Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Po drugiej stronie strachu” to poruszająca, oparta na prawdziwych wydarzeniach historia kobiety, która przeszła przez toksyczny związek, przemoc, współuzależnienie i lata życia w lęku. To opowieść o upadku, ale przede wszystkim o odwadze, odzyskiwaniu siebie i budowaniu życia od nowa. Ta książka pokazuje, że nawet z najtrudniejszej sytuacji można się wydostać. Można odbudować poczucie własnej wartości, odzyskać spokój i stworzyć piękne życie na własnych zasadach. Nie znajdziesz tu gotowych recept, ale prawdziwą historię, która daje nadzieję, inspiruje do zmian i przypomina, że po drugiej stronie strachu czekają wolność, siła i nowe możliwości. Jeśli dziś czujesz, że utknęłaś – ta książka może być pierwszym krokiem do uwierzenia, że zmiana jest możliwa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 191
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Korekta
Projekt okładki
Oprawa graficzna okładki
Skład i łamanie
Wydanie I, 2025
ISBN
Wszelkie prawa autorskie do tej książki, w tym tekst i ilustracje, są chronione zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Żadna część książki nie może być reprodukowana bez zgody autora, z wyjątkiem zacytowania krótkich fragmentów przez recenzenta.
2025
Książka ta jest opowieścią opartą na moich osobistych doświadczeniach, które przeżyłam w trudnych chwilach życia. Dzielę się nimi z nadzieją, że dotrą do kobiet, które borykają się z podobnymi wyzwaniami. Moim celem jest nie tylko podzielenie się moją historią, ale także pokazanie, że pomimo najciemniejszych chwil, zawsze istnieje możliwość odzyskania siły i rozpoczęcia nowego rozdziału. Wierzę, że każdy z nas – kobiet i mężczyzn – zasługuje na to, by żyć pełnią życia, z poczuciem wartości i nadziei na lepsze jutro.
Wszystkie imiona, miejsca i szczegóły, jeśli zostały użyte, zostały zmienione w celu ochrony prywatności osób trzecich. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób, żyjących lub nie, są czysto przypadkowe. Książka ta jest tworem literackim, mającym na celu wspieranie innych, a wszelkie przedstawione w niej zdarzenia i postacie zostały przekształcone w sposób, który zapewnia ochronę prywatności. Książka służy wyłącznie celom artystycznym i wspierającym innych.
Bo strach był moim drogowskazem.
To strach prowadził mnie przez ciemność, w jakiej żyłam, przez wszystkie momenty zwątpienia, przez podjęte decyzje, które wydawały się zbyt trudne. To właśnie strach pokazywał, gdzie jeszcze nie zaglądałam – do miejsc, które bolały, ale też do tych, które czekały, by mnie uzdrowić. To tam wciąż kryły się rany z dzieciństwa i moje lęki, z którymi musiałam się zmierzyć.
I w końcu zrozumiałam, że wszystko, co ważne – spokój, miłość, wolność – jest właśnie po drugiej stronie strachu.
Ta książka to opowieść o drodze. Mojej – ale może i Twojej. Jeśli choć raz czułaś, że boisz się zrobić krok, ale zrobiłaś go mimo wszystko – to jesteś bliżej przejścia na drugą stronę strachu, niż myślisz.
Weź mnie za wirtualną rękę, jaką Ci podaję za pomocą tej książki. Pójdźmy dalej razem w podróż do lepszej wersji siebie. Twojej wersji.
Ta książka jest cząstką mnie, mojej historii i pokazuje, że można przejść na drugą stronę. Chcę Wam towarzyszyć w Waszej podróży, dać Wam siłę i przypomnieć, że macie w sobie wszystko, by stworzyć życie, które kochacie. By odnaleźć spokój, miłość i wolność
Nie piszę tej książki z pozycji kogoś, kto wie wszystko. Piszę ją jako kobieta, która przeszła przez piekło – a mimo to nadal potrafi spojrzeć w lustro. Choć przez długi czas nie potrafiła. W tamtym czasie byłam kobietą, na którą bardzo mocno wpływała opinia innych. Te plotki, komentarze… Czułam się osobą gorszej kategorii. To jest już za mną.
Dlatego chciałam napisać tę książkę dla kobiet – takich jak ja. Dla Ciebie.
