Pani na wrzosowisku. Tom 3. Przerwana serenada - Lucyna Olejniczak - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Pani na wrzosowisku. Tom 3. Przerwana serenada ebook

Lucyna Olejniczak

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Trzeci tom porywającego cyklu o Elizie Bielskiej, którą los rzuca z ogarniętej wojną Warszawy do Anglii, gdzie wśród wrzosowisk odkrywa miłość, tajemnice rezydencji i własną siłę.

Pod nieobecność męża Eliza próbuje obłaskawić duchy ponurej rezydencji Winter Abbey. Nawiązuje znajomości z mieszkańcami pobliskiego miasteczka, urządza w swoim nowym domu artystyczne spotkania, zaprasza ludzi z okolicy na festyn. Okazuje się jednak, że nad posiadłością ciąży jakaś tajemnicza klątwa. A nowo zatrudniona pokojówka już pierwszej nocy zaczyna wyczuwać obecność duchów. Zwłaszcza jednego.

Wizyta u Iris, siostry męża, która przebywa w pensjonacie dla nerwowo chorych nad brzegami Morza Północnego, tylko potwierdza najgorsze podejrzenia Polki. Na domiar złego Eliza traci kontakt z przebywającym we Francji Richardem.

W tym czasie jej brat, oszukany przez wszystkich, stara się odzyskać wygrane pieniądze, lecz wpada w jeszcze większe tarapaty. Natomiast mała Nelly podbija teatralną publiczność stolicy i budzi zainteresowanie ekscentrycznej, bajecznie bogatej baronowej z Paryża. Arystokratka zamierza uczynić z dziewczynki największą gwiazdę londyńskich teatrów.

Jak zawsze los stawia przed wszystkimi bohaterami trudne wyzwania, a największe przed Elizą, która niespodziewanie musi ruszyć na ratunek mężowi.

Lucyna Olejniczak urodziła się i mieszka w Krakowie. Z zawodu laborantka medyczna, były pracownik Katedry Farmakologii UJ. Dużo podróżuje, lubi poznawać nowych ludzi, łatwo się zaprzyjaźnia. Wielbicielka kotów i wnuczki. Autorka między innymi bestsellerowych cykli „Kobiety z ulicy Grodzkiej” i „Lilie królowej”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 374

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Lucyna Olejniczak, 2026

Projekt okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© Tondo/Adobe Stock

© ALL YOU NEED studio/Adobe Stock

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8444-506-8

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

ROZDZIAŁ PIERWSZY

YORKSHIRE, LUTY 1839

Krótko po Nowym Roku spadł gęsty śnieg i nastały silne mrozy, w związku z czym przez kilka tygodni Winter Abbey było niemal całkowicie odcięte od świata.

Nawet wyprawa do pobliskiego Blackwood wydawała się ponad siły mieszkańców elżbietańskiej rezydencji, a już na pewno Elizy. Wrzosowiska były całkowicie zasypane śniegiem, a lodowaty wiatr odstraszał nawet najbardziej zahartowanych mieszkańców miasteczka i okolic. Kto nie musiał, nie ruszał się z domu.

Eliza Winter źle znosiła ten okres przymusowej izolacji.

A raczej uwięzienia.

Zamknięta w ponurym, wiekowym domostwie, marzyła o wiośnie. No i – rzecz jasna – o powrocie męża. Richard wyjechał w najgorszym możliwym momencie, niemal zaraz po powrocie z ich podróży poślubnej. Nawet nie zdążyli się sobą nacieszyć. W dodatku zimą cała okolica utraciła swój poprzedni, jesienny czar, stała się ponura i nieprzyjazna. Niskie zachmurzone niebo zlewało się z zaśnieżonymi wrzosowiskami w posępny i monotonny pejzaż, który Eliza codziennie, aż do znudzenia, oglądała z okien rezydencji.

Wewnątrz nie było wcale weselej.

W holu, na schodach, galerii i w korytarzach zalegał wieczny półmrok, od starych murów bił chłód, wiatr wył w kominach, a wrony, które założyły gniazda na dachu domostwa, całymi dniami krakały żałobnie.

