Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pamiętasz smak zimnej kawy zbożowej z kotła? Aromat paprykarza szczecińskiego i lekkość dmuchanego ryżu z torebki? Wciąż tęsknisz za blokiem czekoladowym?
Jesteś dzieckiem PRL-u. I ta książka jest dla Ciebie.
Łukasz Modelski otwiera drzwi do przeszłości, gdzie podanie na obiad kotleta było heroicznym zwycięstwem, pomarańcze pojawiały się tylko na Boże Narodzenie, a prawdziwy luksus miał smak Coca-Coli. Dzieciństwo upływało w cieniu kolejek i braków w zaopatrzeniu, za to z kluczem na szyi, historyjką z gumy Donald w kieszeni i wyjadaną wprost z opakowania oranżadką w proszku.
Czemu prodiża pożądano równie mocno jak dziś thermomixa? Dlaczego pojawienie się napoju gazowanego Ptyś i ketchupu było tak wielkim wstrząsem? Czym był „wołciel”? Jak smakował krem sułtański? I dlaczego nie da się zapomnieć smaku dojrzałego pomidora na pajdzie chleba z masłem podanego w letni dzień?
Bo choć problemy i absurdy były wtedy codziennością, to – jak pisze autor – „jednak na 1 maja zawsze świeciło słońce, lody Bambino z wolna ściekały z patyka, żółty napój pity z plastikowej torebki smakował światowo, mleczne koktajle zostawiały wąsy, czereśnie jadło się prosto z drzewa, a w domu czekał makaron z jabłkami lub ryż z truskawkami. Do wyboru – na ciepło lub na zimno. Dzieciństwo, które przypadkiem przypadło na PRL”.
Książka Łukasza Modelskiego przypomina, że za kultowymi dziś przepisami i smakami dzieciństwa kryły się kolejki, braki i codzienna kreatywność potrzebna do przygotowania zwykłego obiadu. To opowieść o kuchni PRL bez lukrowania rzeczywistości – pełna smaków, wspomnień i realiów życia, które warto znać, ale nie idealizować. Polecam wybrać się w tę wyjątkową nie tylko kulinarną podróż!
dr Agnieszka Jankowiak-Maik, Babka od histy
Łukasz Modelski jest dziennikarzem, autorem książek (m.in. Dziewczyn wojennych, Fotobiografii PRL i Roku w PRL), programów TVP Historia i audycji w radiowej Dwójce. Urodził się w PRL i świadomie uczestniczył w jego końcu. Na początku lat 90. dziennikarz Radia Wolna Europa, od tego czasu nieprzerwanie w mediach.
Prawdziwa miłość: historia; namiętność: historia kuchni.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 195
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ŁUKASZ MODELSKI
Paprykarz z prodiża
Dzieciństwo w kuchni PRL
Tomkowi, z którym co roku jeździliśmy rowerami jeść czereśnie prosto z drzewa nad nasypem kolejowym. Pawłowi, który mniej więcej w połowie podstawówki, w największej tajemnicy podzielił się ze mną pomarańczą. Piotrkowi, który pokazał mi, jak smakuje kanapka z cukrem. Bożenie (?), która zwróciła na mnie cały przedszkolny obiad (rozumiem ją). Marcinowi, który na godzinie wychowawczej wyjadał linijką dżem ze słoika. Jackowi, który w drugiej połowie lat siedemdziesiątych poczęstował mnie marshmallow. Tristanowi, który dekadę później dał mi spróbować oliwek. Zosi, która była z Krakowa i na czarne jagody mówiła „borówki”, a ja nie wyobrażałem sobie ich ze śmietaną. Edkowi, z którym pierwszy raz poszedłem na cytronadę w woreczkach, Piotrowi, z którym rozcieńczaliśmy naparstek amerykańskiego koncentratu pomarańczowego w ogromnym garze. Towarzyszom wypraw na bułki z jogurtem, rurki z kremem, dziwne hot-dogi i zapiekanki, a nade wszystko – koktajle mleczne w nieistniejących już dziś lokalach. Złodziejom papierówek, zrywaczom agrestu, strząsaczom morw, zawodnikom w pluciu na odległość pestkami wiśni. Tym, którzy znają smak zimnej kawy zbożowej z kotła, herbaty Madras i paprykarza szczecińskiego – dzieciom PRL-u.
Tęsknota za Polską Rzeczpospolitą Ludową jest dla mnie uczuciem niezrozumiałym. Zgodzę się jednak, że tamta Polska była, jak wówczas mówiono, najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym. Istniała tu pewna przestrzeń wolności, która wśród bratnich krajów demokracji ludowej – przy całym dobrobycie Niemieckiej Republiki Demokratycznej czy bogactwie towarów dostępnych w Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej lub Węgierskiej Republice Ludowej – była jednak najszersza w bloku wschodnim.
Nie przemawiają do mnie nostalgie spod znaku „jak za Gierka” ani nawet sentyment wobec barów mlecznych. Pamiętam raczej, ile wysiłku trzeba było wówczas włożyć w przetrwanie. Czasami na zupełnie podstawowym poziomie.
Dla większości z nas paszporty umożliwiające wyjazd dokądkolwiek były raczej trudno osiągalne, nie korzystaliśmy z ośrodków wypoczynkowych (koncesjonowanych i niedostępnych dla ogółu) ani nie kupowaliśmy w osławionych „sklepach za żółtymi firankami” z lepszym asortymentem, do których wstęp mieli jedynie nieliczni. Nasi dziadkowie i rodzice próbowali jakoś przetrwać. W miarę godnie i na ile się dało – radośnie, grając, jak przeciwnik pozwalał, oddając jak najmniej pola i starając się żyć tak, jak ich nauczono. By to osiągnąć, musieli codziennie pokonywać tysiące mniejszych i większych przeszkód – od meandrów życia zawodowego po zakup podstawowych produktów spożywczych.
My, dzieci PRL-u, byliśmy świadkami tych zmagań, porażek i drobnych triumfów codzienności, choć chronił nas parasol rozpostarty przez dorosłych. Kto nie grał w kapsle pod trzepakiem, nie zrozumie. Unosiliśmy się, szczęśliwi, w oceanie wolnego czasu, który pozwalał nam kończyć lekcje o trzynastej, nieśpiesznie wracać do domu i wychodzić na podwórko. Czasem po podawanym punktualnie domowym obiedzie, czasem po jedzeniu w szkolnej stołówce. Jedni pod opieką babci, inni „z kluczem na szyi”. Żyliśmy okrakiem na granicy dziejów, zwyczajów, zmieniającej się kultury. Kiedy nowe zastępowało stare, czasem gwałtownie je wypierając, kiedy dawne obyczaje usiłowały ułożyć się jakoś w kruchej symbiozie z wymogami PRL-owskiej współczesności. Zmiana dokonywała się codziennie na naszych oczach. Żyliśmy między odwiecznym domowym krupnikiem na stole a „zagranicznymi” frytkami na mieście, między odchodzącymi w przeszłość, już wówczas „niedzisiejszymi” sklepikami a wstrząsającym novum, jakim był sklep samoobsługowy, w którym można było samemu (!) brać towary z półki, między XIX-wiecznym jeszcze kompotem a symbolizującą aspiracje Coca-Colą. Z mieszanką nieśmiałości, pragnień i niejasnych wyobrażeń spoglądaliśmy na Zachód, gdzie podobno leżała kraina obfitości, jakaś Kukania czy wprost – Eden, w którym nie dość, że wszystko było lepsze, smaczniejsze, słodsze, bardziej kolorowe, to jeszcze na pewno nie tak skomplikowane.
A jednak na 1 maja zawsze świeciło słońce, lody Bambino z wolna ściekały z patyka, żółty napój pity z plastikowej torebki smakował światowo, mleczne koktajle zostawiały wąsy, czereśnie jadło się prosto z drzewa, a w domu czekał makaron z jabłkami lub ryż z truskawkami. Do wyboru – na ciepło lub na zimno. Dzieciństwo, które przypadkiem przypadło na PRL. I o tym jest ta książka.