Może jesteś młoda i zagubiona. Może samotna. Może boisz się jutra. Może tkwisz w związku, który miał być oparciem, a stał się pułapką, klatką. Może nawet czujesz, że to złota klatka… Może płaczesz w poduszkę, kiedy nikt nie widzi lub pod prysznicem, aby spływająca woda zmyła z Ciebie ten wylewający się żal i ból. Może nosisz na ramionach więcej, niż ktokolwiek potrafi sobie wyobrazić.
Wydarzenia w moim życiu i decyzje, jakie zostały podjęte, sprawiły, że kiedy miałam siedemnaście lat, zaszłam w ciążę. Uczyłam się jeszcze w szkole i próbowałam żyć jak normalna nastolatka, ale z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Z nastolatki, będącej przecież jeszcze dzieckiem, musiałam zmienić się w matkę. Musiałam dorosnąć szybciej, niż byłam na to gotowa. Nie wiedziałam jeszcze, kim tak naprawdę jestem i co chcę robić w życiu. Nie potrafiłam do końca zadbać o siebie, a miałam być odpowiedzialna za małego człowieka. Martwiłam się, czy skończę szkołę, czy dam radę w zaawansowanej ciąży zdać egzamin czeladniczy. Patrzyłam na koleżanki, które umawiały się na wspólne wypady na imprezy, planowały wspólny wyjazd do Holandii w wakacje, a ja myślałam – jak przeżyć kolejny dzień z tym natłokiem myśli. Nie czułam się gotowa na taki rollercoster w życiu.
W wieku osiemnastu lat wyszłam za mąż. Wierzyłam, że razem damy radę, no bo skoro jest dziecko, to musi być rodzina. Prawda? I wierzyłam też, że on się zmieni. Przecież miłość podobno zwycięży wszystko i ta miłość go uleczy.
A potem przyszła codzienność. Taka, o której nie mówi się głośno.
Przestałam być dziewczyną z marzeniami, a stałam się kobietą z obowiązkami. I z bólem, który rósł z każdym dniem. Uczyłam się przetrwać i udawać, że wszystko jest dobrze. Uśmiechać się, kiedy chciało się krzyczeć. Nosić maski, żeby nikt nie widział, jak bardzo w środku się rozsypuję. Ale z czasem okazało się, że w tym wszystkim jest coś, co trzymało mnie przy życiu – moje córki.
Patrzyłam na nie i wiedziałam, że muszę walczyć. Dla nich. Dla nas… I z czasem – także dla siebie.
Ale ta książka to nie tylko moja historia. To historia tysięcy kobiet, które przeżywają piekło za zamkniętymi drzwiami. To słowa, które chcę wypowiedzieć za te, które milczą. Za te, które się boją. Za te, które myślą, że już nie ma dla nich ratunku.
Chcę pokazać, że nawet po najciemniejszej nocy może wstać świt. Jeśli choć jedna z Was, kobiet żyjących w takim samym piekle, po przeczytaniu tych słów poczuje, że warto zawalczyć o siebie – to znaczy, że ta książka miała sens.
Moim marzeniem jest, aby trafiła do wszystkich kobiet, które zwątpiły w siebie, które są na dnie i nie wiedzą, jak się odbić. Bo potrafią. Wiem, że potrafią.
Można się podnieść. Ty, która czytasz tę książkę i widzisz w niej odbicie swojej historii, pamiętaj – nie jesteś sama, a we mnie znajdziesz kogoś, kto rozumie.
Kto przeszedł tę drogę i kto chce, żebyś wiedziała: da się. Naprawdę się da. Będzie trudno. Będzie boleć. Będą dni, kiedy znów zwątpisz.
Ale to nic.
Bo najważniejsze to iść – choćby powoli, choćby na kolanach – ale iść przed siebie.
Masz prawo do szczęścia, do spokoju, do życia bez lęku.
Masz prawo powiedzieć dość i odejść. Masz prawo zacząć od nowa.
I masz prawo popełniać błędy – bo jesteś człowiekiem, nie robotem.
Ta książka jest szczera do bólu. Nie znajdziesz w niej bajek ani filtrów. Znajdziesz za to prawdę – o walce w domowym piekle, o sile, która rodzi się wtedy, kiedy nie ma już nic.
