39,90 zł
Piękna i poruszająca opowieść o przyjaźni, lojalności i stracie, a także o dojrzewaniu do odpowiedzialności za tych, których kochamy
Pax był małym liskiem, kiedy Peter go ocalił. Od tamtej chwili chłopiec i lis stali się nierozłączni. Aż do dnia, w którym wojna wdarła się w ich życie, a ojciec Petera kazał mu zrobić coś niewyobrażalnego: wypuścić Paxa do lasu i zostawić go samego.
Peter nie potrafi pogodzić się z rozłąką. Wyrusza więc w drogę, by odnaleźć swojego przyjaciela. Tymczasem Pax trafia do świata, którego nie zna — pełnego obcych zapachów, dźwięków i ukrytych zagrożeń. Nie przestaje jednak wierzyć, że pewnego dnia jego chłopiec po niego wróci. Czy dane im będzie jeszcze się spotkać?
Szczera do bólu, piękna i chwytająca za serce. „Pax” to po prostu arcydzieło.
Katherine Applegate, autorka książki Jedyny i niepowtarzalny Ivan
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 201
Mojemu agentowi Stevenowi Malkowi, który powiedział: „Pax”
S.P.
To, że coś nie dzieje się tutaj, nie znaczy,
że nie dzieje się wcale.
Lisy komunikują się za pomocą skomplikowanego systemu dźwięków, ruchów, zapachów i innych środków ekspresji. „Dialogi” zapisane kursywą w rozdziałach ukazujących punkt widzenia Paxa stanowią próbę oddania tego, co lisy wyrażają swoim rozbudowanym językiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Lis wcześniej niż chłopiec wyczuł, że samochód zwalnia, bo wszystko wyczuwał pierwszy. To wzbierało w opuszkach, w kręgosłupie, we wrażliwych włoskach na przednich łapach. Po wibracjach poznał, że droga stała się bardziej wyboista. Poderwał się z kolan chłopca i skierował nozdrza ku smugom woni wpływającym przez okno. Wiedział, że wjeżdżają do lasu. Intensywny zapach sosen — drewna, kory, szyszek i igieł — niczym ostrze noża wrzynał się w powietrze, ale gdzieś pod nim ukrywały się łagodniejsze wonie koniczyny, dzikiego czosnku i paproci oraz setek innych rzeczy, z którymi lis nigdy wcześniej się nie zetknął, a pachniały zielenią i rozbuchaniem.
Teraz chłopiec też coś wyczuł. Przyciągnął do siebie swojego liska i mocniej ścisnął rękawicę bejsbolową.
Niepokój chłopca zaskoczył lisa. Już wcześniej kilka razy podróżowali samochodem i wtedy chłopiec był spokojny albo radośnie podniecony. Lis trącił pyszczkiem rękawicę, chociaż nie znosił zapachu skóry. Chłopca zawsze to bawiło. Wkładał wówczas rękawicę lisowi na głowę, udawał, że się z nim siłuje, i dzięki temu zapominał o własnych troskach.
Dzisiaj jednak chłopiec podniósł swojego przyjaciela i mocno wtulił twarz w jego biały kołnierz.
W tym momencie zwierzak się zorientował, że chłopiec płacze. Obrócił się, żeby zobaczyć jego twarz. Tak, płakał, ale zupełnie bezgłośnie — a to było dla lisa czymś nowym. Od bardzo dawna nie widział łez na twarzy chłopca, ale dobrze pamiętał: te krople zawsze były poprzedzone krzykiem, jakby ten hałas miał przyciągnąć uwagę do zbliżającej się fontanny słonej wody z oczu.
Zlizał łzy z policzków chłopca. Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiał. Nie czuł zapachu krwi. Wysunął się z objęć chłopca, żeby uważniej się mu przyjrzeć, zaniepokojony, że mógł nie zauważyć jakiegoś zranienia, chociaż do tej pory węch nigdy go nie zawiódł. Nie, ani śladu krwi; nawet drobnego siniaka czy wysięku szpiku z pękniętej kości — nic, z czym lis już wcześniej się zetknął.
Samochód skręcił w prawo i umieszczona z tyłu walizka się przesunęła. Lis węchem wyczuwał, że są w niej ubrania chłopca i rzeczy z jego pokoju, których najczęściej dotykał: fotografia z biurka i drobiazgi ukrywane w dolnej szufladzie. Nacisnął łapą na róg z nadzieją, że pokrywa uchyli się na tyle, by mało wrażliwy nos człowieka wyłowił zapach tych przedmiotów. Był pewien, że to sprawi chłopcu przyjemność. Wtedy jednak samochód znowu zwolnił, tak że teraz ledwie się posuwał. Chłopiec pochylił się i ukrył twarz w dłoniach.
