Opowiadania prawie wszystkie - Edgar Allan Poe - ebook
NOWOŚĆ

Opowiadania prawie wszystkie ebook

Edgar Allan Poe

4,2

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Edgar Allan Poe – prekursor horroru i opowiadań detektywistycznych. Żył krótko i burzliwie, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, a osiągnięcia literackie okazały się nadzwyczaj trwałe. Jego utwory cieszą się niesłabnącą popularnością i powoli zdobywają uznanie również w kręgach akademickich. Sama postać amerykańskiego twórcy silnie oddziałuje na współczesną kulturę popularną, o czym świadczy niedawno nakręcony film osnuty na tajemniczych okolicznościach jego śmierci, a także obecność Poego w serialach telewizyjnych i kreskówkach. Jego twórczość silnie inspirowała i nadal inspiruje grafików, malarzy i muzyków. H.P. Lovecraft mówił o nim: „Bóg fikcji literackiej”.

Teraz Poe powraca w mistrzowskim przekładzie. Sławomir Studniarz, uhonorowany Nagrodą „Literatury na Świecie”, znakomicie oddaje walory językowe i literackie oryginału. Obok słynnych opowiadań, jak choćby: Zagłada domu Usherów, Maska czerwonego moru, Studnia i wahadło czy Czarny kot, w zbiorze znalazły się również teksty mniej znane: Eleonora, Żabi skoczek, Król Mór, System doktora Pierza i profesora Smoły czy Złoty żuk.

Gratka dla miłośników grozy, budzący dreszcz powrót do źródeł – trzydzieści dziewięć opowiadań, będących prawdziwą mieszanką wybuchową, która nieustannie zniewala kolejne pokolenia czytelników.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 779

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (6 ocen)
3
1
2
0
0

Popularność




Przekład SŁAWOMIR STUDNIARZ
Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja ITA TUROWICZ
Korekta ANNA HEGMAN, MACIEJ KORBASIŃSKI
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © for the translation by Sławomir Studniarz Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66671-96-6
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Metzengerstein

Pestis eram vivus – moriens tua mors ero.[1]

Marcin Luter

POTWORNOŚCI I KLĘSKI nawiedzają świat w każdym stuleciu. Po cóż więc nazywać epokę, w której osadzona jest ta historia? Dość powiedzieć, że w czasie, kiedy rzecz ta się dzieje, na Węgrzech szerzyła się potajemnie wiara w metempsychozę. O samej doktrynie zmilczę, nie mnie rozstrzygać o jej słuszności czy błędzie[2]. Twierdzę jednak, że nasz sceptycyzm w znacznej mierze vient de ne pouvoir être seuls[3], jak powiada La Bruyère, tłumacząc, dlaczego nie potrafimy być szczęśliwi.

Lecz pod pewnymi względami węgierska skłonność do przesądu ocierała się o niedorzeczność. Węgrzy różnili się zasadniczo od mistrzów ze Wschodu. Utrzymywali, na przykład, iż dusza, jak ujmuje to pewien błyskotliwy paryżanin, ne demeure qu’un seul fois dans un corps sensible: au reste – un cheval, un chien, un homme même, n’est que la ressemblance peu tangible de ces animaux[4].

Rodziny Berlifitzingów i Metzengersteinów zwaśnione były od stuleci. Nie zdarzyło się wcześniej, aby stosunki między tak znamienitymi rodami zatruła równie zapiekła wrogość. Jej początków należy upatrywać w słowach pradawnej przepowiedni: „Chlubne miano czeka straszliwy upadek, gdy niczym jeździec nad wierzchowcem, śmiertelność Metzengersteinów zatriumfuje nad nieśmiertelnością Berlifitzingów”.

Słowa te niewiele miały sensu lub zgoła nic nie znaczyły. Lecz jak wiemy, jeszcze błahsze przyczyny potrafiły doprowadzić – i to ostatnimi czasy – do równie doniosłych następstw. Poza tym graniczące ze sobą majątki od dawna ścierały się z racji przeciwstawnych dążeń w sprawach wagi państwowej. Co więcej, tak bliscy sąsiedzi rzadko pozostają ze sobą w przyjaźni, a mieszkańcy zamku Berlifitzing mogli ze swych strzelistych baszt zaglądać w okna pałacu Metzengerstein. A już na pewno nie przyczyniała się do uśmierzania drażliwości mniej zamożnego i młodszego rodu Berlifitzingów jawnie okazywana przez potężniejszego rywala iście feudalna świetność. Nie dziwota tedy, że słowa owej bzdurnej przepowiedni zdołały trwale poróżnić dwie rodziny, które skądinąd pchały do kłótni podszepty dziedziczonej w spadku zawiści. Przepowiednia zdawała się obwieszczać – o ile rzeczywiście cokolwiek znaczyła – ostateczne zwycięstwo potężniejszego rodu, zatem z tym zjadliwszą goryczą pamiętał o niej słabszy i mniej wpływowy sąsiad.

W czasie kiedy rozgrywały się te wydarzenia, Wilhelm, hrabia Berlifitzing, był już niedomagającym starcem, słabym na umyśle, który nie wyróżniał się niczym szczególnym, jeśli nie liczyć rozbuchanej i zapiekłej urazy wobec rodu Metzengersteinów oraz namiętnej pasji do koni i łowów, tak że nawet podeszły wiek, wątłość ciała i ułomny już rozum nie powstrzymywały go od codziennego udziału w polowaniu.

Z kolei Frederick, baron Metzengerstein, nie osiągnął jeszcze dorosłości. Ojciec, minister G., zmarł w młodym wieku, a matka, lady Mary, niebawem podążyła za mężem. Frederick liczył sobie osiemnaście lat. W mieście taki wiek to głupstwo, lecz w dzikiej i majestatycznej kniei, jaka porastała rodzinne włości Metzengersteinów, wahadło czasu drga z większą mocą.

Na skutek pewnych szczególnych okoliczności wynikłych z rozporządzenia starego barona jego młody następca natychmiast objął władanie nad swymi rozległymi posiadłościami. Tak wielki majątek rzadko przypadał w spadku węgierskiemu magnatowi. Zamków i pałaców wznosiło się w nim bez liku, lecz najbardziej okazałym i największym wśród nich była rodowa siedziba Metzengersteinów. Granice posiadłości nigdy nie zostały dokładnie wytyczone, niemniej sam park był tak ogromny, że aby objechać go dookoła, trzeba by pokonać bez mała siedemdziesiąt kilometrów.

Fakt przejęcia tak ogromnej fortuny przez właściciela tak młodego, o charakterze powszechnie znanym, nie pozostawiał złudzeń co do jego poczynań. I w rzeczy samej, w ciągu trzech pierwszych dni swoimi postępkami dziedzic prześcignął samego Heroda i zadziwił nawet swych najzagorzalszych zwolenników. Akty bezwstydnej rozpusty, podłej zdrady i niesłychanego okrucieństwa rychło nauczyły zalęknionych wasali, że nie mogą liczyć na skrupuły sumienia swego suwerena i nawet niska uległość nie uchroni ich przed bezlitosnymi szponami tego pomniejszego Kaliguli. A gdy czwartego dnia wieczorem ktoś podłożył ogień pod stajnie zamku Berlifitzingów, okoliczni mieszkańcy jednomyślnie dodali podpalenie do odrażającej listy wykroczeń i przewinień barona.

Gdy wieść o tym wypadku, wywołując wielkie poruszenie, obiegła całą okolicę, młody magnat siedział samotnie, widocznie pogrążony w zadumie, w obszernej ponurej komnacie na piętrze rodzinnego pałacu Metzengersteinów. Świetne, acz spłowiałe już gobeliny, którymi obwieszone były ściany, przedstawiały dostojne postaci licznych znakomitych przodków. Tu – księża w szatach z gronostajowym futrem i napuszeni purpuraci, przy jednym stole z samodzierżcą Kościoła, przeciwstawiają się życzeniom świeckiego władcy lub mocą papieskiej zwierzchności dają odpór zakusom Księcia Ciemności. Tam – ciemne, rosłe postaci sławnych wojowników z rodu Metzengersteinów, którzy na potężnych wojennych rumakach wznoszą się nad trupami powalonych wrogów i swym łudząco żywym wyrazem twarzy budzą postrach nawet u najbardziej niewzruszonych; ówdzie – powabne i smukłe damy z dawno minionych czasów pląsają w pozornym tańcu do taktów urojonej muzyki.

