Pani Bovary - Gustaw Flaubert - ebook + książka

Pani Bovary ebook

Gustaw Flaubert

3,4

Opis

Pani Bovary jest powieścią francuskiego pisarza Gustawa Flauberta należącą do ścisłego kanonu literatury pięknej. Powieść powstała z fascynacji autora balzakowską tezą, w myśl której kobieta staje się w pełni kobieca, kiedy dopuszcza się zdrady. Opowiada o młodej, cnotliwej z pozoru Emmie Rouault, która wychodzi z rozsądku za mąż za poczciwego doktora Karola Bovary, by pod wpływem niezaspokojonych pragnień i marzeń o wielkiej miłości porzucić moralne konwenanse i puścić się w wir namiętnych romansów, rozrzutności i kłamstwa.

Zgodnie z zasadami pozytywistycznego realizmu, autor dokonuje wnikliwej analizy psychologicznej bohaterki, obnażając mechanizmy kobiecej duszy, które są odpowiedzialne za poddanie się instynktom i upadek. Pod względem pisarskiego kunsztu, Pani Bovary jest wzorem harmonii pomiędzy formą a treścią. Flaubert zasłynął w historii literatury jako pisarz, który doprowadził powieść do perfekcji, zarówno pod względem konstrukcji utworu, jak dostosowania stylu narracji do każdej sytuacji i do każdej postaci. Aby doprowadzić powieść na wyżyny doskonałości Flaubert wybiegał niejednokrotnie do pionierskich, jak na swoje czasy metod. Na przykład spędził całe tygodnie jeżdżąc powozem, aby napisać scenę, w której Pani Bovary jedzie do … i rozmyśla o ,,,. Czy wsłuchiwał się godzinami w lekturę własnego tekstu, czytanego raz to przez kobietę, raz przez mężczyznę, aby dokonać korekty dialogów.

Uznana za jedną z najważniejszych książek w dziejach literatury, Pani Bovary była przedmiotem wielu adaptacji filmowych i teatralnych.

Lektura dla szkół średnich

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (29 ocen)
10
3
8
5
3
Sortuj według:
Karolinka1988

Nie polecam

Jedna z najgłośniejszych powieści XIX wieku. Podobno została wpisana na Indeks ksiąg zakazanych. Emma jest żoną prowincjonalnego lekarza. Całe dnie spędza czytając romanse. Marzy by być jak heroiny z owych romansów. Piękne, bogate i omdlewajace z pożądania w ramionach kolejnych kochanków. Emma marzy też by nosić drogie suknie i tańczyć na balach. W pogoni za wyśnionym życiem wikła się w romanse. I tu następuje bolesne zderzenia z rzeczywistością. Życie to nie romans... Emma jest antypatyczna, rozmarzona, egzaltowana, sama nie wie czego chce. Pragnie być ciągle adorowana i podziwiana, nie potrafi docenić tego co ma. Tu widzę podobieństwo do Julii z "Kobiety trzydziestoletniej" Balzaca. Obie ni wiedziały czego chcą. Były złymi matkami. Zarówno Emma jak i Julia chorowały na borderline i miały osobowość narcystyczną. Jak dla mnie powieść ta jest archaiczna, zakurzona i śmierdząca stęchlizną. Nie sądzę by współczesne kobiety ujrzały siebie w losach Emmy...
00
OLGABARTNIK

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniale epicka, znakomicie obrazująca bohaterów na tle ich czasów, genialnie prowadzona narracja, błyskotliwe opisy, idealnie odważona struktura. Język, język, język... Zwierciadło kobiety, która nienauczona być, pragnęła mieć i tak szukać swojego odbicia w coraz to nowych zimnych oczach.
00
kto28

Z braku laku…

Nie dałem rady. Po 153 stronach dałem sobie spokój. Jeśli ktoś musi przeczytać tę powieść, niech czyta. Ja przeczytałem o znudzonych bohaterach żyjących w "belle epoque", dla których poważnym problemem jest wybór: czy się zakochać? czy może jakiś pojedynek? a może poczytać popularną literaturę? pojechać do Paryża? Problemy znudzonej szlachty i bogatego mieszczaństwa przerosły mnie, wywołując nieodparty odruch wymiotny. - Nie dałem rady więcej...
00

Popularność




CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Byliśmy w szkole, kiedy wszedł dyrektor w towarzystwie nowego w mieszczańskim ubraniu, i posługacza, niosącego wielki pulpit. Ci, którzy drzemali, przebudzili się, i każdy powstał jak gdyby od pracy.

Dyrektor dał nam znak, abyśmy usiedli, po czym, zwracając się do nauczyciela, rzekł półgłosem:

– Panie Rogerze, oto nowy uczeń, którego panu polecam; wstępuje do piątej. Jeżeli będzie pilny i pracowity, przejdzie do starszych, gdzie go powołuje sam wiek.

Nowy tymczasem stał w kącie za drzwiami, tak że zaledwie można go było dostrzec. Był to chłopak może piętnastoletni, wyższy od nas wszystkich. Włosy miał krótko przystrzyżone nad czołem jak wiejski śpiewak i wydawał się bardzo zakłopotany. Chociaż niezbyt szeroki w ramionach, zdawał się skrępowany zieloną sukienną kurtką z czarnymi guzikami, z której wyglądały czerwone, nie przyzwyczajone do rękawiczek ręce. Łydki jego w niebieskich pończochach wychodziły z żółtawych pantalonów mocno ściągniętych szelkami. Na nogach miał grube skórzane trzewiki nie wyczyszczone i podkute gwoździami.

Zaczęła się lekcja. Nowy słuchał z natężeniem, uważny jak na kazaniu, nie śmiejąc nawet nogi na nogę założyć, lub podeprzeć się łokciem, a kiedy o drugiej godzinie zadzwoniono, nauczyciel musiał mu powiedzieć, żeby stanął z nami w szeregu.

Mieliśmy zwyczaj, wchodząc do klasy, rzucać na ziemię nasze czapki, aby mieć ręce wolniejsze; trzeba było od samego progu ciskać je pod ławkę w taki sposób, żeby uderzały w ścianę i podnosiły jak najwięcej kurzu: taki był szyk.

Nowy jednak, czy nie zauważył tego manewru, czy nie śmiał go naśladować, dosyć, że po odmówieniu modlitwy trzymał jeszcze czapkę na kolanach. Było to coś w rodzaju nakrycia złożonego: znajdowałeś tam pierwiastki czapki baraniej, okrągłego kapelusza, kaszkietu bobrowego i perkalowego czepka, coś nieokreślonego, tak wyraziście brzydkiego jak twarz idioty. Jajowatego kształtu i rozepchana fiszbinami, rzecz ta zaczynała się od trzech okrągłych kiszek; dalej szły kolejno, rozdzielone czerwonym paskiem, czworokąty z aksamitu i z króliczej sierści, po tym następował rodzaj woreczka, zakończonego sztywnym wielokątem, wyszywanym w powikłane wzory, z którego się zwieszał na cieniutkim sznurku złoty kutas na podobieństwo żołędzi. Czapka była nowa: daszek lśnił świeżym lakierem.

– Wstań! – rzekł profesor.

Nowy się podniósł, czapeczka jego upadła na ziemię. Cała klasa zaczęła się śmiać.

Schylił się, aby ją podnieść. Gdy sąsiad wytrącił mu ją z ręki, podniósł czapkę powtórnie.

– Dajże już pokój tej czapce – rzekł profesor, który był człowiekiem taktownym.

Nowe śmiechy uczniów tak zmieszały biednego chłopaka, że sam nie wiedział, czy miał trzymać nieszczęśliwą czapkę w ręku, czy zostawić ją na ziemi, czy też włożyć na głowę.

– Powiedz mi, jak się nazywasz? – rzekł profesor.

Nowy prędko i niewyraźnie wymówił jakieś niezrozumiałe nazwisko.

– Powtórz raz jeszcze!

Dały się słyszeć te same niewyraźnie wybełkotane zgłoski, pokryte szyderskimi okrzykami całej klasy.

– Głośniej! – zawołał profesor – głośniej!

Na koniec nowy, uzbroiwszy się w odwagę, otworzył szerokie usta i krzyknął na całe gardło, jak gdyby kogo wołał: Kahbowahy!

Powstała wrzawa nie do opisania: tupano, krzyczano, śmiano się, powtarzano: karbowany! karbowany! aż wreszcie klasa uspokoiła się jak wzburzona fala, wybuchając tylko miejscami przytłumionym śmiechem jak niedogaszona petarda.

Pod gradem kar porządek w klasie został powoli przywrócony; po wielu trudach profesor dowiedział się nazwiska Karola Bovary, kazał je sobie podyktować, przesylabizować, odczytać i na początek wyznaczył biedakowi miejsce na ławce leniuchów, pod katedrą. Chłopak postąpił parę kroków i zawahał się.

– Czego szukasz? – zapytał nauczyciel.

– Mej cza... – wyjąkał nieśmiało nowy, oglądając się niespokojnie.

– Pięćset wierszy całej klasie! – wykrzyknięte grzmiącym głosem powstrzymało jak Quosy ego1 nową burzę.

– Siedźcie spokojnie! – mówił dalej oburzony profesor, a otarłszy twarz chustką, wydobytą z kieszeni, rzekł: – Ty zaś, nowy, przepiszesz mi dwadzieścia razy ridiculus sum2.

Potem dodał łagodniejszym głosem:

– Znajdzie się twoja czapka, nikt ci jej nie ukradł!

Wszystko wróciło do porządku. Głowy pochyliły się nad tekami, a nowy przez całe dwie godziny zachowywał się wzorowo, chociaż nie obeszło się bez papierowych kulek, które zręcznie puszczane z piór, od czasu do czasu trafiały go w twarz. Lecz on tylko twarz sobie dłonią ocierał i siedział nieporuszony.