Okna kuchni wychodziły na pętlę autobusową. Przy pętli były kiosk ruchu, budka MZK i dwa stragany z warzywami. Jeden prowadził Sybirak, drugi pan Wituś. Pan Wituś był już starszy, ale żywy, pomocny, żartobliwy, rozbiegany, zagadywał klientów, ubrany w drelichowy fartuch. Sybirak – młodszy, tęższy, brunet z wąsikiem. Pamięć ubiera go w beret z antenką. Podobno pochodził z rodziny, której wszystkich członków wywieziono na Syberię, o czym za każdym razem opowiadał. Stragany Sybiraka i pana Witusia stały dosłownie koło siebie, ich skrzynki niemal się stykały. Byli naturalnymi konkurentami, ale też przyjaciółmi; sprzedawali na tym rondzie warzywa od lat. Warzywa brudne, dorodne, oblepione ziemią, pakowane w gazetę. Zawsze uczciwe, nieoszukane, pyszne.
Obaj działali w pełnym słońcu. Ciemne, podziemne królestwo warzyw znajdowało się gdzie indziej. Kilka minut spacerem od domu, w starej, ceglanej czynszówce mieściły się dwa sklepiki. Jeden nowoczesny, aspirujący, oświetlony, czerpiący całymi garściami z luksusów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, pełen nowości pasmanteryjnych, kosmetycznych czy zabawkarskich. To tam można było znaleźć zagraniczny długopis, zabawki sprowadzane z Chin lub robione już w Polsce przez prywatną inicjatywę, naklejki, kalkomanie, plastikowe torby ze zdjęciami zagranicznych samochodów. Mała dziupla aspiracji, cztery metry na cztery, powiew wielkiego świata, okulary z trójkątną naklejką z napisem „Italia”, kulki na sznurkach do gry, cięte z rurki PCV hula-hoop, które pod koniec lat siedemdziesiątych znów przez chwilę było modne, oraz NRD-owskie perfumy Perlonta. Drugi sklepik był prawdziwym królestwem podziemia. W nieoheblowanych, pełnych drzazg drewnianych skrzynkach leżały ziemniaki, buraki, cebula, marchewki, selery i pory, pietruszka i chyba pasternak, kalafiory (w sezonie), natka pietruszki, szczypiorek, jajka w wytłaczankach i cukierki dla dzieci – po staremu, w słojach. W sklepie panował półmrok; trudno dziś nawet powiedzieć, czy na nieatrakcyjnej wystawie przykrytej wyblakłą ceratą coś w ogóle leżało. Był to warzywniak tajemniczy, pachnący pyłem, kurzem z drobin ziemi, które osadzały się na wszystkim. Jedna żarówka u sufitu, syfony w metalowych plecionkach, również stojące w nieoheblowanych drewnianych skrzynkach. Brązowy, ziemisty pył był wszędzie. Osiadał na języku i miał swój zapach, który do dziś można czasem odnaleźć w głębokiej piwnicy albo w wiejskiej ziemiance: wilgoć ziemi zmieszana z aromatem butwiejącego drewna i warzyw. Do zapachu ziemi dołączał aromat kiszonej kapusty stojącej pod ścianami w wielkich, ciemnych beczkach.
Wyprawa po zakupy, z siatką o rączkach z plastikowych kółek, była podróżą. Czułem, że ten sklepik nie należy do świata, w którym na co dzień żyłem. Półki wyłożone papierem, odręczne napisy i ceny na kartkach przytwierdzonych pineskami, szklana gablota, brak lodówek i kontrastowa, biało-czarna posadzka. Właściciel w szarym fartuchu.
W sklepie można było kupić naboje do syfonów – tych nowszych, które dało się samodzielnie nabijać. Zresztą prawdziwy punkt nabijania syfonów mieścił się tuż obok. Można tam było wymienić zawartość tradycyjnego, szklanego naczynia albo zreperować nowoczesny, węgierski czy bułgarski autosyfon, w którym tata sam zmieniał naboje z dwutlenkiem węgla, rozprężającym się błyskawicznie i zostawiającym na łusce warstwę szronu.
Mój dom znajdował się pomiędzy straganami Sybiraka i pana Witusia a królestwem ziemistych, warzywnych zapachów chtonicznego, mrocznego sklepiku. Bywało się w nim niemal codziennie – warzywa stanowiły główny element naszych posiłków. Niedobory w dostawach mięsa sprawiły, że stało się ono luksusem, wokół którego – paradoksalnie – wszystko się kręciło. Jego zdobycie należało do kategorii niewielkich domowych sukcesów. Obchodzono się z nim starannie i z szacunkiem. Warzywa i owoce – jabłka, gruszki, wiśnie, czereśnie – były stale w zasięgu ręki. Być może to właśnie ich powszechna dostępność sprawiała, że nie traktowano ich należycie, że większość z nich była rozgotowana. Jakby skazane były na wieczną rolę dodatku do mitycznego mięsa. Rozmiękła brukselka, rozgotowane buraki, rozgotowana marchewka z groszkiem, dodatkowo zaciągnięta śliską i gęstą zasmażką z mąki – najgorsze, co można było zrobić warzywom.
Latem nad skrzynkami unosił się słodko-kwaśny zapach papierówek, które na początku wakacji można było zrywać z na wpół zdziczałych jabłoni rosnących w pozostałościach mokotowskich ogrodów. Wiśnie i czereśnie również tam dojrzewały; one także czekały na nas, śmiałków, którzy wkraczali w resztki dawnych sadów i ogrodów w części dzielnicy rozbudowującej się w stronę Służewca. Czekaliśmy na czerwiec. Godzinami jedliśmy czereśnie prosto z drzew. Może rzeczywiście takie smakowały lepiej – choć przecież można je było kupić w każdym sklepie warzywnym w okolicy.
Inaczej było z morwą, rosnącą na krzewach i drzewach wokół szkoły. Morwa biała i czarna, zrywana z gałęzi albo podnoszona z ziemi, zapowiadała zbliżające się wakacje. A potem były jeszcze jagody. Czarne jagody, których nie kupowało się ani u Sybiraka, ani u pana Witusia, ani w ziemistym warzywniaku. Od jagód był osobny dostawca. Pan ze wsi, w grubych, szarych ubraniach i prawdziwych gumofilcach, zawsze w ciepłej czapce, z workiem na plecach. A w worku – całe kilogramy jagód. Słoiki, łubianki i srebrzysta szufelka. „Jaagody, jaagody, jagóóód” – niósł się po okolicy jego donośny okrzyk. Mama albo babcia posyłały mnie ze słoikiem; mogłem wtedy obserwować, jak srebrną szufelką nakłada owoce prosto z worka.
W sezonie jagody były powszechne i dostępne w dowolnej ilości. Wypełniały niekończący się ciąg pierogów, które jadłem na zimno, polane osłodzoną śmietaną. Były esencją brudzącej zupy jagodowej, jedzonej na zimno lub na ciepło – z grzankami, a później także z groszkiem ptysiowym. Trafiały do przetworów, choć – mimo swojej szlachetności – nie zagrażały w moim domu absolutnie królewskiej pozycji czarnej porzeczki.
Słoiki z porzeczkowymi przetworami szczelnie wypełniały podokienne szafki, które niegdyś musiały zastępować lodówkę. Z otworkiem na zewnątrz – tak powszechne w PRL-u. Utrudniał może ogrzewanie, ale niewątpliwie ułatwiał wentylację. Szafki były tak naturalnym elementem wyposażenia jak węglowe, a potem powęglowe kuchnie, które – choć zaopatrzone już w gaz – kształtem wciąż przypominały swoje poprzedniczki. I duchówki, obecne także w kuchniach gazowych: miejsca do podgrzewania potraw albo utrzymywania temperatury. Tradycyjnie zresztą, jak wszędzie, służyły głównie do przechowywania patelni i pokrywek.
Kuchnia, w której spędziłem dzieciństwo, była wypełniona ciągiem szafek: poziomych i pionowych, takich, do których trzeba było kucać albo stawać na krześle. W szafkach półki, niegdyś wyłożone ozdobnym papierem, skrywały najniezwyklejsze kuchenne skarby.
W wielkim glinianym garnku, ustawionym na jednej z górnych półek, babcia trzymała wydmuszki. Było ich kilkadziesiąt i właściwie dokładano je przez cały rok. Służyły do wyrobu pisanek – bardzo ozdobnych, oklejanych tkaniną, obszywanych brokatowymi ornamentami. Tuż obok słoja z wydmuszkami stały dziadkowe kanki. Dziadek, gdy szedł do pracy, dostawał w nich trzydaniowy obiad, zamknięty w trzech pojemnikach ustawionych jeden na drugim. Lubiłem te kanki otwierać i zamykać. Gdzieś pomiędzy nimi, wydmuszkami i mnóstwem kuchennych narzędzi, stały również amoniaczki – suche ciastka wydzielające intensywny zapach. Wypiekane jeszcze według przepisu mojej praprababki. Dziś można je spotkać niemal wyłącznie na targach tradycyjnej żywności albo podczas pokazów kół gospodyń wiejskich. Były niewielkie, ostre w zapachu i zawsze w nadmiarze. Prawdopodobnie czekały na najazd niezapowiedzianych gości.
A goście byli u nas niemal bez przerwy. W każdą niedzielę rodzinny obiad przechodził w kolację. „Rodzinny” oznaczało nawet piętnaście osób przy stole. Tydzień w tydzień. Obiad był wystawny, przy stole robiło się ciasno; ale dom dziadków żył także w tygodniu: przyjaciele dziadka, koleżanki babci. Zapewne dlatego na jednej z górnych szafek zawsze stały dwa ogromne gąsiory z nalewkami, których w ciągu roku systematycznie ubywało.
Niżej, w szafkach pod oknem, rzędem stały słoiki z grzybami, dżemami, kompotem z mirabelek. Drugie tyle – jak w każdym domu – znajdowało się na półkach w piwnicy. Stamtąd, spośród wilgoci, kurzu i pajęczyn, przynosiło się kolejne porcje kiszonych ogórków, kompotu z wiśni, powideł śliwkowych czy smażonych borówek.
Pierwsze śniadanie jadłem w kuchni, przy stole przykrytym ceratą. Czasem był to ser, czasem serek, czasem kanapki z wędliną. Do tego zazwyczaj herbata z mlekiem, rzadziej kakao. Zimą, gdy za oknem panowała jeszcze zupełna ciemność, kuchnię wypełniało ciepłe światło lampy naftowej wiszącej na ścianie – dawno już przerobionej na elektryczną. Z radia płynęły Sygnały dnia radiowej Jedynki z felietonami Krystyny Zielińskiej, których agresywność i głupotę doskonale wyczuwałem już jako siedmiolatek. Prócz nich – znak rozpoznawczy pokolenia – prognoza pogody dla rybaków i stan polskich rzek („Na Bugu we Włodawie ubyło siedem”). I codzienny głos Hanny Banaszak, która – jak wszyscy właściwie – miała ochotę na chwileczkę zapomnienia.
Szkolne śniadanie stanowiły kanapki zawinięte w papier, a z czasem w zdobycz nowoczesności – folię aluminiową. Pewnego dnia mój najbliższy kolega zobowiązał mnie do zachowania absolutnej tajemnicy. Niemal musiałem przysięgać. W sekrecie poszliśmy do nieczynnej jeszcze szkolnej stołówki i tam, na ławce, w całkowitym odosobnieniu, mój przyjaciel pokazał mi rzecz niecodzienną. Egzotyczną. Wyjął z tornistra pomarańczę, którą podczas przerwy, z wielką ostrożnością, zjedliśmy na spółkę. Musiał to być sam początek lat osiemdziesiątych. Pomarańcza była wówczas rzadkością, niemal cudem.
Nie można tego było powiedzieć o jabłkach i gruszkach, które w ogromnej liczbie odmian były dostępne wszędzie. Twarde, aromatyczne, wyraziste w smaku – każdy rodzaj miał w domu swoich zagorzałych zwolenników. Czasem jonatany, czasem kosztele. Latem zawsze papierówki. Antonówki wyłącznie do szarlotki. Za kronselkami przepadał tata. Umieliśmy rozpoznawać odmiany jabłek – była to umiejętność powszechna. Podobnie z gruszkami i śliwkami. Wiele lat później, we Francji, moja starsza gospodyni – zupełnie jak tamten kolega od pomarańczy – przybrawszy niemal uroczystą minę, pokazała mi śliwkę, wyraźnie i jakoś nabożnie wypowiadając jej nazwę: Reine Claude. Królowa Klaudyna. Poczułem się znów jak podczas tamtej szkolnej konspiracji. Renklody były w moim domu czymś zupełnie zwyczajnym, lecz we Francji połowy lat dziewięćdziesiątych uchodziły za rarytas. Przyjąłem ją z zachwytem.
Cerata była wówczas wszędzie. Nie tylko w barach mlecznych i domach wczasowych, lecz w zasadzie we wszystkich kuchniach. Wystarczy spojrzeć na fotografie z tamtych czasów – w kuchennych wnętrzach niemal zawsze znajdzie się dla niej miejsce. Kolorowa kratka z czasem zaczęła ustępować fantazyjnym, rozbudowanym deseniom, próbującym zdobić to, co powinno pozostać proste. Podobnie było z linoleum. Najstarsze, jakie pamiętam z kuchni, było ciemnozielone – piękne, grube, niemal niezniszczalne. W głębokim, butelkowym odcieniu, pozbawione wzorów i tłoczeń. W końcu, zapewne już w latach osiemdziesiątych, zastąpiono je nowoczesnym, brązowo-białym, wzorzystym tworzywem udającym kafelki. Typowy dla PRL-u erzac – zastępnik, echo prawdziwego materiału.
Jabłka, gruszki i śliwki kupowane u pana Witusia lub Sybiraka były ostatnim etapem wyprawy po zakupy. Wcześniej wciągał mnie magiczny świat sklepu spożywczego, pełen niezwykłych urządzeń. Już sama lada chłodnicza stanowiła atrakcję. Napis „Byfauch” wrył mi się w pamięć na całe życie – zapewne dlatego, że znajdował się dokładnie na wysokości moich oczu. Była też waga z Lubelskich Fabryk Wag, jak głosił napis (waga porównawcza, o dwóch ramionach; na jednej z nich stawiano żelazne i porcelanowe odważniki, a na drugiej kładziono towar), wydająca różne dźwięki kasa o głęboko wciskanych klawiszach, w tym jednym większym, który powodował wysunięcie szuflady, z trzaskiem i grzechotem bilonu. A dalej czekała niezwykła, niemal tajemnicza trójca maszyn.
Elektryczne krajalnice potrafiły stworzyć plasterek niemal przezroczysty. Wędlinę krojono bardzo, bardzo cienko. Grube plastry nie tylko stanowiły wyzwanie ekonomiczne, ale w oczach mamy uchodziły też za coś nieeleganckiego. Krajalnice, choć godne podziwu, w hierarchii sprzętów musiały jednak ustąpić miejsca dwóm najpiękniejszym maszynom PRL-owskiego sklepu spożywczego – prawdziwym cudom konstrukcji.
Pierwszą była lampa do jajek. Urządzenie kolorowe, piękne i dziwne zarazem. Zaprojektowane w kształcie połówki jajka, pełne otworów, w których umieszczało się prawdziwe jajka, aby sprawdzić, czy nie zawierają embrionu. Nigdy nie zrozumiałem, w jaki sposób sprzedawczyni odróżniała jajka dobre od niedobrych. W każdym razie rytuał sprawdzania jajek był najbardziej ekscytującym elementem każdych zakupów – momentem, który uwielbiałem obserwować.
Była jeszcze druga maszyna, którą od czasu do czasu udawało się zobaczyć przy pracy. Lubiłem ją tak bardzo, że prosiłem, byśmy zostali w sklepie nawet wtedy, gdy obsługiwała innych klientów. Był to młynek do kawy. A właściwie młyn – ogromny, piękny, z chromowanymi elementami. W sprzedaży był wówczas jeden gatunek czarnych ziaren. Kawa pachniała tak samo w każdym sklepie, bo w każdym mielono ją na miejscu. Nie sprzedawało się paczkowanej kawy mielonej, z wyjątkiem popularnej Marago oraz tak zwanych kaw zbożowych, domeny żywienia zbiorowego oraz moich kolonijnych wyjazdów.
Młynek do kawy wydawał trzy wspaniałe dźwięki. Pierwszy pojawiał się w chwili wsypywania twardych ziaren do chromowanego leja na górze maszyny. Ich stukot zapowiadał cały proces. Drugi dźwięk wydawały noże, które zaczynały mleć ziarna na miękki proszek. Ten dźwięk się zmieniał – od głośnego i agresywnego do coraz cichszego, stłumionego. Wreszcie następował dźwięk kulminacyjny: głuchy, okrągły, przyjazny. Po podniesieniu dźwigni do podstawionej srebrnej torebki sypała się zmielona kawa. A potem jeszcze wybrzmiewało krótkie, dudniące postukiwanie, gdy wytrząsano z młynka ostatnie ciepłe drobiny. Ich aromat wypełniał cały sklep. Luksusowy produkt miał prawdziwie luksusową oprawę. A towarzysząca mu melodia oznaczała dla mnie coś niezwykle eleganckiego.
Zanim kupiliśmy jabłka i gruszki, były jeszcze sery kupowane w „nabiałowym”, w odróżnieniu od „spożywczego”, „mięsnego” czy „warzywnego”, zwanego również „warzywniczym”. Jak wiadomo, PRL znał dwa rodzaje serów: żółte i białe – nie licząc homogenizowanych, naturalnych, waniliowych lub truskawkowych, towarzyszy codziennych śniadań i kolacji większości dzieci tamtej epoki. Sery żółte – gouda, tylżycki, trapistów czy ementaler, oczywiście niemający nic wspólnego z prawdziwym ementalerem – nigdy nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Białe natomiast, bezsensowne „chude” i „półtłuste” oraz obfite, aromatyczne, wilgotne „tłuste”, były wspaniałe. Każda mleczarnia potrafiła wtedy zrobić wybitny twaróg, taki, który dziś powstawałby zapewne w rzemieślniczych serowarniach. Białe sery, tanie i powszechnie dostępne, świetnie komponowały się z czarnym chlebem, miodem albo powidłami, stanowiąc podstawę codziennych śniadań. Nie przeszkadzało to robić również twarogu w domu – na kranie, nad kuchennym zlewem. Bardzo często wisiała tam szmatka skrywająca kulkę odciekającego domowego sera.
Twaróg, domowe przetwory, długowieczne ciasteczka, suszone i marynowane grzyby, kiszonki i marynaty – wszystko to było pozostałością dawnej kuchni rodziców moich dziadków. Kuchni przetrwania, która miała pozwolić przezimować niezależnie od tego, czy żyło się we dworze, czy w chacie. Domowe amoniaczki trzymano z myślą o gościach. Bardziej wypadało podawać potrawy domowe, niż te ze sklepu – jak mówiono wówczas – „kupne”.
Codziennością ciasteczkową i kropką nad „i” zakupów spożywczych były herbatniki. W domu zawsze były jakieś herbatniki, musiały towarzyszyć pitej bez opamiętania herbacie. Moimi ulubionymi były okrągłe Alberty, produkowane chyba przez spółdzielnię San. Prawdopodobnie dlatego, że jadał je i cenił najbardziej mój dziadek. Jadłem je więc i ja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Okładka
Strona tytułowa
Na wschód od Edenu
Zaczynając od moich ulic
Bóstwa chtoniczne
Słoiki
Zakamarki
Na ceracie
Element baśniowy
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
© Wydawnictwo WAM, 2026
© Łukasz Modelski, 2026
Opieka redakcyjna: Artur Wiśniewski
Redakcja, opracowanie graficzne i skład: Anna Niklewicz
Korekta: Urszula Jakubowska
Projekt okładki: Anna Niklewicz
Fot. na pierwszej stronie okładki: PAP/Chris Niedenthal
ISBN 978-83-277-5083-9
MANDO
ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków
tel. 12 62 93 200
mando.pl
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 12 62 93 254-255
e-mail: [email protected]
KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA
tel. 12 629 32 70
e-mail: [email protected]
Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk
