Pamiętniki Mordbota: Wszystkie wskaźniki czerwone / Sztuczny stan - Martha Wells - ebook

Pamiętniki Mordbota: Wszystkie wskaźniki czerwone / Sztuczny stan ebook

Wells Martha

4,4

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Zabójczy android odkrywa siebie w „Wszystkie wskaźniki czerwone", pełnej napięcia przygodzie autorstwa Marthy Wells, która poprzez sztuczną inteligencję bada korzenie świadomości.

„Bardzo nie wychodziło mi bycie bezlitosną maszyną do zabijania".

W zdominowanej przez korporacje międzygwiezdnej przyszłości misje planetarne muszą zostać zatwierdzone i wyposażone przez Firmę. Dla ich własnego bezpieczeństwa, grupom badawczym towarzyszą dostarczane przez Firmę androidy ochroniarskie.

Jednak w świecie, w którym kontrakty wygrywa najtańszy oferent bezpieczeństwo nie stoi na pierwszym miejscu.

Na odległej planecie grupa naukowców przeprowadza oceny powierzchni w towarzystwie dostarczonego przez Firmę androida – samoświadomej jednostki ochroniarskiej, która zhakowała swój moduł kontrolera i nazywa siebie (choć nigdy na głos) „Mordbotem". Pełna pogardy dla ludzi tak naprawdę chce mieć tylko dość spokoju, by dowiedzieć się, kim naprawdę jest.

Jednak gdy sąsiednia wyprawa milknie, to naukowcy i Mordbot muszą odkryć prawdę.

"Sztuczny stan" to druga część napisanej przez Martkę Wells, nagrodzonej nagrodami Hugo, Nebula, Alex i Locus, znajdującej się na liście bestsellerów New Your Times noweli „Wszystkie wskaźniki czerwone".

Ma mroczną przeszłość, w której zginęło mnóstwo ludzi. Przeszłość, przez którą nazwała się „Mordbotem". Jednak tylko bardzo niejasno pamięta masakrę, która zrodziła to imię i chce wiedzieć więcej.

Łącząc siły z Transporterem Badawczym imieniem DTB (nie chcesz wiedzieć, co oznacza „D"), Mordbot kieruje się do instalacji górniczej, gdzie się zbuntował.

To, co tam odkryje, na zawsze zmieni jego sposób myślenia...

Uwielbiam Mordbota!

Ann Leckie, autorka „Zabójczej sprawiedliwości”

Seria o Mordbocie to ekscytujący thriller, który ani na chwilę nie odpuszcza, ale jest też jednym z najbardziej ludzkich przedstawień niebędącej człowiekiem istoty, jakie kiedykolwiek czytałam. Zajrzyj dla strzelanin oraz innych planet i zostań dla pięknie przedstawionego portretu zabójczego robota, którego przemądrzała dobroć da ci nadzieję na przyszłość ludzkości.

Annalee Newitz, autorka „Autonomous”

Sprytne, pomysłowe, brutalne, gdy to wymagane i pełne współczucia choć ani przez chwilę nie robi się sentymentalne.

Kate Elliott, autorka serii „Korona gwiazd”

Ujmująca, zabawna, pełna akcji i mordercza.

Kameron Hurley, autorka „The Stars are Legion”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 256

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (116 ocen)
66
36
10
2
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Carpincho

Całkiem niezła

Warto dla drugiego opowiadania (pierwsze jest trochę meh). Szkoda tylko, że wydawca poskąpił na korektę, bo są i koślawe zdania i literówki. Polska wersja to największa wada tego wydania.
pink_monster

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, bardzo szybka lektura z genialnym mordbotem w roli głównej! Jedyny problem leży w absolutnie położonej korekcie, występują tu postacie używające niebinarnych końcowek i zaimków ale są one niesamowicie niekonsekwentnie używane, zwłaszcza w Sztucznym stanie i bardzo wybija to z lektury. Błagam niech druga część będzie lepiej sprawdzona.
20
Jeanette1990

Dobrze spędzony czas

Krótka i przyjemna. Jest coś w koncepcji głównego bohatera co zachęca do czytania, ale usilne podkreślanie jego bezpłciowości czasownikami typu „pomyślałom”, „chciałom”, „zrobiłom” itp. jest niepotrzebną udręką która bardziej przeszkadza niż dodaje jakiegoś, hm, klimatu?
21
bravelittletoaster
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Mega słodkie, błyskotliwe i zabawne SF, ale redakcja tłumaczenia psuje wszystko. Interpunkcja rzeczywiście leży, ale jest tu najmniejszym problemem, bo w co piątym zdaniu nie ma poprawnej składni, brakuje podmiotu, etc. W efekcie trudno było wyłapać sens niektórych zdań - domyślałam się go z kontekstu. Chyba nigdy nie czytałam tak dobrej książki z tak fatalną redakcją.
10
skyeofskynet

Całkiem niezła

Gdyby nie koszmarnie toporne tłumaczenie pierwszego opowiadania, ocena byłaby wyższa.
10

Popularność




Wszystkie wskaźniki czerwone

Rozdział pierwszy

Po zha­ko­wa­niu swo­jego modułu kon­tro­lera mogłom zająć się maso­wymi mor­dami, ale dotarło do mnie, że mogę korzy­stać ze wszyst­kich kana­łów roz­ryw­ko­wych dostęp­nych przez sate­lity firmy. Od tam­tej pory minęło dobrze ponad trzy­dzie­ści pięć tysięcy godzin bez prze­sad­nego mor­do­wa­nia, choć być może, zapewne, rów­nież nieco poni­żej trzy­dzie­stu pię­ciu tysięcy godzin pochła­nia­nia fil­mów, seriali, ksią­żek, sztuki i muzyki. Bar­dzo nie wycho­dziło mi bycie bez­li­to­sną maszyną do zabi­ja­nia.

Wciąż wyko­ny­wa­łom swoją pracę, obec­nie na nowym kontr­ak­cie, mając nadzieję, że dok­tor Vole­scu i dok­tor Bha­ra­dwaj szybko skoń­czą swoje bada­nia, żeby­śmy mogli wró­cić do bazy, gdzie zajmę się obej­rze­niem trzy­sta dzie­więć­dzie­sią­tego siód­mego odcinka Wzlotu i upadku księ­ży­co­wej ostoi.

Przy­znaję, że nie sku­pia­łom się mocno. Jak dotąd kon­trakt był bar­dzo nudny i roz­wa­ża­łom prze­rzu­ce­nie kanału alar­mo­wego w tło i próbę dostępu do muzyki z roz­ryw­ko­wego w taki spo­sób, żeby sys­tem cen­tralny nie reje­stro­wał dodat­ko­wej aktyw­no­ści. Zro­bie­nie tego w tere­nie było trud­niej­sze niż w bazie.

Oce­niana strefa była suro­wym przy­brzeż­nym frag­men­tem wyspy, pofa­lo­wa­nym w niskie wzgó­rza poro­śnięte gęstą, się­ga­jącą kostek zie­lon­kawo-czarną trawą. Nie było tu za wiele innych roślin ani zwie­rząt poza garstką róż­nych pta­ko­po­dob­nych stwo­rzeń i czymś nadmu­cha­nym, uno­szą­cym się w powie­trzu, co wyda­wało się nie­szko­dliwe. W pobliżu brzegu znaj­do­wało się sporo pozba­wio­nych roślin­no­ści kra­te­rów, a Bha­ra­dwaj i Vole­scu wła­śnie pobie­rali z jed­nego próbki. Pla­netę ota­czał pier­ścień, który z naszej bie­żą­cej pozy­cji domi­no­wał na hory­zon­cie od strony morza. Zaj­mo­wa­łom się oglą­da­niem nieba i deli­kat­nym obma­cy­wa­niem stru­mie­nia danych, gdy dno kra­teru eks­plo­do­wało.

