Piękna rupieciarnia - Bohumil Hrabal - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Bohumil Hrabal to pisarz legenda, niedościgniony gawędziarz, mistyk codzienności i – o czym mało kto wie – mistrz kamuflażu. W swoim pisarstwie stworzył galerię niezwykłych postaci, w których on sam wydaje się odbijać niczym w zwierciadle. Czyż bowiem spod rozgadania stryjka Pepiego, szaleństwa czułego barbarzyńcy Boudnika lub niedojrzałości kelnera Jana Dziecięcia nie wyziera twarz samego Hrabala?

W „Pięknej rupieciarni” pisarz wreszcie opowiada o sobie bezpośrednio. W zebranych tu esejach, wywiadach, relacjach z podróży i listach poznajemy Hrabala filozofa, człowieka zafascynowanego sztuką, autoironicznego i krytycznego intelektualistę. Praskiego „pana doktora”, spędzającego czas w towarzystwie Pounda, Schopenhauera, Eliota i Pollocka. To także zapis pięknego zdziwienia światem i głos epoki, która skończyła się na bruku, pod oknami szpitala na Bulovce wraz z samobójczą śmiercią pisarza.

„[...] w miarę czytania zostałem uwiedziony przez orgię gadulstwa. Z orgią bywa tak, że ona nam się nie podoba, gdy jesteśmy w niej pominięci. Kiedy jednak nas do niej wciągną, traci się zahamowania i miarę. Uległem.” Mariusz Szczygieł, „Gazeta Wyborcza”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 237

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Bohumil Hrabal

Piękna rupieciarnia

Przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w  internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i  koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by PAP/CTK

Copyright © 1995/96, Bohumil Hrabal Estate, Zürich, Switzerland

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski, 2019

Redakcja Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-807-5

Spotkanie autorskie w restauracji Leśna

To może ja wreszcie zacznę, co? Jestem pod wrażeniem, że przybyło tu was tak dużo, i jeszcze z powodu tego alkoholu, bo w tym względzie już nie jest ze mną najlepiej. Ostatnio w prezencie dostaję wyłącznie alkohol, a przy tym moja wątroba powinna się trochę oszczędzać, więc raczej trzeba by mi pić takie różne herbatki. Ale co tam, ja sobie z tym jakoś poradzę, jak w tej anegdocie, że nawet jak wątroba troszkę wysiądzie, wtedy wszystko załatwiają nerki, albo i śledziona.

