Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy bunt i protest mają jeszcze sens w kraju, gdzie polityka zamienia się w grę pozorów?
Grzegorz Żygadło przez dziesięć lat obserwował, jak polska polityka zamienia się w teatr absurdu, w którym rzeczywiste problemy społeczne giną pod naporem medialnego hałasu i partykularnych interesów. Wciągając czytelnika za kulisy kampanii wyborczych i partyjnych konfliktów, Pamiętniki chaosu ukazują brutalną rzeczywistość walki o władzę, propagandowych manipulacji oraz politycznych gier, rozgrywanych kosztem zwykłych obywateli.
Ta przenikliwa diagnoza stanu państwa to nie tylko opowieść o straconych złudzeniach, ale także o sile świadomości społecznej i roli, jaką każdy z nas może odegrać w kształtowaniu lepszej rzeczywistości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 91
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ilustracja na okładce: Katarzyna Rzędzian
Projekt okładki: EJ Design
Projekt graficzny środka, skład: EJ Design
Redakcja: Julia Zając
Korekta: Ewa Turek
Przygotowanie wersji elektronicznej: Epubeum
Copyright © by Grzegorz Żygadło 2025
Copyright © by Pan Wydawca 2025
ISBN 978-83-68239-59-1
wydanie 1
Gdańsk 2025
Pan Wydawca sp. z o. o.
ul. Wały Piastowskie 1/1508
80-855 Gdańsk
PanWydawca.pl
Codziennie przyjmujesz dawkę medialnych informacji, które mają rozbudzić twoje emocje, abyś zajął właściwe miejsce w swoich poglądach, utwierdził się w nich lub porzucił debatę, bo nie widzisz sensu trwania w jakimś środowisku. Dziś zastanawiasz się, kogo wybrać na prezydenta, a jeszcze wczoraj wierzyłeś w piękne idee którejś z partii politycznych. Dziesięć lat temu zrobiłem pierwszy krok, który teraz pozwoli mi opowiedzieć ci o moich obserwacjach sceny politycznej i spróbować wyjaśnić problem pogarszającej się stopy życiowej Polaków. Na własnej skórze przeżyłem procesy polityczne, które zachodzą zarówno na szczeblu lokalnym, jak i w polityce ogólnokrajowej.
Ludzie mający faktyczny wpływ są gotowi zrobić wszystko, aby utrzymać władzę dla władzy. Czerpią z niej ogromne profity, a są całkowicie nieporadni wobec prawdziwych wyzwań, takich jak inwestycje profilaktyczne, które mogłyby ochronić mieszkańców naszego kraju w takich przypadkach jak wtedy, gdy powódź zmiotła infrastrukturę ziemi dolnośląskiej i opolskiej. A ludzie dalej liczą na formę pomocy, choć próżno szukać na nią miejsca w rekordowo zadłużonym budżecie. Potrzebne było aż 19 lat, aby zbudować zbiornik chroniący Wrocław przed Odrą, a cała reszta koniecznych zabezpieczeń została zaniedbana. Protesty mieszkańców są wykorzystywane jedynie do gry politycznej, do skłonienia ich, aby podjęli słuszną decyzję w dniu wyborów.
Czy protest ma jeszcze jakieś znaczenie wobec tego przeładowania nas informacjami? Dla większości było oburzające, kiedy jeden rząd rozpędził górników, a następny z workiem obietnic wykonywał ten sam plan zamykania kopalń, podyktowany polityką Unii Europejskiej. Wszystko to jednak odbyło się poprzez korupcję, bez ingerencji siłowej, bo związki zawodowe zrozumiały, że nie warto walczyć o przegrane sprawy. Czasem zaś milczący głos staje się krzykiem pobudzającym opinię publiczną – i tak zaczęto w końcu poruszać kwestię Wołynia, a w debacie pandemicznej wykonano krok w stronę wycofywania się z restrykcji covidowych. Protesty czasem potrafią całkowicie zmieniać rzeczywistość, w której żyjemy – śmierć jednego czarnoskórego Amerykanina zaprowadziła Donalda Trumpa do schronu, a w Białym Domu zawitał Człowiek Bizon. Bunty zaś przeważnie kończą się nieszczerymi ugodami, a następnie usunięciem ze struktur danej organizacji. Może mieć to formę brutalną, na przykład w postaci katastrofy lotniczej, jak ta, w której zginął Jewgienij Prigożyn, czy zupełnie łagodny i powolny przebieg, jak marginalizacja Antoniego Macierewicza, odsunięcie go z rządu, a następnie z władz partii. Nie wszystko zawsze podporządkowane jest decyzjom osób sprawujących faktyczną władzę, a czasem w ogóle nie da się rozwiązać konfliktu, który jątrzy się w wirze wzajemnych ciosów i oskarżeń. Nie oznacza to, że każda forma protestu jest z góry skazana na porażkę. Społeczeństwo jest w stanie kształtować dobre rozwiązania, jeśli tylko dostrzega wspólnotę interesów. Symbolem udanego buntu jest Karpacz, gdzie zjednoczyły się wszystkie grupy społeczne, wywierając wpływ na rząd. Dziś odbywa się tam forum ekonomiczne, podczas którego dyskutuje się o sprawach wszystkich Polaków.
Koronawirus tylko pobudził polityków do wymyślania kolejnych absurdalnych reguł. Dawało im to satysfakcję z manipulowania masą, kiedy oni sami przyznawali sobie kolejne granty w ramach różnych form korupcji politycznej. Organizacja wyborów była tylko podkreśleniem groteskowego podejścia do prawa i pieniędzy obywateli.
Twoja uwaga skupiona jest na tym, co powie dziś dany polityk i jak bardzo dowali tej drugiej stronie, a tak naprawdę gra toczy się o grube miliony przyznawane w formie dotacji dla partii. Grupy walczą o miejsca na listach tylko po to, aby jakiś „wybraniec narodu” mógł spłacić kredyt lub dostać życiową szansę na pracę w spółce Skarbu Państwa. Bój ten dotyczy wszystkiego – od zdobycia stanowiska europosła po zbudowanie koalicji, by w toku negocjacji upychać swoich ludzi w zarządach państwowych firm.
Koalicjanci zawsze kończą tak samo – kiedy już zbiorą przeróżne frukta, zostają rozbrojeni przez większego gracza, który wystawia ich na kompromitację. Spadające poparcie tylko utwierdza ich w trwaniu we współpracy z partią władzy. Nie mają znaczenia bunty, bo i tak zostaną zatuszowane pieniędzmi i zdradami pomniejszych polityków. Zwłaszcza kiedy okaże się, że małe wybory samorządowe w Rzeszowie są odzwierciedleniem przyszłych wydarzeń w kraju.
Każda kolejna nowość na scenie politycznej porywa tłumy, za każdym razem niosąc nadzieję dla jakiejś grupy elektoratu. Gdy jednak przychodzi do zmierzenia się z realiami, członkowie takiego ugrupowania muszą zdecydować, czy zechcą wejść w sojusz, który ich zniszczy w zamian za ułudę sprawczości – bycie przez chwilę języczkiem u wagi. Duża partia, z którą negocjują, już wtedy działa cierpliwie i metodycznie, aby w niedalekiej przyszłości ośmieszyć swojego drobnego problematycznego sprzymierzeńca.
Kryzysy tylko obnażają brutalną prawdę globalnej polityki, która oparta jest na interesach i zasobach. Nie ma znaczenia, czy rządzi akurat Tusk czy Kaczyński, bo przyjmą oni tę samą rolę, aby zachować władzę. Takie kraje jak Polska są jedynie strefą wpływów mocarstw, które dysponują surowcami niezbędnymi do zachowania stabilności.
Prawdziwą potęgę zaś reprezentują korporacje, które potrafią wyciągnąć nawet Donalda Trumpa z tak kłopotliwych sytuacji, jak blokada medialna i zarzuty prokuratorskie, a tym samym przekonać Amerykanów, by ponownie wybrali go na prezydenta. Wielkie biznesy są gotowe na wprowadzenie szeregu regulacji, aby tylko wydrenować jeszcze więcej zysków. Nie mają problemu z wykupem kilkudziesięciu hektarów, by po kilku latach zwolnić setki ludzi i przenieść interes do innego kraju. Ty tymczasem przez pół życia marzysz o zakupie działeczki na wsi i bez zastanowienia dopasowujesz się do ich procesów, będąc jedynie zasobem ludzkim.
Ciągle pompowani emocjami zapominamy o przestrzeganiu norm, wylewamy swoją frustrację na otoczenie, odurzamy się coraz nowszymi dawkami wrażeń, a politycy wykorzystują to do prowokowania nas. Nasze emocje są monetyzowane przez wszystkich i w każdej możliwej formie – tylko po to, aby utrzymać ten stan rzeczy i korzystać finansowo. Zarabiający w ten sposób sami są zresztą tylko narzędziami w rękach potężniejszych interesów.
Świata nie zmienimy, lecz możemy szanować się nawzajem. Nie mamy przecież powodów do kompleksów. Kiedy odpowiadamy za siebie i swoich bliskich, to my decydujemy, w jakiej rzeczywistości chcemy żyć. To my jesteśmy wartością. Musimy dawać przykład zrozumienia życia i cieszyć się każdym jego aspektem. Ta książka ma tylko wskazać kierunek i pomóc ci znaleźć swoją rolę w budowaniu świadomego społeczeństwa – a ono nabierze barw, gdy tylko sam dostrzeżesz w sobie piękno.
Człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera.
Anna Walczak
Pytasz mnie, na kogo zagłosuję w tych wyborach prezydenckich, a ja nie potrafię odpowiedzieć na to pozornie proste pytanie. Kiedy widzisz, że nie chcę udzielić odpowiedzi, możesz pomyśleć, że popieram przeciwnika twojego kandydata. Produkujesz się więc, przekonując mnie, dlaczego to twój – napompowany przez spin doktorów – wybór jest słuszniejszy niż inne, a ja grzecznie próbuję uniknąć rozmowy przeradzającej się w dyskusję, w której nie chcę brać udziału. Ty jednak, pobudzony emocjonalnie, ciągniesz temat, drążysz, próbujesz mnie przekonać. Zanim jednak pomyślisz o mnie źle, przeczytaj moją historię – opowieść o dziesięciu latach obserwowania polskiej polityki. Zrozumiesz wtedy, dlaczego tak trudno mi się zdecydować, skoro obserwowałem ten teatr z bliska, podczas gdy ty otrzymywałeś jedynie to, co media i politycy przygotowali w swoim scenariuszu.
Ale zacznijmy od początku… W 2015 roku wziąłem udział w kampanii Pawła Kukiza. Początkowo wolontaryjnie zbierałem podpisy pod galerią, gdzie przewijało się mnóstwo ludzi. Popularność Kukiza i jego proste hasła skutecznie przekonywały do złożenia podpisu. Nie prowadzono wówczas jeszcze agitacji, co mi odpowiadało, bo sam mógłbym mieć trudności z rozmawianiem z fanatykami innych opcji. Starałem się rozpoznawać dyskretnie, do kogo można podejść i poprosić o podpis, a kogo należy omijać, bo ma gorszy dzień. Internet i media rozpisywały się o Pawle Kukizie, jednak nawet negatywne wzmianki tylko mu pomagały. W efekcie podczas zbiórki podpisów w terenie nie spotkała mnie żadna przykra niespodzianka.
Następnie, podobnie jak wielu innych, pomagałem w sztabie Kukiza, przygotowując materiały do wysyłki w różne strony Polski. Pracowałem głównie fizycznie, podczas gdy sztabowcy robili grafiki, wycinali fragmenty nagrań Kukiza i utrzymywali sieć kontaktów, które mogły pomóc w budowaniu struktur – a tych de facto wówczas nie było. Szef sztabu, o ile pamiętam, odpowiadał za kalendarz Kukiza i kontakt z mediami. Czuć było w tych ludziach nie tylko wielkie zaangażowanie, ale i ogromną motywację, która pozwalała im budować tę kampanię – od prostego wolontariusza po szefa sztabu – często ponad własne siły. Liczba materiałów, które powstawały, zdecydowanie przekraczała możliwości tych wszystkich osób, a przecież większość z nich pracowała zawodowo i miała obowiązki domowe. Ja miałem więcej czasu, bo studiowałem, ale byłem tam jedną z najmłodszych osób. Ogromny udział miały kobiety, które swoim entuzjazmem tworzyły piękną atmosferę. Podchodziły do wyborców z uśmiechem, wręczając im ulotkę i własnoręcznie zrobione ciasteczko. Dlaczego właśnie ciasteczko, a nie na przykład kawę? Bo angielskie słowo cookie brzmi jak Kukiz, więc ten smakołyk stanowił zgrabne nawiązanie do nazwiska naszego kandydata. Czy ich praca została doceniona?
Właśnie ta motywacja i atmosfera były jednymi z powodów, dla których Paweł Kukiz zyskał tak duże poparcie. Pamiętam pewien moment jak dziś – byłem w biurze z tylko jednym sztabowcem, gdy przyszedł jakiś starszy pan i zaczął przedstawiać swoje pomysły rodem z PRL-u. Sztabowiec jednak, nawet jeśli uznał go za wariata, nie potraktował go w ten sposób. Wręcz przeciwnie – zachował spokój i niczym dobry terapeuta wysłuchał wszystkiego z pełnym szacunkiem, jednocześnie kontynuując swoją pracę. Chyba tylko raz pozwolił sobie na szyderczy uśmiech, gdy ów gość zaczął opowiadać już kompletne bzdury. Na koniec spokojnie wytłumaczył mu, że zmiany zawsze są bardzo trudne do wprowadzenia, że jeśli w ogóle uda się zbudować na kandydaturze Kukiza jakieś struktury, to dostanie się do sejmu będzie wymagało ogromnej determinacji, a kiedy już padnie jakaś propozycja, to będzie ona podlegać głosowaniu, podczas którego pozostałe partie mogą się jej sprzeciwić. „Dlatego właśnie tu jesteśmy” – tłumaczył – „aby budować jak najszerszy front zmian, aby ten beton wreszcie pękł i żebyśmy mieli siłę wystarczającą do wprowadzenia konkretnych rozwiązań”. Nie wiem, ile z tego zrozumiał ten starszy pan, ale wychodził raczej usatysfakcjonowany, zwłaszcza że ktoś go w końcu wysłuchał.
Sam Kukiz przedstawiał wartość, która poruszała różne warstwy społeczne – od niezadowolonych wyborców PO, aż po zwolenników prawicy i lewicy – dlatego udało mu się zebrać rekordową liczbę podpisów. A to wszystko dzięki temu, że dostrzegał wady systemu i mówił prosto, konkretnie i naturalnie, podczas gdy jego przeciwnicy recytowali przemówienia napisane przez spin doktorów. Kukiz nie potrzebował gotowych formułek, potrafił jasno zaszczepić swój przekaz, a kiedy się na czymś nie znał, przekierowywał odpowiedź tak, by podkreślić po raz kolejny wadliwość systemu. Autentyczność i prostota tego kandydata zaowocowały niespodziewanym wynikiem 20,8% poparcia, czyli ponad trzech milionów głosów.
W wyborach parlamentarnych 2015 roku doszło niestety do totalnej rewolucji i pojawiły się nowe, dziwne struktury. Kukiz, czując siłę po wyborach prezydenckich, odrzucił Bezpartyjnych Samorządowców. Nie znam przyczyn tego konfliktu, ale mogę przypuszczać, że sztab zażądał w zamian za dobrą kampanię zbyt dużej liczby „jedynek”, co zapewne wywołało wściekłość Kukiza. Ktoś musiał jednak pociągnąć wybory parlamentarne i tu nagle pojawiły się struktury Solidarności Walczącej, a liderem został Kornel Morawiecki. Z dnia na dzień decyzyjność przeszła w ręce ludzi, o których wcześniej jako pomocnik sztabu w ogóle nie słyszałem. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że okręg został sprzedany. Jak przyznał kilka lat później sam Kukiz, Solidarność Walcząca chciała jeszcze więcej „jedynek”, niż był im w stanie zaoferować. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że oddaje im okręg czternastomandatowy, gdzie najłatwiej o mandat. Legenda Kornela Morawieckiego wygrała nad rozsądkiem Kukiza.
Wziąłem udział jedynie w dwóch spotkaniach i szybko zauważyłem, że poglądy Morawieckiego znacznie różniły się od moich oczekiwań. Sam miałem chrapkę na start, ale niestety Solidarność Walcząca kompletnie nie uznawała ludzi spoza własnego kręgu – nawet tych, którzy poświęcali czas w kampanii prezydenckiej i przyczynili się do wspaniałego sukcesu Kukiza. W efekcie na listach znaleźli się kandydaci słabi. Wówczas nie rozumiałem, dlaczego spośród tylu kontaktów pozyskanych na fali zwycięstwa nie zaproszono do współpracy ludzi w jakimś stopniu rozpoznawalnych albo chociaż gotowych o tę rozpoznawalność powalczyć. Dopiero po latach się wyjaśniło, dlaczego ta konkretna lista była aż tak słaba – układała ją Solidarność Walcząca, która chciała skupić poparcie na Kornelu Morawieckim i ewentualnie lojalnej „dwójce”, dopuszczonej na drugie miejsce w charakterze przyszłego posła nieistotnego. Nikt nie mógł zagrozić pozycji Morawieckiego. Nietrudno sobie wyobrazić zdziwienie, jakie zapanowało w strukturach, kiedy po kilku zaledwie miesiącach od sukcesu wyborczego Pawła Kukiza wynik jego ugrupowania zmalał do 8,74% – i to w okręgu, gdzie jeszcze niedawno biło serce całego przedsięwzięcia.
Dlaczego tak się stało? Głównie przez to, że zaproponowano słabych kandydatów, a wraz ze wzrostem ich rozpoznawalności wychodziły na jaw pierwsze konflikty. Okazało się na przykład, że jedna z kandydatek pracowała w urzędzie gminy i wspierała tę samą patologię, którą Kukiz zamierzał zwalczać. Kolejny kandydat nie był lubiany nawet we własnej miejscowości. Jeszcze inny miał nieślubne dziecko z kochanką. Nikt nie przeprowadził rzetelnej weryfikacji tych ludzi, liczyło się wyłącznie to, by nie zagrozili oni interesom Solidarności Walczącej. Trochę przypominało to mroczną historię ziem polskich w XVIII wieku, kiedy na Zachodzie rozwijał się kapitalizm i powstawało mnóstwo wynalazków, a na terenie Polski dominowały związki cechowe, które niszczyły każdą innowacyjną produkcję i w skrajnych przypadkach pilnowały, by polscy wynalazcy kończyli na dnie rzeki. Wszystko po to, by nie zagrozić dominującej grupie interesów, wpływów i wzajemnych powiązań.
*
Wytrzymałem w mieście na studiach tylko pół roku. Po zakończeniu pierwszego semestru postanowiłem dojeżdżać, co pochłaniało mnóstwo mojego czasu. Zdarzało się, że po wielu godzinach zajęć we Wrocławiu i po długim staniu w korkach następnego dnia wracałem na uczelnię zupełnie nieprzygotowany – ale nie w tym rzecz. Zarówno w tym krótkim okresie pomieszkiwania w mieście, jak i podczas wielu lat spędzonych na wsi, zaobserwowałem, że ludzie skupiają się jedynie na sprawach doczesnych. W biednej dzielnicy miasta, gdzie wynajmowałem mieszkanie, znajdowała się biblioteka. Pamiętam jak dziś zdziwienie bibliotekarki, kiedy zobaczyła nową twarz – mnie. Za trzecim razem wdałem się w rozmowę z nią i okazało się, że działalność tej biblioteki opiera się jedynie na kilku emerytkach i dzieciach, które wypożyczają lektury, gdy braknie ich w szkolnej bibliotece. Poza nimi i mną nikt już do niej nie zaglądał, nikt nie był zainteresowany książkami, które oferowała. Spośród całej dzielnicy, w której mieszkały setki, a może nawet tysiące ludzi, nikt już prawie nie czytał książek.
Byłem jednym z nielicznych, którzy rozumieli wtedy ideę jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) i byłem skłonny wierzyć, że naprawi ona jakoś sytuację w naszym kraju. Gdyby jednak ktoś zapytał mnie o JOW-y dzisiaj, zdecydowanie bym im się sprzeciwił. Nie dlatego, że Kukiz zawiódł oczekiwania milionów wyborców – po prostu zrozumiałem, że prawdziwy problem nie leży gdzieś tam w sejmie, tylko w NAS SAMYCH. Obywatele nie są świadomi otaczającego ich świata i często nie znają nawet podstaw własnego systemu politycznego. Nie rozumieją, jedynie odczuwają konsekwencje słabych rządów i wyrażają swój sprzeciw wobec coraz to gorszych warunków życia. To właśnie dlatego następują kolejne zmiany rządów i wahania poparcia. Nie przekłada się to jednak na poprawę funkcjonowania systemu, bo nie ma oddolnej inicjatywy do przeprowadzenia zmian.
*
Po głośnym rozwodzie Morawieckiego z Kukizem postanowiono zawiązać struktury K’15 we Wrocławiu, do których dołączyłem. I tu jednak – kolejny raz – doszło do rewolucji i znów na prowadzenie wysunęli się ludzie, których nie kojarzyłem. Jeden z nich, którego ledwie pamiętałem z 2015 roku, zaanonsował nawet swój start w wyborach na prezydenta miasta, choć ostatecznie do wystawienia tej kandydatury nie doszło. Osoby, które znałem, pojawiły się wprawdzie na zebraniu, łudząc się, że Kukiz przywróci normalność po Solidarności Walczącej, ale sytuacja okazała się fatalna w skutkach. Struktury miały prezesa, wiceprezesa i inne ważne stanowiska, ale kompletnie nie działały. Aż w końcu powstała kolejna frakcja w ramach ruchu K’15 – Klub Młodych, do których chętnie przystąpiłem. Tam młodzi ludzie świetnie odnajdowali się we wspólnych dyskusjach, pragnęli działać dla idei i próbować naprawiać świat. Projekt się przyjął w każdym większym mieście i, jak się okazało, liczba Młodych zaczęła wkrótce przewyższać liczbę aktywnych działaczy stowarzyszenia K’15.
Pierwszy z realizowanych przez Klub Młodych projektów, poświęcony polskiemu systemowi izby sejmowej i zaproponowany przez posła Jakuba Kuleszę jako głównego organizatora, przy pomocy innych posłów i organizacji, był chyba najciekawszym wydarzeniem tego typu, w jakim brałem udział. Pierwszy etap przewidywał dwie możliwe ścieżki kwalifikacyjne – merytoryczną i aktywnościową. Ja skorzystałem z tej pierwszej i napisałem esej na temat gospodarczy. Zająłem drugie miejsce, przede mną był mój kolega. Pozostali moi koledzy i koleżanki wybrali tę drugą formę i też większość się zakwalifikowała do dalszego etapu – jak się okazało wrocławski Klub był jednym z najaktywniejszych w kraju. Drugi etap projektu przypominał prawdziwy eksperyment stanfordzki: młodych ludzi podzielono na fikcyjne partie – Liberałów, Konserwatystów, Narodowców, Socjaldemokratów i Ludowców – oraz na dwie grupy dziennikarzy z dwóch różnych stacji telewizyjnych. Wylądowałem w mediach, co było dla mnie zaskakującym doświadczeniem, ale dzięki swojemu naturalnemu sposobowi wywierania wpływu potrafiłem znaleźć nić porozumienia z przedstawicielami każdej partii. Młodzi ludzie znakomicie wczuli się w swoje role, spośród ponad setki uczestników czternastu najlepszym przypadł w nagrodę wyjazd na Mazury. Połączono tam przyjemne z pożytecznym, organizując debaty oksfordzkie dotyczące najbardziej palących współczesnych problemów Polski. Właśnie takie projekty są lekarstwem na wiele bolączek, bo dzięki nim można odkrywać pozornie niemożliwe rozwiązania i budować świadomość zawiłości systemu politycznego. Właśnie tego brakuje w szkołach i na studiach, gdzie owszem, pojawiają się problematyczne tematy, ale nie ma zrozumienia stojącego za problemami skomplikowanej mechaniki. W każdej grupie mamy rozkwit pomysłów, które szybko zostają zrzucone ze skały tylko dlatego, że przeczą przyjętym normom.
Efekty tego przedsięwzięcia były zdumiewające. Przede wszystkim zwrócono uwagę na dużą liczbę osób zaangażowanych w Kluby Młodych – wymieniano się kontaktami i pomysłami, ale nikt nie przewidział, że tych młodych ludzi trzeba włączyć w faktyczne struktury K’15. Młodzi byli częścią ruchu Kukiza, nie mieli jednak prawa głosu, to należało wyłącznie do Stowarzyszenia. Ono zaś przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi nie chciało ani dzielić się miejscami, ani konkurować z aktywnymi, młodymi ludźmi. To właśnie spowodowało, że w całym kraju młodzi zaczęli masowo odchodzić. Na następnym zjeździe Klubów Młodych, już po wyborach samorządowych, liczba uczestników zmalała o połowę. Zgłaszane do posłów uwagi i skargi spotykały się z milczeniem, bo parlamentarzyści nie mieli wpływu ani na Kukiza, ani na struktury w danym regionie. Przez brak subwencji posłowie sami opłacali swoje biura, mieli swoje dyżury, ale brakowało im decyzyjności w kwestii władz okręgowych. Te były bowiem poparte demokratycznym mandatem sprzed kilku lat, a sam Kukiz nie przejawiał zainteresowania własnymi strukturami lub nie umiał sobie z nimi radzić. Tak więc na koszt posłów trwała impreza, w ramach której Stowarzyszenie nie wykazywało aktywności ani nie osiągało żadnych konkretnych efektów. Może właśnie dlatego większość posłów K’15 odchodziła do innych partii, co wiązało się z uwolnieniem ich od kosztów oraz ucieczką od konfliktów i wymogu transparentności.
W wyborach samorządowych liczono na mandaty w sejmikach i radzie miasta, ale finał okazał się taki, że K’15 nie osiągnęło nic, ponieważ nie potrafiło zaoferować wyborcom niczego ciekawego. To prawdziwy cud, że w ogóle zdołano zebrać podpisy. Jeśli chodzi o kandydatów, struktury stowarzyszenia przejęli ludzie niezdolni do zbudowania czegokolwiek, liczący tylko, że dzięki szyldowi K’15 uda im się dostać upragniony mandat. Ci ludzie byli w pełni przekonani, że to właśnie oni muszą startować, bo tylko oni zachowają idee Kukiza i zbudują przyszłość ruchu. Wybory pokazały ich słabe strony, a konsekwencji nikt nie wyciągnął. Ci sami ludzie pojawili się na kolejnych listach wyborczych, bez żadnych wątpliwości ze strony Pawła Kukiza.
Następne wybory do Parlamentu Europejskiego jeszcze pogorszyły sytuację, gdy przysłano do okręgu Agnieszkę Ścigaj, osobę, która nie miała nic wspólnego z Wrocławiem. Sama też nie miała zbyt wiele do zaoferowania, ponieważ wolała nie mieszać się w wewnętrzne konflikty i ograniczała się do powtarzania wyuczonych w mediach formułek. Zanim jednak to nastąpiło, w strukturach pojawiły się ostre spięcia po przegranych wyborach samorządowych i narodził się pomysł zorganizowania pierwszych wyborów zarządu okręgu od czasu jego uformowania.
W końcu objawiła się wadliwość struktur – Młodzi nie mogli głosować, a ich deklaracja przystąpienia do stowarzyszenia nie uzyskała poparcia, podpisały się pod nią tylko dwie osoby, w tym ja. Przypuszczałem zresztą, że mój podpis zostanie zakwestionowany, gdyż należałem do jednej ze stron konfliktu, i tak właśnie się stało. W efekcie deklaracje były przedmiotem sporu, który musiał rozwiązać dopiero zarząd w Warszawie. Największy udział w wyborach samorządowych miała partia Kongres Nowej Prawicy, dzięki której udało się wystawić wszystkich kandydatów. To oni zorganizowali zbiórkę podpisów i użyczyli swojego kandydata na prezydenta Wrocławia – mimo to nie byli zainteresowani nawet zwołaniem walnego zebrania struktur wrocławskich. W Stowarzyszeniu nie widziano tych osób od lat, choć formalnie nadal byli jego członkami i mogli brać udział w głosowaniach. Prezes okręgu jako jedyny posiadał do nich kontakt. Pamiętałem jedną z tych osób jeszcze z kampanii z 2015 roku – kiedy ponownie spotkałem się z tą kobietą, byłem w szoku, gdyż nie chciała nawet słyszeć ani o Kukizie, ani o wrocławskich strukturach. Jej odpowiedź była wyjątkowo dziwna, zwłaszcza że zapamiętałem ją jako osobę pełną entuzjazmu i zaangażowania. Wtedy jeszcze nie rozumiałem jej reakcji.
Kiedy wreszcie doszło do walnego zgromadzenia, z około 100 zapisanych osób pojawiły się zaledwie 24, w związku z czym wyznaczono nowy termin. Przed kolejnym zebraniem każdy liczył, ile głosów może otrzymać, a ówczesny prezes przekonywał wszystkich indywidualnie, aby go poparli – liczono szable. Sprawy buntowników były z góry przegrane, mimo to nie obyło się bez skandalu – zarząd zdobył pełnomocnictwa od osób nieobecnych, tak że jedna osoba dysponowała nawet ośmioma głosami, co pozwoliło przegłosować wszystko, włącznie z moim wyrzuceniem… Ostatecznym efektem tych wydarzeń było masowe odejście Młodych ze struktur. Wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego dodatkowo przypieczętował los K’15, które totalnie się rozsypało. Kukiz, wbrew przeprowadzonej wcześniej sondzie obywatelskiej, zdecydował się szukać pomocy w PSL-u.
O co właściwie chodziło w tej chryi w strukturach? Nie wiem – niektórzy ludzie po prostu chcą mieć władzę dla samej władzy. Nawet przegrane wybory samorządowe nie skłoniły ich do refleksji nad tym, dlaczego nie udało się zdobyć mandatów. Odpowiedzialni za tę porażkę, zamiast przyznać się do błędu, brnęli dalej w to bagno, posuwając się nawet do fałszowania zasad demokracji w strukturach. I tu jednak bilans nie wypada na ich korzyść – wszystko, co osiągnęli, to iluzja, władza dla władzy, gra dla samej gry, próba kontroli za wszelką cenę. Jedno jest pewne: demokracja oddolna nie zadziałała. Jeszcze przed walnym zgromadzeniem wiedziano, jakie będą wyniki głosowania. Choć niektórzy mieli nadzieję na spełnienie chociaż części ich oczekiwań, to ostatecznie ziścił się najczarniejszy scenariusz – przyprawiony pieprzem w postaci samosądu dokonanego przez struktury, które nawet nie miały prawa nikogo usuwać, bo tym zajmował się sąd partyjny (koleżeński). Właśnie wtedy przekonałem się, że władza wykonawcza, działając we własnym interesie, jest w stanie złamać wszelkie zasady, w tym trójpodział władzy, oczywiście przy dyktaturze większości. Zaznałem totalitaryzmu w ruchu, który miał być najbardziej demokratyczny – ironia losu.
