Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Bartosz Szczygielski, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz
Redakcja: Agnieszka Pawlikowska
Korekta: Aleksandra Trzyszczyk, Mirosław Krzyszkowski
Projekt okładki i strony tytułowe: Mariusz Banachowicz
Projekt okładki został przygotowany z wykorzystaniem
elementów graficznych wygenerowanych przez narzędzia AI.
Zdjęcie autora: © Mikołaj Starzyński
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-26-5
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Świat nie jest miejscem dla leworęcznych.
Jest piekłem ze spiralnymi schodami i czarnym dymem. Do tej pory Agnieszka nie zdawała sobie sprawy z czyhających na nią niebezpieczeństw, ale to miało się właśnie zmienić. Nie rozumiała, co się wokół dzieje. Lampka nocna stojąca obok łóżka nie świeciła. Pomimo tego w pokoju było jasno jak w samo południe. Wtedy zobaczyła ogień. Cała ściana, przy której stał mały regał z książkami, pochłonięta została przez płomienie. Chciała krzyknąć, ale ledwie mogła przełknąć ślinę.
Złapała swojego najlepszego przyjaciela leżącego na poduszce i wybiegła na korytarz. Czuła pod bosymi stopami, jak podłoga staje się coraz cieplejsza, a kiedy podniosła głowę, nie widziała już sufitu. Ukrywał się pod grubą chmurą dymu. Z każdej strony otaczały ją płomienie. Ściskała w dłoni łapkę pluszowego misia, którego dostała od rodziców, by nie płakała w nocy. Od dawna już tego nie robiła. Pan Puchaty jej w tym pomagał, a teraz bała się, że ogień pełzający po ścianach zaatakuje jego futerko. Przycisnęła maskotkę mocniej do piersi.
– Nie bój się.
Musiała mówić głośno, by miś na pewno usłyszał słowa pocieszenia. Płomienie strasznie hałasowały. Podchodziły do nich coraz bliżej, jakby się skradały, i wyciągały w ich stronę swoje gorące paluchy. Całą piżamę miała mokrą i było jej tak gorąco jak wtedy, kiedy mama otworzyła piekarnik, a nagrzane powietrze buchnęło prosto w jej twarz. Agnieszka wiedziała, że musi znaleźć wyjście, ale nie wiedziała, w którą stronę powinna iść. Zgubiła się w nowym domu. Rodzice przywieźli ją tutaj zaledwie dwa dni temu. Nie zdążyła poznać wszystkich zakamarków i przyzwyczaić się do tego, że wszystko jest inne. Zacisnęła oczy, przytuliła misia i ruszyła przed siebie.
Coraz gęstszy dym ledwo pozwalał jej dostrzec schody. Wyciągnęła dłoń, by złapać się poręczy. Mama powtarzała, że zawsze ma się jej trzymać, schodząc, bo inaczej spadnie. Teraz też chciała to zrobić, ale nie mogła jej znaleźć. Powinna być po lewej stronie, jak w ich poprzednim domu, ale poczuła jedynie, jakby coś ją ugryzło w dłoń. Syknęła z bólu, straciła równowagę i poleciała do przodu. Nie wiedziała nawet, kiedy wypuściła misia. Obijała się o drewniane stopnie, a kiedy w końcu się zatrzymała, ręce bolały ją tak bardzo, że nie miała siły podnieść się z podłogi.
– Tata…
Chciała zawołać go raz jeszcze, ale coś drapało ją w gardle, jakby zabraniało jej się odzywać. Podniosła się z trudem z podłogi i spojrzała na schody. Pana Puchatego nie widziała na stopniach. Musiał zostać na samej górze, a gdy uniosła głowę, zobaczyła jedynie ogień. Wielki i przerażający. Cofnęła się, a kiedy odwróciła od niego wzrok, dostrzegła dziewczynkę w takiej samej piżamie jak jej. Stała kilka kroków od niej i powtarzała każdy jej ruch. Agnieszka podnosiła prawą rękę, ta unosiła lewą, jakby ją przedrzeźniała. Chciała ją ostrzec. Powiedzieć, że jej piżamka na plecach się pali, topiąc skórę jak masło. Spoglądała w lustro i wtedy dopiero zaczynała krzyczeć.
Zawsze budziła się w tym samym momencie.
Zlana potem i wymęczona, jakby przebiegła półmaraton. Agnieszka Jaworska wyprostowała się i ściągnęła z siebie kołdrę obciążeniową. Cholerstwo ważyło osiem kilogramów. Miało jej pomóc z bezsennością, ale nie działało. Powodowało za to więcej stresu i frustracji, bo kiedy przychodziło do zmiany pościeli, ledwo potrafiła sobie z tym poradzić. Spuściła nogi na podłogę i z ulgą stwierdziła, że jest zimna. Pan Puchaty leżał przy szafce nocnej, spoglądając na nią oczami, które już dawno straciły swoją iskrę.
– Nic mi nie jest – wyszeptała, wstając. – Słowo.
Podniosła pluszaka z podłogi i ułożyła na poduszce. Zabrała telefon z szafki i na palcach wyszła z sypialni. Uwielbiała noc. Ciszę panującą w bloku i na ulicach. Czasem gdzieś w oddali słyszała jedynie warkot silnika przejeżdżającego samochodu lub pojedyncze krzyki. Dwie ulice dalej otworzyli klub, który w ciągu kilku tygodni stał się jednym z najpopularniejszych miejsc w stolicy. Całe szczęście ona tego nie odczuwała, ale współczuła mieszkańcom wieżowców, które znajdowały się tuż obok.
Przeszła do kuchni, odłożyła smartfon na blat i otworzyła lodówkę. Jasne światło zmusiło ją do przymknięcia powiek, a kiedy wzrok przyzwyczaił się do nagłej zmiany, sięgnęła po karton mleka. Półtora procent, bez laktozy i o zaskakująco słodkim posmaku. Odkręciła zakrętkę i przyssała się do opakowania. Łapczywie brała kolejne łyki. Nie przeszkadzało jej nawet to, że mleko ścieka po brodzie, a następnie ląduje na podłodze.
– Prosiłam cię, żebyś nie piła bezpośrednio z kartonu.
