Opis

"Jestem katolikiem niepraktykującym", czy nawet częściej: "Jestem wierzącym niepraktykującym", to sformułowania, które wcale nie należą dziś do rzadkości. Wielu ludzi odnajduje się w tego rodzaju deklaracjach. Nabrały one cech utartych formuł. Przestają nas nawet zdumiewać. Wręcz porażają swoją banalnością.

Denis La Balme, jako filozof, postanowił rozważyć na nowo znaczenie powyższych sformułowań. Alain Quilici, dominikanin, autor wielu książek, nie pozostał natomiast obojętny wobec faktu, że praktyki religijne traktowane są jako opcja, którą da się pominąć. Rozważania obu autorów wzajemnie się dopełniają, podejmując istotny dziś temat: Po co praktykować, gdy się wierzy??

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 226

lub

Ty­tuł ory­gi­na­łu

Po­urqu­oi pra­ti­qu­er qu­and on est croy­ant?

© Édi­tions des Béa­ti­tu­des 2008

Bur­tin, 41-600 No­uan-le-Fu­ze­lier

So­ci­été des Oeu­vres Com­mu­nau­ta­ires, gru­dzień 2008

© Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num”, Sp. z o.o.

Pel­plin 2013

re­dak­cja

Anna Fasz­czo­wa

pro­jekt okład­ki

Mar­cin Li­piń­ski

Ni­hil ob­stat

ks. Zdzi­sław Be­ne­dict

cen­zor ksiąg re­li­gij­nych

Im­pri­ma­tur

f Ry­szard Ka­sy­na

Bi­skup Pel­pliń­ski

Pel­plin, dnia 14 stycz­nia 2013 r.

L.dz. 2/2013/K.0rd.

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. +48 58 536 17 57; fax +48 58 536 17 26

ber­nar­di­[email protected]­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.com.pl

ISBN 978-83-7823-047-2

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZEDMOWA

„Je­stem ka­to­li­kiem nie­prak­ty­ku­ją­cym”, czy na­wet czę­ściej: „Je­stem wie­rzą­cym nie­prak­ty­ku­ją­cym”, to sfor­mu­ło­wa­nia, któ­re wca­le nie na­le­żą dziś do rzad­ko­ści. Wie­lu lu­dzi od­naj­du­je się w tego ro­dza­ju de­kla­ra­cjach. Na­bra­ły one cech utar­tych for­muł. Prze­sta­ją nas na­wet zdu­mie­wać. Wręcz po­ra­ża­ją swo­ją ba­nal­no­ścią.

De­nis La Bal­me, jako fi­lo­zof, po­sta­no­wił roz­wa­żyć na nowo zna­cze­nie po­wyż­szych sfor­mu­ło­wań. Z lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia sta­wia spra­wę na­stę­pu­ją­co: czy nie ma sprzecz­no­ści w tym, że dana oso­ba uwa­ża się za wie­rzą­cą i nie­prak­ty­ku­ją­cą? Czy wia­ra i prak­ty­ki re­li­gij­ne nie są czymś nie­roz­łącz­nym? Jego wy­wód zmie­rza do re­flek­sji nad samą moż­li­wo­ścią by­cia wie­rzą­cym nie­prak­ty­ku­ją­cym. Taka jest treść pierw­szej czę­ści ni­niej­szej książ­ki. De­nis La Bal­me się­ga do źró­deł tego współ­cze­sne­go po­dej­ścia, od­wo­łu­jąc się mię­dzy in­ny­mi do my­śli Je­ana-Ja­cqu­esa Ro­us­se­au.

Ala­in Qu­ili­ci, do­mi­ni­ka­nin, au­tor wie­lu ksią­żek, nie po­zo­stał na­to­miast obo­jęt­ny wo­bec fak­tu, że prak­ty­ki re­li­gij­ne trak­to­wa­ne są jako opcja, któ­rą da się po­mi­nąć. Zbyt wie­lu wie­rzą­cych, rów­nież wie­rzą­cych ka­to­li­ków, uwa­ża wpraw­dzie wia­rę za coś istot­ne­go, lecz jej prak­ty­ko­wa­nie za spra­wę dru­go­rzęd­ną. Lu­dzie dziś – twier­dzi Ala­in Qu­ili­ci – po­win­ni od­na­leźć dro­gę do praw­dzi­we­go Po­kar­mu, do sa­me­go źró­dła Ży­cia. Jest rze­czą god­ną po­ża­ło­wa­nia, że wie­lu za­gu­bi­ło wraż­li­wość na pięk­no ce­le­bra­cji eu­cha­ry­stycz­nej. Świa­dom tego, że nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­li­cy nie do­strze­ga­ją skar­bu, któ­ry jest tak bli­sko, Ala­in Qu­ili­ci OP pro­po­nu­je, żeby mó­wić, wręcz ob­wiesz­czać zna­cze­nie prak­tyk re­li­gij­nych w ży­ciu wie­rzą­cych. Jego wy­wód za­war­ty zo­stał w dru­giej czę­ści książ­ki.

Roz­wa­ża­nia obu au­to­rów wza­jem­nie się do­peł­nia­ją. De­nis La Bal­me pyta: „Czy moż­na wie­rzyć i nie prak­ty­ko­wać?”, zaś Ala­in Qu­ili­ci OP sta­wia nas wo­bec kwe­stii: „Dla­cze­go prak­ty­ko­wać, gdy się wie­rzy?”. Obaj uzna­li za waż­ne, by w Anek­sach, od­wo­łu­jąc się do spe­cja­li­stów, uka­zać re­la­cje za­cho­dzą­ce mię­dzy wia­rą a prak­ty­ką w in­nych re­li­giach. W ni­niej­szej książ­ce, bę­dą­cej ko­lej­nym owo­cem ich współ­pra­cy1, po­dej­mu­ją de­li­kat­ny te­mat, któ­re­go dzi­siaj nie spo­sób po­mi­nąć.

CZĘŚĆ PIERWSZADENIS LA BALMECzy można wierzyći nie praktykować?

I. Porzucanie praktyk religijnych

1. Po­wszech­ny brak prak­tyk

Kim są „wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy”? Wszy­scy, któ­rzy w ten spo­sób sie­bie okre­śla­ją, po­twier­dza­ją brak prak­tyk re­li­gij­nych (w przy­pad­ku chrze­ści­ja­ni­na ozna­cza to brak mo­dli­twy, cho­dze­nia do ko­ścio­ła, uczest­nic­twa we Mszy świę­tej itd.), ale mó­wią, że wie­rzą. Uwa­ża­ją się za wie­rzą­cych, nie prak­ty­ku­jąc swej wia­ry, czy­li nie re­ali­zu­jąc jej w co­dzien­nym ży­ciu. Nie jest więc pew­ne, czy fak­tycz­nie wie­rzą. Być może za­tem nie­słusz­nie na­zy­wa­ją sie­bie ludź­mi wie­rzą­cy­mi?

Brak prak­tyk re­li­gij­nych jest sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­nym zwy­cza­jem. Wie­lu chrze­ści­jan zo­sta­ło ochrzczo­nych, przy­stą­pi­ło do Pierw­szej Ko­mu­nii świę­tej, do bierz­mo­wa­nia, a jed­nak daw­no temu po­rzu­ci­ło Ko­ściół. Na­rze­cze­ni przy­go­to­wu­ją­cy się do mał­żeń­stwa są w przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści – jak sami mó­wią – „ka­to­li­ka­mi nie­prak­ty­ku­ją­cy­mi”. Po­dob­nie jest z wie­lo­ma człon­ka­mi ro­dzin spo­ty­ka­ją­cy­mi się na po­grze­bie albo z nie­któ­ry­mi ro­dzi­ca­mi za­pi­su­ją­cy­mi swo­je dzie­ci na lek­cje re­li­gii. Wszyst­kie naj­now­sze son­da­że wska­zu­ją na po­rzu­ca­nie wia­ry, a przede wszyst­kim prak­tyk re­li­gij­nych.

Co­raz mniej Fran­cu­zów przy­zna­je się otwar­cie do swe­go ka­to­li­cy­zmu, po­cząw­szy od wie­rzą­cych uczniów cho­dzą­cych do ko­le­dży i pry­wat­nych li­ce­ów ka­to­lic­kich. Wie­lu uczniów wsty­dzi się wo­bec ko­le­gów tego, że wie­rzy, i, co gor­sza, że prak­ty­ku­je. Na­wet lu­dziom do­ro­słym, in­te­lek­tu­ali­stom, na­ukow­com czy fi­lo­zo­fom, trud­no jest o tym gło­śno mó­wić. Przy­zna­wa­nie się do swe­go ka­to­li­cy­zmu to na­ra­ża­nie się na dys­kwa­li­fi­ka­cję w płasz­czyź­nie in­te­lek­tu­al­nej. Myśl chrze­ści­jań­ską uwa­ża się bo­wiem za ska­żo­ną przez wia­rę, a nie za ra­cjo­nal­ną i obiek­tyw­ną. Od­po­wie­dzial­ne­mu po­li­ty­ko­wi dzien­ni­ka­rze każą się nie­ustan­nie tłu­ma­czyć i uspra­wie­dli­wiać, że jest ka­to­li­kiem, gdyż dla nich jest to rów­no­znacz­ne z sek­ciar­stwem i wstecz­nic­twem. Dy­rek­tor ka­to­lic­kiej te­le­wi­zji KTO, Da­mien Du­fo­ur, są­dzi, że mamy do czy­nie­nia z ewi­dent­nym kom­plek­sem przy­zna­wa­nia się do wia­ry. Nie po­ma­ga w tym ob­raz Ko­ścio­ła pre­zen­to­wa­ny w me­diach2. Re­kla­my po­ka­zu­ją mni­chów i za­kon­ni­ków w gro­te­sko­wych sy­tu­acjach, a naj­mniej­sze gor­szą­ce wy­da­rze­nie z ich udzia­łem bez­li­to­śnie przed­sta­wia się w re­por­ta­żach czy dzien­ni­kach te­le­wi­zyj­nych. Gdy­by w po­dob­ny spo­sób po­stę­po­wa­no z ra­bi­na­mi lub ima­ma­mi, czy nie wy­wo­ła­ło­by to sil­nych re­ak­cji w ich wspól­no­tach?

Sy­tu­acja, w któ­rej wia­ra, zwłasz­cza chrze­ści­jań­ska, jest dys­kre­dy­to­wa­na, z pew­no­ścią nie pro­wa­dzi do an­ty­kle­ry­ka­li­zmu we wcze­śniej­szym wy­da­niu, ro­dzi jed­nak ugrzecz­nio­ną lub kpią­cą obo­jęt­ność, po­łą­czo­ną z ol­brzy­mią nie­wie­dzą. Otwar­te przy­zna­wa­nie się do wia­ry chrze­ści­jań­skiej, na­wet w li­ceum ka­to­lic­kim, wy­da­wa­ło­by się, przy­chyl­nie do niej na­sta­wio­nym, wią­że się nie­kie­dy z hero izmem. Ro­sną­ce po­wo­dze­nie szkol­nic­twa pry­wat­ne­go nie po­win­no prze­sła­niać rze­czy­wi­stych mo­ty­wa­cji ro­dzi­ców za­pi­su­ją­cych swo­je dzie­ci do tego ro­dza­ju szkół. Naj­czę­ściej nie czy­nią oni tego ze wzglę­du na prze­ko­na­nia re­li­gij­ne, ale żeby unik­nąć nie­po­wo­dzeń dziec­ka w na­uce i prze­mo­cy w szko­le. Ro­dzi­ców przy­cią­ga­ją pew­ne ramy, dys­cy­pli­na, na­wet ry­gor, o któ­ry trud­no w szko­le pu­blicz­nej; rzad­ko jed­nak to, co pro­po­nu­je w da­nej pla­ców­ce dusz­pa­ster­stwo.

Fran­cu­zi py­ta­ni w an­kie­tach o prze­ko­na­nia re­li­gij­ne nie od­po­wia­da­ją szcze­rze i chęt­nie. Na pod­sta­wie an­kiet moż­na jed­nak za­uwa­żyć, że co­raz mniej prak­ty­ku­je spo­śród tych, któ­rzy uwa­ża­ją się za ka­to­li­ków. 13% przy­zna­je się do oka­zjo­nal­nych (z uwa­gi na szcze­gól­ne oko­licz­no­ści) prak­tyk re­li­gij­nych. 47% (!) uwa­ża się za wie­rzą­cych nie­prak­ty­ku­ją­cych3. Je­dy­nie 8-9% (za­leż­nie od son­da­ży) prak­ty­ku­je re­gu­lar­nie. Te ostat­nie dane do­ty­czą­ce prak­tyk spa­dły zresz­tą z 13% w 1988 roku do mniej niż 9% obec­nie. Prak­ty­ku­ją­cy ka­to­li­cy cho­dzą re­gu­lar­nie na Mszę świę­tą, ale rzad­ko czy­ta­ją Pi­smo Świę­te, pra­wie nie uczest­ni­czą w ka­te­che­zach czy w mo­dli­twie ró­żań­co­wej, jesz­cze rza­dziej cho­dzą na spo­tka­nia grup mo­dli­tew­nych czy ad­o­ra­cję Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu. Sta­ty­sty­ki wska­zu­ją na sys­te­ma­tycz­ny spa­dek licz­by chrztów dzie­ci (z 444 571 w 1992 roku do 385 460 w 2002 roku), jak rów­nież licz­by wy­świę­ca­nych księ­ży (1000 rok­rocz­nie na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku do 105 w 2003 roku4). Nie cho­dzi o to, żeby po­tę­piać czy osą­dzać, ale żeby zwy­czaj­nie stwier­dzić, że prak­ty­ku­ją­cy chrze­ści­ja­nie są w mniej­szo­ści i ich licz­ba sta­le spa­da.

Nikt nie może po­zo­sta­wać na ten fakt obo­jęt­nym. Dla­cze­go co­raz mniej ka­to­li­ków prak­ty­ku­je? Jak do­szło do tego, że Ko­ściół stra­cił na atrak­cyj­no­ści i zna­cze­niu? Dla­cze­go uczest­nic­two we Mszy świę­tej jest igno­ro­wa­ne przez tylu ka­to­li­ków?

Trze­ba bę­dzie naj­pierw ujaw­nić przy­czy­ny, nie­kie­dy ukry­te, z po­wo­du któ­rych do­szło do ta­kie­go osła­bie­nia prak­ty­ki chrze­ści­jań­skiej wia­ry. Nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­lik musi za­dać so­bie py­ta­nie, czy po­rzu­ca­jąc Ko­ściół, może w dal­szym cią­gu na­zy­wać sie­bie chrze­ści­ja­ni­nem. Ale i ten, kto prak­ty­ku­je, kto uwa­ża się za „do­bre­go” chrze­ści­ja­ni­na, po­wi­nien za­dać so­bie py­ta­nie, dla­cze­go tylu jego bra­ci nie chce go na­śla­do­wać. Kto wie, czy nie ja sam by­łem przy­czy­ną zgor­sze­nia lub prze­szko­dy w wie­rze mo­ich bli­skich? Każ­dy ka­to­lik we­zwa­ny jest do roz­wa­że­nia w su­mie­niu tej kwe­stii, co sta­no­wi je­den z prze­ja­wów od­po­wie­dzial­no­ści i so­li­dar­no­ści, ja­kie z chwi­lą chrztu sta­ły się na­szym udzia­łem. Czy za­wsze je­ste­śmy do­bry­mi świad­ka­mi? Czy księ­ża nie mają so­bie nic do za­rzu­ce­nia? Co my­śleć na przy­kład o ce­le­bran­sach ostro stro­fu­ją­cych wier­nych, któ­rzy nie śpie­wa­ją pod­czas li­tur­gii? Nie­zręcz­na for­ma po­uczeń mo­ral­nych, na przy­kład pod­czas ka­za­nia, może nie­któ­rych wier­nych na dłu­go znie­chę­cić do po­ja­wie­nia się w ko­ście­le. A co z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy zmu­sza­ją swo­je dzie­ci, już do­ro­słe, do cho­dze­nia na Mszę, a gdy nie idą, mają im to za złe i tym sa­mym wy­mie­rza­ją im karę? Czy to naj­lep­szy spo­sób, by je za­chę­cić? Czy

Po­wszech­ny brak prak­tyk za­wsze wzbu­dza­my w in­nych pra­gnie­nie prak­ty­ko­wa­nia i mo­dli­twy w Ko­ście­le?

Nie­tz­sche, któ­ry, zresz­tą, ob­rał so­bie chrze­ści­jań­stwo za ulu­bio­ny cel ata­ków, czę­sto mó­wił swo­im bli­skim, że pa­trząc na chrze­ści­jan wy­cho­dzą­cych z ko­ścio­ła, wca­le nie ma ocho­ty do nie­go wstę­po­wać. Ko­ściół nie jest ze­wnętrz­ną wo­bec nas in­sty­tu­cją, zło­żo­ną je­dy­nie z pa­pie­ża, bi­sku­pów i pre­zbi­te­rów – jest tak­że, i przede wszyst­kim, lu­dem wie­rzą­cych, wspól­no­tą bra­ci Je­zu­sa, do któ­rej się przy­łą­czam; jest moją praw­dzi­wą ro­dzi­ną na zie­mi i w nie­bie. Sło­wa te od­no­szą się do nas wszyst­kich jako do człon­ków tej sa­mej ro­dzi­ny.

Rzecz w tym, by wie­dzieć, czy słusz­nie ktoś uwa­ża się za wie­rzą­ce­go, gdy nie prak­ty­ku­je. Albo ja­kim ro­dza­jem czło­wie­ka wie­rzą­ce­go ktoś taki jest? Co brak prak­tyk od­sła­nia z sa­mej isto­ty wia­ry? Czy mogę wie­rzyć tak samo i w to samo, kie­dy prak­ty­ku­ję i kie­dy nie prak­ty­ku­ję? Czy prak­ty­ka i wia­ra są do tego stop­nia roz­dziel­ne, iż da się po­twier­dzić jed­ną, ne­gu­jąc za­ra­zem dru­gą? Czym za­tem jest wia­ra, któ­rej się nie prak­ty­ku­je? Czy fak­tycz­nie ma ra­cję ktoś, kto uwa­ża się za ka­to­li­ka, a od lat nie prze­stą­pił pro­gu świą­ty­ni?

Jak okre­ślić „nie­prak­ty­ku­ją­ce­go” eko­lo­ga? Co są­dzić o kimś, kto wy­gła­sza pięk­ne prze­mo­wy na te­mat ocie­ple­nia kli­ma­tu, pięk­na przy­ro­dy itp., ale wska­ku­je do wiel­kie­go auta, żeby je­chać po pie­czy­wo na dru­gi ko­niec uli­cy, albo kto po­chwa­la me­to­dę re­cy­klin­gu śmie­ci, ale nie ma ocho­ty se­gre­go­wać wła­snych? Czy da­ło­by się po­wie­dzieć o kimś ta­kim, że jest „eko­lo­gicz­ny”? A kim jest nie­prak­ty­ku­ją­cy nu­dy­sta?! A kim spor­to­wiec, któ­ry w ogó­le nie upra­wiał­by spor­tu? A mąż, któ­ry nie oka­zy­wał­by mi­ło­ści swo­jej żo­nie? Czy mi­łość, któ­rej się nie oka­zu­je, jest jesz – cze mi­ło­ścią? Czy moż­na mó­wić o mi­ło­ści do dziec­ka, je­śli nig­dy się go nie przy­tu­li­ło?

Czym jest taka wia­ra, któ­rej się nie prak­ty­ku­je? Czy po­sia­da­ne prze­ko­na­nia da się po­go­dzić z bra­kiem wcie­la­nia ich w ży­cie? Czy brak prak­tyk, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie na­ru­sza w zna­czą­cy spo­sób sa­mej wia­ry?

Czy czło­wiek wie­rzą­cy na­praw­dę wie­rzy, kie­dy nie prak­ty­ku­je? Czy wy­ra­że­nie „wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy” ma jesz­cze ja­kiś sens? Czy nie jest samo w so­bie sprzecz­ne?

Aby pod­jąć pró­bę od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, trze­ba przed­sta­wić po­wo­dy cał­ko­wi­te­go za­nie­cha­nia prak­tyk albo po­dej­mo­wa­nia ich tyl­ko przy­pad­ko­wo i epi­zo­dycz­nie. Dla­cze­go tak wie­lu chrze­ści­jan opusz­cza dziś Ko­ściół, a szcze­gól­nie Mszę świę­tą?

Czy za prak­ty­ka­mi re­li­gij­ny­mi lub za ich bra­kiem nie stoi swo­iste po­ję­cie wia­ry? Re­du­ku­je się ją do su­biek­tyw­ne­go prze­ko­na­nia, ze­spo­łu po­glą­dów, mniej lub bar­dziej mgli­stych opi­nii bez kon­kret­nych kon­se­kwen­cji i oso­bi­ste­go za­an­ga­żo­wa­nia. Wszyst­ko dzie­je się tak, jak­by przed­mio­tem wia­ry był zbiór idei, do któ­rych moż­na przy­lgnąć ro­zu­mem, nie przyj­mu­jąc prak­tycz­nych tego skut­ków na płasz­czyź­nie wy­bo­rów ży­cio­wych.

Czym w grun­cie rze­czy jest wia­ra? Do ja­kiej wia­ry, w co czy kogo, je­ste­śmy za­pro­sze­ni, kie­dy uwa­ża­my się za chrze­ści­jan?

2. Uspra­wie­dli­wia­nie bra­ku prak­tyk

Po­wo­dów, któ­re uspra­wie­dli­wia­ją brak prak­tyk re­li­gij­nych lub ich ogra­ni­cze­nie do mi­ni­mum, jest nie­ma­ło. U wie­lu lu­dzi wia­ra i prak­ty­ka nie na­le­żą dziś do tej sa­mej sfe­ry i nie moż­na ani nie na­le­ży ich ze sobą mie­szać. Wia­ra po­strze­ga­na jest jako coś we­wnętrz­ne­go i głę­bo­ko oso­bi­ste­go, a prak­ty­ka jako coś ze­wnętrz­ne­go i płyt­kie­go. Wia­ra to coś czy­ste­go, cze­go prak­ty­ka nie po­win­na za­bru­dzić. Ów roz­ziew mię­dzy tym, co we­wnętrz­ne i czy­ste, a tym, co ze­wnętrz­ne i nie­czy­ste, wi­dać we wszyst­kich dzie­dzi­nach, na­wet da­le­kich od ja­kiej­kol­wiek re­li­gij­no­ści.

Z tego ro­dza­ju lo­gi­ką mamy do czy­nie­nia na przy­kład w przy­pad­ku rze­czy­wi­sto­ści okre­śla­nej jako nie­wy­sło­wio­na. Ła­two przy­cho­dzi nam do gło­wy, że kie­dy do­świad­cza­my cze­goś moc­ne­go, wiel­kie­go, in­ten­syw­ne­go, nie je­ste­śmy w sta­nie od­dać tego sło­wa­mi. Nie po­win­ni­śmy na­wet pró­bo­wać tego ro­bić, żeby tej rze­czy­wi­sto­ści nie znie­kształ­cić. Wo­li­my wte­dy za­milk­nąć. Z jed­nej stro­ny za­tem mamy czy­stość tego, co jest od­bie­ra­ne we­wnętrz­nie, z dru­giej zaś nie­do­sko­na­łość i nie­czy­stość tego, co jest wy­ra­ża­ne na ze­wnątrz i sfor­mu­ło­wa­ne w mo­wie. Moż­na by jed­nak za­dać so­bie py­ta­nie: czym jest od­czu­cie, któ­re nie zo­sta­je wy­po­wie­dzia­ne, uświa­do­mio­ne i pod­da­ne re­flek­sji?

Lo­gi­kę tę wi­dać tak­że w pew­nym po­dej­ściu do mał­żeń­stwa. Twier­dzi się, iż wy­star­czy sama mi­łość, że więź mi­ło­sna jest czymś oso­bi­stym, nie ma za­tem po­trze­by wy­ra­żać jej po­przez ze­wnętrz­ne i spo­łecz­ne za­an­ga­żo­wa­nie. W osta­tecz­no­ści, nie­bra­nie ślu­bu sta­no­wi tu do­wód mi­ło­ści. Wcho­dze­nie w mał­żeń­stwo to na­ra­ża­nie mi­ło­ści na wy­na­tu­rze­nie, „ubra­nie” jej w umow­ny, pu­blicz­ny akt, któ­ry tyl­ko ją znie­kształ­ca. Lu­dzie, któ­rzy się po­bie­ra­ją, tak na­praw­dę się nie ko­cha­ją, po­nie­waż po­trze­bu­ją wi­dzial­ne­go, ze­wnętrz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia, żeby się nie­ja­ko upew­nić co do siły ich rze­ko­mej mi­ło­ści.

Taki spo­sób my­śle­nia w na­tu­ral­ny spo­sób prze­ni­ka do re­li­gij­no­ści: prak­ty­ko­wa­nie, a zwłasz­cza kult, kala czy­stość wia­ry. Wia­ra, oso­bi­sta wia­ra jest – jak się uwa­ża – czyst­sza, wznio­ślej­sza, pięk­niej­sza niż jej ze­wnętrz­ne prze­ja­wy. Wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy może są­dzić, że jest lep­szym wie­rzą­cym niż ten, kto prak­ty­ku­je, kto wy­ra­ża na ze­wnątrz swo­ją wia­rę i od­czu­wa po­trze­bę świad­cze­nia o niej, by po­czuć się pew­niej. W ten spo­sób w mnie­ma­niu nie­prak­ty­ku­ją­ce­go wia­ra i prak­ty­ka sta­ją się so­bie wro­gie: praw­dzi­wa wia­ra od­su­wa na bok prak­ty­ki re­li­gij­ne, oce­nia­jąc je jako nie­po­trzeb­ne i nie­bez­piecz­ne, od­bie­ra­ją­ce wie­rze jej szcze­rość i au­ten­tycz­ność.