Serce lisa zabiło szybciej, włoski na ogonie się uniosły. Jego gardło podrażnił ostry zapach zwęglonego metalu pochodzący z nowych ubrań ojca chłopca. Skoczył do okna i skrobnął łapą po szybie. Czasami w domu, kiedy tak robił, jego chłopiec usuwał podobną szklaną przegrodę. Lis zawsze czuł się lepiej bez tej przezroczystej ściany.
Teraz jednak chłopiec wciągnął go z powrotem na kolana i błagalnym tonem odezwał się do ojca. Lis rozumiał już wiele ludzkich słów i właśnie usłyszał jedno z nich: „NIE”. Słowo to często łączyło się z jednym z dwóch znanych mu imion: jego własnym lub chłopca. Nasłuchiwał uważnie, ale tego dnia było to tylko „NIE”, powtarzane w kółko z błaganiem w głosie.
Samochód zatrzymał się tak gwałtownie, że za szybą wzbił się tuman kurzu. Ojciec sięgnął ponad oparciem i powiedziawszy coś łagodnym tonem, który zupełnie nie pasował do silnej woni kłamstwa, złapał lisa za kark.
Chłopiec nie protestował, więc i lis nie protestował. Zwisał potulnie w garści mężczyzny, choć teraz odczuwał już tak silny strach, że w każdej chwili gotów był wyrwać się i uciec. Nie chciał sprawić przykrości swoim ludziom. Ojciec otworzył drzwi samochodu i szedł po kamieniach i trawie w kierunku lasu. Chłopiec wyszedł z auta i pobiegł za nim.
Mężczyzna postawił lisa na ziemi, a ten natychmiast odskoczył poza jego zasięg. Nie odrywał wzroku od obu ludzi. Ze zdumieniem zauważył, że są już niemal jednakowego wzrostu. Chłopiec ostatnio bardzo urósł.
Mężczyzna wskazał ręką las. Chłopiec dość długo przyglądał się ojcu, a z jego oczu znowu pociekły łzy. W końcu otarł twarz podkoszulkiem i skinął głową. Sięgnął do kieszeni dżinsów i wyjął starego plastikowego żołnierzyka — ulubioną zabawkę lisa.
Lis zwiększył czujność, gotów w każdej chwili rozpocząć znajomą zabawę. Jego chłopiec rzuci zabawkę, a on ją wytropi — co chłopiec zawsze uważał za wspaniały wyczyn. Lis znajdzie więc zabawkę i poczeka z nią w pysku, aż przyjaciel do niego podejdzie, by mu ją odebrać i rzucić jeszcze raz.
Jak było do przewidzenia, chłopiec uniósł żołnierzyka i cisnął nim w las. Ulga, jaką poczuł lis — przyjechali tu tylko po to, by się pobawić! — sprawiła, że stracił czujność. Pognał w stronę lasu, nie oglądając się na ludzi. Gdyby się obejrzał, zobaczyłby, jak chłopiec wyrywa się ojcu i zasłania twarz rękami, i zawróciłby. Czegokolwiek potrzebował jego chłopiec — ochrony, rozrywki, czułości — lis gotów był mu to ofiarować.
Zamiast tego jednak ruszył za zabawką. Odnalezienie jej okazało się odrobinę trudniejsze niż zwykle, gdyż las pełen był różnych świeżych zapachów. Ale tylko odrobinę, bo przecież na zabawce zachował się zapach jego chłopca. Ten zapach lis odnalazłby wszędzie.
Żołnierzyk leżał twarzą w dół na grubym korzeniu orzecha, jakby położył się tam z rozpaczy. Mocno dociskał do policzka kolbę karabinu, którego lufa zagrzebana była w liściach. Lis odkopał zabawkę pyskiem i chwycił ją w zęby, a potem usiadł na tylnych łapach i czekał, aż chłopiec go odnajdzie.
Cichy las trwał nieruchomo. Jedynym, co się poruszało, były smugi światła słonecznego przeświecające przez sklepienie z listowia jak przez zieloną szybę. Lis wyciągnął szyję. Ani śladu chłopca. Poczuł ukłucie niepokoju przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Puścił zabawkę i szczeknął. Odpowiedź nie nadeszła. Szczeknął jeszcze raz i tak jak wcześniej odpowiedziała mu cisza. Jeśli to była jakaś nowa gra, to stanowczo mu się nie podobała.
