Płać i płacz - Robert Ostaszewski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Płać i płacz ebook i audiobook

Robert Ostaszewski

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Aspirant Rita Lewandowska i pomagający jej w nieoficjalnym dochodzeniu były gangster Boruta trafiają na ślad jednego z cyngli tajemniczej organizacji przestępczej nazywanej Nieuchwytnymi. Rita ma nadzieję, że jeśli go dopadnie, wyjaśni do końca sprawy zbrodni, które ostatnio wstrząsały Głogowem. A przede wszystkim zamknie sprawę Roksany Zawiały, młodej kobiety, której nagie zwłoki znaleziono na głogowskim rondzie. Rita i Boruta przygotowują zasadzkę na cyngla. Policjantka zdaje sobie sprawę, że jeśli coś pójdzie nie po jej myśli, trafi do więzienia. Albo i gorzej. Jednak stawia wszystko na jedną kartę...

Robert Ostaszewski – twórca między innymi bestsellerowej trylogii kryminalnej z podkomisarzem Konradem Rowickim („Zginę bez ciebie”, „Śmierć last minute", „Tysiąc ciętych róż”), kryminalnej serii śląskiej („Zabij ich wszystkich” i „Ukochaj na śmierć”) oraz bestsellerowej serii o komisarz Renacie Łukowskiej "Zemsta & Partnerzy" i opartego na autentycznych zdarzeniach thrillera ”Oskórowany”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 95

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
LucyDemolka

Nie oderwiesz się od lektury

Czekam na cd.
00



Robert Ostaszewski

Płać i płacz

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Płać i płacz

Seria: Podkomisarz Rita Lewandowska (t. 6)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka Auresusart

Grafiki na okładce:

shutterstock /Yana Lyso

shutterstock /Shutterstock AI

shutterstock /andrey_l

shutterstock /Shutterstock AI Generator

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-67978-86-6

Prolog

Trochę później, Zielona Góra

Zawsze był przygotowany. Na wszystko. W tej robocie inaczej się nie dało, jeśli chciało się żyć.

Nie przewidywał problemów z ustaleniem, w której sali leży jego cel. I słusznie. Niby jest RODO-SRODO, niby bardziej pilnują ochrony danych w szpitalach, bo chodzi o naprawdę wrażliwe kwestie, a nie o adres czy numer telefonu, które byle firemka zdobędzie albo zwyczajnie kupi w pięć sekund. W rzeczywistości wystarczy mieć gadane i trochę uporu, żeby wyciągnąć informacje od zalatanej piguły, która chce mieć natręta z bańki. On nawet za wiele gadać nie musiał, bo miał legitymację CBŚP. Nic to, że lewą. Ludzie zwykle nie patrzą uważnie na dokumenty. Jeśli ktoś macha przed nosem jakąś legitymacją, widocznie ma do tego prawo. Bardzo wygodne dla niego założenie. Cel znajdował się w pokoju 206 na drugim piętrze. Musiał sprawdzić, czy przypadkiem nie postawiono tam psa dla ochrony i czy cel jest w pokoju sam. Pierwsze było mało prawdopodobne, drugie bardziej. Cel nie popełnił przestępstwa, nawet jeśli zaraz po przewiezieniu do szpitala miał ochronę, to po kilku dniach pewnie ją zdjęto. W końcu wakatów w policji nie brakowało. I bardzo dobrze, pomyślał i zaśmiał się w głos. Przechodzący obok lekarz spojrzał na niego z przyganą. Gorzej, jeśli cel nie będzie w pokoju sam. Jasne, i na to też był przygotowany, ale wolałby uniknąć komplikacji. Nie lubił ich, ale w razie czego mówi się trudno i działa się dalej.

Wolnym krokiem przeszedł korytarz, przy którym znajdował się pokój 206, udając, że szuka właściwego. Zero warującego psa. Po prostu w pytę. Mijając otwarte drzwi do 206, zerknął do środka. Dwa łóżka, ale tylko jedno z nich zajęte. Naprawdę miał tego dnia szczęście. Jak się przekonał nie raz, nie dwa, szczęściu lepiej jest pomagać, więc postanowił odczekać i przed akcją jeszcze raz upewnić się, jaka jest sytuacja, powtarzając rozpoznanie. Warujący pies mógł wybrać się po kawę. Sąsiad celu mógł pójść się odlać. On był nie tylko zawsze przygotowany, ale ostrożny. Nawet bardzo. Dlatego jeszcze żył i cieszył się zdrowiem. Jako takim, nie licząc dwóch niezbyt groźnych postrzałów.