Słuchajcie państwo, stuknęła mi siedemdziesiątka. Wiem, wiem, dzisiaj to już żaden wiek, ale kiedy wspominam strony, w których spędziłem sześćdziesiąt lat, bośmy się tu sprowadzili chyba w roku 1920, to na początek mogę powiedzieć tyle, że każdy, komu w szkole szło kiepsko, ba, kto nawet zimował – a na przykład ja siedziałem w pierwszej i czwartej gimnazjalnej – więc zapewniam, że ma on dużą szansę zostania pisarzem. Musi jednak w nim być coś szczególnego, zresztą uważam, że to coś powinno towarzyszyć życiu każdego człowieka – u mnie to chyba wrodzone, ale można to też w sobie wykształcić – chodzi mi o zachwyt nad widzialnym światem. Zachwyt nad tym, co nas otacza, nad samym sobą, żeby człowiek znalazł czas i rozejrzał się wokół, i dostrzegał, że przyroda, ludzie, ludzkie losy i cały widzialny świat są na swój sposób wspaniałe i wyjątkowe, nawet jeśli banalne. Dzisiejsze czasy właśnie banałowi dają zielone światło, ot choćby taki pop-art albo współczesne filmy. Weźcie państwo film, któryśmy nakręcili – jest w nim jeden nieboszczyk, ale w gruncie rzeczy są to tylko małe ludzkie historyjki i jak na nie spojrzeć przez pryzmat bystrego oka – a takie powinien mieć każdy – wtedy jest bardzo łatwo zrobić film z waszego życia, z życia waszych krewnych, bliźnich. Dlaczego o tym mówię? Ano tylko dlatego, że uprawianie sztuki to żadna sztuka. Co więcej, wspaniałe jest w niej to, że pisanie wcale nie jest konieczne, można je traktować tak, jak ja. Bo ja przede wszystkim żyłem, no i robiłem sobie zapiski. Ach, to moje życie w browarze. Nie byłem sierotą, zawsze wiodło nam się dostatnio, smalcu mieliśmy w bród, no i już od maleńkości lubiliśmy sobie popić, ale tak na wesoło, wiadomo, że piwa, w końcu w browarze człowiek nie będzie pił wody. I dzięki temu, że zawsze byliśmy ciut zawiani, tośmy wokół siebie widzieli różne rzeczy, a to, czegośmy nie widzieli, dopowiadał nam legendarny stryj Pepin. Na pewno każdy ma w swoim otoczeniu takiego „waryjota”, co to mówi o rzeczach, o których mówić nie wypada, jednak on mówi o nich jakoś tak inaczej, no i przez to stanowi centrum zainteresowania. Tak samo jest z knajpą – jest tam stół, przy którym na kogoś czekają, a czasem to właśnie wy jesteście tymi oczekującymi. I nagle przychodzi jakiś człowiek, który jest właśnie tym diamentowym oczkiem, po prostu kimś, kto siedzi w knajpie i potrafi opowiadać oraz komentować życie, nie tylko własne, także cudze, a o meczu piłkarskim opowie lepiej niż ktokolwiek inny. Tak więc sztukę opowieści wszyscy znamy z najbliższego otoczenia, tylko że nie potrafimy jej docenić, z wyjątkiem tych, co chodzą do knajpy, gdzie rozmowę się kultywuje, i właśnie to jest najwspanialsze, bo dla prozaika mojego pokroju rozmowa stanowi punkt wyjścia. W knajpie robią to za mnie inni, ponieważ knajpa jest prawdopodobnie tym miejscem, gdzie powstają anegdoty, czyli miniopowiadania, z kontekstem i podtekstem, czasem nawet bardzo bolesnym. A kto to wszystko wymyśla? Nigdy nie znamy autora, ponieważ jest nim zbiorowa świadomość, która tkwi w tym knajpianym potoku mowy, w żywym języku. Tak samo anonimowa jest też większość ludowych piosenek poruszających swoją głębią. Każdy poeta za szczyt własnego dorobku uważa taki wiersz, który nawiązuje do ludowej twórczości. No właśnie! Na mnie zawsze działało i wciąż działa to, co robią zwykli ludzie, ci anonimowi, nieznani, ludowi gawędziarze, i wydaje mi się, że mogłoby zadziałać na wszystkich, bo nie każdy ma cierpliwość, żeby się męczyć z robieniem notatek z życia albo brać przykład z Czechowa, Haška czy innych, jak się pisze dobre opowiadanie. Jednak już dzięki temu, że czyta, może patrzeć i rozglądać się, i stać się kongenialny, współtworzyć rzeczywistość, która dzieje się z minuty na minutę, z dnia na dzień itede. Ciekawe jednak, że komentarz do tego potrafią zrobić także zwykli ludzie i właśnie oni są dla mnie wzorem. No tak, czyli zanim wydałem swoją pierwszą książkę, a miałem wtedy czterdzieści osiem lat, więc do tego czasu tylko żyłem. Jak państwo wiecie, imałem się różnych zajęć. Krótko byłem dyżurnym ruchu na stacji, ale kiedy wojna się skończyła, zacząłem pracować jako agent ubezpieczeniowy, a potem robiłem u niejakiego Harry’ego K. Klofandy, wciskając tę bezsensowną galanterię i zabawki. A później przyszedł rok 1948 i nowa władza, więc musiałem zlikwidować działalność w firmie, no i przyjąłem się do huty w Kladnie… Tam było świetnie. Raz wsadzarka się urwała i jedno z kół walnęło mnie w głowę. Pozszywali mi ją i po ośmiu miesiącach, kiedy znów poszedłem do roboty, wsadzarka urwała się znowu, a wtedy majster Rendla powiedział: „Te, Hrabal, zwijaj manatki i zmykaj stąd, bo jeszcze nas tu wszystkich urządzisz!”. Wtedy nająłem się w składnicy makulatury. To była romantyczna przygoda, bo cały czas przebywałem tam z sympatycznymi ochlaptusami, którzy przez swoje pijaństwo byli o wiele mądrzejsi ode mnie. Ileż mi naopowiadali, a ja chciałem być taki jak oni. Ale kiedy już doszedłem do siebie po tym wypadku, kiedy koło walnęło mnie w łeb, okazało się, że od tamtej pory pisanie zaczęło mi iść lepiej. Czyli, jak zanotował Saroyan – „Tato, tobie odbiło”. Tylko że mnie odbiło trochę później… Cieszyłem się, że jestem pisarzem, kiedy ni z gruszki, ni z pietruszki, to było w 1962, przyszli do mnie i spytali: „Dasz nam pan jakąś książkę?”. A ja na to, że dobra. Wtedy znów pisałem komentarze do mojego życia, do tych moich fachów, do tych moich love story…