Marta Wasilewska stała w progu kuchni i spoglądała na Agnieszkę tak, jakby ta zjadła ostatni kawałek ciasta ze świąt.
– Obudziłam cię?
– Robisz to za każdym razem – odparła Marta, podchodząc. – Jaworska, chodzisz jak słoń.
– Wybacz.
– Która godzina?
Agnieszka odstawiła mleko do lodówki i stuknęła palcem w wyświetlacz telefonu.
– Piąta czterdzieści.
– To nie opłaca się już wracać do łóżka – zauważyła Marta i włączyła światło w kuchni. – Zrobisz kawę?
– Jasne.
W ciągu kilku minut wydarzy się to, co zawsze, kiedy Agnieszka miała koszmar. Nie zamierzała przechodzić przez tę rozmowę, więc postanowiła uprzedzić Martę.
– Nic mi nie jest – powiedziała, podchodząc do ekspresu i włączając urządzenie. – Zły sen. Nic więcej.
– Kolejny w ostatnich tygodniach. Umówię cię do lekarza.
Ekspres oznajmił, że potrzebuje uzupełnienia wody w zbiorniku. Agnieszce dało to dodatkowe kilka sekund na wymyślenie odpowiedzi. Nie chciała po raz kolejny kłamać, ale nie miała też ochoty na wizytę u psychologa, który będzie próbował wmówić jej, że sny reprezentują ukryte lęki. Tłumaczyć, że ogień jest formą oczyszczenia. Reprezentuje zmianę, która następuje w życiu Agnieszki i odbija się na jej psychice. To wiedziała sama i nie musiała płacić nikomu trzech stów za tłumaczenie podstawowych mechanizmów.
– Wiesz, że nie pójdę – odparła, wsuwając pojemnik z wodą na miejsce. – Mamy zaraz zamknięcie kwartału. Będę zakopana w dokumentach.
– Trochę za często używasz tej wymówki.
– Dalej jest aktualna.
Wybrała na wyświetlaczu czarną kawę i ściągnęła z ociekacza ulubiony kubek Marty. Kupiła go jej kiedyś w Starbucksie i nie wyróżniał się absolutnie niczym, oprócz zawyżonej ceny. Zwykła biała ceramika z nieregularnymi wzorami na bokach, ale z jakiegoś powodu Agnieszce kojarzył się z Martą. Jakby przez ten chaos przebijał się porządek. Patrząc na kubek, odnosiła wrażenie, że wszystko się jakoś ułoży. Spoglądała, jak do środka nalewa się kawa, i czekała, aż ukochana stanie za nią i ją przytuli. Robiła tak każdego poranka i tym razem Jaworska też nie musiała długo czekać.
– Nie lubię, jak coś cię dręczy. – Marta położyła brodę na ramieniu Agnieszki i łagodnie przejechała po nim palcami. – Po prostu się o ciebie martwię.
– To możesz przestać. To tylko zły sen, nic więcej. Tak jak ten, w którym gonił cię klaun z siekierą, pamiętasz?
– Musiałaś do tego wracać? – zaśmiała się Marta. – Teraz to i ja nie będę mogła spać.
– Wątpię.
Agnieszka wzięła kubek z ekspresu, odwróciła się i wręczyła go Marcie. Patrząc na stojącą przed nią kobietę, poczuła się zupełnie bezbronna. Widziała w niej tylko to, co najlepsze, i wiedziała, że jej partnerka czuje podobnie. Inaczej Jaworska nigdy nie zdecydowałaby się wyznać tego, co ciążyło jej na duszy przez ostatnie dni.
– Nie chcę tam jechać.
– Wiem.
– To nic nie zmieni – dodała. – Ona nie żyje.
Marta nie odpowiedziała. Nie musiała, a i Agnieszka nie chciała słyszeć słów pocieszenia. Potrzebowała czegoś innego, ale alkohol o szóstej rano nie jest dobrym pomysłem. Wprawdzie gdzieś na świecie jest już wieczór, a stojące na blacie białe półwytrawne wino wyglądało kusząco, ale nie chciała się później tłumaczyć ze swojego oddechu. Wytrzyma te kilka godzin w pełnej trzeźwości. Przynajmniej ceremonia miała być świecka i z tego, co udało jej się dowiedzieć, całość miała zająć nie dłużej niż godzinę.
– Nie jedziemy tam dla niej – powiedziała po chwili Marta. – Twój ojciec się ucieszy.
– Wiesz, że nie lubię, jak używasz racjonalnych argumentów, kiedy marudzę.
Jedną z niezwykłych umiejętności Marty, która doprowadzała czasem Agnieszkę do furii, było to, jak podchodziła do rzeczywistości. Nie wymyślała problemów, nie tworzyła scenariuszy w głowie i jeżeli zamartwiała się bez potrzeby, skutecznie to maskowała. Stanowiła głos rozsądku w ich związku.
– Pójdę pod prysznic i wyprasuję ci sukienkę. – Wasilewska wzięła łyk kawy, krzywiąc się, jakby trafiła na rodzynkę w serniku. – Trzeba puścić odkamienianie. Weź spróbuj.
Podsunęła kubek pod usta Agnieszki.
– Kocham cię, ale jak raz jeszcze spróbujesz mnie otruć, złamię ci udo – zaśmiała się Jaworska. – Nie istnieje coś takiego, jak kawa bez mleka.
– Czasem zapominam, jak dziwna jesteś. Dasz sobie radę?
– Z czym? Ze zrobieniem normalnej kawy?
– Wiesz, o czym mówię. – Marta dotknęła dłonią twarzy Agnieszki. – To nie będzie łatwy dzień.
– Nie będzie – przyznała, przesuwając się w stronę lodówki. Nagle poczuła, że potrzebuje przestrzeni. – Chcę mieć to za sobą.
Sięgnęła po mleko i postawiła karton przy ekspresie. Włożyła do niego rurkę do spieniania i podstawiła swój kubek pod dysze. Wpatrywała się w ekran urządzenia, dopóki Marta nie wyszła z kuchni. Po chwili usłyszała dźwięk lejącej się wody. Dopiero wtedy kliknęła odpowiednią opcję i zajęła się obserwowaniem tego, jak przygotowywany jest jej napój. Tak naprawdę to nie miała ochoty na kawę. Najchętniej wpełzłaby do łóżka, zwinęła w kłębek i wróciła do świata dopiero jutro. Na myśl o tym, że musi jechać na pogrzeb kobiety, która ukradła jej życie, robiło jej się niedobrze.
