Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pierogów już nie robię to poruszająca i pełna empatii książka, która wnikliwie przedstawia codzienność osób pracujących w szarej strefie sektora opieki. Joanna Mikulska ukazuje historie opiekunek, sprzątaczek i imigrantek, których losy splatają się w trudnych realiach współczesnych systemów pracy i migracji. Oddaje też głos tym, którzy decydują się na zatrudnienie pomocy, pokazując, że koszty związane z funkcjonowaniem w szarej strefie ponoszą obie strony.
Każda opowieść to zapis walki o godność, bezpieczeństwo i lepsze życie – zarówno dla siebie, jak i dla swoich bliskich. Autorka nie unika trudnych tematów, takich jak brak stabilności zatrudnienia, nieuregulowane prawa pracownicze czy dyskryminacja. Książka pokazuje także ogromną siłę i solidarność kobiet, które pomimo przeciwności potrafią wspierać się nawzajem, a także zacząć walczyć o swoje prawa. To lektura, która otwiera oczy na niewidzialną pracę wykonywaną przez tysiące osób każdego dnia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 366
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Któż nam zaręczy, że w codzienności nie dzieją się jakieś sprawy ostateczne?
Czy możemy z czystym sumieniem wykluczyć taką możliwość?
Jolanta Brach-CzainaSzczeliny istnienia
Mamie, która była i jest
– Mam takie marzenie, aby mieć własnego konia, białego, i po polu poskakać – powiedziała mi pani Helena z Krzemieńca w Ukrainie. Rozmawiałyśmy w 2007 roku. Opowiadała, że od trzech lat sprząta warszawskie mieszkania i obawia się, co będzie, jak Polska wejdzie do strefy Schengen i trzeba będzie wyrabiać wizy, żeby przyjechać do pracy. To wtedy po raz pierwszy zetknęłam się bezpośrednio z tematem szarej strefy systemu opiekuńczego, ale nie zgłębiłam tej kwestii. Wywiad przeprowadziłam wspólnie z koleżanką w ramach kursu dziennikarskiego organizowanego przez Stowarzyszenie Młodych Dziennikarzy „Polis”. Zaliczyłyśmy go, ale o wiele bardziej interesowało mnie wtedy pisanie tekstów o dalekich podróżach i obejrzanych spektaklach teatralnych. Musiało minąć ponad dwanaście lat, by temat praw pracowniczych w sektorze opieki stał się dla mnie istotny.
Urodziłam pierwsze dziecko. W trakcie spotkania dla młodych mam wykonałam diagram kołowy zajętości w ciągu dnia. Zauważyłam, że ogarnianie codziennych obowiązków domowych zajmuje mi w ciągu doby drugie miejsce zaraz po spaniu. I że nikt mi nie płaci za ich wykonywanie. Zaczęłam rozmawiać z innymi kobietami i przekonałam się, że bezpłatna praca domowa jest wszechobecna. Bardzo szybko dowiedziałam się dlaczego. Mój mąż nie musiał łączyć pracy z karmieniem piersią, co było jedną z przyczyn, dla których był w stanie pracować więcej i bardziej opłacalnie niż ja. Nie dałam za wygraną i w drugiej połowie rocznego urlopu macierzyńskiego zaczęłam brać zlecenia związane z pracą zawodową. Wtedy okazało się, że praca mojego męża oznacza jego regularne wyjazdy. Byłam sama z ośmiomiesięcznym dzieckiem i zaczęłam mieć zaległości. Próbowałam pracować w trakcie jego drzemek. Wieczorem zasypiałam z synkiem, budziłam się o drugiej w nocy i pracowałam do szóstej rano. Tradycyjne wsparcie, czyli babcie i dziadkowie, w naszym przypadku było nieosiągalne. Zaczęłam szukać niani.
W tym właśnie momencie zwróciłam uwagę na migrantki z Ukrainy, które zasilają swoją pracą różne gałęzie prywatnego systemu opieki: sprzątają, opiekują się dziećmi i osobami starszymi, pracując w polskich domach. Poznałam równoległy świat. Jego zasady określały osoby, które w nim pracują, i te, które pracę dają. Próbowałam go zrozumieć. Ciekawiło mnie, że szara strefa funkcjonuje poza statystykami Straży Granicznej, wytycznymi prawa pracy, raportami dotyczącymi zatrudniania obcokrajowców „ze Wschodu”. A nawet poza oficjalnymi rozkładami jazdy autobusów i pociągów Warszawa−Lwów.
Na zapis rozmowy z panią Heleną trafiłam w komputerze przypadkiem, już pracując nad kolejnymi wątkami książki. Z perspektywy czasu zauważam, że o wiele kwestii wtedy nie zapytałam, ale odnaleziona historia przypomniała mi, że szara strefa w usługach opiekuńczych istnieje od lat, oraz że wszyscy mamy marzenia. W trakcie rozmów do książki poznałam kobiety, które głośno mówiły o silnej potrzebie systemowej zmiany warunków pracy, a także takie, które zaczęły te marzenia realizować: część wyszła na ulice, a inne po prostu przestały robić pierogi.
Zarządzanie ryzykiem
Każdy to zna. Kiedy razem z wiosną na dobre rozgości się wokół wszystko, co zielone, w całej Polsce pojawiają się stragany z truskawkami i panie, które je sprzedają. Stolik, parasol albo namiot, elektroniczna waga i warstwy łubianek. Konstrukcje wyrastają jak grzyby po deszczu. Tak było i tu. Na parkingu przy Lidlu w Otwocku, w połowie maja, w gorące popołudnie. Parking kryty kostką Bauma, więc gorąco jakby bardziej. Podchodzę do straganu. Sprzedawczyni rozmawia przez telefon, słyszę, że po ukraińsku, rozumiem, że z synem. Zauważam na ekranie komórki napis cyrylicą: Władimir. Stoję chwilę przy straganie, kobieta odkłada telefon, ale nie rozłącza się.
− Z jakiej części Ukrainy pani jest? – zadaję bez ogródek pytanie po pierwszej wymianie uprzejmości. – Ze Lwowa. − To blisko. – Wydaje się, że blisko – przytakuje. – Ale jak pani trzy czy cztery godziny albo i całą noc postoi na granicy, to już nie jest tak blisko.
− Ślisko, proszę wstawać – wołała z kuchni Elena Lisnyczuk (ukr. Елена Лісничук)1. Był poświąteczny, zimowy poranek. Dzień powrotu Eleny do Polski. – Nie wiem, jak my się dobierzemy do tej trasy, chyba na piechotę będziemy iść. Boję się tylko, że moja waliza na tych dziurach się rozleci – mówi jednym tchem i nalewa sobie wina.
Duchów leży w obwodzie tarnopolskim, w zachodniej Ukrainie. Jest niedużą szachownicą dróg na uboczu, które przecinają się wzajemnie, ale żadna z nich nie prowadzi nigdzie dalej. Aby dostać się do reszty świata, trzeba dojechać do trasy, po której auta pędzą do Szumska, a stamtąd do Lwowa. Ale najpierw trzeba wyjść z domu. A jeszcze wcześniej spakować walizkę. A przedtem zarezerwować miejsce u kierowcy busa, który mieszka dwie wioski stąd. Znają się dobrze, bo Elena wraca z nim do Polski trzy razy w roku: po świętach zimowych i wiosennych oraz po wykopkach, gdy jedzie do pracy z nową wizą. Jednak w nocy ściął mróz i bus po oblodzonej drodze nie pojedzie. Cały ranek wydzwaniała po znajomych i szukała kogoś, kto podrzuci nas autem dalej, choćby do Szumska.
