Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
To nie był nikt wyjątkowy. Zwykły chłopak, zbyt słaby, by walczyć na froncie, więc trafił do KL Stutthof. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek kogoś zabił. Nie należał do NSDAP. Twierdził, że tylko stał na wieży wartowniczej, że nie wiedział, co się dzieje w krematoriach, a nawet że próbował pomagać więźniom. Ale czy sama praca w obozie nie czyniła go winnym?
Przez dziesięciolecia niemieckie sądy odpowiadały: nie. W Republice Federalnej Niemiec skazano 6700 nazistów, najczęściej na krótkie wyroki lub grzywny. Tłumaczono, że naprawdę winni byli tylko ci, których już nie można osądzić, czyli przywódcy III Rzeszy. Cała reszta – mówiono – tylko wykonywała rozkazy. „Jeden przestępca i sześćdziesiąt milionów pomocników” – ironizował pewien profesor prawa.
W swoim reportażu sądowym Tobias Buck przygląda się, jak i dlaczego ten sposób myślenia zaczął się zmieniać. Opowiada o procesach, w których po raz pierwszy pojawiło się pytanie o osobistą odpowiedzialność oskarżonych. I o kraju, który przez siedemdziesiąt lat uczył się uznawać własne winy.
„„Ostatni proces” ujawnia, jak niemieckie sądy pozwoliły setkom tysięcy zbrodniarzy wojennych uniknąć sprawiedliwości, aż przy życiu pozostało tylko kilkoro niskich rangą strażników obozowych, których można było postawić przed sądem.” Philip Gourevitch
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 403
Data ważności licencji: 7/22/2030
W serii ukazały się ostatnio:
Anna Maziuk Niedźwiedź szuka domu
Anna Malinowska Sosnowiec. Nic śląskiego
Anna Sawińska Przesłonięty uśmiech. O kobietach w Korei Południowej(wyd. 2 zmienione)
Adam Zadworny Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku
Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium (wyd. 2 rozszerzone)
Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru (wyd. 2)
Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 3)
Maciej Czarnecki Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice
Bartosz Józefiak Wszyscy tak jeżdżą (wyd. 2)
Aleksandra Boćkowska Gdynia. Pierwsza w Polsce
Anna Malinowska Od Katowic idzie słońce (wyd. 2)
Anna Bikont Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów
John McPhee Plac Zgody. Wieczyście neutralna Szwajcaria
Marta Grzywacz Radość Soboty. Archiwum życia i śmierci
Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 5)
Paweł Smoleński Trędowate kobiety czyszczą ryż
Marta Wroniszewska Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci
Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 3)
François-Henri Désérable Kruszenie świata. Podróż do Iranu
Martyna M. Wojtkowska W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci
Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 3)
Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety
Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)
Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)
Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet
Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach
Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie
Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)
Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy
Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów
Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu(wyd. 2 zmienione)
Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)
Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry
Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)
Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji
W serii ukaże się m. in.:
Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardessach w PRL-u (wyd. 3)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału angielskiego Final Verdict. A Holocaust Trial in the Twenty-first Century
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce: © Fabian Bimmer / Reuters / Forum
Copyright © by Tobias Buck, 2024
The moral right of Tobias Buck to be identified as the author of this work has been asserted in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act of 1988.
First published in the English language by The Orion Publishing Group Ltd
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Barbara Gadomska, 2026
Opieka redakcyjna Jakub Bożek
Redakcja Anastazja Oleśkiewicz
Korekta Jadwiga Makowiec / d2d.pl, Jędrzej Szulga / d2d.pl
Skład Małgorzata Poździk
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-260-3
Dla Any i Toma
Otwierają się drewniane drzwi i na salę wjeżdża stary mężczyzna na wózku inwalidzkim. Pewną ręką trzyma czerwoną tekturową teczkę, zasłaniając twarz. Dla większego kamuflażu nosi ciemne okulary przeciwsłoneczne i ciemny kapelusz z szerokim rondem. Kierują się na niego oczy wszystkich obecnych, on jednak nie ma zamiaru odwzajemnić niczyjego spojrzenia. Siedzi w milczeniu, między córką a adwokatem, wciąż kryjąc się przed klikającym przed nim aparatem fotograficznym. Sekunda po sekundzie narasta wypełniające salę nerwowe oczekiwanie.
Po chwili sędzia każe wyjść fotografowi i kamerzyście, co pozwala starcowi opuścić czerwoną teczkę i odsłonić twarz. Siedzę daleko, więc wyciągam szyję, by po raz pierwszy zobaczyć oskarżonego. Nie wygląda na swoje dziewięćdziesiąt trzy lata, jest czujny, ma ciemne oczy i krótko przystrzyżone siwe włosy. W rzędzie przede mną zaczyna płakać stara kobieta; jej drobnym ciałem wstrząsa cichy szloch. Stary człowiek na ławie oskarżonych to jej mąż.
Zwracając się do oskarżonego, przewodnicząca składu sędziowskiego Anne Meier-Göring rozpoczyna rozprawę od kilku prostych pytań.
– Czy pan mnie słyszy?
– Tak – odpowiada starzec.
– Czy nazywa się pan Bruno Dey?
– Tak 1.
Jest 17 października 2019 roku, pierwszy dzień procesu w imponującym budynku sądu w Hamburgu. Proces ma wymiar historyczny pod więcej niż jednym względem. Bruno Dey jest oskarżony o zbrodnię, do której doszło ponad siedemdziesiąt lat wcześniej: zamordowanie co najmniej pięciu tysięcy dwustu trzydziestu więźniów w Stutthofie, nazistowskim obozie koncentracyjnym, obecnie na terenie Polski. W chwili przybycia do obozu miał zaledwie siedemnaście lat; został członkiem jednostki SS odpowiedzialnej za strzeżenie terenu i pilnowanie, by żaden zdesperowany więzień nie zdołał uciec. Dey przyznał, że służył jako strażnik w Stutthofie od sierpnia 1944 do kwietnia 1945 roku, zaprzecza jednak oskarżeniom, jakoby miał jakikolwiek udział w morderstwach, nawet jako podwładny czy współuczestnik.
To jego nazwisko widnieje w akcie oskarżenia, lecz zgromadzeni na sali sądowej są świadomi, że nie tylko sam Dey stoi przed sądem. Podobnie jak wszystkie procesy badające nazistowskie zbrodnie, proces hamburski podnosi kwestie – trudne, niewygodne – które znacznie wykraczają poza odpowiedzialność karną jednego człowieka. To kwestie, które ciążą nad światem od chwili, gdy po wojnie opublikowano pierwsze zdjęcia obozów i ich ofiar. Szczególnie dotkliwie odczuwają je Niemcy, tacy jak ja, ale dziś wydają się głęboko istotne dla wszystkich narodów: Jak to się mogło wydarzyć? Kto jest winien? Jak ja bym postąpił?
Pod wieloma względami Bruno Dey zapewniał doskonałą kanwę do rozważania tych tematów. Niewiele miał wspólnego z narodowosocjalistycznymi przywódcami skazanymi w procesach norymberskich czy z brutalnymi zbrodniarzami stającymi później przed niemieckimi sądami za to, co robili w Auschwitz, Sobiborze i Treblince. Różnił się także od zbrodniarzy działających zza biurka, takich jak Adolf Eichmann, sądzony i powieszony w Izraelu za kluczową rolę, jaką odegrał w planowaniu i realizacji Zagłady. Dey nie odegrał kluczowej roli w niczym, nawet w Stutthofie. Był zwykłym strażnikiem, który spoglądał z wieży i wśród zamętu wojny, śmierci oraz niewypowiedzianego cierpienia ani razu nie widział potrzeby użycia broni. Był najdrobniejszym z drobnych trybików w machinie, której morderczych celów – jak twierdzi – nigdy w pełni nie pojmował. To twierdzenie miało się stać przedmiotem dogłębnych dociekań w trakcie procesu, nikt jednak nie wątpił, że oskarżony zajmował jeden z najniższych szczebli w obozowej hierarchii.