Zaczęła wyczuwać, że coś jest nie tak, kiedy weszła w okres dojrzewania. Trudno było jej nawiązać kontakt z matką. Miała jej oczy, tego była pewna, ale kobieta podająca się za jej rodzicielkę zdawała się kimś… obcym. Oschłym, zdystansowanym i niechętnym. Dzieliła je ściana niezrozumienia. Dotyczyło to każdego tematu. Począwszy od szkoły, a skończywszy na związkach. Agnieszka nie miała z dzieciństwa żadnego miłego wspomnienia. Potrafiła wrócić pamięcią do wydarzeń, kiedy miała może z dziesięć lat, ale wszystko, co wydarzyło się wcześniej, było białą plamą. Jakby obudziła się ze śpiączki i trafiła do koszmaru. Uwolniła się z niego, kiedy wyjechała na studia, a przez ostatnich dwadzieścia kilka lat widziała matkę raptem kilka razy. Kiedy dowiedziała się, że ta nie żyje, nic nie poczuła. Dopiero teraz coś nieśmiało zaczęło uciskać ją w żołądku. Z zamyślenia wyrwał ją głośny szum.
– Cholera.
Mleko się skończyło, a z dyszy zaczęło lecieć gorące powietrze. Odstawiła swój kubek na bok i wyłączyła urządzenie. Zgniotła karton i wyrzuciła do odpowiedniego pojemnika pod zlewem. Jeden z czterech koszy był już solidnie przepełniony. Marta upychała papiery do momentu, aż to Agnieszka miała dość bałaganu. Schyliła się i wyciągnęła karton, w którym przyszły do nich ostatnio książki. Dalej miał naklejoną etykietę adresową, więc otworzyła szufladę i wyjęła z niej nożyczki.
Świat nie jest miejscem dla leworęcznych, pomyślała, próbując ułożyć wygodnie palce prawej dłoni na rączkach. Obiecywała sobie od miesięcy, że w końcu kupi nożyczki dla leworęcznych. W takich chwilach żałowała, że nie poprosiła o to Marty, bo teraz nie miałaby problemu. Westchnęła, ale udało jej się w końcu wyciąć etykietę adresową z kartonu. Spuści ją później w niszczarce. Wyrzuciła karton do śmietnika, złapała za kubek i usiadła na krześle przy stole. Partnerka skończyła się kąpać, więc za kilka chwil usłyszy dźwięk suszarki dochodzący z sypialni i dopiero wtedy będzie mogła udać się do łazienki.
Wpatrywała się w płytki nad kuchenką, które od kilku tygodni domagały się czyszczenia.
Wmawiała sobie, że za kilka godzin będzie po wszystkim. Ciało jej matki znajdzie się trzy metry pod ziemią. Zamknęła oczy, a pod powiekami widziała tylko dwie rzeczy.
Ogień i twarz kobiety, która ukradła jej życie.
***
„Śmierć to wredna suka”.
Słowa wypowiedziane przez mistrza ceremonii mocno rezonowały w głowie Agnieszki. Po pierwsze nie spodziewała się wypowiedzi w takim tonie, a po drugie były one wyjątkowo trafne. Wprawdzie sama miewała podobne przemyślenia, jednak nie dzieliła się nimi z ludźmi na pogrzebie. Ceremonie tego typu kojarzyły jej się ze wszechobecnym smutkiem i płaczem. Tymczasem zebrani na cmentarzu żałobnicy przypominali grupkę osób, która znalazła się tutaj przypadkiem i głupio było im się rozejść. Oprócz Agnieszki i Marty nikt nie ubrał się na czarno.
Dwie kobiety stojące nieopodal nosiły piękne kolorowe płaszcze sięgające do kolan. Jeden w odcieniach fuksji, a drugi przypominający barwą lazurowe morze. Uśmiechały się od samego początku ceremonii, a sądząc po ich poziomie entuzjazmu, za chwilę mogły zacząć klaskać. Mężczyzna stojący najbliżej trumny, tuż obok ojca Agnieszki, zamiast marynarki założył świąteczny sweter z reniferem. Potrafiłaby to zrozumieć, gdyby pogrzeb odbywał się zimą, a nie w połowie kwietnia. Sądziła, że nic już jej nie zaskoczy, kiedy z głośnika stojącego obok mistrza ceremonii rozległy się dźwięki Raining Blood Slayera.
– Nie tego się spodziewałam – wyszeptała Marcie do ucha. – Dosypałaś mi czegoś do kawy?
– Chciałam zapytać o to samo.
– Myślisz, że powinna odbierać to personalnie? Ten utwór?
Marta obróciła głowę, a jej twarz wyglądała, jakby próbowała w myślach rozwiązać równanie z podwójnym całkowaniem.
– Nie mam pojęcia nawet, co to jest…
– Slayer – odparła Agnieszka, ciężko przy tym wzdychając. – To akurat o facecie, który wylądował w czyśćcu, bo w niebie go nie chcieli. Inne dzieciaki słuchały Przebojów Pana Tik-Taka, a ja znałam dyskografię Slayera na pamięć.
– To wiele wyjaśnia.
Marta przejechała dłonią po plecach Agnieszki.
– Błagam, nie włączaj tego w domu, okej?
– Postaram się – odpowiedziała z uśmiechem. – Chyba zaraz kończymy.
Agnieszka czuła lekki wstyd, mówiąc te słowa. Głównie z powodu ojca, który stał najbliżej trumny z taniego drewna i co jakiś czas przejeżdżał palcami po wieku. Obok niej na niewielkim stoliku leżały kolorowe mazaki. Kiedy utwór dobiegł końca, mistrz ceremonii złapał za jeden z nich i podniósł go wysoko do góry.
– Zgodnie z życzeniem pani Oliwii mogą państwo swoje słowa pożegnania napisać na trumnie. – Odwrócił się i wręczył flamaster ojcu Agnieszki. – Panie Michale, proszę.