Chrze­ści­ja­nie nie­prak­ty­ku­ją­cy my­ślą, że istot­ne jest samo ży­cie, a nie kult, Msza świę­ta, mo­dli­twa. Jed­ną prak­ty­kę prze­ciw­sta­wia­ją dru­giej. Roz­dzie­la­ją za­an­ga­żo­wa­nie w wie­rze, w Ko­ście­le od za­an­ga­żo­wa­nia w świe­cie. Mogą po­wie­dzieć, że prak­ty­ku­ją swo­ją wia­rę, ale poza Ko­ścio­łem. Mó­wią, że żyją jak chrze­ści­ja­nie i to im wy­star­czy. Twier­dzą na­wet, że ich prak­ty­ka jest war­to­ściow­sza od kul­tu. Za hi­po­kry­tów uwa­ża­ją oso­by, któ­re za­do­wa­la­ją się mo­dli­twą, ale nie żyją po chrze­ści­jań­sku. Uwa­ża­ją je za zdol­ne pro­sić Boga o prze­ba­cze­nie, ale nie­prze­ba­cza­ją­ce swo­im bli­skim, zdol­ne gło­sić mi­ło­sier­dzie, ale nie­peł­nią­ce uczyn­ków mi­ło­sier­dzia itd. Wy­glą­da­ją one na chrze­ści­jan, ale ich po­boż­ność jest za­fał­szo­wa­na. Oni sami za to są praw­dzi­wi, na­wet je­śli ich nie wi­dać i je­śli nie wy­su­wa­ją się na­przód. Praw­dzi­wa wia­ra – jak mó­wią – jest ukry­ta, da­le­ka od osten­ta­cji i nie po­zwa­la się za­mknąć w ko­ściel­nych mu­rach. Trze­ba przy­znać, że pięt­nu­jąc ob­łu­dę nie­któ­rych osób prak­ty­ku­ją­cych, mają nie­jed­no­krot­nie ra­cję. Nie wy­star­czy bo­wiem cho­dzić na Mszę i re­gu­lar­nie się mo­dlić, aby być w po­rząd­ku z Bo­giem i brać­mi. Być chrze­ści­ja­ni­nem to coś wy­jąt­ko­wo pa­sjo­nu­ją­ce­go, ale rów­nież wy­ma­ga­ją­ce­go.

Jed­nak od­dzie­la­nie fak­tu ży­cia po chrze­ści­jań­sku od fak­tu prak­ty­ko­wa­nia swej wia­ry w Ko­ście­le jest nie­po­waż­ne. Uspra­wie­dli­wia­nie bra­ku kul­tu przez moc­ne pod­kre­śla­nie roz­dzia­łu mię­dzy prak­tycz­ną re­ali­za­cją w ży­ciu war­to­ści chrze­ści­jań­skich (mi­łość, sza­cu­nek, prze­ba­cze­nie, wiel­ko­dusz­ność itd.) a uczest­nic­twem w ży­ciu Ko­ścio­ła, zwłasz­cza w jego wy­mia­rze sa­kra­men­tal­nym, nie świad­czy ani o od­wa­dze, ani o rze­czo­wo­ści. Nie moż­na tego uznać ani za słusz­ne, ani za spra­wie­dli­we.

Prze­szko­dy w re­gu­lar­nym prak­ty­ko­wa­niu wia­ry mogą być bar­dzo pro­za­icz­ne i sta­no­wić prze­jaw le­ni­stwa lub za­nie­dba­nia. Na Mszę świę­tą bo­wiem trze­ba prze­wi­dzieć czas, na­sta­wić w nie­dzie­lę rano bu­dzik, wstać… Udział w Eu­cha­ry­stii do­ma­ga się zresz­tą wy­sił­ku: uwa­gi, sku­pie­nia. Do­ty­czy to na­wet po­sta­wy cia­ła – na­le­ży wstać, usiąść, zno­wu wstać, nie­kie­dy uklęk­nąć. Zresz­tą, w ogó­le mo­dli­twa wy­ma­ga wy­go­spo­da­ro­wa­nia pew­ne­go cza­su i prze­zna­cze­nia go dla Boga. Na­wet zwy­czaj­nej mo­dli­twy w ro­dzi­nie nie bę­dzie bez odro­bi­ny or­ga­ni­za­cji i woli. Ko­niecz­ne ży­cio­we za­da­nia, suk­ce­sy za­wo­do­we, ale tak­że obo­wiąz­ki i tro­ski wy­peł­nia­ją cały dzień, a Bóg jest ostat­nim ob­słu­żo­nym, je­śli w ogó­le się jesz­cze o Nim pa­mię­ta…

Msze świę­te od­bie­ra­ne są jako rze­czy­wi­stość sztyw­na, smut­na, w któ­rej trud­no uczest­ni­czyć. Mają one poza tym po­wta­rza­ją­cą się struk­tu­rę: ko­lej­ność wy­stę­po­wa­nia czy­tań, psal­mu, mo­dli­twy wier­nych, Ko­mu­nii świę­tej jest za­wsze taka sama. Bar­dziej uciąż­li­we może być uczest­nic­two we Mszy świę­tej ani­że­li w wy­kła­dzie. Eu­cha­ry­stia ma za­wsze po­dob­ny prze­bieg, w okre­ślo­nych mo­men­tach po­ja­wia­ją się te same ge­sty, któ­rym to­wa­rzy­szą te same sło­wa – wy­po­wia­da­ne wpraw­dzie przez sa­me­go Chry­stu­sa w trak­cie ostat­niej Wie­cze­rzy, ale jed­nak te same. Stąd wra­że­nie zmę­cze­nia i nie­ukry­wa­nej nudy, któ­rych nie roz­wie­ją śpie­wy uwa­ża­ne za ba­nal­ne i ni­ja­kie. Na Mszę świę­tą idzie się jak na spek­takl, moż­na więc po­czuć się roz­cza­ro­wa­nym i prze­stać na nią przy­cho­dzić. Za tym roz­cza­ro­wa­niem stoi ego­izm: czło­wiek nie przy­cho­dzi na Mszę przede wszyst­kim dla Boga, ale dla sie­bie. Chce „od­czuć” Bożą mi­łość, coś prze­żyć, po­czuć się le­piej. Kie­dy ka­za­nie oka­zu­je się mało tra­fio­ne, śpie­wy nie­wy­star­cza­ją­co pod­nio­słe, asy­sta nie dość roz­mo­dlo­na, a gra or­ga­ni­sty kiep­ska, czło­wiek wy­cho­dzi roz­cza­ro­wa­ny, a na­wet roz­gnie­wa­ny, i nie ma zbyt­niej chę­ci po­ja­wić się zno­wu w świą­ty­ni.

Aby zre­kom­pen­so­wać so­bie ten brak wy­raź­nej sa­tys­fak­cji, chrze­ści­ja­nie zwra­ca­ją się w stro­nę ru­chów na­zy­wa­nych cha­ry­zma­tycz­ny­mi. Ta­kie wspól­no­ty jak na przy­kład Em­ma­nu­el czy Wspól­no­ta Bło­go­sła­wieństw dają moż­li­wość uczest­nic­twa w bar­dziej ra­do­snej, ży­wej ce­le­bra­cji, pod­czas któ­rej moż­na śpie­wać, kla­skać, a na­wet tań­czyć. Nie trze­ba ga­nić róż­nych prze­ja­wów tej sa­mej wia­ry. Jan Pa­weł II czę­sto się nimi cie­szył, wi­dząc w Od­no­wie Cha­ry­zma­tycz­nej zwia­stu­ny tak upra­gnio­nej no­wej ewan­ge­li­za­cji. Jed­nak mo­ty­wy, dla któ­rych moż­na przy­lgnąć do tych prak­tyk na mar­gi­ne­sie „ofi­cjal­ne­go” prak­ty­ko­wa­nia, nie za­wsze są zdro­we. Je­śli w grę wcho­dzi je­dy­nie pięk­no ce­le­bra­cji lub spo­tkań mo­dli­tew­nych, by­ło­by to krót­ko­wzrocz­ne. Nie­któ­rym zda­rza się na­wet wpaść w pu­łap­kę od­dzie­la­nia swo­jej wspól­no­ty – Em­ma­nu­el, Opus Dei czy ja­kiej­kol­wiek in­nej – od Ko­ścio­ła; wolą bar­dziej tę od tam­tej, za­po­mi­na­jąc, że prze­cież na­le­żą do wspól­no­ty znacz­nie więk­szej niż oni sami.

Do wspo­mnia­nej pew­nej sztyw­no­ści li­tur­gii do­cho­dzi jesz­cze obo­wią­zek nie­dziel­nej Mszy świę­tej, co lu­dzie dziś nie za­wsze na­le­ży­cie ro­zu­mie­ją. Obo­wią­zek ten bywa uwa­ża­ny za krę­po­wa­nie wol­no­ści, a na­wet po­gwał­ce­nie oso­bi­stej swo­bo­dy wy­zna­wa­nia wia­ry, jako przy­mus i prze­moc. Kie­dy więc do sztyw­no­ści ce­re­mo­nii do­cho­dzi jej ob­li­ga­to­ryj­ny cha­rak­ter, nie­wie­le już trze­ba, by współ­cze­sny czło­wiek po­rzu­cił Ko­ściół.

3. Za­chę­ta do bra­ku prak­tyk

Po­wo­dy od­da­le­nia się od kul­tu lub jego ogra­ni­cze­nia są za­tem róż­no­ra­kie, mogą jed­nak spro­wa­dzać się do jed­ne­go – za­sad­ni­cze­go i pod­sta­wo­we­go po­wo­du.

Od pew­ne­go cza­su lu­dzie po­strze­ga­ją wia­rę przede wszyst­kim jako wy­bór. Do nich na­le­ży wy­bór, czy wie­rzą czy nie wie­rzą, oraz przy­na­leż­ność, lub nie, do okre­ślo­nej re­li­gii. Sam wy­bór za­le­ży od ich wła­snej wraż­li­wo­ści. Ka­to­li­kiem za­tem był­by ktoś, kto „czu­je”, że praw­da znaj­du­je się w prze­sła­niu chrze­ści­jań­skim, agno­sty­kiem ten, kto mówi, że o ni­czym nie wie, zaś ate­istą czło­wiek, któ­ry twier­dzi, że nie od­czu­wa ist­nie­nia Boga itd. Wia­ra wy­pły­wa­ła­by za­tem z na­szych oso­bi­stych wra­żeń. Nie mia­ła­by in­ne­go uza­sad­nie­nia poza nimi i za­le­ża­ła­by je­dy­nie od nas.

Rów­nież z uwa­gi na te od­czu­cia, a na­wet wspo­mnia­ną wraż­li­wość, od­rzu­ca się prak­ty­ki re­li­gij­ne, bo – jak sły­szy­my – nie „od­czu­wa się” ta­kiej ko­niecz­no­ści, nie „do­świad­cza się” ta­kiej po­trze­by.

Wraż­li­wość ta do­cho­dzi w nas tak­że do gło­su, kie­dy Msza nas roz­cza­ro­wu­je, ka­za­nie usy­pia, a śpie­wy nie po­ry­wa­ją tak, jak by­śmy so­bie tego ży­czy­li. Miej­sce, ja­kie przy­zna­je się wła­snym od­czu­ciom czy wraż­li­wo­ści w ob­sza­rze wia­ry, jak rów­nież bra­ku prak­tyk re­li­gij­nych, jest bar­dzo duże.

A jed­nak to szcze­gól­ne po­dej­ście do re­li­gii w ogó­le ma swo­je po­cząt­ki gdzie in­dziej. Na pew­no nie tyl­ko fi­lo­zo­fia od­po­wia­da za po­wszech­nie pa­nu­ją­ce opi­nie, by­ło­by jed­nak ab­sur­dem twier­dzić, że nie od­gry­wa ona żad­nej roli w for­mo­wa­niu albo de­for­mo­wa­niu umy­słów. To wła­śnie fi­lo­zo­fo­wie, od­no­sząc się do tego za­gad­nie­nia, zre­du­ko­wa­li wia­rę do wy­bo­ru za­leż­ne­go od na­szej wraż­li­wo­ści i oso­bi­stej hi­sto­rii ży­cia.

Taki fi­lo­zof jak Jean-Paul Sar­tre od­rzu­cił Boga bez żad­ne­go uza­sad­nie­nia. Zde­cy­do­wał, że po­zbę­dzie się Go jako zbęd­nej hi­po­te­zy. Prze­ko­na­nie re­li­gij­ne jest ta­kim sa­mym prze­ko­na­niem jak każ­de inne: moż­na od­czu­wać jego ko­niecz­ność albo zbęd­ność. Opi­su­jąc swój de­fi­ni­tyw­ny wy­bór, czy­li od­rzu­ce­nie Boga, Sar­tre uży­wa na­stę­pu­ją­cych słów: „Bóg ist­niał, ale ja w ogó­le się tym nie zaj­mo­wa­łem. A póź­niej w La Ro­chel­le, cze­ka­jąc któ­re­goś dnia na pan­ny Ma­cha­do, z któ­ry­mi jeź­dzi­łem ra­zem rano do li­ceum, znie­cier­pli­wi­łem się ich spóź­nie­niem i żeby czymś za­jąć so­bie czas, po­sta­no­wi­łem po­my­śleć o Bogu. «A więc – po­wie­dzia­łem so­bie – Bóg nie ist­nie­je». Była to au­ten­tycz­na oczy­wi­stość, choć zu­peł­nie nie wie­dzia­łem, na czym ona się opie­ra­ła. I na tym ko­niec, już nig­dy wię­cej o tym nie my­śla­łem; ani nie zaj­mo­wa­łem się tym umar­łym Bo­giem, ani mnie nie ob­cho­dzi­ło, czy żyje. Przy­pusz­czam, że by­ło­by trud­no zna­leźć mniej re­li­gij­ną na­tu­rę od mo­jej. Kwe­stię tę za­ła­twi­łem raz na za­wsze, w wie­ku 12 lat”5.

Sko­ro wia­ra to je­dy­nie oso­bi­sty wy­bór wy­pły­wa­ją­cy z ludz­kiej wraż­li­wo­ści, to po­dob­nie dzie­je się z jej prak­ty­ko­wa­niem. Cho­dze­nie do ko­ścio­ła, przyj­mo­wa­nie sa­kra­men­tów, udział we Mszy świę­tej są je­dy­nie su­biek­tyw­ny­mi wy­bo­ra­mi, któ­re wy­ni­ka­ją z na­sze­go oso­bi­ste­go po­dej­ścia do Boga. Prak­ty­ki re­li­gij­ne mają tę samą na­tu­rę co wia­ra: je­śli „czu­ję”, że Bóg za­pra­sza mnie do słu­cha­nia Jego sło­wa, je­śli od­czu­wam ko­niecz­ność pój­ścia na Mszę, wte­dy idę. W prze­ciw­nym ra­zie – nie. Każ­dy czu­je to, co chce. Każ­dy robi, co chce. Czyż nie na tym po­le­ga by­cie wol­nym czło­wie­kiem? Jak w tej sy­tu­acji nie od­czu­wać obo­wiąz­ku pój­ścia na Mszę jako przy­mu­su, prze­szko­dy dla na­szej peł­nej au­to­no­mii? Czy wol­ność nie ozna­cza by­cia w zgo­dzie z sa­mym sobą, z tym, co od­czu­wa się w głę­bi sie­bie?

Ta­kie czy­sto zmy­sło­we, oso­bi­ste i fa­kul­ta­tyw­ne po­dej­ście do wia­ry jest dzi­siaj bar­dzo roz­po­wszech­nio­ne. Prze­kra­cza ono, zresz­tą, wy­łącz­nie ramy re­li­gii, gdyż do­ty­czy wszyst­kich ludz­kich czy­nów. Nic – jak się zda­je – nie umy­ka tej lo­gi­ce do­sko­na­łej au­to­no­mii: od aktu gło­so­wa­nia do wy­bo­ru za­wo­du, od na­szych zo­bo­wią­zań aż po wy­bór za­war­cia mał­żeń­stwa i za­ło­że­nia ro­dzi­ny, od na­szych upodo­bań do­ty­czą­cych spo­so­bu ubie­ra­nia się aż po ży­cie sek­su­al­ne itd. Za­ni­ka mo­ral­ność obiek­tyw­na na rzecz cał­kiem su­biek­tyw­nej „mo­ral­no­ści” – każ­dy sam so­bie ma da­wać war­to­ści. Je­ste­śmy tym sa­mym zno­wu ode­sła­ni do mo­ral­no­ści Sar­tre’a, a ra­czej do ne­ga­cji mo­ral­no­ści, co uspra­wie­dli­wia on i uza­sad­nia we wszyst­kich swo­ich tek­stach6.

Żeby jed­nak zro­zu­mieć fun­da­men­ty tego współ­cze­sne­go po­dej­ścia do wia­ry i do jej fa­kul­ta­tyw­ne­go prak­ty­ko­wa­nia, trze­ba się­gnąć spo­ro wstecz. Fi­lo­zo­fem, któ­ry nie­za­prze­czal­nie upra­wo­moc­nił taki spo­sób po­strze­ga­nia re­li­gii, jest Jean-Ja­cqu­es Ro­us­se­au.

4. Re­li­gia na­tu­ral­na u Ro­us­se­au

1 Ra­zem na­pi­sa­li książ­kę Po­urqu­oi se ma­rier qu­and on vit en­sem­ble?, Mame/Édi­fa, Pa­ris 2003; wyd. pol­skie: Po co ślub, kie­dy ży­je­my ra­zem?, Wy­daw­nic­two Świę­te­go Sta­ni­sła­wa BM Ar­chi­die­ce­zji Kra­kow­skiej, Kra­ków 2010.

2 Ar­ty­kuł Où sont les ca­thos?, „Ma­rian­ne” z 14-20 sierp­nia 2004.

3 Z an­kie­ty prze­pro­wa­dzo­nej zimą 2005 roku (pierw­sze ba­da­nie 26-27 stycz­nia i dru­gie ba­da­nie 9-10 lu­te­go 2005 roku) dla pi­sma „Pèle­rin” na pró­bie re­pre­zen­ta­tyw­nej 1333 osób ogó­łu do­ro­słych oby­wa­te­li (ma­ją­cych 18 lat i wię­cej), ba­da­nych bez­po­śred­nio w miej­scu swe­go za­miesz­ka­nia, wy­ni­ka, że 68% ka­to­li­ków nie cho­dzi re­gu­lar­nie na Mszę świę­tą i w week­en­dy nie po­dej­mu­je żad­nych dzia­łań w za­kre­sie ży­cia re­li­gij­ne­go.

4 „Ma­rian­ne” z 14-20 sierp­nia 2004 (son­daż CSA z 2003).

5 J.-P. Sar­tre, Car­nets de la drôle de gu­er­re, Gal­li­mard, Pa­ris 1995, s. 94.

6 Zob. zwłasz­cza: „[Czło­wiek] Obo­wią­za­ny był od­kryć swo­je pra­wa sam oso­bi­ście. (…). Czło­wiek two­rzy sie­bie. Nie bę­dąc od po­cząt­ku ukształ­to­wa­ny, czło­wiek two­rzy sie­bie do­ko­nu­jąc wy­bo­ru swo­jej mo­ral­no­ści” (Eg­zy­sten­cja­lizm jest hu­ma­ni­zmem, tłum. J. Kra­jew­ski, Wy­daw­nic­two Muza, War­sza­wa 1998, s. 70).

7 J.-J. Ro­us­se­au, Emil czy­li o wy­cho­wa­niu, tłum. E. Zie­liń­ski, Za­kład Imie­nia Osso­liń­skich. Wy­daw­nic­two Pol­skiej Aka­de­mii Nauk, Wro­cław 1955, t. II, Księ­ga IV, s. 91.

8Tam­że, s. 94.

9Tam­że, s. 96.

10Tam­że, s. 98.

11Tam­że, s. 103.

12Tam­że, s. 97.

13Tam­że, s. 122.

14Tam­że, s. 97.

15Tam­że, s. 98.

16Tam­że.

17Tam­że, s. 100.

18Tam­że, s. 101.

19Tam­że.

20Tam­że, s. 103.

21Tam­że, s. 116.

22Tam­że.

23Tam­że, s. 111.

24Tam­że.

25Tam­że, s. 112.

26Tam­że.

27Tam­że, s. 113.

28 Zob. tam­że.

29Tam­że.

30 Zob. zwłasz­cza: J.-J. Ro­us­se­au, Umo­wa spo­łecz­na, IV,VIII, tłum. A. Pe­re­tiat­ko­wicz, Wy­daw­nic­two An­tyk, Kęty 2002, s. 105.

31 J.-J. Ro­us­se­au, Let­tre à Vol­ta­ire (z 18 sierp­nia 1756).

32 Ten­że, Emil, dz. cyt., s. 7.

33Tam­że, s. 137.

34 J. Sta­ro­bin­ski, Jean-Ja­cqu­es Ro­us­se­au: la trans­pa­ren­ce et l’ob­stac­le, Gal­li­mard, Pa­ris 1971, s. 88.

35 J.-J. Ro­us­se­au, Emil, dz. cyt., s. 148.

36Tam­że, s. 153.

37Tam­że, s. 151.

38Tam­że.

39Tam­że, s. 128.

40 Zob. zwłasz­cza: B. Bacz­ko, Ro­us­se­au: sa­mot­ność i wspól­no­ta, Wy­daw­nic­two sło­wo/ob­raz te­ry­to­ria, Gdańsk 2009, s. 233-234.

41 B. Bacz­ko pi­sze: „Cała teo­lo­gia musi być ogra­ni­czo­na do tego, co mogę uzy­skać sa­mo­dziel­nie, przez ba­da­nie wszech­świa­ta i do­bry uży­tek mych zdol­no­ści” (tam­że, s. 234).

42 J.-J. Ro­us­se­au, Emil, dz. cyt., s. 130.

43Tam­że, s. 134.

44Tam­że, s. 131.

45Tam­że.

46 J.-J. Ro­us­se­au, Let­tre à d’Alem­bert, Gar­nier Flam­ma­rion, Pa­ris 1967, s. 59 (w przy­pi­sie).

47Tam­że, s. 61.

48 J. La­grée twier­dzi: „Re­li­gia na­tu­ral­na jest dzi­siaj za­po­zna­nym i nie­świa­do­mym po­glą­dem pew­nej licz­by lu­dzi, któ­rzy na­zy­wa­ją sie­bie «wie­rzą­cy­mi nie­prak­ty­ku­ją­cy­mi», chcąc przez to po­wie­dzieć, że nie uczest­ni­czą zwy­cza­jo­wo w kul­cie, ale pra­gną przez akt re­li­gij­ny za­zna­czyć waż­ne eta­py ży­cia, jak na­ro­dzi­ny, mał­żeń­stwo, śmierć. Kie­dy ich za­py­tać, po­twier­dza­ją, że wie­rzą w Boga Stwór­cę i rzą­dzą­ce­go świa­tem, mają na­dzie­ję na ży­cie po­za­gro­bo­we i ja­kieś wy­na­gro­dze­nie za­sług (wie­rząc bar­dziej w szczę­ście wiecz­ne ani­że­li w wiecz­ne męki), uwa­ża­ją, że Bóg oce­nia w więk­szym stop­niu mo­ral­ne po­stę­po­wa­nie czło­wie­ka niż jego udział w kul­cie, i w swo­ich wy­po­wie­dziach na te­mat re­li­gii nie od­wo­łu­ją się ani do Chry­stu­sa, ani do żad­nej z wiel­kich ta­jem­nic re­li­gii, któ­rej – jak twier­dzą – są wy­znaw­ca­mi” (La re­li­gion na­tu­rel­le, Pres­ses Uni­ver­si­ta­ires de Fran­ce, Pa­ris 1991, s. 100-101).

49 J.-J. Ro­us­se­au, Emil, dz. cyt., s. 123.

50Tam­że, s. 160.

51Tam­że, s. 126.

52 Zob. tam­że.

53Tam­że, s. 82.

54Tam­że, s. 155

55Tam­że, s. 118.

56Tam­że, s. 117.

57 „Po­zna­je się tyl­ko to, co się oswoi – po­wie­dział lis [do Ma­łe­go Księ­cia]. – Lu­dzie mają zbyt mało cza­su, aby co­kol­wiek po­znać. Ku­pu­ją w skle­pach rze­czy go­to­we. A po­nie­waż nie ma ma­ga­zy­nów z przy­ja­ciół­mi, więc lu­dzie nie mają przy­ja­ciół. Je­śli chcesz mieć przy­ja­cie­la, oswój mnie! (…) Po­trzeb­ny jest ob­rzą­dek. – Co zna­czy «ob­rzą­dek»? – spy­tał Mały Ksią­żę. – To tak­że coś cał­kiem za­po­mnia­ne­go – od­po­wie­dział lis. – Dzię­ki ob­rząd­ko­wi pe­wien dzień od­róż­nia się od in­nych, pew­na go­dzi­na od in­nych go­dzin” (cyt. za: A. de Sa­int-Exu­péry, Mały Ksią­żę, tłum. J. Szwy­kow­ski, War­szaw­skie Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie MUZA SA, War­sza­wa 2003, s. 76-78).

58 Je­śli re­la­cja mię­dzy li­sem a Ma­łym Księ­ciem sym­bo­li­zu­je przy­jaźń, to re­la­cja mię­dzy nim a jego różą sym­bo­li­zu­je mi­łość. Lis jest przy­ja­cie­lem, róża uko­cha­ną ko­bie­tą. To „prak­ty­ka” przy­jaź­ni, jak rów­nież mi­ło­ści przy­da­je im mocy. Ży­cie mi­ło­ścią czy­ni mi­łość żywą.

59 A. de Sa­int-Exu­péry, Mały Ksią­żę, dz. cyt., s. 79-80.

60 Ana­li­zo­wa­li­śmy to w in­nym kon­tek­ście, zob. Po co ślub, kie­dy ży­je­my ra­zem?, zwłasz­cza rozdz. II.

61 B. Pas­cal, My­śli, tłum. T. Że­leń­ski (Boy), wyd. VIII, IW PAX, War­sza­wa 1989, s. 241-242.

62Tam­że, s. 242.

63 Wpa­da się wów­czas w syn­kre­tyzm, któ­ry bę­dzie nam ka­zał wy­bie­rać prze­ko­na­nia re­li­gij­ne naj­bar­dziej ade­kwat­ne do na­szej wła­snej wraż­li­wo­ści.

64 Jest to punkt wyj­ścia ido­la­trii, któ­ra od­sy­ła do ludz­kiej skłon­no­ści, żeby być jak Bóg i stwo­rzyć so­bie re­li­gię na swój ob­raz i swo­je po­do­bień­stwo.

65 Zob. Św. Au­gu­styn, Wy­zna­nia, III,1, wyd. III, tłum. Z. Ku­biak, IW PAX, War­sza­wa 1987, s. 44 (przyp. tłum.).

66 B. Pas­cal,My­śli, dz. cyt., s. 244.

67 Św. Au­gu­styn, De fide re­rum quae non vi­den­tur (PL 40,171-196), I,2 i II,4. Zob. waż­na książ­ka o wie­rze: F. Lau­pies, La croy­an­ce – pre­mi­ères le­çons, Pres­ses Uni­ver­si­ta­ires de Fran­ce, Pa­ris 2003, zwłasz­cza s. 77-78.

68 B. Pas­cal,My­śli, dz. cyt., s. 246-247; „Jak­że da­le­ko jest od po­zna­nia Boga do ko­cha­nia Go!” (tam­że, s. 244); „Po­zna­je­my praw­dę nie tyl­ko ro­zu­mem, ale i ser­cem” (tam­że, s. 245).

69 F. Lau­pies, La croy­an­ce, dz. cyt.

70 B. Pas­cal,My­śli, dz. cyt., s. 240.

71 S.-T. Bo­ni­no OP, Je vis dans la foi au Fils de Dieu. En­tre­tiens sur la vie de foi, Pa­ro­le et Si­len­ce, Sa­int-Maur 2000, s. 20.

72Tam­że, s. 96.

73Tam­że, s. 33.

74 Św. To­masz uwa­ża to na­wet za nasz ści­sły obo­wią­zek, zob. Suma teo­lo­gicz­na, II-II, q.10, a.7.

75 Zob. tam­że, II-II, q.161, a.5, ad.2.

76 A. Li­zot­te, Les sept sa­cre­ments, se­ria: Do­cteur An­géli­que, No­uvel­les Édi­tions La­ti­nes, Pa­ris 1982, s. 31-32.

77 B. Pas­cal, My­śli, dz. cyt., s. 374-375.

78Tam­że, s. 375.

79Tam­że, s. 376.

80Tam­że, s. 377.

81 Za­sta­nów­my się nad tym, co pi­sze Jan Pa­weł II w swo­jej en­cy­kli­ce Ec­c­le­sia de Eu­cha­ri­stia (56) o Ma­ryi przyj­mu­ją­cej Eu­cha­ry­stię: to tak, jak­by przyj­mo­wa­ła na nowo Je­zu­sa do swo­je­go łona.

82 Jan Pa­weł II przy­po­mi­na, że ist­nie­je głę­bo­ka ana­lo­gia po­mię­dzy fiat Ma­ryi, Jej „tak” przy zwia­sto­wa­niu, któ­re umoż­li­wi­ło wcie­le­nie na­sze­go Pana, i na­szym „tak”, kie­dy przyj­mu­je­my cia­ło Chry­stu­sa w chwi­li Ko­mu­nii pod­czas Mszy świę­tej. Zob. EE 55.

83 Kard. J.-M. Lu­sti­ger, Wy­bór Boga. Z Kar­dy­na­łem roz­ma­wia­ją Jean-Lo­uis Mis­si­ka i Do­mi­ni­que Wol­ton, tłum. A. Tu­ro­wi­czo­wa, Wy­daw­nic­two Znak, Kra­ków 1992, s. 54.

84 W Anek­sach znaj­du­je się re­flek­sja na te­mat wia­ry i prak­ty­ki w róż­nych re­li­giach.

85 „Od tego cza­su wie­lu uczniów Jego ode­szło i już z Nim nie cho­dzi­ło” (J 6,66).

86 Do­brze za­świad­czył o tym św. Pa­weł, pi­sząc w la­tach 55-60 do chrze­ści­jan w Ko­ryn­cie: „Ja bo­wiem otrzy­ma­łem od Pana to, co wam prze­ka­za­łem, że Pan Je­zus tej nocy, któ­rej zo­stał wy­da­ny, wziął chleb i dzię­ki uczy­niw­szy, po­ła­mał i rzekł: «To jest Cia­ło moje za was wy­da­ne. Czyń­cie to na moją pa­miąt­kę!». Po­dob­nie, skoń­czyw­szy wie­cze­rzę, wziął kie­lich, mó­wiąc: «Kie­lich ten jest No­wym Przy­mie­rzem we Krwi mo­jej. Czyń­cie to, ile razy pić bę­dzie­cie, na moją pa­miąt­kę!». Ile­kroć bo­wiem spo­ży­wa­cie ten chleb albo pi­je­cie kie­lich, śmierć Pana gło­si­cie, aż przyj­dzie. Dla­te­go też kto spo­ży­wa chleb lub pije kie­lich Pań­ski nie­god­nie, win­ny sta­je się Cia­ła i Krwi Pań­skiej” (1 Kor 11,23-27).

87 „La Do­cu­men­ta­tion ca­tho­li­que”, nr 2401 z 4 maja 2008, s. 438. Cho­dzi o Akta mę­czeń­stwa świę­tych Sa­tur­ni­na, Da­ti­wa i wie­lu in­nych (PL 8,707.709-710).

88 „A gdy wszyst­ko wy­dał, na­stał cięż­ki głód w owej kra­inie, i on sam za­czął cier­pieć nie­do­sta­tek. Po­szedł i przy­stał na służ­bę do jed­ne­go z oby­wa­te­li owej kra­iny, a ten po­słał go na swo­je pola, żeby pas! świ­nie. Pra­gnął on na­peł­nić swój żo­łą­dek strą­ka­mi, któ­ry­mi ży­wi­ły się świ­nie, lecz nikt mu ich nie da­wał” (Łk 15,14-16).

89 Ucznio­wie idą­cy do Emaus, któ­rzy spo­tka­li Je­zu­sa wie­czo­rem w dniu zmar­twych­wsta­nia, „rów­nież opo­wia­da­li, co ich spo­tka­ło w dro­dze i jak Go po­zna­li przy ła­ma­niu chle­ba” (Łk 24,35).

90 „A oto wy­pły­wa­ła woda spod pro­gu świą­ty­ni w kie­run­ku wschod­nim, po­nie­waż przed­nia stro­na świą­ty­ni była zwró­co­na ku wscho­do­wi; a woda pły­nę­ła spod pra­wej stro­ny świą­ty­ni na po­łu­dnie od oł­ta­rza. (…) A oto woda wy­pły­wa­ła spod pra­wej ścia­ny świą­ty­ni” (Ez 47,1-2).

91 „Tyl­ko je­den z żoł­nie­rzy włócz­nią prze­bił Mu bok, a na­tych­miast wy­pły­nę­ła krew i woda. Za­świad­czył to ten, któ­ry wi­dział, a świa­dec­two jego jest praw­dzi­we. On wie, że mówi praw­dę, aby­ście i wy wie­rzy­li” (J 19,34-35).

92 „Rze­kła mu [Hio­bo­wi] żona: «Jesz­cze trwasz moc­no w swej pra­wo­ści? Zło­rzecz Bogu i umie­raj!». Hiob jej od­po­wie­dział: «Mó­wisz jak ko­bie­ta sza­lo­na. Do­bro przy­ję­li­śmy z ręki Boga. Cze­mu zła przy­jąć nie mo­że­my?». W tym wszyst­kim Hiob nie zgrze­szył swy­mi usta­mi” (Hi 2,9-10).

93 „Wszedł król, żeby się przy­pa­trzyć bie­siad­ni­kom, i za­uwa­ży! tam czło­wie­ka, nie ubra­ne­go w strój we­sel­ny. Rzekł do nie­go: «Przy­ja­cie­lu, jak­że tu wsze­dłeś nie ma­jąc stro­ju we­sel­ne­go?». Lecz on onie­miał. Wte­dy król rzekł słu­gom: «Zwiąż­cie mu ręce i nogi i wy­rzuć­cie go na ze­wnątrz, w ciem­no­ści! Tam bę­dzie płacz i zgrzy­ta­nie zę­bów»” (Mt 22,11-13).

94 „Nie dąż­cie do śmier­ci przez swe błęd­ne ży­cie, nie go­tuj­cie so­bie zgu­by przez czy­ny swych rąk! Bo śmier­ci Bóg nie uczy­nił i nie cie­szy się z za­gła­dy ży­ją­cych. Stwo­rzył bo­wiem wszyst­ko po to, aby było, i byty tego świa­ta nio­są zdro­wie: nie ma w nich śmier­cio­no­śne­go jadu ani wła­da­nia Ot­chła­ni na tej zie­mi. Bo spra­wie­dli­wość jest nie­śmier­tel­na” (Mdr 1,12-15).

95 „A je­że­li miesz­ka w was Duch Tego, któ­ry Je­zu­sa wskrze­si! z mar­twych, to Ten, co wskrze­sił Chry­stu­sa Je­zu­sa z mar­twych, przy­wró­ci do ży­cia wa­sze śmier­tel­ne cia­ła mocą miesz­ka­ją­ce­go w was swe­go Du­cha. (…) Bo stwo­rze­nie z upra­gnie­niem ocze­ku­je ob­ja­wie­nia się sy­nów Bo­żych. Stwo­rze­nie bo­wiem zo­sta­ło pod­da­ne mar­no­ści – nie z wła­snej chę­ci, ale ze wzglę­du na Tego, któ­ry je pod­dał – w na­dziei, że rów­nież i ono zo­sta­nie wy­zwo­lo­ne z nie­wo­li ze­psu­cia, by uczest­ni­czyć w wol­no­ści i chwa­le dzie­ci Bo­żych” (Rz 8,11.19-21).

96 Cyt. sło­wa A. Mi­che­la, w: La pa­ro­le et la be­au­té, za: F. Cheng, Cinq médi­ta­tions sur la be­au­té, Édi­tions Al­bin Mi­chel, Pa­ris 2006, s. 34.

97 „Gdy Syn Czło­wie­czy przyj­dzie w swej chwa­le, a z Nim wszy­scy anio­ło­wie, wte­dy za­sią­dzie na swo­im tro­nie peł­nym chwa­ły. I zgro­ma­dzą się przed Nim wszyst­kie na­ro­dy, a On od­dzie­li jed­nych lu­dzi od dru­gich, jak pa­sterz od­dzie­la owce od ko­złów. Owce po­sta­wi po pra­wej, a ko­zły po swo­jej le­wej stro­nie. Wte­dy ode­zwie się Król do tych po pra­wej stro­nie: «Pójdź­cie, bło­go­sła­wie­ni u Ojca mo­je­go, weź­cie w po­sia­da­nie kró­le­stwo, przy­go­to­wa­ne dla was od za­ło­że­nia świa­ta! Bo by­łem głod­ny, a da­li­ście Mi jeść; by­łem spra­gnio­ny, a da­li­ście Mi pić; by­łem przy­by­szem, a przy­ję­li­ście Mnie; by­łem nagi, a przy­odzia­li­ście Mnie; by­łem cho­ry, a od­wie­dzi­li­ście Mnie; by­łem w wię­zie­niu, a przy­szli­ście do Mnie». Wów­czas za­py­ta­ją spra­wie­dli­wi: «Pa­nie, kie­dy wi­dzie­li­śmy Cię głod­nym i na­kar­mi­li­śmy Cie­bie? Albo spra­gnio­nym i da­li­śmy Ci pić? Kie­dy wi­dzie­li­śmy Cię przy­by­szem i przy­ję­li­śmy Cię, lub na­gim i przy­odzia­li­śmy Cię? Kie­dy wi­dzie­li­śmy Cię cho­rym lub w wię­zie­niu i przy­szli­śmy do Cie­bie?». A Król im od­po­wie: «Za­praw­dę, po­wia­dam wam: Wszyst­ko, co uczy­ni­li­ście jed­ne­mu z tych bra­ci mo­ich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­ni­li»” (Mt 25,31-40).

98 „Ist­nie­je taki grzech, któ­ry spro­wa­dza śmierć” (1 J 5,16).

99 „Ty zaś, gdy chcesz się mo­dlić, wejdź do swej iz­deb­ki, za­mknij drzwi i módl się do Ojca twe­go, któ­ry jest w ukry­ciu. A Oj­ciec twój, któ­ry wi­dzi w ukry­ciu, odda to­bie” (Mt 6,6).

100 „Chwa­łą Boga jest ży­ją­cy czło­wiek, zaś ży­ciem czło­wie­ka jest oglą­da­nie Boga” – po­wie­dział św. Ire­ne­usz z Lyonu (zm… ok. 200). Któż le­piej od nie­go to wy­ra­ził?

101 W książ­ce A. Be­sa­nço­na Tro­is ten­ta­tions dans l’Égli­se (Per­rin, Pa­ris 2002) moż­na zna­leźć zna­ko­mi­tą ana­li­zę re­la­cji mię­dzy chrze­ści­jań­stwem i is­la­mem oraz nie­bez­pie­czeń­stwa, ja­kie gro­zi chrze­ści­ja­nom w Eu­ro­pie dziś, a tak­że w hi­sto­rii, zwłasz­cza w hi­sto­rii Bi­zan­cjum.

102 Be­ne­dykt XVI, Ho­mi­lia w cza­sie Mszy świę­tej na za­koń­cze­nie XXIII Świa­to­we­go Dnia Mło­dzie­ży (hi­po­drom w Ran­dwick, 20 lip­ca 2008). Cyt. za: „L’Osse­rva­to­re Ro­ma­no” (wyd. pol­skie), 9/2008, s. 31.

103 Y. Me­nu­hin, Le vio­lon de la paix, Édi­tions Al­ter­na­ti­ves, Pa­ris 2000, s. 59.

104 J.-H. Ti­sin OP, dok­tor teo­lo­gii, pro­fe­sor we Fran­cu­skiej Szko­le Bi­blij­nej i Ar­che­olo­gicz­nej w Je­ro­zo­li­mie, póź­niej w domu stu­diów do­mi­ni­ka­nów w Tu­lu­zie; świę­ce­nia ka­płań­skie przy­jął w 1971 roku. Jest spe­cja­li­stą w za­kre­sie ję­zy­ków sta­ro­żyt­nych i re­li­gii da­le­ko­wschod­nich.

105 A. He­schel, Bóg szu­ka­ją­cy czło­wie­ka. Pod­sta­wy fi­lo­zo­fii ju­da­izmu, tłum. A. Gorz­kow­ski, Wy­daw­nic­two Esprit SC, Kra­ków 2007.

106 War­to przy­to­czyć choć­by dwa cy­ta­ty: „Ży­jąc jako Ży­dzi, mo­że­my do­stą­pić wia­ry jako Ży­dzi. Nie mamy wia­ry z po­wo­du uczyn­ków, lecz mo­że­my jej do­stą­pić po­przez świę­te uczyn­ki. Od Żyda wy­ma­ga się, aby wy­ko­nał ra­czej skok czy­nu niż skok my­śli” (tam­że, s. 351); „Na­ucza­my, że Bóg dał czło­wie­ko­wi nie tyl­ko ży­cie, lecz tak­że pra­wo. Naj­wyż­szym na­ka­zem nie jest je­dy­nie wia­ra w Boga, lecz po­stę­po­wa­nie zgod­ne z Jego wolą” (tam­że, s. 370).

107 I da­lej: „To jego moc­na stro­na. Na tej płasz­czyź­nie kon­fu­cja­nizm jawi się jako pró­ba po­pra­wie­nia świa­ta. Wy­znaw­ca kon­fu­cja­ni­zmu może za­cho­wy­wać się w nim jak bo­ha­ter. Jego ser­ce nie jest ukie­run­ko­wa­ne na ży­cie po­za­gro­bo­we, ale na mgli­ste szczy­ty, gdzie koń­czy się wszech­świat; ku temu cze­muś czy temu ko­muś, kim jest on sam, bę­dąc jed­no­cze­śnie kimś wię­cej, kto – w ra­mach tej dziw­nej dia­le­ty­ki – utwier­dza jego ży­cie, na­da­je mu war­tość, na­le­ży­cie je sku­pia i jed­no­czy. Wy­da­je się, że mo­ral­no­ści tego czło­wie­ka bra­ku­je cen­tral­ne­go ogni­wa i – jak za­uwa­żył He­gel – pew­nej we­wnętrz­no­ści (…). Je­ste­śmy tak bar­dzo przy­zwy­cza­je­ni do tego, że wszel­ka mo­ral­ność jest teo­rią ludz­kie­go za­cho­wa­nia, że trze­ba ko­niecz­nie pod­kre­ślić prak­tycz­ny wy­miar na­ucza­nia kon­fu­cjań­skie­go. Zda­niem Mi­strza Lu cho­dzi o to, by sobą sa­mym i przez swo­je dzia­ła­nie efek­tyw­nie urze­czy­wist­niać mo­ral­ność. We­dług nie­go nie wy­star­czy prze­ko­nać do tego umysł i wolę. Trze­ba w to wcią­gnąć cały byt po­przez cier­pli­wą i me­to­dycz­ną pra­cę. Praw­da jest na służ­bie tego celu. Dla­te­go sło­wa mi­strzów kon­fu­cjań­skich bar­dziej przy­po­mi­na­ją po­ucze­nia ani­że­li teo­re­tycz­ne wy­ja­śnie­nia. Mają przy­mu­szać i wy­zwa­lać. Oży­wia je nie­da­ją­ce spo­ko­ju po­czu­cie trud­ne­go za­da­nia, po­waż­ne­go obo­wiąz­ku i od­po­wie­dzial­no­ści” (P. Do-Dinh, Con­fu­cius et l’hu­ma­ni­sme chi­no­is, Seu­il, Pa­ris 1958, s. 120-121).

108 E. Pi­sa­ni OP, po ukoń­cze­niu stu­diów w Rzy­mie kil­ka­krot­nie prze­by­wał w Ka­irze; świę­ce­nia ka­płań­skie przy­jął w 2006 roku. Jest spe­cja­li­stą w za­kre­sie is­la­mu.

109Ko­ran, tłum. J. Bie­law­ski, FAK­TOR Biu­ro Wy­daw­ni­cze Ma­rian Bro­na­kow­ski, War­sza­wa 2009, t. I, s. 461.

110 Wy­po­wiedź tę przy­ta­cza M. Le­long w książ­ce Chrétiens et Mu­sul­mans – ad­ver­sa­ires ou par­te­na­ires, Har­mat­tan, Pa­ris 2007, s. 32. Cyt. za: Mały Brat Mo­ris, Brat Ka­rol de Fo­ucauld, tłum. M. Żu­row­ska, Wy­daw­nic­two Księ­ży Ma­ria­nów, War­sza­wa 1997, s. 35.

111Ko­ran, dz. cyt., t. I, s. 120.

112 Zob. zbiór ha­di­sów Sa­hi­ha al-Bu­kha­rie­go, I,II,7.

113Ko­ran, dz. cyt., t. II, s. 42.

114Tam­że, s. 520.

115Bre­via­rium fi­dei. Wy­bór dok­try­nal­nych wy­po­wie­dzi Ko­ścio­ła, Księ­gar­nia Świę­te­go Woj­cie­cha, Po­znań 2007, s. 147.