Byłem też parę razy zakochany. Zawsze to trwało cztery lata, tylko z żeniaczką jakoś mi nie wychodziło. Jednak później tamte dziewczyny całkiem dobrze powychodziły za mąż. I nie to, że nie chciałem się żenić. Chciałem, ale zawsze wydawałem więcej, niż zarabiałem, a tego kobity nie lubią. A teraz, jak mam pieniądze, już nie mogę tyle pić i wydawać. Bardzo lubiłem mocny alkohol. Najlepiej mi się piło z kubka, bo to pobudza myślenie, gdy człowiek ma zablokowany umysł i nic mu nie wychodzi, jak nie potrafi rozgryźć tekstu. Kiedy nie umiałem rozgryźć Artura Schopenhauera, wtedy szybko nalewałem sobie kubek wódki, potem drugi i od razu mi się w łepetynie robiło jaśniej. Tylko że wiecie państwo, człowiek musi się czuć przy tym tak, jakby szedł pod górkę, wtedy jest świetnie. A kiedy nagle zaczyna mieć wrażenie, co bywa tak mniej więcej po czterech godzinach, że ten alkohol działa odwrotnie, wtedy trzeba się na chwilkę położyć, wpakować do łóżka. Bardzo chętnie wylegiwałem się w łóżku, popołudniami też. Mogłem sobie na to pozwolić, bo chodziłem na drugą albo na trzecią zmianę, tylko że niechętnie trzymałem się grafiku. Ale wróćmy do obserwacji rzeczywistości. W moich opowiadaniach zawsze są obecne szczegóły, te takie najbanalniejsze, które, co ciekawe, dostrzegają dzieci i ludzie nawiedzeni, no i jeszcze pijusy, poeci oraz prozaicy. Właśnie proza wychwytuje z rzeczywistości oczka, po których tamta się porusza. Czyli się nią inspiruje… Jak już mówiłem, w szkole zimowałem dwa razy. Do dwudziestego roku życia głupol był ze mnie straszny, dzwon imbecylizmu. Przykładowo nie umiałem się uczyć, szkoła była jakby pociągiem, który jechał przez tunel. Ja tam wolałem ganiać z chłopakami albo grać w piłkę, albo ze stryjem Pepinem siedzieć w czeladnej i słuchać, co mówią dorośli. A czasem popijaliśmy i robiliśmy to samo, co dzisiaj ludzie przy oglądaniu teleturniejów. Chodziliśmy też do knajpy, graliśmy w bilard i gadali… Teraz patrzę na telewizję tylko wyjątkowo, kiedy jest jakiś mecz piłki albo co innego… Wczoraj na przykład chciałem obejrzeć Norę, aleśmy siedzieli tutaj, więc nie mogłem jej zobaczyć. Jednak jak tylko o tym przeczytałem, czułem, że ta Nora będzie znakomita, że z historią tej aktorki jest jak ze mną. Piszę o jakiejś pozytywnej postaci i jednocześnie stwierdzam, że ja nie jestem tym pozytywnym facetem. Podobnie jest z Norą, gdy w sytuacji konfliktowej znalazło się jej małżeństwo. Chętnie bym sobie obejrzał tę sztukę o sprzeczności między ideałem i marzeniem a tym, jak sprawy mają się naprawdę. A państwo przecież wiecie, że mnie do pisania wystarczą ludzkie historie wzięte z życia, że nie przepadam za jakimiś na wpół wymarzonymi bohaterami, tylko na odwrót, ciągle się zanurzam w banalnym opisywaniu pewnych szczegółów dotyczących najzwyklejszych ludzi i wciąż nie mogę zgłębić tego, czym w gruncie rzeczy jest człowiek. Państwo wiecie, jaka jest różnica między czytaną akurat książką a tym, co widzicie we własnym życiu, tym, kim jesteście. Pisarz ma określone zahamowania, a kiedy ich nie ma, wtedy mówi się o nim, jak na przykład o panu Hašku, że jest ordynusem. Chociaż to nieprawda, bo Szwejk jest literaturą pełną gębą, powieścią światowej klasy, natomiast sam Szwejk to jedna z najzacniejszych postaci światowej prozy, a dzięki sposobowi, w jaki Jaroslav Hašek bezlitośnie obnaża rzeczywistość, nie robiąc przy tym nic, żeby upiększyć tego człowieka i w ogóle swoich bohaterów, więc pod tym względem pan Hašek jest dla mnie niedościgłym wzorem.

Tyle w charakterze wprowadzenia. A teraz pytanie: czemu ludzie się śmieją, powiedzmy, z takiego Szwejka? Dlatego, że jest tam niewiarygodna masa szczegółów. Kiedy pisze o realiach knajpianych czy wojennych, mistrz Hašek zawsze jest uważnym obserwatorem rzeczywistości. Tutaj chcę zwrócić uwagę czytelników, że literatura to nie tylko czytanie do poduszki albo dla zabawy, służy też do tego, żeby coś z niej wynieść, choćby nawyk rozglądania się. Żeby się rozejrzeć i zobaczyć, jaki cudny jest zachodzący albo wschodzący księżyc. Jaka cudna jest kąpiel w wodzie z nagimi dziewczętami – nie, nie teraz, latem – jak można być twórcą siebie samego i traktować własne życie niby dzieło sztuki, co umieją robić ludzie, którzy chadzają do knajpy, gdzie pogwarki potrafią stworzyć tak piękną atmosferę, że człowiekowi po prostu nie chce się wyjść nawet o północy, a potem w domu żona się piekli i jazgocze: „A cóż cię tam takiego trzyma?”. No, zawsze lepsze takie połajanki, niż gdyby też miała chodzić do knajpy i pić tam na umór.