Wyszedł przed budynek, zapalił. Potem w rozległym kompleksie szpitalnym przy ulicy Zyty odnalazł bistro, kupił kawę i kanapkę z szynką. Lubił zjeść przed robotą. Kawa była nawet niezła, buła smakowała jak cokolwiek. Nie wybrzydzał.

Wypalił jeszcze jedną fajkę. Sprawdził godzinę na rolexie. Kumple podśmiewali się, że to obciach nosić taki sikor. I że wygląda jak bieda-gangsta ze starego filmu. Waliło go to. Lubił rolexy i nic nikomu do tego. Od pierwszego rozpoznania minęła godzina z okładem. Uznał, że tyle wystarczy, pora była działać.

Znowu zero psa przed pokojem. W środku był tylko cel i nikogo więcej. Do tego typ spał. Wprawdzie był przygotowany także na to, że będzie musiał go uśpić, ale nie musiał. Po prostu kumulacja szczęścia. Może powinien dzisiaj puścić lotka? Bez ociągania wziął się do roboty, bo szczęście szczęściem, ale czujności nigdy za wiele. Założył na dłonie lateksowe rękawiczki, wyjął z kieszeni kurtki małą strzykawkę. Ujął w palce kranik trójdrożny i zablokował dopływ kroplówki, pod którą podpięty był cel. Innym wejściem wstrzyknął insulinę. Schował strzykawkę. Odczekał trochę i odkręcił dojście z kroplówką.

– Słodkich snów, palancie – wymruczał pod nosem.

Nie zamierzał czekać, aż cel zejdzie. Dawka była taka, że zwyczajnie nie miał szans przeżyć. W końcu nie robił tego po raz pierwszy.

I po robocie, myślał, wychodząc ze szpitala. Kolejny dzień w biurze odhaczony i to bez namolnych petentów. Znowu roześmiał się w głos.

Rozdział pierwszy

Zabawa w chowanego

26 czerwca 2024 roku, środa, Głogów, Nielubia

Rita poczuła szarpnięcie kierownicy. Musiała bezwiednie zjechać lekko w prawo, bo koła chwyciły pobocze. Skontrowała kierownicą zbyt mocno, więc przez moment była na przeciwnym pasie. Miała szczęście, że akurat nic nie nadjeżdżało. Niewielka pociecha, bo i tak mogła skończyć w głębokim rowie albo na drzewie, których przy drodze do Nielubi nie brakowało.

– Lewandowska, skoncentruj się kobieto – skarciła siebie samą na głos.

Zrobiła kilka głębszych wdechów, wbiła wzrok przed siebie.

Przez długi czas nie mogła wyrzucić z głowy obrazu Parzyszka pchającego wózek inwalidzki z młodą, najpewniej młodą, schorowaną kobietą. Z wielu powodów czuła się podle. Nie interesowała się życiem prywatnym policyjnego partnera, w ogóle mało co o nim wiedziała, za to bardzo chętnie go oceniała. Podejrzewała go o nie wiadomo jakie przewiny, grzechy, a może nawet i przestępstwa, a sama miała coraz więcej za uszami. I zapewne mieć będzie jeszcze więcej. Właściwie ostatnio obraziła się na niego niczym mała dziewczynka. Chociaż w tyle głowy szeptał jej nieco złośliwy głos, że przecież Lewy też nie pogrywał z nią fair, wszystko i tak, każde możliwe usprawiedliwienie przesłaniał obraz udręczonej chorobą kobiety na wózku.

