Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 300 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pensjonat pod świerkiem - Agnieszka Lingas-Łoniewska, Magdalena Knedler

Zapraszamy na magiczne święta w zaczarowanym miejscu.

Do ukrytego w Tatrach, zasypanego śniegiem Pensjonatu pod Świerkiem przybywają na święta kolejni goście. Każdy z nich przywozi własną historię. Na miejscu wita ich para właścicieli, którzy – niczym anioły – przyjmują pod swoje skrzydła życiowych rozbitków. Czy ich dobroć i życzliwość wystarczy, by wydobyć z człowieka to, co w nim najlepsze, i jednocześnie uchronić od tego, co złe?
Pensjonat pod świerkiem to zbiór nastrojowych opowiadań stworzonych przez lubianych autorów specjalnie na magiczny czas świąt Bożego Narodzenia. Do czytania nie tylko przy kominku, z kubkiem aromatycznej herbaty w dłoni, w towarzystwie bliskich osób i… pierniczków.

Opinie o ebooku Pensjonat pod świerkiem - Agnieszka Lingas-Łoniewska, Magdalena Knedler

Fragment ebooka Pensjonat pod świerkiem - Agnieszka Lingas-Łoniewska, Magdalena Knedler

 

 

AGNIESZKA LINGAS-ŁONIEWSKA

Ostatni koncert

 

 

 

 

Ukłonił się. Ogłuszający aplauz pieścił mu uszy, był jak dotyk szalonej kochanki, sprawiał, że krew zaczynała szybciej krążyć mu w żyłach. Mógł to porównać do uczucia, jakie ogarniało go tuż przed tym, kiedy miał zagłębić się w ciele kobiety. Ale i tak było milion razy lepsze. Wyprostował się, odłożył skrzypce i uniósł ręce. Hałas się nasilił. Był wirtuozem ludzkich mas. Nieznośny, złośliwy, przystojny. Bastard. Joachim Kropelski. Międzynarodowa gwiazda elektronicznego rocka, granego na skrzypcach, które zrobiono specjalnie dla niego.

Uśmiechnął się szeroko, prawie dotarło do niego zbiorowe westchnienie kobiet z pierwszych rzędów. O tak, wiedział doskonale, jak wykorzystywać swoją powierzchowność. Nie dość, że miał talent, to jeszcze wyglądał tak, że kobiety były w stanie zrobić wszystko, dosłownie wszystko, aby znaleźć się w jego garderobie. Miał nawet swoje groupies, które jeździły, a właściwie latały, za nim po całym niemal świecie. Ale wiedział, kiedy może sobie pozwolić na coś więcej. Żadna z nich nigdy nie trafiła do jego hotelowego pokoju. Utrzymywał stosowny dystans, aby podkręcać oczekiwanie i podniecenie, ale nie dać nic ponad to. Spojrzenie, dotyk, czasami pocałunek, to wszystko. Oczywiście, korzystał w bardziej dosłowny sposób z oszałamiającej popularności, ale tej grupki fanek potrzebował do zaspokajania potrzeby bycia uwielbianym, które napędzało go i dawało siłę do grania kolejnych koncertów, do komponowania i stawiania czoła ogromnemu szaleństwu, jakie go często otaczało.

Ukłonił się po raz ostatni, pomachał, posłał całusy i scenę zasłoniła ciężka kotara. Dostrzegł Angelikę, która cały czas stała za kulisami i jak zawsze nie spuszczała z niego wzroku.

– Napij się. – Podała mu jego ulubioną wodę, Evian, o temperaturze pokojowej. Kiedyś podała mu zimną, prosto z lodówki, to wylał jej ją na głowę. Nie cierpiał, kiedy nie słuchała, co do niej mówił.

– Samochód gotowy? – spytał oschle, oddając pustą szklaną butelkę.

– Tak. Hotel w Wiedniu też już gotowy.

– To chodźmy.

– A nie spotkasz się z fanami krakowskimi?

– Nie. Jestem zmęczony.

– Jasne, zatem chodźmy. Możesz się zdrzemnąć w czasie drogi.

– Właśnie to zamierzam zrobić.

W samochodzie Joachim usiadł z tyłu, nakrył się kocem i zamknął oczy. Angelika wiedziała, że po koncercie jest zawsze bardzo wyczerpany, dawał z siebie wszystko, energia wprost z niego buchała, potem musiał odpocząć. Teraz, po krakowskim występie, musieli jechać od razu do Wiednia, bo rano miał konferencję prasową, potem obiad z grupką wybranych fanów, którzy wygrali to spotkanie w jakimś konkursie, a o godzinie dziewiętnastej koncert. Ruszyli na południe, drogi były odśnieżone, ale zaczynał padać śnieg, Angelika miała nadzieję, że przejadą przez góry bez większych utrudnień, bo nie mogli się spóźnić. Sama była zmęczona, przecież od rana towarzyszyła Joachimowi w rozwiązywaniu jego codziennych problemów, a potem kibicowała podczas koncertu. Ale już się do tego przyzwyczaiła. Dziesięć lat temu poświęciła wszystko, aby on mógł realizować się jako rockman kompozytor; był dla niej najważniejszy. Był jej największą miłością, jej pierwszym chłopakiem, mężczyzną, którego kochała tak mocno, że znosiła wszystko, aby tylko on mógł czuć się dobrze i czasami obdarować ją tym swoim oszałamiającym uśmiechem gwiazdy rocka.

Zerknęła we wsteczne lusterko. Podłożył pod głowę poduszkę i spał. Wyglądał tak pięknie i bezbronnie. Jasne loki spadały łagodnymi falami na szerokie ramiona. Długie rzęsy rzucały cienie na policzki. Długie palce wirtuoza ze srebrnymi obrączkami zacisnęły się na kaszmirowym kocu. Jej serce skurczyło się z przepełniającej je miłości i tęsknoty. Tak dawno nie czuła jego dotyku na ciele. Jego ust na swoich. Tak dawno nie słyszała jego szeptu, gdy wypowiadał jej imię, zaraz po tym, gdy osiągał spełnienie, poruszając się w niej. Wiedziała o jego przygodach, o kobietach w hotelach, o małolatach w samochodach. Taka była cena sławy. One same podawały mu się na tacy, nie miał siły odmawiać. Rozumiała to. Bolało ją cholernie, ale nie mogła nic z tym zrobić.

Potrząsnęła głową, aby odrzucić ponure myśli. Najważniejsze, że on był tu z nią, że zawsze do niej wracał. A ona czekała i wciąż pozostawała mu wierna.

Skupiła się na drodze, coraz gęściej prószyło. Zjechała na jakąś boczną drogę, nawigacja wskazała, że będzie trochę szybciej. Jednak widoczność była coraz gorsza. Śnieg padał prawie poziomo, czuła się jak na seansie Gwiezdnych wojen.

– Cholera – szepnęła, zwalniając prawie do dwudziestu kilometrów na godzinę. Nie widziała już niemal nic. Nie mogła dalej jechać, Joachim spał, na drodze nie było żywej duszy, a na zewnątrz rozpętało się istne lodowe szaleństwo. Pojazd ledwie się toczył. Nagle dostrzegła jakieś światło z lewej strony. Gdy podjechała bliżej, przeczytała słabo podświetlony napis, wydrążony w kawałku drzewa: Pensjonat pod Świerkiem.

Zdecydowała się skręcić. I tak nie była w stanie jechać, poczekają, może śnieg przestanie padać. Napiją się czegoś ciepłego. Joachim chyba poczuł, że auto zwolniło, przebudził się i spytał zachrypniętym głosem:

– Co się dzieje?

– Jakaś zamieć, nic nie widzę. Zjeżdżam do pensjonatu, wypijemy coś gorącego i poczekamy, może przestanie tak padać.

– Wiesz, że musimy zdążyć? – spytał sucho.

– Wiem. Ale nie mogę jechać, przecież widzisz.

– Zajebiście – warknął.

Podjechali pod okazały, ale nieco ponury, budynek przypominający kwadratową bryłę willi z lat siedemdziesiątych. Pensjonat nie sprawiałby miłego wrażenia, ale dzisiaj był ładnie oświetlony kolorowymi świątecznymi lampkami. Starszy człowiek stał w drzwiach i patrzył na nich, gdy parkowali przy wysokim ośnieżonym świerku.

– Mam nadzieję, że mają tutaj coś ciepłego, bo w takim lokalu w środku lasu nie spodziewałbym się zbyt wiele.

– Herbatę na pewno mają – mruknęła Angelika i wysiadła z samochodu.

Otworzyła bagażnik i włożyła szybko płaszcz, ale śnieg i tak już zdążył oblepić jej plecy i włosy. Joachim nie czekał na nią, był już na ganku.

– Zapraszamy. Ogrzejcie się. – Starszy człowiek otworzył drzwi i wpuścił gości do środka.

– Witamy w naszym pensjonacie. Jak tu trafiliście w taką zadymkę? – Wysoka blondynka, stojąca w recepcji, patrzyła na nich z lekkim uśmiechem.

– Przypadkiem. – Angelika ostukiwała buty ze śniegu.

Joachim już usiadł przy barze, nie zawracając sobie głowy ściąganiem kurtki.

– Macie coś na gorąco? Zjemy i jedziemy dalej – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Mamy, zaraz przyjdzie mój brat i przyjmie od pana zamówienie.

– Ale raczej nigdzie dzisiaj nie dojedziecie. – Niski głos należał do ciemnowłosego mężczyzny po trzydziestce, który właśnie wyszedł z zaplecza. – Jestem Gabriel, a to moja siostra Ewa – przedstawił blondynkę.

– Niby dlaczego? Nie dojedziemy? – Joachim patrzył na nich spod zmarszczonych brwi.

– Zeszła lawina, wszystkie drogi zasypane. Musicie poczekać do rana.

– Nie ma takiej opcji – prychnął Bastard.

– Posłuchajcie. – Starszy mężczyzna włączył radio, gdzie nadawano komunikat. Informowano, że nie ma jak się wydostać z Zakopanego i okolic, proszono o pozostanie w domach do rana. Nagle coś zawarczało i zerwała się łączność.

– Nie martwcie się, mamy generator. – Ewa uśmiechnęła się łagodnie. – Józef pomoże wam z bagażami, pokoje na górze są gotowe i bardzo przytulne.

– Angela. – Joachim spojrzał znacząco na kobietę, a ta od razu do niego podeszła. – Słuchaj, wymyśl coś.

– Widziałeś, co się dzieje? Poczekajmy do rana, zadzwonię do organizatorów, przełożymy to na pojutrze. I tak śpimy w Wiedniu po koncercie.

– Nie podoba mi się ta dziura – powiedział całkiem głośno.

Angelika była pewna, że gospodarze to słyszeli.

– Nie mamy wyjścia. Zaraz sprawdzę, jak wyglądają pokoje.

– Dobra, idę z tobą. Nie podoba mi się również ten facet. – Wskazał na właściciela. – Gapi się na mnie, jakby chciał mi wbić sztylet.

– Myślę, że przesadzasz.

– Myślę, że jesteś gównianym kierowcą – odciął się, wyszarpnął jej kluczyki i wyszedł na zewnątrz. Tam otworzył samochód i wyjął swoją walizkę. Gdy wszedł do środka, rzucił kluczyki na stół i zwrócił się do Angeliki: – Swoje bagaże weź sobie sama.

Dziewczyna uśmiechnęła się niezręcznie do obserwujących ich gospodarzy.

– Zaprowadzę pana do pokoju. – Ewa sięgnęła po klucze z recepcji. – A Gabriel przyniesie pani bagaż.

– Dziękuję – powiedziała cicho Angelika.

Joachim był już na górze, gdzie pokierowała go właścicielka pensjonatu. Patrzyła za oddalającym się mężczyzną i po chwili zawiesiła wzrok na szczupłej rudowłosej kobiecie.

– Zapraszam do jadalni. Ma pani ochotę na gorący barszczyk? – spytała przyjaźnie.

– Tak, poproszę.

Angelika była zmarznięta i zmęczona. A przede wszystkim czuła bezbrzeżny smutek. Za każdym razem, kiedy on zachowywał się wobec niej okrutnie, coś łapało ją za serce i ściskało tak mocno, że przez chwilę nie mogła oddychać.

– Pani towarzysz jest trochę nerwowy. – Ewa postawiła przed kobietą filiżankę z aromatycznym barszczem.

– Jest artystą. Czasami nie może zapanować nad rozdrażnieniem.

– A czym się zajmuje?

– Nie poznała go pani? – Angelika była zdumiona. Joachima rozpoznawano na całym świecie. Jak widać, do małego górskiego pensjonatu jego sława nie dotarła.

Nie wiedzieć czemu, poczuła się lepiej.

– Niestety nie. Poza tym proszę mówić mi po imieniu. Nie lubię niepotrzebnej celebry. Ewa.

– Angelika – odparła z uśmiechem rudowłosa.

– Wracając do tego pana… – Ewa wskazała palcem na piętro. – Czym się zajmuje?

– Jest muzykiem. Komponuje i gra rocka symfonicznego. Na skrzypcach. Joachim, pseudonim Bastard. Naprawdę nie słyszeliście?

– Niestety. Ale miło nam, że ktoś znany zawitał do naszego skromnego pensjonatu. A ty jesteś jego… żoną?

– Nie, nie! – Angelika gwałtownie zaprzeczyła. – Jestem jego… – Zawahała się. Bo kim właściwie była dla mężczyzny, którego kochała nieprzerwanie od prawie piętnastu lat? Menedżerką, organizatorką, przyjaciółką, psychologiem, kochanką, dziewczyną do bicia, murem, w który rzucał za każdym razem, kiedy coś szło nie po jego myśli. Mogłaby wymieniać bez końca. Gdy kiedyś spytała, czy ją kocha, uśmiechnął się i zaczął całować. Nigdy nie usłyszała od niego tych słów, których tak bardzo pragnęła. Sama wielokrotnie mu powtarzała, że jest dla niej wszystkim. Oczekiwała tego samego. Kiedyś powiedział jej, że on potrzebuje czasu, że to poważna deklaracja i chyba nie chciałaby, aby rzucał słowa bez pokrycia. Że musi być na sto procent pewien. Więc czekała. Wciąż czekała.

– Angeliko? – spytała zaniepokojona właścicielka pensjonatu.

– Przepraszam. jestem jego menedżerką. No i przyjaźnimy się.

– Rozumiem. – Ewa uśmiechnęła się łagodnie.

– Ciężko pracuje. Dlatego czasami jest… taki…

– Nie musisz tłumaczyć. Najważniejsze, że ty jesteś dla niego opoką. Czasami trzeba mieć kogoś takiego, na kim zawsze można się oprzeć.

– Właśnie… zawsze. – Angelika uśmiechnęła się trochę smutno.

– Ale to męczy, prawda?

– Nie…

– Wcale nie musisz być zawsze silna i niezawodna. Każdy z nas czasami może sam potrzebować oparcia.

– Pewnie tak. Ale jakoś nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek mogła okazać słabość.

– To niedobrze.

– Słabość okazać mogę tylko wtedy, kiedy jestem sama. Wiesz… – Angelika dopiła barszcz i odsunęła filiżankę. – To dziwne.

– Co takiego? – Ewa uśmiechnęła się łagodnie.

– To dziwne, że tak ci się zwierzam.

– Nie widzę w tym nic dziwnego. Po prostu rozmawiamy. Na dworze szaleje zamieć, a my jesteśmy w ciepłym i przytulnym miejscu.

– A na górze jest mężczyzna, który przeklina każdą spędzoną tu chwilę. – Angelika przewróciła oczami.

– No właśnie. Nie powinnaś chyba się tym tak bardzo przejmować.

– Gdybym tylko umiała. Czasami jestem zła sama na siebie.

– Powinnaś właśnie siebie postawić na pierwszym miejscu.

– Już dawno o tym zapomniałam. Nie widzę siebie, dostrzegam tylko jego.

– A czy on to docenia? – Ewa postawiła przed Angeliką dzbanuszek z gorącą malinową herbatą. W murowanym kominku wesoło trzaskało drewno, było spokojnie, cicho i bardzo przytulnie. Angela po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła się bezpiecznie.

– On docenia tylko siebie. – Angelika uśmiechnęła się smutno.

– Jesteś jego menedżerką, pewnie wszystko za niego załatwiasz, powinien cię szanować.

– Chyba o tym zapomniał. Miałam być dla niego wszystkim, bo on jest wszystkim dla mnie. Niestety… – rozżaliła się Angelika.

Ewa pochyliła się i dotknęła lekko dłoni siedzącej naprzeciwko kobiety.

– Wiem, że mnie nie znasz, ale czasami dobrze jest się komuś zwierzyć. Z nieznajomymi nie mamy zbyt wiele wspólnego, dlatego jeśli chcesz… – Spojrzała na okno, w które uderzał wiatr i śnieg. – Mamy całą noc.

– Chodzi o to, że… – Angelika nagle ochrypła, ale napiła się wody, którą Ewa jej podała, i potrząsnęła głową. – Chodzi o to, że wszystko… zawdzięcza tylko mnie. To ja skomponowałam jego uwerturę, którą wysłał na konkurs organizowany przez Metropolitan Opera w Nowym Jorku. On był na skraju upadku. Alkohol, narkotyki… Długi. Przestał wierzyć w siebie, zanim naprawdę cokolwiek zrobił, aby zbudować w sobie to poczucie, że jest coś wart. Ale ja nigdy nie przestałam. Tkwiłam przy nim… Straciłam dziecko. Nasze dziecko. On nawet nie zauważył, ja w sumie też… chyba nie… Bardziej byłam zajęta wyciąganiem go z depresji, oczyszczaniem z myśli samobójczych. I wówczas pojawił się ten konkurs. Sama też komponowałam, miałam wiele kompozycji, utworów, którym oddałam duszę i serce, dlatego postanowiłam, że wyślę jeden z nich do Nowego Jorku. I okazało się, że wygrałam! A właściwie wygrał Joachim, bo wysłałam zgłoszenie pod jego nazwiskiem. I od tego wszystko się zaczęło, wszystko się zmieniło. A przede wszystkim… on się zmienił. Nabrał pewności siebie, sam zaczął tworzyć, ta wygrana coś w nim otworzyła. Stał się rockmanem muzyki klasycznej. Zainwestowaliśmy w wizażystkę, zmienił styl ubierania się, sama widziałaś, wygląda doskonale.