Poznaj moją historię. Zobaczysz w niej moją siłę, jaką znalazłam, która może stać się Twoją siłą.
Jako mała dziewczynka dorastałam w domu, w którym z pozoru niczego nie brakowało. Nie odczuwaliśmy chłodu jesienią czy nawet mrozu zimą, tata naprawdę zadbał o odpowiedni dom dla swojej rodziny. Mieliśmy też stabilność, stały rytm dnia. Moi rodzice byli dobrymi ludźmi. Mój tata, choć od pierwszego roku życia wychowywał się bez ojca, starał się jak mógł wywiązać ze swojej ojcowskiej roli. Ciężko pracował we własnym biznesie, żebyśmy nie musieli sobie niczego odmawiać. Był dla nas kimś ważnym, choć najczęściej wracał tylko wieczorami, a kiedy był już w domu, zajmował się swoimi sprawami. Żyliśmy godnie, jak na tamte czasy. Kiedy jako nastolatka zaczynałam własne dorosłe życie, mogłam liczyć na ich wsparcie dla mojej nowej rodziny. Jednak, jak wszyscy rodzice, nie byli bezbłędni. Ja również popełniałam swoje. Chociaż mieliśmy wszystko, czego materialnie potrzebowałam, jako małej dziewczynce brakowało bliskości, czułości i poczucia, że ktoś naprawdę mnie wysłucha.
Była nas trójka – ja i moi dwaj młodsi bracia – każde z nas o innym charakterze i z własnym temperamentem. Mimo różnic trzymaliśmy się razem.
W rzeczywistości wychowywała nas mama. Zmęczona obowiązkami samotnie dźwigała na swojej głowie i barkach całą rodzinę. Wtedy tego nie rozumiałam. Dziś, sama będąc mamą, wiem, jak wiele musiała znosić. Przytłoczona codziennością nie miała już siły na czułość, rozmowy czy na bliskość. Nie mam do niej żalu. Ponieważ teraz wiem, że dawała nam wszystko, co mogła i jak potrafiła. Po swojemu.
W naszym domu panował tzw. zimny chów. Oznaczało to, że nie mówiło się o emocjach. Nikt więc nie pytał: jak się czujesz? Liczyło się tylko posłuszeństwo, obowiązki i dobre wychowanie. Zgodnie z tymi zasadami, czy też (mówiąc łagodniej) przekonaniami, wychowywano mnie na grzeczną dziewczynkę – taką, która nie sprawia kłopotów, nie zadaje zbyt wielu pytań, nie okazuje złości ani smutku. Wszelkie potrzeby – zarówno fizyczne, jak i emocjonalne – trzeba było tłumić tak, żeby nikogo nimi nie obciążać.
Jako najstarsza z rodzeństwa często musiałam ustępować braciom, być tą odpowiedzialną, cichą i samodzielną. Nie było ze mną problemów, nie pyskowałam, nie buntowałam się. Jedyne, po czym mama zauważała, że jestem zła to to, że robiłam się sztywna, wyprostowana i z zaciśniętymi zębami uciekałam do swojego pokoju. Do moich królików, którym zrobiłam kącik w domku po lalkach barbie. Wyciągałam je i brałam do swojego łóżka, a one jakby rozumiały i zlizywały ciche łzy z moich policzków. Wymagano ode mnie więcej, a pochwały były rzadkością. Zawsze porównywano mnie do córki sąsiadki. Mama zawsze mówiła o niej z taką ekscytacją. A ja zawsze czułam się niewystarczająca. Chciałam, aby choć raz opowiadała tak o mnie, na mój temat. Ale ja na wszystko musiałam sobie zasłużyć.
I wtedy myślałam, że tak musi być, że to normalne. Choć czasami zauważałam różnicę. Kiedy w drodze do szkoły szłam po koleżankę do jej domu, widziałam, że jej mama zawsze szykowała dla niej kubek ciepłego mleka i żegnała ją czule. Robiła jej krzyż na czole, błogosławiąc ją i życząc szczęśliwej drogi. Wtedy było to dla mnie dziwne i nawet śmieszne, bo nie znałam tego rodzaju troski, a mimo to ten obraz utkwił w mojej głowie.
