Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Pensjonat leśna ostoja ebook

Joanna Tekieli  

4.21238938053097 (113)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 277 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pensjonat leśna ostoja - Joanna Tekieli

38-letnia Justyna, pracownica korporacji, otrzymuje od wrednej szefowej zadanie, które ma ją zmusić do złożenia wypowiedzenia: ma pojechać do starego dworku położonego w leśnej głuszy i zająć się jego odnowieniem i zaadaptowaniem na pensjonat. Justyna podejmuje wyzwanie. Wyjeżdża do Drzewia żeby zmierzyć się z powierzonym jej projektem. Na miejscu jednak okazuje się, że poza tajemniczym starym dworkiem z duszą, małe miasteczko kryje w sobie niejedną niespodziankę. Justyna poznaje jego mieszkańców i ich sekrety i zaczyna rozumieć, że szczęście można znaleźć w najbardziej zaskakujących miejscach…

Opinie o ebooku Pensjonat leśna ostoja - Joanna Tekieli

Fragment ebooka Pensjonat leśna ostoja - Joanna Tekieli

Rozdział 1

– BAM! – Sąsiadka z góry upuściła kowadło, przeciągnęła żelazny łańcuch między żeberkami kaloryfera i pogalopowała w podkutych butach przez wyłożony tłuczonym szkłem przedpokój. Przynajmniej takie wizje pojawiły się w myślach Justyny, którą dochodzący z góry łomot wyrwał ze snu. Leżała przez chwilę na łóżku, próbując otrząsnąć się z szoku wywołanego nagłym przebudzeniem i przyciskając poduszkę do uszu, ale z doświadczenia wiedziała, że to nie ma sensu. Skoro sąsiadka już nie śpi, Justyna też nie da rady…

W ciągu dwóch miesięcy, od kiedy wprowadziła się do trzypokojowego mieszkania po babci, sześciokrotnie interweniowała u sąsiadki – niewysokiej siwowłosej osiemdziesięciolatki – prosząc o ciszę. Staruszka za każdym razem miała łzy w oczach, kiwała głową z ubolewaniem i wyrażała wielki żal oraz jeszcze większe zdumienie, że cokolwiek od niej słychać na dole, bo „przecież zawsze jest cichutko jak myszka”. Wręczała Justynie na przeprosiny słoiczek konfitur własnej roboty albo zrobioną na szydełku serwetkę, klepała ją po ręce i solennie obiecywała, że postara się być jeszcze ciszej – po czym po paru dniach cały spektakl się powtarzał, zawsze o najbardziej nieludzkich porach.

– Pieprzona myszka – warknęła Justyna, wlokąc się do kuchni przy wtórze dzikiej galopady sąsiadki. – Ja pierdzielę, dziesięć po czwartej…

Wzięła prysznic, zjadła śniadanie, zaparzyła sobie kawę z cynamonem, podgrzała do niej mleko i delektując się cudownym aromatem, usiadła w fotelu, żeby trochę poczytać, osładzając sobie w ten sposób pobudkę o świcie. Łomoty z góry zbyt ją jednak rozpraszały, więc odłożyła ukochanego Henninga Mankella na półkę i westchnęła ciężko. Kurt Wallander będzie musiał poczekać na bardziej sprzyjającą chwilę… Z góry dobiegł odgłos szurania i świdrujący pisk, jakby ktoś przesuwał ciężki mebel z jednego końca mieszkania na drugi. Justyna po raz setny przyrzekła sobie, że tym razem przestanie się przejmować sympatiami świętej pamięci babci, która z panią Halinką z góry przyjaźniła się przez pięćdziesiąt lat – i zgłosi sprawę w administracji. Może interwencja urzędu uspokoi szaloną staruszkę? Nie pamiętała o tym postanowieniu już w momencie, kiedy zbiegała po schodach, żeby zacząć wyjątkowo wcześnie nowy dzień w pracy.

Cieszyło ją własne mieszkanie, była to bardzo miła odmiana po wszystkich wynajmowanych kawalerkach i klitkach, w których każdą zmianę dekoracji trzeba było konsultować z właścicielem. Przez ostatnich sześć lat dzieliła dwupokojowe mieszkanie ze swoim narzeczonym – Kamilem, który był nauczycielem niemieckiego w prywatnym liceum. Planowali wzięcie kredytu i zakup własnego lokum, ale plany te zostały przerwane w sposób dość banalny – wracając o jeden dzień wcześniej z wyjazdu szkoleniowego, Justyna zastała Kamila w łóżku ze studentką, której od kilku miesięcy udzielał korepetycji z niemieckiego.

– Ty parszywy gnoju! – warknęła, kiedy już lekko otrząsnęła się z szoku.

Nie słuchając tłumaczeń w stylu: to nie tak, jak myślisz, to jednorazowa sprawa itd., pobiła rekord w błyskawicznym pakowaniu się, po czym zadzwoniła do swojego brata.

– Ta gnida mnie zdradza! – załkała do słuchawki, czując się jak bohaterka kiepskiej telenoweli.

Łukasz przyjechał w ciągu kwadransa, pomógł jej zabrać rzeczy i z całym inwentarzem zawiózł ją do siebie. Jego mieszkanie często stało puste, jako że brat Justyny był programistą i zazwyczaj mógł swoją pracę wykonywać z dowolnego miejsca na świecie, z czego skwapliwie korzystał. Jeździł do najbardziej egzotycznych zakątków i oddawał się swojej pasji, którą były rozmaite sporty ekstremalne.

Po dwóch miesiącach, kiedy Justyna pozbierała się po rozstaniu z Kamilem i zaczęła szukać nowego lokum, umarła babcia, zapisując jej w spadku swoje trzy pokoje. Smutek po odejściu staruszki mieszał się w niej z wielkim szczęściem, że nareszcie będzie miała własny kąt.

– Zobacz, jak tu pięknie! – zachwycała się, oprowadzając Agnieszkę, najlepszą przyjaciółkę, z którą znała się od czasów podstawówki.