Nie można było wyjść na spacer ani do ogrodu. Gdyby nie Stella i Lucy, które dotrzymywały Elizie towarzystwa w dzień i w nocy, życie stałoby się zupełnie nie do zniesienia. Obie ogrzewały jej łóżko, kiedy wracała do swojej wyziębionej sypialni. Cieszyło ją towarzystwo zwierząt, dzięki nim nie czuła się tak całkiem samotna.

Coraz częściej jednak zaczynała żałować, że jednak nie pojechała razem z Richardem na podbój kontynentu. Mogła przezwyciężyć i zmęczenie, i złe samopoczucie, a on powinien bardziej nalegać. W Paryżu było teraz na pewno ciekawiej niż tutaj, na tym odludziu.

No cóż, nie pozostawało jej teraz nic innego, jak modlić się o rychłą zmianę pogody. I o to, by nie oszaleć w tym klasztornym zamknięciu.

Jej modlitwy zostały wysłuchane w pierwszych dniach lutego.

***

Nadeszła odwilż.

Świat na nowo nabrał kolorów: niebo stało się błękitne, topniejący śnieg odsłonił przyblakłe, lecz żywsze przecież od zimowej bieli barwy wrzosowisk.

– Idziemy dzisiaj do Blackwood! – zapowiedziała Eliza młodej służącej Margaret, kiedy tylko zeszła na śniadanie.

Było ciepłe poniedziałkowe przedpołudnie, niemal wiosenne – aż chciało się żyć.

Dziewczyna ucieszyła się, bo także miała już dość siedzenia w domu.

– Wstąpimy do sklepu? – zapytała.

– Naturalnie.

Oprócz drobnych sprawunków Eliza miała jeszcze parę rzeczy do załatwienia. Przede wszystkim musiała zajrzeć do apteki, po leki dla Fanny, którą od tygodnia męczył kaszel.

Poza tym chciała zanieść list na pocztę.

Podczas tych długich i przygnębiających styczniowych dni miała aż za dużo czasu na myślenie i szybko doszła do wniosku, że w tym wielkim domu potrzeba jeszcze przynajmniej jednej osoby do pomocy. Do tej pory, zanim wprowadziła się tutaj z Richardem, wielu pomieszczeń nie używano, były więc zaniedbane.

Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Eliza chciała trochę ożywić ten ponury dom i sprawić, żeby stał się przytulniejszy i przyjaźniejszy dla jego mieszkańców.

A sama Margaret, choć energiczna i pracowita, nie mogła utrzymać całej rezydencji w odpowiednim stanie – musiała też pomagać kucharce oraz wykonywać mnóstwo innych prac.

Dlatego też Eliza postanowiła zamieścić w „Heraldzie” ogłoszenie o następującej treści:

Poszukuje się młodej, wykształconej kobiety

z przyzwoitej rodziny jako panny do towarzystwa

dla żony właściciela dużej

wiejskiej rezydencji w Yorkshire.

Mile widziana będzie też pewna wprawa

we wszelkiego rodzaju pracach zaufanej pokojówki.

Posada jest do objęcia od zaraz.

Gwarantowane utrzymanie i stała pensja

wysokości sześciu funtów tygodniowo.

Adres. E. W. Poste restante, Blackwood.

Wraz z ogłoszeniem włożyła do koperty pieniądze dla wydawcy gazety za jego wydrukowanie.

Zrobiła to bez porozumienia z mężem, a także z teściem, lecz wraz z ciotką Fanny doszły do wniosku, że mężczyźni i tak nie znają się na tego rodzaju sprawach, więc ich zdanie nie ma większego znaczenia. Eliza nie chciała też korzystać z pomocy mieszkanek Blackwood – bo bardziej niż służącej potrzebowała wykształconej młodej kobiety, z którą miałaby o czym porozmawiać. Brak odpowiedniego towarzystwa bardzo jej doskwierał.

***

– Mam nadzieję, że mieszkańcy będą przychylnie nastawieni – powiedziała Eliza, gdy już szły w kierunku miasteczka.