Dziś jako matka wzruszam się, kiedy o tym myślę. Nie wiedziałam, że ta „normalność” pozostawi we mnie blizny, które ujawnią się dopiero wiele lat później, w dorosłym życiu. Z czasem nauczyłam się, że rodzice, choć kochający, są tylko ludźmi, którzy robią, co mogą, aby wychować swoje dzieci najlepiej, jak potrafią. Z czasem – ucząc się na własnych błędach. I choć nie zawsze było łatwo, to właśnie te doświadczenia ukształtowały mnie i moją wrażliwość.
Już jako mała dziewczynka marzyłam o czymś zupełnie innym. Chciałam czułości, wsparcia, obecności. Marzyłam o rodzinie, która się kocha, która się przytula. Taka, która przy rodzinnym posiłku ze sobą rozmawia.
Pamiętam, jak godzinami przeglądałam niemieckie katalogi „Quelle”, które dostawałam od chrzestnej z Niemiec, kiedy przyjeżdżała w odwiedziny. Otwierałam je z wypiekami na twarzy i długopisem zaznaczałam, jak miałby wyglądać mój przyszły dom, mąż, dzieci… Ten katalog był dla mnie jak magiczne okno na świat. Marzyłam o takim życiu. To były księgi, które otwierały przede mną świat pełen rzeczy, będących jedynie w sferze marzeń i wyobraźni. W tamtych czasach w Polsce dostęp do takich pięknych, barwnych produktów był ograniczony. Katalog pokazywał mi, że świat jest pełen możliwości, a ja mogę dążyć do tego, co najlepsze. Dzięki „Quelle” mogłam marzyć i planować swoją przyszłość, pełną tych niesamowitych, pełnych barw i ekskluzywnych rzeczy, które wtedy wydawały się tak niedostępne. Na stronach katalogu można było znaleźć wszystko, o czym tylko mogłam zamarzyć. Były tam wspaniałe ubrania, modne dodatki jak te z zachodnich wybiegów mody. Podziwiałam piękne dekoracje do domu, które dodawały wnętrzom elegancji i nowoczesnego stylu. Nie brakowało w nim elektroniki, będącej prawdziwym rarytasem w czasach mojego dzieciństwa. Katalog przepełniony kolorami i inspiracjami, i marzeniami, które pozwalały wyobrazić sobie moje przyszłe życie, a jednocześnie czuć, że świat stoi przede mną otworem. Moja wyobraźnia mogła sięgać dalej niż do tej pory. Oczy widziały więcej, niż otaczające mnie życie na małej wiosce.
Wybierałam dzieciom ubrania, zastanawiałam się, jakie wybrać meble do salonu i jakie kolory zasłon będą pasować to całego wystroju. Zostało mi to do dziś. Kocham eleganckie i stylowe wnętrza, dlatego teraz szukam inspiracji w Internecie. Mój dom jest oryginalny, pełen miłości, wkładam w niego dużo pracy i serca.
W głowie cały czas budowałam idealne życie – takie, w którym nikt nie krzyczy, nikt nie płacze w ukryciu, nikt nie jest sam. Wierzyłam, że tak będzie wyglądać moja dorosłość. Wierzyłam też, że świat jest prosty i pełen możliwości, a to, co sobie wyobrażałam, było moim sposobem na tworzenie przyszłości, którą chciałam mieć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że życie może być trudne. Byłam przekonana, że dziecięca wiara jest czysta, silna i bez cienia zwątpienia. Wieczorami, kładąc się spać, modliłam się do Boga, prosząc go o dobrego męża i o zdrowie dla rodziców. Ufałam mu, że to załatwi, że skoro proszę – to otrzymam. Niestety w dorosłym życiu zawiodłam się, kiedy postawił na mojej drodze męża alkoholika i odebrał mi mamę w młodym wieku. Pogniewałam się na niego i przestałam chodzić do kościoła, zadawałam mu pytania:
Boże co zrobiłam źle?
Czym zawiniłam, że mnie tak ukarałeś?
Nie otrzymałam odpowiedzi i musiałam nauczyć się z tym żyć oraz zrozumieć to na swój sposób. Miałam zorganizować sobie życie, pełne szczęścia, po swojemu. Co równie było dla mnie ważne – zapracuję na to szczęście. Nie przypuszczałam, że moje realne życie napisze dla mnie zupełnie inny scenariusz.
W szkole byłam pilną, dobrą uczennicą. Pomimo tego, że zawsze starałam się dać z siebie wszystko, nawet tam czułam, że moje starania nie zawsze są dostrzegane.
Szczególnie w szkole podstawowej, w matematyce – przedmiocie, który był dla mnie prawdziwą udręką. Matematyka była dla mnie bardzo trudna i stresująca. Niezależnie od tego jak bardzo się starałam, to kiedy przychodził czas sprawdzianu, w głowie robiła się pustka. Bałam się też oschłej i surowej nauczycielki i czułam, że mnie nie lubi. To sprawiało, że zamiast uczyć się spokojnie, byłam cały czas zestresowana i nie mogłam się skupić. To był taki strach, że nogi mi się trzęsły, a myśli uciekały gdzieś indziej. Czasami marzyłam, żeby uciec z klasy albo żeby nauczycielka się pochorowała i odwołali lekcje. Nawet jeśli chodziłam na dodatkowe zajęcia w szkole czy prywatne korepetycje to nic nie dało – ze strachu i tak miałam pustkę w głowie. Z każdym kolejnym zadaniem walczyłam jak z potworem. Do dziś pamiętam słowa nauczycielki matematyki:
– Ty sobie w średniej szkole nie poradzisz. Daj sobie spokój.
To był dla mnie cios, a mimo to się nie poddawałam. Dopiero później, w zawodówce, przy innym nauczycielu poczułam, że mogę uczyć się bez paraliżu.
Z kolei język polski był moją ucieczką, moją przestrzenią, w której mogłam być sobą. Uwielbiałam tworzyć opowieści, zapisywać myśli, przelewać emocje na papier. Do dziś pamiętam panią od języka polskiego – starszą kobietę, która nie wymagała zbyt wiele, co wtedy bardzo nam odpowiadało. W woreczku śniadaniowym przynosiła pokrojone owoce i warzywa, a w torebce Harlequiny, które czytała w trakcie zajęć. Lubiliśmy te lekcje, bo nie mieliśmy pojęcia, jak bardzo brak wymagań odbije się później na naszej edukacji.
Jako dziewczynka nie czytałam lektur. No bo po co, skoro wiedziałam, że zawsze na klasówce pojawi się temat „List do przyjaciółki” – i zawsze wybierałam właśnie to. Uwielbiałam pisać. Z kolei, gdy trzeba było powiedzieć coś na głos, przy wszystkich kolegach i koleżankach, serce aż podchodziło mi do gardła i ze strachu nie umiałam sklecić kilku zdań. A potem, paradoksalnie, przychodziły wypracowania, które pisałam z taką łatwością, że nauczyciele czasem nie wierzyli, że to naprawdę moje słowa. Pisałam pamiętniki, listy miłosne dla koleżanek – ponoć potrafiłam włożyć w słowa to, czego one nie umiały wyrazić. I może to właśnie tam – w tych zeszytach, kartkach, w tych słowach pisanych od serca – zaczęła się moja prawdziwa miłość do pisania.
Dziś widzę, że to właśnie tamte chwile dały początek tej książce – mojemu świadectwu.
Bardzo chciałam iść z moimi koleżankami do liceum, ale poczułam, że muszę znaleźć własną drogę, skoro inni we mnie nie wierzyli. W rezultacie trafiłam do szkoły zawodowej – na kierunek fryzjerski. To nie było moje marzenie, ale dawało mi poczucie, że mam jakąkolwiek kontrolę nad swoją przyszłością.
Zaczęło rodzić się we mnie przekonanie, że coś jednak potrafię. A co najważniejsze: że dalej się nie poddam. Z perspektywy czasu widzę, że ta zawodówka była mi potrzebna.
Los i tak miał dla mnie inny plan. I wiem, że nawet gdybym poszła do liceum, to i tak nie udałoby mi się go skończyć.
Czasami myślę, że każda z pozoru przypadkowa decyzja, każde zranienie, każde kolejne rozczarowanie pchało mnie dokładnie tam, gdzie miałam trafić.
Do tej chwili. Do tej historii.
Do tego miejsca, w którym mogę mówić i być w końcu usłyszana.
Pierwsze siedem lat życia spędziłam w małym miasteczku w województwie opolskim, gdzie się urodziłam. Potem przeprowadziliśmy się z cała naszą rodziną na wieś do domu, który moi rodzice budowali przez lata, kawałek po kawałku. Przenieśliśmy się tuż przed moją zerówką – tak, żebym mogła zacząć szkołę już w nowym miejscu.