Teraz chcę wrócić do czegoś, co łączy nas wszystkich… Krótko mówiąc, każdy dorosły, chociaż czasami zdarza się to również dzieciom, przeżywa tak zwane love story. Wtedy dobrze wie, że oszalał na punkcie kogoś odmiennej płci, bo rozrabiają mu gruczoły i wysyłają takie fluidy, że przez rok czy dwa jest zdolny do pisania miłosnych listów. Gdy nagle czuje się tak samo jak poeci, zaszczycony, że może się zwracać do swego obiektu, seksualnego obiektu, a nawet jest w stanie opisywać krajobraz i jak go wzrusza słońce oraz wszystko, co ostatnio czytał. I ni stąd, ni zowąd, choć nigdy się tego nie uczył, pisze czterostronicowe listy. Tak wygląda początek. Początkiem literatury jest po prostu miłosna korespondencja, bo jeśli ktoś wytrzyma z jej pisaniem, nie z myślą o natychmiastowej publikacji, tylko na własny użytek, a miejsce obiektu seksualnego zajmie, najogólniej mówiąc, przyroda czy aspekt ludzki, jeśli zakochanym wzrokiem będzie potrafił rozejrzeć się wokół i dostrzec te wszystkie warstwy i pokłady ludzkiego życia, wtedy staje się poetą. Ten początek mamy wspólny, ponieważ wszyscy zakochani są genialni. Kiedy nas dopada miłość, mówimy od rzeczy, nie śpimy, a odtrącony amant w skrajnym wypadku urżnie się w trupa. Powiedziałbym, że są dwa wspólne mianowniki. Korespondencja miłosna i coś, czego dzisiaj już nie ma w zwyczaju, ale kto wie, może ktoś to odnowi… w pewnym okresie XIX wieku ludzie prowadzili pamiętniki: „Mój pamiętniczku, powierzam ci, że…”. I te dziewczęce pamiętniki, ich sekrety, też są istotą literatury. Korespondencja miłosna oraz pamiętnik stanowią początek, czyli kto to pisze, ten wie, co znaczy być genialnym. Ale konieczne jest stałe przypominanie sobie tego pięknego okresu, kiedy zwierzał się pamiętnikowi, temu papierowi, powierzając mu tak zwane szlachetne – nie, nie tak zwane, zagalopowałem się – po prostu autentycznie szlachetne uczucia. Ponieważ ta szczerość, gdy mówi człowiek zakochany, to musi być coś wspaniałego, a jak zaczyna pisać pamiętnik, niektóre wydarzenia z jego życia towarzyskiego albo emocjonalnego wydają mu się nagle ważne i odczuwa potrzebę zwierzenia, i ulega podszeptowi „przecież ty umiesz pisać”, i wtedy pisze jakby pod dyktando. Taki list miłosny powstaje pod dyktando seksualnego pożądania, pamiętnik podobnie. Ciekawe zresztą, skąd się to brało w tych wiejskich dziewczynach, że pisały sekretne pamiętniki. Więc tam właśnie jest wspólny mianownik, a zrządzeniem losu wszystko się jakoś tak kombinuje u człowieka nazywanego pisarzem lub pisarką, poetą lub poetką, niemniej to, co nas wszystkich łączy, ma jedno źródło.

Mówiłem tu o paru sytuacjach. Zacząłem od zachwytu – już nawet Platon mówi, że początkiem filozofii jest zachwyt, że kto się potrafi zachwycić, ten zaczyna… no po prostu chodzi o pewien podziw dla tego, co jest niby nieistotne – znaczy się, mówiłem o zachwycie nad widzialnym światem, w który wprowadzają proza i poezja, no a mnie do niego wprowadziło coś, w czym tkwiłem po uszy, coś danego jakby a priori… Po prostu lubiłem patrzeć, ja się wręcz gapiłem na wszystko, co otaczało ten browar, i na Nymburk, miasteczko, gdzie zatrzymał się czas, a które, gdybyście tam państwo przyjechali, na pewno byście sobie pomyśleli: Chryste, co ten Hrabal w nim widzi? Kiedyś było śliczne, ale teraz wygląda tak, jakby wczoraj wyszli z niego Niemcy, a za nimi Rosjanie. Dziś jest w żałosnym stanie, ale kiedy zamknę oczy, widzę, jak wszystko w nim żyje; może nie dacie wiary, że w tym mieście były dwa kina, trzydzieści dwie knajpy, z czego dwadzieścia osiem z panienkami, a ponadto działało pięć teatrów, które cały czas miały co grać. Ja zaczynałem w tym mieście i jak już mówiłem, to był mój świat. Od rana, już od świtu zachwycałem się jego murami i tymi fazami, jakie można widzieć na impresjonistycznych obrazach, kiedy wszystko, cała okolica z każdą chwilą wygląda inaczej, zmienia się. Każdy to może przeżyć. Jak człowiek jest w pracy i ma tam okno, może spoglądać przez okno albo się na chwilkę stamtąd urwać, albo jeśli będzie piękne popołudnie, wywiesić tabliczkę „przyjęcie towaru” i niech sobie inni wariują, a my idziemy obejrzeć rzekę albo rozkwieconą łąkę. Więc jak ktoś jest w stanie tak zrobić, no, wtedy to jest to… Przykładowo reżyser Menzel wykombinował sobie połączenie dwóch osób, Leliego i pana Medka, i pozszywał je tak, jak jest pozszywany strój piłkarzy Slavii, tworząc z nich jedną postać, wprawdzie tragiczną, ale wypełnioną potrzebą poezji. Silną potrzebą asamblażu, zestawiania ze sobą rzeczy pozornie do siebie niepasujących, ale pięknych. Czyli świata, w którym ten człowiek czuje się szczęśliwy. To jego hobby i po prostu wszystko, więc nie przeszkadza mu żona w papilotach.