Od znajomego lekarza, Sławka Letkiego, wydębiła tydzień zwolnienia na zapalenie korzonków. Przewał praktycznie nie do wykrycia bez szczegółowych badań. Miała nadzieję, że siedem dni powinno jej wystarczyć, żeby jako tako uporać się z aferą, którą rozkręciła z Borutą. A jeśli nie, zacznie się martwić później. Nie zwlekając, poszła do kadr zostawić L4. Męczyło ją, żeby od razu rozmówić się z Lewym, tyle tylko że nie była pewna, czy po porannej wizycie w szpitalu zdążył zjawić się w fabryce. Do tego nie wiedziała, o co go pytać, jak z nim gadać. Że rozmówić się będzie musiała, tego nie tylko była pewna, ale i zwyczajnie chciała. Żeby odzyskać tyle spokoju, ile tylko w tym momencie mogła.

Ruszyła do Nielubi, jak najszybciej się dało, bo chciała upewnić się, że Boruta ze swoimi przydupasami nie zrobił niczego jeszcze bardziej głupiego niż zwykle. Na jakiś czas zagarnęły ją obrazy kobiety na wózku, a kiedy zniknęły, zaczęła się martwić na zapas. Skoro świt kontrolnie zadzwoniła do Ławniczaka z pytaniem, czy nie pojawiły się niespodziewane komplikacje. Odpowiedź byłego gangstera, że „wszystko gra i buczy” wcale jej nie uspokoiła.

Zajechała przed posesję Boruty. Parkowały tam dwie inne fury, tym razem nawet nie beemki. Ławniczak ściągał posiłki? Nie wróżyło to niczego dobrego. Otworzył jej typ, którego widziała pierwszy raz na oczy, i bez słowa poprowadził do salonu. Nie spodobało jej się, że oni kojarzą ją, a ona ich nie za bardzo. Na pewno nie wszystkich. Uznała, że ma większe problemy na głowie. Boruta siedział na skórzanej kanapie z drinkiem w dłoni. Na jej widok rzucił:

– No wreszcie jesteś.

– Człowieku, świat nie kręci się tylko wokoło ciebie. – Od razu się najeżyła. – A ty już chlejesz od samego rana?

– Od razu chlejesz… Poza tym czy jest rano, czy nie, rzecz względna – wrócił do swojego zagadkowego stylu wypowiedzi. – W sumie nie spałem, więc to jakby ciąg dalszy wczorajszego dnia.

– Ale nie nawywijałeś niczego z Tomaszkiem? – Czuła, że za chwilę dowie się czegoś bardzo złego. – Przecież obiecałeś. Blondas żyje?

Wydął usta i powoli wypuścił powietrze. Odstawił szklankę na ławę.

– Myślałem, że dotarło do ciebie, że dotrzymuję słowa. Nooo, zwykle, ale w przypadku ludzi, na których mi zależy, bezwarunkowo. A ty jesteś dla mnie ważna…

– Nie piernicz, tylko mów, co się stało – wbiła mu się w zdanie.

– Otóż absolutnie nic. Blondas spokojnie kruszeje w zamknięciu. Zresztą, tak jak ustaliliśmy wczoraj, najpierw trzeba pogadać z Jadwigą. Nie zamierzałem tego robić bez ciebie.

– O ile skleci z sensem dwa zdania – skomentowała, bo pamiętała, w jak kiepskim stanie była wczoraj młoda kobieta.

– Zadbałem o wszystko – rzucił i się uśmiechnął.

– Co masz na myśli?

– Ściągnąłem pielęgniarkę z psychiatryka w Bolesławcu. Ma duże doświadczenie. Po mojemu to nawet lepiej radzi sobie z ludźmi w kryzysie niż niejeden psychiatra.

– Boruta – zagotowało się w niej – przecież ustaliliśmy, że o tej sprawie ma wiedzieć jak najmniej osób. A tu nie dosyć, że widzę twoich nowych przydupasów, jeszcze wtajemniczasz postronną kobietę.

– Pani Hania nie jest osobą postronną, lecz godną zaufania. Pracowała już dla mnie.

Tego ranka nie miała do Boruty siły. Do tego drażnił ją spokój byłego gangusa. Opadła na fotel. Pocierała palcami skronie. Czyżby nadciągała migrena? Oby nie. Spojrzała na niego. Jak gdyby nigdy nic obracał w palcach szklankę z grubego szkła. Dlaczego był taki opanowany? Pewnie nieraz był w podobnej, trudnej sytuacji, której finał jawił się jako mocno niepewny. To jedno. Drugie, że mimo wszystko, mimo wszelkich możliwych komplikacji zbyt wiele nie ryzykował. Życie? Pewnie zawsze ocali skórę dzięki swoim żołnierzom. Pieniądze i wpływy? Gdyby zaczęło wokoło niego robić się naprawdę gorąco, pewnie i tak miał opcję rezerwową w postaci jakiegoś skromnego, dwustumetrowego apartamentu w Marbelli, gdzie mógłby się zaszyć i dożywać swoich dni, korzystając z dobrze zabezpieczonych kont w Szwajcarii czy na Karaibach. Ona zaś ryzykowała wszystko.

– Źle się czujesz? – zainteresował się po chwili milczenia.

– Po prostu kwitnąco – odparła cierpko. – Dobrze, trzeba brać się do roboty. Gdzie jest Jadwiga?

Po szerokich schodach zaprowadził ją na użytkowe poddasze. Przed drzwiami na wprost stał kark, którego Boruta odprawił skinieniem dłoni. Ricie przeszło przez myśl, że chyba jednak Ławniczak nie jest aż tak bardzo pewny, jak potoczą się sprawy, jeśli każe pilnować więźnia w środku własnej mety. Pomyślała: więźnia? Wyciągnęli młodą Dardzińską z łap niebezpiecznych ludzi, ale koniec końców też trzymali ją w zamknięciu. Takie były fakty, więc nie było sensu ubierać ich w ładniej brzmiące słowa. Mogła oszukiwać innych, jednak siebie nie powinna.

– Jest tam sama? – spytała, wskazując na drzwi.

– Z panią Hanią. Tak na wszelki wypadek.

– Odpraw ją. Chcę z nią rozmawiać sam na sam.

– Myślałem, że będę przy tej rozmowie.

– Zapomnij – jasno postawiła sprawę. – Kto tu się zna na technikach przesłuchań? – zadała pytanie retoryczne. – Do tego jest większa szansa, że się otworzy przede mną, jeśli będę tam sama, tym bardziej że najpewniej widok facetów po tym, co przeszła, raczej nie wpływa na nią kojąco.

Patrzył jej prosto w oczy. Bez słowa.

– Nie ufasz mi? – spytała lekkim tonem.

Jasne, była to aż nazbyt oczywista manipulacja.

– Ależ ufam – mruknął.

Bez pukania wszedł do pokoju i poprosił panią Hanię, żeby wyszła. Zaraz za nim pojawiła się szczupła brunetka w średnim wieku. Zerknęła na Ritę, zatrzymała się i powiedziała z wyraźnym zmęczeniem w głosie:

– Proszę za bardzo na Jadwigę nie naciskać. Jej równowaga jest bardzo chwiejna.

Lewandowska chciała spytać, czy pielęgniarka nie za bardzo nafaszerowała Dardzińską prochami, ale pani Hania od razu poszła w stronę schodów. Rita wzruszyła ramionami. Najwyraźniej każdy robił swoje i za wiele nie wnikał. Właściwie – najsensowniejsza strategia.

Rita weszła do niewielkiego pokoju z jednym oknem dachowym, przez które wpadało ostre słońce rozkręcającego się upalnego dnia. Były tam jedynie łóżko, fotel i niewielka komoda. Na łóżku siedziała Jadwiga. Wykąpana i uczesana wyglądała o niebo lepiej niż wczoraj. Ale czy tak też się czuła? Spojrzała na policjantkę, dobre i to, ale objęła się ramionami tak, jakby chciała się w ten sposób ochronić. Przed Ritą i przed całym światem w ogóle.

– Dzień dobry, Jadwigo.

– Kim pani jest?

Rita zmarszczyła brwi. Dlaczego kobieta jej nie pamiętała? Za dużo leków uspokajających? Niekoniecznie, bo poprzedniego dnia sprawiała wrażenie mocno odklejonej od rzeczywistości, więc może za wiele z niego nie zapamiętała. Zbyt dużo wrażeń, za wiele stresu.

– Nazywam się Rita Lewandowska i jestem policjantką. Naprawdę nie pamiętasz mnie z domu w lesie? – chciała się upewnić.

– Aaa, tak jak teraz na panią patrzę…

– Mówi mi Rita – z miejsca chciała skrócić dystans między nimi.

Dardzińska skinęła głową.

– Pamiętam cię. Trochę jak przez mgłę, ale pamiętam.

– Mogę usiąść? – spytała Rita, wskazując na fotel.

– Jakbym w ogóle miała coś do gadania – Jadwiga odpowiedziała z rezygnacją.

Bardzo trzeźwa uwaga. Najwyraźniej pani Hania zbyt mocno nie spacyfikowała Jadwigi lekami.

Rita usiadła na skraju fotela, lekko wychylając się w stronę kobiety, chciała zacząć rozpytanie, ale Dardzińska ją uprzedziła:

– Dlaczego mnie tu więzicie? I czemu nie mogę zadzwonić do mamy?

Lewandowska zaklęła w myślach. Błąd, że nie ustaliła z Borutą, co mogą powiedzieć Dardzińskiej. Pomyślała, że tak naprawdę ma to gdzieś, i tak zrobi wszystko po swojemu, bo przecież nie chodzi na pasku gangusa. Czy aby na pewno? Rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu kamer. To by chyba nawet było w stylu Boruty, który lubił mieć kontrolę nad wszystkim i wszystkimi. Nie zauważyła żadnych urządzeń. Jej zwyczajna ostatnio paranoja? Bardzo być może.

– Nikt cię, Jadwigo, tutaj nie więzi. – Rita nadała głosowi spokojny ton.

– Taaa, pewnie. A ten łysol chodzi za mną do kibla dlatego, że mu się nudzi.

– To nie tak… – zaczęła i już wypowiadając te słowa, uświadomiła sobie, jak bardzo jest to kretyński tekst.

– A jak jest?

– Zadarłaś z bardzo niebezpiecznymi ludźmi. My cię uwolniliśmy i ukryliśmy tutaj przed nimi. Na pewno cię szukają, ale my cię ochronimy.

– Jacy znowu my? Naprawdę jesteś z policji? Nawet munduru nie masz. A ten tam mój… Nawet nie wiem, jak go nazwać. Ten tam spod drzwi to w ogóle na policjanta nie wygląda.

– Policjanci chodzą też po cywilnemu – wytłumaczyła cierpliwie, wstała i podała Jadwidze swoją blachę.

Dardzińska obejrzała ją bardzo uważnie. Oddała Ricie, która wróciła na fotel.

– To dlaczego nawet nie pozwolili mi zadzwonić do mamusi? Ona pewnie odchodzi od zmysłów.

– Rozmawiałam z nią niecały tydzień temu. Trzyma się, chociaż bardzo boi się o ciebie.

– Więc tym bardziej muszę zaraz zadzwonić do mamusi, żeby ją uspokoić. – W głosie Jadwigi zabrzmiały płaczliwe tony.

– Nie – odpowiedziała twardo. – To niebezpieczne dla ciebie… – Nagle Ritę oświeciło: – Ale może być też niebezpieczne dla twojej matki. Niewykluczone, że przestępcy ją obserwują.

Łgarstwa i manipulacje. Rita robiła to w imię słusznej sprawy? Miała nadzieję, że tak, chociaż i tak czuła się źle, wkręcając sponiewieraną kobietę.

– Ale że mamusię? – W oczach Jadwigi czaił się strach.

– Spokojnie, pilnujemy jej, więc nic twojej matce się nie stanie.

– Na pewno?

– Oczywiście. Jednak najlepiej byłoby i dla ciebie, i dla twojej matki, gdybyśmy jak najszybciej dopadli i zamknęli twoich prześladowców. Dlatego musisz mi o nich opowiedzieć.

– Ale ja nic nie wiem – jęknęła Dardzińska.

Jadwiga ukryła twarz w dłoniach. Rita w pierwszym odruchu chciała podejść i ją przytulić, jednak wiedziała, że nie byłaby to najlepsza zagrywka. Musiała stłumić emocje i powoli, spokojnie wyciągnąć z Dardzińskiej wszystko, co wiedziała. I czego jedynie się domyślała.

– Spokojnie, na pewno coś pamiętasz. Każda informacja może być dla nas przydatna. I naprawdę nikt nie będzie miał do ciebie pretensji, jeśli na jakieś pytanie nie odpowiesz. To co? Zaczynamy?

Jadwiga oderwała dłonie od twarzy, kiwnęła głową. Rita uznała, że najsensowniej będzie zacząć od pytań o sam początek pobytu Dardzińskiej w Niemczech, żeby oswoić ją poprzez mówienie o znanych jej tematach i sprawach.

– Załatwiłaś sobie robotę w Agencji Pośrednictwa Pracy MTO w Guben?

– W sumie tak nie do końca.

Rita jęknęła w duchu, spodziewając się, że zaraz zaczną się niedopowiedzenia, uniki albo zasłanianie się niepamięcią. A pomna strasznych przejść Dardzińskiej nie chciała jej zbytnio naciskać.

– Koleżanka przyniosła mi ich ulotkę z ofertą pracy, poszłam tam i zaskoczyło.

– Nie miałaś problemów z załatwieniem pracy?

– W tej firmie w Guben to żadnych. Konkret i od razu umowa. To mnie uspokoiło, bo ja z tych bardziej nieufnych jestem. – Co i tak cię nie ustrzegło przed tym, że trafiłaś do zatęchłej piwnicy w domu w samym środku lasu na zadupiu, policjantka dopowiedziała w myślach. – Trochę niehalo było już na miejscu, w Reichu.

– Gdzie trafiłaś do pracy?

– Miałam być kelnerką w restauracji we Frankfurcie nad Odrą. Tylko jak tam zjechałam, okazało się, że to bar ze striptizem, a ja mam tam sprzątać. Nawet zadzwoniłam do tych z Guben z pytaniem, czy to w porządku, że robota nie jest zgodna ani z ofertą, ani tym bardziej z umową, którą podpisałam. Powiedzieli, że to się zdarza, że klient nasz pan i Niemcy czasami zmieniają rodzaj pracy, którą ma wykonywać nowy pracownik. Uspokoili mnie, że mogę nie podjąć pracy, wrócić do Gubina i czekać na kolejną ofertę. Tyle że ja i mamusia potrzebowałyśmy pieniędzy, więc też za bardzo nie marudziłam ani nie wnikałam, dlaczego robota okazała się inna. Mogłam sprzątać, nie przeszkadzały mi panny trzęsące tyłkami przed różnymi napaleńcami, bo i tak ich prawie nie widywałam. Robotę miałam zwykle w nocy albo wczesnym ranem. Takie zmiany.

– I nikt cię tam nie zaczepiał? Nie namawiał do… – policjantka urwała na chwilę.

– Że niby ktoś chciał ze mnie zrobić kurwę? Kobieto, chyba właśnie na mnie patrzysz.

– Wiesz…

– Daruj sobie. Mam lustro w domu. – Machnęła ręką. – Nie, nic z tych rzeczy. Zresztą tych tancerek na rurze też pilnowali, żeby nie były z klientami za blisko. Co najwyżej mogły z facetami posiedzieć przy barze, naciągając ich na driny, które kosztowały kupę hajsu.

– Ktoś ich pilnował?

– A było dwóch takich niby menadżerów.

– Niby?

– Bo to dziwne było jak dla mnie. One nawet same nie przychodziły do baru ani z niego nie wychodziły. Zawsze któryś z menadżerów był z nimi, jak znajdowały się poza lokalem.

– Skarżyły ci się na to?

– Ha, i to było jeszcze dziwniejsze, bo w ogóle nie chciały ze mną gadać. Pytałam je trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że chciałam się zorientować, w jakim ja właściwie miejscu pracuję. A one jedną z drugą nic. Opędzały się, mówiąc, że w kontrakcie mają zapis, że nie mogą mówić niczego na temat swojej pracy.

– To były Polki z nadgranicznych okolic?

– Też, ale z tego, co między sobą gadały, wynikało, że były też Ukrainki, Słowaczki, nawet jedna Niemra. One się jednak w sumie często zmieniały.

Rita znowu potarła skronie, za którymi coraz mocniej pulsował ból. Cholera, tylko nie teraz, proszę, zaklinała w myślach, próbując odpędzić migrenę. Była pewna, że bez piguły się nie obędzie. Ból na chwilę zelżał, skupiła się i zapytała:

– A jak trafiłaś do Drezna? Bo twoja matka mówiła, że ostatnio właśnie tam pracowałaś.

– Z tego mojego zagadywania tancerek nakręciła się afera, chociaż niczego złego nie zrobiłam. No nie? Albo mnie któraś podpieprzyła do kierownika lokalu albo on coś przyuważył. I się wściekł. Nie ogarniałam tej akcji, bo to już było mega dziwne. Myślałam, że mnie opieprzy, że zamiast jeździć na mopie, chcę gadać z tymi pannami, a on wpadł prawie w szał, wrzeszczał, że niepotrzebnie interesuję się sprawami, które mnie nie dotyczą. Zabrał mi dowód, kazał się pakować i tak wylądowałam w Dreźnie.

– W jakim lokalu?

– O takiej dracznej nazwie. BarOko, czy jakoś tak, bo to się dziwacznie pisało.

Rita spięła się, maksymalnie skoncentrowała. I tak znowu dotarła do nieszczęsnej knajpy w Dreźnie, od której właściwie wszystko się zaczęło. Wszystko złe, co zwaliło się na nią w ostatnich tygodniach. Chociaż może zaczęło się od ujawnienia ciała Roksany na środku ronda. Albo od jej przenosin do Głogowa. Lub też – wcale tego nie wykluczała – od momentu, kiedy postanowiła przejąć kontrolę nad własnym życiem. Co koniec końców doprowadziło ją do obecnej sytuacji, w której nie kontrolowała już prawie niczego. Przynajmniej odnosiła takie wrażenie. A chrzanić to z góry na dół, wkurzyła się na samą siebie. Przełknęła ślinę i powiedziała:

– Znam miejscówkę.

– Ooo, a skąd?

– Nieważne. Wyskoczyło w jednym moim śledztwie. Tam też sprzątałaś?

– A jak nie, jak tak.

– I co tam się stało, że trafiłaś do piwnicy? Też zagadywałaś jakieś dziewczyny?

– Nic z tych rzeczy. Tam to już w ogóle nie było do nich podejścia, bo trafiały zaraz do takiej niby strefy VIP.

Nie zdziwiło to Lewandowskiej, bo też odbiła się od drzwi obstawianych przez mięśniaka, kiedy robiła rekonesans w BarOcco.

– Dobra, trafiały do tej strefy VIP i co potem?

– Ano nie wiem, wchodziły, ale nie widziałam, żeby któraś wychodziła. Niektóre to nawet z walizkami się tam ładowały.

O tym Rita też wiedziała.

– Nie zastanowiło cię to? Przypadkiem nie zainteresowałaś się, gdzie one potem trafiały?

– Myśleć, to i myślałam, ale we Frankfurcie dostałam po łapach, więc skupiałam się na robocie i tyle. Poza tym to była wielka knajpa, oprócz głównego wejścia, były tam jeszcze dwa inne. Tamtędy mogły wychodzić. Tyle że coraz mniej mi pasowała ta robota i te Niemcy w ogóle. Chciałam olać tę pracę i wracać do mamusi. Taki trochę ochroniarz baru przyłapał mnie, jak pakowałam walizkę, i zaczęła się jazda. W ogóle nie rozumiałam, co i dlaczego się dzieje.

– Opowiedz ze szczegółami.

– Zapytał mnie, co robię, więc mu powiedziałam szczerze, że mam dosyć, zwalniam się, nawet mogę zrezygnować z kasy za ostatnie dwa tygodnie. No, tak trochę pojechałam, że mam w dupie ich podejrzaną knajpę. Może w nieco ostrzejszych słowach.

– I co on na to?

– Najpierw nic, słowem nie skomentował. Tyle że w tej knajpie też nikt specjalnie wyrywny do gadania nie był. Podszedł do mnie i kazał mi oddać komórkę. Wtedy to już na bank byłam pewna, że mam wielkie problemy. Nie chciałam mu oddać telefonu. Dostałam z liścia, na tyle mocno, że mnie zamroczyło. Jak doszłam do siebie, gość z moim telefonem w łapie wyłaził z pokoju. A potem mnie zamknął.

– Nie próbowałaś wzywać pomocy?

– Kobieto, szkoda było siły i zachodu. Ten pokój, a właściwie kanciapa bez okna, była głęboko na zapleczu knajpy. I tak by nikt nie usłyszał moich wrzasków.

– Co było potem?

– Minęła może…Nie wiem, może z godzina. Ochroniarz wrócił, zrobił taki ruch, jakby znowu chciał mi stuknąć, ale tylko przyłożył mi do twarzy śmierdzącą szmatę. I tyle tego było. Ocknęłam się w tej dziurze w piwnicy.

– I nie widziałaś, kto cię tam zawiózł i jakim samochodem?

– Przecież ci, kobieto, tłumaczę, że byłam nieprzytomna.

– A jak byłaś więziona, kto do ciebie przychodził?

– Tylko taki wysoki i szczupły. Żarcie mi przynosił. Twarzy nie widziałam, bo zawsze był w kominiarce.

– Coś od ciebie chciał? Pytał o coś?

– No właśnie nie. Słowem się do mnie nie odezwał. Na początku próbowałam go zagadać, potem wrzeszczałam, żeby powiedział cokolwiek. Wreszcie dałam sobie spokój, bo to nie przynosiło żadnego skutku. Siedziałam i byłam pewna, że mnie zabiją, chociaż nie wiedziałam za co. Co ja takiego zrobiłam?

– Nikt cię już nie skrzywdzi – Rita powiedziała z przekonaniem. A przynajmniej zrobi wszystko, co w jej mocy, aby Jadwiga wyszła cało z tej afery. – Najpewniej nie zrobiłaś niczego złego. Po prostu byłaś w złym miejscu w nieodpowiednim czasie. Tym ludziom tyle wystarczy. – Lewandowska podniosła się z fotela i rzuciła: – Dziękuję, Jadwigo, bardzo mi pomogłaś.

Do końca nie była to prawda. Dardzińska jedynie potwierdziła wcześniejsze rozpoznania i hipotezy Rity. Agencja pośrednictwa pracy w Guben była podejrzana, bo z pewnością naganiała młode kobiety nie tylko do legalnej pracy. Ważnym punktem przestępczej siatki był bar w Dreźnie. Podejrzewała, że był nie tylko zakamuflowanym domem publicznym, ale też czymś w rodzaju stacji przesiadkowej, z której młode kobiety trafiały do innych miejsc. Niekoniecznie tylko w Niemczech, chociaż mogła to jedynie podejrzewać. I że na pewno Jadwiga trafiła w łapy Nieuchwytnych, jak zaczęła ich nazywać, którzy bez litości i skrupułów eliminowali ludzi, jeśli ci stanowili dla nich choćby cień zagrożenia. Najprawdopodobniej tak się stało z Roksaną Zawiałą. Pewnie zobaczyła w BarOcco coś, czego widzieć nie powinna, i nie zamierzała trzymać języka za zębami. Została więc uciszona raz na zawsze.

Dardzińska zerwała się z łóżka i lekko zatoczyła. Rita złapała ją za ramię, żeby kobieta nie straciła równowagi. Poczuła, jak palce Jadwigi mocno wczepiają się jej w odsłonięte przedramię.

– Co teraz będzie ze mną? I z mamusią?

– Spokojnie. – Policjantka delikatnie wyswobodziła się z uścisku. – Tak jak mówiłam, jesteś bezpieczna. Zostaniesz tu, aż dopadniemy ludzi, którzy cię uprowadzili. To stanie się na dniach. – Jakże Rita chciała, żeby okazało się to prawdą. – Wtedy zadzwonisz do mamy albo cię od razu do niej odwieziemy. Zrobimy, co tylko zechcesz.

– Obiecujesz?

– Obiecuję – odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Prolog

Rozdział pierwszy

Zabawa w chowanego

Rozdział drugi

Mężczyzna ze złotym sikorem

Epilog