Kiedy mężczyzna stanął bezpośrednio nad trumną, nie zastanawiał się długo nad tym, co napisać. Wykonał kilka powolnych ruchów ręką i odłożył pisak na wieko. Jaworska dostrzegła, jak bardzo się zmienił. Ostatni raz widziała go w święta Bożego Narodzenia dwa lata temu i już wtedy bardziej przypominał podstarzałego pana niż mężczyznę, który bez wysiłku nosił ją na barana, nawet kiedy miała dwanaście lat. Dziś poruszał się z trudem i przygarbiony, niemal w ogóle nie podnosił głowy. Agnieszkę przerażała taka wizja starości. Jej ojciec miał niecałe siedemdziesiąt lat, a wyglądał na kogoś, kto już tylko czeka na spotkanie z kostuchą.
Poczuła, jak partnerka łapie ją za rękę i mocniej ściska.
– Pójdziesz coś napisać?
– Nie – odparła automatycznie. – I tak już tego nie przeczyta.
– Wiesz, że nie o to chodzi.
Marta próbowała pociągnąć ją w stronę trumny. Agnieszka zabrała rękę, chowając ją w kieszeni płaszcza. Nie lubiła siebie w tej chwili. Wiedziała, że Marta nie będzie miała jej tego zachowania za złe, ale to w żaden sposób nie poprawiało jej humoru. Spodziewała się, że w którymś momencie emocje wezmą górę nad rozsądkiem.
– Powinnam porozmawiać z ojcem – oznajmiła. – Wrócę za pięć minut.
– Mam iść z tobą?
– Nie mam ochoty po raz kolejny tłumaczyć mu, co nas łączy.
– Rozumiem. Będę w samochodzie.
Wasilewska od zawsze była tą dojrzalszą w ich związku, a przez to wiele Agnieszkę nauczyła. Przede wszystkim o niej samej. To dzięki Marcie odkryła, że będąc razem, można też być osobno i nie trzeba się z tego tłumaczyć. Dokładnie tak jak teraz.
Zanim ruszyła w stronę ojca, poczekała, aż partnerka znajdzie się poza zasięgiem wzroku. Cmentarz komunalny miał w sobie coś przytłaczającego. Jaworska do tej pory nie miała zbyt wiele do czynienia ze śmiercią. Uczestniczyła wprawdzie w kilku pogrzebach i zdawała sobie sprawę, że wszyscy kiedyś umrą, ale dopiero tutaj docierała do niej nieuchronność tego wydarzenia.
– Suka – powiedziała do siebie, lekko się przy tym uśmiechając. – Wredna suka.
– Wypraszam sobie.
Kobieta przechodząca obok była bliska tego, by splunąć jej pod buty. Agnieszka już przymierzała się do tego, by przeprosić i wyjaśnić pomyłkę, ale nie dostała takiej okazji. Uczestniczka pogrzebu Oliwii pokręciła tylko głową i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia, mocniej przyciskając torebkę do swojego kolorowego płaszcza. Agnieszka miała dość tego dnia, a dopiero dochodziło południe. Cieszyła się, że wzięła wolne w pracy, bo na myśl o tym, że miałaby jeszcze jechać do biura, zrobiło jej się niedobrze.
Liczba żałobników wokół ojca zmniejszyła się do akceptowalnej liczby. Nie powinna dłużej odwlekać tego spotkania. Zapięła szczelniej płaszcz. Prognoza pogody zapewniała, że w drugiej połowie miesiąca będzie ponad dwadzieścia stopni, ale dziś było ledwo pięć powyżej zera.
Gdy zbliżała się do ojca, zrobiło jej się jeszcze zimniej niż podczas pogrzebu. Mistrz ceremonii skinął Jaworskiej głową, ścisnął ramię Michała w geście pocieszenia i bez słowa odszedł, zabierając ze sobą pisaki oraz głośnik bezprzewodowy. Odczekała moment i dopiero kiedy zostali sami, zdecydowała się odezwać.
– Ciekawa ceremonia. Jak się czujesz?
Jej ojciec nie odrywał wzroku od trumny. Na wieku znajdowało się kilka rysunków przedstawiających kwiaty oraz słowa pożegnania, których Agnieszka nie potrafiła jednak rozszyfrować. Zmrużyła oczy i doszła do wniosku, że czas na odkładaną od miesięcy wizytę u okulisty.
– To było ostatnie życzenie Oliwii.
– Domyśliłam się.
Stali w milczeniu, spoglądając w jednym kierunku, gdzieś ponad grobami. Minęło kilka lat od momentu, kiedy spędzili razem tyle czasu, i to bez kłótni. Cieszyła się tą chwilą, ponieważ wiedziała, że nie będzie trwać wiecznie.
– Piękna ceremonia.
– To powiedziałam.
– Powiedziałaś: ciekawa ceremonia. – Ojciec Agnieszki wyprostował się i choć dalej jego postura przypominała znak zapytania, wyraźnie rozluźniły mu się mięśnie ramion. – Mówi się: piękna ceremonia.
Westchnęła odrobinę zbyt głośno. Ojciec z pewnością to usłyszał, ale wyjątkowo postanowił nie skomentować. Przez moment zastanawiała się nawet, czy przypadkiem się nie zmienił. Odkąd pamiętała, krytykował ją i zawsze trzymał stronę matki. Miała z nim kilka miłych wspomnień z dzieciństwa, ale tych gorszych zdecydowanie więcej. Nigdy jej nie uderzył ani nie skrzywdził, a przynajmniej nie fizycznie. Kiedy Agnieszka była dzieckiem, nikt nie przejmował się tym, jak wychowanie wpływa na psychikę dziecka. Liczyło się to, by miała czyste ubrania, pełny brzuch i żeby nie zaszła w ciążę w liceum.
– Twoja koleżanka już sobie poszła? – zapytał, odwracając się do córki. – Mogła się przywitać.
Patrzył na nią z pogardą, którą mimo wszystko starał się maskować. Poczynił naprawdę duże postępy. Przy ostatniej rozmowie omal nie zwyzywał Marty i niewiele brakowało, by wyrzucił ją siłą z domu. To zrobił za pierwszym razem, choć potem próbował przeprosić. W jego słowach brakowało szczerości, a zdecydował się na to tylko dlatego, że nie chciał zupełnie stracić kontaktu z córką. Agnieszka podejrzewała, że to Oliwia go do tego namówiła. Jej matka potrafiła zmusić każdego do posłuszeństwa, choć była tak drobną kobietą, że ubrania musiała kupować w sklepie dla dzieci.
– Marta.
– Co?
– Ona ma na imię Marta – wycedziła. – Dobrze wiesz.
Widziała w jego oczach, że chce coś odpowiedzieć, ale w ostatnim momencie się rozmyślił. Odwrócił się i podszedł do stolika zostawionego przez mistrza ceremonii. Poruszał się powoli i wyglądał na kogoś, kto zanim wykona jakikolwiek ruch, musi go dwa razy przemyśleć. Wiedziała, że skończyłaby tak samo, gdyby została w rodzinnym domu dłużej. Oliwia potrafiła wysysać całą energię ze swojego otoczenia. Robiła to po cichu, tak by ofiara zorientowała się dopiero, gdy było już za późno.
Agnieszka zacisnęła zęby. Musiała się opanować i przestać tak myśleć. To już nic nie zmieni, a na pewno odbije się na jej nastroju. Wzięła głęboki oddech i podeszła do ojca. Miał na sobie jedyny płaszcz, który kiedykolwiek wisiał w jego szafie. Pamiętała go jeszcze z czasów, kiedy chodziła do szkoły podstawowej i czasem przychodził ją odebrać. Ubranie dalej wyglądało, jakby ściągnięto je przed chwilą z wieszaka w sklepie. O rzeczy dbał o wiele lepiej niż o córkę. Potrząsnęła głową, by odegnać te myśli.
– Pomóc ci to złożyć? – spytała, stając obok stolika. – Ktoś cię odwiezie do domu?
– Taksówka na mnie czeka – odparł, spoglądając w stronę wyjścia z cmentarza. – Pan Arkadiusz ma po to wrócić. Ciężko zabrać się ze wszystkim na raz.
– Zostaw to.
Do trumny podeszli pracownicy zakładu pogrzebowego. Dwóch postawnych facetów w czarnych garniturach, które wyszły z mody dwadzieścia lat temu, zajęło się uprzątaniem miejsca pochówku. Agnieszka nie miała zamiaru oglądać, jak opuszczają ciało do wykopanego wcześniej grobu i zasypują go ziemią. Złapała ojca pod ramię.
– Chodź – poprosiła. – Odprowadzę cię na parking.
Wyjątkowo się nie opierał. Wyczuła pod ubraniem, że schudł, i to dość mocno. Cała jego siła, która tak jej imponowała, kiedy była małą dziewczynką, gdzieś uleciała. Przeczuwała, że niebawem będzie musiała pojawić się na cmentarzu raz jeszcze, ale tym razem to ona będzie odpowiedzialna za przygotowanie ceremonii. Uświadomiła sobie, że nie wie, czego życzyłby sobie ojciec. Nie zamierzała go o to pytać. Niektóre pytania nigdy nie zostaną zadane i Agnieszka się z tym pogodziła. Jeżeli przyjdzie jej zająć się pogrzebem, zrobi go po swojemu. Jemu będzie już i tak wszystko jedno.
Szli alejką wzdłuż grobów w ciszy. Jaworska przyglądała się mijanym nagrobkom. Większość wyglądała na zupełnie zapomniane, przykryte warstwą zimowego brudu, którego nie potrafiły zmyć pierwsze wiosenne deszcze. Gdzieniegdzie dostrzegała pojedyncze znicze z dawno wypalonymi wkładami. Trudno jej było wyobrazić sobie bardziej przygnębiające miejsce od tego. Zrozumiała, dlaczego Oliwia chciała, by jej pochówek był nieszablonowy. Zawsze się wyróżniała. Kiedy inne matki przychodziły na wywiadówki do szkoły, ona jako jedyna zamiast trwałej na głowie miała kolorowego irokeza. Agnieszka miała wrażenie, że Oliwia przez całe swoje życie przechodziła fazę nastoletniego buntu.
Wychodząc w końcu z cmentarza, rozejrzała się po niewielkim parkingu. Marta siedziała w samochodzie i sprawdzała coś na telefonie. Nawet z daleka widziała, jak twarz ukochanej rozświetla niebieska poświata. Miała nadzieję, że nie sprawdza wiadomości z pracy, a przegląda jakieś głupoty w sieci. Po takim poranku zasłużyła na odrobinę relaksu.
– Tam stoi.
Ojciec wyciągnął rękę przed siebie i wskazał na zaparkowaną taksówkę. Biały i wyjątkowo brudny Prius stał prawie przy ulicy. Pojazd oklejony był chyba wszystkimi możliwymi nazwami przewoźników, które Agnieszka znała. Czasem zastanawiała się, co się właściwie wydarzyło z tymi taksówkarzami, którzy tak zawzięcie bronili przed laty swoich interesów, blokując przy tym ulice. Dziś chyba wszyscy stali się kierowcami Ubera czy Bolta i zapomnieli o dawnych problemach. Pieniądze pewnie im w tym pomogły, choć wątpiła, by zarabiali kokosy.
Zatrzymali się przy drzwiach od strony pasażera.
– Poradzisz sobie? – spytała, sięgając do klamki. – Może zapłacę za kurs?
– Mam pieniądze – odparł. – Poczekaj chwilę.
Zabrał rękę i zaczął przeszukiwać kieszenie płaszcza. Agnieszka wykorzystała ten moment i znów spojrzała w stronę samochodu Marty. Ta patrzyła w ich kierunku, więc Jaworska podniosła dłoń z wyciągniętym do góry palcem wskazującym. Przewidywała, że nie będzie czułych pożegnań, więc za minutę będzie już wolna.
– Oliwia coś ci zostawiła.
Michał trzymał w dłoni niewielką kopertę. Wyglądała, jakby ostatnie lata spędziła na dnie kuchennej szuflady. Pomarszczony i szary papier znaczyły plamy niewiadomego pochodzenia. Agnieszka się zawahała, ale kiedy zobaczyła wzrok ojca, złapała za kopertę.
– Testament?
– Dokumenty notarialne mam w domu – odpowiedział, opierając się o drzwi taksówki. – Oliwia wszystko mi zapisała. Chcesz sprawdzić?
– Nie.
Agnieszka w tej chwili postanowiła, że dla bezpieczeństwa powinna sprawdzić, jak zrzec się spadku. Jej matka nie potrafiła zarządzać pieniędzmi i choć wystarczało im na podstawowe potrzeby, to czasami do drzwi pukali ludzie, którzy wyglądali na komorników. Jaworska nie chciała, by jakiekolwiek długi przeszły na nią. Niezależnie od tego, co mówił ojciec, powinna sama zadbać o swoje interesy. Ufała tylko kilku osobom ze swojego otoczenia, a Michał się do nich nie zaliczał.
– Co to? – spytała, podnosząc kopertę wyżej. – Nie jest zaadresowana do mnie.
– Jest dla ciebie.
Wsiadł do taksówki i zapiął pas. Poprawił płaszcz, a następnie pochylił się, by sięgnąć do uchwytu na drzwiach.
– Miło było cię zobaczyć – powiedział, unikając jej wzroku. – Nawet jeżeli to był ostatni raz.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Ojciec zatrzasnął drzwi, a taksówka odjechała, zostawiając za sobą smród gazu. Agnieszka odczekała, aż samochód zniknie za zakrętem, i dopiero wtedy podeszła do śmietnika stojącego przy chodniku. Wewnątrz leżały zwiędłe kwiaty i wkłady do zniczów z osmalonymi od ognia brzegami. Wyciągnęła rękę z kopertą przed siebie i była gotowa pożegnać się z przeszłością. Nie interesowało jej to, co znajduje się w środku.
W domu i tak miała już wystarczająco dużo śmieci.
***
Porządek nie robił się sam.
W przeciwieństwie do bałaganu, co Marta powtarzała Agnieszce niemal od samego początku ich znajomości. Dlatego stojąc przed stołem w salonie, na którym znajdowało się zdecydowanie zbyt wiele rzeczy, Jaworska postanowiła w końcu coś z nimi zrobić. Obiecywała sobie, że posprząta ten nieład jeszcze w zeszłym tygodniu, ale kiedy dowiedziała się, że jej matka umarła, zeszło to na dalszy plan.
Na początku zebrała rozrzucone na blacie rachunki w jeden stos. Posegregowała je datami tak, by na wierzchu znajdowały się te, które musi zapłacić jeszcze w tym tygodniu. Opłatami dzieliły się po równo. Podobnie jak obowiązkami domowymi, więc pod tym względem stanowiły idealną parę. Wprawdzie nie miały możliwości zalegalizowania związku, ale też żadna z nich nie odczuwała takiej potrzeby. Agnieszka podniosła ten temat jakiś miesiąc po tym, jak zaczęły spotykać się na poważnie, i od tamtej pory do niego nie wracały. Miały z Martą również podobne podejście do kwestii dzieci. Żadnej z nich nie podobała się wizja bycia w ciąży, spuchniętych nóg oraz nacinania i zszywania części ciała, do których były przywiązane. Obie chciały mieć tylko siebie i odrobinę spokoju.
Powinna być więc szczęśliwa.
Dziś jednak tego nie czuła. I to, że gapiła się na stertę niezapłaconych rachunków, nie miało z tym nic wspólnego. Obwiniała o to coś innego. Czarną sukienkę, której nie potrafiła z siebie ściągnąć. Cuchnęła cmentarzem. Ciężkim zapachem wypalonych zniczy i przegniłych kwiatów. Agnieszka czuła go przez cały czas i w pierwszej chwili, kiedy wróciły do mieszkania, zaczęła szukać źródła zapachu. Przeszukała kuchnię, a następnie zabrała się za salon. Nie potrafiła przypomnieć sobie wszystkich kroków, ale te doprowadziły ją do tego, że zaczęła sprzątać stół. Przesunęła rachunki na bok i złapała za szczotkę do ubrań. Powinna odnieść ją do szafy w sypialni. Kiedy się odwróciła, zobaczyła stojącą w progu Martę.
– Długo mnie obserwujesz? – spytała, wymuszając na twarzy uśmiech. – To trochę niepokojące.
– Żebyś wiedziała.
Wpatrywały się w siebie przez kilkanaście sekund. Agnieszka wiedziała, że to ona powinna odezwać się jako pierwsza, by nie zmuszać ukochanej do wyciągania z niej informacji siłą.
– Jest okej. – Odstawiła szczotkę na blat. – Sponiewierało mnie to chyba trochę bardziej, niż sądziłam.
– To chyba dobry moment na Jacka.
– Tak uważasz?
– Bezapelacyjnie.
Marta weszła do salonu i od razu skierowała swoje kroki do szafki, na której stał telewizor. Na półce pod nią trzymały płyty z filmami. Zbierały je od kilku miesięcy. W ten sposób chciały uniezależnić się od platform streamingowych. Opłacały większość z nich, a często i tak kończyły wieczór, wydając dodatkowe pieniądze na to, by wypożyczyć film, na który akurat miały ochotę. Wspólnie postanowiły stworzyć bibliotekę najlepszych produkcji, tak by mieć je zawsze pod ręką, bez konieczności łączenia się z internetem. Agnieszka czasem zastanawiała się tylko, jak długo będzie działał ich odtwarzacz Blu-ray i czy są jeszcze w ogóle produkowane, jeżeli ten odmówi posłuszeństwa. Obawiała się, że za kilka lat ich kolekcja stanie się bezużyteczna, bo nie będą miały jej nawet jak odtworzyć.
Obserwowała, jak Marta przegląda pudełka w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby im umilić popołudnie. Uwielbiała patrzeć na ukochaną, kiedy ta nosiła domowe ciuchy, zmechacone dresy i wyciągniętą koszulkę ze Snoopym leżącym na dachu budy. Po mieszkaniu chodziła boso i w normalnych okolicznościach Agnieszka nie dałaby się tak podejść, jak przed chwilą. Pomimo tego, co zarzucała jej partnerka, to nie ona była w tym związku głównym źródłem hałasu.
– Dobra, mam.
Marta wyprostowała się, a w dłoni ściskała trzy pudełka.
– Na którego Jacka masz dziś ochotę? Lśnienie, Chinatown, a może Lot nad kukułczym gniazdem?
– Trudny wybór.
Agnieszka nie wiedziała, co przyciągało ją do Jacka Nicholsona, ale za każdym razem, kiedy ten pojawiał się na ekranie, czuła wewnętrzny spokój. Nawet wtedy, kiedy aktor próbował siekierą rozczłonkować swoją filmową żonę. Wyglądał na niezrównoważonego, ale w dziwny, uspokajający sposób. Podobnym uczuciem darzyła Roberta De Niro. Płakała na końcówce Taksówkarza za każdym razem, a wracała do tego filmu przynajmniej raz w roku. Obecnie miała ochotę na coś bardziej szalonego.
– Stawiam na Jacka Torrance’a. – Uśmiechnęła się. – Pasuje?
– Pewnie, ale wiesz, że dziś dałabym ci obejrzeć nawet Dwóch gniewnych ludzi.
– Nie jestem masochistką.
– Jak dobrze pamiętam, to mamy jeszcze popcorn. – Marta odstawiła pudełka z płytami na miejsce, a Lśnienie położyła na odtwarzaczu. – Zrobić już herbatę?
Agnieszka wyjrzała przez okno. Normalnie zasiadały na kanapie z gorącym kubkiem dopiero wieczorem, a do zachodu słońca zostało jeszcze kilka godzin.
– Nie za wcześnie? – Przełożyła ręce na plecy i próbowała namierzyć zamek sukienki. – Pomożesz mi?
– Zostaw, bo wyrwiesz suwak.
Posłuchała i po prostu opuściła ręce wzdłuż ciała. Czuła, jak spięte jest jej ciało. Przydałaby jej się długa, gorąca kąpiel. Zmyłaby z siebie smród tego dnia. Nie chciała tego przyznawać przed Martą, ale rzeczywiście potrzebowała dziś opieki. Coś w jej życiu zmieniło się bezpowrotnie i nic już nie mogła z tym zrobić, co tylko dodatkowo ją wkurzało. Chciała wygarnąć matce jeszcze wiele rzeczy, które dusiła w sobie przez lata. Zamiast tego po prostu się od niej odcięła. Liczyła, że kiedyś będzie jeszcze miała możliwość skonfrontowania się z Oliwią, co zostało jej brutalnie odebrane.
Czekała, aż Marta rozepnie jej sukienkę do końca, i pozwoliła na to, by ją z niej ściągnęła. Zupełnie straciła siłę do dalszych działań. Planowała wtopić się w kanapę, oglądać, jak Nicholson powoli traci zmysły, a jak dobrze pójdzie, to może zasnąć. Straciłaby kilka godzin, choć obawiała się, że znowu przyśni jej się koszmar. Nie chciała się do tego przyznawać kobiecie, z którą dzieliła życie, ale sen powracał znacznie częściej, niż Marta sądziła. Głównie wtedy, kiedy w życiu Agnieszki działo się coś stresującego.
– Nie boli cię to? – Wasilewska przejechała palcami po plecach Jaworskiej. – Blizna jest mocno zaczerwieniona.
– Pewnie obtarła się od sukienki – odparła, ściągając rajstopy do wysokości kolan i siadając na krześle. – Wszystko jest w porządku.
– Wiem, co odpowiesz, ale i tak spróbuję. Może byś poszła do dermatologa z tym?
– Spędziłam u lekarzy wystarczająco dużo czasu.
Kiedyś próbowała to policzyć, ale nie wszystkie wizyty pamiętała. Matka raz nawet zaciągnęła ją do jakiegoś znachora, kiedy miała już trzynaście albo czternaście lat. Obleśny facet, cuchnący, jakby wytarzał się w rozmarynie, wykorzystał sytuację i gapił się na dojrzewające ciało Jaworskiej tak, że do dziś przechodził ją dreszcz obrzydzenia. Twierdził, że wie, jak zaradzić jej problemom, ale musi ją wcześniej dokładnie przebadać. To wtedy ktoś po raz pierwszy dotykał piersi Agnieszki. Leżała półnaga na brudnym materacu, a facet wcierał w bliznę wyciąg ze zmielonych dżdżownic w syropie cukrowym. Oliwia przypatrywała się temu bez słowa.
Agnieszka dostała takiego uczulenia, że przez kilka dni musiała spać na brzuchu.
Dalej nie wiedziała, jak doszło do wypadku w kuchni i jak gorąca woda wylądowała na jej skórze. Oliwia nie podnosiła tego tematu. Przynajmniej Agnieszka wiedziała, dlaczego w koszmarze ma plecy całe w ogniu, i nie potrzebowała do tego rozmów z psychologiem. Sen zaczął ją nawiedzać na krótko przed maturą i męczyła się z nim od dobrych dwudziestu lat. Dziś rzadko myślała o bliźnie i nie podobało jej się to, że Marta w ogóle o niej wspomniała. Nie miało znaczenia, że robiła to z troski.
– Pójdę pod prysznic – oznajmiła, podnosząc się z krzesła. – Możesz zrobić herbatę.
Wprawdzie nie miała na nią ochoty, ale nie chciała, by Marta odniosła wrażenie, że zrobiła coś złego. Ten dzień był zbyt wyczerpujący, by kończyć go kłótnią.
– Popcorn też robić?
– Koniecznie.
Agnieszka pocałowała Martę w policzek, odebrała od niej sukienkę i ruszyła do sypialni. Weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Pięćdziesięciometrowe mieszkanie nie pozwalało na to, by często mogła cieszyć się prywatnością. Odwiesiła sukienkę do szafy, a rajstopy wrzuciła do kosza z brudami, na który nie miały miejsca w łazience. Usiadła na skraju łóżka, kładąc dłonie na kolanach. Nie wiedziała, ile czasu spędziła bez ruchu. Wyraźnie dłużej, niż chciała, ponieważ Marta weszła do sypialni już z kubkiem herbaty w dłoni.
– Chodź – powiedziała, stając obok. – Wykąpiesz się później.
– Zostawiła mi coś.
Miała wyrzuty sumienia, że nie przyznała się do tego zaraz po pogrzebie. Przekazana przez ojca koperta nie wylądowała w koszu, choć Agnieszka bardzo chciała ją tam zobaczyć. Zamiast tego ciążyła w kieszeni płaszcza. Czuła jej obecność, nawet siedząc w sypialni. Podniosła głowę i spojrzała na towarzyszkę życia, którą w jakiś sposób okłamała.
– Wiem – przyznała Marta. – Widziałam.
– Jak to?
– Kiedy szłyśmy na cmentarz, zostawiłaś wszystko w samochodzie. Nawet telefon, co zresztą ci odradzałam – przypomniała. – Jak odprowadziłaś ojca do taksówki, to wracałaś już z czymś w kieszeni. Mam doskonały wzrok. Nie to co ty.
– Mam dobry wzrok.
Niewiele brakowało, a Marta parsknęłaby śmiechem. Odstawiła kubek na komodę i usiadła obok Agnieszki na łóżku.
– Od pół roku oglądamy filmy z powiększonymi napisami, żebyś mogła cokolwiek odczytać na ekranie. Zajmują już jedną trzecią telewizora – wytknęła. – Dobra, nieważne, bo i tak cię nie przekonam. Co ci dał?
– Kopertę.
– Nie zajrzałaś do środka?
– Chciałam ją wyrzucić – westchnęła Agnieszka. – Próbowałam, ale nie mogłam. Zostawiłam ją w płaszczu.
Nie musiała nic dodawać. Rozumiały się z Martą niemal bez słów, więc ta po prostu podniosła się i wyszła z sypialni. Agnieszka przysłuchiwała się, jak stawia ciężkie kroki w korytarzu i zatrzymuje się przy wieszaku. Wstrzymała na moment oddech. Nie wiedziała, czego może się spodziewać, i tego bała się najbardziej. Zauważyła, że trzęsą jej się nogi. Wbiła paznokcie w uda, co pomogło na parę sekund.
– Wygląda na starą – powiedziała Wasilewska, kiedy wróciła do pokoju z kopertą w dłoni. – Bardzo starą.
– To samo pomyślałam.
– No i trochę śmierdzi. Chcesz, żebym ją otworzyła?
Agnieszka zaprzeczyła ruchem głowy. Wiedziała, że musi zrobić to sama. Wyciągnęła więc rękę i z lekkim ociąganiem odebrała wiadomość zza grobu. Gdy poczuła chropowaty papier pod opuszkami palców, zaczęło do niej docierać, że nie ma już odwrotu. Nie w sytuacji, kiedy tuż obok stała miłość jej życia. Chciała wyglądać na silną, choć przy Marcie nie musiała nigdy udawać. Mogła odpuścić, ale nie powinna odkładać tego w nieskończoność.
– Zerwijmy ten cholerny plaster – powiedziała, rozrywając papier. – Co może się stać?
Kiedy zajrzała do środka, poczuła się jeszcze bardziej zdezorientowana niż dotychczas. Spodziewała się zdjęć z dzieciństwa, pamiątek, a może jakichś dokumentów. Czegokolwiek, co pokazałoby, że Oliwii na niej rzeczywiście zależało. Nie doceniła jednak swojej matki.
– Co to?
– Klucz – odparła, wyjmując przedmiot. – Na dodatek zasyfiony. Wygląda, jakby otwierał jakąś skrzynię, czy coś takiego.
Odłożyła go na pościel i raz jeszcze sprawdziła wnętrze koperty. Znalazła tam niewielką kartkę, a raczej skrawek papieru wydarty z jakiegoś zeszytu. Poznała pismo Oliwii.
– To jakiś adres.
– Gdzie?
– Chyba ogródki działkowe. Te niedaleko lotniska.
Wasilewska podeszła bliżej i wyjęła kopertę z rąk Jaworskiej. Gruntownie sprawdziła jej zawartość.
– Nic więcej tam nie ma – odparła Agnieszka, podnosząc klucz. – To jakiś niepotrzebny śmieć.
– Nie mówiłaś mi, że macie jakąś działkę.
– Bo nie mamy. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem. To i tak bez różnicy.
– Dlaczego?
– Wszystko, co miała, poszło do ojca – przypomniała sobie, co jej powiedział Michał. – Zapomnij.
Niepotrzebnie mówiła to ostatnie słowo. Pragmatyzm Marty nie pozwoli na to, by zostawić jakąś sprawę nierozwiązaną. Nawet jeżeli ta nie dotyczyła bezpośrednio jej osoby.
– Pamiętasz Grześka? Tego prawnika, z którym pracowałam w poprzedniej firmie? Poznałaś go na którymś świątecznym spędzie.
– Coś kojarzę.
Skupiała się tylko na kluczu. Pocierała go rytmicznie, zdrapując brud. Powoli odsłaniała jego pierwotny wygląd i próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziała go w domu matki.
– Porozmawiam z nim. – Marta usiadła na łóżku. – Może uda się coś wywalczyć ze spadku. Przede wszystkim musimy zobaczyć testament, bo jak go nie ma, masz prawo do przynajmniej połowy majątku.
– Zobaczymy.
Na samą myśl o tym, ile musiałaby zrobić i po ilu sądach chodzić, Agnieszce zrobiło się słabo. Przytłaczały ją sprawy urzędowe i nawet jak trzeba było załatwić coś prostego, jak odebranie zaświadczenia, oblewał ją zimny pot. Wprawdzie wiedziała, że powinna zająć się tematem spadku, ale na pewno nie zamierzała tego robić od razu.
– Wskakuj w piżamę – poleciła Marta. – Lśnienie się samo nie obejrzy, a wszystkim innym zajmiemy się później.
– Tak, to dobry pomysł.
Jaworska wstała z łóżka i odłożyła klucz na komodę. W jakiś dziwny sposób przyciągał jej uwagę. Czuła, że musi go ponownie dotknąć, jakby przedmiot tego od niej wymagał. Zatrzymała dłoń tuż nad jego powierzchnią i poczuła, jak po ciele rozchodzi się znajome ciepło. To, które czuła, budząc się z koszmarnego snu. Odwróciła dłoń i przyjrzała się swoim palcom. Były całe czarne. Zbliżyła je do nosa.
Pachniały ogniem.