Gdy Frederick nasłuchiwał przybierającego na sile zgiełku dochodzącego ze stajni Berlifitzingów – a któż to wie, może obmyślał nowy, jeszcze śmielszy występek – jego spojrzenie przypadkiem padło na wyobrażenie ogromnego konia o dziwnej, nienaturalnej maści, który na gobelinie przedstawiony był jako wierzchowiec należący do Saracena, jednego z przodków obecnego hrabiego Berlifitzinga. Wysunięty na pierwszy plan rumak zastygł niczym posąg, w tle zaś jego leżący na ziemi właściciel ginął z ręki Metzengersteina.

Gdy baron uświadomił sobie, na czym bezwiednie skupił wzrok, usta wykrzywił mu złowieszczy grymas. Obraz jednak przykuwał uwagę i Fredericka ogarnął osobliwy, niewytłumaczalny lęk, który spowił jego zmysły niczym całun. Z trudem przychodziło mu pogodzić mgliste i niezborne wrażenia, właściwe snom, z rzeczywistością, jaka otaczała go na jawie. Im dłużej nań patrzył, tym mocniej brał go we władanie czar – zdawało się, że nigdy nie oderwie spojrzenia od urzekającego obrazu. Lecz panujące na zewnątrz zamieszanie dawało o sobie znać coraz głośniej i Frederick – najwyższym wysiłkiem woli – przeniósł spojrzenie na okna komnaty, na bijącą od płonących stajni krwistą łunę.

Trwało to ledwie chwilę, po czym jego wzrok znów odruchowo powędrował w stronę gobelinu. Ku swemu zdumieniu i przerażeniu Frederick spostrzegł, iż głowa ogromnego wierzchowca zmieniła położenie. Szyja wcześniej zgięta była nad ciałem pana, jakby zwierzę litowało się nad jego losem, a teraz koń odwracał głowę w kierunku barona. Ślepia, dotąd niewidoczne, pałały niezwykłym czerwonym blaskiem, a ich natarczywe spojrzenie wydawało się niemal ludzkie. Najwyraźniej rozjuszony koń ściągnął chrapy i wyszczerzył obrzydliwe, trupie zębiska.

Zdjęty przerażeniem, młody wielmoża chwiejnym krokiem ruszył do drzwi. Gdy je otworzył, padający do środka blask czerwonego światła wyraźnie zarysował na gobelinie cień sylwetki stojącego w drzwiach barona. A gdy przestępując próg, młodzieniec na chwilę się odwrócił, z trwogą spostrzegł, że jego cień dokładnie pokrywa się z sylwetką pysznego i nieubłaganego zabójcy saraceńskiego przodka Berlifitzingów.

Aby otrząsnąć się z przygnębienia, baron wybiegł na dziedziniec. Przy głównej bramie wiodącej do pałacu ujrzał trzech masztalerzy, którzy z ogromnym wysiłkiem i z narażeniem życia starali się okiełznać olbrzymiego, znarowionego rumaka o dziwnej ognistej maści.

– Czyj to koń? Skąd się tu wziął? – zapytał młodzieniec drżącym, ochrypłym głosem, gdyż od razu spostrzegł, że rozsierdzone zwierzę łudząco przypomina tajemniczego wierzchowca z gobelinu.

– Wygląda na to, że należy do pana – odparł jeden z masztalerzy. – Nie upomniał się o niego żaden właściciel. Pędził od strony płonących stajni zamku Berlifitzingów, tocząc wściekle pianę z pyska. Złapaliśmy go i odstawiliśmy z powrotem na zamek, myśląc, że to jeden z rozpłodowych ogierów hrabiego sprowadzonych z zagranicy. Ale stajenni hrabiego zarzekają się, że nie widzieli tego konia na oczy, co dziwne, bo przecie widać po nim, że cudem uszedł z płomieni.

– Poza tym ma wypalone na czole inicjały W.V.B. – wtrącił drugi. – Uznałem, rzecz jasna, że to inicjały jego pana, Wilhelma von Berlifitzinga, ale służba na zamku zapewnia, że nic o tym koniu nie wie.

– Nader to osobliwe! – przyznał młody baron z zadumą, jakby nie docierało do niego znaczenie wypowiadanych przezeń słów. – Wszak to znakomity wierzchowiec – nadzwyczajny wierzchowiec! Choć, jak sami widzicie, groźny i krnąbrny. Przysposobię go jednak – dodał po chwili. – Przekonamy się, czy jeździec tej miary co Frederick Metzengerstein zdoła poskromić biesa ze stajni Berlifitzinga.

– Mylisz się, mój panie. Jak już mówiliśmy, nie jest to koń ze stajni hrabiego. Gdyby tak było, pomni naszych powinności, nie przyprowadzilibyśmy go przed oblicze przedstawiciela szlachetnego rodu Metzengersteinów.

– Słusznie – odparł baron sucho i w tej samej chwili od strony pałacu nadbiegł w pośpiechu rozgorączkowany paź. Szepcząc swemu panu do ucha, przekazał mu wiadomość o nagłym zniknięciu kawałka gobelinu zdobiącego komnatę na piętrze. Jął rozwodzić się nad pobocznymi okolicznościami zajścia, ale że mówił ściszonym głosem, do uszu masztalerzy nie docierało nic, co by mogło zaspokoić ich podsyconą ciekawość.

W trakcie słuchania drobiazgowego sprawozdania młodym Frederickiem zdawały się targać sprzeczne, burzliwe uczucia. Rychło jednak odzyskał panowanie nad sobą, a jego oblicze przybrało złowrogi wyraz. Stanowczym tonem wydał polecenie, aby komnatę natychmiast zamknąć, a klucz oddać w jego pieczę.

– Czy słyszałeś, panie, że nasz sąsiad, ten zagorzały myśliwy, stary Berlifitzing, zginął nieszczęśliwie? – zwrócił się do barona jeden z koniuszych, gdy po odejściu pazia rumak, uznany przez młodego wielmożę za swego, jeszcze wścieklej wierzgał i wykonywał dzikie skoki wzdłuż alei wiodącej do stajni Metzengersteinów.

– Nie! – odparł baron, odwracając się gwałtownie do koniuszego. – Zginął, powiadasz?

– Klnę się, że to prawda, panie. Lecz wieść ta, jak mniemam, nie jest przykra dla waszego rodu.

Oblicze słuchającego rozjaśnił przelotny uśmiech.

– Jak to się stało?

– Nieopatrznie rzucił się w ogień, żeby ratować ulubione ogiery, z którymi wyprawiał się na łowy, i sam stracił życie w płomieniach.

– W rze-czy sa-mej! – wykrzyknął baron, jakby z wolna docierała doń olśniewająca prawda jakiejś genialnej myśli.

– W rzeczy samej – powtórzył masztalerz.

– Straszna historia! – dodał młodzieniec pod nosem i w milczeniu wszedł do pałacu.

Od tamtej pory w postępowaniu rozwiązłego młodzieńca zaszła wyraźna zmiana. Niechęć do towarzystwa, jaką przejawiał ów do niedawna lubujący się w hulankach magnat, zaskoczyła wszystkich, przekreślając jednocześnie rachuby matek szukających dobrej partii dla córek. Obejście młodego barona i jego nowe nawyki odstręczały od niego okolicznych wielmożów. Nie widywano go poza granicami majątku, a na jego włościach, które starczały mu za cały szeroki świat, nikt nie dotrzymywał mu towarzystwa – chyba że na miano przyjaciela zasługiwał ów nadzwyczajny, rozhukany, ognisty ogier, którego dosiadał niemal bez przerwy.