Walizkę spakowała już poprzedniego wieczora. Nie zabrała nic ze strychu, na którym stoją worki z mąką, a cebula powiązana w warkocze suszy się przy krokwiach. Z ziemianki wykopanej obok domu, w której stoją przetwory ustawione kolorami na półkach, wyniosła trzy różne ziemniaki. – Włożysz je do plecaka, tobie nikt nie będzie sprawdzał, a jak je w domu ugotujesz, to zobaczysz różnicę – przekonuje mnie. Z pustą butelką po wodzie gazowanej zaszła do warsztatu stolarskiego syna. Trociny z obróbki drewna przykryły tu podłogę, stół, tokarkę i narzędzia wiszące na ścianach. Wszystko oprócz pędzonego w rogu samogonu. Znalazła wężyk i butelkę wypełniła przezroczystą cieczą. Z zamrażarki stojącej w korytarzu wyciągnęła kawałek słoniny. – Przywożę tylko to, na czym zależy moim klientom: bimber, słoninę, chałwę i cukierki. Mięso jest całkowicie zabronione, żeby wwozić, a na alkohol jest limit, ale mam swoje sposoby – wyjaśnia. Butelkę z bimbrem włożyła do torby podręcznej, część słoniny zamotała w rękaw swetra, część w stanik. Resztę pocięła nożem na mniejsze kawałki i zapakowała w torebki foliowe, owinęła gazetą i wcisnęła do wnętrza skórzanych kozaków z futerkiem.
Był już wieczór, gdy zasunęła zamek w walizce, upychając zawartość kolanem. Mąż z synem spali już w sąsiednim pokoju, a Elena rozsiadła się w nowym, puszystym szlafroku i mięciutkich kapciach (obie rzeczy z Pepco, „Ale to jest świetny sklep” – dodaje) na wersalce w dawnym pokoju teściowej. Stała tam drewniana szafa, na której leżakowało sześć dużych poduch ozdobionych bocznym, krzyżykowym haftem. Taki sam był na ruszniku, czyli wyszywanym ręczniku – pasie białego płótna ozdobionego haftem, który otulał od góry jej ślubne monidło.
− To był mój posag, sama haftowałam. I na co to wszystko? – mówi i zaczyna wyrzucać z siebie kolejne zdania: – Mąż pił, za mną nie wspierał, jako synowa musiałam pracować w polu, teściowa zasuwała mną jak najmiczkuju. Żyłam w piekle. Pamiętam, że jak pierwszy raz wyjechałam z tej ukraińskiej klatki, z wioski, czułam się jak wypyrszknięta na wolność. Nie ma pijanej mordy, nikt nie lata, nie piszczy, nie ma krów, nie ma świniaków. Byłam całkowicie rozkojarzona, ale było mi bardzo dobrze.
Jak wracałam, to pieniądze musiałam położyć na stół i teściowa rozdzielała na gospodarkę: na nasiona, na pracowników. Ale zobaczyłam, jak mieszkają wasze kobiety. Zadbane, wyluzowane, samodzielne. A ja jak pierwszy raz przyjechałam: taka wiesiara. Włosy długie, w banan założone, jak baba stara. I powiedziałam sobie, że będę walczyła jak lwica, aby tam jeszcze raz wyjechać.
Latem mnie nie puszczali, ale wczesną wiosną i późną jesienią jeździłam co roku. W trzeciej ciąży zdecydowałam, że nie chcę mieć więcej dzieci. U nas aborcja jest legalna i tańsza niż poród. Koleżanka, z którą na pomidory do Polski jeździłam, zrobiła mi ją za dużą czekoladę, taką z orzechami. Tylko to nie skrobanie, a vacum było. Pierwszy miesiąc. W szpitalu w Szumsku. Wróciłam do domu blada, a teściowa mówi: „Co, już po aborcji?”. Wiedziała, bo on jej powiedział. Dwójka małych w domu, mąż, teściowa – nie, nie chciałam więcej dzieci – powtarza. W nocy przed wyjazdem nie spała dobrze. Sen, który miała, mógł wyglądać tak.
Woda ma kolor mleka. Zabarwiona jest starą białą farbą zeskrobaną z drewnianych ram. Jest gorące, letnie popołudnie. Elena myje okna w kuchni. Trzeba trzeć mocno, aby pozbyć się brudu i śladów much. Elena skrobie i obserwuje teściową, która po drugiej stronie podwórka, w letniej kuchni, smaży dżemy malinowe. Ma na sobie tylko bieliznę i poliestrowy fartuch, a w jego kieszeni klucz do piwnicy. Jak go zdobyć? – myśli Elena. Przy garnku teściowej brzęczą tłuste muchy – te żywe i te złapane na wirujące skrawki lepu. W letniej kuchni stoi stara wersalka, Elena spostrzega, że teściowa kładzie się na niej i niespodziewanie zasypia. Rozumie, że to jej ostatnia szansa, na jutro rano ma zamówiony bus do Polski, a nie wzięła jeszcze żadnych zapasów. W jednej chwili staje się wystarczająco malutka, aby wskoczyć teściowej do kieszeni fartucha i znaleźć klucz. Gdy już się tam znajdzie, zorientuje się, że klucz jest za ciężki, aby mogła go samodzielnie wyjąć. Mocuje się z nim długo, aż w końcu ze zmęczenia zasypia w ciasnej kieszeni z kluczami. Budzi się z krzykiem, kaszląc, czując w ustach smak metalu.
Po śniadaniu wychodzimy przed dom sprawdzić stan oblodzenia. – Nie jest tak źle. Łatwiej się jedzie – mówi Elena. – Mróz utwardził błoto, a dziury w drodze zasypał śnieg – tłumaczy. Na tle białego inne kolory wydają się jaskrawsze. Wyraźniej widać błękit, którym pomalowane są ramy okien w domu Eleny, a także cerkiew w sąsiedniej wiosce, w Zaliściach (ukr. Залісці). – Kolor Maryi i kolor nieba – tłumaczy Elena. W oczy rzuca się także pomarańczowy. Kolor mandarynki przywiezionej tu z innego świata. Łupiny po tych owocach leżą obok ogrodzenia zawsze w towarzystwie szarych łusek po słonecznikach. Co oznacza, że w tym miejscu pito alkohol, a mandarynki były po to, aby nie było go czuć. Jeśli słonecznika jest dużo, to znaczy, że osób było wiele lub że stały długo. To wszystko wyjaśnia Lilia i mówi: – Tu piją wszyscy: młodzi, starzy, mężczyźni i kobiety.
Przed wędrówką na piechotę z walizką ratuje nas Walentin, jak mówi Elena, „jej pomocnik”. Ratowanie to jego zawód. Jest felczerem – jeździ w karetce. Skórzana kurtka, łysina z zaczeską, długi wąs. Białą Ładę Nivę z napędem na cztery koła pożyczył od kolegi. Szybko pakujemy się do samochodu, a pod furtkę podchodzi już jeden z sąsiadów, starszy, nieogolony, z czapką uszanką na głowie. Elena żegna się z synem, ten śmieje się i przytula do niej mocno jak małe dziecko. Odjeżdżamy, odwracam się i widzę kolejnego sąsiada przy furtce, syn Eleny puszcza ich przodem i razem wchodzą do domu. Elena widzi to i kręci głową. – Gdy przyjeżdżałam, nie dało się wejść do domu, jak obaj pili. Zapraszali kolegów, urządzali imprezy. Melina. Teściowa nie nadążała sprzątać – wzdycha. – Staremu już nic nie pomoże, przestał pić, ale ma problem z nerwami, trudności w chodzeniu, a syn jest dobracha, ale wystarczy telefon od kolegów i już biegnie. Marnuje się tu. Dawno zabrałabym go do Polski, ale stary nie pozwala. „Kto się będzie mną zajmował, kto gospodarkę ogarnie?” – lamentuje.
Nasze miejsce zbiórki jest przy dworcu autobusowym w Szumsku, ale nie na głównym placu, tylko przy bocznej uliczce. Podchodzimy do jednego z busów. Tylne drzwi są otwarte, a wokół pojazdu stoi wianuszek mężczyzn. Z rękami w kieszeniach żartują między sobą, a małe, skóropodobne saszetki przewieszone przez ich ramiona dyndają wesoło. W środku siedzi najważniejszy z nich, unieruchomiony przez prawą stopę w gipsie. Granatowa rozpięta puchówka, pod nią sweter w serek i biały podkoszulek, na włosach żel. – Busów mam pięć – opowiada krótko. – Każdy robi dwa kursy tygodniowo. Zaczynałem już dwadzieścia lat temu. A jak jest na granicy? To trzeba samemu zobaczyć – śmieje się i pokazuje krystalicznie białe zęby. W pewnym momencie dostrzega przechodzącą obok kobietę w kremowej kurtce, woła do niej po imieniu, ta się uśmiecha i ślizgając się po oblodzonym chodniku, szybko podchodzi do otwartych drzwi. – Jest babcia w Siedlcach – zaczyna od razu – rodzina w Warszawie, a babci smutno samej. – Chodząca? – pyta kobieta. – Tak, do dziewiętnastego kogoś mają, trzeba być od dwudziestego. Gotować, sprzątać, na spacer wyjść. Znajdziecie kogoś? – pyta. – Znajdę, poszukam! – odkrzykuje kobieta i szybko znika za oblodzonym zakrętem. – Ważne, aby był ktoś na zamianę, można zrezygnować. Przecież to nie małżeństwo – komentuje niby żartem kierowca.