Nie tra­cąc czasu na wyko­na­nie gło­so­wego połą­cze­nia awa­ryj­nego, wysła­łom stru­mień wideo z mojej kamery tere­no­wej do dok­tor Men­sah i sko­czy­łom w głąb kra­teru. Brnąc przez piasz­czy­ste zbo­cze, usły­sza­łom Men­sah krzy­czącą do kogoś na kanale awa­ryj­nym komu­ni­ka­tora, żeby natych­miast pode­rwał skoczka. Byli jakieś dzie­sięć kilo­me­trów stąd, pra­cu­jąc w innej czę­ści wyspy, więc nie było mowy, żeby dotarli tu na tyle szybko, by pomóc.

Stru­mień wypeł­niły sprzeczne pole­ce­nia, ale nie zwra­ca­łom na nie uwagi. Nawet mój moduł kon­tro­lera nie został zmo­dy­fi­ko­wany, stru­mień awa­ryjny miał prio­ry­tet, a na nim też pano­wał chaos, z auto­ma­tycz­nym sys­te­mem cen­tral­nym żąda­ją­cym danych, pró­bu­ją­cym wysy­łać mi jesz­cze nie­po­trzebne infor­ma­cje oraz Men­sah prze­sy­ła­jącą mi tele­me­trię ze skoczka. Która rów­nież nie była mi potrzebna, ale przy­naj­mniej było ją łatwiej igno­ro­wać niż sys­tem cen­tralny rów­no­cze­śnie żąda­jący odpo­wie­dzi i pró­bu­jący ich udzie­lać.

Pośrodku tego wszyst­kiego dotar­łom na dno kra­teru. W obu przed­ra­mio­nach mam wbu­do­waną małą broń ener­ge­tyczną, ale się­gnę­łom po zamo­co­wany do ple­ców duży kara­bin na poci­ski. Wro­gie stwo­rze­nie, które wystrze­liło z ziemi, miało naprawdę wielką pasz­czę, więc uzna­łom, że potrze­buję dużego kali­bru.

Po wyszarp­nię­ciu Bha­ra­dwaj z jego pasz­czy wepchnę­łom się tam zamiast niej, a potem wypa­li­łom z kara­binu w głąb jego gar­dła i w górę, gdzie powi­nien znaj­do­wać się mózg. Nie mam pew­no­ści, czy wszystko to zaszło w tej kolej­no­ści, trzeba by odtwo­rzyć nagra­nie z mojej kamery polo­wej. Wie­dzia­łom tylko, że to ja mam Bha­ra­dwaj, a nie stwór, który scho­wał się z powro­tem w swoim tunelu.

Była nie­przy­tomna i krwa­wiła przez kom­bi­ne­zon z potęż­nych ran na pra­wej nodze i w boku. Kara­bin tra­fił z powro­tem do uprzęży, żeby uwol­nić obie ręce do unie­sie­nia jej. Stra­ci­łom pan­cerz na lewej ręce i sporo ciała pod spodem, ale moje nie­orga­niczne czę­ści wciąż dzia­łały. Dotarł kolejny pakiet pole­ceń z modułu kon­tro­lera, więc wrzu­ci­łom go w tło, nie zawra­ca­jąc sobie głowy deko­do­wa­niem. Zde­cy­do­wa­nym prio­ry­te­tem była teraz nie­ma­jąca czę­ści nie­orga­nicz­nych i nie tak łatwo dająca się napra­wić Bha­ra­dwaj, a mnie inte­re­so­wało głów­nie to, co w stru­mie­niu awa­ryj­nym pró­bo­wał do mnie mówić sys­tem medyczny. Naj­pierw jed­nak nale­żało ją wydo­stać z kra­teru.

Przez cały ten czas Vole­scu kulił się na wywró­co­nym kamie­niu i total­nie pani­ko­wał, co było dla mnie cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe. Ja w takiej sytu­acji jestem dużo mniej podatne na znisz­cze­nie, a nie mogę powie­dzieć, żebym się świet­nie bawiło.

– Dok­to­rze Vole­scu, musi pan teraz iść ze mną – powie­dzia­łom.

Nie zare­ago­wał. Sys­tem medyczny zale­cał zastrzyk uspo­ka­ja­jący i bla, bla, bla, ale jedna moja ręka zaci­skała się na kom­bi­ne­zo­nie dr Bha­ra­dwaj, żeby powstrzy­mać krwa­wie­nie, a druga pod­pie­rała jej głowę. A mimo wszystko wciąż mia­łom tylko dwie ręce. Pole­ci­łom heł­mowi się zło­żyć, żeby zoba­czył moją ludzką twarz. Gdyby wróg wyło­nił się ponow­nie i znowu mnie ugryzł, to byłby fatalny błąd, bo potrze­bo­wa­łom orga­nicz­nych czę­ści swo­jej głowy. Przy­bra­łom pewny, cie­pły i łagodny ton głosu.

– Wszystko będzie dobrze, dok­to­rze Vole­scu, ale musi pan wstać, podejść tu i pomóc mi ją stąd wydo­stać.

Zadzia­łało. Dźwi­gnął się na nogi i chwiej­nie ruszył w moją stronę, wciąż się trzę­sąc. Zwró­ci­łom się ku niemu nie­usz­ko­dzoną stroną.

– Pro­szę zła­pać moją rękę, dobrze? I trzy­mać.

Zdo­łał zacze­pić się ręką o zgię­cie mojego łok­cia i ruszy­łom w górę kra­teru, cią­gnąc go i przy­ci­ska­jąc Bha­ra­dwaj do piersi. Oddy­chała nie­równo i chra­pli­wie, a jej kom­bi­ne­zon nie prze­sy­łał żad­nych infor­ma­cji. Mój został roze­rwany na tor­sie, więc pod­wyż­szy­łom tem­pe­ra­turę ciała w nadziei, że to pomoże. Stru­mień ucichł w końcu, bo Men­sah użyła swo­jego prio­ry­tetu dowo­dze­nia do wyci­sze­nia wszyst­kiego poza sys­te­mem medycz­nym i skocz­kiem, a w stru­mie­niu skoczka sły­sza­łom tylko, jak pozo­stali gorącz­kowo się uci­szają.

Pod­łoże po tej stro­nie kra­teru było dość nie­przy­jemne, głów­nie miękki piach i luźne kamie­nie, ale nogi mia­łom nie­usz­ko­dzone i dotar­łom na górę z oboj­giem ludzi wciąż przy życiu. Vole­scu pró­bo­wał paść na zie­mię, ale udało mi się odpro­wa­dzić go kilka metrów od kra­wę­dzi, na wypa­dek gdyby cokol­wiek, co sie­działo w dole, miało zasięg więk­szy, niż się zda­wało.

Nie chcia­łom odkła­dać Bha­ra­dwaj, bo coś w moim brzu­chu ule­gło uszko­dze­niu i nie było pewne, czy mogło­bym ją ponow­nie pod­nieść. Cof­nę­łom nagra­nie z kamery polo­wej i oka­zało się, że dźgnięto mnie zębem albo jakąś rzę­ską. Czy cho­dziło mi o rzę­skę, czy o coś innego? Mord­bo­tom nie dają przy­zwo­itych modu­łów edu­ka­cyj­nych na jakie­kol­wiek tematy poza mor­do­wa­niem, choć nawet one są tymi tań­szymi wer­sjami. Szu­ka­łom tego w ośrodku języ­ko­wym sys­temu cen­tral­nego, gdy nie­da­leko wylą­do­wał mały sko­czek. Kiedy sia­dali na tra­wie, z powro­tem akty­wo­wa­łom swój hełm z nie­przej­rzy­stym wizje­rem.