Towarzyszyła im uszczęśliwiona możliwością dłuższego spaceru Stella, kotka zawróciła do domu, kiedy zorientowała się, że wypuściła się już za daleko.

– Nie będą – krótko odparła Margaret.

– Tak myślisz? – Jej pani uśmiechnęła się niepewnie.

Stawiały kroki ostrożnie, ponieważ ścieżka była nasiąknięta wodą i zdradliwie śliska.

– Nie lubią obcych.

– Aż tak bardzo?

– Tak. W dodatku ani razu nie pojawiła się pani na niedzielnym nabożeństwie.

– No tak.

W istocie, nie zajrzała jeszcze do miejscowego kościółka. Pastor zapewne zdążył już ją napiętnować z ambony. Wyobrażała go sobie jako kopię dziadka Nelly, surowego i fanatycznego kaznodzieję z siwymi włosami, którego umysłowość nie wykraczała poza siedemnastowieczne traktaty teologiczne. Straszącego Sądem Ostatecznym i ogniem piekielnym, pozbawionego krzty poczucia humoru.

Lecz nie miała sobie przecież nic do zarzucenia.

Była polską katoliczką, niezbyt zresztą gorliwą, czymże więc miały być dla niej nabożeństwa w kościele anglikańskim? Czułaby się nienaturalnie, wręcz dziwacznie, zasiadając pośród miejscowych owieczek w ławce i śpiewając niezrozumiałe dla niej hymny.

– Będą musieli przywyknąć – odpowiedziała służącej, po czym przystanęła na chwilę i z lubością wystawiła twarz na ciepły podmuch wiatru.

Niósł ze sobą woń pobliskich mokradeł.

Czyste niebo nad nią zdawało się bezkresne.

Wokół jak okiem sięgnąć rozciągały się wrzosowiska oraz podmokłe łąki zamknięte na horyzoncie łagodnymi wzgórzami. W oddali, niedaleko bagien, widziała pasące się nieliczne jeszcze owce, a także mały staw, po którym pływały kaczki.

Eliza miała na sobie prostą szarą suknię, skromny płaszcz i pozbawiony ozdób kapelusz. Włożyła też wełniane rękawiczki bez palców. Nie chciała się wyróżniać pośród kobiet miasteczka, mimo że była „wielką damą” z rezydencji Winterów.

– Nie muszą pani lubić – mruknęła Margaret, trzymając w ręku wiklinowy kosz na zakupy.

– Racja, ale nie zaszkodziłoby, gdyby lubili.

– Trudna sprawa.

– Chodźmy.

Kilkanaście stóp przed nimi pojawił się naraz królik, nie dłuższy niż osiem cali, zastygł na chwilę bez ruchu zdezorientowany, po czym pomknął w kierunku pobliskiego żywopłotu.

– Brakowało mi tego – westchnęła Eliza.

***

Blackwood było niewielkim miasteczkiem, skupionym wokół błotnistej teraz ulicy o szumnej nazwie Market Street.

Okalały ją parterowe lub co najwyżej piętrowe domy z szarego kamienia i czerwonej cegły. Oprócz budynku poczty znajdowały się tutaj dwa sklepy, pracownia krawiecka, gabinet lekarski i apteka, pub „Pod Szarym Zającem”, a także zakład pogrzebowy. Pomiędzy domami chodziły świnie i kury. Eliza co chwilę upominała Stellę, która z radosnym szczekaniem zaczęła gonić przerażone ptactwo.

Najpierw zamierzały wstąpić na pocztę, znajdującą się na drugim końcu miasteczka. Market Street prowadziła nieco w dół. Mimo pięknej pogody była teraz pusta.

– Tutaj mieszka stara Ruth Palister. – Margaret wskazała na zaniedbany dom po prawej stronie. – Miejscowa czarownica.

– Czarownica? – zdziwiła się Eliza.

– Znaczy, wariatka. Podobno, choć ja w to nie wierzę, przeżyła uderzenie pioruna. I od tej pory stale widuje Zbawiciela.

– Aha.