Mieszkanie było duże i zadbane, ale Justyna chciała je urządzić we własnym stylu. Uwielbiała dobierać dodatki, szukała niezwykłych przedmiotów na aukcjach i bazarach, sama zaprojektowała meble do salonu i zatrudniła stolarza, który je dla niej wykonał, żeby wszystko wyglądało dokładnie tak, jak to sobie wymarzyła. Lubiła tu przebywać, a hałaśliwą sąsiadkę powoli zaczynała traktować jako uciążliwy dodatek do luksusu – dodatek, który nie był jednak w stanie zepsuć jej dobrego nastroju i pozytywnego nastawienia.

„Nawet w raju nie było doskonale: jak nie wąż, to brak ciuchów…” – myślała.

Na przystanek tramwajowy dotarła w trzy minuty. Jej samochód od kilku tygodni stał nieużywany w garażu. Wcześniej jeździła nim do pracy, ale odkąd władze miasta zaczęły przeprowadzać eksperyment pod hasłem „ile ulic w mieście można rozkopać jednocześnie, zanim dojdzie do całkowitego paraliżu” – przesiadła się do tramwaju. Miało to swój urok – nie musiała się martwić o miejsce postojowe i skupiać na innych użytkownikach ruchu, a drogę do pracy pokonywała w niespełna kwadrans. Miało też wady – tramwaj w godzinach szczytu był zwykle zapchany do granic możliwości i Justyna często na własnej skórze się przekonywała, że z higieną wśród Polaków nie jest najlepiej. Wielokrotnie miała ochotę wykrzyczeć współpasażerom, że jest taki wynalazek w formie małych, białych kostek, który nazywa się mydło, i jego użycie ani trochę nie boli…

Tym razem, kiedy dotarła do przystanku, spotkała ją bardzo miła niespodzianka: o tej porze w tramwaju jechało znacznie mniej osób – były nawet dwa miejsca siedzące, ale Justyna wolała chwilę postać. W końcu w biurze będzie siedziała przez prawie osiem godzin. Miała nadzieję, że uda jej się skończyć pracę nad raportem, z którym męczyła się od ponad tygodnia, bo ciągle ktoś się spóźniał z wysłaniem danych, ktoś inny zmieniał zatwierdzone już tabele, a przy tym szefowa raz po raz wymyślała dodatkowe pozycje, które w tym raporcie są „absolutnie niezbędne”. W efekcie całość miała już sto pięćdziesiąt stron i nie było widać końca, Justyna jednak nie narzekała, bo tę część swojej pracy lubiła najbardziej. Analizy, tabele przestawne, obliczenia i statystyki, które u wielu jej współpracowników wywoływały dreszcze, ją akurat uspokajały i dawały poczucie zaprowadzania porządku w chaosie danych. Niemniej jednak przeciągająca się praca zaczynała ją już trochę denerwować, chciała wreszcie postawić kropkę nad i – i przejść do kolejnego zadania.

Po wyjściu z tramwaju Justyna wstąpiła do pobliskiego sklepiku po przepyszną drożdżówkę, na którą pozwalała sobie raz w tygodniu (najchętniej jadłaby je codziennie, ale przybywało jej kilogramów nawet wtedy, kiedy tylko patrzyła na słodycze, więc starała się ograniczać ich spożycie).

– Niech pani spróbuje jeszcze tego! – Sympatyczna sprzedawczyni zaprezentowała jej smakowicie wyglądającą nowość – kruche babeczki z różą.

Czując lekkie wyrzuty sumienia, Justyna postanowiła sobie w duchu, że dziś wróci do domu pieszo. Tych pięć przystanków powinno załatwić sprawę nadmiaru kalorii. Jeszcze nie wiedziała, jak bardzo tego dnia przyda się jej odrobina słodyczy…

Siedziba firmy Konsultrak, w której pracowała Justyna, znajdowała się w jednym z najbardziej nowoczesnych budynków w mieście. Twórca projektu stworzył wielką bryłę ze szkła, żeby – jak twierdził – oczy urzędników mogły odpoczywać od blasku komputerowych ekranów, wpatrując się w zieleń za oknem. Pomysł był niezły, jednak jako że budynek stał w samym środku miasta, przy najbardziej ruchliwej ulicy, jedyną zielenią, jaką widywali pracujący tu ludzie, były zmieniające się światła sygnalizacji na skrzyżowaniu. Początkowo ktoś przynosił raz po raz kwiaty w doniczkach, próbując nadać pokojom odrobinę przytulności, ale najwyraźniej klimat w budynku nie odpowiadał popularnym roślinom doniczkowym, bo zarówno bluszcz, jak i dracena oraz cała rzesza rozmaitych kaktusów, beniaminków, paprotek i anturiów po kilku tygodniach usychały – nawet jeśli właściciel osobiście pilnował codziennego podlewania. „Zła aura!” – uznali wreszcie pracownicy i przestali eksperymentować z roślinnością.

W efekcie w biurze Konsultraku panowała atmosfera nowoczesności i profesjonalizmu, a jedynymi akcentami nieco ocieplającymi wnętrza były zamówione przez prezesa obrazy modnego nowoczesnego artysty, przedstawiające plamy barwne w różnych odcieniach fioletu i czerwieni.

Justyna trafiła do Konsultraku dziesięć lat temu i – wbrew przestrogom znajomych, którzy wróżyli jej korporacyjny wyścig szczurów i szybkie wypalenie zawodowe – czuła się tutaj dobrze. Może dlatego, że wcześniej pracowała jako asystentka właścicielki małej hurtowni artykułów biurowych, gdzie niemal każdego dnia zmieniały się zasady i organizacja pracy, a także jej obowiązki – w zależności od nastroju, w jakim przyszła szefowa. Jednego dnia Justyna była więc sekretarką, innego rozładowywała towar, a kolejnego – sprzątała magazyn. Szalę goryczy przelała nowość w kontaktach dziewczyny z właścicielką, a mianowicie przyklejanie przez tę ostatnią żółtych karteczek z zadaniami lub uwagami na temat pracy asystentki, chociaż siedziały w jednym pokoju, biurko w biurko.

Dokładne harmonogramy zadań, wyraźna hierarchia i szczegółowe wytyczne odnośnie do wymagań i oczekiwań szefostwa w Konsultraku były dla Justyny miłą odmianą i dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Przynajmniej tak było do ubiegłego miesiąca, kiedy zmienił się kierownik działu, w którym pracowała. Miłego i zawsze uśmiechniętego starszego pana zastąpiła kobieta, której wzorem do naśladowania wydawała się być Miranda Priestly, bohaterka filmu Diabeł ubiera się u Prady.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się Justynie w oczy (czy raczej: w uszy) po przekroczeniu progu biura, była przejmująca cisza. Recepcjonistka Kasia natychmiast przestała szeptać ze strażnikiem, a kończąca sprzątanie pani Ewa gwałtowanie urwała nuconą właśnie melodię. Trzy pary oczu wbiły się w Justynę z wyrazem głębokiego współczucia, lęku i troski.

– Dzień dobry! – zawołała raźno, mając nadzieję, że to współczucie tylko jej się przywidziało. Nadzieję tę szybko zgasił nerwowy szept recepcjonistki:

– Ella cię wzywa…

Justyna poczuła, jakby ktoś wymierzył jej silny cios w żołądek.

– Już przyszła?

– Nie, wczoraj po piątej cię szukała i kazała ci powtórzyć, że masz być u niej punktualnie o ósmej.

Oczywiście! Szukała jej po siedemnastej, jakby nie wiedziała, że Justyna pracuje do szesnastej. Justyna jako jedna z nielicznych nie dała się wciągnąć w szaleństwo, które takimi zagraniami zapoczątkowała Ella, skłaniając wielu nadgorliwych do pozostawania po godzinach, na wypadek, gdyby szefowa czegoś chciała.

– No proszę, jaki miły początek poranka! – Justyna udawała, że podchodzi do tego na luzie. – Może chce zjeść ze mną śniadanie?

– Jeśli już, to nie z tobą, tylko ciebie…

Ella tak naprawdę miała na imię Agata, a „Ella” było skrótem od „Cruella”, bo pracownicy woleli nie operować pełnym przezwiskiem, słusznie się obawiając, że mogłaby przypadkiem usłyszeć i domyślić się, o kim mówią. Agata była wysoką, przeraźliwie chudą czterdziestolatką o czarnych prostych włosach i zaciśniętych w wąską kreskę ustach. Nosiła do bólu profesjonalne garsonki i szare kostiumy oraz proste czółenka na niewysokim obcasie. Swoje rządy zaczęła od zwolnienia siedmiu osób z załogi.

– Nie ma tutaj miejsca na przeciętność – stwierdziła, przyglądając się zza ciemnobłękitnych okularów zgromadzonym na pierwszym zebraniu pracownikom. – Podstawą wszystkiego jest nieustanny rozwój – i tego będę od państwa wymagać, a jeśli ktoś nie chce się rozwijać i unika nowych wyzwań – będziemy musieli się pożegnać.

Dziwnym trafem ta przeciętność i unikanie nowych wyzwań dotyczyły najładniejszych i najmłodszych kobiet zatrudnionych w firmie. Justyna do tej pory miała nadzieję, że jest bezpieczna, skoro zbliża się do czterdziestych urodzin i nie wygląda jak modelka z „Vouge’a”. Najwyraźniej jednak Cruella postanowiła wyeliminować wszelką konkurencję, także tę mniej groźną. A może wcale nie o to chodzi? Może po okresie zwolnień i surowych nagan przyszedł czas na docenienie wysiłków tych, którzy po prostu wykonują swoją pracę?

Przez pół godziny, zanim wskazówki zegara pokazały siódmą pięćdziesiąt, próbowała pracować. Odpowiedziała na kilka e-maili, zaczęła uzupełniać nieszczęsny raport, ale w myślach wciąż się zastanawiała, co może jej zarzucić Cruella. Zrobiła szybki rachunek sumienia i wydawało jej się, że nie popełniła żadnych służbowych przewinień. Wreszcie wstała zza biurka i wolnym krokiem ruszyła po schodach, czując, jak w żołądku rośnie jej wielka, żelazna kula. Celowo nie wsiadła do windy, chcąc jak najdalej odsunąć w czasie chwilę, kiedy stanie przed szefową.

Drzwi do gabinetu Agaty miały jaskrawoczerwony kolor. Otwierając je, Justyna czuła, że jej policzki dostosowują do nich swoją barwę, i miała nadzieję, że podkład zamaskuje ten efekt.

– Dzień dobry – powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał pewnie. Prawie się udało – tylko „y” było nieco drżące.

Cruella podniosła wzrok znad teczki, która leżała na jej biurku. Przez chwilę jej spojrzenie badało całą postać Justyny: od kręconych brązowych włosów, przez piegowaty nos, luźną tunikę, dżinsy, aż po czubki wygodnych balerinek. Po tej analizie jej usta zacisnęły się jeszcze mocniej, tak że prawie nie było ich widać. W pobliżu nie było żadnego krzesła, Justyna stała więc przy biurku, czując się jak uczennica nieprzygotowana do lekcji.

– Pani Justyno. – Szefowa wreszcie postanowiła przemówić, uśmiechając się słodko, co sprawiło, że serce Justyny zaczęło wygrywać szaleńcze staccato. – Jak pani wie, w naszej firmie stawiamy na rozwój. To ważne, bo kto się nie rozwija, ten nie stoi w miejscu, jak można by pomyśleć. On się cofa. A na to zgody nie ma. Dlatego dbamy, aby nasi pracownicy stawiali sobie nowe wyzwania. Nie ma nic gorszego, niż tkwienie przez kilka lat przy tych samych, mechanicznie wykonywanych czynnościach.