Mie­li­śmy dwa stan­dar­dowe skoczki: dużego na sytu­acje awa­ryjne i tego malu­cha do prze­lo­tów na miej­sca badań. Mały miał trzy prze­działy: duży w środku na ludzką załogę i dwa mniej­sze po bokach na ładu­nek, wypo­sa­że­nie i mnie. Za ste­rami sie­działa Men­sah. Zaczę­łom iść, wol­niej niż w zwy­kłym tem­pie, bo nie chcia­łom zgu­bić Vole­scu. Gdy tylko rampa zaczęła opa­dać, ze środka wysko­czyły Pin-Lee i Arada, a ja prze­łą­czy­łom się na obwód gło­sowy.

– Dok­tor Men­sah, nie mogę puścić jej kom­bi­ne­zonu.

Potrze­bo­wała chwili na zro­zu­mie­nie, o co mi cho­dzi.

– W porządku, wnieś ją do kabiny zało­go­wej – odparła pośpiesz­nie.

Mord­bo­tom nie wolno latać z ludźmi i musia­łom otrzy­mać gło­sowe pozwo­le­nie, żeby tam wejść. Co prawda dzięki zha­ko­wa­niu kon­tro­lera nic nie mogło mnie przed tym powstrzy­mać, to jed­nak nie­zdra­dza­nie nikomu, zwłasz­cza ludziom, któ­rym zosta­łom zakon­trak­to­wane, że mogę samo o sobie decy­do­wać, było w sumie dość ważne. Tak do poziomu nie­do­pusz­cze­nia do znisz­cze­nia moich orga­nicz­nych ele­men­tów i roze­bra­nia reszty na czę­ści zamienne.

Zanio­słom Bha­ra­dwaj po ram­pie do kabiny, gdzie Overse i Rat­thi gorącz­kowo odpi­nali sie­dze­nia, żeby zro­bić miej­sce. Nie mieli na gło­wach heł­mów i ścią­gnęli kap­tury kom­bi­ne­zo­nów, więc zoba­czy­łom prze­ra­że­nie na ich twa­rzach, gdy przez roz­darty kom­bi­ne­zon ujrzeli, ile zostało z gór­nej czę­ści mojego ciała. Ucie­szy­łom się, że mój hełm wró­cił na swoje miej­sce.

Dla­tego wła­śnie lubię latać z ładun­kiem. Robi się nie­zręcz­nie, gdy ludzie i wspo­ma­gani ludzie znaj­dują się bli­sko mord­bo­tów. A przy­naj­mniej nie­zręcz­nie dla mord­bo­tów. Usia­dłom na pod­ło­dze z Bha­ra­dwaj na kola­nach, a Pin-Lee i Arada wcią­gnęły Vole­scu do środka.

Zosta­wi­li­śmy na miej­scu dwa pakiety sprzętu tere­no­wego i parę instru­men­tów wciąż roz­sta­wio­nych na tra­wie tam, gdzie Bha­ra­dwaj i Vole­scu pra­co­wali przed zej­ściem do kra­teru po próbki. Zwy­kle pomó­gło­bym im je przy­nieść, ale sys­tem medyczny moni­to­ru­jący Bha­ra­dwaj przez resztki jej kom­bi­ne­zonu dojść jasno suge­ro­wał, że pusz­cze­nie jej byłoby złym pomy­słem. I nikt nie wspo­mniał o sprzę­cie. Porzu­ce­nie w sytu­acji awa­ryj­nej łatwo dają­cych się zastą­pić rze­czy wydaje się czymś oczy­wi­stym, ale bywa­łom na kon­trak­tach, gdzie klienci kaza­liby mi odło­żyć krwa­wią­cego czło­wieka, żeby przy­nieść rze­czy.

Na tym kontr­ak­cie to dok­tor Rat­thi zerwał się z miej­sca.

– Przy­niosę rze­czy! – krzyk­nął.

– Nie! – krzyk­nę­łom, czego nie nale­żało robić. Mam obo­wią­zek zawsze odzy­wać się do klien­tów z sza­cun­kiem, nawet gdy zamie­rzają przy­pad­kowo popeł­nić samo­bój­stwo. Sys­tem cen­tralny mógł to zare­je­stro­wać i akty­wo­wać karę przez moduł kon­tro­lera. Gdyby ten nie został zha­ko­wany.

Na szczę­ście pozo­stali ludzie rów­nież krzyk­nęli „Nie!”, a Pin-Lee dodała jesz­cze:

– Do cho­lery, Rat­thi!

– Och, fak­tycz­nie, nie ma czasu – odpo­wie­dział Rat­thi. – Prze­pra­szam! – I wdu­sił przy­cisk szyb­kiego zamy­ka­nia włazu.

Dzięki temu nie stra­ci­li­śmy rampy, gdy wro­gie stwo­rze­nie wyło­niło się tuż pod nią, z wielką pasz­czą pełną zębów, rzę­sek czy czego tam jesz­cze, prze­gry­za­ją­cych się pro­sto przez grunt. Z kamer skoczka był na nie świetny widok, rado­śnie prze­słany przez sys­tem pro­sto do stru­mieni danych wszyst­kich na pokła­dzie. Ludzie wrza­snęli.

Men­sah posłała nas w powie­trze tak szybko, że pra­wie się zgię­łom, a każdy, kto nie sie­dział na pod­ło­dze, natych­miast na niej wylą­do­wał.

W ciszy peł­nej wes­tchnień ulgi ode­zwała się Pin-Lee.

– Jeśli dasz się zabić, Rat­thi…

– To ni­gdy mi tego nie wyba­czysz, wiem. – Rat­thi tro­chę pod­su­nął się przy ścia­nie i mach­nął do niej słabo.

– To roz­kaz, Rat­thi, nie daj się zabić – rzu­ciła ze sta­no­wi­ska pilota Men­sah. Brzmiała spo­koj­nie, ale mam prio­ry­tet bez­pie­czeń­stwa i przez sys­tem medyczny widzia­łom, jak szybko bije jej serce.

Arada wycią­gnęła medyczny zestaw ratun­kowy, żeby zatrzy­mać krwa­wie­nie i spró­bo­wać usta­bi­li­zo­wać Bha­ra­dwaj. Sta­ra­łom się w mak­sy­mal­nym moż­li­wym stop­niu być tylko przed­mio­tem, zaci­ska­jąc rany na ich pole­ce­nia, uży­wa­jąc tem­pe­ra­tury mojego zawo­dzą­cego ciała do pod­grze­wa­nia jej oraz trzy­ma­jąc spusz­czoną głowę, żeby nie widzieć ich spoj­rzeń.

* * *

nie­za­wod­ność dzia­ła­nia 60% i spada

Nasza baza to dość stan­dar­dowy model: sie­dem połą­czo­nych wza­jem­nie kopuł usta­wio­nych na sto­sun­kowo pła­skiej rów­ni­nie nad doliną wąskiej rzeki, z pod­łą­czo­nymi z jed­nej strony sys­te­mami zasi­la­nia i recy­klingu. Mie­li­śmy sys­tem śro­do­wi­skowy, ale bez śluz powietrz­nych, ponie­waż atmos­fera pla­nety nada­wała się do oddy­cha­nia, tyle że nie była szcze­gól­nie przy­ja­zna dla ludzi na dłuż­szą metę. Powody nie były dla mnie jasne, bo ta wie­dza nie była ode mnie wyma­gana w ramach kon­traktu.

Wybra­li­śmy to miej­sce, bo znaj­do­wało się w samym środku bada­nego obszaru, a choć rów­ninę pora­stają roz­pro­szone drzewa się­ga­jące jakichś pięt­na­stu metrów, to są bar­dzo chude i two­rzą tylko poje­dyn­cze bal­da­chimy liści, więc gdyby coś się do nas zbli­żało, trudno byłoby mu się za nimi scho­wać. Oczy­wi­ście nie uwzględ­niało to zbli­ża­nia się przez tunel.

Dla bez­pie­czeń­stwa baza wypo­sa­żona jest w gro­dzie, ale sys­tem cen­tralny powie­dział mi, że w chwili lądo­wa­nia skoczka główna była już otwarta. Dok­tor Gura­thin cze­kał z rucho­mymi noszami i pod­pro­wa­dził je do nas. Overse i Arada zdo­łali usta­bi­li­zo­wać Bha­ra­dwaj, więc mogłom ją poło­żyć na noszach i pójść za pozo­sta­łymi do bazy.