Przeszły po drewnianej kładce nad błotnistą kałużą, obszczekiwane zza pobliskiego płotu przez jakiegoś chudego psa.

– A tu wynajmuje pokój pan Francis Bullock. – Służąca ruchem głowy wskazała na piętrowy dom z ogródkiem. – Ponoć wielki hrabia. Przyjechał z Londynu, całkiem jak pani. Mówią, że ukrywa się z powodu karcianych długów. Straszny elegant, ale moczymorda.

Młoda Walijka zdawała się wiedzieć wszystko o wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem mrocznych czy też wstydliwych tajemnic mieszkańców Black­wood. Eliza zdążyła się już przyzwyczaić do sposobu bycia dziewczyny, hardego, bezpośredniego, balansującego na granicy bezczelności. No i do jej niewybrednego często słownictwa. Z drugiej strony Margaret była uczciwa i miała chyba dobre serce, chociaż skrzętnie ukrywała to przed światem.

Eliza polubiła ją i jej charakterek.

Plotka głosiła, że w jasnowłosej służącej podkochuje się stajenny, William. Stanowił on ciekawy przypadek, gdyż wcale nie był jakimś zwykłym wiejskim chłopakiem, lecz przyjechał z Leeds, gdzie wychował się w porządnej kupieckiej rodzinie. Odebrał niezłe wykształcenie, wysławiał się jak panicz, a przy okazji całkiem ładnie się prezentował ze swoją czarną czupryną i marzycielskimi brązowymi oczami, co dostrzegała również Margaret. Był najładniejszym młodzieńcem w okolicy, więc w końcu trudno jej się dziwić.

Dlaczego ktoś taki przyjechał do Winter Abbey i pracował przy koniach?

Bóg raczy wiedzieć. Według jego własnych słów nienawidził miasta oraz handlu, za to kochał wieś i konie. Podejrzewano jednak, że przeżył jakiś zawód miłosny i z tego powodu porzucił dawne życie. Jeśli była to prawda, to kochliwy Willy wpakował się wprost w kolejne fatalne zauroczenie.

Elizę bawiło obserwowanie tych dwojga, kiedy się spotykali.

On nie potrafił ukrywać swego zachwytu, ona odnosiła się do niego z udawaną szorstkością, na którą wszakże nikt nie mógł się nabrać.

Załatwiły szybko sprawę na poczcie, gdzie obsłużyła je tęga, gadatliwa poczmistrzyni, po czym ruszyły do apteki.

– Prowadzi ją doktor James Owen, razem ze swoją siostrą – wyjaśniła po drodze Margaret. – Jest też lekarzem ludzi i zwierząt. Niezbyt stary, nawet przystojny. Ponoć studiował w Edynburgu.

– Jest Szkotem?

– Chyba tak.

– I to wszystko?

– Nie rozumiem.

Minęły mężczyznę w roboczej bluzie i nasuniętej na brwi wełnianej czapce, który udał, że ich nie zauważył.

– No, nie ma żadnych diabelskich sekretów? – dopytywała się z lekkim uśmiechem Eliza. – Ten lekarz nie uciekł przed wierzycielami? Nie pije? Nie zdradza żony ani nie podpisał cyrografu z diabłem?

Było dziwne, że Margaret mówiła o tych dwojgu bez cienia sensacji.

Dziewczyna prychnęła, wzruszając ramionami.

– Zapewne dobrze się kryje – odparła.

– Czyli to mili ludzie?

– Można tak rzec. – Zacisnęła usta, jakby zła na siebie, że musiała coś takiego przyznać.

– Dobrze wiedzieć, że i tacy ludzie tu mieszkają.

***

Apteka i gabinet mieściły się na parterze zadbanego piętrowego domu z czerwonej cegły stojącego przy placu, który uchodził w miasteczku za rynek. Kiedy otworzyły drzwi z okrągłą witrażową szybą, umocowany u góry dzwonek ostro zadźwięczał.

Za ladą stał wysoki, młody mężczyzna.

– Dzień dobry. – Uśmiechnął się na powitanie, a następnie lekko pochylił głowę w ukłonie.