Jak państwo wiecie, moi bohaterowie rzadko kiedy są przykładnymi obywatelami, zawsze są lekko sfiksowani. Może to kogoś zdziwić, ale właśnie dzięki takim lekko sfiksowanym ludziom można lepiej pokazać pewne wartości. Kim jest Szwejk? Sfiksowany facet, który handluje psami, ani burżuj, ani proletariusz, taki pół na pół. Fach, jakiego się nie spotyka. To postać szokująca, dzięki której Hašek zdołał pokonać starą Austrię, ośmieszyć ją tymi wszystkimi wypowiedziami Szwejka. Albo taki Dostojewski. U niego też zawsze występują skrzywdzeni i poniżeni, a nawet jeśli są arystokratami, to także sfiksowanymi. A weźmy choćby Hemingwaya, tę jego ostatnią rzecz – Starego człowieka i morze. Kim jest postać, w którą Hemingway się wcielił? Dlaczego tak oczarował go stary, samotny rybak? Fotografia zmarłej żony walała się na szafie, przyjaźnił się tylko z chłopcem i już nikt nie chciał z nim wypływać na połów. A Hemingway utożsamił się z nim i wyruszył z nim na morze, rekiny pożarły mu rybę, więc nie przywiózł niczego, ale Hemingway się z nim utożsamił. Czemu właśnie z nim? Czemu nie z jakimś przykładnym obywatelem? Myśleliście państwo o tym kiedyś? Ponieważ ten człowiek wzbudził jego współczucie, a tym samym Hemingway okazał współczucie również dla siebie, a jak wiemy, już wtedy, gdy miał pięćdziesiąt lat, kiepsko z nim było; doskwierały mu choroby i psychiczne urazy, więc utożsamił się ze starym rybakiem, który niczego nie przywiózł, bo wydawało mu się, że też już niczego nie przywiezie, no i napisał to… Podobnie jest u Faulknera, dlatego lubię te książeczki. One nie są duże, człowiek przeczyta tego Hemingwaya za dwa wieczory. Jest u Faulknera jedna piękna postać, która przypomina mojego Kakrę. Gość chodzi w gumowcach i się nie myje, ale Faulkner potrafi wykazać, że taki człowiek też ma godność, a kiedy ktoś go wkurzy, jak ten bogaty facet u Faulknera, to nic już mu nie pomoże, nawet gdyby mu dawał forsę, bo tamten go znajdzie i ukatrupi. Ponieważ szary człowiek poza własną godnością nie ma nic. A jak ktoś ma forsę, ekstradom i gablotę, wtedy tą godnością żongluje. Ale nie wszystko złoto, co się świeci. Wiadomo, odwołuje się do łagodzących okoliczności, które mają wytłumaczyć jego zamożność, a jednocześnie pokazać, że on też jest sfiksowany, tyle że inaczej. Jednak dla literatury, dla wielkiej literatury, o której wspomniałem na tych dwóch przykładach, tacy ludzie nic nie znaczą.

No tak, zaczęliśmy od zachwytu, a przy tej okazji napomknąłem o stryju Pepinie i o moich zachwytach nad browarem oraz Nymburkiem. W stryju też tkwiło coś takiego. Z zawodu był szewcem, później pracował jako mielcarz. A chudy był jak szczapa, do tego oryginał, taki typ nawiedzonego. Miał cudowny dar słowa – patrząc w górę, opisywał, co widzi, przy czym za każdym razem były to różne niesamowite, dziwne sytuacje, przeważnie śmieszne, choć tylko pozornie. Jego opowieści zawsze miały szeroki kontekst, podtekst i cechy ludowej mądrości oraz filozofii. Taki był ten mój stryj. To właściwie on mnie uczył, jako chłopiec uczyłem się od niego słuchania, w zasadzie do dwudziestego roku życia tylko słuchałem, bo wszędzie wokół, w nymburskim browarze, w tych słodowniach, byli ludzie mądrzejsi ode mnie. No i przy każdej okazji ciągnęło mnie do stryja w czeladnej, do tych mielcarzy, którzy tam sobie ucinali pogwarki, takie na smutno, a mój stryj się wtrącał, ale jak, ten zawsze ryczał. Bo wiecie państwo, rozpierał go platoński zachwyt nad najpiękniejszą armią świata, jaką dla niego była armia austriacka, w której służył, zachwyt nad pięknymi panienkami, którym dawał kwiaty, po prostu zachwyt nad całym widzialnym światem, ponieważ trzeba wam wiedzieć, że stryj umiał w zachwycie opisywać nawet to, jak się robi buty. To był taki niepowstrzymany strumień ogromnej wyobraźni, a ponieważ jak wszyscy nawiedzeni miał pamięć wzrokową, widział ten but i opisywał każdy detal, dzięki niej opisywał, co, gdzie i kiedy widział w Wiedniu, w Budapeszcie czy na froncie. I od razu w jego głowie powstawał jakby film, który on przewijał, czasem wolniej, czasem szybciej, i na podstawie tego filmu, posługując się swoim zaraźliwym humorem, opowiadał o świecie starej Austrii i o biedzie, jaką klepał, kiedy jeszcze żył w Konicach, a potem o tym, jak ściągnął do Nymburka i został pupilem nie tylko naszej rodziny, ale także browaru, a w końcu całe miasto zaczęło go szanować… Kiedy stryj Pepin zjawiał się w mieście, otwierały się okna i drzwi i był zapraszany, i wypytywano go, a on zawsze odpowiadał, niby śmiesznie, jakby był stuknięty, ale im dłużej mówił, tym był cudowniejszy. Zawsze to było coś jak dowcipy Renčína z „Dikobraza” albo te zwariowane gagi, które czasem, gdy są trochę stonowane, przypominają angielski humor. Państwo wiedzą, że już kilka razy powiedziałem o sobie, że jestem raczej zapisywaczem niż pisarzem. Krótko mówiąc, zapisywaczem tego wszystkiego fajnego i ciekawego, co zasłyszałem i zapamiętałem, bo jak mi ktoś w knajpie opowiadał coś fajnego, wtedy kupowałem dla niego stół piwa, no i on mi sprzedawał jakąś historyjkę z własnego życia. Tak to ze mną wygląda. Czyli jestem zapisywaczem, a moim dostawcą pomysłów była wyobraźnia. Muszę tu jednak podkreślić, że do pisania jest też konieczna pewna zuchwałość i ja ją miałem… Weźmy takie Frankfurter Buchmesse. Miliony książek, a tu jeszcze jakiś Hrabal z Nymburka czy innej Pragi chce napisać książkę, która niby ma zawojować świat… Rozumiecie państwo, milion plus jeszcze jedna. Czyli trzeba do tego zuchwałości i wielkiej wiary, takiej szalonej wiary, że to, co się mówi, jest niezwykłe. I to właśnie otrzymałem od stryja Pepina. Bo cokolwiek opowiadał, zawsze tam był taki ekstrasmaczek, przyprawiony absolutnie czarnym humorem, a jednocześnie autentycznością oraz nadzwyczajnym dowcipem. I jeszcze zachwytem, o którym wspomniałem, że stoi u podstaw mojej filozofii, tak jak o tym mówi Platon. Czyli jak już to wszystko macie państwo w sobie, do tego poparte zuchwałością, wtedy możecie napisać książkę, tak jak ja. Tyle że ja pisałem sobie do szuflady, ponieważ nie wierzyłem, że moja pisanina ma jakąś wartość i że znajdzie czytelnika. Miałem wrażenie, że jest wypowiedzią skrajnie subiektywną, czysto osobistą… No, tak zaczynają prawie wszyscy. U mnie zawsze były samizdaty, takie jak krążą teraz – stare dzieje. Robiło się oryginał, trzy kopie, rozdawało się je przyjaciołom i tak żeśmy się wymieniali. A takich książek powstało chyba z dziesięć, znaczy się do chwili, kiedy w czterdziestym ósmym roku życia wydałem pierwszą książeczkę, miała tytuł Perełka na dnie. Wcześniej pielęgnowałem w sobie wszystko, robiłem marginalia, no, po prostu pisałem jakby pamiętnik, czy też miłosny list, notując uwagi o interesującej i otaczającej mnie rzeczywistości – takie drobne spostrzeżenia, z których potem powstawały moje książki.