Wieczorem w uczelni uporządkował starannie wszystkie swoje rzeczy i poliniował zeszyty. Widzieliśmy, jak pracował sumiennie, wyszukując wszystkich wyrazów w słowniku i zadając sobie wiele trudu. Dzięki zapewne tej pilności i dobrej woli nie dostał się do niższej klasy, bo chociaż znał dosyć dobrze cztery działania, nie miał wcale wprawy w stylowych zwrotach. Od proboszcza swojej wioski uczył się początków łaciny, gdyż rodzice przez oszczędność bardzo późno oddali go do szkół.

Ojciec jego, pan Karol Dionizy Bartłomiej Bovary, dawny pomocnik chirurga sztabowego, skompromitowany około 1812 roku w sprawach poboru rekruta i wskutek tego zmuszony opuścić służbę, skorzystał w tym właśnie czasie z osobistych swoich zalet i w lot pochwycił posag 60 000 franków, który mu się nawinął w postaci córki czapnika, rozkochanej w jego powabach. Piękny mężczyzna, blagier, miał zwyczaj brzęczeć głośno ostrogami, nosił faworyty połączone z wąsami, na palcach pełno pierścieni i ubierał się w jaskrawe barwy, co wszystko nadawało mu wygląd marsowy, przy łatwym obejściu komiwojażera. Gdy się ożenił, żył kilka lat kosztem żony, dobrze jedząc, dobrze się wysypiając, paląc tytoń z wielkich porcelanowych fajek, powracając do domu dopiero po teatrze i przesiadując po kawiarniach. Teść umarł i niewiele co zostawił; pan Bovary oburzony wdał się w spekulacje, stracił na nich, po czym z resztą funduszów przeniósł się na wieś i chciał gospodarować. Ale ponieważ nie więcej się znał na uprawie ziemi jak na perkalikach, ponieważ zajeżdżał konie zamiast posyłać je do pługa, sam wypijał jabłecznik w butelkach zamiast go w baryłkach sprzedawać, zjadał najlepszy drób z podwórza i smarował myśliwskie kamasze słoniną ze swych wieprzy, pomiarkował wkrótce, że lepiej było dać pokój wszelkiej spekulacji.

Najął przeto za dwieście franków rocznie, na granicy Pikardii i Caux, coś pośredniego pomiędzy folwarkiem a dworem, i zgryziony, rozżalony, zły na Pana Boga, zazdroszczący całemu światu, zamknął się w tym domu w czterdziestym piątym roku życia, zniechęcony do ludzi, jak mówił, pragnąc żyć spokojnie.

Żona jego szalała niegdyś za nim; okazywała mu swą miłość nadskakiwaniem, które go do reszty odstręczyło od niej. Dawniej wesoła, wylewna i kochająca, starzejąc się, stała się – na kształt zwietrzałego wina, które się zamienia w ocet – gderliwa, piszcząca i nerwowa. Wycierpiała tyle, nie skarżąc się, gdy biegał za wszystkimi wiejskimi spódniczkami i gdy wieczorem powracał z hulanek, pijany i zdenerwowany! Wreszcie zbuntowała się jej duma niewieścia. Zamilkła, topiąc słuszny gniew swój w niemym stoicyzmie, który zachowała aż do śmierci. Zawsze była zajęta interesami. Chodziła do adwokatów, do prezesa sądu, pamiętała o terminach wypłaty, starała się o uzyskanie zwłoki, w domu zaś prała, prasowała, szyła, dozorowała robotników, płaciła rachunki, podczas gdy pan małżonek, nie troszcząc się o nic, zawsze pogrążony w jakimś zadąsanym ospalstwie, z którego budził się po to tylko, aby powiedzieć jej coś przyjemnego, palił fajkę przy kominku, spluwając w popiół.

Gdy została matką, trzeba było dziecko oddać mamce na wychowanie. Gdy chłopak wrócił do domu rodziców, psuto go jak książęce dziecko. Matka dawała mu przysmaczki, ojciec zaś kazał dziecku biegać boso, a chcąc uchodzić za filozofa, powtarzał nawet, że mogłoby chodzić nago jak dzieci dzikich. Wbrew dążnościom matki, urobił sobie pewien męski ideał dzieciństwa, na wzór którego usiłował kształcić syna, chcąc go hartować po spartańsku, aby uczynić go wytrzymałym. Kazał mu sypiać w nie opalanym pokoju, uczył go pić rum i szydzić z procesji. Chłopczyk jednak, z natury spokojny i łagodnego usposobienia, źle odpowiadał ojcowskim usiłowaniom. Matka brała go zawsze ze sobą; wykrawała mu figurki z tektury, opowiadała różne historie, prowadziła z nim nieskończone rozmowy, przeplatane melancholijną wesołością i tkliwymi pieszczotami. W swym samotnym życiu zlała na tę dziecięcą główkę wszystkie swoje rozproszone i zawiedzione nadzieje. Marzyła o świetnym dla niego stanowisku, widziała go już dorosłego, pięknego, rozumnego, zajmującego wysoką posadę w zarządzie dróg i mostów lub w sądownictwie. Sama go nauczyła czytać, a nawet śpiewać kilka łatwych romansów przy starym fortepianie. Ale Bovary nie był wielkim zwolennikiem piśmiennictwa i sztuk pięknych, powtarzał zawsze, że „to się na nic nie zdało!”. Czy im kiedykolwiek wystarczy na to, aby go utrzymać w rządowych szkołach, wywalczyć stanowisko lub też założyć dlań jaki interes handlowy? Zresztą mężczyzna odważny i pewny siebie zawsze będzie miał powodzenie w świecie. Pani Bovary przygryzała sobie usta, a dzieciak włóczył się po wsi.

Chodził za oraczami i ciskał bryłami ziemi na kruki, które odlatywały. Zbierał jarzyny nad rowami, poganiał indyki długą żerdzią, biegał po lasach, przetrząsał pokosy podczas sianożęcia, w dnie dżdżyste grał w pliszki z wiejskimi dziećmi, a w wielkie święta prosił kościelnego, żeby mu pozwolił dzwonić i wieszał się na wielkiej linie, szczęśliwy, iż go dobrze bujała.

Toteż wyrósł jak młody dębczak. Nabrał siły, ręce mu zgrubiały i twarz zakwitła zdrowiem.

Gdy skończył dwanaście lat, matka wymogła, żeby się zaczął uczyć. Obowiązku tego podjął się proboszcz. Jednakże lekcje te były tak krótkie i tak nieregularne, że niewiele przynosić mogły korzyści. Dawane były w wolnych chwilach, w zakrystii, na stojąco, naprędce, pomiędzy chrztem a pogrzebem, lub też proboszcz posyłał po swego ucznia o zmierzchu, kiedy już nie miał zamiaru wychodzić z domu. Szli wtenczas obydwaj do jego pokoju i zasiadali do lekcji. Komary i ćmy nocne latały wokoło świecy. Powietrze było parne, dzieciak był śpiący, a poczciwy księżyna, złożywszy ręce na brzuchu, wkrótce zaczynał chrapać z otwartymi ustami. Czasem znowu ksiądz proboszcz, powracając od jakiego chorego z okolicy, któremu zanosił wiatyk, spostrzegał Karolka, wałęsającego się po wsi, wołał go do siebie, napominał przez kwadrans, po czym, korzystając ze sposobności, kazał mu w cieniu drzew odmieniać jakie słowo łacińskie. Nieraz przeszkodził im deszcz lub przechodzący znajomy. Zresztą, nauczyciel zawsze był ze swego ucznia zadowolony, mówił nawet, że młodzieniec ma dobrą pamięć.

Karolek jednak nie mógł na tym poprzestać. Pani okazała się energiczna. Pan zawstydzony, a może tylko zmęczony, uległ po słabym oporze, poczekano jeszcze rok, póki chłopak nie odbył pierwszej komunii.

Upłynęło jeszcze pół roku, aż wreszcie oddano Karolka do kolegium w Rouen, dokąd ojciec sam go odwiózł przy końcu października, podczas jarmarku św. Romana.

Dziś już żaden z nas nic prawie sobie o nim przypomnieć nie może. Był to chłopak łagodnego usposobienia, pilny i uważny w klasie, dobry do zabawy, mający wyborny sen i apetyt. Za opiekuna dano mu pewnego kupca z ulicy Rękawiczniczej, który zabierał go raz na miesiąc, w niedzielę, po zamknięciu sklepu, posyłał na przechadzkę do portu, aby się przyjrzał statkom stojącym na kotwicy, potem odprowadzał go do kolegium o siódmej godzinie, przed wieczerzą. Co czwartek wieczorem pisywał do matki długie listy czerwonym atramentem i pieczętował je trzema opłatkami, potem przepowiadał sobie lekcję historii lub czytał stary tomik Anacharisa, poniewierający się w uczelni. Na przechadzce rozmawiał ze służącym, który był ze wsi tak samo jak on.

Dzięki usilnej pracy był zawsze dość dobrym uczniem, raz nawet dostał pierwszą pochwałę za historię naturalną. Jednakże po ukończeniu klasy trzeciej rodzice odebrali go z kolegium, aby się uczył medycyny, przekonani, że potrafi sam się przygotować do baccalaureatu.

Matka wyszukała mu pokoik na czwartym piętrze, u znajomego farbiarza. Ułożyła się o zapłatę, wystarała się o potrzebne sprzęty, to jest o stolik i dwa krzesła, sprowadziła z domu stare łóżko z drzewa wiśniowego i kupiła jeszcze piecyk żelazny wraz z odpowiednim zapasem drzewa, które miało podczas zimy ogrzewać jej kochane dziecię. Wreszcie odjechała po tygodniowej bytności, zaleciwszy chłopcu, aby się dobrze prowadził, teraz, kiedy został zostawiony sam sobie.

Program kursów medycznych, który przeczytał w ogłoszeniu, wywołał zawrót głowy: kurs anatomii, kurs patologii, kurs fizjologii, kurs farmakologii, kurs chemii i botaniki, kliniki i terapeutyki, nie licząc już higieny i nauki o substancjach medycznych, same nazwy, których nie znał źródłosłowu i które przedstawiały mu się jak bramy przybytków, pełnych podniosłych tajemnic.

Nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Na próżno wytężał słuch i uwagę, nic nie mógł pojąć. Pracował jednak usilnie, miał pooprawiane zeszyty, uczęszczał na wszystkie kursy; nie opuszczał ani jednego wykładu. Spełniał swoje codzienne zadanie na sposób konia w kieracie, który chodzi w kółko z zawiązanymi oczyma, nieświadomy dokonywanej pracy.

Dla oszczędzenia wydatku matka przysyłała mu co tydzień ćwiartkę pieczonej cielęciny, z której miał śniadanie po powrocie ze szpitala. Potem musiał biec na wykłady, do sali anatomicznej, jeszcze raz do szpitala i znów wracać przez wszystkie ulice miasta do siebie. Wieczorem, po skromnym obiedzie u swego gospodarza, zamykał się w pokoju i w zmoczonej odzieży, która, parując przy rozpalonym do czerwoności piecyku, wysychała na nim, brał się do pracy.

Podczas pięknych letnich wieczorów, w porze kiedy rozgrzane ulice są puste a służące grają w wolanta przed domami, otwierał okno i opierał się na nim łokciami. U stóp jego płynęła rzeka, czyniąca z tej dzielnicy Rouen niby parodię Wenecji – żółtawa, sina lub szara, pośród śluz i mostów. Robotnicy, skuleni na brzegu, myli ręce w brudnawej wodzie. Na długich żerdziach, powystawianych z poddaszy, schły pasma bawełny. Wprost, poza dachami, rozciągał się czysty błękit niebios, zarumieniony ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Jak tam musiało być dobrze! Co za chłód pod tamtą buczyną! I rozdymał nozdrza, by wciągać w siebie wiejskie zapachy, które do niego nie dochodziły.

Schudł, wysmuklał, a twarz jego nabrała wyrazu cierpienia, który uczynił ją prawie zajmującą.

Powoli zaczęło go ogarniać lenistwo i wszystkie piękne zamiary rozwiały się jeden za drugim. Raz opuścił wykład, nazajutrz nie poszedł wcale na kursy i w końcu, zasmakowawszy w próżniactwie, przestał na nie zupełnie uczęszczać. Przyzwyczaił się chodzić do kawiarni i roznamiętnił się do domina. Wydało mu się to wyzwoleniem, które go podnosiło we własnych oczach, gdy zamykał się co wieczór w brudnej publicznej sali i uderzał w stół białymi, czarno kropkowanymi kostkami. Było to niby wtajemniczenie w życie światowe, zakosztowanie zakazanego owocu i wchodząc tam, brał za klamkę z uczuciem niemal zmysłowej rozkoszy. Rozwinęło się wtedy w nim wiele stłumionych dotąd zdolności, nauczył się na pamięć kupletów, które śpiewał przy kieliszku, zapalił się do Bérangera, umiał przyrządzać poncz i wreszcie poznał miłość.

Dzięki tym pracom przygotowawczym egzaminy nie powiodły mu się zupełnie. A tego samego wieczoru oczekiwano go w domu, aby obchodzić jego powodzenie!

Wyruszył pieszo i zatrzymał się przed wioską; kazał poprosić matkę i opowiedział jej wszystko. Ona go wytłumaczyła, przypisując niepowodzenie niesprawiedliwości egzaminatorów i dodała mu odwagi, biorąc na siebie załagodzenie tej sprawy. Dopiero w pięć lat później Bovary dowiedział się prawdy; zestarzała się przez ten czas, przyjął ją więc taką, jaka była, nie mogąc zresztą przypuścić, aby syn jego był głupcem.

Karol tymczasem zabrał się do pracy i przygotował się niezwłocznie do powtórzenia egzaminu, wyuczywszy się na pamięć wszystkich pytań. Otrzymał dość dobre stopnie i zdał egzamin. Był to piękny dzień dla matki! Uczciła go też sutym obiadem.

Lecz dokąd się uda na swoją praktykę? Do Tostes. Był tam jeden tylko stary już doktor. Pani Bovary od dawna czyhała na jego śmierć i poczciwiec nie zwinął jeszcze manatków, kiedy Karol usadowił się na wprost niego, jako przyszły spadkobierca.

Ale nie dosyć było wychować syna, zrobić z niego lekarza i wynaleźć mu Tostes na miejsce praktyki: potrzeba mu było żony. Troskliwa matka i tę mu znalazła w osobie wdowy po komorniku z Dieppe, która miała czterdzieści pięć lat i tysiąc dwieście franków rocznego dochodu.

Chociaż brzydka, sucha jak drzazga i pokryta krostami, pani Dubuc miała konkurentów do wyboru. Chcąc przeprowadzić swoje zamiary, mama Bovary musiała odsunąć ich wszystkich i nawet bardzo zręcznie zniweczyła intrygi pewnego rzeźnika, popieranego przez księży.

Karol widział w małżeństwie wstęp do lepszego bytu, wyobrażając sobie, że będzie swobodniejszy i będzie mógł dowolnie rozporządzać własną osobą i pieniędzmi. Tymczasem stało się inaczej: żona była panią w domu; nakazywała mu, co miał mówić przy ludziach, czego nie mówić, musiał pościć w piątki, ubierać się tak, jak mu kazała, naprzykrzać się pacjentom, którzy zwlekali z zapłatą za wizyty lekarskie. Otwierała jego listy, śledziła jego kroki i podsłuchiwała konsultacje w gabinecie, jeżeli tam były kobiety.

Rano musiała zawsze mieć czekoladę i wymagała tysiącznych względów. Narzekała ustawicznie na nerwy, na piersi, na kaprysy. Odgłos kroków drażnił ją, samotności znieść nie mogła; kiedy ktokolwiek przychodził do niej, to zapewne po to, żeby zobaczyć, czy nie umiera. Kiedy Karol wracał do domu wieczorem, wyciągała spod kołdry długie i chude ramiona, zarzucała mu je na szyję i, posadziwszy go na brzegu łóżka, zaczynała mu opowiadać o swych zmartwieniach: on ją zaniedbywał, kochał inną! Przepowiedziano jej, że będzie nieszczęśliwa; na zakończenie zwykła była żądać jakiego syropu na piersi i trochę więcej miłości.

II

Jednej nocy obudził ich tętent konia, który zatrzymał się przed drzwiami domu. Służąca otworzyła okienko na poddaszu i rozmówiła się z człowiekiem, stojącym na ulicy. Przyjechał po pana doktora, miał list do niego. Nastusia, drżąc z zimna, zbiegła ze schodów i poszła otworzyć zamek i zasuwki. Nowo przybyły zostawił konia i poszedł za służącą aż do sypialni. Wyjął z czapki wełnianej z szarymi kutasami list, owinięty gałgankiem, i podał go ostrożnie Karolowi, który wsparł się łokciem o poduszkę, aby go przeczytać. Pani przez skromność została obrócona twarzą do ściany, a tyłem do pokoju.

List ten, zapieczętowany niebieskim lakiem, błagał pana Bovary, żeby się natychmiast udał do folwarku Bertaux w celu nastawienia złamanej nogi. Owóż z Tostes do Bertaux jest dobrych sześć mil francuskich bocznymi drogami, przez Longueville i St. Victor. Noc była ciemna zupełnie, a pani Bovary lękała się wypadków. Postanowiono zatem, że chłopiec stajenny pojedzie przodem. Karol miał wyruszyć dopiero w trzy godziny później, jak księżyc wzejdzie. Naprzeciwko lekarza miano wyprawić chłopaka, który doprowadzi go do folwarku i otworzy wrota.

Około czwartej rano Karol, dobrze płaszczem otulony, ruszył w drogę do Bertaux. Rozespany jeszcze, dawał się kołysać powolnemu truchcikowi spokojnego zwierzęcia. Ilekroć koń zatrzymywał się z własnego natchnienia przed dołkami opasanymi cierniem, które rolnicy zwykli wykopywać przy bruzdach, Karol budził się na chwilę, przypominał sobie o złamaniu nogi i usiłował odświeżyć w pamięci wszystkie tego rodzaju wypadki. Deszcz przestał padać, a na gałęziach jabłoni, ogołoconych z liści, siedziały nieruchomo ptaszki z najeżonymi piórkami pod chłodny wiatr poranku. Płaska równina ciągnęła się, jak oko sięgnąć mogło, a kępy drzew, otaczające folwarki, tworzyły w znacznych odstępach ciemnofioletowe plamy na olbrzymim szarym tle, co na widnokręgu roztaczało się w mrocznej toni nieba. Karol od czasu do czasu otwierał oczy; potem znowu umysł jego znużony powracał do stanu półsnu, w którym obecnie doznawane wrażenia łączyły się ze wspomnieniami, widział siebie podwójnie: jednocześnie jako ucznia i człowieka żonatego, leżącego w łóżku jak przed chwilą i przechodzącego przez salę chirurgiczną jak niegdyś. Czuł lekką woń kataplazmów wraz ze świeżym wyziewem rosy, słyszał skrzypienie żelaznych łóżek i sapanie żony... Przejeżdżając przez Vassonville, spostrzegł wiejskiego chłopaka, siedzącego nad rowem.

– Czy pan jest lekarzem? – zapytał chłopak.

Otrzymawszy potwierdzającą odpowiedź, dzieciak wziął w ręce buty i zaczął biec naprzód.

Z rozmowy z przewodnikiem lekarz wywnioskował, że pan Rouault musiał być jednym z zamożniejszych rolników. Złamał sobie nogę poprzedniego dnia, powracając od sąsiada. Żona jego przed dwoma laty umarła. Miał przy sobie tylko swoją panienkę, która gospodarowała w domu.

Wyboje stawały się coraz głębsze. Przybliżano się do Bertaux. Chłopak, prześliznąwszy się przez dziurę w płocie, zniknął, a za chwilę nadbiegł z podwórza i otworzył wrota. Koń ślizgał się po wilgotnej trawie. Karol musiał się schylać, aby przejechać pod gałęziami drzew. Psy podwórzowe szczekały zajadle, rwąc się na łańcuchach. Gdy wjechał do Bertaux, koń spłoszył się i skoczył w bok.

Był to porządny folwark. Przez otwarte drzwi stajen widać było tęgie robocze konie przy nowych żłobach. Wzdłuż budynków ciągnęło się długie dymiące gnojowisko, a pośród kur i indyków przechadzało się z powagą kilka pawi – ulubiony zbytek normandzkich podwórzy. Owczarnia była długa, stodoła wysoka o ścianach gładkich jak dłoń. Pod szopą stały dwa wielkie wozy i cztery pługi, z biczami, naszelnikami, z zaprzęgiem z niebieskiej wełny, która brudziła się od drobniutkiego pyłu, padającego ze spichlerza. Dziedziniec podnosił się z wolna, wysadzony regularnie drzewami, a wesoły gwar stada gęsi rozlegał się wokoło sadzawki.

Młoda kobieta w niebieskiej wełnianej sukni z trzema falbanami wyszła na próg domu na przyjęcie pana Bovary; wprowadziła go do izby kuchennej, gdzie płonął wielki ogień. Śniadanie dla ludzi gotowało się w garnkach najrozmaitszej wielkości. Wilgotne ubrania suszyły się w głębi komina. Łopatka, szczypce i rurka od miecha, wszystko olbrzymich rozmiarów, błyszczały jak wypolerowana stal, podczas gdy pod ścianami piętrzyła się wielka bateria naczyń kuchennych, w których migotliwie połyskiwał jasny płomień ogniska, wraz z pierwszymi promieniami słońca, wpadającymi przez szyby okien.

Zaprowadzono Karola na pierwsze piętro do chorego. Leżał w łóżku pod kołdrami z odrzuconą czapeczką nocną. Był to gruby pięćdziesięcioletni człowieczek, biały i rumiany, o błękitnych oczach, z łysą czaszką i kolczykami w uszach. Obok na krześle stała karafka z wódką, z której nalewał po trochu dla dodania sobie odwagi, lecz zobaczywszy doktora, zmiękł i zamiast kląć, jak to czynił od dwunastu godzin, zaczął jęczeć żałośnie.

Złamanie było proste, bez żadnej komplikacji. Karol nie mógł życzyć sobie nic lepszego. Przypomniawszy w samą porę zachowanie się swych profesorów przy łożu ranionych, pokrzepił swego pacjenta dobrymi słowy, które to chirurgiczne pieszczoty są jakby oliwą do smarowania lancetów. Na łubki przyniesiono z wozowni pęk łat. Karol wybrał z nich jedną, połupał i wygładził kawałkiem szkła, podczas gdy sługa darła prześcieradła na bandaże, a panna Emma zabrała się do szycia poduszeczek. Ponieważ nie mogła zaraz znaleźć naparstka, ojciec zaczął się niecierpliwić; nic nie odpowiedziała, lecz, szyjąc, kłuła się w palce, które potem wysysała.

Karol był zdziwiony białością jej paznokci. Były błyszczące, cienko zakończone, gładkie jak kość słoniowa z Dieppe i owalnie przycięte. Ręki jej jednak nie można było nazwać piękną... może była trochę za gruba w stawach lub może nie dość blada; była również za długa i bez miękkich załamań linii w swym rysunku. Najpiękniejsze były oczy: chociaż piwne, wydawały się czarne z powodu długich rzęs, a spojrzenia ich mówiły otwarcie z niewinną śmiałością.

Po opatrzeniu chorej nogi lekarz został zaproszony przez samego pana Rouaulta, aby „coś przekąsił” przed odjazdem.

Karol zeszedł więc na dół do sali jadalnej. Dwa nakrycia ze srebrnymi kubkami postawione były na małym stoliku obok wielkiego łóżka z perkalikową kotarą, przedstawiającą Turków. Czuć tu było woń korzenia fiołkowego i wilgotnych prześcieradeł; woń ta wydobywała się z wysokiej dębowej szafy, stojącej na wprost okna. W kątach stały rzędem na ziemi worki ze zbożem. Było to ziarno, które nie pomieściło się w sąsiednim spichlerzu, do spichlerza prowadziły trzy kamienne stopnie. Jako ozdoba zawieszony był tu na gwoździu, pośrodku ściany, z której odpadała zielona farba, rysunek czarną kredką, przedstawiający Minerwę, oprawny w złotą ramkę, z napisem u dołu gotyckimi literami: „Memu ukochanemu ojcu”.

Rozmawiano zrazu o chorym, potem o pogodzie, o wielkich mrozach, o wilkach, które nocami włóczyły się po polach. Panna Rouault wcale nie była zadowolona z pobytu na wsi, teraz szczególniej, kiedy prawie sama musiała zajmować się całym gospodarstwem. Ponieważ pokój jadalny był chłodny, panna Emma drżała z zimna, co odkrywało z lekka jej mięsiste wargi, które zwykła przygryzać, kiedy milczała.

Szyja jej wychylała się z białego odkładanego kołnierzyka. Włosy, rozdzielone na środku głowy wąską linią, były tak gładkie, iż tworzyły dwie czarne opaski, jakby z jednego kawałka, i – ukazując koniuszek ucha – łączyły się z tyłu głowy w bogatym warkoczu, jaki nasz wiejski lekarz widział pierwszy raz w życiu. Policzki jej były różowe. Pomiędzy jednym a drugim guzikiem stanika miała założoną lornetkę w szylkretowej oprawie, jak mężczyzna.

Kiedy Karol, pożegnawszy ojca Rouault, wstąpił jeszcze do sali przed odjazdem, zastał ją stojącą, z czołem wspartym o szybę i patrzącą w ogród, gdzie wiatr powywracał tyki od fasoli. Odwróciła się.

– Czy pan czego szuka? – zapytała.

– Zgubiłem szpicrutę – odpowiedział.

I zaczął szperać po łóżku, za drzwiami, pod krzesłami; szpicruta tymczasem leżała na ziemi, pomiędzy ścianą a workami zboża. Spostrzegła ją panna Emma i pochyliła się do worka ze zbożem. Karol przez grzeczność chciał ją uprzedzić i wyciągając rękę w tym samym kierunku, dotknął piersiami pleców młodej dziewczyny. Wyprostowała się cała zarumieniona i spojrzała na niego przez ramię, podając mu rzemienny bicz.

Zamiast za trzy dni, jak był obiecał, Karol Bovary zaraz nazajutrz powrócił do Bertaux, potem dojeżdżał tam regularnie dwa razy na tydzień, nie licząc przypadkowych odwiedzin, które składał od czasu do czasu.

Zresztą wszystko szło jak najlepiej; leczenie złamanej nogi odbyło się prawidłowo, a kiedy po upływie czterdziestu sześciu dni ujrzano ojca Rouaulta, próbującego chodzić o własnej sile, zaczęto uważać pana Bovary za człowieka wielkich zdolności. Ojciec Rouault powtarzał, że najpierwsi doktorzy z Yvetot, a nawet z Rouen, lepiej by go nie wyleczyli.

Co do Karola, ten nie próbował nawet badać samego siebie, dlaczego z taką przyjemnością jeździł do Bertaux. Gdyby pomyślał o tym, byłby zapewne przypisał gorliwość swoją ważności wypadku lub może spodziewanym z tej kuracji zyskom. Lecz czy tylko dlatego wycieczki na folwark Bertaux stanowiły dlań pożądany wyjątek pośród nędznych jego codziennych zatrudnień? W te dni wstawał wcześniej niż zwykle, jechał galopem, popędzając swego wierzchowca, później zsiadał z konia i czyścił sobie buty o trawę, a przed wejściem do domu wkładał czarne rękawiczki. Lubił wjeżdżać w podwórze, słyszeć skrzypienie wrót, pianie koguta, widzieć chłopaków, którzy wybiegali na jego spotkanie. Lubił stodołę i stajnię; lubił ojca Rouaulta, który go w dłoń uderzał, nazywając swym zbawcą; lubił stukanie bucików panny Emmy po wymytej kamiennej podłodze kuchni; wysokie obcasy czyniły ją trochę wyższą, a kiedy szła przed nim, drewniane jej podeszwy z suchym odgłosem ocierały się o podłogę.

Odprowadzała go zawsze aż do pierwszego stopnia ganeczku. Jeżeli jeszcze nie przyprowadzono konia, czekała. Pożegnano się już, nie rozmawiano; wiatr rozrzucał drobne kędziorki na jej karku lub igrał z szarfami fartuszka, które skręcały się jak wstążki. Jednego razu podczas wiosennej odwilży, gdy kora na drzewach ociekała wodą a w podwórzu i na dachach topniał śnieg, Emma stała na progu; słońce ją raziło; poszła do pokoju po parasolkę i otworzyła ją. Mieniąca się jedwabna materia parasolki odbijała się w połyskliwych barwach na białej twarzyczce młodej dziewczyny. Ona sama uśmiechała się do ciepła i słońca, a krople wody kapały na rozpostartą morę.

W pierwszych czasach bywania Karola w Bertaux młoda pani Bovary nie omieszkiwała nigdy zapytywać o zdrowie chorego i nawet w księdze, którą prowadziła na swoją rękę, zachowała czystą kartkę dla pana Rouaulta. Lecz gdy się dowiedziała, że miał córkę, zaczęła zasięgać bliższych wiadomości; dowiedziała się w końcu, że panna Rouault, wychowana w klasztorze Urszulanek, odebrała piękną edukację, uczyła się geografii, tańca i rysunku, umiała haftować i grać na fortepianie. Tego już było zanadto!

– Więc on dlatego ma twarz tak rozpromienioną, kiedy tam jedzie, dlatego wkłada nowy żakiet, narażając go na zmoknięcie! Ach! Ta kobieta! Ta kobieta!...

I znienawidziła ją instynktownie. Zrazu pozwalała sobie tylko na ogólnikowe przymówki. Karol ich wcale nie rozumiał; następnie szukała ulgi w ostrych przycinkach, które puszczał mimo uszu w obawie burzy; wreszcie uciekła się do stanowczych wyrzutów, na które nie wiedział, co odpowiedzieć. Po co jeździ ciągle do Bertaux, kiedy pan Rouault już wyzdrowiał? Ci ludzie nawet mu jeszcze nie zapłacili! A! Bo tam jest pewna osoba, która umie prowadzić rozmowę, hafciarka, mądrala! To mu się podobało: potrzeba mu miejskich panienek! I zaraz dodawała:

– Córka starego Rouaulta, miejską panienką! Dobry Boże! Dziadek ich był pastuchem i mają krewnego, który o mało co pod sąd się nie dostał za karczemną burdę. Jest też komu tony pokazywać i przychodzić w niedzielę do kościoła w jedwabnej sukni jak jaka hrabina! Zresztą jest to biedak i gdyby nie przeszłoroczny rzepak, miałby niemały kłopot, skąd wziąć pieniędze na zapłacenie zaległych rat dzierżawnych!

Dla spokoju Karol przestał jeździć do Bertaux. Heloiza po gwałtownej scenie łez i pocałunków, w chwili wielkiego wybuchu miłości, z ręką na książce do nabożeństwa kazała mu przysiąc, że więcej tam nie pojedzie. Zrobił więc, co chciała, lecz całą siłą pragnienia protestował przeciwko służalstwu swego postępowania; i przez rodzaj naiwnej hipokryzji osądził, że ten zakaz widywania jej był dlań niejako prawem do miłości. Nadto wdowa była chuda, miała długie zęby, o każdej porze roku nosiła mały czarny szalik, którego końce spadały jej pomiędzy łopatki; kibić jej sztywna uwięziona była zawsze w sukni podobnej do futerału, krótkiej do kostek, spod której wyglądały wstążki jej szerokich trzewików, skrzyżowane na popielatych pończochach.

Matka Karola odwiedzała ich niekiedy, lecz po niejakim czasie synowa przerobiła ją na swój sposób; wzięły go we dwa ognie i męczyły swymi uwagami i przestrogami. Po co tak wiele jadł? Po co pierwszego lepszego częstował wódką? Co za upór, żeby nie chcieć nosić flanelowego kaftanika!

Zdarzyło się, że z początkiem wiosny rejent z Ingouville, u którego złożone były fundusze wdowy Dubuc, wsiadł na statek i popłynął z pomyślnym wiatrem, zabrawszy ze sobą wszystkie pieniądze. Heloiza posiadała wprawdzie, oprócz udziału w statku, ocenianego na 6000 franków, jeszcze dom przy ulicy Św. Franciszka; jednakże z całego tego tak osławionego majątku, nie wniosła nic do wspólnego gospodarstwa prócz niewielkiej ilości sprzętów i gałganów. Należało rzecz tę wyjaśnić. Dom w Dieppe okazał się obciążony długami hipotecznymi. Bogu tylko było wiadomo, co złożyła u rejenta, a udział w statku nie przekraczał 1000 franków. Jejmość więc skłamała! Pan Bovary w słusznym oburzeniu rozbił krzesło o podłogę i oskarżył żonę, że uczyniła syna nieszczęśliwym, sprzęgając go z tą starą szkapą, której skóra nie starczyła za wyprawę. Udali się oboje do Tostes. Nastąpiły objaśnienia, a po nich gwałtowne sceny. Heloiza zalana łzami rzuciła się w objęcia męża, zaklinając go, aby ją bronił przed rodzicami. Karol spróbował za nią przemówić. Rodzice rozgniewali się i odjechali.

Ale cios był zadany. W tydzień później, rozwieszając bieliznę na podwórzu, Heloiza dostała krwotoku płucnego i nazajutrz, w chwili gdy Karol odwrócił się dla spuszczenia firanki, wyrzekła:

– Ach, mój Boże! – westchnęła i omdlała... Już nie żyła. Co za dziw!

Gdy na cmentarzu wszystko zostało ukończone, Karol powrócił do siebie. Nie zastał nikogo na dole; wszedł na pierwsze piętro do sypialni, gdzie zobaczył zawieszoną jeszcze u drzwi alkowy suknię swej żony, wtedy wsparłszy się o biurko, pozostał do wieczora pogrążony w bolesnej zadumie. Ona go jednak kochała.

III

Jednego poranku ojciec Rouault przyniósł Karolowi zapłatę za wyleczoną nogę: siedemdziesiąt pięć franków srebrnymi dwufrankówkami i tuczonego indyka. Dowiedział się o jego nieszczęściu i starał się go pocieszyć, jak mógł najlepiej.

– Ja wiem, co to jest! – Mówił, uderzając go po ramieniu. – Ja też przez to samo przechodziłem! Gdym stracił moją biedną nieboszczkę, chodziłem po polach, szukając samotności; rzucałem się pod drzewo, płakałem, wzywałem Pana Boga, mówiłem mu głupstwa, chciałem schować się pod ziemię jak kret, pragnąłem śmierci. A pomyślawszy, że w tej samej chwili drudzy mają obok siebie ukochane żoneczki, które mogą ściskać, kiedy chcą, uderzałem laską w ziemię, byłem jak obłąkany, jeść nie mogłem, sama myśl pójścia do kawiarni przejmowała mnie wstrętem... I cóż powiesz? Powoli dzień za dniem upływał, wiosna następowała po zimie i jesień po lecie, wszystko to rozeszło się po trochu, po odrobinie... to jest zmniejszyło się, bo zawsze pozostało coś w głębi... niby ciężar na piersiach! Ale ponieważ wszyscy podlegamy temu samemu losowi, nie trzeba się oddawać zbytniej żałości i chcieć umierać dlatego, że drudzy umierają... Trzeba się z tego otrząsnąć, panie Bovary, to przejdzie... Przyjdź pan do nas: moja córka nieraz pana wspomina i mówi, żeś pan o nas zapomniał. Wkrótce nadejdzie wiosna, puścimy panu dla rozrywki królika.

Karol usłuchał przyjacielskiej rady. Pojechał w odwiedziny do Bertaux; zastał wszystko tak samo, jak było wczoraj, to jest, jak przed pięciu miesiącami. Drzewa gruszkowe już kwitły, a poczciwiec Rouault, ciągle na nogach, ożywiał cały folwark swą ruchliwością.

Uważając za swój obowiązek okazywać jak najwięcej grzeczności lekarzowi, ze względu na jego smutne położenie, prosił go, by nie zdejmował czapki, mówił do niego zniżonym głosem jak do chorego i nawet rozgniewał się trochę, że nie przygotowano na cześć jego coś wykwintniejszego, chociażby kremu ze śmietany lub kompotu z gruszek. Opowiadał zajmujące historie. Karol rozweselił się na chwilę, lecz wspomnienie żony wróciło nagle i zasępiło go! Przyniesiono kawę, zapomniał znowu o swym zmartwieniu.

Coraz mniej o nim myślał, w miarę jak się przyzwyczajał żyć samotnie. Nie znana mu dotąd przyjemność niezależności uczyniła samotność znośniejszą. Mógł teraz dowolnie zmieniać swoje godziny obiadowe, wychodzić i powracać bez opowiadania się komukolwiek i wyciągać swobodnie na łóżku, gdy był zmęczony. Pieścił się więc, dogadzał sobie i przyjmował pociechy, jakich mu udzielano. Z drugiej strony, śmierć żony nie zaszkodziła mu w jego zawodzie, gdyż powtarzano przez cały miesiąc: „Biedny człowiek, co za nieszczęście!”. Imię jego nabrało rozgłosu, praktyka się zwiększyła; nadto mógł odwiedzać Bertaux, ile razy mu się podobało. Czuł jakąś niewyraźną nadzieję, jakieś nieokreślone szczęście, zdawało mu się, iż jest przystojniejszy, gdy przyczesywał faworyty przed zwierciadłem.

Jednego dnia przybył do Bertaux około trzeciej po południu; wszedł do kuchni, lecz zrazu nie spostrzegł Emmy, gdyż okiennice były przymknięte. Przez szpary w drzewie słońce wyciągało na podłodze długie wąskie smugi, które załamywały się na sprzętach i drżały na suficie. Muchy na stole właziły na szklanki i brzęczały, topiąc się w resztkach jabłecznika, pozostałego na dnie. Światło, wpadające przez komin, nadawało aksamitny połysk sadzom osiadłym na blasze i niebieskawy odcień zimnym popiołom. Emma szyła pomiędzy oknem a kominem; nie miała chusteczki na szyi z powodu upału, a na obnażonych jej ramionach błyszczały drobne kropelki potu.

Zobaczywszy gościa, chciała go zaraz czym poczęstować podług wiejskiego obyczaju. Podziękował, ona nalegała i wreszcie śmiejąc się, oświadczyła, że napije się z nim razem likieru. Poszła więc do szafy po butelkę curaçao, przyniosła dwa małe kieliszki, jeden napełniła po same brzegi, do drugiego wlała parę kropel, trąciwszy się nim, podniosła kieliszek do ust. Ponieważ był prawie próżny, przechyliła w tył głowę i z wyciągniętymi ustami śmiała się, mówiąc, że nic nie czuje, podczas gdy końcem języka, wysuniętego spomiędzy drobnych ząbków, dotykała spodu kieliszka.

Usiadła wreszcie i wzięła porzuconą na chwilę robotę; była to biała bawełniana pończoszka, którą cerowała; pracowała ze spuszczoną głową i milczała; Karol także nic nie mówił. Przeciąg spod drzwi pędził kurz po kamiennych płytach, Karol przypatrywał się machinalnie, słuchając tylko bicia własnego serca i gdakania kury, która się niosła gdzieś w podwórzu. Emma od czasu do czasu chłodziła sobie policzki dłonią, którą przykładała później do żelaznych prętów na kominie.

Skarżyła się, że od początku wiosny cierpi na zawroty głowy i zapytywała, czyby jej nie służyły morskie kąpiele, opowiadała mu potem o klasztorze, a on nawzajem mówił o swych szkolnych czasach i rozgadali się. Zaprowadziła go do swego pokoju. Pokazała mu nuty, książki, które otrzymała jako nagrodę, i wieńce z dębowych liści, schowane na dole w szafie. Opowiadała mu o swej matce, o cmentarzu i pokazała nawet w ogrodzie grządkę, z której zrywała kwiaty pierwszego piątku każdego miesiąca dla strojenia nimi grobu matki. Lecz ogrodnik nic się na tym nie znał, wszyscy są niezręczni! Bardzo by chciała chociaż przez zimę mieszkać w mieście, jakkolwiek długość pięknych dni czyni wieś jeszcze nudniejszą w porze letniej, a stosownie do tego, co mówiła, głos jej był czysty, przenikliwy lub nagle stawał się omdlewający, nabierał modulacji, przechodząc w szept prawie, jak gdyby sama do siebie mówiła. Albo wesoła otwierała zaciekawione oczy, albo, przymykając powieki, patrzyła znudzonym wzrokiem, wybiegając myślą gdzieś daleko.

Powróciwszy do domu wieczorem, Karol przypominał sobie wszystkie jej słowa, usiłując je odtworzyć na powrót, dopełnić ich znaczenie, aby mógł poznać życie, jakie prowadziła wtedy, gdy jeszcze jej nie znał. Lecz zawsze wyobrażał ją sobie taką, jaką widział pierwszy raz lub jak była przed chwilą. Potem zadawał sobie pytanie, co się z nią stanie, jeżeli pójdzie za mąż, i za kogo. Niestety! Ojciec Rouault był bardzo bogaty, a ona... ona tak piękna! Lecz twarz Emmy stawała mu ciągle przed oczyma, a głos monotonny jak brzęczenie muchy powtarzał mu nieustannie: „A gdybyś ty się z nią ożenił? Gdybyś ty się ożenił?”. W nocy spać nie mógł, w gardle go ściskało, czuł pragnienie; wstał, żeby się napić, i otworzył okno; niebo zasiane było gwiazdami, wiatr ciepły powiewał, z daleka słychać było szczekanie psów. Obrócił głowę w stronę folwarku Bertaux.

Pomyślawszy, że przecież nie ma nic do stracenia, Karol postanowił się oświadczyć, gdy się zdarzy sposobność, lecz ilekroć się zdarzyła, zamykała mu usta obawa, że nie znajdzie odpowiednich słów dla oświadczyn.

Ojciec Rouault pozbyłby się chętnie swej córki, która niewielką była w domu pomocą. Tłumaczył ją w duchu tym, że miała zbyt wiele wykształcenia dla gospodarstwa na roli, co podług niego było najnędzniejszym zajęciem na świecie, ponieważ nie widziano jeszcze nigdy rolnika milionerem. Zamiast się wzbogacić, przeciwnie, tracił z każdym rokiem, bo chociaż celował w handlu, mając upodobanie do kupieckiej przebiegłości i dowcipu, do właściwego prowadzenia gospodarstwa oraz do zarządzania folwarkiem był uzdolniony mniej niż ktokolwiek inny. Lubił trzymać ręce w kieszeni i nie żałował pieniędzy na wydatki domowe, chcąc dobrze zjeść, dobrze się wyspać, mieć ciepło w mieszkaniu. Lubił mocny jabłecznik, tłustą baraninę, dobry krem ze śmietany. Jadał zwykle w kuchni, sam jeden, na wprost komina, na stoliku, który mu przynoszono już zastawiony, jak w teatrze.

Gdy więc zauważył, że Karol czerwienił się przy córce, co znaczyło, że lada dzień poprosi o jej rękę, naprzód obmyślił całą sprawę. Był wprawdzie trochę chuderlawy, wolałby mieć innego zięcia; lecz mówiono, że się dobrze prowadzi, że jest rozsądny, wykształcony i zapewne nie będzie wymagający względem posagu. Otóż, ponieważ ojciec Rouault zmuszony był sprzedać dwadzieścia dwa akry swego „majątku”, ponieważ winien był mularzowi i rymarzowi, i prasę w tłokarni trzeba było odnowić, więc powiedział sobie:

– Jeżeli się o nią oświadczy, to mu ją dam.

Około św. Michała Karol na trzy dni jechał do Bertaux. Ostatni dzień upłynął jak pierwsze, na odkładaniu stanowczej rozmowy z kwadransa na kwadrans. Ojciec Rouault odprowadzał go, postępowali obok siebie głęboko wyżłobioną drogą: chwila była odpowiednia. Karol naznaczył sobie termin u końca płotu, a gdy go minęli, wyszeptał:

– Panie Rouault, chciałbym panu coś powiedzieć...

Stanęli. Karol milczał.

– Ależ proszę mówić! Czy ja nie wiem, o co ci chodzi? – rzekł ojciec Rouault, uśmiechając się filuternie.

– Ojcze Rouault... ojcze Rouault... – jąkał się Karol...

– Ja nie mam nic przeciwko temu – ciągnął dalej dzierżawca. – Chociaż mała zapewne myśli tak samo, trzeba ją przecież zapytać o zdanie. Niech pan idzie, ja powrócę do domu. Jeżeli powie tak, nie potrzebuje pan wracać... gdyż ludzie... zresztą, to by ją zanadto wzruszyło. Żeby jednak pan sobie krwi nie psuł, otworzę okiennicę od kuchni; będzie pan to mógł zobaczyć, wychyliwszy się trochę zza płotu.

I oddalił się.

Karol przywiązał konia do drzewa, a sam stanął na czatach na ścieżce i czekał. Upłynęło pół godziny... potem przeliczył na zegarku dziewiętnaście minut. Wtem coś stuknęło; okiennica się otworzyła i uderzyła aż o ścianę.

Nazajutrz Karol o dziewiątej już był na folwarku. Emma zarumieniła się, skoro wszedł, i uśmiechała się zmieszana. Ojciec Rouault uściskał swego przyszłego zięcia. Wszelkie układy odłożono na później; było jeszcze dosyć czasu do obmyślenia wszystkiego, gdyż ślub nie mógł nastąpić przed ukończeniem żałoby Karola, to jest przed wiosną roku przyszłego.

Zima przeszła na tym oczekiwaniu. Panna Rouault zajmowała się swoją wyprawą. Część jej obstalowano w Rouen, koszule zaś i czepeczki szyła sama podług pożyczonych wzorów. Podczas odwiedzin Karola rozmawiano o przygotowaniach weselnych, układano, w którym pokoju nakryje się do stołu, ile trzeba będzie podać półmisków i jakie będą dania.

Emma wolałaby brać ślub o północy, przy pochodniach, lecz ojciec Rouault pojąć nie mógł jej zachcianki. Odbyło się wreszcie wesele, na które przybyły czterdzieści trzy osoby; goście siedzieli przy stole szesnaście godzin, ucztę powtarzano nazajutrz i przez kilka następnych dni.

IV

Zaproszeni przybyli wcześnie, powozami, jednokonnymi powozikami, dwukonnymi wózkami, starymi karetkami bez budy, brykami o skórzanych fartuchach, a młodzież z sąsiednich wiosek, stojąc na drabiniastych wozach, z rękami opartymi o drążki, aby nie upaść przy silniejszym wstrząśnieniu. Przyjeżdżano z dziesięciomilowego obwodu; z Goderville, z Normanville, z Cauy. Pospraszano wszystkich krewnych obydwu rodzin, pogodzono się z poróżnionymi przyjaciółmi, porozpisywano listy do znajomych od dawna straconych z oczu.

Co chwila słychać było trzaskanie z bicza za płotem; niebawem otwierały się wrota i wjeżdżał powozik. Pędząc galopem aż do pierwszego stopnia ganku, stawał nagle i wyrzucał napełniających go gości, którzy wysiadali z obydwóch stron, rozcierając sobie kolana i prostując ramiona. Panie w koronkowych czepeczkach miały suknie kroju miejskiego, złote łańcuszki przy zegarkach, pelerynki z końcami skrzyżowanymi u pasa lub kolorowe chusteczki przypięte z tyłu szpilką. Mali chłopcy, ubrani podobnie do swych ojców, wydawali się skrępowani w swych nowych kurtkach, niektórzy z nich nawet dopiero pierwszy raz w życiu mieli buty na nogach – obok nich widać było milczącą i nieśmiałą, w białej przydłużonej na tę uroczystość sukience od pierwszej komunii, czternasto lub szesnastoletnią dziewczynkę, zapewne kuzynkę ich lub starszą siostrę, czerwoną, zalęknioną, z włosami wysmarowanymi różaną pomadą, i w ciągłej obawie, żeby nie zabrudzić świeżych rękawiczek. Ponieważ nie było dosyć parobków do wyprzęgania koni, panowie zawijali rękawy i sami spełniali tę czynność. Stosownie do swego towarzyskiego położenia, mieli na sobie fraki, tużurki, kapoty, kurtki – ubrania odświętne, otoczone poważaniem całej rodziny, wychodzące z szaf tylko na wielkie uroczystości: tużurki z wielkimi połami rozwianymi na wietrze, z okrągłym kołnierzem, z kieszeniami szerokimi jak worki, kapoty z grubego sukna, zwykle w parze z czapeczką o miedzianej opasce nad daszkiem; kurtki bardzo krótkie, z dwoma guzikami w tyle, świecącymi jak para oczu; poły tych kurtek zdawały się wykrojone z jednej sztuki toporem ciesielskim. Niektórzy wreszcie (ale ci, rozumie się, zasiedli na szarym końcu stołu) mieli na sobie bluzy odświętne, to jest, z kołnierzem wyłożonym na ramiona, z fałdami na plecach, ściągnięte nisko wyszywanym pasem.

A gorsy od koszul na piersiach wydymały się jak pancerze! Wszyscy panowie byli świeżo ogoleni i ostrzyżeni, tak że uszy odstawały im od głowy; niektórzy nawet, wstawszy przed świtem i goląc się na wpół po ciemku, mieli kresy pod nosem lub pozdrapywaną skórę na policzkach; miejsca te, rozpłomienione od chłodnego wiatru podczas drogi, tworzyły różowe znaki na tych wszystkich białych rozradowanych obliczach.

Ponieważ merostwo znajdowało się tylko o pół mili od folwarku, udano się tam pieszo po dopełnieniu ślubu kościelnego. Orszak weselny, zrazu jednolity jakby jedna barwna wstęga wijąca się przez pole wzdłuż wąskiej ścieżki pośród zbóż zielonych, porozrywał się niebawem na pojedyncze gromadki, które rozmawiając, opóźniały się. Grajek szedł naprzód ze skrzypcami, ustrojonymi w barwne wstęgi; za nim postępowali nowożeńcy, dalej krewni, przyjaciele i znajomi, a dzieci pozostawały w tyle, bawiąc się zrywaniem kwiatków wśród owsa lub goniąc się za plecami starszych. Suknia Emmy, trochę powłóczysta, zaczepiała się o trawy; od czasu do czasu młoda oblubienica unosiła ją nieco i delikatnie oczyszczała z kolców ostu i innego zielska, podczas gdy Karol czekał z próżnymi rękoma, póki nie skończy. Ojciec Rouault w nowym kapeluszu na głowie i wyłogami od rękawów, spadającymi aż do paznokci, prowadził starszą panią Bovary. Pan Bovary ojciec, który, lekceważąc to całe towarzystwo, przybył w surducie wojskowego kroju, zapiętym na jeden rząd guzików, prawił przez drogę karczemne grzeczności młodej jasnowłosej wieśniaczce. Dziewczyna dygała, rumieniła się i nie wiedziała, co ma odpowiadać. Inni rozmawiali o swoich interesach lub płatali sobie wzajemnie figle, pobudzając się zawczasu do wesołości, a całemu temu gwarowi towarzyszyła ciągle muzyka skrzypka, który nie przestawał przygrywać. Ilekroć spostrzegł, że znacznie wszystkich wyprzedził, zatrzymywał się, nacierał smycze kalafonią, żeby lepiej mógł skrobać po strunach, po czym znowu szedł dalej, podnosząc i zniżając kolejno szyjkę swoich skrzypiec dla lepszego oznaczenia muzycznego rytmu. Dźwięki instrumentu wystraszały ptactwo, gnieżdżące się w krzakach przydrożnych.

Stół zastawiono pod szopą wozowni. Podano cztery pieczenie wołowe, sześć półmisków potrawki z kurcząt, duszoną cielęcinę, trzy ćwiartki baraniny; środek stołu zajmowało tłuste prosię pieczone, przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. W rogach stołu stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik pienił się w butelkach, a wszystkie kieliszki zostały już naprzód napełnione po same brzegi. Wielkie półmiski z żółtą galaretą, która kołysała się na wszystkie strony za najlżejszym poruszeniem stołu, przedstawiały na swej gładkiej powierzchni cyfry nowożeńców, ułożone z kolorowego maczku. Sprowadzono cukiernika z Yvetot, który upiekł torty i placki z owoców smażonych i orzechów. Ponieważ był to pierwszy jego występ w tej okolicy, pracował sumiennie, a na deser przygotował nawet arcydzieło, które wywołało głośne okrzyki podziwu. U dołu był czworokąt z niebieskiej tektury, przedstawiający świątynię z portykami, kolumnadą oraz posążkami z krochmalu, ustawionymi w niszach, usianych gwiazdami ze złotego papieru; wyżej stała wieża z ciasta śmietankowego, otoczona pomniejszymi warowniami ze smażonych owoców, migdałów, rodzynków i ćwiartek pomarańcz; wreszcie na samym wierzchu, przedstawiającym zieloną łąkę ze skałami i jeziorami z konfitur, po których pływały statki orzechowych łupin, widziano małego amorka, bujającego się na czekoladowej huśtawce, której dwa słupki zakończone były w miejsce kulek dwoma prawdziwymi pączkami róży.

Uczta trwała do samego wieczora. Kto się zmęczył siedzeniem, szedł się przechadzać po podwórzu lub zagrać w kręgle w stodole, po czym znów wracał do stołu. Niektórzy z gości zdrzemnęli się nawet i chrapali. Przy kawie dopiero wszystko się ożywiło, zaczęto śpiewać piosenki, mocowano się, podnoszono ciężary, próbowano dźwigać wozy na ramionach, dowcipkowano, całowano damy. W chwili odjazdu konie, napasione owsem, nie mieściły się w dyszlach; wierzgały, stawały dęba, aż pozrywały zaprzęgi, panowie przeklinali lub wybuchali śmiechem; przez całą noc po okolicznych drogach tętniły przy świetle księżyca wozy i wózki kobiet, które się wychylały, aby chwycić za lejce; wozy pędziły galopem po kałużach i kamieniach.

Ci, którzy pozostali w Bertaux, pili całą noc w kuchni folwarcznej. Dzieci pokładły się spać pod ławkami.

Panna młoda prosiła ojca, żeby jej oszczędzono żartów, wyprawianych podczas weselnych uroczystości. Jednakże jeden z krewnych, handlarz ryb morskich (który nawet przywiózł ich kilka na ślubny podarunek), zaczynał już wdmuchiwać do małżeńskiego pokoju wodę przez dziurkę od klucza, gdy ojciec Rouault nadszedł w sam czas, żeby go powstrzymać i wytłumaczyć mu, że poważne stanowisko zięcia nie pozwalało na takie nieprzyzwoitości. Kuzyn wszakże z trudnością uległ tym tłumaczeniom. Nazwał w duchu ojca Rouault dumnym i przyłączył się do kilku innych gości, którzy, dostawszy przypadkiem przy stole gorsze kawałki mięsa, stwierdzali, iż ich źle przyjęto i szydzili po cichu z gospodarza, życząc mu w skrytych słowach ruiny.

Starsza pani Bovary przez cały dzień ani ust nie otworzyła. Nie zasięgnięto jej rady ani co do ślubnego stroju synowej, ani co do urządzenia weselnej uczty, dlatego odjechała wcześnie. Małżonek zamiast jej towarzyszyć posłał po cygara do St. Victor i palił je do białego dnia, popijając grog z wiśniami, napój, nie znany reszcie towarzystwa; to ostatnie postawiło go jeszcze wyżej w oczach tych wszystkich poczciwców.

Karol nie był usposobienia żartobliwego; nie błyszczał też dowcipem podczas wesela. Odpowiadał z umiarkowaniem na docinki, dwuznaczniki, powinszowania i tłuste żarciki, jakimi go z obowiązku obsypywano od początku obiadu.

Za to nazajutrz stał się innym człowiekiem. Jego to raczej można by było wziąć za wczorajszą dziewicę, podczas gdy nowo zaślubiona nic po sobie odgadnąć nie dawała. Najprzenikliwsi nie wiedzieli, co mówić i, gdy przechodziła, wpatrywali się w nią z niesłychanym wytężeniem umysłu. Lecz Karol z niczym się nie ukrywał. Nazywał ją poufale swoją żoną, ciągle się o nią pytał, wszędzie jej szukał i często pociągał ją ze sobą na podwórze, gdzie go widziano z daleka, pomiędzy drzewami, jak ją wpół obejmował i nakrywał swą głową wycięcie stanika.

Nowożeńcy odjechali trzeciego dnia po weselu; Karol nie mógł na dłużej opuścić swych chorych. Ojciec Rouault odesłał ich powozikiem i odprowadził aż do Vassonville. Tam raz jeszcze uściskał córkę, wysiadł z powozu i pieszo wrócił do domu. Uszedłszy ze sto kroków, stanął, a spojrzawszy na oddalający się powozik, którego koła toczyły się wśród tumanów kurzu, westchnął głęboko. Potem przypomniał sobie swe własne wesele, swoje dawne czasy, pierwszą ciążę swej żony. On również był szczęśliwy w ten dzień, gdy ją przywiózł od ojca do swego domu. Było to około Bożego Narodzenia i pola pokryte były białym całunem; siedziała za nim na koniu i obejmowała go jednym ramieniem, w drugiej ręce trzymając koszyk; wiatr powiewał długimi koronkami jej normandzkiego czepeczka, które muskały go czasem po ustach, a gdy odwracał głowę, widział tuż przy swym ramieniu różową twarzyczkę, uśmiechającą się w milczeniu spod złotych ozdób czepeczka. Żeby ogrzać swe palce, kładła mu je od czasu do czasu na piersiach. Jakież to stare dzieje! Syn miałby dziś trzydzieści lat! Poczciwiec obejrzał się raz jeszcze i nic już nie zobaczył na drodze. Zrobiło mu się smutno jak w opustoszałym domu, a gdy tkliwe wspomnienia połączyły się z czarnymi myślami w umyśle, przyćmionym oparami uczty, przyszła mu na chwilę chęć przejścia się w stronę kościoła. Bojąc się jednak, aby ten widok bardziej go jeszcze nie zasmucił, powrócił prosto do domu.

Państwo Karolowie przybyli do Tostes około szóstej wieczorem. Sąsiedzi śpieszyli do okien, żeby zobaczyć nową małżonkę doktora.

Stara służąca wyszła na ich spotkanie, powitała nową panią, przepraszając, że obiad jeszcze nie gotowy, prosząc, aby pani tymczasem obejrzała swój dom.

V

Dom murowany stał w jednej linii z ulicą, a raczej z drogą. Za drzwiami wejściowymi wisiał na gwoździach płaszcz z wąskim kołnierzem, uzda, czarny skórzany czaprak, a w kącie na ziemi leżała para butów jeszcze zabłoconych. Po prawej stronie była sala, to jest pokój, w którym jadano i siadywano. Papierowe jasnokanarkowe obicie, obrzeżone w górze girlandą z bladych kwiatów, odstawało miejscami od ściany, w oknach wisiały białe z czerwonym szlakiem perkalowe firanki, a na wąskim kominku błyszczał pod okrągłym kloszem zegar z głową Hipokratesa, pomiędzy dwoma platerowanymi świecznikami. Po drugiej stronie korytarza był gabinet Karola, malutki pokoik, którego całe umeblowanie stanowił stolik, trzy krzesełka i fotel urzędowy. Kilkanaście tomów „Słownika nauk medycznych”, nie poprzecinanych, lecz zniszczonych wszystkimi sprzedażami, przez jakie przechodziły, zajmowało sześć półek sosnowej biblioteki. Kuchenne zapachy dochodziły tu przez cienką ścianę, a w zamian słychać było w kuchni kaszel chorych i ich opowiadania o swych cierpieniach. Dalej następowała wielka odrapana izba z piecem do chleba, która służyła obecnie za spiżarnię, drwalnię, skład rozmaitych rupieci, starego żelastwa, próżnych baryłek, popsutych narzędzi rolniczych i mnóstwa innych gratów, pokrytych grubą warstwą kurzu i pajęczyn.