Podniósł żołnierzyka i ruszył z powrotem. Kiedy wybiegał z lasu, nad jego głową z wrzaskiem przeleciała sójka. Lis zatrzymał się niezdecydowany.
Tam czekał jego chłopiec. Ale tutaj były ptaki! Całymi godzinami potrafił obserwować ptaki ze swojego legowiska. Dreszcz go przeszywał, gdy patrzył, jak suną po niebie zuchwale niczym błyskawice, które widywał w letnie wieczory. Wolność w ich ruchach zawsze go urzekała.
Sójka znowu zaskrzeczała, teraz już z głębi lasu, i odpowiedział jej chór ptasich głosów. Lis wahał się jeszcze przez chwilę, zaglądając między drzewa, czy nie mignie mu barwna smuga.
Wtedy usłyszał dobiegający z tyłu dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Po nim następny. Rzucił się na łeb na szyję, nie zważając na kolce drapiące go po pysku. Usłyszał warkot silnika. Zatrzymał się na skraju drogi.
Jego chłopiec opuścił szybę i wyciągnął ręce. Kiedy samochód się oddalał, obryzgiwany strumieniem żwiru, ojciec wykrzyknął imię chłopca:
— Peter!
A chłopiec wykrzyknął drugie z dwóch imion znanych lisowi:
— Pax!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
A więc było ich mnóstwo. — Peter słyszał, jak głupio to brzmi, ale nie mógł tego nie powtórzyć. — Mnóstwo. — Wsunął dłoń między plastikowe żołnierzyki przechowywane w zniszczonej puszce po ciastkach. Wszystkie takie same, tylko w różnych pozycjach: stojące, klęczące i leżące na brzuchu z karabinami dociśniętymi do zielonych policzków. — Zawsze myślałem, że miał tylko jednego.
— Nie. Wiecznie się o nie potykałem. Miał ich chyba setki. Małą armię. — Dziadek się uśmiechnął, usłyszawszy, jak to zabrzmiało, ale Petera to jakoś nie rozbawiło. Odwrócił głowę i wpatrywał się uważnie w ciemność za oknem, jakby dostrzegł coś na podwórzu. Przesunął grzbietami palców po linii szczęki, tak jak gdy jego ojciec testował kilkudniowy zarost, i dyskretnie otarł łzy, które napłynęły mu do oczu. Jakie dziecko płacze po czymś takim?
Zresztą dlaczego on w ogóle płacze? Ma dwanaście lat i od dawna nie płakał, nawet gdy złamał kciuk, próbując złapać gołą ręką wysoką piłkę rzuconą przez Josha Hourihana. To bolało, ale on tylko klął pod nosem, czekając z trenerem na prześwietlenie. Nie chciał być mięczakiem. Jednak tego dnia płakał już drugi raz.
Wydobył z puszki jednego żołnierzyka i przypomniał mu się dzień, w którym znalazł takiego samego w biurku ojca.
— Co to jest? — zapytał wtedy.
Tata wyciągnął rękę i odebrał od niego figurkę. Wyraz jego twarzy złagodniał.
— Hm, ile to już czasu… Kiedyś to była moja ulubiona zabawka.
— Mogę go sobie wziąć?
Tata rzucił mu żołnierzyka.
— Pewnie.
Peter postawił go na parapecie obok łóżka, twarzą w stronę okna, jakby żołnierz bronił dostępu do pokoju. Nie minęła jednak godzina, a zwędził go Pax, co bardzo rozbawiło Petera — tak samo jak on lis zapragnął mieć tę zabawkę, gdy tylko ją zobaczył. Chłopiec wrzucił żołnierzyka z powrotem do puszki i już miał ją zamknąć, gdy zauważył wystającą spośród figurek krawędź pożółkłej fotografii.
Wyciągnął ją. Jego tata w wieku dziesięciu, może jedenastu lat, jedną ręką obejmujący psa, który wyglądał jak collie wymieszany z setką innych ras. Taki grzeczny pies, o którym każdy chciałby opowiadać swoim dzieciom.
— Nie wiedziałem, że tata miał psa — powiedział, podając zdjęcie dziadkowi.
— To Książę. Najgłupsze stworzenie na świecie, wiecznie się plątał pod nogami. — Mężczyzna przyjrzał się zdjęciu uważniej i podniósł wzrok na Petera, jakby po raz pierwszy coś zauważył. — Masz takie same czarne włosy jak twój tata. — Pogładził łysinę na skraju siwej czupryny okalającej czubek jego głowy. — Ja też kiedyś takie miałem. I zobacz, też był taki chudy jak ty, jak ja… i te odstające uszy. Mężczyźni w naszej rodzinie… niedaleko pada jabłko od jabłoni.