Ludzie skie­ro­wali się do ambu­la­to­rium, a ja zatrzy­ma­łom się, aby wysłać skocz­kowi pole­ce­nie zamknię­cia się i zablo­ko­wa­nia, a potem zamknę­łom zewnętrzne drzwi. Korzy­sta­jąc z kanału ochrony, pole­ci­łom dro­nom roz­sze­rzyć pery­metr, żeby wcze­śniej dostać ostrze­że­nie, gdyby zbli­żało się do nas coś dużego. Dodat­kowo usta­wi­łom moni­tory przy czuj­ni­kach sej­smicz­nych do ostrze­że­nia mnie w razie zare­je­stro­wa­nia cze­goś nie­ty­po­wego, na wypa­dek gdyby to hipo­te­tyczne coś dużego zde­cy­do­wało się prze­ko­pać pod zie­mią.

Po zabez­pie­cze­niu habi­tatu wró­ci­łom do pomiesz­cze­nia nazy­wa­nego dyżurką ochrony, w któ­rym skła­do­wano broń, amu­ni­cję, alarmy czuj­ni­ków pery­me­tru, drony i całe pozo­stałe wypo­sa­że­nie mające zwią­zek z ochroną, włącz­nie ze mną. Pozby­łom się resz­tek pan­ce­rza i zgod­nie z zale­ce­niem sys­temu medycz­nego spry­ska­łom całą pokie­re­szo­waną stronę środ­kiem do zamy­ka­nia ran. Nie cie­kła ze mnie krew, bo moje tęt­nice i żyły zamy­kają się auto­ma­tycz­nie, ale nie był to ładny widok. A do tego bolało, choć zamknię­cie rany tro­chę osła­biło nasi­le­nie bólu. Za pośred­nic­twem sys­temu cen­tral­nego wpro­wa­dzi­łom już ośmio­go­dzinną blo­kadę bez­pie­czeń­stwa, więc nikt nie mógł wyjść na zewnątrz beze mnie, a potem wyłą­czy­łom się ze służby. Spraw­dzi­łom główny stru­mień, ale nikt nie zgło­sił żad­nych pro­te­stów.

Mar­z­łom, bo moja kon­trola tem­pe­ra­tury wysia­dła gdzieś w dro­dze do bazy, a ochronna powłoka noszona pod pan­ce­rzem została roz­darta na kawałki. Mia­łom kilka zapa­so­wych, ale zało­że­nie jej teraz na sie­bie nie byłoby ani prak­tyczne, ani łatwe. Jedy­nym innym posia­da­nym przeze mnie stro­jem był mun­dur, któ­rego jesz­cze nie zakła­da­łom, i teraz chyba nie uda­łoby mi się go zało­żyć. (Mun­dur nie był potrzebny, bo patrole wewnątrz bazy nie były wyma­gane. Nikt o to nie popro­sił, bo ponie­waż była ich tylko ósemka i wszy­scy się przy­jaź­nili, byłoby to głu­pim mar­no­wa­niem zaso­bów, czyli mnie). Pogrze­ba­łom jedną ręką w szafce, aż zna­la­złom dodat­kowy zestaw medyczny dla ludzi, któ­rego wolno mi uży­wać w sytu­acjach zagro­że­nia, otwar­łom go i wycią­gnę­łom koc ter­miczny. Po owi­nię­ciu się nim wczoł­ga­łom się na pla­sti­kową leżankę mojego boksu. Drzwi zamknęły się i zapa­liło się świa­tło.

Nie było tu wiele cie­plej, ale cho­ciaż przy­tul­niej. Pod­łą­czy­łom się do odpro­wa­dzeń uzu­peł­nia­nia zaso­bów i napraw, opar­łom o ścianę i zady­go­ta­łom. Sys­tem medyczny pomoc­nie zgło­sił, że moja nie­za­wod­ność dzia­ła­nia wynosi obec­nie pięć­dzie­siąt osiem pro­cent i spada, co nie dzi­wiło. Zde­cy­do­wa­nie mogłom się napra­wić w osiem godzin i praw­do­po­dob­nie zre­ge­ne­ro­wać więk­szość uszko­dzo­nych ele­men­tów bio­lo­gicz­nych, ale wąt­pliwe było, żebym przy pięć­dzie­się­ciu ośmiu pro­centach mogłom też prze­pro­wa­dzić jakąś ana­lizę. Zamiast tego usta­wi­łom stru­mień ochrony na ostrze­że­nie mnie, gdyby coś pró­bo­wało zjeść bazę, i zaczę­łom prze­glą­dać biblio­tekę mul­ti­me­diów pobra­nych ze stru­mie­nia roz­ryw­ko­wego. Bolało za mocno, żeby zwra­cać uwagę na cokol­wiek z fabułą, ale przy­ja­zne dźwięki mogły mi dotrzy­mać towa­rzy­stwa.

Wtedy ktoś zapu­kał do drzwi boksu.

Zaga­pi­łom się na nie i stra­ci­łom orien­ta­cję w sta­ran­nie upo­rząd­ko­wa­nych danych wej­ścio­wych.

– Uch, tak? – odpo­wie­dzia­łom jak coś głu­piego.

Dok­tor Men­sah otwo­rzyła drzwi i popa­trzyła na mnie. Nawet pomimo wszyst­kich oglą­da­nych pro­gra­mów roz­ryw­ko­wych nie mam wprawy w zga­dy­wa­niu rze­czy­wi­stego wieku ludzi. Ludzie w seria­lach zwy­kle nie wyglą­dają jak ludzie w praw­dzi­wym życiu, przy­naj­mniej nie w tych dobrych seria­lach. Miała ciem­no­brą­zową skórę i nieco jaśniej­sze, krótko przy­cięte brą­zowe włosy, ale chyba nie była bar­dzo młoda, bo ina­czej nie byłaby tu sze­fową.

– Jak się czu­jesz? – zapy­tała. – Widzia­łam twój raport o sta­nie.

– Uch. – Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nale­żało nie odpo­wia­dać i uda­wać, że jestem w uśpie­niu. Pod­cią­gną­łom koc na piersi z nadzieją, że nie zoba­czyła żad­nych bra­ku­ją­cych kawał­ków. Bez trzy­ma­ją­cego mnie w cało­ści pan­ce­rza wyglą­dało to dużo gorzej. – W porządku.

Tak, przy ludziach czuję się nie­zręcz­nie. Nie cho­dzi o para­noję doty­czącą zha­ko­wa­nego modułu kon­tro­lera ani o nich, takie po pro­stu jestem. Wiem, że jestem prze­ra­ża­ją­cym mord­bo­tem, i oni też to wie­dzą, przez co obie strony czują się ner­wowo, co jesz­cze nasila moją ner­wowość. Tym bar­dziej jeśli do tego nie jestem w pan­ce­rzu, bo jestem ranne i jedna z moich orga­nicz­nych czę­ści może w każ­dej chwili wypaść i pla­snąć na pod­łogę, czego prze­cież nikt nie chce oglą­dać.

– W porządku? – Zmarsz­czyła czoło. – Według raportu stra­ci­łaś dwa­dzie­ścia pro­cent masy ciała.

– Odro­śnie – odpar­łom. Wiem, że dla praw­dzi­wego czło­wieka zapewne wyglą­da­łom, jak­bym umie­rało. Moje rany były odpo­wied­ni­kiem utraty przez czło­wieka koń­czyny albo dwóch oraz więk­szo­ści krwi.

– Wiem, ale i tak.