Siedziałem i słuchałem otwierających proces wystąpień, gdy poraziła mnie myśl, że to właśnie historyczny brak znaczenia Deya mnie interesuje i niepokoi. Jak większość normalnych istot ludzkich nie potrafię sobie wyobrazić siebie w roli mordercy, komendanta obozu koncentracyjnego czy funkcjonariusza w tak brutalnej organizacji jak SS. Przecież mój kompas moralny nie zawiódłby mnie do tego stopnia nawet pod dyktaturą, w czasie wojny. Oglądając czarno-białe fotografie oskarżonych w Norymberdze, czujemy odrazę, ale także ulgę wynikającą z dystansu. Możemy sobie z pewnością powiedzieć, że nigdy nie postąpilibyśmy tak jak oni. Jednak w ten październikowy poranek w Hamburgu, patrząc z końca sali sądowej na obojętną twarz Deya, nie byłem pewien, czy w jego wypadku mógłbym stwierdzić to samo. Czy jako siedemnastolatek w narodowosocjalistycznych Niemczech zachowałbym się inaczej? Czy miałbym na tyle moralnej odwagi, żeby zejść z wieży strażniczej, oddać karabin i powiedzieć „już dość”? A skoro ja nie mogę mieć tej pewności, czy może ją mieć ktokolwiek na tej sali? Czy prawnicy w czarnych togach, reprezentujący tych, co przeżyli Stutthof, powiedzieliby „nie”? Czy emanująca spokojem i pewnością siebie sędzia Meier-Göring, przewodnicząca składu sędziowskiego, powiedziałaby „nie”? A jeśli nie może być tego pewna, to czy ten sąd powinien wciąż skazywać?
Przyjechałem do Hamburga, by dla mojej gazety napisać krótki tekst o początku procesu, postanowiłem jednak przyjeżdżać na rozprawy najczęściej, jak zdołam. Chciałem zobaczyć, jak się ten dramat rozegra. Chciałem zobaczyć, jak sąd będzie się zmagać z moralnymi i prawnymi dylematami wynikającymi ze sprawy, ale także jak sam Dey rozumie swoją rolę i swoją odpowiedzialność. Musiał przecież czuć, że dla niego, tak samo jak dla wszystkich na sali sądowej, jest to proces ostatnich szans: ostatniej szansy dla ofiar na opowiedzenie przed sądem swoich historii, ostatniej szansy dla starego człowieka, by przed sędzią stawić czoło swojej winie i sumieniu, i ostatniej szansy dla Niemiec i ich systemu prawnego na udowodnienie, że sprawiedliwości, choćby i mocno spóźnionej, stanie się zadość.
Także dla mnie było to coś w rodzaju ostatniej szansy. Zagłada stała się moją obsesją, jeszcze gdy jako kilkunastolatek mieszkałem w Niemczech; nagle ogarnęła mnie potężna ciekawość na temat czasów Trzeciej Rzeszy, a szczególnie wymordowania europejskich Żydów. W wieku czternastu lat zacząłem uczestniczyć w organizowanych w moim rodzinnym mieście wieczorowych zajęciach na temat antysemityzmu i przyczyn Zagłady. W 1990 roku, gdy tylko padła żelazna kurtyna, pojechałem do Polski, do Auschwitz, z wycieczką organizowaną przez osoby, które przeżyły obóz. Wywarło to na mnie niezapomniane wrażenie. Odszukiwałem ocalałych z Zagłady, także w moim rodzinnym Darmstadcie, niewielkim mieście uniwersyteckim niedaleko Frankfurtu. Boleśnie żarliwą prozą opisałem wycieczkę do Auschwitz w szkolnej gazetce, a później wysłałem długi tekst na konkurs esejów zorganizowany przez izraelskie Ministerstwo Edukacji. Pamiętam, że wygrałem zaskakująco dużą sumę pieniędzy oraz ciężki brązowy medal ozdobiony sylwetką Jerozolimy i hebrajskimi literami. Ten medal wciąż leży na półce w moim dawnym pokoju w Darmstadcie razem z kilkudziesięcioma spłowiałymi egzemplarzami miesięcznego biuletynu wydawanego przez stowarzyszenie ocalałych z Auschwitz, do którego w tym samym czasie przystąpiłem. Jak większość młodzieńczych obsesji, również ta po pewnym czasie się rozwiała. W wieku dwudziestu paru lat wyjechałem z Niemiec, by zostać dziennikarzem, i powróciłem po latach do rodzinnego kraju jako korespondent zagraniczny.
W Berlinie pisałem artykuły o polityce i biznesie, obronności i środowisku, sztuce, społeczeństwie i piłce nożnej – ale także, od czasu do czasu, o niemieckiej historii i o tym, jak ta historia wplata się w teraźniejszość. Pisałem też znów o Zagładzie, o ocalałych i sprawcach, i o przeszłości, która nigdy nie uległa zapomnieniu. Kierowała mną ciekawość cechująca wszystkich dziennikarzy goniących za interesującą historią, ale także poczucie, że czas nagli, bo z każdym mijającym miesiącem milkną głosy ofiar i sprawców. Moi niemieccy dziadkowie już dawno nie żyli, ale aż do tej pory nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłem – albo powinienem był – dowiedzieć się, czego byli świadomi i co robili podczas wojny. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej to zaniedbanie mnie zaskakiwało. Słyszałem wiele opowieści o ich cierpieniach pod koniec wojny, gdy dziadek trafił do niewoli w Związku Sowieckim, a babcia w środku zimy podjęła rozpaczliwą ucieczkę przed zbliżającą się do jej rodzinnej wsi Armią Czerwoną. Ale nie miałem bynajmniej jasnego pojęcia o tym, co robili, a czego nie robili przed ostateczną klęską, podczas tych dwunastu strasznych lat hitlerowskich rządów.
W oczach Brytyjczyków i Amerykanów, postrzegających pokonanie Trzeciej Rzeszy jako znaczący triumf w historii swoich narodów, taka powściągliwość musi wydawać się dziwna. W Niemczech jednak, nawet kilkadziesiąt lat po wojnie, nie była niczym niezwykłym. Ostatni członkowie Kriegsgeneration, pokolenia wojny, mieli już po osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt lat. Nie zostało wielu takich, którzy mogli mówić, a jeszcze mniej takich, którzy chcieli – szczególnie jeśli ich wspomnienia dotyczyły noszenia munduru SS. Ale Dey zamierzał mówić. Musiał mówić. A ja chciałem usłyszeć, co ma do powiedzenia.
Bruno Johannes Dey urodził się 28 sierpnia 1926 roku w Obersommerkau, wiosce położonej niecałe trzydzieści kilometrów w głąb lądu od hanzeatyckiego portowego miasta po niemiecku zwanego Danzig. Na obecnych mapach nie występuje żadna z tych nazw. W chwili narodzin Deya obie miejscowości należały do Wolnego Miasta Gdańska, enklawy dochodzącej na północy do Morza Bałtyckiego, a od strony lądu graniczącej na całej długości z Polską. Po wojnie ten teren znalazł się w granicach Polski. Nielicznych Niemców, którzy mimo zbliżania się Armii Czerwonej zostali w domach, wygnano na zachód. Miejsce urodzenia Deya nosi obecnie nazwę Ząbrsko Górne, a Danzig jest Gdańskiem.
W formalnym akcie oskarżenia podstawowe fakty z życia Deya aż do tego dnia w sądzie opisano suchym językiem na zaledwie czterech stronach. Jego ojciec prowadził piętnastohektarowe rodzinne gospodarstwo rolne na Wysoczyźnie Gdańskiej. Wcześnie owdowiał i ożenił się powtórnie. Wziął ślub z dwudziestotrzyletnią wówczas siostrą pierwszej żony, późniejszą matką Deya. Małżeństwo doczekało się siedmiorga dzieci, ale jedna z sióstr Deya zmarła w trakcie porodu, a druga w wieku czternastu lat. Wojnę przeżyło pięcioro: Dey, dwie jego siostry i dwaj bracia. W akcie oskarżenia odnotowano, że podsądny poszedł do szkoły w 1932 roku, po Wielkanocy, zgodnie z ówczesnym niemieckim zwyczajem.
Nawet jak na standardy pełnej napięć, krwawej historii Niemiec w XX wieku był to rok złowieszczy: w lutym Adolf Hitler uzyskał obywatelstwo niemieckie, co pozwoliło urodzonemu jako Austriak przywódcy narodowych socjalistów kandydować na najwyższe stanowisko w państwie: prezydenta Rzeszy. Pierwszy rok Deya w szkole przebiegł głównie pod auspicjami Republiki Weimarskiej, niemieckiej nieudanej wycieczki ku demokracji. Groźny wpływ Hitlera i jego brunatnych koszul nasilał się jednak z tygodnia na tydzień. W wyborach federalnych 31 lipca 1932 roku narodowi socjaliści zdobyli niemal czterdzieści procent głosów, po raz pierwszy zostając największą siłą w Reichstagu. Druga tura wyborów odbyła się w listopadzie; faszyści osłabli, ale zdołali utrzymać pozycję dominującej partii w parlamencie. Republika Weimarska była martwa, jeszcze zanim Dey ukończył pierwszą klasę: w lutym 1933 roku spłonął Reichstag, co rozpoczęło pierwszą falę represji i prześladowań przeciwników politycznych. Narodowi socjaliści triumfowali w marcu 1933 roku w wyborach federalnych, które odbyły się pod znakiem brutalnych represji i zastraszania wyborców; kilka dni później Hitler proklamował powstanie Trzeciej Rzeszy.
Mniej więcej w tym samym czasie opuszczoną fabrykę amunicji w sennym miasteczku na północ od Monachium szykowano na przyjęcie więźniów politycznych, poczynając od przywódców socjaldemokratów i komunistów. Dachau, oficjalnie otwarty 22 marca 1933 roku, stał się pierwszym hitlerowskim obozem koncentracyjnym, miejscem strachu, upodlenia, tortur i morderstw, działającym niemal do samego końca wojny. Zanim amerykańscy żołnierze dotarli do jego bram w kwietniu 1945 roku, zginęło tam ponad trzydzieści dwa tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci.
Dey opuścił szkołę w 1940 roku, w wieku czternastu lat.
– Lubiłem się uczyć, ale nie lubiłem moich kolegów. Zostałem samotnikiem. […] Z nikim nie miałem kontaktu i nikomu nie ufałem – powiedział później przed sądem.
Dey nie miał przyjaciół; koledzy z klasy nękali go, bili i zabierali mu jabłka przynoszone z domu na drugie śniadanie. Rodzice, zamiast go wspierać, mieli mu za złe, że wpada w tarapaty. Zaraz po powrocie do domu musiał pracować w gospodarstwie: przyganiał krowy do dojenia, wybierał kamienie na polu, sadził kartofle i pielił.
– Czy pamięta pan coś pozytywnego z lat dzieciństwa, coś, co pana zdaniem było szczególnie miłe? – spytała go sędzia w jednym z późniejszych przesłuchań.
– Miłe? Czy coś było miłe? Niewiele było miłych rzeczy – odparł Dey.
Lata spędzone w szkole dobiegły końca akurat wtedy, gdy Wehrmacht szykował się do blitzkriegu we Francji. Polska – państwo, które niegdyś otaczało jego rodzinne strony – została pokonana i podzielona rok wcześniej; jej zachodnia część znalazła się pod brutalną okupacją narodowosocjalistycznych Niemiec, wschodnia – stalinowskiego Związku Sowieckiego. Dey, zbyt młody, by wstąpić do wojska, podjął dwuletnią naukę u piekarza, co w tamtych okolicznościach wydawało się zajęciem bezpiecznym i spokojnym. Marzył o zawodzie kierowcy albo o pracy przy samochodach, ale ojciec i tak wysłał go do piekarni. Jak stwierdził sam Dey, zdążył się już nauczyć, że lepiej się nie wychylać, a opinie polityczne są ryzykowne. Jego ojciec należał do Zentrumspartei, konserwatywnego ruchu politycznego blisko związanego z Kościołem katolickim. Posłowie Zentrum poparli Hitlera, gdy w 1933 roku sięgnął po szerokie pozaprawne pełnomocnictwa, ale partię i tak rozwiązano, a jej polityków spotkały prześladowania. Także ojca Deya nękano, gdy pozwolił sobie na krytyczne uwagi co do sposobu prowadzenia wojny. Dey pamiętał, że ojca ostrzeżono, iż może skończyć w Stutthofie, pobliskim obozie koncentracyjnym, z którym jego syn miał się blisko zapoznać kilka lat później. Sam Dey początkowo opierał się wstąpieniu do Hitlerjugend – mimo nacisków ze strony kolegów – ale ostatecznie zapisał się do organizacji. Twierdził, że uczestniczył tylko w dwóch spotkaniach grupy. Tłumaczył się, iż jako czeladnik piekarski musi wstawać zbyt wcześnie, aby brać udział w działaniach Hitlerjugend.
W 1943 roku, gdy losy wojny już się odwróciły, a masowe mordowanie Żydów i innych wrogów Rzeszy trwało od dawna, Dey stanął przed Musterung, oficjalną komisją lekarską przed powołaniem do służby wojskowej. Lekarze stwierdzili u niego chorobę serca, co oznaczało, że mógł służyć w koszarach, ale nie na froncie. Ta opinia lekarska miała się okazać znaczącym wątkiem w procesie. Mimo rosnącego zapotrzebowania na nowych żołnierzy powołanie go do służby odłożono o rok. W okolicach Wielkanocy 1944 roku Dey trafił w końcu do Wehrmachtu i został skierowany do jednostki piechoty w Stettin (Szczecinie). Na początku czerwca wysłano go – wciąż siedemnastolatka – po raz pierwszy do służby wartowniczej w Stutthofie wraz z innymi żołnierzami z jego batalionu. Ponieważ zachorował na dyfteryt, trafił do szpitala w Gdańsku, powrócił jednak do Stutthofu na początku sierpnia. Tam formalnie włączono go do pierwszej kompanii SS-Totenkopfsturmbann Stutthof, jednej z niesławnych jednostek SS „z trupią czaszką”. Członkowie tej jednostki, nazwanej tak od insygniów w postaci trupiej czaszki i piszczeli na mundurach, byli odpowiedzialni za straż w obozach koncentracyjnych. Tak wyglądał początek ośmiomiesięcznej służby wartowniczej Deya w obozie – ułamek jego życia, ale jedyny okres interesujący sędziów w Hamburgu. Dey twierdził, że nigdy nie zgłosił się na ochotnika ani do SS, ani do służby w Stutthofie. Nie przyszło mu do głowy, że być może istnieje jakaś inna droga – na przykład służba na froncie wschodnim.
W styczniu 1945 roku Armia Czerwona zbliżała się do Gdańska, więc SS postanowiło opuścić Stutthof. Jednak ewakuacja uwięzionych i personelu ciągnęła się aż do kwietnia. Tysiące więźniów straciło życie podczas marszów śmierci na zachód. Dey wyjechał ze Stutthofu w kwietniu i dotarł do Szlezwika-Holsztynu, północnoniemieckiego regionu przy granicy z Danią, gdzie został wzięty do niewoli przez Amerykanów, a następnie przekazany Brytyjczykom. Zwolniony w grudniu 1945 roku, początkowo pracował jako piekarz i rolnik w zamian za jedzenie i dach nad głową. W akcie oskarżenia podano, że przyszłą żonę – siwowłosą kobietę szlochającą teraz przede mną na sali sądowej – Dey poznał w październiku 1952 roku. Zaręczyli się zaledwie dwa miesiące później, w Wigilię. Pracował jako kierowca ciężarówki, stróż i spedytor, zbudował dom na przedmieściu Hamburga i przeszedł na emeryturę w 1988 roku. Miał dwie córki, czworo wnuków i czworo prawnuków. W akcie oskarżenia do danych osobowych dopisano tylko jedno zdanie: „Nie był nigdy karany ani nie wszedł w żaden konflikt z prawem”.
W ciągu następnych dziewięciu miesięcy każdego dnia procesu Dey zajmował miejsce na ławie oskarżonych w sali numer 200. Odbywało się to zgodnie z niezmiennym rytuałem wstępnym: pojawiał się w sądzie z adwokatem i córką, ukrywając twarz przed fotografem i kamerzystą[1]. Zaraz po ich wyjściu opuszczał tekturową teczkę i czekał, aż sędzia rozpocznie przesłuchanie. Anne Meier-Göring siedziała na lewo od niego na drewnianym podwyższeniu, mając po obu stronach dwóch asesorów i dwóch ławników. Naprzeciwko Deya za stołem było miejsce głównego oskarżyciela Larsa Mahnkego i jego współpracownika. Po prawej, naprzeciwko sędziego, siedzieli adwokaci reprezentujący ocalałych ze Stutthofu i ich potomków; kilkudziesięciu z nich dopuszczono do procesu jako tak zwanych prywatnych oskarżycieli posiłkowych, czyli prawników współpowodów. Oznaczało to, że mieli prawo zadawać pytania świadkom i występować w sądzie tak samo jak oskarżyciel państwowy. Za nimi siedziała rodzina Deya, a jeszcze dalej dziennikarze i publiczność. Nawet jak na standardy procesu o morderstwo, toczącego się w wielkim mieście, był to spory tłum. Najczęściej w sądzie pojawiała się także siwowłosa żona Deya, przeważnie w otoczeniu członków rodziny, w tym wnuków. Nie rozmawiali z żadnymi dziennikarzami, ale ich przekaz wydawał się jasny: ich obecność miała wspierać oskarżonego, zapewnić, by nie czuł się sam. Szczególne poświęcenie wykazywała jego córka, która codziennie siedziała obok ojca na sali sądowej, często ubrana w cienki żakiet i hidżab (wyszła za mąż za muzułmanina i stosowała się do islamskich reguł ubioru). Adwokat Deya powiedział mi później, że bardzo zaangażowała się w pomoc obronie; dogłębnie studiowała akta sprawy i czytała książki prawnicze, by przygotować się do przesłuchań. W sądzie czuwała nad ojcem, patrząc na niego z żalem i troską.
Sala sądowa emanowała dziewiętnastowiecznym dostojeństwem; obiegały ją smukłe korynckie pilastry, sufit zdobiły kasetonowe stiuki. Przez rząd wielkich okien wychodzących na plac światło dzienne rozjaśniało wnętrze nawet w szare zimowe poranki. Była to największa i najokazalsza sala w gmachu hamburskiego sądu.
Dey miał dokładnie poznać to miejsce, a także głównych bohaterów dzielących z nim scenę. Najważniejszą osobą była Meier-Göring, przewodnicząca składu sędziowskiego. Kierowała tym historycznym procesem właściwie z przypadku: jako że w chwili zarzucanej mu zbrodni Dey miał siedemnaście lub osiemnaście lat, prawo nakazywało traktować go jak młodocianego przestępcę, mimo że stanął przed sądem już jako starzec. Na Meier-Göring, sędzię przewodniczącą jednego z trzech wydziałów dla nieletnich, po prostu przypadła kolej sądzenia. Powiedziała mi jednak później, że chętnie się tego podjęła. Urodzona w 1968 roku, jak większość Niemców z jej pokolenia od młodości była zafascynowana i przygnębiona nazistowską przeszłością Niemiec. Z uwagą śledziła akademickie i polityczne dyskusje o tym, jak oskarżać i karać nazistowskich przestępców. Przyznała, że wcześnie zainteresowała się tym tematem między innymi z powodu swojego nazwiska: Meier-Göring nie łączyły żadne rodzinne więzy z jednym z przywódców NSDAP Hermannem Göringiem, ale fakt, że jej nazwisko brzmiało tak samo, często prowokował pytania, szczególnie gdy mieszkała i studiowała za granicą. „Nazywam się Göring, więc już w dzieciństwie niepokoiło mnie pytanie, czy moja rodzina miała coś wspólnego z Hermannem Göringiem. Dzięki Bogu tak nie jest” – powiedziała mi. Na długo zanim została sędzią, Meier-Göring interesowały również szersze kwestie winy i odpowiedzialności. „Dużo myślałam o winie zbiorowej, która mnie również dotykała. Nie umiałam powiedzieć – jak mówi to wielu ludzi – że to tylko kwestia winy indywidualnej. Zawsze czułam przynależność do niemieckiego społeczeństwa i dlatego miałam pewne poczucie winy”.
Meier-Göring czekały trudne chwile w trakcie procesu oraz niezwykle trudna decyzja na jego końcu. Nie budziła natomiast wątpliwości jej umiejętność pokierowania tymi złożonymi przesłuchaniami: okazywała wrażliwość i współczucie wobec wiekowych ocalałych ze Stutthofu, którzy przybyli zeznawać w sądzie, ale także znalazła sposób, jak odnosić się do podsądnego. Potrafiła skłonić go do mówienia i wspominania, a bywało, że naciskała go, by kwestionował własne wypowiedzi. Czasami Meier-Göring ostro zwracała się do oskarżonego, czasami wskazywała na jego uniki w zimnej prawniczej analizie. Najwyraźniej jednak rozumiała, że do procesu – i oskarżonego – należy podchodzić po ludzku, a nawet z pewną pokorą. Dey na różne sposoby okazywał jej respekt.
Dla Meier-Göring sprawa Bruno Deya była pierwszym procesem związanym z przestępstwami epoki nazistowskiej w jej dwudziestoletniej karierze sędziowskiej. Lars Mahnke, prokurator, od lat ścigał takich podejrzanych jak Dey, ale także jemu po raz pierwszy udało się doprowadzić śledztwo do procesu, a zatem i do wyroku. Pochodzący z Hamburga, przemawiający cichym głosem Mahnke powiedział mi, że studiował prawo częściowo ze względu na „głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości”, a częściowo dzięki temu, że zainspirował się amerykańskimi serialami sądowymi. Zanim został oskarżycielem publicznym, pracował jako radca prawny w miejskim wydziale budownictwa i urbanistyki, ale uznał, że praca w instytucji rządowej jest zbyt nudna. Nad sprawą Deya pracował od 2016 roku i spędził wiele godzin, przepytując oskarżonego na temat jego przeszłości. Te przesłuchania, obejmujące osiem intensywnych spotkań w komendzie głównej hamburskiej policji, stanowiły zapowiedź licznych debat mających decydujący wpływ na przebieg procesu. Mahnke znał sprawę i człowieka, którego dotyczyła, lepiej niż ktokolwiek inny na sali sądowej. Zgromadził także ogromną wiedzę na temat horroru Stutthofu. Dwie ściany w jego dużym, ale spartańskim narożnym biurze pokrywały wielkie chronologiczne tabele z naniesionymi szczegółami udokumentowanych morderstw popełnionych w obozie, podzielonych według metody i roku.
Od pierwszej chwili procesu rzucał się w oczy rozziew między zwyczajnością biografii Deya a ogromem zarzucanej mu zbrodni. Oczywiście nie jest to nic niezwykłego w procesach kryminalnych, nawet – a może szczególnie – w procesach dotyczących Zagłady. Jednakże w przypadku Deya kontrast między człowiekiem a zarzucanym mu czynem wydawał się szczególnie jaskrawy. W październiku 2019 roku przed sądem pojawił się kruchy starzec na wózku inwalidzkim, niebudzący już grozy wynikającej z młodości; codziennie przybywał do sądu w towarzystwie ekipy medycznej, która monitorowała go uważnie w trakcie rozpraw. Mówił cicho, czasami trudno było zrozumieć jego słowa. Wydawał się niegroźny, nawet bezradny.
Wśród osób siedzących ze mną w sekcji prasowej sali numer 200 w pierwszym dniu procesu znajdował się ważny gość z Izraela: Efraim Zuroff, dyrektor Centrum im. Szymona Wiesenthala w Jerozolimie, który od wielu lat studiował dokumentację Zagłady i ścigał nazistowskich przestępców. Nie przeszkadzało mu miano „łowcy nazistów”, a tamtego dnia przybył do Hamburga, by przyjrzeć się rzadkiej zdobyczy. Na moje pytanie o jego opinię na temat toczącego się właśnie procesu Zuroff poradził, bym za fasadą kruchego staruszka na ławie oskarżonych dostrzegł człowieka.
– To ostatni ludzie, którzy zasługiwaliby na współczucie. Ponieważ oni nie czuli współczucia dla swoich ofiar, wśród których zdarzali się nawet starsi niż oni są dzisiaj – powiedział mi Zuroff w holu gmachu sądu, gdzie przed przesłuchaniami i po przesłuchaniach kłębili się prawnicy, dziennikarze i obserwatorzy. – Patrzymy na nich, a oni starają się wyglądać na tak słabych i zagubionych, jak to tylko możliwe. Ale nie powinniśmy widzieć starego, słabego człowieka, tylko myśleć o kimś, kto u szczytu swoich sił mordował niewinnych mężczyzn, kobiety i dzieci.
Zuroff, którego organizacja od kilkudziesięciu lat tworzy listy najbardziej poszukiwanych, a wciąż przebywających na wolności nazistowskich zbrodniarzy, twierdził, że „upływ czasu w żadnej mierze nie pomniejsza winy zabójców”. Zaawansowany wiek nie powinien chronić osób, które popełniły takie zbrodnie – stwierdził – choćby dlatego, że sąd pomaga ofiarom i ich rodzinom zamknąć pewien etap w ich życiu:
– Jesteśmy to winni ofiarom, by ich morderców spotkała sprawiedliwość.
Przytaknąłem mu; oczywiście miał rację. Ten proces dotyczył ofiar w takiej samej mierze jak sprawcy. Dziesiątki ocalałych ze Stutthofu i ich potomków oficjalnie przyłączyły się do aktu oskarżenia w nadziei, że ich historie i wspomnienia zostaną w końcu wysłuchane w jedynym miejscu, które miało znaczenie: w sądzie. Ich zeznania złożyły się na najbardziej przejmujące chwile procesu, tym potężniejsze, że ich głos będzie słyszalny już tylko przez krótki czas.
Jednak to Dey szczególnie skupiał moją uwagę podczas rozpraw. Miałem nadzieję, że pomoże mi zrozumieć to, co nie do pojęcia – a przynajmniej jeden aspekt tego, co nie do pojęcia: dlaczego doszło do Zagłady? Od końca wojny podejmowano niezliczone próby znalezienia odpowiedzi na to pytanie; wypełniały one całe biblioteki i zajmowały umysły całego legionu historyków. Podążano wieloma drogami, rozważano różne aspekty, wyruszano z różnych punktów. Gromadzono wyjaśnienia historyczne, wyjaśnienia socjologiczne, wyjaśnienia polityczne i militarne, wyjaśnienia psychologiczne. Jedni twierdzili, że Hitler i jego czołowi współpracownicy od samego początku dążyli do wyeliminowania europejskich Żydów (i wielu milionów nie-Żydów w Europie Środkowej i Wschodniej). Inni uważali, że do ludobójstwa doszło w sposób bardziej przypadkowy, dopiero gdy na skutek niemieckiej klęski militarnej upadł plan wyekspediowania na wschód wszystkich Żydów znajdujących się pod władzą Niemiec.
Te debaty bardzo mnie interesowały, ale nie mogłem niczego do nich wnieść. Miałem natomiast rzadką okazję, by słuchać starego człowieka oskarżonego o pomocnictwo w zamordowaniu tysięcy ludzi w nazistowskim obozie koncentracyjnym i obserwować go pod koniec jego życia, gdy nie miał już nic do stracenia, mógł za to być może wyznać po latach swoją winę. Wedle zarzutów postawionych przez oskarżenie Bruno Dey odegrał rolę – choć nikłą – w wielkiej nikczemności. Jeśli zostanie uznany za winnego, to jego wina będzie mikroskopijna w porównaniu z winą Hitlera i innych nazistowskich przywódców. Jednak Hitler i nazistowscy przywódcy nie mogliby przeprowadzić Zagłady, gdyby nie setki tysięcy Niemców, którzy im w tym pomogli. Spisywali listy osób do deportacji, transportowali trujący gaz, rozwijali druty kolczaste, prowadzili pociągi, gotowali posiłki katom, zajmowali się księgowością i strzegli granic Stutthofu, Auschwitz czy Treblinki. Co sprawiło, że powiedzieli „tak”? A dokładniej: co ich powstrzymało przed powiedzeniem „nie”?
[1] Sąd wprowadził system „puli” dla mediów. Tylko jednemu fotografowi i jednemu kamerzyście zezwolono na robienie zdjęć i filmowanie na sali sądowej, i to jedynie przez kilka pierwszych minut rozprawy. Fotografie i film udostępniano następnie innym mediom.
Stefana Waterkampa charakteryzuje ascetyczny wygląd: jest wysoki i chudy jak tyczka, krótko ostrzyżony, ma długie, patykowate kończyny. W sądzie adwokat Deya górował nad swoim klientem, nie próbował jednak zdominować przewodu sądowego. W ciągu pierwszych tygodni i miesięcy procesu długo zachowywał milczenie; odzywał się jedynie po to, by prosić o przerwę na odpoczynek i zebranie sił przez oskarżonego. Strategia obronna Waterkampa – tak samo jak jego zachowanie – była powściągliwa. Najwyraźniej ani on, ani jego klient nie chcieli wielkiej prawniczej bitwy. Gdy się odzywał, mówił cicho. Gdy Dey wyrażał chęć zabrania głosu, pozwalał mu na to, nawet jeśli jego wypowiedzi nie zawsze sprzyjały obronie. Gotowość Waterkampa, by pozwolić procesowi toczyć się bez zakłóceń i opowiedzieć w sądzie historię swego klienta, miała później zostać wystawiona na próbę. Jednak w pierwszy dzień procesu oparł swoje dowodzenie na jednym prostym pytaniu: dlaczego teraz?
Jego klient – powiedział Waterkamp, wstając, by wygłosić pierwsze oświadczenie – po prostu nie potrafi zrozumieć, dlaczego znalazł się w sądzie. Dey nigdy nie ukrywał, że był w Stutthofie. Policja badała jego rolę w 1975 roku i stwierdziła, że nie ma podstaw do oskarżenia. W 1982 roku zeznawał jako świadek w innym procesie stutthofskim. Wtedy również nikt nie uważał, że zrobił coś złego. Prawda – powiedział Waterkamp – jest taka: „Przez ponad siedemdziesiąt lat nikt w Niemczech nie interesował się zwykłym strażnikiem, który sam nigdy nikogo nie zabił”.
Jego wypowiedź brzmiała prawdziwie – i zawierała w sobie podwójny zarzut. Pierwszy był najwyraźniej skierowany przeciwko obecnemu niemieckiemu systemowi prawnemu – przeciwko hamburskiemu sądowi, przeciwko oskarżycielowi Mahnkemu i gromadzie prawników w czarnych togach, wspierających oskarżenie w imieniu ofiar Stutthofu i ich potomków. Waterkamp rzucił im wszystkim wyzwanie: po co ścigać i karać starego człowieka, któremu zostało niewiele życia, ponad siedemdziesiąt lat po domniemanej zbrodni? Po co dążyć do skazania oskarżonego, który w obozowej hierarchii nic nie znaczył, podczas gdy kary uniknęło tyle osób stojących wyżej od niego – w tym takich, którzy zabijali własnymi rękami i których rozkazy wysyłały do komór gazowych tysiące ludzi?
Drugi zarzut, być może donioślejszy, skierowany był przeciwko wcześniejszej generacji niemieckich prokuratorów, sędziów i adwokatów w sprawach karnych i dotyczył ich historycznej porażki: nie wymierzyli sprawiedliwości nazistowskim przestępcom. To nie tylko „zwykli strażnicy” tacy jak Dey nigdy nie stanęli przed sądem, lecz także dziesiątki tysięcy – może setki tysięcy – potencjalnych winnych, którzy zaplanowali i zorganizowali najokropniejszą zbrodnię w historii ludzkości, pokierowali nią i jej dokonali.