— Chyba tak. — Peter zmusił się do uśmiechu, ale tylko na chwilę. „Plątać się pod nogami”. Tego wyrażenia użył tata Petera. „Ten lis nie może się dziadkowi plątać pod nogami. Dziadek nie rusza się już tak szybko jak kiedyś. Ty też schodź mu z drogi. Nie jest przyzwyczajony do obecności dzieci”.
— Wiesz, wybuchła wojna i poszedłem walczyć tak jak mój ojciec. Jak teraz twój ojciec. Powinność wzywa, a my w tej rodzinie nie pozostajemy głusi na zew obowiązku. Tak jest, niedaleko pada jabłko od jabłoni. — Zwrócił zdjęcie chłopcu. — Twój ojciec i ten pies. Byli nierozłączni. Prawie już zapomniałem.
Peter włożył fotografię z powrotem do puszki i mocno wcisnął pokrywkę. Następnie wsunął puszkę pod łóżko, gdzie ją znalazł. Znowu wyjrzał przez okno. Nie chciał słuchać o obowiązku. I nie chciał już więcej słuchać o jabłkach i jabłoniach.
— O której zaczyna się tutaj szkoła? — zapytał, nie obracając się.
— O ósmej. Kazali ci przyjść trochę wcześniej, żebyś się przedstawił wychowawcy. Pan Mirez czy Ramirez… jakoś tak. Kupiłem ci trochę rzeczy. — Mężczyzna wskazał ruchem głowy kołonotatnik, podniszczony termos i garść mocno skróconych używaniem ołówków spiętych grubą gumką.
Chłopiec podszedł do biurka i włożył to wszystko do plecaka.
— Dziękuję. Jadę autobusem czy idę pieszo?
— Pieszo. Twój tata chodził do tej szkoły i nigdy niczym nie jeździł. Idź ulicą Jesionową do końca, skręć w prawo w Szkolną i tam już zobaczysz: duży budynek z cegły. Ulica Szkolna, nie da się nie trafić. Jeśli wyjdziesz przed wpół do ósmej, będziesz miał sporo czasu.
Peter skinął głową. Miał ochotę zostać sam.
— Dobrze. Wiem już wszystko. Chyba się położę.
— W porządku — odparł dziadek, nie starając się nawet ukryć ulgi w głosie. Wyszedł i mocno zamknął za sobą drzwi, jakby chciał powiedzieć: „Możesz zajmować ten pokój, ale reszta domu należy do mnie”.
Peter stał przy drzwiach i nasłuchiwał oddalających się kroków. Po minucie usłyszał brzęk naczyń w zlewie. Wyobraził sobie dziadka w ciasnej kuchni, gdzie przed chwilą jedli w milczeniu kolację. Tak mocno czuć tam było smażoną cebulą, że chłopiec pomyślał, iż ten zapach pozostanie tu o wiele dłużej niż dziadek. Po setkach lat szorowania kuchni przez kolejne rodziny w tym domu nadal będzie się utrzymywał ten cierpki zapach cebuli.
Słyszał, jak dziadek idzie korytarzem do swojej sypialni, potem krótki trzask włączanego telewizora i ściszanie dźwięku, tak że rozemocjonowany głos prezentera wiadomości stał się ledwie słyszalny. Dopiero wtedy Peter zdjął adidasy i położył się na wąskim łóżku.
Sześć miesięcy — może więcej — życia w tym miejscu z dziadkiem, który zawsze sprawiał wrażenie, że za chwilę wybuchnie.
— A właściwie co go ciągle tak denerwuje? — Kiedyś, dawno temu, Peter zapytał tatę.
— Wszystko. Życie — odpowiedział tata. — Po śmierci twojej babci zrobił się jeszcze gorszy.
Kiedy zmarła mama Petera, chłopiec z niepokojem obserwował zmiany, jakie zachodziły w ojcu. Na początku była tylko przerażająca cisza. Z czasem jednak jego twarz w każdej chwili mogła się wykrzywić, a dłonie zacisnąć w pięści, jakby tylko szukał pretekstu, żeby wybuchnąć.
Peter się nauczył, jak nie stać się takim pretekstem. Nauczył się schodzić ojcu z drogi.
Zapach stęchłego tłuszczu i cebuli osaczał go ze wszystkich stron, sączył się ze ścian i z łóżka. Chłopiec otworzył okno.