Przy­glą­dała mi się dłuż­szą chwilę, tak długo, że pod­łą­czy­łom się do stru­mie­nia moni­to­ringu z kan­tyny, gdzie przy stole sie­dzieli i roz­ma­wiali człon­ko­wie grupy, któ­rzy nie odnie­śli obra­żeń. Oma­wiali moż­li­wość ist­nie­nia dodat­ko­wych gatun­ków pod­ziem­nej fauny i wyra­żali tęsk­notę za środ­kami odu­rza­ją­cymi. Wyda­wało się to cał­kiem typowe.

– Byłaś bar­dzo dobra z dok­tor Vole­scu – ode­zwała się znowu. – Nie sądzę, żeby pozo­stali zda­wali sobie sprawę… Byli pod bar­dzo dużym wra­że­niem.

– Uspo­ka­ja­nie ofiar to ele­ment instruk­cji medycz­nych doty­czą­cych postę­po­wa­nia w nagłych wypad­kach. – Cia­śniej pod­cią­gnę­łom koc, żeby nie zoba­czyła niczego okrop­nego. Czu­łom, że coś niżej ciek­nie.

– Tak, ale sys­tem medyczny prio­ry­te­ty­zo­wał Bha­ra­dwaj i nie kon­tro­lo­wał para­me­trów życio­wych Vole­scu. Nie wziął pod uwagę szoku wywo­ła­nego przez to zda­rze­nie i ocze­ki­wał, że będzie w sta­nie samo­dziel­nie opu­ścić tamto miej­sce.

– Czę­ścią mojej pracy jest nie­słu­cha­nie stru­mieni sys­temu, gdy… popeł­niają błędy – odpo­wie­dzia­łom. Dla­tego wła­śnie potrzebne są kon­strukty, jed­nostki ochro­niar­skie z ele­men­tami orga­nicz­nymi. Tylko że ona to wie­działa. Zanim przy­jęła dostawę ze mną, zare­je­stro­wała około dzie­się­ciu pro­te­stów, pró­bu­jąc wywi­nąć się z koniecz­no­ści posia­da­nia mnie. Nie mia­łom jej tego za złe. Ja też bym nie chciało sie­bie mieć.

Serio, nie wiem czemu nie powie­dzia­łom po pro­stu „pro­szę bar­dzo” i „pro­szę wyjść z mojego boksu, żebym mogło tu spo­koj­nie sie­dzieć i prze­cie­kać”.

– No dobrze – stwier­dziła i popa­trzyła na mnie przez, obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, 2,4 sekundy, choć subiek­tyw­nie trwało to około dwu­dzie­stu strasz­li­wych minut. – Zoba­czymy się za osiem godzin. Jeśli będziesz wcze­śniej cze­goś potrze­bo­wać, wyślij mi pro­szę powia­do­mie­nie w stru­mie­niu. – Wyszła i pozwo­liła drzwiom się zamknąć.

Zaczą­łom się przez to zasta­na­wiać, czym oni wszy­scy tak się przej­mo­wali, więc wywo­ła­łom nagra­nie zda­rze­nia. No dobra, rety. Mówi­łom do Vole­scu przez cały czas wycho­dze­nia z kra­teru. Głów­nie przej­mo­wa­łom się tra­jek­to­rią lotu skoczka, tym, żeby Bha­ra­dwaj się nie wykrwa­wiła, oraz co może wyło­nić się z tego kra­teru do dru­giej próby, więc w zasa­dzie się nie słu­cha­łom. Pyta­łom go, czy ma dzieci. To było zadzi­wia­jące. Może oglą­da­łom za dużo seriali. (Miał dzieci. Był w czte­ro­stron­nym mał­żeń­stwie i z part­ne­rami mieli łącz­nie sió­demkę).

Wszyst­kie moje para­me­try były teraz zbyt pod­nie­sione na odpo­czy­nek, więc uzna­łom, że rów­nie dobrze mogę to wyko­rzy­stać i obej­rzeć pozo­stałe nagra­nia. Wtedy tra­fi­łom na coś dziw­nego. Roz­kaz „prze­rwać” w stru­mie­niu dowo­dze­nia z sys­temu cen­tral­nego bazy, tego, który kon­tro­lo­wał, a przy­naj­mniej tak sądził, mój moduł kon­tro­lera. To musiała być jakaś usterka. To zresztą nie miało zna­cze­nia, bo gdy prio­ry­tet ma sys­tem medyczny…

nie­za­wod­ność dzia­ła­nia 39%

akty­wa­cja wstrzy­mana do sekwen­cji naprawy awa­ryj­nej

Rozdział drugi

Po obu­dze­niu byłom prze­waż­nie w cało­ści, a moja bie­żąca spraw­ność wyno­siła osiem­dzie­siąt pro­cent i rosła. Natych­miast skon­tro­lo­wa­łom wszyst­kie stru­mie­nie na wypa­dek, gdyby ludzie chcieli wyjść, ale Men­sah prze­dłu­żyła blo­kadę bez­pie­czeń­stwa bazy o dodat­kowe cztery godziny. Ulżyło mi, bo dzięki temu będę miało czas na dotar­cie do zakresu dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu pro­cent. Była jed­nak też infor­ma­cja, żeby się do niej zgło­sić. Tego jesz­cze nie było. Może po pro­stu chciała omó­wić pakiet infor­ma­cji o zagro­że­niu i spró­bo­wać dowie­dzieć się, czemu nie zawie­rał ostrze­że­nia o wro­gich stwo­rze­niach pod zie­mią. Mnie też to zasta­na­wiało.

Ich grupa nazy­wała się Pie­lę­gna­cja Pomoc­ni­cza i wyku­piła opcję eks­plo­ata­cji zaso­bów tej pla­nety, zaś lot badaw­czy miał spraw­dzić, czy warto było licy­to­wać pełny udział. Wie­dza o znaj­du­ją­cych się na pla­ne­cie rze­czach, które mogły ich zjeść pod­czas prób robie­nia tego, co chcieli tu robić, była w sumie dość istotna.

Nie­zbyt mnie inte­re­suje, kim są moi klienci ani co pró­bują osią­gnąć. Wie­dzia­łom, że grupa pocho­dzi z auto­no­micz­nej pla­nety, ale nie chciało mi się spraw­dzać szcze­gó­łów. Bycie auto­no­miczną ozna­czało, że została pod­dana ter­ra­for­ma­cji i sko­lo­ni­zo­wana, ale nie była powią­zana z żadną kon­fe­de­ra­cją kor­po­ra­cyjną. Zasad­ni­czo auto­no­miczna gene­ral­nie było syno­ni­mem gów­niana, więc nie spo­dzie­wa­łom się po nich wiele, ale zdu­mie­wa­jąco łatwo się z nimi pra­co­wało.

Usu­nę­łom z nowej skóry resztki pły­nów, a potem wydo­sta­łom się z boksu. Dopiero wtedy zorien­to­wa­łom się, że nie mam na sobie pan­ce­rza, któ­rego czę­ści leżą poroz­rzu­cane po całej pod­ło­dze, pokryte moimi pły­nami i krwią Bha­ra­dwaj. Nic dziw­nego, że Men­sah zaj­rzała do boksu: zapewne spo­dzie­wała się zoba­czyć tam mojego trupa. Zebra­łom wszystko do otworu sys­temu napraw­czego.

Mia­łom zestaw zapa­sowy, ale wciąż był zapa­ko­wany do trans­portu, a jego wyję­cie, prze­pro­wa­dze­nie dia­gno­styki i dopa­so­wa­nia zaję­łoby sporo czasu. Zawa­ha­łom się nad mun­du­rem, ale stru­mień ochrony musiał powia­do­mić Men­sah o moim obu­dze­niu, więc mia­łom obo­wią­zek się do niej zgło­sić.

Mun­dur oparto na stan­dar­do­wych stro­jach grup badaw­czych i miał pozwa­lać na wygodne nosze­nie wewnątrz bazy: szare spodnie z dzia­niny, T-shirt z dłu­gimi ręka­wami i bluza, jak odzież noszona do ćwi­czeń przez ludzi i wspo­ma­ga­nych ludzi, a do tego mięk­kie buty. Zało­ży­łom wszystko na sie­bie, prze­cią­ga­jąc rękawy nad gniaz­dami broni na przed­ra­mio­nach, i wyszłom do bazy.

Po przej­ściu dwóch wewnętrz­nych gro­dzi dotar­łom do czę­ści zało­go­wej, gdzie sie­dzieli w głów­nej kopule, zgro­ma­dzeni przy kon­soli, wpa­tru­jąc się w jedną z zawie­szo­nych powierzchni pro­jek­cyj­nych. Byli tam wszy­scy poza wciąż leżącą w ambu­la­to­rium Bha­ra­dwaj oraz sie­dzą­cego tam przy niej Vole­scu. Na nie­któ­rych kon­so­lach stały puste kubki i opa­ko­wa­nia po jedze­niu. Nie sprzą­tam takich rze­czy, jeśli nie dostanę bez­po­śred­niego pole­ce­nia.

Men­sah była zajęta, więc sta­nę­łom, cze­ka­jąc.

Rat­thi zer­k­nął w moją stronę, a potem obró­cił się ku mnie wyraź­nie wstrzą­śnięty. Nie mia­łom poję­cia, jak zare­ago­wać. Dla­tego wła­śnie wolę nosić pan­cerz nawet wewnątrz bazy, gdzie jest nie­po­trzebny i może wręcz prze­szka­dzać. Klienci zwy­kle wolą uda­wać, że jestem robo­tem, co jest dużo łatwiej­sze, gdy mam na sobie pan­cerz. Wbi­łom wzrok w pustkę i uda­wa­łom, że prze­pro­wa­dzam dia­gno­stykę czy coś takiego.

– Kto to? – zapy­tał wyraź­nie poru­szony Rat­thi.

Wszy­scy obró­cili się w moją stronę. Wszy­scy poza Men­sah, która sie­działa przy kon­soli z inter­fej­sem przy­ci­śnię­tym do czoła. Było jasne, że nawet po zoba­cze­niu mojej twa­rzy na nagra­niu z kamery Vole­scu nie roz­po­znali mnie bez hełmu. Musia­łom więc w końcu na nich popa­trzeć i odpo­wie­dzieć.

– Jestem waszą jed­nostką ochro­niar­ską.

Wszy­scy wyglą­dali na zasko­czo­nych i skrę­po­wa­nych. Pra­wie rów­nie skrę­po­wa­nych jak ja. Poża­ło­wa­łom, że nie wycią­gnę­łom zapa­so­wego pan­ce­rza.

Część pro­blemu brała się stąd, że wcale mnie tu nie chcieli. Nie tu w ich bazie, ale tu na pla­ne­cie. Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych wymaga tego firma porę­cze­niowa, poza pobie­ra­niem od klien­tów wyż­szej marży, jest fakt, że przez cały czas nagry­wam wszyst­kie ich roz­mowy, choć nie moni­to­ruję niczego, co nie jest nie­zbędne do wyko­ny­wa­nia naj­bar­dziej ele­men­tar­nej wer­sji mojej pracy. Jed­nak firma uzy­ska dostęp do tych wszyst­kich nagrań i wydo­bę­dzie z nich wszystko, co zdoła sprze­dać. Nie, nie mówią o tym ludziom. Tak, wszy­scy to robią. Nie, nic nie można z tym zro­bić.

Po subiek­tyw­nej pół­go­dzi­nie i obiek­tyw­nych 3,4 sekundy dok­tor Men­sah odwró­ciła się, zoba­czyła mnie i opu­ściła inter­fejs.

– Spraw­dza­li­śmy raport doty­czący zagro­żeń dla tego rejonu i pró­bo­wa­li­śmy odkryć, czemu to coś nie było wymie­nione na liście nie­bez­piecz­nej fauny – ode­zwała się. – Pin-Lee uważa, że dane zostały zmo­dy­fi­ko­wane. Czy możesz dla nas zba­dać ten raport?

– Tak, dok­tor Men­sah. – Mogłom to zro­bić ze swo­jego boksu, co oszczę­dzi­łoby wszyst­kim nie­zręcz­no­ści. W każ­dym razie prze­chwy­ci­łom oglą­dany przez nią stru­mień z sys­temu cen­tral­nego i zaczę­łom spraw­dzać raport.

Był zasad­ni­czo długą listą ostrze­żeń oraz infor­ma­cji na temat pla­nety, w szcze­gól­no­ści obszaru, na któ­rym znaj­do­wała się nasza baza, z naci­skiem na pogodę, teren, florę, faunę, jakość powie­trza, pokłady mine­ra­łów, moż­liwe zagro­że­nia zwią­zane z powyż­szymi, z odsy­ła­czami do dodat­ko­wych rapor­tów zawie­ra­ją­cych wię­cej szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji. Dok­tor Gura­thin, ten naj­mniej gada­tliwy, był wspo­ma­ga­nym czło­wie­kiem i miał wła­sny wsz­cze­piony inter­fejs. Czu­łom, jak grze­bie w danych, pod­czas gdy pozo­stali, korzy­sta­ją­cych z inter­fejsów doty­ko­wych, byli tylko odle­głymi duchami. Dys­po­no­wa­łom jed­nak dużo więk­szą mocą prze­twa­rza­nia od niego.

Myśla­łom, że wyka­zują para­noję, bo nawet z inter­fej­sem trzeba prze­czy­tać słowa raportu, naj­le­piej wszyst­kie, a nie­wspo­ma­gani ludzie cza­sami tego nie potra­fią. Cza­sami nie robią tego rów­nież wspo­ma­gani. Jed­nak spraw­dza­jąc sek­cję ostrze­żeń ogól­nych, zauwa­ży­łom coś dziw­nego w for­ma­to­wa­niu. Szyb­kie porów­na­nie z innymi czę­ściami raportu wyka­zało, że ow­szem, coś zostało usu­nięte i zerwano odsy­łacz do raportu dodat­ko­wego.

– Macie rację – oświad­czy­łom, wciąż prze­glą­da­jąc bazy danych w poszu­ki­wa­niu bra­ku­ją­cego kawałka. Nie zna­la­złom go, to nie był tylko uszko­dzony odsy­łacz, ktoś celowo usu­nął szcze­gó­łowy raport. W tego typu pakie­cie bada­nia pla­nety powinno to być nie­moż­liwe, ale zapewne wcale jed­nak takie nie było. – Coś zostało usu­nięte z ostrze­żeń oraz sek­cji doty­czą­cej fauny.

Ogólna reak­cja suge­ro­wała sporo zło­ści. Pin-Lee i Overse dość gło­śno wyra­żały swoje emo­cje, a Rat­thi dra­ma­tycz­nie wyrzu­cił ręce w powie­trze. Jed­nak, jak już wspo­mnia­łom, byli dość zaprzy­jaź­nieni ze sobą i wyka­zy­wali dużo więk­sze opa­no­wa­nie niż mój ostatni zestaw zobo­wią­zań kon­trak­to­wych. I wła­śnie dla­tego, jeśli zmu­si­łom się do przy­zna­nia tego, ten kon­trakt wła­ści­wie spra­wiał mi przy­jem­ność, aż do chwili, gdy coś pró­bo­wało zjeść mnie i Bha­ra­dwaj.

Sys­tem moni­to­ringu nagrywa stale, nawet wnę­trza sypialni, więc wszystko widzę. Dla­tego łatwiej jest uda­wać, że jestem robo­tem. Overse i Arada były parą, ale sądząc po spo­so­bie zacho­wa­nia, były nią od zawsze, a do tego bli­sko przy­jaź­niły się z Rat­thim. Rat­thi odczu­wał coś nie­odwza­jem­nio­nego do Pin-Lee, ale nie zacho­wy­wał się przez to głu­pio. Pin-Lee czę­sto była ziry­to­wana i pod nie­obec­ność innych rzu­cała rze­czami, ale nie cho­dziło o Rat­thiego. Mia­łom wra­że­nie, że cią­gła obser­wa­cja przez firmę dotyka ją moc­niej niż pozo­sta­łych. Vole­scu podzi­wiał Men­sah do takiego stop­nia, że mógł być w niej zako­chany. Pin-Lee też, ale flir­to­wała cza­sami z Bha­ra­dwaj w wyprak­ty­ko­wany spo­sób suge­ru­jący, że trwa to już od bar­dzo dawna. Gura­thin był jedy­nym samot­ni­kiem, ale wyda­wał się lubić towa­rzy­stwo pozo­sta­łych. Uśmie­chał się lekko i nie­na­chal­nie, a pozo­stali zda­wali się żywić do niego sym­pa­tię.

W ich gru­pie nie było dużo stresu, nie kłó­cili się wiele ani nie draż­nili się wza­jem­nie dla roz­rywki, więc prze­by­wa­nie przy nich było dość nie­wy­ma­ga­jące, o ile tylko nie pró­bo­wali ze mną roz­ma­wiać czy pro­wa­dzić jakichś innych inte­rak­cji.

– Czyli nie mamy żad­nego spo­sobu na spraw­dze­nie, czy to stwo­rze­nie było czymś wyjąt­ko­wym, czy też takie żyją na dnie tych wszyst­kich kra­te­rów? – zapy­tał Rat­thi w trak­cie rucho­wego wyra­ża­nia swej fru­stra­cji.

– Wiesz, założę się, że tak jest – odpo­wie­działa spe­cja­li­zu­jąca się w bio­lo­gii Arada. – Jeśli te duże ptaki, które widzie­li­śmy na ska­nach, czę­sto lądują na tam­tych barie­ro­wych wyspach, to te stwo­rze­nia mogą na nie polo­wać.

– To by tłu­ma­czyło, co tam robią te kra­tery – w zamy­śle­niu sko­men­to­wała Men­sah. – Oraz wyja­śnia to przy­naj­mniej jedną ano­ma­lię.

– Ale kto usu­nął dodat­kowy raport? – zapy­tała Pin-Lee, co ja także uwa­ża­łom za dużo waż­niej­sze pyta­nie. Obró­ciła się do mnie jed­nym z tych gwał­tow­nych ruchów, na które nauczy­łom się już nie reago­wać. – Czy sys­tem cen­tralny mógł zostać zha­ko­wany?

Nie mia­łom poję­cia, czy da się to zro­bić z zewnątrz. Z inter­fej­sami wbu­do­wa­nymi w moje ciało od środka było to łatwe. Zha­ko­wa­łom go nie­zwłocz­nie po akty­wo­wa­niu, gdy jesz­cze wzno­si­li­śmy bazę. Musia­łom, bo gdyby moni­to­ro­wał moduł kon­tro­lera i mój stru­mień tak jak powi­nien, mogłoby to pro­wa­dzić do mnó­stwa nie­zręcz­nych pytań i roze­bra­nia mnie na czę­ści.

– Na ile wiem, to moż­liwe – odpar­łom. – Ale dużo bar­dziej praw­do­po­dobne, że raport został uszko­dzony, zanim otrzy­ma­li­ście pakiet badaw­czy.

Naj­tań­szy ofe­rent. W tym można mi zaufać.

Roz­le­gły się jęki i narze­ka­nia na koniecz­ność pła­ce­nia wyso­kich kwot za gów­niany sprzęt. (Nie biorę tego do sie­bie).

– Gura­thin, może z Pin-Lee zdo­ła­cie odkryć, co się stało – zasu­ge­ro­wała Men­sah. Więk­szość moich klien­tów zna się tylko na swo­ich spe­cja­li­za­cjach, a zwy­kle nie ma powodu wysy­ła­nia na wyprawę badaw­czą spe­cja­li­sty od sys­te­mów. Firma dostar­cza wszyst­kich sys­te­mów i wypo­sa­że­nia (takiego jak sprzęt medyczny, drony, ja itp.) i zaj­muje się utrzy­ma­niem tego w ramach cało­ścio­wego pakietu zaku­pio­nego przez klienta. Pin-Lee wyda­wała się uzdol­nioną ama­torką w inter­pre­ta­cji sys­te­mów, a Gura­thin miał do dys­po­zy­cji swój wewnętrzny inter­fejs. – A na razie – dodała Men­sah – czy grupa Delt­Fall ma taki sam pakiet badaw­czy jak my?

Spraw­dzi­łom. Sys­tem cen­tralny uwa­żał to za praw­do­po­dobne, ale wie­dzie­li­śmy już, ile jest warta jego opi­nia.

– Praw­do­po­dob­nie – odpo­wie­dzia­łom. Delt­Fall była drugą grupą pro­wa­dzącą bada­nia, taką jak nasza, tylko że znaj­do­wała się na kon­ty­nen­cie po dru­giej stro­nie pla­nety. Byli też dużo więk­szym zespo­łem i zostali przy­wie­zieni przez inny sta­tek, więc ludzie nie spo­tkali się oso­bi­ście, choć cza­sami zda­rzało im się roz­ma­wiać przez sieć. Nie byli ele­men­tem mojego kon­traktu i mieli wła­sne jed­nostki ochro­niar­skie, stan­dar­dowo jedną na dzie­się­ciu klien­tów. Powin­ni­śmy móc się kon­tak­to­wać w sytu­acjach awa­ryj­nych, ale prze­by­wa­nie po prze­ciw­le­głych stro­nach pla­nety w natu­ralny spo­sób to ogra­ni­czało.

Men­sah odchy­liła się na opar­cie krze­sła i splo­tła palce.

– No dobrze, zro­bimy tak. Chcę, żeby każde z was spraw­dziło poszcze­gólne sek­cje pakietu badań pod kątem swo­ich spe­cja­li­za­cji. Spró­buj­cie zoba­czyć, czy nie bra­kuje tam jesz­cze jakichś infor­ma­cji. Kiedy będziemy mieć czę­ściową listę, skon­tak­tuję się z Delt­Fall i zoba­czę, czy będą mogli nam wysłać pliki.

To brzmiało jak świetny plan, bo nie wyma­gało niczego ode mnie.

– Czy będzie mnie pani jesz­cze do cze­goś potrze­bo­wać, dok­tor Men­sah? – zapy­ta­łom.

Obró­ciła się do mnie.

– Nie, zadzwo­nię, jeśli będę mieć jakieś pyta­nia. – Zda­rzało mi się pra­co­wać na kon­trak­tach, gdzie kaza­liby mi tam stać przez cały cykl dnia i nocy, na wypa­dek gdyby ode mnie cze­goś chcieli i uży­cie stru­mie­nia do wezwa­nia mnie wyma­ga­łoby za dużo wysiłku. – Wiesz, możesz zostać tu, w czę­ści zało­go­wej, jeśli tylko masz ochotę. Chcia­ła­byś tego?

Wszy­scy na mnie popa­trzyli, więk­szość z uśmie­chem. Jedną z wad nosze­nia pan­ce­rza jest fakt, że przy­zwy­cza­iłom się do nie­przej­rzy­stego z zewnątrz wizjera. Nie mam wprawy w kon­tro­lo­wa­niu wyrazu twa­rzy, który w tej chwili musiał ema­no­wać oszo­ło­mio­nym prze­ra­że­niem, a może prze­ra­że­niem wymie­sza­nym z grozą.

Men­sah wypro­sto­wała się poru­szona.

– Albo nie, wiesz, co wolisz – rzu­ciła pośpiesz­nie.

– Muszę spraw­dzić pery­metr – oznaj­mi­łom, a potem udało mi się wyko­nać zwrot i opu­ścić część zało­gową w zupeł­nie nor­malny spo­sób, a nie jak­bym ucie­kało przed bandą strasz­nych wro­gów.