– A ty wyglądasz na zmęczoną.

– Bo tak właśnie jest, czuję się bardzo zmęczona. Wszystkim. A najbardziej oczekiwaniem, że on w końcu dostrzeże, że istnieję. Że jestem nie tylko jego menedżerką. Ale także przyjaciółką, powierniczką, że go kocham. Naprawdę kocham.

– Z tego, co mówisz, sądzę, że on doskonale o tym wie, Angeliko. – Ewa pochyliła się, ponownie dotknęła dłoni siedzącej naprzeciwko kobiety i uśmiechnęła się łagodnie.

– I wykorzystuje to?

– Sama odpowiedz na to pytanie. Kim naprawdę jesteś, a kim powinnaś być. Kim chcesz zostać w przyszłości. I czy warto?

– Ten dom… – odezwała się po chwili milczenia Angelika. – Mogłabym tu mieszkać. Tutaj wszystko wydaje się takie proste.

– Zawsze możesz tu przyjechać. Aby pomyśleć.

– Już pomyślałam. Dziękuję za tę rozmowę. Muszę teraz… porozmawiać z kimś jeszcze.

– Oczywiście. I pamiętaj, kto dla ciebie powinien być na pierwszym miejscu. – Niebieskie oczy Ewy nie przestawały obserwować twarzy Angeliki.

– Teraz już nie zapomnę.

– To dobrze. Śniadanie zrobię wam na siódmą trzydzieści.

– Dziękuję.

***

Joachim wpatrywał się w notebooka, gdzie oglądał swój ostatni koncert w Londynie, wrzucony na jego kanał na YouTubie. Zadowolony stukał palcami po udzie i kiwał rytmicznie głową. Angelika popatrzyła na niego i nagle uświadomiła sobie, że w innym wypadku stałaby przez dłuższy czas i wpatrywałaby się w niego z zachwytem. Tymczasem teraz poczuła jedynie… zniecierpliwienie.

– Chyba znasz ten koncert na pamięć.

– Nieźle tu wyglądam.

– Wiesz, jak ma na imię twoja wizażystka? A dziewczyna od makijażu? A ta, co ci robi manicure? To im powinieneś dziękować.

Joachim spojrzał na nią uważnie i powoli zamknął laptopa.

– Jesteś zła? Ja też nie jestem szczęśliwy. Gdybyś wcześniej sprawdziła pogo…

– Nie jestem twoją pieprzoną pogodynką!

– Co się…

– Posłuchaj… – Angelika usiadła w fotelu naprzeciwko i splotła dłonie, opierając je o ławę. – Wystarczy.

– Angela… – Joachim otworzył szeroko oczy i wpatrywał się w nią, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.

Angelika poczuła satysfakcję. O tak! Wreszcie ją zauważył. Po tylu latach przestała być niewidzialna. Dziesięć lat. Tyle zajęło jej zrozumienie, że została wykorzystana i nie może liczyć na nic więcej. Dziesięć lat zajęło mu dostrzeżenie, że ona żyje, a nie jest tylko elementem wyposażenia.

– Tak, to ja. I już wystarczy.

Zaniepokoił go jej dziwny, obcy wzrok.

– Nic się… – zaczął ugodowo, ale ona potrząsnęła głową, jakby nie miała zamiaru dłużej go słuchać.

– To już koniec. Trochę mi zabrało czasu uświadomienie sobie, że jestem dla ciebie tylko częścią wyposażenia twojej garderoby, czasami sypialni, kuchni… – Odginała palce, odliczając. – W nieskończoność czekałam, aż w końcu mnie dostrzeżesz. Mnie! – Uderzyła się w piersi. – Kobietę, dzięki której zrobiłeś karierę. Dziewczynę zakochaną w tobie wielką pierwszą miłością. Kochankę, która dawała ci tak wiele, w zamian nie dostając prawie nic. Ale to już koniec.

– Angie…

– Teraz ja mówię. Każdy twój występ okupiony był moimi nerwami, które potem koiłam tabletkami i wódką. Każda twoja przygodna panienka okupiona była moimi łzami, kiedy do rana szlochałam w poduszkę, wyobrażając sobie, co teraz robisz z inną, i wspominając twój dotyk, którego nienawidziłam i którego pragnęłam! Byłam przy tobie nie tylko wówczas, kiedy stałeś na piedestale, jak pan świata, mocarny i uwielbiany. Pamiętasz, co było dziesięć lat temu? Gdy stałeś w Przejściu Świdnickim i grałeś na skrzypcach, a ludzie wrzucali ci drobniaki do futerału? Wtedy nie miałeś ubóstwiających cię tłumów, wpatrzonych w ciebie pięknych kobiet, gotowych pójść z tobą na jedno skinienie. Wtedy byłam tylko ja, kochana Angie, która koiła twoje smutki, zabierała z ręki tabletki i chowała wódkę, abyś nie zdołał się całkiem upodlić.

– Wiem przecież… – jęknął Joachim, próbując się wbić w monolog Angeliki, ale ona nie zamierzała przestać mówić.

Wreszcie mogła powiedzieć, wyrzucić z siebie to wszystko, co siedziało w niej głęboko od tylu lat i powodowało bezsenne noce, nerwicę oraz początki depresji.

– Nic nie wiesz. Wiesz tylko, czego ty chcesz, czego sam pragniesz, i robisz wszystko, aby te żądze zaspokoić.

– Prosiłem cię o czas.

– Myślisz, że o to mi chodzi? Teraz? – parsknęła. – Jasne, czekałam jak głupia, że w końcu mnie dostrzeżesz, że będziesz chciał ze mną stworzyć dom. Dałabym ci wszystko. Kiedyś pragnęłam urodzić ci dziecko, być twoją żoną, leżałam nocami, bezsennymi i długimi jak niektóre twoje uwertury, i wyobrażałam sobie, jak by to było. Ale teraz już nie chcę. Wiesz, czego pragnę?

– Nie – odparł cicho, patrząc na nią z przestrachem. Zacisnął dłonie w pięści i nie wiedział, co zrobić. Pragnął ją przytulić, ale najnormalniej w świecie bał się do niej podejść.

– Chcę odzyskać życie. Tylko tyle.

– Ang…

– Tylko tyle! – powtórzyła z naciskiem, odwróciła się i wyszła, cicho zamykając drzwi.

Joachim siedział przez jakiś czas i wpatrywał się w zamieć szalejącą za oknem. Przypominał sobie te wszystkie chwile, kiedy faktycznie stał na granicy samounicestwienia, a ta kobieta tkwiła przy nim i trzymała go ostatkiem sił, aby nie zniszczył siebie tak do końca. Wiedział, że wiele jej zawdzięczał, oczywiście, że tak. Nie był idiotą. Tylko zakochanym w sobie egoistycznym dupkiem. O tym też doskonale wiedział. Poza tym… było mu wygodnie, skoro jej to pasowało, dlaczego on miałby się sprzeciwiać? Jasne, że myślał o przyszłości, w tych jego myślach to właśnie Angela była przy nim, nosiła jego dziecko. Ale jeszcze nie teraz. Nigdy nie było „teraz”. Zawsze było „później”. Ale może to zbyt późno? Postanowił zająć się tym rano. Pojadą do Wiednia, wrócą potem do Wrocławia i porozmawiają. Powie jej, że ją kocha, bo tak właśnie jest. Nie przywykł do wyrażania swoich uczuć, ale jej to wyzna. Ponieważ ona tego potrzebuje. Może w tym przypadku warto będzie skupić się na jej uczuciach, na chwilę zapominając o swoich? Ech, kobiety są takie dziwne. Inne.

Położył się w ubraniu na łóżku, był już bardzo zmęczony. Tak, zajmie się tym jutro. Później…

***

Nazajutrz obudziło go słońce, które w końcu wyszło zza chmur. Nieco nieprzytomny zerknął na drugą połowę łóżka – Angeliki tam nie było. Pewnie już zeszła na śniadanie, zawsze była rannym ptaszkiem. Ale też zawsze go budziła. Chyba naprawdę się wkurzyła. Zerknął na zegarek, dochodziła ósma. Rozciągnął się, poszedł do łazienki, umył zęby, przebrał się i zszedł na dół. Właścicielka, pani Ewa, już szykowała kawę, której aromat rozchodził się po całym pomieszczeniu.

– Jak się panu spało? – spytała uprzejmie.

– Średnio. Mogę prosić o kawę? – Joachim rozglądał się po małej jadalni.

– Już podaję.

– Czy widziała pani moją… Angelikę?

– Rano nie.

– Może poszła do samochodu. – Zerknął przez okno wychodzące na parking.

– To chyba do pana. – Ewa podała mu złożoną kartkę.

Popatrzył nic nierozumiejącym wzrokiem.

– Co to?

– Proszę przeczytać.

Otworzył lekko drżącymi dłońmi. Poznał kartkę z notesu Angeliki, notesu, z którym się nie rozstawała i w którym zawsze zapisywała szczegóły dotyczące jego występów. Śmiał się z niej, że jest oldskulowa, że nie idzie z duchem czasu. A ona kiwała głową, wyciągała pióro i ładnym charakterem pisma notowała kolejne założenia jego kariery.

Teraz też miał przed oczami kształtne litery, układające się w słowa, a te w zdania.

 

Twój czas minął, teraz nadszedł mój. Muszę poszukać w sobie tej kobiety, którą kiedyś byłam, a którą ty skutecznie zniszczyłeś. Lecz nie do końca.

Radź sobie sam. Przecież lubisz być sam i wsłuchiwać się we własne myśli. Nie jestem ci już potrzebna. Teraz jestem potrzebna sobie.

Żegnaj.

Angelika

 

Joachim zgiął kartkę, zerwał się z krzesła i wybiegł na dwór. Słońce świeciło, sprawiając, że zimowy górski krajobraz iskrzył tysiącem światełek odbijających się od zmrożonego śniegu. Uniósł głowę i wyszeptał tylko jedno słowo. Jedno. Słowo, które w tej chwili było dla niego wszystkim. Od zawsze.

Szkoda, że tak późno to zrozumiał.

– Angeliko…

 

 

AGNIESZKA LINGAS-ŁONIEWSKA

Świt

 

 

 

 

Jechałem przed siebie. Wcisnąłem gaz do dechy, nie zważając na oblodzony asfalt górskiej drogi. Śnieg uderzał wielkimi płatami wprost w szybę, wycieraczki nie nadążały z odgarnianiem go z jej powierzchni, ale w niczym mi to nie przeszkadzało. Jechałem dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę z nadzieją, że w końcu wypadnę z zakrętu i może uderzę w drzewo. I zginę.

Jednak czasami nie można liczyć na głupi los, on robi, co chce, i rani, kiedy chce.

Z daleka dostrzegłem boczną drogę, która oznaczona była dużym kamieniem ze strzałką namalowaną fluorescencyjną farbą. Wjechałem tam, zauważając, że las zgęstniał, a widoczność była jeszcze mniejsza. Całkowite odludzie. Pustkowie. Takie samo, jak to w moim sercu. I świetnie.

Zatrzymałem się, wyłączyłem silnik i zamknąłem oczy.

Dlaczego jeszcze tu jestem? Przecież w grudniu ubiegłego roku moje życie praktycznie się skończyło. Wtedy też była taka zima, a ja byłem cholernie zapracowany. Jako dyrektor do spraw controllingu od rana do nocy tkwiłem w cyferkach, bo wszystkim zależało, aby zamknąć rok z dobrym wynikiem. Do domu wracałem około dwudziestej, zamieniałem dwa zdania z Kamilą, moją żoną, i padałem na pysk. Obiecywałem jej, że jeszcze trochę, żeby wytrzymała, zależało mi, aby zostać wiceprezesem, walczyłem o to od trzech lat. Byłem tak blisko… Tak bardzo blisko. Ona rozumiała, ale widziałem, że cierpi. I że tęskni za mną, za naszymi wspólnymi wieczorami, za wypadami w weekend do Karpacza. A potem… w ten grudniowy wieczór poczuła się źle. A ja nie mogłem wyjść, szykowałem zestawienie, które prezes miał zaprezentować radzie nadzorczej. Pamiętam to jak dzisiaj…

– Kochanie, wezwij karetkę. Może się czymś zatrułaś? – mówiłem do słuchawki, jednocześnie stukając w klawiaturę i walcząc z cyferkami w Excelu.

– Twój brat mnie zawiezie, zadzwoniłam do niego.

– Janusz? To dobrze. Zadzwoń potem do mnie, martwię się.

– Dobrze, mam wrażenie, że…

– Kochanie, muszę kończyć. – Zobaczyłem, że mruga mi w telefonie połączenie od prezesa. – Zadzwonię później, pa!

Nie usłyszałem więcej jej głosu. I nie wiedziałem, co chciała mi powiedzieć. Potem… domyśliłem się, o co jej chodziło. Ale na wszystko było za późno.

Gdy nastał świt, moje życie stało się tak samo zimne jak mroźny poranek i puste jak ulice, nad którymi wschodziło słońce. A wszystkiemu był winien on. To on wsadził ją do samochodu i chciał zawieźć do szpitala. Zawsze szybko jeździł, zawsze lubił ryzykowne zagrania, szybkie drifty, dudniącą muzykę. I tak też było w tę grudniową noc, kiedy mój brat wiózł moją żonę do szpitala – wypadł z zakrętu i uderzył w betonowy słup estakady. Nie dopilnował, żeby Kamila zapięła pasy, nie zachował ostrożności, nie pomyślał o niczym. Moja żona nie miała szans na przeżycie, wyleciała przez przednią szybę i zginęła na miejscu.

Od tamtej pory nie rozmawiałem z bratem. Nie przyszedłem na pogrzeb, bo była tam cała moja i jej rodzina. A ja przecież nie miałem już rodziny. Byłem sam, zupełnie sam, z dala od tej, która mnie kochała miłością pozbawioną egoizmu, krytyki, miłością czystą jak łza niemająca odwagi spłynąć po moim zmrożonym policzku. Klęczałem wśród śniegu i przymarzniętych kwiatów na jej grobie, prosząc litościwego Boga o to, aby zakończył moje nic niewarte życie i ukrócił męczarnię codzienności. Ale on nie słuchał. Albo wcale go nie było. A może nie było go dla mnie. Dlatego… postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Zawsze wszystko załatwiałem sam.

Teraz jechałem leśnym zaśnieżonym traktem i nagle coś zazgrzytało w silniku, huknęło i auto odmówiło współpracy. Próbowałem je odpalić, ale po przekręceniu kluczyka dobiegło mnie tylko ciche stuknięcie. Zupełnie spokojnie, a nawet z rezygnacją, otworzyłem drzwi i wysiadłem. Mróz uderzył we mnie z podwójną mocą, bo w samochodzie pracowało ogrzewanie, a ja nawet nie zdjąłem kurtki. Ale było mi to zupełnie obojętne. Ruszyłem w głąb lasu, mając nadzieję na spotkanie jakiegoś dzikiego zwierzęcia, które może zechce rozprawić się ze mną raz a dobrze.

Szedłem wolnym krokiem, niestety księżyc postanowił oświetlać moją drogę ku zatraceniu, a niebo było wyjątkowo bezchmurne.

Nagle wszystko stało się takie przejrzyste, wręcz krystaliczne. A do moich uszu doszedł jakiś szmer. Może to wilk? Może niedźwiedź? Cokolwiek! Byleby szybko, byleby teraz, tutaj! Nagle dojrzałem pochyloną postać jakiegoś człowieka. To był chyba starszy mężczyzna. Zdziwiłem się, co staruszek robił o tej porze w środku lasu.

– Zgubił się pan? – dotarł do mnie jego głos. Brzmiał spokojnie i jakoś przyjaźnie.

– Nie… nie wiem.

– Wyszedłem na nocny spacer i dojrzałem odblaski na pana kurtce. – Spojrzał na mnie. – Dobrze je widać w świetle księżyca.

– Co pan robi w środku lasu?

– Jaki to tam środek… – Starzec machnął ręką i się uśmiechnął. – Pracuję w tym pensjonacie. – Wskazał na pogrążony w ciemności duży budynek.

– Pensjonat? Tutaj?

– Nie widział pan tablicy Pensjonat pod Świerkiem?

– Nie, nic nie widziałem.

– Lubi pan herbatę z rumem? – spytał z łagodnym uśmiechem.

– Ja?

– Zapraszam. Trzeba się rozgrzać.

– Ja nie…

– Mam na imię Józef. – Mężczyzna podał mi pooraną zmarszczkami rękę.

– Mariusz. – Wbrew wewnętrznemu oporowi uścisnąłem mu dłoń.

– I od razu robi się przyjemniej. Zapraszam. Właściciele na pewno nie będą mieć nic przeciwko nowemu gościowi.

– Nie mam zamiaru zostawać tutaj dłużej – powiedziałem cicho, ale poszedłem za tym dziwnym człowiekiem.

– Jasne, jasne, każdy gdzieś zmierza. Ale możesz poczekać ze mną do świtu. Nieprzyjemnie tak wędrować nocą.

Zbliżyliśmy się do kanciastej bryły budynku. Z zewnątrz nie wyglądał zachęcająco, typowy komunistyczny kubik. Teraz prezentował się trochę lepiej, oświetlony kolorowymi łańcuchami światełek. Przez ten radosny, świąteczny obrazek poczułem się jeszcze gorzej. O ile w ogóle było to możliwe. Weszliśmy do środka, na dole w małym salonie wesoło płonął kominek. Poczułem ogromne zmęczenie.

– Rozbierz się, możesz się ogrzać. – Józef wskazał mi głęboki fotel umiejscowiony tuż przy kominku. – Idę przygotować nasz trunek. – Uśmiechnął się i mrugnął do mnie zawadiacko.

Zdjąłem kurtkę i usiadłem blisko ognia. Byłem tak cholernie zmęczony. Nie nocną wędrówką – całym rokiem. Całym pieprzonym rokiem. Oparłem się o wysoki zagłówek i zamknąłem oczy. I znowu znalazłem się tam. W szpitalu.

***

– Bardzo nam przykro. Pańska żona odniosła wiele obrażeń wewnętrznych, zginęła na miejscu. Niestety, ciąża była zbyt wczesna, aby… Proszę pana! Proszę pana!!!

Biegłem korytarzem przed siebie. Nie chciałem słuchać tego, co miał mi do powiedzenia lekarz. Nie mogłem przyjąć tego do wiadomości. Wypadłem ze szpitala wprost na zaśnieżone ulice Wrocławia i sam nawet nie wiem jak, ale znalazłem się w parku Południowym. Kamila uwielbiała tu przyjeżdżać na rowerze. A ja nigdy nie miałem czasu, aby jej towarzyszyć. Uklęknąłem na pokrytym śniegiem trawniku i tak bardzo chciałem zapłakać. Ale nie potrafiłem, mogłem tylko krzyczeć, lecz nie było nikogo, kto mógłby w jakiś sposób zareagować. Nikogo nie obchodził mój krzyk. I mnie też nic nie obchodziło. Teraz liczyło się tylko to, że straciłem wszystko, co kochałem. Straciłem przez niego!

Wiedziałem już, kogo mam nienawidzić. Siebie i jego. Mojego brata!

– Mariusz, obudź się! – Ktoś złapał mnie za ramię.

Otworzyłem oczy i rozejrzałem się trochę nieprzytomnym wzrokiem. Pan Józef siedział w drugim fotelu, który chyba przysunął do kominka, i podawał mi kubek z pachnącym i parującym napojem.

– Przepraszam, jestem zmęczony.

– Krzyczałeś przez sen. Wołałeś jakiegoś Janusza.

– To mój młodszy brat.

– Wszystko z nim w porządku? Bo nie brzmiałeś dobrze.

– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami i pociągnąłem spory łyk herbaty z rumem. – Nie rozmawiałem z nim od roku.

– Dlaczego?

Nie mam pojęcia, co było we wzroku tego starszego człowieka, ale opowiedziałem mu wszystko. O mojej pracy, o tym, że moja żona, niczym Penelopa, cały czas na mnie czekała, o tamtym przedświątecznym weekendzie, kiedy moje życie legło w gruzach. I o moim bracie, który tak bardzo płakał i mnie przepraszał, a ja nie chciałem nawet spojrzeć w jego stronę, chociaż wiedziałem, że jego życie też zostało rozbite na drobniutkie kawałeczki.

– A więc nie rozmawiałeś z bratem od roku?

– Tak. – Kiwnąłem głową.

– Czy jest ci z tym dobrze?

– Dobrze? – parsknąłem. – Od dwunastu miesięcy nie wiem, co znaczy czuć się dobrze.

– To dlaczego tak siebie karzesz?

– Siebie?

– I jego także. Jeśli coś do niego jeszcze czujesz, a on do ciebie, to obydwaj jesteście nieszczęśliwi.

– To mój brat. – Wzruszyłem ramionami. – Chciałem go znienawidzić. Prawie mi się udało. Dlatego uznałem, że nie mogę tak dalej żyć.

– I postanowiłeś zapuścić się w las w poszukiwaniu rozwiązania. – Starszy pan pokiwał głową.

– Tak – odparłem zaskoczony.

Ten człowiek wszystko tak dobrze rozumiał. Nie zastanawiałem się, dlaczego tak jest, w tej chwili poczułem coś na kształt ulgi. Po roku życia w napięciu i nienawiści było to jak gwiazdka z nieba.

– Kiedyś też odsunąłem się od rodziny. Nie miałem brata, ale młodszą siostrę. I kiedy chciałem wyciągnąć rękę na zgodę, okazało się, że jest już za późno.

– Co się stało?

– Umarła. Białaczka. Gdy w końcu do niej dotarłem, już mnie nie poznawała. – Józefowi drżał głos. – Musisz pamiętać, że w życiu czasami dotykają nas cudowne, ale i tragiczne rzeczy. Jednak to miłość i wsparcie bliskich nam osób mogą być jedyną receptą na to, aby dać radę, aby pokonać przeciwności, żyć dalej. Twój brat też na pewno cierpi. Myślę, że te dwanaście miesięcy dało wam okrutną szkołę życia. Ale teraz musisz iść dalej. I uwierz mi, w lesie nie znajdziesz rozwiązania. – Utkwił we mnie swoje przenikliwe spojrzenie, a ja czułem, jakby doskonale odczytywał to, co siedziało w mojej głowie. Jakby wiedział wszystko.

– Wiem, wiem…

– Podrzucić cię do samochodu?

– Tak, ale najpierw… muszę zadzwonić.

Gdy wyciągnąłem telefon, ten niespodziewanie zabłysnął przychodzącym połączeniem.

– Co… – Miałem wrażenie, że aparat parzy mnie w dłoń. Wstałem z fotela i odebrałem.

– Halo? Tak. Jestem… – Złapałem się za głowę. – Co? Jak to??? Jezu, jadę. Jestem w górach, niedaleko Zakopanego. Rano będę. Tak, nie martw się, już jadę, Ania. Jak coś, to dzwoń!

– Co się stało? – Józef patrzył na mnie, a ja w tym czasie gorączkowo zacząłem zbierać swoje rzeczy.

– Mój brat! To niemożliwe… – Pokręciłem głową. – Miał wypadek. Ścigał się gdzieś, na jakimś torze. Wypadł z zakrętu. Wszyscy twierdzą, że on chciał wypaść z tego cholernego zakrętu!

– Myślę, że twój brat szukał tego samego, czego ty szukałeś w naszym lesie. Ale teraz… – Starszy człowiek złapał mnie za ramiona i lekko przytrzymał. – Teraz musisz być spokojny, bo czeka na ciebie ktoś, komu jesteś potrzebny.

– Żona mojego brata… – wyszeptałem i potrząsnąłem głową. – Janusz…

– Tak. Oni cię potrzebują. Ona zadzwoniła do ciebie. To twoja rodzina.

– Wiem. Wiem! Dziękuję!

– Poczekaj, zawołam właściciela, podwieziemy cię do samochodu. Będzie szybciej.

Nie pamiętałem drogi do własnego auta, czym prędzej pożegnałem się z Józefem i właścicielem o imieniu Gabriel, który patrzył na mnie z takim spokojem, że i mnie samemu to wyciszenie się udzieliło. Pożegnałem się z mężczyznami, podziękowałem raz jeszcze Józefowi i wsiadłem niezwłocznie do samochodu. Ruszyłem w stronę Krakowa, Zakopianka była w tym czasie pusta. Jak najszybciej musiałem dostać się do autostrady A4, która zaprowadzi mnie wprost do Wrocławia. Musiałem zdążyć przed świtem, musiałem zdążyć… Musiałem zobaczyć mojego brata!

***

Gdy wpadłem do szpitala przy Borowskiej, było jeszcze ciemno. Przebiegłem przez pusty hol i schodami udałem się na pierwsze piętro, gdzie znajdował się OIOM. Pielęgniarki nie chciały mnie wpuścić, ale zacząłem je błagać, płakać prawie, aby otworzyły drzwi na oddział. Wreszcie jedna zlitowała się i pozwoliła mi wejść na salę. Stały tam cztery łóżka, na ostatnim, pod ścianą, leżał mój brat. Wyglądał jak nie on, opuchnięty na twarzy, podłączony do respiratora, taki inny, a jednak poznałem go od razu.

– Zaraz zaczyna się kolejna zmiana, będzie pan musiał wyjść – powiedziała mi na ucho ruda pielęgniarka, podała stołek, abym mógł usiąść przy łóżku, i postawiła przepierzenie, zapewniając nam w ten sposób trochę prywatności.

– Dziękuję – wyszeptałem i usiadłem koło wysokiego szpitalnego łóżka z mnóstwem przycisków. – Janek… – Złapałem brata za chłodną dłoń, na której do jednego z palców przyczepiony był czujnik tętna. Ciche dźwięki wydobywające się z aparatury układały się w jednostajny szum, który zdawał się wszystko uspokajać. Pochyliłem głowę i ścisnąłem rękę brata. – Bardzo się pomyliłem. Straciłem tak wiele, kochałem ją, ale ciągle zapominałem jej to okazywać. Nie można tak robić, trzeba pamiętać, co naprawdę liczy się w naszym życiu. Trzeba wierzyć w drugiego człowieka, nie można zapominać o tych, którzy są dla nas ważni, którzy są obok nas, są wsparciem, bezpieczną przystanią, rodziną. Ty jesteś moją rodziną. Teraz mam tylko ciebie i nie wybaczę sobie tego, co się stało, jeśli ty nie zostaniesz ze mną. Nie możesz także ty mnie zostawić! – Zaszlochałem. – Pewnie sobie zasłużyłem, ale nie rób tego, Janek. Obiecuję, że wszystko naprawię, wszystko odwrócę. Znowu będziemy braćmi. Cały czas jesteśmy… Tylko błagam cię, nie zostawiaj mnie! Pamiętasz… – Wziąłem głęboki wdech. – Pamiętasz, jak byliśmy razem na obozie? I bawiliśmy się w nocne podchody, a ty się zgubiłeś w tym cholernym lesie? Szukaliśmy cię pół nocy, a ja wiedziałem, że muszę cię znaleźć, bo inaczej nie wrócę do domu. Nawet teraz czuję ten obezwładniający strach, że mogło ci się coś stać, że mogłem cię stracić. Tak samo jest teraz… Przepraszam cię za ten rok. Chciałbym cofnąć wszystko, co powiedziałem, co zrobiłem. Nie mogę tego zrobić, ale mogę zacząć na nowo być twoim bratem. Zacznijmy znów być rodziną. O to tylko cię proszę…

Usłyszałem hałas na oddziale, zapewne zmieniały się dyżury. Ruda pielęgniarka podeszła do mnie i poprosiła o opuszczenie sali. Spojrzałem na śpiącego brata i wyszedłem na korytarz. Usiadłem na parapecie i zapatrzyłem się w daleki krajobraz, akurat te frontowe okna wychodziły na park i działki. Nad drzewami unosiła się poświata wschodzącego słońca. Świtało.

– Budzi się nowy dzień. Świta. Obiecuję, że jeśli on przeżyje, to ja też zacznę wszystko od nowa. Obiecuję, obiecuję, obiecuję, obiecuję… – powtarzałem gorączkowo jak mantrę, wpatrując się we wschodzące nieśmiało zimowe słońce.

Gdy pierwsze promienie oświetliły zmrożoną ziemię, podeszła do mnie znajoma ruda pielęgniarka. Widziałem w jej oczach strach.

– Co… – jęknąłem, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa.

– To dziwne… ale pana brat się obudził. I woła pana. Nie może mówić przez ten respirator, ale pokazał, że chce coś napisać. Dałyśmy mu kartkę i ołówek, niewyraźnie napisał tylko jedno słowo. Mariusz. To pan, prawda?

– Tak! To ja! To znaczy, że on…

– Żyje, i wygląda na to, że będzie dobrze. – Uśmiechnęła się i poprowadziła mnie do sali.

Tuż przed wejściem spojrzałem w rozświetlone dziennym światłem okno.

Świt.

Wszystko będzie dobrze.

 

 

MAGDALENA KNEDLER

Edgar

 

 

 

 

Ach! Wzrok! Wzrok! Wzrok!…

Edgar Degas, list do Évariste de Valernes, Paryż, 6 lipca 1891 r.