Miał niski, przyjemny głos, a jego pociągła, gładko wygolona twarz bardziej pasowałaby do poety niż do wiejskiego lekarza czy aptekarza. Podkreślały to jasne, zaczesane do tyłu włosy, odsłaniające wysokie czoło i szaroniebieskie oczy.

– Pani Winter, jak mniemam. – Energicznie wyszedł zza lady. Był ubrany w białą koszulę z podwiniętymi rękawami, ciemnozieloną atłasową kamizelkę, na szyi miał starannie zawiązany fular. – Bardzo mi miło poznać. Nareszcie pani do nas zajrzała.

– Dzień dobry. – Eliza podała mu dłoń na powitanie. – Sam pan rozumie, pogoda nie pozwalała na wcześniejsze odwiedziny.

– W miasteczku zaczęto się nawet zastanawiać, czy pani naprawdę istnieje.

Z sąsiedniego pomieszczenia nagle wypadł rudy terier i cicho poszczekując, podbiegł wprost do Elizy.

Wzięła go na ręce.

– Pański? – zapytała ze śmiechem, odsuwając twarz, którą zwierzak zaczął gorliwie oblizywać.

James Owen zmarszczył brwi.

– No cóż, jeszcze przed chwilą był mój, ale to chyba się właśnie zmieniło. Bobby, zostaw panią w spokoju!

– Myślę, że czuje innego psa, bo przed chwilą uwiązałam przed wejściem swoją suczkę i pewnie nią pachnę – wyjaśniła ze śmiechem.

W ślad za psem do apteki weszła młoda kobieta, która bez wątpienia była krewną doktora. Jak on miała jasne włosy i takie same oczy, tylko delikatniejsze i bardziej subtelne rysy twarzy.

Na widok klientki z nieśmiałym uśmiechem skinęła głową na powitanie.

– To moja siostra, Naomi – przedstawił ją James.

Kiedy konwenansom stało się zadość, a pies wrócił na posadzkę, Eliza poprosiła o zamówione leki dla teścia, syropy na kaszel i sole trzeźwiące dla Fanny, a także o maść na bolące plecy dla kucharki. Kupiła też torebkę miętowych cukierków.

– Może napije się pani herbaty? – zaproponowała Naomi.

– Nie chciałabym robić kłopotu – odrzekła Eliza.

– To żaden kłopot. Rzadko mamy okazję porozmawiać z kimś nowym w tych stronach.

– O tak – podchwycił jej brat. – Ciekawi jesteśmy wieści ze świata. Podobno wróciła pani niedawno ze Szkocji, pani Winter?

***

Gospodarze zaprosili Elizę do salonu na piętrze, niedużego, acz przytulnego pokoju wyłożonego zieloną tapetą.

Usiedli przy okrągłym stole, pijąc herbatę z wytwornych filiżanek i jedząc biszkopty. Margaret poszła na plotki do kuchni.

– To aż nieprawdopodobne. – James Owen z niedowierzaniem pokręcił głową, gdy Eliza skończyła opowiadać o swojej akcji ratunkowej w szkockiej kopalni. – Będą tam panią wspominać jeszcze za dwadzieścia lat. A znając Szkotów, nie zdziwiłbym się, gdyby ułożyli o tych wydarzeniach balladę.

– Mniej miło będą mnie wspominać właściciele – odparła kwaśno.

– Do diabła z nimi, za przeproszeniem.

– Ma pan rację.

– Brakowało nam takiej osoby jak pani. Czy tutaj też zamierza pani przejść do legendy?

Poruszyła się nerwowo na krześle.

– Obawiam się, że mieszkańcy wyrobili już sobie o mnie zdanie – stwierdziła.

– Jak to? Przecież nawet pani nie znają.

– Właśnie. Moja nieobecność też jest znacząca. Zwłaszcza w kościele.

– Ach, o to chodzi! – Doktor Owen uśmiechnął się szeroko. – Proszę się nie obawiać. Nasz pastor to poczciwina. Nie rzuca gromów z ambony, nic z tych rzeczy. Czasami zastanawiam się, czy on w ogóle wierzy w Boga.

– Jamesie… – upomniała go cicho siostra.

– Ależ tak! – ciągnął niezrażony. – Często nas tu odwiedza. Jest głodny medycznych nowinek, poza tym pisze pracę o tutejszej florze i kataloguje każde źdźbło trawy. A kiedy napije się rumu, zaczyna cytować prace naturalistów. W młodości podobno uczestniczył w jednej z wypraw archeologicznych do Egiptu. Sprawi mu pani przyjemność, pytając o tamte wykopaliska.

– Wydaje się, że to interesujący człowiek – powiedziała ostrożnie Eliza.

– O tak! Na pewno panią polubi. A pani jego. Co się zaś tyczy uczestnictwa w niedzielnych nabożeństwach, to proszę się tym w ogóle nie przejmować, ja także je opuszczam. Nie mieszkamy w Salem, nie polujemy na czarownice.

– Co za ulga!

Na dole zadzwonił dzwonek, więc doktor Owen przeprosił gościa i podniósł się z krzesła.

– Zapewne pani Winslet – powiedział. – Jak widać, rozniosła się już wieść, że zaszczyciła pani Blackwood swoją obecnością, pani Winter, i ludzie chcą obejrzeć nową mieszkankę Winter Abbey. Tu plotki rozchodzą się z szybkością błyskawicy.

Podczas gdy James Owen obsługiwał na dole klientkę – słychać było po głosie, że to starsza kobieta – Naomi opowiedziała Elizie o miasteczku, zwłaszcza o sklepach: co można kupić na miejscu, a po co trzeba jechać aż do Yorku.

Rozmowa toczyła się gładko, za oknem wiatr poruszał gałęziami rosnących przy domu jabłoni, niebo wciąż było niebieskie i czyste jak na dziecięcym obrazku. Eliza odniosła wrażenie, że zna Naomi już od lat, tak dobrze się rozumiały.

Kiedy wrócił doktor Owen, akurat rozmawiały o muzyce. Okazało się bowiem, że siostra Jamesa uczyła się w dzieciństwie śpiewu i gry na fortepianie.

– Nie mam, niestety, wielkiego talentu – zastrzegła się teraz.

– Naomi jest zbyt skromna – skomentował jej brat, na powrót zasiadając przy stole. – W kościele gra na organach oraz intonuje hymny.

– To nie wymaga wielkich umiejętności. – Panna Owen spuściła wzrok.

Ze swoimi gładko zaczesanymi do tyłu i spiętymi grzebieniem włosami, w zapiętej pod samą szyję skromnej ciemnej sukni wyglądała trochę jak żona pastora, a nie młoda panna na wydaniu. Tylko od czasu do czasu w jej oczach zapalały się figlarne błyski, zdradzające, że za tą fasadą kryje się podobnie wesoła natura jak jej brata.

– Mają państwo fortepian albo pianino? – zainteresowała się Eliza.

– Owszem, fortepian – odparł doktor. – Lecz wymaga nastrojenia, a w naszym miasteczku, jak się pani zapewne domyśla, trudno o fachowca.

– W marcu ma przybyć stroiciel do mojego instrumentu – powiedziała. – Powiadomię państwa, kiedy będzie w Winter Abbey.

– Byłoby wspaniale! – ucieszyła się Naomi.

***

Kiedy się żegnali, Eliza zatrzymała się nagle w drzwiach, jakby sobie o czymś przypomniała.

– Ach, jeszcze jedno. – Spojrzała na doktora Owena. – Czy pan się orientuje, gdzie w miasteczku można wynająć powóz z woźnicą?

– A gdzie pani zamierza się udać?

– W okolice Bridlington.

– Nad morze?

– Otóż właśnie.

– No cóż, jest to możliwe. Ale proszę tego nie robić.

Popatrzyła na niego zaskoczona.

– Dlaczego?

– Bo sam wkrótce wybieram się w tamte rejony. Czekam tylko, aż drogi będą bardziej przejezdne. Zaopatruję się nad morzem w wiele produktów. Mam własny pojazd, tak więc jeśli pani się zbytnio nie spieszy, z najwyższą przyjemnością panią podwiozę.

– Byłabym niezmiernie zobowiązana, doktorze.

Był na tyle dyskretny, że nie zapytał, czy w Winter Abbey nie ma aby powozu ze stangretem. Oczywiście, że był, i wszyscy doskonale o tym wiedzieli. Lecz Eliza nie chciała z niego korzystać, albowiem wyprawę nad Morze Północne pragnęła zachować w tajemnicy przed domownikami.

Zamierzała odwiedzić siostrę Richarda.

Obiecała to sobie już w grudniu, kiedy odkryła manuskrypt nokturnu. Pożegnalnego nokturnu. Tego samego, który mąż ofiarował jej jako własną, napisaną specjalnie dla niej kompozycję. Z czułą dedykacją. Przez długi czas po odkryciu tych nut w dawnym pokoju Iris Eliza czuła się wręcz chora, zwłaszcza że męża nie było na miejscu, więc nie mógł jej tego wyjaśnić. Nie spała po nocach, dręczona najgorszymi podejrzeniami, w dzień chodziła ze skurczonym żołądkiem, czując mdłości. Sprawa siostry Richarda już od dawna budziła jej niepokój, który teraz zamienił się niemal w obsesję.

Musiała dowiedzieć się prawdy.

Na domowników i męża nie mogła liczyć, dawno już pozbyła się takich złudzeń. W rezydencji trwała zmowa milczenia. Tak więc nie pozostawało nic innego, jak osobiście odwiedzić Iris Winter w jej pensjonacie nad morzem. Adres zdradziła Elizie ciotka Fanny. Siostra Richarda mieszkała w niewielkim nadmorskim miasteczku położonym o jakieś kilka mil na południe od miasta Bridlington, w pensjonacie sióstr Lilly i Evelyn Croach, będącym, jak przypuszczała Eliza, przyjemniejszą, dyskretniejszą i ogólnie bardziej luksusową wersją zakładu dla obłąkanych.

O ile Iris jeszcze żyła i naprawdę tam przebywała.

Bo niczego, co miało związek z siostrą męża, Eliza nie mogła już być pewna.

Pojechałaby tam od razu, na początku roku, tyle że pogoda pokrzyżowała jej plany. Teraz też aura nie sprzyjała dalekiej podróży, drogi były rozmokłe po roztopach, a w każdej chwili mogły jeszcze powrócić śnieżyce i zimne wichry. Jednym słowem, należało poczekać aż do wiosny.

A do tej pory próbować o tym wszystkim nie myśleć.

O ile to w ogóle możliwe.

***

Do popołudnia Eliza i Margaret uporały się ze wszystkimi zakupami.

Sprzedawcy, a także ludzie, których spotykały po drodze czy też w sklepach, patrzyli na Polkę z mieszaniną zainteresowania i nieufności.

– Biszkopty były suche – mruknęła Margaret, gdy minęły ostatnie zabudowania Blackwood i znalazły się pośród zaoranych pól.

Miała nieufną minę i Eliza podejrzewała, że zaraz dowie się od Walijki czegoś na temat doktora i jego siostry, czego nie chciałaby wiedzieć.

Wiatr się wzmógł, zafurkotały tasiemki przy czepku młodej służącej, suknie obu kobiet wydęły się jak balony, a uszy biegnącej przed nimi Stelli unosiły się jak czarno-białe latawce.

– Wiesz co, moja droga? – odrzekła z uśmiechem Eliza, przytrzymując na głowie kapelusz, mimo że był zawiązany pod brodą wstążkami.

– Co mam niby wiedzieć? – burknęła tamta.

– Jeśli nie znalazłaś nic poza biszkoptami, by skrytykować i pomarudzić, to doktor i jego siostra muszą być prawdziwymi aniołami.

Margaret wzniosła oczy ku niebu.

– Pff! Aniołami. Też mi coś!

Na horyzoncie widać już było ciemną, wyniosłą sylwetkę Winter Abbey.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Punkty orientacyjne

Okładka