Zrobiła przerwę, w trakcie której znów zmierzyła ją wzrokiem, a Justyna poczuła, że jej lęk znika, a w jego miejscu pojawia się bunt i przekora. „Nie dam ci satysfakcji, ty głupia suko!” – pomyślała i ta refleksja musiała odbić się w jej spojrzeniu, bo Cruella zmarszczyła brwi i odchrząknęła, po czym spuściła głowę. Po chwili kontynuowała głosem ociekającym od słodyczy.

– Nie osiągnęła pani jeszcze – słowo „jeszcze” wyraźnie podkreśliła – wieku, w którym można zacząć ścielić sobie wygodne posłanie i spokojnie czekać na emeryturę… W pani dziale szykują się duże zmiany i redukcje, ale nie musi się pani obawiać, bo wywalczyłam dla pani poważne i chyba całkiem przyjemne zadanie, które pozwoli pani dowiedzieć się czegoś o sobie, a także, jak mi się zdaje, zrelaksować się i odpocząć od rutyny. No i oczywiście – rozwinąć się.

„Jakbym była rolką papieru toaletowego” – pomyślała Justyna i ta myśl sprawiła, że na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Ta reakcja zbiła Cruellę z tropu, więc porzuciła swój słodki ton i ostatnie słowa niemal wysyczała:

– Postanowiliśmy zadbać jeszcze bardziej o atmosferę w naszej firmie, a także zainwestować w nową dla nas dziedzinę rynku. Dlatego kupiliśmy posiadłość w miejscowości Drzewie, leżącej ledwie o trzy godziny drogi od naszego miasta, i chcemy zamienić ją w pensjonat, w którym nasi pracownicy będą mogli spędzać urlopy, korzystając oczywiście z preferencyjnych warunków cenowych. No i gdzie będziemy mogli urządzać imprezy integracyjne. Jesteśmy przecież zespołem! Pensjonat będzie również dostępny dla gości z zewnątrz i w ten sposób zapewnimy firmie dodatkowy dochód.

– Świetny pomysł – powiedziała pogodnie Justyna, chcąc choć na chwilę przerwać ten napuszony monolog. Szefowa zamrugała gwałtownie i po chwili kontynuowała, a jej głos znów zamienił się w płynny miód.

– I tutaj pojawia się rola dla pani. – Cruella złożyła dłonie w piramidkę. – Chcę, aby pani pojechała do Drzewia, obejrzała posiadłość, zorientowała się, jakie prace są konieczne, znalazła fachowców, którzy je wykonają – no i żeby pani rozkręciła ten biznes. Uzgodniliśmy już wszystko z elektrownią i wodociągami, więc prąd i bieżąca woda są podłączone, no a resztą trzeba się zająć. Myślę, że dwa miesiące to wystarczający czas, żeby wykonać takie dzieło, ale na wszelki wypadek daję pani trzy. Co pani na to?

– Zaskoczyła mnie pani. – Justyna wytrzymała spojrzenie kobiety, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, choć w myślach właśnie wbijała długopis w oko szefowej. – Propozycja brzmi intrygująco. Czy dostanę jakieś bardziej szczegółowe wytyczne dotyczące stylu, wystroju, rozkładu pomieszczeń?

Odpowiedziało jej pełne politowania spojrzenie Cruelli, a kiedy szefowa się odezwała, w jej głosie słychać było ton wyższości, jakby zwracała się do przedszkolaka, który nie potrafi sam założyć koszulki:

– Panu Justyno, trochę samodzielności! Wybrałam panią do tego zadania właśnie dlatego, że miałam nadzieję, że osoba w pani wieku, dojrzała, nie będzie potrzebowała prowadzenia za rączkę i wykaże się inicjatywą, kreatywnością… Podkreślam jeszcze raz: kreatywnością, bo tylko tacy pracownicy mogą tworzyć załogę Konsultraku.

– Czyli mam wolną rękę? – Justyna jej przerwała, nie mogąc dłużej znieść tego wyniosłego tonu. – Wspaniale, to prawdziwe wyzwanie i niezwykłe doświadczenie! Od kiedy mam zacząć?

Cruelli opadła szczęka. Spodziewała się szlochów, próśb i jęków (tak zareagowały wcześniej dwie pracownice, dzięki czemu mogła je zwolnić jako te, które nie chcą podejmować nowych wyzwań). Pełna entuzjazmu postawa Justyny zdenerwowała ją i całkowicie zepsuła jej nastrój.

– Kiedy pani wykona raport z ostatniej kampanii – wycedziła. – No i oczywiście z tą wolną ręką proszę nie przesadzać, bo ogranicza panią budżet. W księgowości poinformują panią o jego wysokości i dadzą wszelkie wytyczne na temat faktur. – Cruella skupiła wzrok na leżącej przed nią teczce, dając tym samym do zrozumienia, że audiencja skończona.

– Postaram się skończyć raport jak najszybciej. – Justyna postanowiła ją dobić, po czym z dźwięcznym „Do widzenia” na ustach wyszła z gabinetu. Spokoju wystarczyło jej tylko na dojście do końca korytarza. Poczuła skurcz żołądka. Biegiem dopadła toalety i zwymiotowała do sedesu. Przez chwilę klęczała przy muszli, kryjąc twarz w dłoniach, ale po kilku minutach wygładziła ubranie i wyszła z kabiny. Spojrzała na siebie w lustrze nad umywalką i pokręciła głową z niedowierzaniem. Umyła twarz, wypłukała usta i poprawiła włosy, które sterczały jej na wszystkie strony. Przez chwilę stała, oddychając głęboko, po czym wyjęła z kieszeni komórkę i wysłała SMS-a do Agnieszki:

„Spotkanie kryzysowe u mnie o 18”.

Po kilku sekundach przyszła odpowiedź:

„Oki. Przynieść wino czy nalewkę?”.

„TAK” – odpisała Justyna, wprawiając tym przyjaciółkę siedzącą za okienkiem banku na drugim końcu miasta w lekkie zdumienie.

Jeszcze przez kilka minut doprowadzała się do porządku i uspokajała oddech, po czym wróciła do swojego pokoju i skupiła się na raporcie tak bardzo, że o czternastej trzydzieści naniosła ostatnie poprawki i wysłała plik na adres e-mail szefowej. Do momentu wyjścia z biura nie doczekała się potwierdzenia odbioru. Wracając do domu, odtwarzała sobie w głowie przebieg rozmowy z Cruellą i czuła, jak coraz bardziej narasta w niej wściekłość. Włożyła do uszu słuchawki i włączyła muzykę, żeby choć na moment zagłuszyć natłok myśli. Miała ustawione losowe odtwarzanie utworów, ale ślepy los dobrze dopasował się do jej huśtawki nastroju, włączając najpierw agresywny Feuer Frei! zespołu Rammstein (przy każdym „bang – bang” Justyna wyobrażała sobie, że wali żeliwną patelnią w głowę Cruelli), później rozpaczliwie smutny Żwir Marii Peszek, przechodząc do optymistycznego Jaśniej Krzysztofa Zalewskiego, na gorzkim Głupi jakończąc.

– „Diabli miot z tej jędzy” – powtórzyła za Tomaszem Organkiem i jej wściekłość zmieniła się w postanowienie, że sobie poradzi i utrze nosa szefowej.

***

Wieczorem, siedząc na miękkim dywanie w salonie, nie była już tak pewna siebie, kiedy relacjonowała zaskoczonej Agnieszce całe wydarzenie, raz po raz przerywając samej sobie i wyrzucając z siebie potok przekleństw.

– Już nie żyję… Przecież to beznadziejne… – zakończyła melodramatycznie i wychyliła duszkiem kieliszek wina.

– Dlaczego zaraz beznadziejne? Może nie będzie tak źle… – pojednawczym tonem stwierdziła Agnieszka. – Masz już trochę doświadczenia po tym projektowaniu mebli do salonu, poradzisz sobie. A poza tym na trzy miesiące stracisz z oczu tę jędzę. I… może poznasz tam kogoś fajnego?

Justynę aż zatrzęsło ze złości.

– Kogoś fajnego? Obawiam się, że to nie jest tego typu historia!

– Jakiego typu? – zainteresowała się przyjaciółka.

– No wiesz: piękne młode dziewczę wyjeżdża na głęboką prowincję i zastaje tam… skansen Hollywood. Miejscowy piekarz jak Brad Pitt, rzeźnik – Daniel Craig, leśniczy – Liam Neeson, na poczcie Keanu Reeves, w spożywczaku Ben Barnes, a najbliższy sąsiad do złudzenia przypomina Colina Firtha… Wszyscy piękni, wrażliwi, a przy tym tak oczytani, że mogliby zasiadać w komisji od literackiego Nobla, gdyby tylko chcieli, ale nie chcą, bo kochają pracę na roli. A jak nie pracują na roli – ze śpiewem na ustach, oczywiście, i to nie byle jakim, tylko wykonywanym ciepłym, męskim barytonem – to rzeźbią swoje boskie ciała, rąbiąc drewno na opał, albo przesiadują w bibliotece, albo snują filozoficzne rozważania o sensie życia, słuchając przy tym Mozarta… A wieczorami piszą wiersze albo malują piękne pejzaże… Za to nocami stają się prawdziwymi demonami seksu, przy których Rasputin to nieśmiały prawiczek. I wszyscy mają jedno pragnienie: zaopiekować się biedną dziewczyną, przeżywać z nią gorące miłosne uniesienia i zapewnić jej dobrobyt – bo oczywiście każdy jest bajecznie bogaty, a pracę swą przyziemną wykonuje tylko tak, żeby czymś zapełnić puste dni.

– No, świetnie zaprezentowałaś realia polskiej wsi, prawie jak Orzeszkowa! Zapomniałaś tylko o Seanie Connerym, a przecież i starsi mężczyźni mogą być interesujący!

– Bo do sołectwa dziewczę jedzie dopiero w drugim rozdziale! – Justyna walnęła pięścią w stół, po czym rozkleiła się zupełnie. – Niech to szlag trafi, Agnieszka! Tu jest samo życie: wredna szefowa jest wredną szefową, a nie głęboko skrzywdzoną przez los anielicą, która pod maską okrucieństwa skrywa złote serce… A zadupie – jest zadupiem. I to ja tam wyląduję, a nie jakaś Monica Bellucci… I to właśnie teraz, gdy wreszcie poczułam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi… Już widzę tę zżeraną przez korniki gnijącą szopę z walącym się dachem i wychodkiem dwadzieścia metrów dalej… W samym sercu krainy, gdzie psy dupami szczekają i gdzie zawracają wrony.

– Potraktuj to jako jedną z tych twoich tabelek do uporządkowania, które tak lubisz! – powiedziała Agnieszka, a stanowczość w jej głosie sprawiła, że Justyna poczuła mały powiew optymizmu. – Trzy miesiące to nie wieczność, zawsze na weekendy możesz wracać do domu. Pomogę ci, jak będzie trzeba, albo podeślę Krzyśka. On jest co prawda do bani w pracach remontowych, ale może cię wyręczyć w dogadywaniu się z majstrami. Nie łam się, dziewczyno. Jeszcze pokażesz tej francy!

Krzysiek był od dwunastu lat mężem Agnieszki i rzeczywiście talentu do prac remontowo-naprawczych nie posiadał za grosz. Potrafił za to fenomenalnie gotować (nie zostawiając przy tym pobojowiska w kuchni), a umyte przez niego okna lśniły tak, że ich blask był prawdopodobnie widoczny z orbity okołoziemskiej. Pracował w firmie farmaceutycznej jako przedstawiciel handlowy i miał taki dar przekonywania, że nawet rodziców dziesięciorga dzieci byłby w stanie namówić na zakup suplementu zwiększającego płodność.

Po kilku następnych kieliszkach wina Justyna uwierzyła, że jej misja nie jest tak zupełnie beznadziejna. W jej sercu pojawiła się nadzieja, która po chwili (i następnej lampce wina) przeszła w wizję wielkiego sukcesu. Oczyma wyobraźni ujrzała okazały pensjonat położony w malowniczej okolicy, tłum dziennikarzy i prezydenta miasta przecinającego wstęgę podczas uroczystego otwarcia, które uświetnił występ Lady Gagi.

***

Jeszcze tego wieczora po wyjściu Agnieszki poświęciła kilka godzin na przeglądanie zasobów internetu w poszukiwaniu dobrych rad dotyczących aranżacji wnętrz, zatrudniania ekip remontowych, rozwiązywania problemów z osiedlającymi się w opuszczonych domach łasicami, żmijami i robalami oraz życia w leśnej głuszy. Zamówiła parę preparatów przeciw kleszczom, karaluchom i komarom, cały zestaw książek, które miały umilić jej czas w Drzewiu, oraz poradniki Twój własny pensjonat w pigułce, Jak przetrwać w dziczy, Pozbądź się dzikich lokatorów z twojego domu i Remontowe ABC. To jeszcze bardziej podniosło ją na duchu, ale mimo wszystko czuła narastającą panikę na myśl o zamieszkaniu samotnie w leśnej głuszy i nadzorowaniu prac remontowych. Kilka razy podczas bezsennej nocy pojawiła się nawet w jej sercu pokusa, żeby rzucić Cruelli w twarz wypowiedzeniem i olać to wielkie zadanie, ale na myśl o triumfującej minie szefowej zaciskała pięści i powtarzała sobie, że da radę.

Rozdział 2

Następne dni upłynęły Justynie na pakowaniu się, domykaniu spraw w pracy, przyjmowaniu kondolencji od współpracowników i odbieraniu telefonów od znajomych i zatroskanych rodziców, którzy bardzo się martwili, jak ich mała córeczka (w końcu trzydzieści osiem lat to żaden wiek!) da sobie radę samiuteńka, w jakiejś głuszy, z dala od domu i bliskich.

– Co to za podła jędza! – biadoliła mama, wysyłając pod adresem Cruelli najrozmaitsze epitety, jak na nią – całkiem mocne. – Przecież takie zadanie należało dać mężczyźnie, a najlepiej dwóm! Nikt by się dobrze nie czuł w takich warunkach, a cóż dopiero samotna kobieta! Użeranie się z ekipami remontowymi, hydraulikami i elektrykami, no i jeszcze jakieś pustkowie. To podłość!

– Draństwo! – wtórował jej oburzony tata. – Złóż zaraz wypowiedzenie, nie przyjmuj tego zadania! Na pewno znajdziesz jakąś inną pracę, a jak nie – to my ci z mamą pomożemy! Zawsze możesz wrócić do domu, twój pokój tu na ciebie czeka. Przecież nie można tak człowiekiem pomiatać, zlecać mu zadania ponad siły!

Tą wypowiedzią tata wyzwolił nieznane dotąd pokłady mocy w duszy Justyny, która wyobraziła sobie siebie jedzącą z butelki ze smoczkiem kaszkę podgrzaną do odpowiedniej temperatury przez mamę. A w kolejnej wizji zobaczyła tatę wręczającego jej kieszonkowe, żeby mogła sobie kupić lody. Nie miała wyjścia: musiała sobie poradzić i przyjąć wyzwanie na klatę!

Brat Justyny nurkował właśnie na rafie na drugim końcu świata, ale wysłał jej pocieszającego e-maila z deklaracją, że jak tylko wróci do kraju – przyjedzie do Drzewia i pomoże jej, jeśli będą jakiekolwiek problemy.

– Dasz radę, siostra! Kto, jak nie ty? – zakończył w swoim stylu.

Wszystko to podniosło Justynę na duchu i znacznie poprawiło jej nastrój, po tym jak cała odwaga, przekora i brawura, które wstąpiły w nią w gabinecie Cruelli i po wieczorze z Agnieszką, gwałtownie wyparowały, pozostawiając tylko przerażenie, panikę i szereg wątpliwości.

Ostatni wieczór przed wyjazdem spędziła w kawiarni, gdzie zaprosili ją koledzy i koleżanki z pracy, chcąc okazać jej solidarność i wesprzeć. Wznosili toasty, życząc jej powodzenia, a recepcjonistka Kasia podarowała jej ręcznie wykonaną szmacianą laleczkę ubraną w elegancki szary kostium, namawiając do podjęcia praktyk voodoo.

– Jedna szpila w tyłek na pewno nie zaszkodzi! – szepnęła.

– W tyłek to dla niej zbytek łaski – skomentowała ciemnowłosa Karolina z działu marketingu. – Lepiej prosto w oko jędzy!

Justyna unikała picia alkoholu, wiedząc, że następnego dnia czeka ją prowadzenie samochodu, pochłonęła za to kilka ciastek i czuła, że brzuch robi jej się wielki jak balon. Przyglądała się swoim rozbawionym kolegom i koleżankom i pomyślała, że jeszcze nigdy nie widziała ich tak zgodnych i wyluzowanych.

– Jesteśmy z tobą! Justyna, jesteśmy z tobą – zaczęli skandować, niczym kibice na stadionie, mocno już podpici panowie z działu IT.

– Mam nadzieję, że jak wrócę, nie będziecie musieli śpiewać „Nic się nie stało…”. – Justyna się uśmiechnęła.

Na zakończenie wieczoru Kasia wzniosła uroczysty toast:

– Żebyś nam, Justynko, taki luksus na tym zadupiu urządziła, żeby Cruellę na miejscu szlag jasny trafił!

– Postaram się! – zawołała Justyna, dziarsko salutując.

W takim nastroju kładła się spać ostatniej nocy w swoim przytulnym mieszkanku, choć zanim zasnęła, przez jej głowę przewinęło się kilka czarnych scenariuszy zakładających brak bieżącej wody, prądu, dachu oraz obecność dzikich lokatorów w postaci węży, borsuków, łasic, wiewiórek i co tam jeszcze w lesie żyje. Będąc już na granicy jawy i snu, usłyszała jeszcze donośny łomot z mieszkania sąsiadki, ale po raz pierwszy udało jej się zlekceważyć wszystkie odgłosy i zasnąć twardym, mocnym snem. Śniło jej się, że dworek w Drzewiu okazał się wiatą wspartą na czterech rachitycznych słupach, które gięły się do ziemi pod najdelikatniejszym nawet podmuchem wiatru i rozsypały się w pył w momencie, gdy Justyna zbliżyła się na odległość jednego metra.

***

W rzeczywistości nie było wcale tak źle. Przynajmniej jeśli chodzi o dom, bo miejsce, w którym stał, rzeczywiście było końcem świata. Dwie godziny po opuszczeniu miasta Justyna wjechała w las, który ciągnął się przez wiele kilometrów. Po pewnym czasie przestała nawet liczyć mijane po drodze maleńkie wioski i miasteczka. Dopiero kiedy GPS wskazał, że do Drzewia pozostało dziesięć kilometrów, uważniej przyjrzała się okolicy, rejestrując w mijanej wsi coś w rodzaju małego centrum handlowego ze sklepem żelaznym, spożywczym, odzieżowym i apteką. Przed tabliczką „Drzewie 10 km” dostrzegła też szyld reklamowy firmy Midas oferującej kompleksowe usługi remontowe i zapisała sobie numer telefonu, postanawiając, że da szansę miejscowym przedsiębiorcom. Wjechawszy do Drzewia, zaczęła uważnie rozglądać się za czymś, co przypominałoby dworek, ale majaczące w oddali domki były małe i skromne, a wkrótce wszelkie zabudowania się skończyły i samochód ponownie wjechał w gęsty las.

GPS po około minucie od minięcia znaku „Drzewie wita” oznajmił koniec trasy. Była już o krok od paniki, kiedy między drzewami zobaczyła grupkę dzieciaków.

– Wiecie, jak znajdę adres Drzewie 15? – wykrzyczała przez otwarte okno, ale w jej głosie nie było zbyt wielkiej nadziei.

Chudy wyrostek o rudej czuprynie, który wyglądał na jakieś dziesięć lat i był chyba najstarszy, ruszył w kierunku jej samochodu, a za nim piątka pozostałych.

– A co tam jest? – odpowiedziała pytaniem pyzata, mniej więcej pięcioletnia blondynka, która wyglądała, jakby całym ciałem zbierała jagody, bo wszędzie miała granatowo-brązowo-czerwone plamy.

– Taki stary dwór.

W sześciu parach oczu pojawił się błysk zrozumienia, a sześć niesamowicie brudnych rąk jednocześnie wskazało kierunek, z którego Justyna właśnie przyjechała.

– Musi pani zawrrrrócić i skrrręcić tuż za słupem z prrrrądem! – powiedziała stanowczo pyzata, mocno akcentując każdą głoskę „r”.

– W którą stronę mam skręcić?

Pytanie na moment zbiło dziewczynkę z tropu. Przymknęła oczy i wykonała ręką ruch, jakby podnosiła do ust łyżkę zupy.

– W prrrrawo! – zawołała z zadowoleniem, dla pewności jeszcze raz wiosłując niewidzialną łyżką w powietrzu. Reszta dzieciaków pokiwała głowami. – A potem będzie taka kapliczka z krzywym Jezuskiem, to tam znowu trzeba skrrrręcić w prrrrawo i już prrrrawie będzie dwórrrrr.

– Dziękuję! – Popatrzyła na nich, trochę niepewna, czy z niej nie żartują. – Sprzedacie mi trochę jagód?

– Nie ma sprawy! – Rudzielec podał jej pełny słoiczek półlitrowy. – Dwadzieścia złotych będzie dobrze?

Zapłaciła trzydzieści, mając nadzieję, że jeśli robią ją w balona, to ruszy ich sumienie. Nikt jednak nie wyglądał, jakby coś go trapiło, więc położyła słoik z jagodami na siedzeniu obok i ruszyła wskazaną drogą. Po dwóch minutach minęła „słup z prądem”, po kolejnych pięciu – kapliczkę z wyjątkowo nieudaną rzeźbą Jezusa frasobliwego. Głowa była stanowczo zbyt wielka w stosunku do reszty ciała, na dodatek na twarzy Zbawiciela malował się grymas, który sugerował zatrucie pokarmowe albo początek ataku szaleństwa.

„No cóż… Może ludowy rzeźbiarz pracował na akord. Albo miał wielkie chęci, ale żadnego talentu…” .

Dworek w Drzewiu nie stał – jak się okazało – w sercu wsi, lecz na jej obrzeżach, z dala od innych zabudowań, w samym środku puszczy, u podnóża niewielkiego wzniesienia. Wiodła do niego szeroka leśna droga, zupełnie nieutwardzona, a więc po deszczu pewnie i nieprzejezdna. Nawet tego dnia – choć od tygodnia nie padało – samochód Justyny trochę protestował, buksując kołami w piaszczystym podłożu i wzniecając tumany kurzu.

Widząc na horyzoncie wielką, żelazną bramę z pięknie wyrzeźbionym numerem 15, Justyna odetchnęła z ulgą.

„Dzieciaki nie ściemniały…”.

Wysiadła z samochodu i wyciągnęła ciężki pęk kluczy, które ze słodkim uśmieszkiem i życzeniami „powodzenia” wręczyła jej poprzedniego dnia Cruella. Za czwartym razem trafiła na właściwy – wielki, żelazny, zakończony głową lwa. Otworzyła furtkę i przy wtórze upiornego skrzypienia zardzewiałych zawiasów weszła na posesję. Teren był – zgodnie z przewidywaniami – bardzo zapuszczony, ale dom prezentował się dobrze. Okazały piętrowy budynek z malowniczą werandą zbudowano z drewna i pięknego kamienia o ciepłej beżowej barwie, a drewniany dach wyglądał bardzo solidnie. Obok dworku stała znacznie mniejsza i skromniejsza służbówka.

Posiadłość otaczał zupełnie zdziczały ogród. Wzdłuż szerokiej ścieżki królowały pokrzywy i nieznane Justynie z nazwy trawy i krzaki. Schody na werandę zasłaniały bujne, wysokie malwy. Justyna delikatnie je odsunęła, nie chcąc połamać kwiatów, i ruszyła w stronę drewnianych drzwi, ozdobionych srebrną kołatką. Tym razem bezbłędnie trafiła na właściwy klucz. Drzwi otworzyły się z lekkim oporem, a pierwszą rzeczą, jaką za nimi zobaczyła, była pajęcza sieć zasnuwająca wejście. Na jej tle migotały drobinki kurzu, które uniósł w powietrze podmuch wiatru. Cofnęła się do ogrodu, podniosła złamaną gałązkę jakiegoś krzewu i zerwała pajęczynę, z obrzydzeniem zauważając na patyku również jej twórcę – wyjątkowo dorodnego czarnego pająka. Rzuciła gałąź jak najdalej od domu i weszła do środka, zostawiając otwarte drzwi, by pozbyć się wszechobecnego w pomieszczeniach nieprzyjemnego zapachu stęchlizny.

Czuła się nieswojo, wchodząc do opuszczonego dworku, i w tym momencie żałowała, że odwiodła ojca od planów towarzyszenia jej w pierwszych dniach w Drzewiu. Tata chciał wziąć urlop i opiekować się swoją córeczką, jak za dawnych lat, ale Justyna przekonała go, że – przynajmniej na początku – lepiej będzie, gdy rozejrzy się sama.

– Nie wiadomo, co tam zastanę, tato. Może w ogóle nie będzie gdzie spać i będę musiała szukać noclegu gdzieś na wsi? – tłumaczyła.

Nie chciała, żeby tata marnował urlop na pracę, a poza tym wiedziała, że – poza wsparciem psychicznym, które oczywiście było nie do przecenienia – w niewielu sprawach będzie mógł jej pomóc. Nie był typem majsterkowicza, zaradność też nie była jego mocną stroną – pracował jako księgowy i świetnie sobie radził z obliczeniami, kosztorysami i podatkami, ale kwestie praktyczne były w ich rodzinie na głowie mamy. To ona zawsze dzwoniła po fachowców, kiedy w domu coś się psuło, ona decydowała, kiedy należy zrobić remont, wymienić jakieś sprzęty, oddać samochód do przeglądu. Zresztą w związku z wyjazdem Justyny do Drzewia to mama w końcu storpedowała plany taty, przypominając mu o braku technicznych umiejętności, a także o rozmaitych dolegliwościach, które na takim odludziu mogą stać się przyczyną poważnych problemów:

– Jak cię znowu strzyknie i nie będziesz się mógł wyprostować, to co tam w tej dziczy zrobicie?

W efekcie Justyna przyjechała do dworku sama, ale ojciec wymógł na niej przysięgę, że wezwie go, gdyby tylko poczuła, że jego obecność jednak się przyda.

„Szkoda, że cię tu nie ma, tato…” – pomyślała, przekraczając próg.

Wnętrze domu ją zaskoczyło – było zupełnie puste. Ani śladu mebli, dywaników, obrazów. Kamienna podłoga, kamienne ściany – także zupełnie puste, jeśli nie liczyć zwisających wszędzie girland pajęczyn i unoszącego się kurzu.

– No to szkoda, że nie wpakowałam do bagażnika chociaż materaca… – stwierdziła, rozglądając się smętnie, i ruszyła na obchód domu, otwierając przy okazji wszystkie dostępne okna, żeby pozbyć się nieprzyjemnego zapachu.

Wszędzie zastawała tę samą pustkę, odmianą było tylko to, że pokoje – w przeciwieństwie do obszernego holu – miały drewnianą podłogę i ściany. Wszystkie były bardzo przestronne i jasne – światło słoneczne wpadało do środka przez duże, nieco podniszczone okna. Jednak w następnym pomieszczeniu, do którego prowadził szeroki korytarz wyłożony kamiennymi płytami, czekała ją ogromna niespodzianka: nowocześnie, wręcz futurystycznie urządzona kuchnia. Ze zdumieniem otwierała kolejne chromowane szafki i drzwiczki, odkrywając piekarnik, płytę grzewczą, lodówkę, zmywarkę i mikrofalówkę, komplety naczyń, garnków i sztućców. Były nawet przyprawy – ułożone na dużym, chromowanym stojaku. Wszystko mocno zakurzone.

„Komu przyszło do głowy urządzić to w taki sposób?” – zachodziła w głowę, bo wnętrze rzeczywiście w najmniejszym stopniu nie pasowało do tego domu: wszędzie królowały metal, szkło i chrom. Pod oknem stał wysoki – oczywiście chromowany – stół i cztery barowe krzesła na wysokich, pogiętych wymyślnie nóżkach. Odnotowała w myślach, że to paskudztwo jak najszybciej trzeba będzie zastąpić solidnym drewnianym stołem i normalnymi krzesłami. Po dokładnym zlustrowaniu kuchni stwierdziła, że prawdopodobnie wystarczy wymienić metalowe szafki na drewniane – i wszystko zrobi się w miarę spójne, tym bardziej, że podłoga wyłożona była naturalnym kamieniem.

Podłączyła lodówkę do prądu i po chwili usłyszała ciche buczenie. Z ulgą stwierdziła też, że w kranie jest bieżąca woda – zarówno zimna, jak i ciepła. Podniesiona na duchu ruszyła do kolejnego pomieszczenia. Otworzyła drzwi i aż ją zatkało na widok gigantycznej kabiny prysznicowej wyposażonej w dziwaczne urządzenia jak z filmu SF oraz równie gigantycznej wanny, toalety i umywalki o fantazyjnych kształtach.

„Poprzedni właściciel miał chyba jakiś kompleks…” – pomyślała, dotykając srebrnych kafelków na ścianie. Ze zdumieniem stwierdziła, że w szafce nad zlewem stoją otwarte tubki kremów, których wygląd świadczył o tym, że ich termin przydatności dawno minął.