Po przeprowadzce z miasta na wieś na początku czułam się obco. Szkoła podstawowa była mała. W klasie było nas zaledwie ośmioro, jak dobrze pamiętam. Nauczyciele bardzo szybko zapamiętali nas wszystkich z imienia, a poziom nauczania… No cóż, nie był zbyt wysoki. Do tego moi nowi rówieśnicy mówili po śląsku, a ja z ich gwary nie znałam ani słowa. Przez to, że dzieciaki dokuczały mi na różne sposoby, czułam się inna. Ale z czasem zaczęły uczyć mnie swoich słów i zwrotów. Pamiętam, jak wracaliśmy razem ze szkoły, a oni próbowali nauczyć mnie gwary. Wtedy te słowa brzmiały jak zupełnie inny język, ale po jakimś czasie zaczęłam je rozumieć i mówić jak oni. Z czasem staliśmy się zgraną paczką. Myślałam, że teraz wreszcie będę do nich pasować. Ale problem nie zniknął. Kiedy skończyłam podstawówkę i wróciłam do zawodówki w mieście, tam z kolei nazywali mnie „ślązaczką” i znów czułam się odrzucona. Wyzywali mnie, popychali, pisali wyzwiska na mój temat na murach i w szkolnej toalecie.
W mojej pamięci wyjątkowo mocno zapisał się jeden dzień. Akurat schodziłam po lekcjach z piętra, myśląc tylko o tym, by jak najszybciej wyjść ze szkoły. Wtedy podeszła do mnie jedna z dziewczyn z innej klasy, rzucając we mnie wyzwiskami. Powód był absurdalny, podobno spojrzałam na jakiegoś chłopaka, który jej się podobał. A w tamtym czasie, ze strachu, chodziłam jak koń z klapkami na oczach, unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, aby nie prowokować kolejnego ataku.
Tego dnia, musiałam też przejść ze szkoły na kolejne zajęcia – na warsztaty szkolne. Za mną szła grupka dziewczyn, śmiejąc się i mnie popychając. W pewnym momencie jedna z nich podłożyła mi nogę. I wtedy coś we mnie puściło. Jakby strach nagle ustąpił, zrobiłam się dziwnie spokojna i pewna siebie. Nie znałam siebie wcześniej takiej. Zatrzymałam się, odwróciłam i powiedziałam spokojnie i stanowczo:
– Przestańcie mnie w końcu dręczyć. Jestem jedną z niewielu, które urodziły się i wychowały w tym mieście. Przestańcie wyzywać mnie od wieśniar, bo nią nie jestem. To, że moi rodzice przeprowadzili się na wieś, nie czyni mnie kimś gorszej kategorii.
Zapadła dziwna cisza a widok ich wyrazów twarzy był bezcenny. Po chwili jedna z nich powiedziała:
– Idziesz z nami na papieroska?
I tak oto koszmar, który ciągnął się miesiącami, skończył się jedną moją reakcją.
Do dziś zastanawiam się, co nam, jako dzieciom, wpajano do głów, że tak łatwo szufladkowało się ludzi. Wieśniak. Ślązaczka. Lepszy. Gorszy. Dopiero później uświadomiłam sobie, że one wcale nie były stąd. A ja poczułam, że mogę iść dalej lżejsza bez tego strachu, który nosiłam w sobie od dłuższego czasu.
Z dzieciństwa, z czasów (jeszcze) podstawówki pamiętam też zwierzęta. Były wszędzie. Psy, koty, moje kochane króliki, chomiki… Czasem wracając pieszo ze szkoły, przyprowadzałam do domu jakiegoś zbłąkanego psa albo bezdomnego kota. Mama tylko wzdychała, ale pozwalała mi je nakarmić, otulić, pokochać. Niektóre z nich potrzebowały większej pomocy – były zaatakowane przez pchły, wygłodzone, z zaropiałymi oczami. Kiedy odzyskiwały siły, po kilku kolejnych dniach ruszały w dalszą drogę, a niektóre zadomowiły się i zostawały z nami na lata. Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie policzyć, ile ich wtedy miałam. Dziś widzę w tym coś więcej. To był dowód na to, że już jako dziecko szukałam miłości. Przytulenia. Akceptacji. A zwierzęta nie osądzają.