* * *

W bez­pie­czeń­stwie zapew­nia­nym przez dyżurkę ochrony opar­łom głowę o pokrytą pla­sti­kiem ścianę. Teraz wie­dzieli już, że ich mord­bot nie chce prze­by­wać przy nich ani tro­chę bar­dziej niż oni z nim. Odda­łom mały kawa­łek sie­bie.

Tak być nie może. Mam zbyt wiele do ukry­cia, a zdra­dze­nie jed­nego ele­mentu ozna­cza, że reszta nie jest chro­niona.

Ode­pchnę­łom się od ściany i posta­no­wi­łom tro­chę popra­co­wać. Bra­ku­jący raport wzbu­dził moją czuj­ność. Nie żeby nie było żad­nych wytycz­nych na takie sytu­acje. Moje moduły edu­ka­cyjne były tanim badzie­wiem i więk­szość przy­dat­nej wie­dzy na temat ochrony zdo­by­łom z pro­gra­mów edu­ka­cyjno-roz­ryw­ko­wych na kana­łach roz­ryw­ko­wych. (To kolejny powód, dla któ­rego muszą wyma­gać od grup badaw­czych oraz firm bio­lo­gicz­nych i tech­no­lo­gicz­nych wynaj­mo­wa­nia jed­nego z nas pod groźbą braku porę­cze­nia: jeste­śmy bar­dzo tani i kiep­scy. Nikt nie wyna­jąłby nas do celów innych niż mor­do­wa­nie, gdyby nie musiał).

Po zało­że­niu na sie­bie zapa­so­wego try­kotu i pan­ce­rza obe­szłom pery­metr i porów­na­łom bie­żące odczyty terenu i skany sej­smiczne z zare­je­stro­wa­nymi zaraz po przy­lo­cie. W stru­mie­niu było parę nota­tek od Rat­thi i Arady na temat tego, że zwie­rzęta podobne do tych, które nazy­wa­li­śmy teraz Wro­giem Jeden, mogły wyge­ne­ro­wać wszyst­kie nie­ty­powe kra­tery w bada­nym obsza­rze. Jed­nak wokół bazy nic się nie zmie­niło.

Spraw­dzi­łom też, żeby się upew­nić, że zarówno duży, jak i mały sko­czek mają pełny stan wypo­sa­że­nia awa­ryj­nego. Samo je tam pako­wa­łom kilka dni temu, ale spraw­dza­łom, głów­nie żeby mieć pew­ność, że od czasu ostat­niej kon­troli ludzie nie zro­bili z nimi niczego głu­piego.

Zro­bi­łom wszystko, co przy­cho­dziło mi do głowy, aż w końcu pozwo­li­łom sobie przejść w tryb spo­czynku i nad­ro­bić seriale. Obje­rza­łom trzy odcinki Księ­ży­co­wej ostoi i prze­wi­ja­łom scenę seksu, gdy dok­tor Men­sah prze­słała mi przez stru­mień parę cie­ka­wych zdjęć. (Nie mam żad­nych czę­ści zwią­za­nych z płcią ani sek­sem – jeśli kon­strukt je posiada, to jest seks­bo­tem w bur­delu, nie mord­bo­tem – więc może dla­tego sceny seksu mnie nudzą. Choć chyba byłyby nudne nawet, gdy­bym miało czę­ści zwią­zane z sek­sem). Spoj­rza­łom na zdję­cia w wia­do­mo­ści Men­sah, a potem zapi­sa­łom miej­sce w serialu.

Muszę się do cze­goś przy­znać: tak naprawdę nie wiem, gdzie jeste­śmy. W pakie­cie badaw­czym mamy, a przy­naj­mniej powin­ni­śmy mieć, pełną mapę sate­li­tarną pla­nety. Na tej pod­sta­wie ludzie podej­mują decy­zje doty­czące wyboru miej­sca badań i ocen. Jesz­cze nie oglą­da­łom tych map i led­wie zer­k­nę­łom na pakiet badaw­czy. Na swoją obronę mam fakt, że byli­śmy tu dwa­dzie­ścia lokal­nych dni i nie mia­łom do robie­nia niczego poza sta­niem i przy­glą­da­niem się, jak ludzie prze­pro­wa­dzają skany albo pobie­rają próbki ziemi, skał, wody i liści. Nic mnie nie goniło. Na doda­tek, jak mogli­ście zauwa­żyć, nie obcho­dzi mnie to.

Tak więc nowo­ścią był dla mnie fakt, że na naszej mapie bra­ko­wało sze­ściu frag­men­tów. Pin-Lee i Gura­thin odkryli te nie­zgod­no­ści, a Men­sah chciała wie­dzieć, czy moim zda­niem to wynik taniego i peł­nego błę­dów pakietu badaw­czego, czy też kolejny efekt hako­wa­nia. Doce­nia­łom fakt, że poro­zu­mie­wa­li­śmy się przez stru­mień i nie zmu­szała mnie do mówie­nia do niej przez komu­ni­ka­tor. Doce­ni­łom to tak bar­dzo, że wyra­zi­łom swą praw­dziwą opi­nię, że to praw­do­po­dob­nie sku­tek taniego, gów­nia­nego pakietu badaw­czego, ale jedy­nym spo­so­bem na upew­nie­nie się byłoby wybra­nie się w celu obej­rze­nia bra­ku­ją­cych frag­men­tów i spraw­dze­nie, czy jest tam coś poza nudną pla­netą. Nie uję­łom tego dokład­nie w ten spo­sób, ale o to mi cho­dziło.

Wyco­fała się po tym ze stru­mie­nia, ale zacho­wa­łom czuj­ność, bo wie­dzia­łom, że zwy­kle szybko podej­muje decy­zje i jeśli zacznę z powro­tem oglą­dać serial, znowu mi prze­rwie. Z dru­giej strony spraw­dzi­łom widok z kamery moni­to­ringu bazy, żeby posłu­chać ich roz­mowy. Wszy­scy chcieli lecieć spraw­dzić i nie mogli się tylko zgo­dzić, czy robić to od razu, czy pocze­kać. Dopiero co odbyli roz­mowę z Delt­Fall na dru­gim kon­ty­nen­cie, któ­rzy zgo­dzili się wysłać kopie bra­ku­ją­cych pli­ków pakietu badaw­czego. Niektó­rzy klienci chcieli naj­pierw prze­ko­nać się, czego jesz­cze bra­kuje, a pozo­stali chcieli lecieć od razu i bla, bla, bla.

Wie­dzia­łom, jak się to skoń­czy.

To nie był długi lot, nie­wiele poza zasięg już prze­pro­wa­dza­nych przez nich badań i ocen, choć brak wie­dzy na temat miej­sca doce­lo­wego zde­cy­do­wa­nie sta­no­wił czer­wony sygnał dla ochrony. W inte­li­gent­nym świe­cie powin­nom pole­cieć samo, ale z modu­łem kon­tro­lera musia­łom przez cały czas pozo­sta­wać nie dalej niż sto metrów od przy­naj­mniej jed­nego klienta, bo ina­czej by mnie usma­żył. Wie­dzieli o tym, więc zgło­sze­nie się na ochot­nika na samotny lot przez pół kon­ty­nentu mogłoby akty­wo­wać kilka alar­mów.

Kiedy więc Men­sah ponow­nie otwo­rzyła stru­mień, by poin­for­mo­wać mnie o gru­po­wym wylo­cie, powie­dza­łom jej, że zgod­nie z pro­ce­du­rami bez­pie­czeń­stwa ja też powin­nom lecieć.

Rozdział trzeci

Przy­go­to­wa­li­śmy się do wylotu z począt­kiem cyklu dnia, w poran­nym świe­tle, a wedle sate­li­tar­nego raportu pogo­do­wego powi­nien to być dobry dzień na lata­nie i ska­no­wa­nie. Spraw­dzi­łom sys­tem medyczny i prze­ko­na­łom się, że Bha­ra­dwaj jest przy­tomna i mówi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki