako tajni współpracownicy komunistycznych służb specjalnych podległych moskiewskiej centrali (TW „Wolski”, „Bolek” i „Alek”) nie była obywatelom dostępna, gdy osoby te wybierano na tak wysoki urząd.

Niepokoi to, że do dzisiaj ani główne media, ani nauki społeczne nie zastanawiają się, czy i jak okoliczność ta wpływała i może wpływać na bieg spraw publicznych w naszym kraju. Niepokoi mnie, że podobna sytuacja w stosunku do sporej liczby osób odpowiedzialnych za naszą politykę zagraniczną nigdy nie została publicznie rzeczowo przeanalizowana.

Niepokoi mnie, że kwestia autonomii polskiej polityki – nie tylko zagranicznej – nie jest poważnie podnoszona. Budzi mój niepokój to, iż podczas kampanii prezydenckiej media wolnej Polski w ogóle nie próbowały rozwiać poważnych wątpliwości co do charakteru związków kandydata na prezydenta ze środowiskami Wojskowych Służb Informacyjnych.

Niepokoi mnie też, że obecny szef największej tajnej służby polskiego państwa działa w rażącym konflikcie interesów[4] i że premier mojego kraju na to nie reaguje. Tak jak niepokoiło mnie, że szefem Ministerstwa Sprawiedliwości został mianowany człowiek także w poważnym konflikcie interesów.

Niepokoi mnie, iż premier nie reaguje na informacje o interesach prowadzonych z ogniwami państwa przez podmioty rodzinnie związane z członkami rządu. I że media nie uznają za celowe tych spraw eksponować stosownie do ich niestosowności. Niedobre emocje budzi we mnie fakt, iż łamanie przy otwartej kurtynie elementarnych reguł dochodzenia do prawdy przez przewodniczącego sejmowej komisji hazardowej (mianowanego przecież przy akceptacji premiera) nie było przez główne media krytykowane, tak jak na to zasługiwało.

Niepokoi mnie obyczaj potępiania książek bez ich przeczytania – w tym przez tzw. autorytety z tytułami profesorskimi. Budzi mój niepokój to, że w trzeciej dekadzie wolnej Polski o wielu ważnych postaciach i zjawiskach książki nie powstają. Że wiele koleżanek i kolegów w Akademii czuje duchotę myślową, która przypomina im starą epokę. Że młodzi badacze społeczni lękają się podejmować tematy ważne dla swojego kraju.

Niepokoi Palikotyzacja

Niepokoi mnie to, że wiele wskazuje na to, iż Polska staje się coraz bardziej terenem łowieckim, którego zasoby są łupione przez różne grupy interesów przy bierności polityków przez Polaków wybranych. Widzę fatalnie wynegocjowany kontrakt gazowy, niezabezpieczenie interesów zespołu portowego Szczecin – Świnoujście przez zbyt płytkie ułożenie rosyjsko-niemieckiej rury. Niepokoi mnie bezczelność rosyjskiej agentury wpływu, która przy bierności polskich elit i mediów (oraz, jak się zdaje, także kontrwywiadu) regularnie propaguje „wrzutki” dotyczące rzekomych okoliczności smoleńskiej katastrofy.

Tak jak niepokoi mnie nieuargumentowane mówienie o zamachu, równie mocno niepokoi mnie autorytatywne głoszenie, że zamachu nie było – i to w sytuacji gdy kluczowe informacje dla wyrobienia sobie zdania w tej sprawie nadal nie są dostępne. Niedobre emocje budzi we mnie promowanie osób publicznie wypowiadających się w stylu Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota. To w instrumentalnym posługiwaniu się przez część mediów i kierownictwo PO takimi postaciami widzę przeszkodę w nawiązywaniu przez Polaków współpracy, o której braku słusznie mówi prof. Czapiński. I obawiam się, że to właśnie brak reakcji komentatorów i intelektualistów na Palikotyzację przestrzeni publicznej przyczynił się do zamordowania działacza PiS w Łodzi.

Mój niepokój budzi systematyczne promowanie niewiary w polskość, łamanie i tak wątłego naszego kręgosłupa moralnego przez domaganie się ciągłego rachunku sumienia za rzekome zaniechania okresu okupacji. Budzi to we mnie niedobre emocje, gdyż domagają się tego środowiska, których rodziny uczestniczyły w zbrodniach komunistycznych i które dotąd nie miały odwagi uczciwego odniesienia się do problemu agenturalnego donosicielstwa po swojej stronie. A owego postulowanego rachunku sumienia mają dokonać ludzie ze środowisk nigdy niebędących beneficjentami autorytarnych rządów, które nie wyniosły z okresu owych rządów sporych zasobów kapitału społecznego.

Mój poważny niepokój budzi to, iż być może ci moi rodacy, którzy śpiewają: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”, nie tylko wyrażają swoje subiektywne „złe” emocje, ale może także komunikują coś ważnego o jakości instytucji naszego państwa. Coś, czego do wiadomości prof. Czapiński najwyraźniej nie chce przyjąć – zamieszkuje on bowiem przestrzeń kulturową częściowo inną od mojej, przestrzeń skonstruowaną wokół odmiennych emocji oraz – trzeba dodać – innych informacji o Polsce współczesnej. To emocje bowiem selekcjonują procesy przyswajania przez nas informacji.

To są moje strachy. Na te wymiary współczesności prof. Czapiński wydaje się nieczuły. Z powodu swoich obaw chciałby powstrzymać Jarosława Kaczyńskiego przed objęciem władzy. Na gruncie moich obaw uważam, że rządy Kaczyńskiego są Polsce potrzebne. Między naszymi perspektywami jest wielki dystans. Trzeba go zmniejszać? Jasne. Ale jak?

Przemyślmy swoje lęki

Uważam, że moje strachy są bardziej zasadne od obaw profesora Czapińskiego. Myślę, że jego emocje słabiej dają się uzgodnić ze znanymi faktami aniżeli moje. Że Janusz Czapiński swoje wyobrażenie celów Jarosława Kaczyńskiego w znacznej mierze bierze z wyrwanych z kontekstu fragmentów wypowiedzi. Że silne emocje profesora psychologii społecznej deformują ramy jego procesów poznawczych.

Uważam, iż to mój sposób myślenia jest bardziej racjonalny, że bardziej zbliżony jest do rzeczowej analizy funkcjonowania ważnych instytucji publicznych niż obawy profesora. Czy tak trudno zrozumieć, że skoro o niepokojach tego typu co moje nie można spokojnie dyskutować w głównych pudłach rezonansowych polskiej masowej komunikacji (chociaż niepokoje te podziela spora część rodaków), to znajdują one ujście na politycznych wiecach?

Szczęśliwie mamy też niepokoje wspólne: bardzo niski – przez okres transformacji nierosnący – poziom kapitału społecznego, słabe zdolności Polaków do współpracy. Pewnie różnimy się w opiniach co do źródeł tych przypadłości. Może jednak możliwa jest cywilizowana debata wychodząca np. od określenia wspólnie akceptowanych konturów polskości i prowadząca do odsiania tych z naszych strachów, które są nadmiarowe?

6. Opowieść o wywiadzie dla Gazety Wyborczej, czyli gender – myśl, która szkodzi

Rozmawiała Natalia Waloch Gazeta Wyborcza – Toruń, 28 kwietnia 2011

27 kwietnia 2011 r. zadzwoniła do mnie Pani Redaktor Natalia Waloch z toruńskiego oddziału Gazety Wyborczej. Przeprowadziła wywiad w związku z tym, iż na nowo powoływanych na UMK w Toruniu studiach podyplomowych z tzw. gender studies mam wygłosić jeden (słownie: jeden) gościnny wykład. Pani Redaktor zgodnie z umową przesłała tekst (dobrze oddający treść i klimat naszej rozmowy) do autoryzacji. Następnego dnia wywiad ukazał się w toruńskim dodatku GW oraz, co ciekawe, został wyeksponowany na czołówce strony internetowej „wyborcza.pl”. Wywiadowi opublikowanemu w toruńskim dodatku GW redakcja nadała tytuł „Gender – myśl, która szkodzi”, natomiast tekst dostępny w Internecie nosi tytuł: „Zybertowicz: myślenie genderowe może być szkodliwe” – w obu przypadkach zgodnie z przesłaniem moich wypowiedzi.

Dodatkowo redakcja opatrzyła wywiad informacją zawierającą zdanie: Podczas seminarium dla funkcjonariuszy ABW nauczał: „Tajne służby to enklawa niecności. Służby specjalne to instytucja, w której przestrzeganie zasad niecnych jest cnotą”. Otóż jest to nieprawda, akurat w ABW nigdy na ten temat nie mówiłem. (By niedać się wciągnąć w maliny, warto lepiej sprawdzać swoich informatorów z tajnych służb.)

Gdy w sierpniu 2011 r. przedstawiciel wydawnictwa Prohibita zwrócił się do redakcji Wyborczej z prośbą o zgodę na przedruk wywiadu, odmówiono mu bez uzasadnienia. Ponieważ zgodnie z prawem prawa autorskie do wywiadu posiadają łącznie redakcja oraz autor proszony o wypowiedź, publikuję poniżej tylko swoje odpowiedzi na pytania Pani Waloch.

– Tu pytanie Pani Redaktor: [....] wykropkowane z powodu odmowy zgody na przedruk przez redakcję Gazety Wyborczej.

– O ile wiem, będę miał gościnny wykład o tym, jakie szkody dla świadomości społecznej może powodować myślenie genderowe. Zamysł organizatorów studiów jest taki, żeby z jednej strony przedstawić myśl genderową, osoby nastawione wobec niej entuzjastycznie lub neutralnie oraz – do których siebie zaliczam – te wyraźnie zdystansowane. Spojrzę na kwestie genderowe z perspektywy nowoczesnego konserwatyzmu.

– Tu Pani Redaktor docieka: [....]