Miejsce w busie kosztuje sto siedemdziesiąt złotych, ale Elena jedzie na weksel. – Nikt, kto jedzie do Polski, nie ma kasy na przejazd, wszyscy tak samo. Zarobię, to oddam – tłumaczy. – Przecież on nas wszystkich zna, wie, gdzie mieszkamy w Ukrainie i w Polsce, znajdzie nas. Kierowca, siwowłosy Iwan, wskazuje miejsca z tyłu, przy oknie. Siadamy. W tylnych kieszeniach siedzeń znajdujemy po dwie butelki wódki zawinięte w plastikowe białe torby. Bus jest dziewięcioosobowy. Szybko się poznajemy: kto, gdzie i do kogo jedzie. Małżeństwo w średnim wieku do fabryki sznurówek w Wiązownej, kobieta w pikowanej kurtce na sprzątanie, mężczyzna w koszuli, jak się potem okaże, zamiennik kierowcy, i drugi, cichy starszy pan do piekarni w Ząbkach, pani w dopasowanych jeansach jako opiekunka do dziecka. – Może przyniesiesz nam szczęście – mówi Elena – jak zobaczą Polkę w busie, to chociaż lepiej będą się do nas odnosić.
Zrozumiem to dopiero, jak będziemy na granicy. Po trzech godzinach jazdy, za Lwowem, Iwan pyta: – Kto ma paszport biometryczny? Zgłaszają się dwie osoby. Iwan gdzieś dzwoni, a potem mówi: – Czyli nie jedziemy na Hrebenne – i dodaje: – Jestem w kontakcie z innymi kierowcami, mamy swoje sprawdzone przejścia. Wiem, jacy strażnicy są na jakim przejściu. My, lokalni kierowcy i strażnicy, którzy pracują na przejściach, znamy się wszyscy od wielu lat. Z paszportami biometrycznymi nie wszyscy przepuszczają, powinni, ale mogą kręcić nosem, lepiej nie ryzykować – zapewnia. Mimo to dojeżdżamy pod przejście Rawa Ruska-Hrebenne, ale tylko po to, aby kupić strachowkę, czyli ubezpieczenie, które przy wjeździe do Polski jest obowiązkowe. Kierowca zatrzymuje się przy metalowych budkach. – Komu nużna, kupujcie – komenderuje.
Elena dzwoni do Franciszka, który w dokumentach wjazdowych jest podany jako jej jedyny pracodawca. – Jak popadnę na jakiegoś debila, że będzie dzwonił do ciebie w nocy, że ja jadę, to żebyś ty odebrał. Bądź uważny, że ktoś może do ciebie zadzwonić! Żebyś ty potwierdził! – wyjaśnia nerwowo Elena.
Gdy ruszamy ponownie w drogę, Iwan pyta o wódkę: – U kogo jest horyłka? – U nas – krzyczę, a on dodaje: – Nie we własnej torbie, ale na siedzeniu, czyjaś – uśmiecha się i pyta dalej. – A papierosy? Odpowiadam, że nie mam, i dostaję jedną małą paczkę. Wiem, że można przewieźć dwie. Tym, którzy nic nie wiozą, siwowłosy Iwan uzupełnia bagaże własnym towarem. Droga wzdłuż granicy na południe, do przejścia Budomierz-Hruszów, jest w bardzo słabym stanie, przejazd trzydziestu pięciu kilometrów zajmuje nam ponad godzinę. Dodatkowo w jednym miejscu Elena krzyczy: „Pohron pierdolony!”. Bus zatrzymuje się, wszyscy wychodzimy i ze spuszczonymi głowami czekamy, aż kondukt żałobny przejdzie i będzie można ruszyć dalej. – To chyba ktoś młody, tyle młodych idzie za trumną, chyba z wojny – mówi Elena i już ze spokojem tłumaczy: – Ktoś ma ostatnią drogę, nie należy mu w niej przeszkadzać, dlatego wyszliśmy i czekamy.
Dojeżdżamy i stajemy w kolejce po ukraińskiej stronie. Wyjmujemy prowiant z domu, większość je tuszonkę – mięso w słoikach. Swieta, kobieta w dopasowanych jeansach, częstuje Iwana swoimi kanapkami. Bus to odpowiedzialność zbiorowa, jeden organizm, którego głową jest siwowłosy kierowca. Zna odpowiedź na każde pytanie, ma też wiedzę niemalże tajemną: zna przepisy, wie, co kto powie i jak się zachowa.
Zagaduje ponownie: – Kto po biometrii? – Osobom, które się zgłosiły, rozdaje role. – Ty mówisz, że jedziesz po zaproszenie, jutro wracasz. A jak zapytają, gdzie ostatnio byłaś, to pamiętaj nazwę firmy: Łowicz Partner. Ty podobnie, tyle że nazwa firmy MikPol – zwraca się do drugiej osoby i zamienia miejscami z mężczyzną w koszuli. Siada z przodu na miejscu pasażera. Drzwi busa otwierają się po raz pierwszy.
− Wyjmijcie, bud łaska, paszporta i połóżcie na kolanach narkotyki i broń. Wsjo – żartuje ukraiński strażnik graniczny. Przejeżdżamy. Jest wesoło i niemalże beztrosko, gdy nagle słychać głos Swiety: – Nie mam ubezpieczenia. W busie robi się jakby ciszej. Siwowłosy Iwan dopytuje: – Sprawdź jeszcze raz, przecież pytałem na poprzednim przejściu. A wy po wizie? – Swieta kiwa twierdząco głową. – To będą pytać (po polskiej stronie – przyp. red.). Masz stare? – Nie.
Zapada kompletna cisza, krew nam tężeje, nikt nie oddycha i nie przełyka śliny. – To idź szukać – Iwan wydaje ostro komendę i dodaje z nadzieją: – Może uda ci się kupić. Swieta wkłada kurtkę i wychodzi, zaciskając szczękę. Gdy trzasnęły drzwi busa, ludziom się ulewa: – Co za głupia baba! I teraz mamy przez nią z powrotem wracać na to pierwsze przejście? To może już gdzieś tutaj poczekać? – Swieta wraca. – Nie można kupić. – Iwan dzwoni do szefa, tego ze stopą w gipsie. – Po lubomu (z ros. tak czy inaczej – przyp. red.), będą pytać – stwierdza po rozmowie z nim. Otwiera okno, zapala papierosa i mówi do Swiety: – Powiedz, że zostawiłaś w Warszawie i że możesz kupić.
Podjeżdżamy pod polski szlaban. Widzimy, jak z sąsiednich busów, których w zasięgu wzroku jest cztery, pasażerowie wychodzą, wkładają kurtki, czapki, niektórzy chowają butelkę wódki do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjmują swoje bagaże na ławki. Czekają. Drzwi naszego busa otwierają się po raz drugi. – Paszporty z wizami najpierw – rzuca polecenie polski strażnik. – Czy słyszcie?! – zaczyna krzyczeć. – Jak słyszycie, skoro wizy, a nie zaproszenia dajcie? – ciągnie podniesionym głosem. Mnie pyta tylko: – Gdzie pani była? – We Lwowie. – Turystycznie? – Tak – odpowiadam. Granica to jest jednak gra, nawet jak się ma paszport UE, wjeżdża do swojego kraju i nie spędza godzin na granicy. To nie miejsce, aby opowiadać, gdzie byłam i dlaczego nieturystycznie. Strażnik zabiera nasze paszporty: – A gdzie ubezpieczenie? – pyta Swietę. – Zostawiłam w Warszawie. – Wysiadać – nie zostawia ani skrawka przestrzeni na dyskusję.