Ogród, długi i wąski, ciągnął się pomiędzy dwoma murami z gliny i słomy, przykrytymi brzoskwiniowym szpalerem, aż do płotu cierniowego, który go od pola odłączał. Pośrodku znajdował się kompas kamienny, umieszczony na murowanej podstawie; cztery klomby obsadzone nędznymi różami otaczały symetrycznie pożyteczniejsze grządki warzywne. W głębi wśród tych jodeł biała figura księdza wznosiła ręce do modlitwy.

Emma poszła na pierwsze piętro. Pierwszy z dwóch pokoików nie miał żadnych sprzętów; w drugim, który był małżeńską sypialnią, stało we wgłębieniu mahoniowe łóżko z czerwonymi firankami. Pudełko oklejone muszelkami stało na komodzie, a na biurku w małej karafce bukiet kwiatów pomarańczowych, związany białą atłasową wstążką. Był to bukiet ślubny, bukiet tamtej! Emma spojrzała nań. Karol to spostrzegł, wziął niewczesną pamiątkę i odniósł ją na górę, podczas gdy młoda pani usiadła w fotelu i doglądając rozpakowywania swoich rzeczy, myślała o własnym ślubnym bukiecie, który tu przywiozła w pudełku, i zapytywała sama siebie zamyślona, co by z nim zrobiono, gdyby przypadkiem umarła?

Zaraz od pierwszych dni zajęła się obmyślaniem zmian w swoim domu. Kazała dać nowe obicia, pomalować schody i porobić ławki w ogrodzie, naokoło kompasu, dowiadywała się nawet, jakim by sposobem można mieć sztuczną sadzawkę i wodotrysk. Wreszcie, ponieważ lubiła przejażdżki powozem, Karol kupił używany powozik, który po dodaniu nowych latarni i skrzydeł ze skóry, wyglądał prawie jak angielski tilbury.

Był więc szczęśliwy i nie troszczył się już o nic w świecie. Obiad sam na sam, wieczorna przechadzka za miasto, pogładzenie ręką bujnych jej włosów, widok słomianego kapelusika zawieszonego na klamce i tysiące innych drobnostek, w których Karol nie domyślał się nigdy przyjemności, składało się obecnie na łańcuch nieprzerwanego szczęścia. Obudziwszy się rano, patrzył z rozkoszą, jak promienie słońca muskały różowe jej policzki, osłonięte na wpół wstążkami nocnego czepeczka. Oczy jej widziane z bliska wydawały mu się większe, szczególniej, kiedy budząc się, otwierała powieki; czarne w cieniu, a szafirowe przy świetle dziennym, oczy te miały jak gdyby pokłady barw ciemniejszych ku głębi, a coraz jaśniejszych ku powierzchni. Własne jego oko tonęło w tych głębiach i widział się w nich w miniaturze aż do ramion, z nocną czapeczką na głowie i otwartą u szyi koszulą. Wstawał. Ona wyglądała za nim oknem, kiedy wyjeżdżał; oparta na łokciu, wychylała się spomiędzy dwóch wazoników lewkonii, okryta fałdzistą suknią poranną. Karol na ulicy przypinał sobie ostrogi, a ona rozmawiała z nim z góry, zrywając ząbkami kwiatek lub listek, który mu rzuciła i który, kręcąc się w powietrzu i polatując jak ptaszek, przyczepiał się wreszcie do poplątanej grzywy starej siwej klaczy, stojącej nieruchomo u drzwi. Karol, wsiadłszy na konia, posyłał jej jeszcze pocałunek – ona odpowiadała kiwnięciem głowy, zamykała okno, on zaś odjeżdżał. Jechał gościńcem, który w nieskończoność ciągnął swoją długą wstęgę białego pyłu, parowami, gdzie drzewa tworzyły cierniste altany nad jego głową, ścieżkami wśród zbóż, sięgających mu aż do kolan, w promieniach słońca, które mu ogrzewały ramiona; oddychał świeżym, porannym powietrzem, ze spokojnym umysłem, sercem przepełnionym rozkoszą, z zadowolonymi zmysłami, przeżuwając swoje szczęście jak ci, którzy po dobrym obiedzie przypominają sobie smak trufli, już prawie strawionych.

Do tego czasu czyż zakosztował czego dobrego w swym życiu? Czy może w swych szkolnych czasach, kiedy pozostawał zamknięty pośród czterech ścian, sam pomiędzy bogatszymi lub lepiej się uczącymi kolegami, którzy wyśmiewali się z jego akcentu, szydzili z jego ubrania, którym matki przynosiły ciasteczka w mufkach? Czy może później, kiedy uczył się medycyny i nie miał nigdy dość pieniędzy, żeby zaprosić na tańce jakąś szwaczkę, która by mogła zostać jego kochanką? Następnie przeżył czternaście miesięcy z wdową, której nogi zimne były w łóżku jak bryły lodu. Teraz za to posiadał na całe życie tę śliczną kobietę, którą ubóstwiał. Świat już nie istniał dla niego poza obrębem jej spódniczki, a jeszcze wyrzucał sobie, że ją nie dosyć kocha. Zapragnął ją ujrzeć natychmiast: zawracał prędko, wbiegał na schody z bijącym sercem. Emma ubierała się w swoim pokoju; wchodził na palcach, całował ją w plecy, ona wydawała lekki okrzyk.

Nie mógł się wstrzymać, żeby nie dotykać ustawicznie jej grzebieni, jej pierścionków, jej chusteczki; czasem wyciskał głośne pocałunki na jej policzkach; czasem znowu delikatnie pieścił obnażoną jej rękę, od końca różowych paluszków aż do ramienia; a ona go z lekka odpychała, na poły uśmiechnięta i znudzona, jakby się pozbywała uprzykrzonego dziecka.

Przed pójściem za mąż wydawało się jej, że jest zakochana; ponieważ jednak nie przyszło szczęście, jakie z tej miłości miało wyniknąć, myślała, iż się pomyliła. I usiłowała dociec, co właściwie znaczyły wyrazy: szczęście, namiętność, upojenie, które ją tak zachwycały w powieściach.

VI

Czytała niegdyś Pawła i Wirginię i marzyła o chatce bambusowej, o Murzynie Dominiku, o psie Fidelu, a nade wszystko o słodkiej przyjaźni jakiego dobrego braciszka, który by dla niej zbierał czerwone owoce na drzewach wysokich jak dzwonnice lub, biegając boso po piasku, przynosił jej gniazdka ptasie.

Gdy skończyła trzynasty rok, ojciec zawiózł ją sam do miasta, aby ją umieścić w klasztorze. Stanęli w gospodzie w dzielnicy Św. Gerwazego, gdzie po wieczerzy podano im malowane talerze, przedstawiające historię panny de la Vallière. Legendowe objaśnienia, miejscami pokrajane nożami, sławiły pobożność, delikatność uczuć i wspaniałość dworu wielkiego króla.

Na początku nie nudziła się wcale w klasztorze, owszem, podobało się jej towarzystwo dobrych sióstr zakonnych, które prowadziły ją dla rozrywki do kaplicy, dokąd szło się z sali jadalnej przez długi korytarz. Spokojnie bawiła się podczas rekreacji, rozumiała dobrze katechizm i najlepiej odpowiadała księdzu wikaremu na zawiłe pytania. Żyjąc tak ciągle w ciepłej atmosferze klas i pośród tych kobiet o bladych twarzach, z różańcami, miedzianym krzyżykiem u pasa, dała się powoli owładnąć mistycznemu omdleniu, które wiało z kadzideł ołtarzy, z chłodu kropielnic, ze świateł gromnic. Zamiast słuchać mszy oglądała w swojej książeczce pobożne winietki z błękitną obwódką, lubiła chorą owieczkę, serce przebite ostrymi strzałami lub biednego Jezusa, upadającego pod ciężarem krzyża. Próbowała dla umartwienia zostawać cały dzień bez jedzenia. Przemyśliwała, jaki by ślub uczynić.

Kiedy szła do spowiedzi, wynajdywała urojone małe grzeszki, żeby jak najdłużej pozostawać w cieniu na klęczkach, z twarzą przyciśniętą do kraty, słuchając szeptu księdza. Porównania mistyczne o oblubieńcu, małżonku i małżeństwie niebieskim, które powtarzają się w kazaniach, napełniały jej duszę niewysłowioną rozkoszą.

Wieczorami, przed pacierzem, czytano zawsze jakąś pobożną książkę. Były to w dni powszednie Konferencje opata Frayssinousa lub jaki ustęp z Historii świętej, a w dni świąteczne dla rozrywki użyteczne wyjątki z Ducha Chrystianizmu. Z jakąż chciwością po raz pierwszy słuchała dźwięcznych lamentacji romantycznej melancholii, powtarzanych przez wszystkie echa ziemskie i niebieskie! Gdyby dzieciństwo jej upłynęło w jakim sklepie w kupieckiej dzielnicy, dusza jej byłaby się może otworzyła na liryczne zachwyty nad przyrodą, które ogarniają nas zwykle przez pośrednictwo pisarzy. Lecz Emma zanadto była oswojona z przyrodą; znała beczenie owiec, wieczorny udój krów, sianożęcia. Przyzwyczajona do spokojnych widoków, zwracała się do urozmaiconych. Morze lubiła tylko dla burz, a zieloność tylko wtedy, gdy była rozsiana pośród zwalisk. We wszystkim szukała osobistej korzyści i jako rzecz bezużyteczną odrzucała to wszystko, co nie chwytało bezpośrednio jej serca. Będąc usposobienia raczej sentymentalnego niż artystycznego, szukała wrażeń, a nie krajobrazów.