Jako dziewczynka często pomagałam ojcu w warsztacie. Segregowałam śrubki i podkładki, myłam też samochody, a w wieku nastoletnim moim zadaniem było rozkręcanie aut, szlifowanie i oklejanie do malowania, a później sprzątanie. Patrząc teraz na to wszystko, z perspektywy czasu, zauważyłam, że już od dziecka los przygotowywał mnie do radzenia sobie ze wszystkim. Mama uczyła mnie twardości – nie pozwalała na użalanie się nad sobą, nie było miejsca na narzekanie, nawet w chorobie.
Musiałam być silna.
A tata – jakby przeczuwał, że kiedyś będę musiała radzić sobie sama – uczył mnie rzeczy, które zwykle przypisuje się mężczyznom. Dziś to wszystko rozumiem. I jestem im za to wdzięczna.
Wśród wielu wspomnień z mojego dzieciństwa jest jedna osoba, która w moim sercu zajmuje szczególne miejsce – prababcia Ania. Choć życie nie oszczędzało mnie emocjonalnie, to właśnie ona była dla mnie ostoją miłości, czułości i prawdziwego ciepła. Zawsze, gdy pojawiała się w naszym domu, świat nabierał łagodniejszych barw. Nie mogłam się doczekać tych chwil, kiedy czasem przyjeżdżała, by pomóc mojej mamie. Brała nas, trójkę dzieci, na spacery i w jej obecności wszystko wydawało się prostsze, spokojniejsze. Między nami była wyjątkowa więź, której nie potrafię do końca opisać słowami – można ją jedynie poczuć sercem. Gdy byłam mała, spędzałam u niej wakacje. Spałyśmy razem w jej pokoju. Rozkładała mi amerykankę – taką starą, skrzypiącą, która pachniała domem i wspomnieniami. Przykrywała mnie wtedy aż po samą szyję ciężką pierzyną, pod którą nie potrafiłam się nawet poruszyć. A w środku nocy pierze zawsze jakoś uciekało w nogi, więc budziłam się zmarznięta i wtulałam się w babcię. Każdego wieczoru opowiadała mi historie ze swojego życia, szczególnie te z czasów wojny. Mówiła, że miała wtedy dobrze, bo wojsko spało w jej domu – opowiadała to z takim spokojem.
Ale to, co najgłębiej we mnie zaszczepiła, to była wiara. W szczególności ta w Świętego Antoniego. Do dziś, kiedy coś gubię lub gdy los wystawia mnie na próbę, mówię do niego cicho pod nosem i cuda się zdarzają. Naprawdę! Byłyśmy sobie bliskie jak nikt inny. Pamiętam też, jak stawiała mały taborecik pod grzejnikiem, sadzała mnie na nim, klękała przede mną i karmiąc jabłkiem, które mozolnie skrobała łyżeczką, mówiła:
– Jedz, wnuczko, żebyś była zdrowa.
Byłam już wtedy zdecydowanie za duża na takie karmienie, ale pozwalałam jej na to, bo czułam, że robi to z taką czułością, że nie mogłabym odmówić. Choć miała wielu wnuków i prawnuków, to mnie traktowała inaczej, wyjątkowo. Zawsze mówiła mi, że jestem jej najlepszą wnuczką. W tajemnicy pokazała mi swoją skrytkę na słodycze – miejsce, o którym wiedziałyśmy tylko my dwie. Nikt inny nie miał do niej dostępu. Ta maleńka przestrzeń w szafce była naszą wspólną tajemnicą, naszym sekretem. To ona nauczyła mnie, jak robić domowy makaron. Przed krojeniem brała kawałek ciasta makaronowego i piekła specjalnie dla mnie na kaflowym kuchennym piecu. Ten smak pamiętam do dziś. To przy niej jadłam pierwszy tort w życiu i to dzięki niej znam smak prawdziwej kuchni i jej sekretne przepisy. Pamiętam, jak mówiła:
– Ja zawsze będę na ciebie czekać, a jak przyjdzie mój czas, to ty będziesz pierwsza przy moim odejściu.
Mówiła to tak spokojnie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie – że miłość nie kończy się nigdy, nawet gdy ciało przestaje oddychać. I