Tym razem przerzucamy się pomysłami: Czekać na poboczu? Wracać ze Swietą po dziurawej drodze? Siwowłosy Iwan wpada na inne rozwiązanie. Może jakiś bus jest już w drodze i podrzuci Swiecie strachowkę? Zaczyna się gorąca linia Iwana z kierowcami. W końcu między jednym telefonem a drugim krzyczy do mężczyzny w koszuli, który tymczasowo pełni rolę kierowcy: – Jedziemy na jamę, zobaczysz! Nie dali nam paszportów!
Faktycznie za chwilę celnik kieruje samochód do bocznego hangaru. Swieta zostaje na granicy, my zjeżdżamy na bok, a w tym czasie siwowłosy Iwan zbiera dodatkowe pieniądze od pasażerów, których lepiej zna. Elena powie mi później, że to na łapówkę. Podjeżdżamy pod duży hangar. Wszyscy wychodzą, torby zostają w busie. Celnicy wskazują nam poczekalnię z krzesłami, automatem z kawą i toaletą. Zaraz za nami przychodzą pasażerki innego samochodu, jadą do Włoch. – Czy ktoś to słyszał, aby oglądać moje rzeczy beze mnie. A gdzie prawa człowieka? – opowiada koleżance przez telefon oburzona blondynka. Jest po pięćdziesiątce, ma puszyste, rozpuszczone włosy, na sobie kwiecistą bluzkę i kozaki emu. – Widziałaś coś takiego? Ach, tydzień temu?! – Kręci głową zawiedziona. Tłoczymy się w pomieszczeniu wielkości blaszanego garażu, siadamy albo stoimy, zaczynają się rozmowy: Skąd? Dokąd? Ile za godzinę? – W Warszawie to tak z dwadzieścia złotych za godzinę. – Ile to będzie? Cztery euro – Przeliczają szybko te, które jadą do Włoch. – Polacy decydują się na opiekunkę dopiero wtedy, gdy starsza osoba jest ciężko chora, leżąca. We Włoszech bardziej jako towarzyszka będziesz, pójdziesz z nią na spacer, pojedziesz na urlop – tłumaczy nam jedna z kobiet. Nawet po tym, jak się już wymieszaliśmy w poczekalni, łatwo rozpoznać te, które jadą dalej: ubrania mają jakby bardziej wiosenne, skórę bardziej opaloną. Obserwujemy siwowłosego Iwana palącego papierosa za papierosem na zewnątrz budynku. Po pół godzinie wracamy do busa. Ruszamy, rozmowy szybko cichną. W Polsce zatrzymujemy się w przydrożnym barze. Elena zamawia pomidorową, zmienia karty SIM w telefonie. Dzwoni do Franciszka: – Możesz już spać. Udało się przejechać granicę.
Dochodzą SMS-y od klientów: „Kiedy pani wróci? Którego możemy się umawiać?” – Och, jak dobrze – komentuje – będę miała czym zapłacić za wynajęte mieszkanie.
− Chcę podpalić to miasto. Żeby go nie było, ale najpierw niech cierpi tak jak ja. Swojej matki nie widziałam przez pierwsze cztery lata życia. Potem przeprowadzaliśmy się dziesiątki razy. Pamiętam ściany pokryte szronem i spanie pod dwiema warstwami pierzyn, w czapkach. Nie było pieniędzy na opał. Ci faceci mojej matki próbujący mnie zgwałcić, od których uciekałam. Żeby ten Gdańsk spłonął, za te wszystkie krzywdy, których doświadczyłam.
Olena Kovalchuk (ukr. Олена Ковальчук) siedziała na przystanku autobusowym i była wściekła. Nie miała śmiałości, żeby krzyczeć, była w Polsce od dwóch tygodni. Złość i bezsilność przemieniła w łzy. Właśnie dostała mandat za jazdę bez biletu i musiała wysiąść z tramwaju. A bilet przecież miała! Kupiła przed wejściem i ściskała w ręku. Gdy dwóch rosłych mężczyzn podeszło do niej i poprosiło o bilet, łzy nie pomogły, mandat wlepili. Po prostu nie wiedziała, że musi go skasować, nie rozumiała nawet tego słowa. Wytłumaczyli jej, że należność trzeba opłacić w ciągu siedmiu dni, inaczej mogą być problemy na granicy przy wyjeździe z Polski.
Do Gdańska trafiła przypadkiem. Nie ona to miasto wybrała. Do Polski przyjechała, żeby pracować w Biedronce. W Warszawie okazało się, że wakat był tylko w Gdańsku, rozdzieliła się ze znajomą. Dostała pracę w magazynie, tylko na nocki. Miała rozładowywać towar na regały. Nie można było tego robić w dzień, bo sklep był pełen ludzi. Do tego koordynator Ukrainiec krzyczał na pracowników i popędzał. Przy jej wadze – czterdzieści pięć kilo – wrzucenie kilku ciężkich pudeł z masłem na najwyższą półkę w lodówce graniczyło z cudem. Po dwóch tygodniach straciła siły, nawet na cuda, i jeszcze ten mandat. Siedząc na przystanku, poczuła, że ma dość.
Wieczorem postanowiły z koleżanką uciec z tego miasta. Spakowały się po cichu i w bezruchu czekały rano w pokoju, aż koordynator, który spał za ścianą, wyjdzie z budynku. Gdy tylko wsiadł do auta, wybiegły z torbami na pociąg i ruszyły do Warszawy. Koleżanka Oleny znalazła im pracę na plantacji malin pod stolicą.
− Uciekłyśmy! Ale dokąd? Co to było!? Bunkier, stary betonowy budynek, częściowo pod ziemią, mieszkaliśmy w osiem osób. Miejscowości nie pamiętam. Jedliśmy maliny, które zbieraliśmy na wielkim polu. Gdy padał deszcz, po prostu nas tam zostawiali. Zapłacili dopiero po groźbach, że wezwiemy policję. Uciekałyśmy dalej. I trafiłyśmy gorzej. Tę nazwę pamiętam: Wólka Radzymińska. Wywozili nas piętnaście kilometrów w las. Do oczka. Oczko to był fragment lasu otoczony budowlaną siatką z cienkiego drutu. Wyrywaliśmy tam chwasty po dziesięć godzin dziennie. Czasami rękami, czasem nożycami ogrodniczymi wokół sadzonek: dębu, brzozy, grabu. Nawet w niedziele pracowaliśmy. Cały czas w gumowcach. Zostawiali nas samych w tych oczkach. Trzynaście dziewczyn i kilku mężczyzn. Tam było wszystko: łosie, żmije, miedzianki i komary. Kleszcze w pachwinach, pod pachami. Kilka razy zaatakowały nas szerszenie. Po kilku dniach pracy tak bolały mnie ręce, że nawet spodni nie mogłam zdjąć w toalecie ani rozczesać włosów. Wszyscy brali tabletki przeciwbólowe. Znowu miałam taką myśl, że pójdę na policję i poproszę, aby mi tylko dali pieniądze na dojazd do granicy, nic więcej nie potrzebowałam – wspomina Olena.
Koordynatorem pracy był młody chłopak, Polak. Nie chciał płacić, żartował: „Dzisiaj bank nie pracuje, a jutro święto”. Olena przeczuwała, że nie dostaną tych pieniędzy, postanowiła oszczędzać. Po jedzenie woził nas do wiejskiego sklepu, kupowałam tylko to, co potrzebne. Mijały kolejne tygodnie – bez zmian. Ludzie dzwonili nawet do konsulatu, na czerwoną linię. Słyszeli: „A co my mamy poradzić? Wy na czarno pracujecie. Możecie ukraść piłę, wtedy przyjedzie policja i może ktoś zada koordynatorowi pytanie o pracowników i może wyjdzie, że na czarno u niego jesteście”.
− Zaczął się nad nami znęcać – tłumaczy Olena. – Zamykał mnie w toalecie, gasił światło i tak zostawiał, a z całą grupą jechał do lasu. Albo pytał mnie: „Zrobisz mi loda?”. Przy wszystkich. Powiedziałam mu, że nie chcę tego słuchać. W deszczowe dni nie dało się pracować w oczkach. Zawoził nas wtedy na skraj lasu, przy drogach szybkiego ruchu, i kazał sprzątać. Sedesy, ekrany od telewizorów, pety. Zmuszał nas, żeby chodzić po lesie i zbierać te, jak to się nazywa? – Jagody? – dopytywałam. – Nie, nie – prezerwatywy. Wyrzucone, zużyte prezerwatywy. W lesie, przy tych drogach stoją prostytutki, każda ma swoje miejsce. I tam zatrzymują się samochody, pięć minut, dziesięć, i wyrzucają. I nam kazał to zbierać. Po co? Żeby czysto było. Plułyśmy i zbierałyśmy. Do worka na śmieci. Chodziłam po tym lesie i nie wierzyłam, że to się dzieje: jechałam do Biedronki pracować, a w lesie pod Warszawą prezerwatywy zbieram. Jak niewolnicy my byliśmy – podsumowuje.
W dniu rozliczenia koordynator zostawił ich i uciekł. Mężczyźni prawie pobili właściciela firmy, gdy przyjechał. Wezwali policję, ci wzięli ich paszporty i powiedzieli tak: „Wy na czarno, wam nic pomóc nie możemy, prawo po jego stronie. Ale jeśli chcecie, możecie zrobić tak: straż graniczna przyjedzie i zabiorą mu kontrakt, a was deportują. Wybierajcie: albo deportacja, albo po cichu, bez pieniędzy jedziecie na Ukrainę”. Wszyscy wybrali, choć to słowo tu nie pasuje, tę drugą opcję. – Po tych kilku tygodniach w Polsce wróciłam z dwustoma złotymi w kieszeni – wspomina. – Gdy zadzwoniła znajoma, która szukała kogoś na zmianę, do opieki, i powiedziała, że w Gdańsku, zaczęłam na nią krzyczeć: „Nie chcę! Niech spłonie ten Gdańsk!”. Ale ona zaczęła mi tłumaczyć, że to inna praca, że pieniądze do ręki, że pod dachem. Miała rację. Jak jechałam na tę opiekę, to spóźniłam się na autobus i torbę swoją zostawiłam w taksówce. Przyjechałam bez ubrań i bez jedzenia. Wszystko dostałam, tak mi było tam dobrze. Ludzie mnie szanowali: sąsiedzi, pracodawcy. Dach nad głową i pewna zapłata.
Wtedy myślałam, że to awans.
Awans Olena Siliakova (ukr. Олена Сілякова) dostała w 2013 roku. Pracowała w Prominvestbanku. – Rok 2013 był najlepszy w mojej karierze! Zostałam kierowniczką działu – opowiada z entuzjazmem. Ma rude, starannie ułożone włosy. Delikatny sznur pereł pod szyją, biały kołnierzyk, pomarańczowy sweter i szminka w jego odcieniu tworzą dopasowany zestaw. – Całe życie przeżyłam w Doniecku, a konkretnie w Makijiwce – stwierdza i dodaje: – Taki „poddoniecki Pruszków” (od razu sprawdzam, ukraińskie miasto jest ponad sześciokrotnie większe od polskiego Pruszkowa). Obok mieszkania miała bazarek, a tam zawsze spotkała koleżankę albo sąsiadkę. Niedaleko fryzjerka i manikiurzystka, te same od dziesięciu lat, no i praca, ta sama od piętnastu. Kupiła auto prosto z salonu i pojechała nim z mężem i córką na wakacje na Krym. – Od zawsze lubiłam czytać książki. Tamtego lata zachwycałam się Viktorem Franklem i jego książką Człowiek w poszukiwaniu sensu – wspomina. – Zapamiętałam z niej jedno zdanie: „Gdy twoje otoczenie zaczyna przypominać getto, to znak, że trzeba wyjeżdżać”.
Początek
– Może sobie pani wyobrazić wyrzutnie grad? – pyta mnie Olena. Przecząco kręcę głową. Kładzie swój telefon na stole, przy którym rozmawiamy, wzdłuż niego łyżeczkę i tłumaczy: – Telefon to nasza kamienica, łyżka to droga. Za nią stały trzy wyrzutnie. Pokazuje mi znalezione w Wikipedii zdjęcie wyrzutni BM-21 Grad, która umieszczona jest na masywnym, sześciokołowym samochodzie ciężarowym (wedle Wikipedii to Ural-375d). – Jak te rosyjskie grady jechały pod oknami, niektórzy sąsiedzi wychylali się i krzyczeli: „Witamy wyzwolicieli” – wspomina i dodaje: – Obecność gradów powodowała, że nie sposób było zasnąć. Podczas wylotów rakiet z wyrzutni podmuchy powietrza ruszały całą kamienicą. Jednak wszyscy żyli w strachu przed dźwiękiem ukraińskiej rakiety, która mogła zniszczyć grady, ale też trafić w ich dom. Noce spędzali, leżąc w ubraniach, nasłuchując i nie rozumiejąc do końca, co się dzieje. – W internecie krążyły wtedy śmieszne memy o tym, żeby do snu ubierać się w najdroższą bieliznę – jak zginiesz, to przynajmniej w przyjemnych warunkach – wspomina Olena.
Nim rosyjskie grady stanęły obok mieszkania Oleny, z Doniecka najpierw uciekła władza obwodu. Zaczęła się wiosna 2014 roku i bombardowań nie było. Siódmego kwietnia separatyści prorosyjscy zaatakowali budynek Służb Bezpieczeństwa Ukrainy i okupując siedzibę rady obwodowej, ogłosili powstanie Donieckiej Republiki Ludowej. Z masztu nad siedzibą władz obwodu zdjęto flagę Ukrainy i zamiast niej powieszono czarno-niebiesko-czerwoną flagę Donieckiej Republiki Ludowej2.
Olena opisuje to tak: – Ktoś postawił barykady przed urzędem miasta. Zniknęli policjanci. Pojawili się mężczyźni w wojskowych ubraniach, bez oznaczeń, którzy mieli przy sobie broń, jeździli z nią na samochodach. Nie wiadomo było, kim są, ale na pewno nie miejscowymi. Często pytali o drogę, nie znali miasta i okolicy. Ale szybko okazało się, że mogą zatrzymać dowolny samochód i powiedzieć, że jest ich, albo wejść do mieszkania i stwierdzić, że teraz oni będą tu mieszkać. – Przecież wszystkie wiemy z innych momentów historii, co dzieje się z kobietami, jak nie ma policji, a mężczyźni mają broń. Zawsze to samo – dodaje. – Kto mógł, wyjechał na wakacje na dacze. Od nas pierwsza wyjechała moja córka Maryna. Pojechała do koleżanki do Lwowa. Mieliśmy nadzieję, że wszystko potoczy się jak na Krymie, czyli bez walk.
W lutym 2014 roku wojsko rosyjskie zajęło krymskie lotnisko w Symferopolu, a następnie w ciągu miesiąca przeprowadziło bezkrwawe przejęcia kluczowych obiektów infrastruktury cywilnej i wojskowej, zmuszając jednostki Sił Zbrojnych Ukrainy do poddania się3, a w nielegalnie zorganizowanym referendum szesnastego marca 2014 roku 96,77% głosujących opowiedziało się za przyłączeniem Krymu do Federacji Rosyjskiej4.
Ostatni pociąg
Pociąg, do którego wsiadła trzynastego czerwca 2014 roku córka Oleny, był ostatnim bezpośrednim pociągiem odjeżdżającym z dworca w Doniecku w kierunku Lwowa. Maryna zakładała, że wyjeżdża tylko turystycznie, jednak gdy wyjazd się przedłużał, dzwoniła do domu i tłumaczyła, w której szufladzie znajduje się to, co jest jej właśnie potrzebne. Wszystko to Olena wysyłała paczkami do Lwowa. – Wtedy nie było jeszcze mądrych książek i analiz, które są dostępne teraz. Wielu ludzi nie wiedziało, co tak naprawdę się dzieje. Media prorosyjskie mówiły, że Rosjan nie ma w Doniecku, tylko ludzie z Donbasu walczą, ale nikt nie był pewny, co to w zasadzie oznacza. Niezależni blogerzy pisali: „Wyjeżdżajcie” – wspomina. – A potem się zaczęło: zobaczyłam kartkę na sklepie spożywczym, że zamykają. Moim rodzicom wstrzymano wypłacanie emerytur. A w połowie lipca wprowadzono stan wojenny i godzinę policyjną. Puste ulice i coraz więcej blockpostów. Oboje z mężem straciliśmy pracę, a potem pod nasze okna wjechały te grady. Nasza okolica zaczęła przypominać getto – podsumowuje Olena.
Decyzję o wyjeździe podjęli bardzo szybko. Zadzwonił do Oleny jej brat z Charkowa. – Przyjeżdżajcie do mnie, mam drugie mieszkanie, mogę je wam udostępnić. Słyszałem, jak prezydent Poroszenko mówił w telewizji: „Proszę wyjechać z Doniecka, za dwa–trzy tygodnie Donieck będzie wolny”5 – wspomina Olena. – Nie wiem, czy mój brat mówił prawdę, ale założyliśmy, że jeśli wojska ukraińskie mają wyzwalać Donieck od separatystów, to miasto czekają ciężkie walki. Na wszelki wypadek wzięli rzeczy na trzy miesiące. Klucze i klatkę z papugą zostawili rodzicom Oleny mieszkającym z drugiej strony Doniecka. Wsiedli do auta (tego z salonu) i dołączyli do kolumny samochodów jadącej na północ. Do Charkowa mieli trzysta kilometrów.
Pierwszy krąg samotności: udowodnij, kim nie jesteś
Trasa między tymi dwoma miastami prowadziła wtedy częściowo przez tereny świeżo okupowane przez Rosjan. – Gdy jechaliśmy przez las, wyszli nam na drogę młodzi chłopcy z karabinami. Naradzaliśmy się nerwowo: Co im powiedzieć? Kim teraz jesteśmy? – wspomina Olena. – Okazało się, że chcieli tylko sprawdzić drogę, ale do dzisiaj nie wiem, kim byli: separatystami czy Ukraińcami. Wtedy wszyscy mówiliśmy jeszcze w jednym języku – dodaje.
Po wjeździe na teren kontrolowany przez ukraińskie władze auto na donieckich numerach powitały ukraińskie blokposty. Na jednym z nich stali bardzo młodzi żołnierze. Zatrzymali samochód Oleny i zaczęli po rosyjsku: – „Dlaczego macie świeżo wyrobiony paszport, a drugi to kserówka?” – wspomina Olena i od razu wyjaśnia. – Chodziło o wewnętrzne paszporty, czyli ukraiński dowód tożsamości. Mojemu mężowi skończył się stary i jeszcze przed okupacją zdążył wyrobić nowy, a ja swój oryginalny przez pomyłkę wysłałam do Maryny do Lwowa. Brzmiało to wszystko podejrzanie. Nowe paszporty mieli tylko dywersanci, nie mówiąc o kserówkach. Poczęstowałam ich naleśnikami z serem i jednak nas przepuścili.
W Charkowie, który do granicy z Rosją ma bliżej niż Donieck, bo niespełna pięćdziesiąt kilometrów, ludzie żyli swoimi prywatnymi sprawami. Działały banki, kina, kawiarnie. Tu nie było wojny. – O działaniach w Donbasie mówiono ATO (ukr. Антитерористична операція на сході України), czyli Operacja Antyterrorystyczna na wschodzie Ukrainy6. A my nie byliśmy uchodźcami, tylko wymuszonymi przesiedleńcami (ukr. вимушені переселенці) – tłumaczy Olena. – Dla nas, którzy widzieliśmy wojnę na własne oczy, te określenia wydawały się nieprzystające.
W ciągu roku do Charkowa przyjeżdżało ich tylu, że populacja miasta zwiększyła się o jedną czwartą. W urzędach pytano, jakie mają poglądy, czy nie są na żadnej liście kolaborantów z Rosją, czy wszystko z nimi w porządku. Do Charkowa przyjechała córka Oleny i obie zatrudniły się w przedsiębiorstwie sprzedającym koks, którym zarządzał brat. – Nie była to przyjemna praca. – podsumowuje Olena. – W tej fabryce wszyscy rozmawiali po ukraińsku. Mówili: „To wasza wojna”. I pytali ze zdziwieniem, czemu nie wracamy do siebie, przecież tam wszystko będzie dobrze. Brat się nie zgodził, żeby się zameldowali w jego mieszkaniu. Szukali na własną rękę, ale jak tylko pokazywali dokumenty, przerywano rozmowy. Z donieckim zameldowaniem nie mogliśmy nawet wynająć mieszkania – tłumaczy Olena. – Staliśmy się obywatelami drugiej kategorii.
Drugi krąg samotności: powoli tracisz bliskich
– Pamiętasz Grona gniewu? – pyta mnie Olena. – Rodzina Joadów ucieka przed Wielkim Kryzysem z centralnej części Stanów Zjednoczonych, z Oklahomy, nad ocean, do Kalifornii. Pakują się do ciężarówki i podążają drogą numer 66. Podróż jest wymagająca, trwa susza, zdarzają się burze piaskowe. Odchodzą od nich kolejni ludzie – opowiada. Sprawdzam: faktycznie dziadek i babcia umierają jako pierwsi, potem odłączają się starszy syn i mąż córki. Pozostali prowadzeni przez mamę Ma Joad jadą dalej, mając poczucie, że nic dobrego w Kalifornii na nich nie czeka. – Żyjąc w Charkowie, czułam się jak bohaterka tej książki. Byliśmy razem, ale z każdym tygodniem kogoś z nas ubywało – dodaje Olena.
Papuga była pierwsza. Została z rodzicami Oleny w Doniecku i nie wytrzymała nagłej zmiany właściciela oraz dźwięków towarzyszących wystrzałom. Druga była kotka o imieniu Misia. Jej klatka była mniejsza i można było ją zabrać ze sobą do Charkowa. Brat nie zgodził się na kota w swoim mieszkaniu. Olena wypracowała system skrytek: łazienka, duża torba z ubraniami w szafie, garaż. Ale podczas nieoczekiwanej wizyty brata obecność Misi wyszła na jaw, zwierzę musiało opuścić mieszkanie. Najpierw zamieszkało u znajomej, u której mąż remontował mieszkanie. Olena odwiedzała ją co sobota i podkarmiała. – Misia była piękna i mądra. Tak ją zapamiętałam – mówi i pokazuje mi zdjęcie kotki z dużymi, żółto-zielonymi oczami. Po skończonym remoncie musiała poszukać dla Misi nowego domu. Był nim budynek kościoła pod Charkowem. Potem słuch po niej zaginął.
Brak perspektyw sprawił, że do mieszkania w Charkowie dotarli też rodzicie Oleny. – Bardzo źle to znieśli, a jednocześnie mama na jakiekolwiek narzekania Oleny miała tylko jeden komentarz: „Jak ci się nie podoba, to zawsze możesz wrócić”. Po trzech miesiącach zmarł mój tata, bardzo tęsknił. Tuż przed śmiercią szeptał: „Dawaj, pojediem w Donieck” – wspomina Olena.
Pojechały razem z mamą autobusem. Droga do domu trwała dwadzieścia cztery godziny. Kluczyła, prowadziła przez wąskie bezdroża z dziurami i dużą liczbą przystanków. Olena do mieszkania szła przez puste ulice. Czasem tylko ktoś przemykał. Za dobrze znanymi sobie drzwiami wszystko było na swoim miejscu: talerze w kuchni, zmywarka, zdjęcia wewnątrz komody w sypialni. Wyjęła pudła z szuflady i zaczęła przeglądać. – Maryna chciała, abym przywiozła jej choćby te ze Świętym Mikołajem – opowiada. – Dotarło do mnie, że te zdjęcia chronią to mieszkanie, że jak ich nie będzie, to ono będzie niczyje. Wtedy na pewno bomba tu wpadnie albo ktoś się włamie – tłumaczy. – A do córki wtedy pisałam tak: „Nie ma pracy, wszyscy żyją z pomocy rodziców. Krążą między ludźmi straszne historie – ktoś zaginął, ktoś został pobity. Czujemy, że długo tam nie wrócimy”. Sprzedaż nie wchodziła w grę, bo aby dopełnić formalności, właściciel musiał mieć rosyjski paszport. Dlatego tak wiele mieszkań na wschodzie Ukrainy stoi pustych7 – tłumaczy Maryna.
Znajdujesz kierunkowskaz
Olena mieszkając w Charkowie, miała kontakt ze swoją koleżanką, z którą latami pracowały w Prominvestbanku. – Nazywałam ją: „Nadia, pani ze Lwowa” – wspomina Olena. – Urodziła się pod Lwowem, ale dwadzieścia pięć lat mieszkała w Doniecku. Gdy wybuchła wojna, wróciła na zachód Ukrainy, a potem wyjechała do Warszawy.
Rozmowy z Nadią wyglądały mniej więcej tak jak poniżej.
Olena: Ta praca to użeranie się z wiecznie pijanymi mężczyznami, którzy źle robią te raporty transportowe. Mam wrażenie, że cały czas coś mi się nie zgadza. Nie daję już rady. Brat tego nie rozumie, pyta tylko: „ile, kiedy”. Znaleźliśmy z Wadimem inne mieszkanie na wynajem. Stare. Od czasów Gorbaczowa nic tam nie było robione, ale właścicielka zgadza się, aby nam wynająć. Po prostu potrzebuje pieniędzy. Taki cud. W przyszłym miesiącu będziemy się przeprowadzać.
Nadia: A jaki koszt?
Olena: Cała moja pensja pójdzie na jego wynajem.
Nadia: Olena, zostaw to wszystko i przyjedź do Polski.
Olena: Co ty mówisz, ja nie mam takiego doświadczenia. Moja mama pomyślałaby, że zwariowałam. Zresztą zupełnie nie wiedziałabym, co ze sobą zabrać.
Nadia: Olena, w ogóle niepotrzebne nic brać, tylko bilet i przyjeżdżaj do Warszawy. Tu zarobisz w tydzień tyle, co w Charkowie przez miesiąc.
Olena: Ale mi Charków coraz bardziej się podoba. Jakie tu parki! I wiesz, chyba w końcu znalazłam swoją fryzjerkę.
Nadia: Po prostu się przyzwyczajasz. – I dodawała: Czekam tu na Ciebie.
– To była jedyna osoba z otoczenia, która pokazała mi, że wyjazd do Polski jest po prostu możliwy – opowiada. – Była jak samotny drogowskaz w polu wskazujący kierunek.
Trzeci krąg samotności: wierzysz, że nie masz nic do stracenia
Był koniec wakacji w 2015 roku. Najpierw musieli kupić oświadczenie o powierzeniu pracy cudzoziemcowi. Wyszukali ofertę w serwisie Vkontakte. Istniały tam grupy, na których pisano o przeprowadzce do Polski. Jedną z nich była ta o nazwie „EuroStart – Wszystko o Polsce. Studiuj. Karta Polaka”. Mailowo otrzymali oświadczenia o przyjęciu ich do pracy w Jeleniej Górze, do zakładu krawieckiego, pensja minimalna tysiąc dziewięćset złotych brutto. Maryna miała zostać jeszcze chwilę w Charkowie i skończyć kurs polskiego. – To był taki chytry plan – uśmiecha się Olena – aby o niczym nie mówić mojej mamie i bratu. Baliśmy się, że nas nie wypuszczą. Wszystkie przygotowania robiliśmy bez konsultacji z nimi. Oglądaliśmy filmiki na YouTubie o przeprowadzce za granicę i czytaliśmy poradniki w internecie.
Sprawdzam jeden z filmików podsyłanych mi przez Olenę8. Możemy tu znaleźć porady: „Trzeba odpowiedzieć krótko i na temat, nie trzeba się starać zadowolić ani rozśmieszyć strażnika granicznego, on takich żartownisiów widuje wielu dziennie i jest negatywnie nastawiony” albo „Straż graniczna może zadzwonić pod numer telefonu wskazany w zaproszeniu, aby dowiedzieć się, czy jesteś zatrudniony; dzwoni tylko w ciągu dnia, jeśli przekroczysz granicę w nocy, nie zadzwoni”.
Rodzinie powiedzieli dwa dni przed podróżą. – Jak można wyjechać i to wszystko zostawić?! – krzyczał brat Oleny. – Jesteś mi tutaj potrzebna. Olena do dzisiaj nie wie, jak to możliwe, że razem z mężem znaleźli się autobusie Charków–Warszawa. To wtedy zaczęła się dla niej nowa historia. Donieck zatonął w niej jak Atlantyda: był i nagle zniknął. Koleżanki mogły się do Oleny dodzwonić tylko podczas jej wizyt w Charkowie. Jeździła tam regularnie dwa–trzy razy w roku do pandemii, wtedy zrezygnowała, bo przejazd stał się bardzo skomplikowany, a potem było już tylko trudniej. – Brat mojego męża, który został w Doniecku, służył w rosyjskiej armii. Teściowa nawet na urodziny nie zadzwoniła – wspomina. – Wcześniej myślałam, że można po prostu o tych sprawach nie rozmawiać. Ale jak? Charków jest bombardowany, a tam została moja mama i brat, i jak wtedy zapytać, co słychać? Prędzej czy później w takiej rozmowie dochodzi się do trudnego pytania: „Kto jest winny?”. Nasze odpowiedzi są zupełnie inne. I nie da się dalej rozmawiać – opowiada.
Kolejny: szukasz luster, w których możesz się przejrzeć
W Warszawie zamieszkali w lokum, które wynajmowała Nadia. Za pokój płacili prawie tyle, ile ona za całość. Wadim dostał pracę już następnego dnia, przy „końcówkach”, czyli wykończaniu mieszkań na sprzedaż. Olena poszła sprzątać. „W Warszawie nie znajdziesz lepszej pracy” – tak tłumaczyła jej „Nadia, pani ze Lwowa”. Przez kolejne tygodnie chodziły do pracy razem. Olena na początku zarabiała symboliczną kwotę, bo Nadia traktowała to jako szkolenie, po kilku tygodniach przekazanie każdego kontaktu na wyłączność kosztowało tyle, ile jednorazowe sprzątanie. – Trochę czasu zajęło mi, aby zrozumieć, że ona na mnie po prostu zarabia – wspomina Olena.
Niektóre z koleżanek Oleny mówiły: „Praca na sprzątaniu to najlepsza praca w moim życiu” i były w stanie jednego dnia posprzątać dwa domy. Olena nigdy nie miała takiej motywacji. – Często te spotkania w Warszawie wyglądały tak: usmażymy kartofle i mięso, i kupimy wódki, i dyskutujemy: ile ta pani płaci, czy jest dobra, czy niedobra, kto ile zarabia. Na początku to było interesujące, teraz wolę pobyć w domu – opowiada. – Różnica między mną a tymi z zachodniej Ukrainy jest między innymi taka, że ja nie mam do czego wracać. Gdybym zostawiła mieszkanie, choćby we Lwowie, mogłabym wciąż zbierać na remont. Ale nie mam czego remontować. Moja córka jest tutaj. Nie muszę zarabiać na jej utrzymanie w Ukrainie, nie doświadczyłam rozstania z nią z powodu wyjazdu do pracy – a to też był częsty temat rozmów.
Za morzem
Jest jeszcze ciemno, gdy ubrana do wyjścia młoda kobieta, leżąc na materacu, przytula do siebie kilkuletniego synka. Delikatnie wyciera łzy cieknące jej po policzkach, ściska w dłoni spakowaną torbę i znika z kadru. Patrzymy przez chwilę na chłopca, który będąc na granicy wybudzenia, szuka jej rączką. Ostatecznie dłoń opada na materac i chłopiec zasypia. Pora deszczowa w Filipinach sprawia, że ulice zamieniają się w płytkie rzeki, po których sprawnie poruszają się rowery, motocykle i tuk-tuki – trójkołowe taksówki. Gdy dziewczyna wsiada do jednej z nich, w środku są już inne kobiety. Wszystkie milczą.
Taksówka zawozi je na autobus, a potem prawdopodobnie na lotnisko. Mrok rozświetlony światłami innych taksówek i wiatr muskający włosy kobiet to ostatnie kadry filmu Overseas (pol. Za morzem). Opowiada historie filipińskich kobiet, które aby poprawić sytuację materialną, a czasem po prostu wyżywić swoich bliskich, decydują się wyjechać za granicę do pracy opiekuńczej na kilkuletnie kontrakty. Należą do grupy OFW (Overseas Filippino Workers).
Jako osoby pracujące poza swoim krajem (w różnych sektorach) w 2023 roku stanowiły około dziesięciu procent populacji kraju, a „wysyłany” przez nie dochód to w przybliżeniu dziesięć procent PKB Filipin. Trudno jest oszacować, jak wiele z tych osób pracuje w sektorze opieki, ale ponad połowa z nich zarabia w tak zwanych elementary occupations i service workers, które często obejmują wiele form pracy w opiece domowej lub usługach pomocowych9.
− Uderzyło mnie, że rząd Filipin zinstytucjonalizował tę migrację. Z tego zdziwienia narodził się film – podkreśla w wywiadzie z Katią Bayer reżyserka Sung-A Yoon10. Kamera towarzyszy grupie kilkunastu kobiet podczas dwutygodniowego szkolenia, które ma ich przygotować do prowadzenia domu, opieki nad osobami starszymi bądź dziećmi za granicą. W Filipinach szkolenia są obowiązkowe przed wyjazdem, który ma trwać minimum dwa lata. OFW do pracy wybierają się daleko za morze. Głównym celem ich wyjazdów zarobkowych są Stany Zjednoczone i kraje Bliskiego Wschodu.
Podczas szkolenia uwiecznionego w filmie bohaterki mieszkają i uczą się w dużym, postkolonialnym domu otoczonym palmami, którego podwórko zajmuje olbrzymia kałuża. Uczą się sprzątać, myć toaletę, podawać posiłki do stołu. Na fantomie ćwiczą, jak przewrócić osobę starszą na bok, jak zmienić pampersa. Odgrywają scenki, w których wcielają się w role pracodawców i pracodawczyń. Dyskutują, jak reagować na typowe sytuacje. Część z nich pracowała już za granicą: w Dubaju, Omanie lub Hongkongu, i wiedzą, jak odegrać rolę osoby będącej w dominującej pozycji. Tak jak Perci, która zgłasza się do roli pracodawczyni. Wkłada marynarkę, rozpuszcza włosy i maluje usta czerwoną szminką. Pegi, która odgrywa rolę pomocy domowej, wkłada fartuch.
− Pegi, chodź tu i przestaw te buty. – Perci wygląda na naprawdę wściekłą, krzyczy na Pegi i wskazuje na bordowe baleriny. – Ciesz się, poprzednia Filipinka musiała mi zdejmować buty ze stóp! – wrzeszczy i ciągnąc Pegi za ucho, wyprowadza ją z kuchni. Takich scenek jest kilka. Bohaterki biorą też udział w wykładach, podczas których są informowane o tym, jakie prawa im przysługują: „Jeżeli nie pokażecie, że się gniewacie, będą wami komenderować”, „Nawet maszyny czasem narzekają i wam też wolno”, „Nigdy nie płaczcie przy pracodawcach, płacz to objaw słabości. Filipinki nie są słabe” i na koniec: „Pamiętajcie, że robicie to przede wszystkim dla rodziny”.
Kursantki wszystko skrzętnie notują, a wieczorami przygotowują razem posiłki i śpią obok siebie na materacach rozłożonych na podłodze. Te bardziej doświadczone opowiadają historie. Jedna o tym, że jak było jej ciężko, śpiewała i to pomagało. Druga mówi, że jak zatrudniający ją popychali, rozkazywali, co ma zrobić, to nic nie mówiła, ale potem ze złości uderzała w ścianę, trzaskała drzwiami. Oni to widzieli i zmienili stosunek do niej. Kolejna, że „dała radę z mężem, który poszedł do prostytutki, oraz że przetrwała i to”. „To” dotyczyło tego, że w trakcie wyjazdu kontraktowego była przez swojego pracodawcę obmacywana po piersiach, łapana za pupę, dotykana po genitaliach. Nie chciała o tym nikomu mówić, powiedziała tylko koleżance, która wracała do domu i radziła jej uciekać, bo widziała w tej sytuacji zagrożenie gwałtem. Kolejna opowiada historię, jak mężczyzna, który ją zatrudnił, co rano opalał się nago w ogrodzie. Inna mówi, żeby nie wchodzić do sypialni pana, gdy jest w niej sam. Tak na wszelki wypadek.
Film oglądam wiosną 2023 roku w Muzeum Etnograficznym w Warszawie podczas przeglądu filmowego „Dokumentalistki”. Na seansie jestem w towarzystwie Rusłany Poberezhnyk, Anny Omelyanskiej, Nadii Kondrach i Natalii Hladysh11 – członkiń Komisji Pracowników i Pracownic Domowych przy Związku Zawodowym Inicjatywa Pracownicza. Gdy wychodzimy z sali kinowej, wszystkie są bardzo poruszone. – My nie mamy takiej szkoły, uczyłyśmy się wszystkiego w pracy – komentuje Rusłana. – Ale trud związany z zostawianiem małego dziecka jest wszędzie taki sam – wzdycha i zaczyna opowiadać. – To było ponad dwadzieścia lat temu. W Ukrainie pracowałam w przedszkolu. Nie płacili od kilku miesięcy, mama nie dostawała emerytury. Latem zajmowałam się gospodarstwem, ale co robić później? Swojego jedynego, trzyletniego syna zostawiałam na rękach mojej mamy. Pierwszy raz na trzy miesiące, potem na dłużej. Wyjeżdżałam czasem, jak spał, czasem, gdy był trochę starszy, to chował mi paszport, abym nie wyjechała – kończy dopiero, gdy jesteśmy na przystanku autobusowym.
Przypominam sobie relacje innych kobiet:
„Jak wyjechałam pierwszy raz, syn też miał trzy latka. Jak wróciłam do domu, to mówił do mnie «ciociu»” (Elena). „Mój syn chodził już do szkoły, gdy wyjechałam. Codziennie do niego dzwoniłam i jak zaczynał mówić takim cichutkim, słabym głosem, to od razu wiedziałam, że stary wpadł w cug, pije i muszę wracać. Przyjeżdżałam na trzy, cztery dni, zostawiałam go w bezpiecznym miejscu u mojej mamy albo u siostry i wracałam do pracy. Zabierałam go na całe wakacje, chodził ze mną na sprzątanie” (Sława). „Ja do swoich dzwonię rano i wieczorem, mam dwie córki. Bardzo za nimi tęsknię, w Polsce sprzątam, nie mogłabym się zajmować dziećmi, nie przeżyłabym tego” (Ula).
Wyjeżdża w ciszy
Od rozpadu Związku Radzieckiego w 1991 roku aż do wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie w lutym 2022 roku obserwuje się feminizację migracji zarobkowej w tym kraju. Cechuje ją to, że po raz pierwszy w historii Ukrainki wyjeżdżały za granicę samodzielnie, a nie jako towarzyszki mężczyzn. W 2004 roku tamtejsze Ministerstwo Rodziny obliczyło, że tylko w obwodzie lwowskim około jednej czwartej gospodarstw domowych ma małoletnich powierzonych dziadkom, wujkom i ciociom lub przyjaciołom na wychowanie. Dane mogą różnić się w górę, ponieważ opierają się na deklaracjach migrantów, którzy sami się zgłaszają12. Przy czym szacuje się, że dziewięćdziesiąt procent kobiet, które zdecydowały się wyruszyć za granicę, jechało do pracy nierejestrowanej13 (dane z 2007 roku), czyli w kraju, do którego docierały, świadczyły ją bez umowy. „Zazwyczaj migracja kobiet kończy się dla nich zatrudnieniem w nieformalnym sektorze przy wykonywaniu zadań reprodukcyjnych, które uprzednio realizowały nieodpłatnie we własnych gospodarstwach domowych. Zajmują się więc sprzątaniem domów, opieką nad dziećmi czy osobami starszymi, z tą tylko różnicą, że za granicą uzyskują za to wynagrodzenie”14. I to ten ostatni element specyfiki kobiecej migracji, czyli praca w szarej strefie, odgrywa znaczącą rolę, gdy przyjrzymy się jej konsekwencjom dla rodzin. Migrującym kobietom i ich rodzinom towarzyszy cisza.
– Wiesz, ta nasza Ukrainka zostawiła w domu małą córeczkę – opowiada mi znajoma podczas pikniku rodzinnego. – Mówiła nam, że zawsze gdy wyjeżdża, wymyka się nad ranem po cichu, nic jej wcześniej nie mówi. Tłumaczyliśmy, że to może nie najlepsza metoda, ale nie chciała słuchać. Przecież takie dziecko trzeba byłoby jakoś przygotować, wytłumaczyć – ciągnie coraz bardziej zbulwersowana.