Tak tu sobie gadam, ale na pewno zainteresuje państwa praca przy filmie. Już taki jestem, że zamiast coś robić, wolę pójść się wykąpać albo do knajpy. Jak tylko ktoś czegoś ode mnie chce, wtedy zaraz mówię: „O Jezu, muszę gdzieś iść…”. I już mnie nie ma. Jedynym, który mnie kupił, był pan Menzel. Wszystko zaczęło się od opowiadania o stryju Pepinie, Śmierć pana Baltisbergera, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. On miał wtedy dwadzieścia dwa lata. No, a kiedy mi zaczęły wychodzić książki, trzecią były Pociągi pod specjalnym nadzorem, ich akcja rozgrywała się niedaleko stąd, za Łabą, jest tam też zdanie o Kersku. Ta Niemka powiedziała: „Ich fahre nach Kersko”, znaczy się jechała z Kostomlatów właśnie do jakiegoś domku gdzieś tutaj. Ten film proponowano kilku reżyserom, ale kiedy dali im temat… Nawet Věra Chytilová, która myślała, że mogłaby go nakręcić, to chociaż jej ojciec miał restaurację dworcową w Bohdanczu, przyszła i powiedziała: „Panie Hrrrabal, nie wiem, jak to ugrrryźć”. W końcu zahaczyli pana Menzla, a wtedy on: „Mam pomysł, co z tym zrobić”. O, proszę. I w ten sposób Menzelek trafił mi się już drugi raz, no a praca z nim, co nieraz opisywałem, była niezwykle ciekawa, ponieważ on był i jest nadal, jak by to powiedzieć… No, wokół niego jest taki mocny dzwon niewiedzy, wciąż tkwi w nim chłopaczek, ale jednocześnie ma w łepetynie diamentowe oczko, przed nim kamerę, więc wie, jak skomponować kadry, żeby z tego wyszedł film… Myśmy pracowali szczególną metodą, bez przerwy się wymienialiśmy… Najpierw ja pisałem opowiadanie, potem on je uzupełniał i oddawał mi, ja coś tam zmieniałem i tak długo żeśmy dialektycznie obrabiali literacki tekst, aż był gotowy. A później tutaj, w Kersku, przez trzy dni pisałem literacki scenariusz. Przyniosłem go dyrektorowi Fikarowi i mówię: „To ja sobie pójdę”. Wtedy on: „Bohousz, nic z tego. Siadaj i pij koniak”. Tak więc musiałem siedzieć i pić koniak. Kiedy przeczytał – widzę to jak dzisiaj – położył na tekście swoje łapsko i powiada: „Bohousz, gotowe. Żadnych zmian”. Czyli chyba byłem genialny, bo przecież po tych wstępnych etapach, kiedyśmy się wymienili dwa, trzy razy, pisałem na okrągło przez trzy dni tutaj, w Kersku, tu był etap ostatni. A potem było ciekawie z obsadą głównej roli. Ubierali kandydata w mundur, taki jak miał Milosz Pipka w Pociągach pod specjalnym nadzorem, i ten później paradował przez cztery minuty przed kamerą. Potem puszczało się to na ekran, a po obejrzeniu autor i cała ekipa filmowa mówili… „Eee, gdzie tam, to nie on…” No i był pierwszy, drugi, trzeci, czwarty… Po dziesiątym Menzelek sam wskoczył w ten mundur, ale jak zobaczył siebie na próbnym zdjęciu, powiedział: „Ja jestem już za stary, a poza tym wyglądam zbyt inteligentnie”. Trzeba nam kogoś z głupią miną. Po szesnastym byliśmy skołowani, aż tu nagle odezwała się pani Fikarová: „Wiecie co? Widziałam w telewizji tego przygłupa, Neckářa. Jego wypróbujcie”. A Menzel na to: „E, nie, ma odstające uszy”. Ale ona się upierała, więc wcisnęli go w mundur i kiedy przespacerował się trzy minuty, wszyscy uznali, że to on. Czyli w zasadzie bez pani Fikarovej byłby ktoś inny… Tylko że on był tak wzruszający, chłopięco naiwny i jakiś taki przygłupawy, ale nie w pejoratywnym sensie, to znaczy romantyczny… Tak, pan Neckář był strzałem w dziesiątkę, bo ten film jest niesamowity. Pierwszy fabularny film Menzla i od razu dostał Oscara, a w końcu Oscara nie dają za darmo albo na piękne oczy… I tak Menzelek i ja dzięki tej metodzie odnieśliśmy sukces… Później jeszcze nakręciliśmy Postrzyżyny. Ze mną jest tak, że kiedy siedzę nad scenariuszem, piszę go jako dojrzały mężczyzna, a dopiero po obróbce przez Menzla widzę go inaczej. Rozumiecie państwo, jak mi tam wprowadza rozmaite uwagi i zmiany, to one zawsze wnoszą coś specyficznego, co jest charakterystyczne tylko dla niego i ma taką stylistyczną naiwną czystość. Powiedziałbym, że Menzel ma odwagę znacznie większą niż ja, nie boi się szukać guza i na tym właśnie polega jego wiecznie młodzieńcza natura… Więc ja mu robię taki zarys, a potem, kiedy odda mi go ze swoimi uwagami, bardzo chętnie je akceptuję, widząc, jak tekst, ten filmowy scenariusz, się rozwinął w porównaniu z tym, co ja wcześniej napisałem. Po prostu Menzel zawsze dodaje autentycznej młodzieńczości, która go nie opuszcza, chociaż ma już czterdzieści sześć albo i siedem lat. Tylko w Święcie przebiśniegu, historyjkach stąd, z tego lasu, jakoś tak zmężniał, jakby wydoroślał, a wszystko za sprawą odważnego montażu, uszeregowania poszczególnych obrazów, bo sama książka jest czymś w rodzaju pokawałkowanego dziennika bez scalającego wątku, który występuje choćby w Pociągach. Menzel wpadł na rewelacyjny pomysł, żeby protagonistą było opowiadanie o uczcie… I kiedy Komitet Kinematografii przyznawał nam na ten film pięć milionów koron, spytali: „O czym to będzie?…”, „No, główną rolę gra odyniec…”, „W Ameryce by powiedzieli, że brakuje love story, i posłaliby was do wszystkich diabłów, coś takiego jest możliwe tylko u nas”. Bo rzeczywiście, główną rolę gra tam odyniec i wszystko, co się wokół tego kręci, czyli tworzy taki szkielet. Jak u ryby, u której są pożyteczne i płetwy, i żebrowe ości. Właśnie one są poszczególnymi historyjkami, które się łączą, podobnie jak tutejsze alejki zbiegają się na betonowej drodze. Czyli głównym wątkiem, tą betonówką, jest historia o odyńcu. I Menzel zrobił z tego oryginalny film, bardzo dojrzały i konsekwentny. Dawniej nie potrafiłby wziąć nożyczek i metodą jakby kolażu ułożyć tych obrazów w film, o którym fachowcy powiedzieli po projekcji, że to nie jest film dla szerokiej publiczności, a już pewno nie dorówna Postrzyżynom. No i proszę: okazuje się, że tutaj na wsi, w miasteczkach, miastach i w samej Pradze tłumy walą na niego. I co ciekawe, do młodych ludzi przemawia bardziej niż Postrzyżyny, bo mówi o sprawach, do których mają klucz. Postrzyżyny są bajką o starych, złotych czasach. I tak je trzeba traktować, nie jako rzeczywistość, ponieważ młody człowiek niewiele wie o dawniejszej strukturze społecznej i w ogóle jak było przed wojną, kiedy obowiązywało hasło, że ludzie po prostu mają być przyzwoici. Tę przyzwoitość tam widać w stosunkach między bednarzami a zarządcą browaru, chociaż jasne, że napięcia i konflikty też się zdarzały… No, ale moim zdaniem Menzel właśnie w Święcie przebiśniegu jest wyrazistszy, bardziej zdecydowany i spokojnie można powiedzieć, że ta tragiczna, jakby reportażowa humoreska dorównuje zarówno Pociągom, jak i Postrzyżynom.