– U podłoża studiów genderowych leżą rzeczywiste problemy, ale w mojej opinii taka perspektywa patrzenia na płeć może w sumie być dla społeczeństwa szkodliwa. Pochopne rozstawanie się z tradycyjnymi ramami rozwoju społecznego przynosi więcej problemów niż ich rozwiązuje.

– Pani Redaktor konkretyzuje pytanie: [....]

– Homoseksualne śluby to właśnie przykład kroku za daleko. Myśl genderowa ma korzenie w potrzebie emancypacji i dostrzeżeniu, że istnieje pewna drabina społeczna, że zawsze są pewne środowiska społecznie upośledzone. Samo spojrzenie na rzeczywistość z perspektywy grupy w jakiś sposób pokrzywdzonej nie jest niczym złym, ale może stać się ułudą, gdy jest łączone z wiarą w moc takiej radykalnej przebudowy świata, która rozwiąże ludzkie problemy. Szkodliwe społecznie jest również wyparcie lewicy socjalnej przez „lewicę” obyczajową.

– Pani Redaktor zapytuje: [....]

– Grupy strukturalnie upośledzone posługują się językiem innych grup, właśnie tych, które utrzymują je na dole drabiny społecznej. Trzeba było więc stworzyć własny język i myśl genderowa to zrobiła – by mówić m.in. w imieniu homoseksualistów. Troska o grupy upośledzane obyczajowo zepchnęła w cień problemy środowisk upośledzonych ekonomicznie. Ta nowa konfiguracja jest korzystna dla wielkich korporacji – jednego z najsilniejszych aktorów współczesności. O ile bowiem niewygodne jest dla nich mówienie o patologiach rynku, prawach pracowniczych itd., o tyle lansowanie np. eutanazji i praw homoseksualistów jest zupełnie niegroźne. O tych właśnie zagadnieniach będę mówił.

– Pani Redaktor polemizuje: [....]

– Chociaż w wielu swych przejawach myśl ta jest szkodliwa, to jednak jej obecność jest dziś już pewną społeczną rzeczywistością. Perspektywę feministyczną trzeba znać. Problem w tym, że w wielu uczelniach tego typu studia na ogół nie polegają na pokazaniu, czym taka perspektywa jest, ale politycznie propagują pewne postawy – np. homoseksualne śluby, adopcje, skrajny indywidualizm etc.

– Pani Redaktor informuje o zdziwieniu: [....]

– To dziwi tych, którzy posługują się schematami myślowymi. To może być oznaka tego, że takie osoby są poddane przemocy symbolicznej.

– Pani Redaktor mówi jedno słowo ze znakiem zapytania: [....]

– To teoria Pierre’a Bourdieu, który badał m.in. byłe kolonie francuskie. Okazało się, że zamieszkujący je ludzie postrzegali swoje aspiracje w języku byłych kolonizatorów. Zresztą podobnie rzecz ujmują niektóre nurty feministyczne, twierdzące, że kłopot z kobietami, które nie chcą się wyzwolić polega na tym, że o samych sobie myślą po męsku. Mówiąc o przemocy symbolicznej starałem się pokazać, że np. Pani, dziwiąc się mojej obecności wśród wykładowców, też takiej przemocy jest poddana.

– Tu Pani Redaktor informuje m.in., że sugestię zrozumiała i że jest przekonana o samodzielności swego myślenia: [....]

–  Ofiary przemocy symbolicznej zawsze mówią, że myślą samodzielnie.

– Teraz Pani Redaktor wprowadza elementy erudycji wymieniając nazwisko pewnego zagranicznego myśliciela: [....]

– Kto wie, może byśmy go ucieszyli.

7. Zamiast narzekać, czas tworzyć instytucje

Rozmawiał Roman Motoła Nasza Polska, 27 stycznia 2009

– Niedługo minie 20 lat od rozpoczęcia tzw. rozmów okrągłego stołu. W zaszczepionym naszemu społeczeństwu dominującym obiegu informacyjnym zmiany, jakie nastąpiły po tym wydarzeniu przyniosły Polsce niepodległość, a Polakom wolność, której synonimem miałyby być pełne półki, pluralizm mediów, otwarte granice. Jak z dzisiejszej perspektywy ocenia Pan okrągły stół i jego następstwa?

– Zamierzam dokonać takiej systematycznej analizy, jednak już dziś wiadomo, że w wielu tego typu aspektach Polska wypada znacznie gorzej niż kraje, które razem z nami wydobyły się z komunizmu i zostały przyjęte do Unii Europejskiej.

– Długimi okresami nowemu porządkowi w Polsce towarzyszył niemalże medialny monopol na jedną wersję najnowszej historii z niepodważalnymi dogmatami oraz niemożliwymi do zakwestionowania autorytetami. Dziś monopolu już nie ma, a owe „autorytety” reagują histerycznie na próby ukazania ich wizerunku niezgodnego z tą wersją. Jednak – co najgorsze, w roli obrońców fałszywej mitologii próbuje się ustawiać instytucje naukowe oraz sądy. Czy to początek jakiegoś nowego etapu w zmaganiach o wpływ na świadomość społeczną?