Do środka wpłynęło chłodne kwietniowe powietrze. Pax nigdy jeszcze nie został sam na dworze, chyba że w swoim kojcu. Peter próbował sobie przypomnieć, jak wyglądał jego lis w chwili rozstania. Prawdopodobnie nie biegł za samochodem zbyt długo. Obraz ślizgającego się na żwirze zwierzęcia, kompletnie zdezorientowanego, był nie do zniesienia.
Peter coraz bardziej się niepokoił. Cały dzień podczas podróży czuł, jak ten lęk w nim narasta. To zawsze było niczym wąż — czekający w ukryciu, gotowy popełznąć po kręgosłupie, syczący znajome szyderstwo. Nie jesteś u siebie. Coś złego się stanie, bo nie jesteś na swoim miejscu.
Obrócił się na bok i wyciągnął puszkę spod łóżka. Wyjął z niej zdjęcie ojca swobodnie obejmującego biało-czarnego psa. Jakby nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby go stracić.
Nierozłączni. Nie umknął jego uwadze ton dumy, która wybrzmiała w głosie dziadka, gdy to mówił. Pewnie, że miał powód do dumy — wychował syna, który był lojalny i odpowiedzialny. Który wiedział, że dziecko i jego zwierzę powinni być nierozłączni. Nagle to słowo zabrzmiało w uszach chłopca jak oskarżenie. On i Pax, czy w takim razie oni byli nierozłączni?
Okazało się, że nie. Czasami Peter rzeczywiście miał takie dziwne wrażenie, że on i Pax stanowią jedno. Po raz pierwszy poczuł to, kiedy zabrał maleńkiego Paxa na spacer. Szczeniak dostrzegł ptaka i szaleńczo wyrywał się na smyczy, drżąc, jakby go prąd poraził. Wtedy Peter zobaczył tego ptaka oczami Paxa — cudowny zygzak światła, nieosiągalną wolność i prędkość. Sam poczuł ciarki na skórze i drżenie całego ciała, a na ramionach pieczenie, jakby wyrastały mu skrzydła.
Dziś po południu to się znów wydarzyło. Gdy samochód odjeżdżał, Peter czuł się tak, jakby to jego pozostawiono w lesie. Był przerażony.
Kolejny raz łzy napłynęły mu do oczu. Otarł je szybkimi pociągnięciami dłoni. Tata mówił, że trzeba to zrobić.
— Nadchodzi wojna. To oznacza, że wszyscy muszą coś poświęcić. Ja muszę iść służyć… to mój obowiązek. A ty musisz wyjechać.
Oczywiście gdzieś podświadomie to zakładał. Rodziny dwóch jego kolegów się spakowały i wyjechały, kiedy tylko zaczęły krążyć pogłoski o ewakuacji. Nie spodziewał się natomiast całej reszty. Tego, co było najgorsze.
— I ten lis… i tak już pora, żeby wrócił na łono natury.
Kojot zawył tak blisko, że Peter aż podskoczył. Po sekundzie odpowiedział mu inny, potem kolejny. Chłopiec usiadł na łóżku i zatrzasnął okno, ale było już za późno. Skomlenia i wycia wraz z tym, co ze sobą niosły, zdążyły się zadomowić w jego głowie.
Peter miał tylko dwa przykre wspomnienia o swojej mamie. Przechowywał też wiele dobrych i często je przywoływał, kiedy potrzebował pocieszenia, choć się obawiał, że od nadmiernego używania mogą wyblaknąć. Te złe wspomnienia zakopał jednak bardzo głęboko i robił, co w jego mocy, by tam pozostały. Teraz kojoty wdzierały się do jego głowy i wygrzebywały jedno z nich.
Kiedy miał jakieś pięć lat, zastał raz mamę spoglądającą z przerażeniem na grządkę krwistoczerwonych tulipanów. Połowa z nich stała na baczność, a druga połowa walała się po ziemi zasypanej płatkami.
— Królik. Pewnie uważa te świeże łodyżki za przysmak. Mały diabeł.
Tego wieczoru Peter pomagał ojcu zastawić pułapkę.
— Ale nie skrzywdzimy go?
— Nie. Tylko go złapiemy i wywieziemy. Niech sobie zżera cudze tulipany.
On sam włożył do pułapki marchewkę, a potem błagał ojca, żeby pozwolił mu spędzić tę noc w ogrodzie na czuwaniu. Tata odmówił, ale nastawił mu budzik. Gdy ten zadzwonił, Peter pobiegł do mamy i wyprowadził ją za rękę przed dom, żeby pokazać jej niespodziankę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