Przez znaczną część okresu powojennego nazistowscy przestępcy musieli się bać zwykłych złodziei bardziej niż prokuratorów i sędziów. Historycy oceniają, że swój udział w Zagładzie miało nawet ćwierć miliona Niemców1. Część największych zbrodniarzy osądziły alianckie sądy w latach 1945–1949, szczególnie w procesach norymberskich. Innych przekazano państwom Europy Wschodniej, wśród nich Rudolfa Hössa, komendanta Auschwitz, który został skazany i powieszony w Polsce w 1947 roku. Większość przypadków i winnych pozostawiono jednak do osądzenia sądom zachodnioniemieckim, lecz te zawiodły na całej linii: zachodnioniemieccy prokuratorzy po 1945 roku podjęli śledztwa wobec stu siedemdziesięciu tysięcy podejrzanych, ale jedynie sześć tysięcy siedmiuset uznano za winnych i skazano 2. Większość skazanych – ponad pięć tysięcy stu – otrzymała wyroki więzienia poniżej dwóch lat albo po prostu kary grzywny 3. Z sześciu tysięcy esesmanów, którzy służyli w Auschwitz i przeżyli wojnę, tylko ośmiuset stanęło kiedykolwiek przed sądem, w większości w Polsce 4. W ciągu ponad siedemdziesięciu lat niemieccy sędziowie skazali zaledwie pięćdziesięciu esesmanów odbywających służbę w Auschwitz 5. Dane te były nieco inne dla Stutthofu, gdzie służbę pełniło około trzech tysięcy esesmanów. Przed sądem stanęło zaledwie siedemdziesięciu ośmiu – w większości w Polsce 6.
Ta porażka wydawała się szczególnie godna uwagi w kontekście szerszego podejścia Niemiec do pamięci historycznej. W dekadach po zakończeniu wojny Niemcy zyskały podziw świata za sposób, w jaki stawiły czoło swojej przeszłości, za wspólną walkę, która zaowocowała całkiem nowym słownikiem ciężkich niemieckich rzeczowników złożonych. Na przykład Vergangenheitsbewältigung oznacza proces godzenia się z przeszłością, Erinnerungskultur – kulturę pamięci, a Wiedergutmachung dosłownie znaczy „przywracanie dobrego stanu”, ale można to przetłumaczyć również jako „reparacje”. Ostatecznym pokłosiem owej walki było zdecydowane przyznanie się do potwornych czynów popełnionych przez Niemców w imię Niemiec między 1933 a 1945 rokiem i niezachwiane zobowiązanie do podtrzymania pamięci Zagłady, a także potwierdzenie wyłącznej i stałej odpowiedzialności Niemiec za zamordowanie sześciu milionów Żydów.
W niedalekiej przeszłości takie poglądy przeważnie nie budziły kontrowersji. Dzisiaj, mimo stałego zagrożenia ze strony skrajnej prawicy, centrowi niemieccy politycy i osoby publiczne wiedzą, że kwestionowanie winy kraju oznacza wyrzucenie na margines społeczeństwa. W bardzo praktycznym sensie nie sposób zignorować tego zbiorowego poczucia winy i odpowiedzialności. O nazistowskich zbrodniach naucza się w szkołach i wspomina w przemówieniach na forum publicznym, unieśmiertelnia się je przez pomniki ofiar w całym kraju. Zaangażowanie Niemiec w podtrzymywanie pamięci o Zagładzie jest tak powszechne, że także niedawni imigranci, których dziadkowie i rodzice dorastali tysiące kilometrów od skrwawionych ziem Europy Środkowej i Wschodniej, uczeni są, by utożsamiać się z tą zbrodnią. Owo oczekiwanie internalizacji szczególnej winy i odpowiedzialności Niemiec obejmuje nawet najnowsze pokolenie uchodźców, przybyłych w setkach tysięcy po 2015 roku z Syrii, Iraku i Afganistanu. Jedna z dziwniejszych debat politycznych wywołanych ich przybyciem dotyczyła kwestii, czy wizyta w byłym obozie koncentracyjnym powinna być dla najnowszych imigrantów obowiązkowa 7. Choć do tego nie doszło, wielu uchodźców rzeczywiście zabrano na wycieczki do Dachau, Buchenwaldu i Oranienburga w ramach szkoleń wprowadzających do życia w Niemczech. Choć brzmi to dziwnie, by zostać Niemcem – najwyraźniej należało także przyjąć niemiecką winę.
Być może najbardziej dobitny symbol zaangażowania Niemiec w pamiętanie o swoich zbrodniach znajduje się w sercu Berlina, tuż na południe od Bramy Brandenburskiej, i jest wielkim terenem pokrytym rzędami betonowych steli. Tutaj właśnie, w zasięgu wzroku z parlamentu federalnego, zjednoczone Niemcy zbudowały gigantyczny pomnik swoim ofiarom. Na obszarze mogącym pomieścić trzy boiska piłkarskie ustawiono w symetrycznych rzędach dwa tysiące siedemset jedenaście steli z ciemnoszarego betonu, ale nierówny teren i zróżnicowana wysokość steli przyczyniają się do poczucia zagubienia i niepokoju, jak w labiryncie. Fakt, że pomnik zajmuje część najbardziej ikonicznego terenu inwestycyjnego w stolicy, odzwierciedla centralne miejsce, jakie Zagłada zajmuje w zbiorowym sumieniu państwa.
Niemieckie ludobójstwo jak żadne inne wydarzenie zdefiniowało współczesne, demokratyczne Niemcy. Pomaga to wyjaśnić wiele powojennych osobliwości kraju. Niewzruszony pacyfizm i skomplikowana konstytucja, niechęć do machania flagą i patriotycznej retoryki oraz głęboka nieufność wobec charyzmatycznych przywódców – korzenie tych i tysiąca innych zwyczajów, obyczajów i konwencji współczesnych Niemiec można prześledzić wstecz, cofając się do Zagłady. Republika Federalna Niemiec określiła się – musiała się określić – w opozycji do tej historycznej plamy. Jeśli istniała jakaś szansa narodowego odkupienia po zamordowaniu sześciu milionów Żydów (i śmierci ponad pięćdziesięciu milionów żołnierzy i ludności cywilnej w wyniku agresywnej wojny Hitlera), nowe Niemcy musiały udowodnić, że są inne. Ta konieczność wsparła rozwój moralnego absolutyzmu, ujętego w takich wezwaniach jak to wygłoszone przez Theodora W. Adorna, potężną postać powojennego życia intelektualnego. Po powrocie z emigracji w Stanach Zjednoczonych w 1949 roku wygłosił on znane wezwanie do rodaków, by porzucili poezję. „Pisanie poezji po Auschwitz jest barbarzyństwem” 8 – oznajmił w eseju. Samo wezwanie powszechnie zignorowano, ale stanowiącego jego podstawę przesłania o pokucie i pęknięciu już nie. Zagłada pozostawiła Niemcy z dwoma prostymi przykazaniami: nigdy nie zapomnieć, nigdy nie powtórzyć.
Taki nakaz moralny nie od razu zyskał powszechną akceptację, a w latach tużpowojennych niemal nie istniał. Na sali sądowej pozostał wyjątkiem przez niemal całą historię Republiki Federalnej. Niska liczba wyroków skazujących po 1949 roku, gdy Niemcy odzyskały pełną niepodległość, opowiada tylko część historii. Na każdego uznanego za winnego przypadały bowiem tysiące tych, którzy uniknęli kary. Jednak nawet tych, którzy stanęli przed sądem, traktowano z niewyobrażalną łagodnością, a prokuratorzy i sędziowie robili, co mogli, żeby zminimalizować winę oskarżonych.
Dobrym przykładem jest prowadzony w 1955 roku proces Paula Wernera Hoppego, kierującego Stutthofem w czasie, gdy Dey był tam strażnikiem. Hoppe należał do garstki komendantów obozów koncentracyjnych, którzy stanęli przed zachodnioniemieckim sądem. Urodzony w Berlinie w 1910 roku, w czerwcu 1932 roku wstąpił do NSDAP, a rok później został członkiem SS. Zaangażowanego i ambitnego młodego człowieka skierowano na szkolenie dla przyszłych przywódców SS, a następnie jako oficera SS do obozów w Dachau i Lichtenburgu. W 1936 roku ożenił się z córką komendanta obozu w Lichtenburgu. W 1942 roku został ranny podczas walk na froncie wschodnim i w tym samym roku mianowano go komendantem obozu w Stutthofie. Aresztowany przez Brytyjczyków w 1946 roku Hoppe zdołał uciec do Szwajcarii, zanim władze przekazały go Polsce (gdzie niewątpliwie czekałby go wyrok śmierci). Powrócił do Niemiec w 1953 roku, został ponownie aresztowany i stanął przed sądem w Bochum razem z innym esesmanem ze Stutthofu, Otto Karlem Knottem. Akt oskarżenia zarzucał Hoppemu nadzorowanie zamordowania setek Żydów w wagonie kolejowym przerobionym na komorę gazową. Prokuratorzy zarzucali mu również udział w zabijaniu więźniów strzałami w tył głowy i zastrzykami benzyny w serce. W rzeczywistości Hoppe odpowiadał za zabicie dziesiątków tysięcy więźniów Stutthofu w latach 1942–1945. Jednak w tamtym czasie – i przez następne dekady – prokuratorzy i sędziowie woleli ograniczać liczbę ofiar, by zgromadzić solidne dowody przestępstwa i skupić się tylko na tych morderstwach, które dało się konkretnie i precyzyjnie przypisać oskarżonemu. Jak się okazało, nie tylko to stanowiło problem, gdy 16 grudnia 1955 roku sąd wydał wyrok. Sędziowie uznali, że zarówno Hoppe, komendant, jak i Knott, który własnymi rękami wrzucał granulki śmiercionośnego cyklonu B do komory gazowej, występowali jedynie jako pomocnicy w morderstwach. Zdaniem sędziów obaj mężczyźni byli zaledwie „pionkami” w szerszym układzie, „sprowadzonymi na manowce i uwiedzionymi” przez nazistowskich przywódców. Ich przestępstwa były „stosunkowo niewielkie, jeśliby je porównać z ogromną winą tych, którzy ponosili największą odpowiedzialność” 9. Komendanta Stutthofu, człowieka, który wydał rozkazy zamordowania dziesiątek tysięcy niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci oraz nadzorował ich wykonanie, skazano na zaledwie pięć lat i trzy miesiące więzienia. Gdyby skazano go nie jako współsprawcę, lecz sprawcę – choćby jednego morderstwa – czekałoby go dożywocie. Knott otrzymał wyrok trzech lat i trzech miesięcy.
W apelacji wyroku nie podtrzymano i Hoppego ostatecznie skazano na dziewięć lat. Jednak federalny sąd apelacyjny nie zakwestionował podstawowego argumentu sądu niższej instancji – że Hoppe i Knott działali jedynie jako pomocnicy. Były komendant wyszedł z więzienia w 1960 roku – zaledwie trzy lata po wydaniu dłuższego wyroku – i żył spokojnie w Bochum aż do śmierci w 1974 roku.
Pobłażliwość wobec zwierzchnika Deya nie była bynajmniej przypadkiem odosobnionym. Niemieckie sądy wykazały szczególną niechęć do skazywania tak zwanych Schreibtischtäter, czyli „przestępców zza biurka” – rozlicznych urzędników, których morderczy wkład w Zagładę miał miejsce z dala od obozów, ale mimo to okazał się kluczowy. Dobrym tego przykładem jest sprawa Benno Martina, wysokiego oficera SS i szefa policji w Norymberdze od 1934 roku do końca wojny. Jako wysokiej rangi działacz NSDAP i weteran SS Martin należał do wybrańców zaproszonych do wysłuchania niesławnego przemówienia szefa SS Heinricha Himmlera, wygłoszonego 4 października 1943 roku w Poznaniu. Był to pierwszy znany przypadek, gdy nazistowski przywódca otwarcie mówił o eksterminacji Żydów. Himmler chwalił członków SSodpowiedzialnych za masowe morderstwa: „Większość spośród was tu obecnych wie, co znaczy, kiedy setka zwłok leży obok siebie, kiedy pięćset czy tysiąc zwłok leży przed nami. To przejść i pomimo tego – pominąwszy odosobnione przypadki ludzkiej słabości – pozostać porządnym człowiekiem, to nas zahartowało. Jest to, nigdy nienapisana i nigdy niemająca zostać zapisaną, chwalebna karta naszej historii” 10.
Martin był osobiście odpowiedzialny za deportacje co najmniej tysiąca Żydów z Norymbergi i z otaczającej ją Frankonii w listopadzie 1941 roku. Niegdyś kwitnąca społeczność żydowska, której korzenie sięgały XII wieku, pod jego rozkazami właściwie przestała istnieć. Po wojnie Martina aresztowano i internowano, jednak mimo podejmowanych przez miejscowych prokuratorów licznych prób postawienia go przed sądem nie udało się doprowadzić do skazania – nawet jako współwinnego. Co więcej, wyrok wydany w 1953 roku przez norymberski sąd chwalił Martina za oddanie sprawie „utrzymania porządku i rządów prawa w dziedzinie, za którą był odpowiedzialny”, oraz za wysiłki na rzecz „ułatwienia sytuacji żydowskiej ludności i chronienia jej przed atakami” 11. Sędziowie argumentowali następnie, że „jeśli chodzi o kwestię żydowską, doktor [Martin] był zdania, że można się nią zajmować jedynie w ramach rządów prawa, uznając potrzebę humanitaryzmu” 12. Sąd wskazał także z aprobatą, że Martin starał się zapewnić, by „frankońskim Żydom oszczędzono upokorzeń, obrazy i brutalności podczas ewakuacji i by odnoszono się do nich w sposób poprawny i ludzki” 13. Został uniewinniony. Wyrok podobno wywołał aplauz i radość wśród śledzącej proces publiczności.
Norymberski werdykt szokuje z wielu powodów, a jednym z nich jest bezmyślne zastosowanie nazistowskiej terminologii i sposobu myślenia. Odnosi się do „kwestii żydowskiej”, jak gdyby ta kwestia – czy należy pozwolić Żydom żyć w Niemczech – była w jakiejkolwiek mierze legalna. Wyrażenie to należało do repertuaru narodowosocjalistycznej propagandy i nie powinno być dla niego miejsca na sali sądowej w powojennych demokratycznych Niemczech. To samo można powiedzieć o słowie „ewakuacja”, które normalnie oznacza przeniesienie ludzi w bezpieczniejsze miejsce. W żargonie Trzeciej Rzeszy odnosiło się do wepchnięcia wielkiej liczby Żydów do wagonów kolejowych i wysłania ich na śmierć. Mamy też nawiązanie sądu do „ludzkiego” traktowania podczas organizacji deportacji, co sugeruje, że odpowiedzialność Martina za wysyłanie Żydów do komór gazowych uległa w jakiś sposób pomniejszeniu przez fakt, że w pierwszym etapie podróży nie spotykało ich bezsensowne okrucieństwo i publiczne upokorzenie.
Przy wszystkich różnicach przypadki Paula Wernera Hoppego i Benno Martina uwidoczniły kilka wspólnych cech powojennego podejścia Niemiec do ścigania nazistowskich zbrodniarzy. Pierwsza to powszechna tendencja sądów do zrzucania większości, a nawet całości winy na Hitlera i garstkę przywódców wysokiej rangi – i traktowania całego łańcucha podległych im dowódców albo jako zwykłych pomocników, albo wręcz całkowicie niewinnych ludzi. Jak zauważył wówczas sarkastycznie pewien niemiecki profesor prawa: „Jeden przestępca i sześćdziesiąt milionów pomocników, czyli: naród niemiecki, naród pomocników” 14.
Pod wieloma względami takie podejście odzwierciedlało dość powszechnie panujący w powojennych Niemczech nastrój, gdy miliony zwykłych ludzi nagle stanęły przed wyzwaniem usprawiedliwienia swego zachowania – co więcej, swoich zbrodni – w czasie narodowosocjalistycznych rządów. Dla wielu osób oznaczało to przyjęcie roli uwiedzionych – być może łatwowiernych, ale w sumie niewinnych, zbyt patriotycznych i zbyt naiwnych, by przejrzeć kłamstwa Hitlera. Tym osobistym mitom towarzyszył pogląd, że niektóre grupy – szczególnie oficerowie i żołnierze Wehrmachtu, ale także niemieccy urzędnicy, sędziowie i prawnicy – wypełniali jedynie swój obowiązek. Inaczej niż na przykład SS i Gestapo, ci lojalni służący systemu „pozostali czyści”. To pojęcie „czystego Wehrmachtu” przetrwało w niemal nienaruszonej formie aż do połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy burzliwe kontrowersje wywołała wystawa dokumentująca zbrodnie niemieckich sił zbrojnych podczas II wojny światowej i udział żołnierzy Wehrmachtu w Zagładzie.
Jedyną kategorię nazistowskich zbrodniarzy, którą niemieckie sądy osądzały ze szczerą chęcią, stanowili brutalni oprawcy. „Szczególne okrucieństwo” znamionujące działania tych mężczyzn i kobiet osiągało taki poziom sadyzmu i brutalności, że wyróżniali się oni nawet wśród członków SS. Na przykład Hermine Braunsteiner była budzącą szczególny strach strażniczką w obozie śmierci na Majdanku. Po wojnie poznała amerykańskiego żołnierza, wyszła za niego i przeniosła się z nim do USA. Zidentyfikowano ją i ostatecznie odesłano do Niemiec dopiero w 1973 roku. Stanęła przed sądem w Düsseldorfie, gdzie uznano ją za winną współuczestnictwa w zagazowaniu ponad setki dzieci na Majdanku i skazano na dożywocie. Jednak tych, którzy śledzili proces, uderzyła nie tyle jej konkretna rola w obozie, ile opowieści o jej wyjątkowej brutalności: na przykład kopaniu więźniarek butami o stalowych czubkach, chwytaniu dzieci za włosy i wrzucaniu na ciężarówki zawożące je do komór gazowych czy biczowaniu kobiet na śmierć 15. Jej przezwisko, według ocalałych, brzmiało „Kobyła”.
Inny przypadek szczególnego okrucieństwa rozpatrywał sąd w Bayreuth w 1957 roku. Oskarżonym był oficer SS Martin Sommer, skazany na dożywocie za torturowanie i mordowanie więźniów w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Sommera, znanego jako „kat Buchenwaldu”, opisano w akcie oskarżenia jako człowieka odpowiedzialnego za „prawdopodobnie najohydniejszy zestaw sadystycznych potworności odkrytych po wojnie” 16. Bił i torturował ofiary na śmierć, zabijał kierowany żądzą krwi; pewnego księdza zamordował, oblewając go wodą i pozostawiając związanego w nocy na dworze, gdzie duchowny zamarzł 17.
W obu przypadkach sądy niewątpliwie wydały właściwy wyrok (gdyby sądzono ich przed 1949 rokiem, Braunsteiner i Sommer zapewne otrzymaliby kary śmierci). Równocześnie nieuchronnie nasuwa się wniosek, że powojenne sądownictwo w Niemczech nie dostrzegało szerszego obrazu. Niewygodną prawdą jest to, że odrażające czyny Braunsteiner i Sommera były nie tylko szczególnie okrutne, ale także wyjątkowe. Zdecydowana większość ofiar Zagłady nie zmarła w wyniku indywidualnego sadyzmu lub brutalnych czynów strażników więziennych. Zmarła na skutek morderczego systemu, który działał – i mordował – niezależnie od tego, czy uczestniczące w nim osoby były sadystami, czy nie, czy źle się czuły w swojej roli, czy nie, czy podobało im się to, co widzą, czy nie, czy zamierzały zostać mordercami, czy nie. W większości przypadków mężczyźni i kobiety na ponurym końcu tego morderczego łańcucha, Braunsteinerowie i Sommerowie, byli całkowicie zastępowalni. Otrzymali możliwość zaspokojenia swoich sadystycznych skłonności tylko dlatego, że ludzie wyżsi rangą, potężniejsi i bardziej inteligentni niż oni zbudowali pozwalający im na to system. Jednak ci wyżsi rangą i potężniejsi ludzie często wymykali się ze znacznie lżejszymi wyrokami – jeśli w ogóle zostawali oskarżeni i postawieni przed sądem. Jak piszą Hans-Christian Jasch i Wolf Kaiser w książce o postępowaniu niemieckich sądów w procesach związanych z Zagładą: „Ściganie przestępców w Republice Federalnej Niemiec koncentrowało się na sadystycznych zbrodniarzach, tworzących personel obozów, oraz współpracujących z nimi kapo [więźniów pełniących funkcje strażników]. Mieszczańscy, wykształceni na uniwersytetach Schreibtischtäter, którzy zazwyczaj zdążyli się już dobrze wpasować w powojenne społeczeństwo, najczęściej pozostawali bezkarni” 18.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
1 Wszystkie cytaty z przesłuchań pochodzą z dokonanej przez autora transkrypcji oficjalnych nagrań procesu znajdujących się w państwowym archiwum w Hamburgu. Pierwsza wymiana zdań jest wyjątkiem, ponieważ w pierwszym dniu procesu rejestrowanie zaczęto później. Została odtworzona na podstawie robionych na bieżąco notatek autora.
1 W. Renz, Auschwitz vor Gericht. Fritz Bauers Vermächtnis und seine Missachtung, Hamburg: Europäische Verlagsanstalt, 2018, s. 188.
2 A. Eichmüller, Die Strafverfolgung von NS-Verbrechen durch westdeutsche Justizbehörden seit 1945, „Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte” 2008, Bd. 56, Nr. 4, s. 639.
3 Tamże.
4 W. Renz, Auschwitz vor Gericht, dz. cyt., s. 188.
5 Tamże.
6Stutthof. Ein Konzentrationslager vor den Toren Danzigs, hrsg. von H. Kuhn, Bremen: Edition Temmen, 2016, s. 93.
7 M. Hollstein, SPD-Politikerin fordert KZ-Pflichtbesuch für Deutsche und Migranten, „Bild am Sonntag”, 7.01.2018, bild.de, tinyurl.com/567khsmb, dostęp: 11.09.2025.
8 Th. Adorno [w:] Prismen, Kulturkritik und Gesellschaft, München: DTV, 1963, s. 26. Słynne wezwanie niemal na pewno nie miało być traktowane dosłownie, ale „dictum Adorna” i tak stało się po wojnie punktem odniesienia dla niemieckich intelektualistów i pisarzy. Zob. także: K. Hoffmann, Poetry after Auschwitz – Adorno’s Dictum, „German Life and Letters” 2004, vol. 58, no. 2 (April), s. 182–194.
9 H.-Ch. Jasch, W. Kaiser, Der Holocaust vor deutschen Gerichten. Amnestieren, Verdrängen, Bestrafen, Stuttgart: Reclam, 2017, s. 85.
10Przemówienia poznańskie, pl.wikipedia.org, tinyurl.com/2p9jvxfs, dostęp: 11.09.2025.
11 H.-Ch. Jasch, W. Kaiser, Der Holocaust vor deutschen Gerichten, dz. cyt., s. 51.
12 Tamże, s. 52.
13 Tamże, s. 53.
14 J. Baumann, Beihilfe bei eigenhändiger voller Tatbestandserfüllung, „Neue Juristische Wochenschrift” 1963, s. 561.
15 D. Martin, A Nazi Past, a Queens Home Life, an Overlooked Death, „The New York Times”, 2.12.2005.
16West Germany. The Monster, „Time Magazine”, 14.07.1958.
17 Tamże.
18 H.-Ch. Jasch, W. Kaiser, Der Holocaust vor deutschen Gerichten, dz. cyt., s. 34.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