Niemniej jeszcze przez długi czas sąsiedzi słali mu raz po raz zaproszenia. „Czy szanowny baron zaszczyci swą obecnością naszą uroczystość?” „Czy szanowny baron weźmie udział w polowaniu na dziki?” „Metzengerstein nie wyprawia się na zwierza”, „Metzengerstein nie przybędzie”, brzmiały wyniosłe i lakoniczne odpowiedzi.

Te obraźliwe odmowy drażniły okolicznych wielmożów. Zaproszenia, coraz oschlejsze w tonie, przychodziły coraz rzadziej i w końcu urwały się. A wdowa po nieszczęsnym hrabim Berlifitzingu wyraziła ponoć życzenie, aby „młody baron gnuśniał w samotności, nawet gdy nie będzie mu to w smak, skoro wzgardził towarzystwem szlachetnie urodzonych i dosiadał konia, choćby nie chciał, skoro woli przestawać z nim, a nie z ludźmi”. Był to w istocie ze strony wdowy niedorzeczny wybuch rodowej zawiści, co dowodzi jedynie, jak puste w swej treści stają się nasze sentencje, gdy silimy się na błyskotliwość.

Co życzliwsi przypisywali ten zwrot w postępowaniu młodego barona zrozumiałej synowskiej żałobie po utraconych w tak młodym wieku rodzicach, zapominając przy tym zupełnie o okrutnych i lekkomyślnych postępkach, jakich z zamiłowaniem dopuszczał się, gdy jego ojciec nie ostygł jeszcze w grobie. Inni z kolei wskazywali na dumną wyniosłość i wygórowane mniemanie o sobie. Byli też tacy, między innymi lekarz rodzinny, którzy otwarcie mówili o chorobliwej melancholii i dziedzicznej słabowitości, podczas gdy gawiedź zabawiała się snuciem najrozmaitszych mrocznych i złowieszczych domysłów.

Perwersyjne przywiązanie barona do nowego wierzchowca – przywiązanie, które zdawało się przybierać na sile, w miarę jak odkrywał kolejne przejawy gwałtownych i demonicznych skłonności zwierzęcia – w oczach rozsądnych ludzi przybrało w końcu postać zwyrodniałej i odrażającej pasji. W świetle dnia i głuchą nocą – w zdrowiu i w chorobie – w ciszy i w zawierusze młody Metzengerstein galopował w dal jakby przykuty do siodła ogromnego rumaka, którego nieposkromione zapędy współgrały z zuchwałością jego ducha.

Wkrótce zaszły dalsze okoliczności, które w zestawieniu z niedawnymi wydarzeniami nadawały szaleńczemu przywiązaniu jeźdźca i sprawności jego wierzchowca zgoła nadziemski i złowróżbny charakter. Zmierzono dokładnie odległość, jaką koń pokonywał jednym susem, i okazało się, że daleko przekraczała najśmielsze przewidywania nawet ludzi o bujnej wyobraźni. Co więcej, baron nie nadał zwierzęciu imienia, chociaż wszystkie inne konie w jego stadzie nosiły wyróżniające je miana. Ponadto umieścił go w stajni z dala od pozostałych, a co się tyczy oporządzania i innych niezbędnych zabiegów, nikt oprócz właściciela nie śmiał się ich podejmować, koniuszy bali się nawet zbliżyć do jego ulubieńca. Wyszło też na jaw, iż trzej masztalerze, którzy pochwycili konia uciekającego z pożaru na zamku Berlifitzing, ci sami, co zdołali osadzić go z pomocą postronka i kantara z łańcucha, nie potrafili z całą pewnością stwierdzić, czy w trakcie tych groźnych zmagań lub kiedykolwiek później choć raz udało im się dotknąć ciała bestii. Trzeba wiedzieć, iż choć przejawy szczególnej zmyślności w zachowaniu dorodnego i ognistego wierzchowca zwykle nie budzą zdumienia, to cechy, które ujawniły się w tym przypadku, zdołały poruszyć do żywego najbardziej opornych i zobojętniałych. Rumak ten potrafił ponoć odstraszyć zebranych wokół niego gapiów głębokim i wymownym hukiem kopyt spadających raptownie z ogromną siłą, nawet młody Metzengerstein pod spojrzeniem jego pałających, ludzkich niemal ślepi bladł i cofał się odruchowo.

Wśród zamkowej czeladzi nikt nie wątpił w to, iż żarliwość niezwykłego przywiązania młodego dziedzica do konia wynika z krewkiego usposobienia zwierzęcia – nikt oprócz pewnego mało znaczącego i ułomnego sługi, którego brzydota kłuła w oczy i do którego zdania nie przywiązywano najmniejszej wagi. Otóż ów (o ile warto przytaczać jego poglądy) miał czelność twierdzić, jakoby za każdym razem, gdy panicz wskakiwał na siodło, nie wiedzieć czemu przejmowało go ledwo pochwytne drżenie, a kiedy powracał ze swoich długich konnych wycieczek, wszystkie mięśnie twarzy wykrzywiał mu grymas triumfalnej i nikczemnej pychy.

Pewnej nocy, gdy wokoło szalała burza, Metzengerstein zbudził się z ciężkiego snu i wybiegł jak szalony ze swej komnaty. Dosiadł w pośpiechu konia i pomknął w głąb nieprzebytej kniei. Tak powszedni wypadek nie zwrócił uwagi domowników barona, lecz kiedy po kilku godzinach strzeliste i potężne mury pałacu Metzengersteinów zatrzęsły się w posadach i zatrzeszczały, objęte ogromnym obłokiem ognia, który rozprzestrzeniał się niepowstrzymanie, słudzy zaczęli z trwogą wypatrywać powrotu pana.

Jako że płomienie błyskawicznie rozpanoszyły się tak, że wszelkie próby ratowania choć części budynku wydawały się daremne, zebrani pod zamkiem okoliczni mieszkańcy w niemym osłupieniu biernie przyglądali się dziełu zniszczenia. Lecz nagle uwagę wszystkich przykuł nowy straszliwy widok, co tylko dowodzi, że o wiele żywszy oddźwięk aniżeli nawet najbardziej przerażające spustoszenie dokonujące się w obrębie materii nieożywionej wywołuje u gapiów obraz ludzkiego cierpienia.

Dębową aleją wiodącą do głównej bramy pałacowej mknął rumak, niosąc w siodle jeźdźca z odkrytą głową i w potarganym stroju, sadząc susy z impetem, którego nie powstydziłby się sam demon burzy.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że jeździec stracił panowanie nad wierzchowcem. Udręka malująca się na jego obliczu i konwulsyjne ruchy świadczyły o nadludzkim wysiłku, jaki podejmował, aby narzucić rumakowi swoją wolę. Ale żaden dźwięk – jeśli nie liczyć jednego jedynego okrzyku – nie wydobył się z jego zagryzanych do krwi, okaleczonych ust. Potem w jednym okamgnieniu rozległ się donośny, dudniący tętent kopyt, górujący nad rykiem płomieni i świstem wichru, a w następnym rumak, jednym skokiem pokonując bramę i fosę, pognał po chwiejnych schodach do środka pałacu i wraz z jeźdźcem zniknął, pochłonięty przez szalejący żywioł ognia.

Srożąca się burza nagle ucichła i nastała ponura, przytłaczająca cisza. Siny płomień nadal otulał budynek niczym całun, gdy nagle w spokojne przestworza wystrzelił słup nieziemskiego światła, a nad murami zawisła chmura gęstego dymu, przybierając wyraźny kształt ogromnego konia. 

Berenika

Dicebant mihi sodales, si sepulchrum amicæ visitarem, curas meas aliquantulum fore levatas.[5]

Ebn Zaiat

NIEDOLA RÓŻNE MA OBLICZA. Nędza tego ziemskiego padołu przybiera rozliczne postaci, roztaczając się nad rozległym widnokręgiem na podobieństwo tęczy. Jej odcienie są tak odmienne jak barwy tęczy, które mienią się rozmaicie, a przecież przechodzą jeden w drugi niemal niezauważenie. Roztaczając się nad rozległym widnokręgiem na podobieństwo tęczy! Jakimże sposobem z piękna wywiodłem przedstawienie brzydoty? Ze znaku przymierza obraz nieszczęścia? Niemniej, jak w etyce zło jest następstwem dobra, tak z radości rodzi się boleść. Albo wspomnienie minionej błogości dzisiaj przynosi udrękę, albo teraźniejsze katusze mają swe źródło w niedoszłej ekstazie.

Ochrzczono mnie imieniem Egeus; rodowego nazwiska nie wspomnę. Dość powiedzieć, że w całym kraju próżno by szukać przybytku bardziej uświęconego przez czas niźli moje szare, ponure, dziedziczne siedlisko. Nasz ród zwano wizjonerskim; i wiele uderzających szczegółów – w charakterze rodowej siedziby – we freskach pokrywających sklepienie głównej komnaty – w wystroju sypialni – w rzeźbie niektórych filarów w zbrojowni – a szczególnie w galerii starych malowideł – w urządzeniu biblioteki – czy wreszcie w zawartości tejże biblioteki – aż nadto uzasadnia ten pogląd.

Moje najwcześniejsze wspomnienia związane są z tą właśnie komnatą i z jej księgami – o których więcej nie napomknę. W jej murach zmarła moja matka. Tam też się narodziłem. Lecz pustotą byłoby twierdzić, że przedtem nie żyłem – że dusza nie istnieje wcześniej. Zaprzeczasz? – nie będziemy się o to spierać. Sam przekonany, nie szukam zwolenników. Pozostaje jednak pamięć ulotnych form – wymownych spojrzeń duchowych oczu – brzmień pięknych, acz smutnych; pamięć, której nie da się usunąć; wspomnienie niczym cień – mgliste, zmienne, niewyraźne, rozchwiane; i podobne cieniowi także w tym, że nie sposób się go pozbyć, póki rozum jaśnieje swoim światłem.

W tej komnacie się narodziłem. Ocknąłem się po długiej nocy niebytu, który wszak tylko takim się wydaje, w samym sercu baśniowej krainy – w wyśnionym pałacu – w królestwie klasztornej myśli i erudycji. Czyż można się zatem dziwić, że rozglądałem się wokół zdumionym i żarliwym wzrokiem – że chłopięce lata przeszły mi pośród książek, a młodość zmarnotrawiłem pogrążony w rozmyślaniach? Lecz zjawiskiem szczególnym jest to, iż w miarę upływu lat, kiedy dojrzały wiek zastał mnie nadal wśród ścian domu moich ojców – i źródła mego jestestwa popadły w zastój osobliwy – w moim sposobie myślenia nastąpił całkowity zwrot. Rzeczy realnego świata stały się dla mnie niby przywidzenia, i ledwie przywidzenia, wybujałe marzenia zaś stanowiły odtąd nie tylko treść mej codziennej egzystencji, ale wręcz moją wyłączną i niepodzielną egzystencję.

BERENIKA I JA BYLIŚMY KUZYNOSTWEM, razem dorastaliśmy w mych rodzinnych murach. Ale nasz rozwój przebiegał innymi zgoła torami – ja, słabowity, tonąłem w mroku – ona, zwinna i powabna, kipiała energią; jej udziałem wędrówki po wzgórzach, moim – benedyktyńskie ślęczenie nad księgami; ja zamknięty w sobie, oddany ciałem i duszą absorbującym i dręczącym rozmyślaniom – ona beztrosko idąca przez życie, niepomna cieni kładących się na jej ścieżce ani bezgłośnego ulatywania kruczoskrzydłych godzin. Berenika! – wypowiadam jej imię – Berenika! Na jego dźwięk z szarych zgliszcz pamięci podrywa się chmara zgiełkliwych wspomnień! Ach, staje mi przed oczami żywy jej obraz, jaką ongiś była, w czasach swawoli, wolna od frasunku! Och, pyszna i nieziemska uroda! Sylf zabłąkany w zaroślach Arnheim! Najada u leśnego źródełka! Lecz potem – co potem, to straszne i tajemnicze dzieje, o których lepiej by zmilczeć. Choroba – zgubna choroba spadła na nią jak nawałnica; patrzyłem, jak jej zarzewie rozprzestrzenia się i odmienia umysł Bereniki, jej nawyki, jej usposobienie, aż wreszcie, w najbardziej podstępny sposób, godzi w samą tożsamość jej osoby! Niestety! Niszczyciel ulotnił się tak, jak się pojawił – a ofiara – gdzież ona? Była mi obca, nic w niej nie zostało z dawnej Bereniki!

Wśród różnorodnych zaburzeń powstałych w następstwie tej pierwotnej i zgubnej przypadłości, która poczyniła takie potworne spustoszenia w duchowym i fizycznym jestestwie mej kuzynki, wymienić wypada najbardziej dotkliwą i uporczywą, to jest pewną postać epilepsji nierzadko kończącej się stanem transu – stanem mającym wszelkie pozory niechybnej śmierci – z którego chora na ogół budziła się w nagły i zaskakujący sposób. Tymczasem moja własna choroba – inaczej bowiem, jak mi powiedziano, nazwać tego nie można – nasilała się w błyskawicznym tempie, przybierając na koniec postać monomanii o nowym i niezwykłym charakterze. Wzmagała się z każdą godziną, z każdą chwilą, aż wreszcie zawładnęła mną całkowicie. Monomania ta – skoro inaczej nie da się tego określić – polegała na chorobliwej pobudliwości tejże władzy umysłu, której metafizyczna nauka nadaje miano uwagi. Jest rzeczą mało prawdopodobną, aby moje wyjaśnienia zostały należycie zrozumiane; obawiam się, że nie sposób czytelnikowi o umyśle nieodbiegającym od normy dać właściwe wyobrażenie o nienaturalnie spotęgowanym zainteresowaniu, z jakim, w moim przypadku, umysł oddawał się bez reszty kontemplacji nawet najzwyklejszych rzeczy we wszechświecie.

Rozmyślać nieprzerwanie całymi godzinami, z uwagą skupioną na jakimś błahym zawijasie nakreślonym na marginesie, na kroju czcionek w książce; zatracić się na długie godziny letniego dnia w cudacznym cieniu padającym pod kątem na tapetę lub posadzkę; strawić noc całą na obserwacji migotliwego płomyka lampy; zapamiętać się w rozkosznej woni kwiatu, nieodstępującej mnie po całych dniach; monotonnie powtarzać zwyczajne słowo, aż uleci z niego dla umysłu wszelki sens i stanie się pustym dźwiękiem; utracić poczucie ruchu czy cielesnego bytowania przez uporczywe i długotrwałe pogrążanie się w letargu; takie pokusy – wymieniam tu te najczęstsze i najmniej szkodliwe – rządziły mym umysłem, być może nie wyjątkowe w swej istocie, ale z pewnością stawiające opór analizie, niepoddające się wyjaśnieniu.