Akurat teraz Menzel jest gdzieś w Szwajcarii i ma ciekawe zajęcie, bo tam rozwiązano cyrk, duży cyrk, i klowni założyli teatr, no i on robi im za reżysera. A ponieważ w Ameryce właśnie leci sztuka z życia klownów, to ci klowni, grając samych siebie, odnoszą wielkie sukcesy, głównie dzięki robocie Menzla. I jeżdżą z tym po Europie. Byli już w Wiedniu, teraz znowu są gdzie indziej… Proszę? Czy przyjadą do Pragi? No cóż, Menzel przyjedzie, ale czy ci klowni…? On woli robić sztuki, może widzieli państwo Pensjonat dla kawalerów… Dobrze się stało, że łepetynę zawsze miał pełną teatru. Swego czasu wystawiał Hamleta, o dziwo z sukcesem, w Dubrowniku, więc z braku czasu przyjechał tu na ostatnią chwilę. A na wszystko dostał raptem sześć tygodni. I po tych sześciu tygodniach plenerowe zdjęcia były gotowe, na szczęście, prawie cały film dzieje się w plenerze… Ale dali mu innego kamerzystę, który jednak okazał się genialny. Powtarzał w kółko: „Mnie tam nic nie przeszkadza, ani deszcz, ani słońce, bo ja sobie swoją maszynkę zasłonię…”. I tyrał na okrągło, więc zdążyli nakręcić tę piękną porę roku, jesień z tymi cudnymi barwami, wszystko oprócz scenek poza plenerem. Szykujemy jeszcze drugą część, Taką piękną żałobę, mamy już scenariusz, więc Menzel przyjedzie. Ale wiecie państwo, nasze życie też nie jest usłane samymi różami i ponieważ tematyka naszych filmów ciut odstaje od panującego kursu, tośmy na razie nie dostali zgody na rozpoczęcie. A w takim razie Menzel woli jeździć po Europie i robić teatr, ale kiedyś wróci i wtedy chyba się do tego zabierzemy, i znów będziemy ze sobą współpracować jak dawniej.

Dobra, teraz sobie usiądę i łyknę… Byłem poproszony o parę słów, a powiedziałem ich chyba z tonę, więc dajmy sobie trochę luzu. Można zadawać pytania. Jeśli zdobędę się na odwagę i będę wiedział co, wtedy odpowiem.

Ja tylko tyle, że kiedy pan Hrabal mi powiedział, ile tego zaliczył przez dwa dni, wtedy się przeraziłem. Bo ja bym tego nie wytrzymał, chociaż mam dopiero czterdziestkę.

Ja chyba też nie wytrzymam. Niech pan od poniedziałku zacznie czytać kronikę wypadków albo wiadomości w rubryce „Śluby i zgony”.

Jak się pan zainteresował Heglem i innymi filozofami, o których pan pisze i których książki wiązał w paczki w tym magazynie na Spalonej?

Na to muszę odpowiedzieć trochę szerzej, ale bez obawy, nie zanudzę pana. Do dwudziestego roku życia nauka mi nie szła, wciągnęła mnie później, na uczelni… I tak już zostało. Czyli pięćdziesiąt lat tkwię w wiedzy. Na studiach prawniczych zapisałem się na Artura Schopenhauera, a skoro ktoś studiuje Schopenhauera, wie, że jego przeciwnikiem zawsze był Hegel i że filozofia Schopenhauera stała w opozycji do Hegla. W takim razie jego też należało czytać. Ale ponieważ te książki były po niemiecku, musiałem się nauczyć niemieckiego. No i że tak powiem, zassałem. A kiedy człowiek bierze się do pisania wierszyków i zaczyna interesować literaturą, wtedy widzi, jak się to wszystko rozrasta, można powiedzieć, że ludzka kultura tworzy jeden łańcuch. Skoro kogoś interesuje impresjonizm, to nie ma siły, musi go zaciekawić, kim był Manet, Monet, Pissarro czy Sisley, no więc kupuje albo wypożycza odpowiednie książki i je wertuje… A tuż po nich byli ekspresjoniści, czyli znowu się to rozrasta… Jak widać, nie śpieszyłem się do żeniaczki, bo po uszy byłem w książkach. To znaczy chciałem się ożenić, tylko że na okrągło coś czytałem… i jeszcze żeby się wyluzować, graliśmy w karty… Czyli na Hegla trafiłem przez Schopenhauera, a dzisiaj w wolnym czasie… Już mnie opuściły dziwne wyobrażenia o szczęściu, dziewczyny już nie dla mnie, to co robić? Bez przerwy pić też się nie da, więc się dokształcam i cały czas siedzę w książkach.

Co się panu spodobało u Schopenhauera, co przede wszystkim zafascynowało?

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2019

Wydanie II rozszerzone