Nie chciałbym jednak, aby zrozumiano mnie opacznie. Nie należy bowiem mylić nieuzasadnionej, nadmiernej i chorobliwej ciekawości, wywołanej rzeczami banalnymi w swej istocie, z właściwą wszystkim ludziom skłonnością do zadumy, którą szczególnie pielęgnują w sobie osoby z bogatą wyobraźnią. Nie ma ona, jak można by zasadnie sądzić, nic wspólnego ze skrajnie natężoną czy też wyolbrzymioną postacią takiej skłonności; jest przypadłością innego z gruntu, odrębnego rzędu. W pierwszym przypadku uwaga marzyciela czy też fantasty, skupiona na przedmiocie bynajmniej niebłahym, niezauważalnie porzuca go w gąszczu domysłów i wniosków przezeń wzbudzonych, a wyrwany z rojeń, na ogół rozkosznych, spostrzega on, iż całkowicie stracił z pola widzenia swoje incitamentum, pierwotną przyczynę swych rozmyślań. Jeśli zaś chodzi o mnie, źródło mego zainteresowania niezmiennie okazywało się drobnostką, aczkolwiek wskutek mojej przypadłości przeinaczającej ogląd nabierała ona pozornej, acz sugestywnej doniosłości. Wniosków wypływało stąd niewiele, a jeśli w ogóle, to uparcie obracały się one wokół pierwotnego przedmiotu. Słowem, podczas gdy u mnie zaprzęgnięta była przede wszystkim uwaga, u marzyciela na pierwszy plan wybijała się refleksja.

Ówczesna moja lektura, nawet jeśli bezpośrednio nie przyczyniała się do pogłębienia mego zaburzenia, wykazywała w swej fantazyjności i niezborności wiele cech pokrewnych jego naturze. W pamięci zachowałem, między innymi, rozprawę czcigodnego Włocha Coeliusa Secundusa De Amplitudine Beati Regni Dei; poczesne dzieło świętego Augustyna Państwo Boże; oraz Tertuliana De Carne Christi, z którego sentencja swym paradoksalnym sensem: Mortuus est Dei Filius; credibile est quia ineptum est; et sepultus resurrexit; certum est quia impossible est[6], niepodzielnie zaprzątała moje myśli przez całe tygodnie usilnych, lecz bezowocnych dociekań.

Widać stąd zatem, iż wytrącany z równowagi jeno przez błahostki, rozum mój podobny był tej skale sterczącej z oceanu, opisywanej przez Ptolemeusza Hefestiona, co mężnie opierała się ludzkiej przemocy i sroższej od niej furii żywiołów, a zadrżała pod dotykiem kwiatu zwanego asfodel[7]. Aczkolwiek pochopnie wnioskującemu zdać by się mogło pewnym nad wszelką wątpliwość, iż zmiany, jakie wywołała nieszczęsna choroba Bereniki w jej umysłowości, dostarczały obfitej pożywki dla mych zapamiętałych i wynaturzonych medytacji, których charakter starałem się pokrótce nakreślić – nic podobnego nie miało miejsca. Wprawdzie w przebłyskach jasności, kiedym otrząsał się z zaburzenia, bolałem nad jej niedolą i przejęty losem tak łagodnego i nadobnego stworzenia marniejącego w oczach, nie omieszkałem z goryczą zadumać się nad tajemniczymi mocami, które sprawiły ten nagły zwrot. Nie miały jednak te rozmyślania nic wspólnego z osobliwością mojego schorzenia, jako że zważywszy na okoliczności, właściwe one były ogółowi ludzi. Uwagę moją za to przykuły mniej istotne, ale bardziej zatrważające zmiany, które dotknęły powłokę fizyczną Bereniki – dziwna, przeraźliwa i postępująca zatrata rozpoznawalnych rysów jej postaci.

W czasach rozkwitu jej niezrównanej urody nie darzyłem jej miłością. Za sprawą mojej odmienności od normalnego człowieczeństwa uczucia u mnie nigdy nie były porywami serca, pasje zawsze rodziły się w intelekcie. W szarości poranka – w zacienionym szpalerze drzew w południe – w nocnym zaciszu biblioteki – migała mi przed oczami, a ja dostrzegałem nie Berenikę z krwi i kości, lecz Berenikę wyśnioną; nie istotę ziemską, cielesną, ale abstrakcję tejże istoty; nie zjawisko godne podziwu, lecz rzecz do analizy; nie przedmiot miłości, lecz temat zawiłych, acz oderwanych rozważań. Zaś teraz – teraz w jej obecności, na jej widok dygotałem i bladłem. Niemniej opłakując w duchu postępujące zepsucie jej doczesnej powłoki, pomny, iż od dawna żywi ona do mnie miłość, w złej godzinie poprosiłem ją o rękę.

Zbliżała się pora zaślubin, kiedy pewnego zimowego popołudnia, w dniu niezwykle jak na tę porę roku ciepłym, spokojnym i zamglonym – o takich to dniach mówi się, że są piastunką pięknego Halcjonu[8] – siedziałem (jak mi się zdawało, sam) w bibliotece. Lecz gdy podniosłem wzrok, ujrzałem przed sobą Berenikę.

Nie wiem, czy sprawiła to moja rozgorączkowana wyobraźnia – czy wpływ mglistej aury – czy rozmywający wszystko półmrok komnaty – czy szare szaty, które ją spowijały, dość, że zarys jej postaci był chwiejny i zamazany. Przebiegł mnie lodowaty dreszcz; przytłoczył trwożny niepokój; zapłonąłem ciekawością i przez dłuższy czas z zapartym tchem, znieruchomiały, przyglądałem się osobie Bereniki. Jakże wychudła! Nic w niej nie ostało się z dawnej istoty. W końcu przeniosłem palący wzrok na jej twarz.

Czoło było wysokie, nadzwyczaj blade i gładkie; częściowo przesłaniały je ongiś krucze włosy, które wiły się na wklęsłych skroniach, lecz swym żółtym połyskiem i kapryśnym charakterem kłóciły się z obecnym na obliczu wyrazem melancholii. Oczy były jak martwe, zmatowiałe, bez źrenic, zdawało się. Odruchowo wzdrygnąłem się pod wpływem ich szklistego wejrzenia i skierowałem wzrok na zwiędłe i zapadnięte usta. Rozchyliły się w zagadkowym uśmiechu i oczom moim z wolna ukazały się zęby wyniszczonej Bereniki. Bodajbym nigdy ich nie ujrzał albo ujrzawszy je, skonał na miejscu!

ODGŁOS ZAMYKANYCH DRZWI wyrwał mnie z zamyślenia i spostrzegłem, że Berenika opuściła komnatę. Lecz zakamarków mego skołatanego umysłu nie opuściło – i nijak nie dało się przepędzić – białe, upiorne widmo zębów. Ani skazy na powierzchni, ani plamki przebarwienia na szkliwie, ani uszczerbku na krawędziach – tylko to, co wypaliło się w mojej pamięci podczas tej krótkiej odsłony. Widziałem je teraz nawet wyraźniej niż wtedy. Zęby! – zęby Bereniki! – prześladowały mnie, otaczały widoczne i namacalne ze wszystkich stron; długie, wąskie i upiorne w swej bieli, w oprawie sinych, rozedrganych warg, tak jak objawiły mi się po raz pierwszy w całej swej grozie. Monomania wzięła mnie w swoje despotyczne władanie i daremnie starałem się uwolnić od jej natrętnego i przemożnego wpływu. Mimo takiego bogactwa przejawów zewnętrznego świata nic nie zajmowało moich myśli prócz zębów. Ich to wyłącznie i wściekle pragnąłem. Rozmyślania o nich przesłoniły mi wszelkie inne sprawy i zajęcia. Miałem ich obraz – i tylko ten jeden obraz – wciąż przed oczyma wyobraźni; stały się wyłączną i niepodzielną treścią mego duchowego życia. Oglądałem je w każdym możliwym świetle. Obracałem na wszystkie strony. Studiowałem ich właściwości. Roztrząsałem ich znaki szczególne. Zdumiewałem się ich kształtem. Dumałem nad przemianą w ich charakterze. Z drżeniem przypisywałem im w wyobraźni zdolność odczuwania, a także, nawet bez pomocy ust, wyrażania nastrojów. Trafnie powiedziano o mademoiselle Salle: Que tous ses pas étaient des sentiments[9], a co się tyczy Bereniki, święcie przekonany byłem, że tous ses dents étaient des idées! Des idées![10] – ta właśnie niedorzeczna myśl dopełniła mojej zguby! Des idées! – to dlatego pożądałem ich tak szaleńczo! Sądziłem, że tylko kiedy je posiądę, odzyskam spokój i wróci mi rozum.

Pogrążony w tych rozmyślaniach doczekałem zmierzchu – a potem zapadnięcia, panowania i odejścia zmroku – świtania nowego dnia – i już zbierały się wieczorne mgły, a ja nadal siedziałem bez ruchu w mojej samotni – i nadal dumałem – i nadal bez reszty władał mymi myślami upiorny fantazmat zębów, osaczając mnie, mimo zmieniającej się gry świateł i cieni, z odrażającą i niewzruszoną wyrazistością. W końcu w rojenia moje zakradł się krzyk jakby zgrozy i rozpaczy; a po krótkiej przerwie rozległy się wzburzone głosy, którym wtórowały zawodzenia pełne bólu lub cierpienia. Poderwałem się z fotela, otworzyłem drzwi i ujrzałem u progu dziewkę służebną zalaną łzami, która oznajmiła mi, że Berenika... odeszła! Wczesnym rankiem złożona została niemocą, a teraz, u schyłku dnia, sposobiono grobowiec na przyjęcie nowego mieszkańca, wszystko gotowe było do pochówku.

KIEDYM SIĘ SPOSTRZEGŁ, siedziałem w fotelu w bibliotece, i znów siedziałem tam samotny. Miałem wrażenie, jakbym ocknął się właśnie z chaotycznego, pasjonującego snu. Wiedziałem, że jest już północ; uprzytomniłem sobie, że Berenika złożona została do grobu o zachodzie słońca. Lecz okres dzielący mnie od jej pochówku skrywała dziwna pomroka. W głowie zaś kołatały mi mgliste, groźne obrazy – tym groźniejsze, że tak nieokreślone, dwuznaczne w swej wymowie. Była to przerażająca karta w moich dziejach, zapisana niejasnymi, ohydnymi i niezrozumiałymi wspomnieniami, którą na próżno usiłowałem rozszyfrować, podczas gdy raz po raz w uszach rozbrzmiewało mi echo przeszywającego, przeraźliwego kobiecego krzyku, niczym wycie potępieńca z zaświatów. Uczyniłem coś – ale co? Zadawałem sobie na głos to pytanie, a mury komnaty odpowiadały mi szeptem: „Co to było?”.

Na stoliku u mojego boku płonęła lampa, przy niej stało pudełko. Niczym się nie wyróżniało, widywałem je wcześniej, stanowiło bowiem własność lekarza naszej rodziny. Lecz jakimże sposobem trafiło tutaj i dlaczego wstrząsały mną dreszcze, kiedym mu się przyglądał? Nijak nie mogłem tego wytłumaczyć. Mój wzrok padł na otwartą księgę, na podkreślone w niej zdanie, niewyszukane, choć osobliwe słowa poety Ebn Zaiata: Dicebant mihi sodales, si sepulchrum amicæ visitarem, curas meas aliquantulum fore levatas. Lecz dlaczego przy ich czytaniu włosy zjeżyły mi się na karku i krew zastygła w żyłach?

Usłyszałem delikatne pukanie do drzwi; służący, blady niczym trup, bezszelestnie wszedł do komnaty. Na jego obliczu malowało się przerażenie, zwrócił się do mnie głosem drżącym, ochrypłym i ściszonym. O czymże mi doniósł? – dotarły do mnie urywki zdań. Opowiedział o dzikim wrzasku, który rozdarł nocną ciszę – o skrzyknięciu się służby – o wyprawie w kierunku, z którego dochodził ów odgłos; mowa jego nabrała przejmującej wyrazistości, kiedy szeptem powiadomił mnie o odkryciu naruszonego grobowca – o zniekształconym ciele złożonym tam na marach, które mimo to nadal oddychało – dygotało – żyło!

Wskazał na moje szaty; były zabłocone i splamione krwią. Oniemiałego, ujął mnie za rękę; widniały na niej ślady odciśniętych ludzkich paznokci. Naprowadził moje spojrzenie na przedmiot oparty o ścianę. Przyglądałem mu się dłuższy czas: to był szpadel. Z krzykiem doskoczyłem do stołu i porwałem leżące na nim pudełko. Nie mogłem go otworzyć i tak byłem roztrzęsiony, że wypadło mi z rąk i rozbiło się z hukiem o posadzkę. Ze środka wytoczyły się narzędzia dentystyczne, a wraz z nimi rozsypały się po podłodze trzydzieści dwa białe, lśniące okruchy czegoś, co wyglądało na kość słoniową.

Morella

Samo w sobie niezmienne i wieczne.[11]

Platon, Uczta

UCZUCIEM GŁĘBOKIM, acz nader szczególnym darzyłem mą przyjaciółkę Morellę. Choć przed wielu laty zetknął mnie z nią przypadek, już pierwsze nasze spotkanie wznieciło w mojej duszy żar, jakiego dotąd nie znała. Jednakże żar ten nie miał nic wspólnego z ogniami Erosa i narastało we mnie stopniowo gorzkie i dręczące mego ducha przekonanie, że nijak nie mogę określić niecodziennej natury tych płomieni ani wpłynąć na ich natężenie. Niemniej nasze drogi się zeszły; los złączył nas przed ołtarzem. Z mojej strony nigdy nie było mowy o namiętności, myśli o miłości. Lecz Morella stroniła od ludzi i przestając tylko ze mną, potrafiła mnie uszczęśliwić. Było to szczęście niepojęte – szczęście, o którym teraz mogę tylko śnić.

Jej erudycja była ogromna. Swymi talentami, klnę się na wszystko, wyrastała daleko ponad zwykłą miarę; zadziwiała mnie potęgą swego intelektu, przeto w wielu sprawach, niczym uczeń, pobierałem od niej nauki. Jak niebawem spostrzegłem, podsunęła mi (zapewne z racji wykształcenia, jakie odebrała w Pressburgu) szereg mistycznych pism, które na ogół zbywa się jako bezwartościowe przejawy wczesnej literatury niemieckiej. Stanowiły one – z powodów, których próżno by dociekać – jej ulubioną i stałą lekturę; z czasem ja również im się oddałem, co należy przypisać prostemu, lecz skutecznemu oddziaływaniu nawyku i przykładu.

W tym wszystkim, jeśli się nie mylę, mój rozum niewiele miał do powiedzenia. Poglądy moje, o ile pamiętam, raczej nie kształtowały się pod wpływem ideałów, mistycyzmem nie były zabarwione ani moje postępki, ani sądy, chyba że wielce zawodzi mnie pamięć. Z takim przeświadczeniem zdałem się mimo wszystko na przewodnictwo mej małżonki i całym sercem zagłębiłem się w arkana jej ezoterycznych studiów. I wówczas, wówczas to – kiedym ślęczał nad zakazanymi stronicami i budził się we mnie pokrewny im duch – Morella muskała moją rękę chłodną dłonią i z popiołów jakiejś martwej filozofii wskrzeszała słowa, ciche i przejmujące, które wypalały swój osobliwy sens w mej pamięci. Godzinami przesiadywałem tak u jej boku, zadumany nad muzyką jej głosu – aż w końcu melodię tę naznaczała groza – na duszy kładł mi się cień – bladłem i drżałem w duchu od jej nieziemskich tonów. Tak oto radość nagle ustępowała przerażeniu, skończone piękno nabierało szpetnych i odrażających rysów, niczym Dolina Synów Hinnoma zamieniona w Gehennę.

Nie wydaje się konieczne podawanie dokładnego charakteru tych rozważań, pobudzonych lekturą wspomnianych wcześniej dzieł, które przez długi czas niemal bez reszty zajmowały mnie i Morellę. Osobom obeznanym ze studiami nad duszą ludzką, jak można by określić te rozprawy, łatwo się domyślić istoty rzeczy, podczas gdy dla niewtajemniczonych jest ona i tak w małym stopniu dostępna. Szalony panteizm Fichtego, rozwinięta Пαλιγγενεσια[12] pitagorejczyków, a nade wszystko zaś system tożsamości w ujęciu Schellinga, takie zagadnienia roztaczały najsilniejszy urok dla wyobraźni Morelli. Tę tożsamość, którą można nazwać osobistą, Locke słusznie, jak sądzę, definiuje jako czynnik, którego poczucie decyduje o psychicznym zdrowiu myślącego bytu. Wszak skoro przez osobę rozumiemy inteligentną istotę obdarzoną rozumem i skoro myśleniu zawsze towarzyszy świadomość, to właśnie sprawia, że jesteśmy sobą – odróżniając nas od innych myślących istot i nadając nam naszą tożsamość osobistą. Lecz mnie najmocniej poruszała kwestia principium individuationis – pojęcie indywidualnej tożsamości, która w śmierci ginie na zawsze lub nie – nie tyle z racji swych niepokojących i pasjonujących następstw, co wskutek wzburzenia, wyraźnie widocznego w sposobie, w jakim napomykała o nich Morella.

Stało się jednak, że zagadkowe zachowanie mojej małżonki zaczęło mi niezmiernie ciążyć. Nie mogłem już znieść dotknięcia jej bladych palców ani cichej śpiewności jej mowy, ani blasku jej smutnych oczu. Wszystko to było jej wiadome, lecz nie czyniła mi wyrzutów; zdawała się przenikać na wskroś moją słabość czy nieroztropność, lecz z uśmiechem nazywała to Przeznaczeniem. Wydawała się również świadoma powodów, mnie samemu nieznanych, dla których stopniowo utraciła moje względy; ale niczym, żadną aluzją czy oznaką, nie dała mi poznać ich natury. Lecz była kobietą i więdła w oczach. Niebawem wykwitł jej na policzku karmazynowy rumieniec, nabrzmiały błękitne żyły na czole; i w jednej chwili zdjęty litością, za chwilę napotykałem jej wymowne spojrzenie i wówczas całe moje jestestwo ogarniały mdłości, czułem nagły zawrót głowy, niczym ktoś, kto zagląda w jakąś przeraźliwą i niezgłębioną otchłań.

Mam więc przyznać, że trawiony żarliwym pragnieniem, wypatrywałem chwili jej śmierci? Tak było, lecz kruchy duch kurczowo trzymał się swego przybytku z gliny przez wiele dni – przez wiele tygodni i dokuczliwych miesięcy – aż wreszcie udręczone nerwy odebrały mi rozsądek i w sercu zatrutym jadem przeklinałem dni, godziny i gorzkie chwile, które jakby się wciąż wydłużały, gdy w niej z wolna gasło życie – niczym cienie u kresu dnia.

Lecz pewnego jesiennego wieczoru, kiedy żaden wiatr nie zakłócał spokoju nieba, Morella zawezwała mnie do swego łoża. Ziemię spowijała lekka mgła, wody połyskiwały łagodnie, a zza bogatych w październikowe liście drzew pobliskiego lasu przeświecała opadająca z nieboskłonu tęcza.

– Oto dzień nad dni – rzekła, kiedym się zbliżył. – Dzień jak żaden inny, w którym ważą się losy, życie lub śmierć. Piękny dzień dla synów ziemi i życia – och, jeszcze piękniejszy dla cór nieba i śmierci!

Złożyłem na jej czole pocałunek.

– Umieram – mówiła dalej – mimo to żyć będę.

– Morello!

– Nigdy nie nastały dni, kiedy mogłam cieszyć się twoją miłością – ale tę, która obmierzła ci za życia, będziesz wielbił po śmierci.

– Morello!

– Powtarzam: ja umieram. Ale noszę w sobie zawiązek tego uczucia, którego tak skąpiłeś mnie, Morelli. Lecz gdy oddam ducha, to dziecię żyć będzie – twoje i moje, Morelli, dziecię. Zaś twoje dni upłyną w zgryzocie – zgryzocie, która jest najbardziej niezatartym z doznań, jak cyprys jest najtrwalszym z drzew. Albowiem czas twojego szczęścia minął bezpowrotnie, życie nie obrodzi dwukrotnie radością – nie tak jak róże w Paestum, które zakwitają dwa razy w roku. Przestaniesz igrać z czasem na podobieństwo Tejana[13], za to niepomny mirtu[14] i winorośli, rozpostrzesz wokół siebie na ziemi całun, jak czynią muzułmanie w Mekce.

– Morello! – zawołałem. – Morello, jakże możesz to wszystko wiedzieć?

Lecz ona odwróciła ode mnie swe oblicze, a zaraz potem słabe drżenie przebiegło jej członki; tak oto wyzionęła ducha i zamilkła na zawsze.

Jak przepowiedziała, dziecię, które urodziła w chwili śmierci, wydało swe pierwsze tchnienie, gdy z jej matki uszło ostatnie. Jej córka żyła i rosła; w zadziwiającym tempie przybywało jej ciała i rozumu i coraz widoczniejsze stawało się jej łudzące podobieństwo do umarłej. Pokochałem ją uczuciem gorącym, gorętszym, niż – jak dotąd sądziłem – można było obdarzyć mieszkańca ziemi.

Lecz niebo tej czystej miłości nie pozostało długo jasne; mrok, zgroza i smutek przesłoniły je ciemnymi chmurami. Jak powiedziałem, dziewczynce w zadziwiającym tempie przybywało ciała i rozumu. W rzeczy samej, zdumiewał mnie gwałtowny przyrost jej ciała – lecz jakże trwożyły, jakże przerażały mnie myśli kłębiące mi się w głowie, kiedym śledził jej rozwój umysłowy! Czyż mogło być inaczej, skoro każdego dnia odkrywałem w pojęciach dziecka dojrzały intelekt kobiety? Skoro z dziecięcych ust płynęła mądrość doświadczenia? A w błysku jej kształtnych i dociekliwych oczu dopatrywałem się wiedzy i pasji dorosłego wieku? Powiadam więc, kiedy nie mogłem dłużej wątpić w świadectwo moich struchlałych zmysłów – kiedy nie sposób było już skrywać przed duszą czy bagatelizować tych spostrzeżeń, które napawały ją grozą – czyż można się dziwić, że do mego umysłu poczęły zakradać się podejrzenia, straszne i przejmujące, a moje myśli zwróciły się przerażone ku szalonym wywodom i frapującym teoriom złożonej do grobu Morelli? Ukryłem przed oczami świata istotę, na której wielbienie byłem skazany mocą przeznaczenia, i w niezakłóconym domowym zaciszu z dręczącą troską doglądałem wszystkiego, co związane było z ukochaną.

Mijały lata, a ja dzień po dniu wpatrywałem się w jej świętą, łagodną i wyrazistą twarz, obserwowałem jej rosnącą postać i dzień po dniu doszukiwałem się kolejnych przejawów podobieństwa córki do matki, owej smutnej i odeszłej z tego świata istoty. Mroczniały w moich oczach z każdą godziną te wspólne cechy i nabierały coraz bardziej wyraźnego, niepokojącego i posępnego charakteru. Że jej uśmiech przypominał uśmiech matki, gotów byłem znieść; ale znowu grozą przejmowała mnie ich identyczność – że jej oczy przypominały oczy Morelli, z tym mogłem się pogodzić; lecz przecież nazbyt często zaglądały one w głąb mej duszy znaczącym i oszałamiającym spojrzeniem Morelli. W zarysie wysokiego czoła, w jedwabistych lokach, w bladych palcach, którymi je przeczesywała, w rzewnej melodii jej mowy, a nade wszystko – ach, nade wszystko – w zwrotach i wyrażeniach umarłej obecnych w ustach wielbionej i żywej – znajdowałem, ku swej zgrozie, pożywkę dla uporczywych myśli, dla robaka, co toczył mego ducha od wewnątrz.

Tak upłynęło dziesięć lat jej żywota, a moja córka nadal nie otrzymała żadnego ziemskiego miana. „Moje dziecko” i „moja ukochana”, takie słowa zazwyczaj dyktowały ojcowskie uczucia, nasze ścisłe odosobnienie zaś wykluczało wszelkie stosunki z innymi ludźmi. Imię Morelli zostało pogrzebane wraz z nią samą. O matce nigdy nie wspominałem w rozmowach z córką – niepodobna było o tym mówić. O zewnętrznym świecie dziecię to miało zaiste niewielkie pojęcie, poznając jeno tyle, ile dopuszczały wąskie granice wytyczone przeze mnie jej życiu. W końcu zaś mój rozstrojony i wzburzony umysł zaczął upatrywać wybawienia z pisanego mi koszmaru w ceremonii chrztu. U chrzcielnicy wahałem się z wyborem imienia. Na usta cisnęły mi się miana mądrych i nadobnych, z dawnych i obecnych czasów, ze stron bliskich i dalekich, same godne tytuły szlachetnych, szczęśliwych i poczciwych. Co zatem podkusiło mnie, aby budzić wspomnienia dawno umarłej? Jakiż to demon podsunął mi imię, na którego dźwięk krew zaczynała mi dziko pulsować w skroniach? Jakiż to bies odezwał się z mrocznych zakamarków mej duszy, kiedy wśród wieczornej ciszy, w cieniu kolumn, ściszonym głosem wyszeptałem wielebnemu do ucha zgłoski – Morella? Cóż innego jak siła nieczysta wykrzywiła rysy mej córki, pokryła je trupimi barwami, gdy podrywając się na ten ledwo słyszalny dźwięk, skierowała szklisty wzrok ku niebu i osuwając się na czarne płyty rodzinnej krypty, odparła – „Jestem tu!”.

Wyraźnie, z chłodną, beznamiętną wyrazistością wsączyło mi się tych kilka prostych dźwięków w uszy, a stamtąd dalej, niczym ciekły ołów, z sykiem wypaliło sobie drogę do mózgu. Lata... lata przeminą, lecz wspomnienie tego czasu – przenigdy! Owszem, dostrzegałem kwiaty i winorośl, lecz dzień i noc przytłaczały mnie cienie cykuty i cyprysu. Przestałem zważać na czas i miejsce, gwiazdy mego przeznaczenia zgasły na niebie, przeto ziemia ściemniała dla mnie, a jej rzeczy przemykały mi przed oczami niby ulotne cienie, pośród nich zaś widziałem jeno – Morellę. Wiatry w przestworzach jednym tylko brzmieniem szumiały mi w uszach, a fale na morzu nieustannie szemrały – Morella. Lecz ona umarła; i na własnych rękach poniosłem ją do grobu; i zaniosłem się długim i gorzkim śmiechem, kiedym żadnego śladu pierwszej nie ujrzał tam, gdzie pochowałem drugą – Morellę.

Eleonora

Sub conservatione formae specificae salva anima.[15]

Rajmund Llull

WYWODZĘ SIĘ Z RODU znanego w świecie z siły wyobraźni i żaru namiętności. Nazwano mnie szaleńcem, lecz kto wie, czy obłęd nie stanowi najwznioślejszego przejawu inteligencji – czy w znacznej mierze tego, co świetne w naszym dorobku, a w całości tego, co prawdziwie głębokie, nie zawdzięczamy myśli chorobliwej – stanom umysłu wzbudzanym kosztem ogólnego rozwoju intelektu, wszak kwestia ta wciąż pozostaje otwarta. Kto śni na jawie, postrzega wiele rzeczy, które umykają śniącemu tylko nocą. W mglistych wizjach ukazują mu się przebłyski wieczności, a po przebudzeniu fantasta z rozkoszą uświadamia sobie, iż otarł się o próg wielkiej tajemnicy. I tak, krok po kroku, dostępuje on nieco tej mądrości, która jest samym dobrem, więcej zaś wiedzy, która niesie ze sobą zło. Podobni marzyciele wyprawiają się, bez steru czy kompasu, na bezkresny ocean „niewysłowionego światła” i ponownie, jak ów nubijski geograf w swych poszukiwaniach, agressi sunt mare tenebrarum, quid in eo esset exploraturi[16].

Przyjmijmy zatem, żem jest szalony. Przyznaję bowiem, że moja umysłowość ogarnia dwa przeciwstawne usposobienia – pierwsze to stan przejrzystego rozumu, który wyklucza wątpliwość i który odnosi się do pamięci wydarzeń składających się na pierwszy okres mego życia. Drugie zaś to stan cienia i niepewności, który trwa obecnie i który obejmuje to, co składa się na drugą wielką erę mego istnienia. Dajcie tedy wiarę mojej opowieści o pierwszej epoce mego bytu, zaś to, co się tyczy czasu późniejszego, przyjmijcie z umiarkowaną ufnością albo odrzućcie w całości, a gdy odrzucić nie potraficie, spróbujcie niczym Edyp przeniknąć zagadkę.

Dziewczę, które kochałem za młodu, było jedyną córką siostry mojej dawno zmarłej matki. Kuzynka ma miała na imię Eleonora i wciąż żywe we mnie wspomnienia jej osoby spisuję teraz ze spokojem. Od niepamiętnych czasów mieszkaliśmy razem w opromienionej tropikalnym słońcem Dolinie Wielobarwnych Traw. Nie zdarzyło się, aby trafił do niej człek niepowołany, gdyż położona była hen, wśród ogromnych wzgórz, które opasując ją szczelnie, nie dopuszczały słonecznego światła do jej najmilszych zakamarków. Gościńce omijały ją z dala, a jeśli kto próbowałby dostać się do naszego szczęśliwego domostwa, musiałby wpierw przedrzeć się przez gałęzie tysięcy drzew broniących doń dostępu, niszcząc pod stopami kobierce wonnego kwiecia. Stało się zatem, że zamieszkiwaliśmy tę dolinę samotnie, niepomni rozciągającego się za nią szerokiego świata – ja, moja kuzynka i jej matka.

Z zamglonych obszarów za wzgórzami, z wyższego krańca naszej obramowanej dziedziny wpływała do doliny wąska i głęboka rzeka. Nic na świecie nie jaśniało jak jej lustro, nic oprócz oczu Eleonory. Wijąc się niepostrzeżenie licznymi zakolami, docierała w końcu do cienistego wąwozu w drugim krańcu doliny i tam ginęła, meandrując pośród odległych wzgórz blado majaczących na horyzoncie. Nazwaliśmy ją „Rzeką Milczenia”, albowiem niosła ze sobą wyciszenie, które dziwnie udzielało się jej otoczeniu. Nie wzlatywał w powietrze nad jej wodami nawet najlżejszy szmer, a jej nurt był tak łagodny, że kamyki na dnie głębokiego koryta, które uwielbialiśmy oglądać, tkwiły nieporuszone, trwały na swych miejscach w błogim zadowoleniu, lśniąc nieustannym blaskiem.

Obrzeża rzeki, a także licznych skrzących się strumyków, które podążając krętymi torami, zasilały jej bieg, jak również połacie ciągnące się od obrzeży w głąb wód, aż do samego usianego kamieniami dna – te połacie, jak i całą powierzchnię doliny, aż po otaczające ją wzgórza, pokrywał kobierzec miękkiej zielonej trawy, gęstej, krótkiej, idealnie równej, rozsiewającej woń wanilii, kobierzec przetykany żółtymi jaskrami, białymi stokrotkami, fiołkami i rubinowymi astrami, którego nadzwyczajne piękno dobitnie obwieszczało naszym sercom miłość i chwałę Stwórcy.

Porastały tę trawę tu i ówdzie kępy fantasmagorycznych drzew, rodem z najśmielszych przywidzeń, a ich smukłe strzeliste pnie nie wznosiły się prosto do nieba, lecz wyginały się wdzięcznie w stronę światła, które w południe muskało sam środek doliny. Ich kora usiana była na przemian połyskliwymi płatami hebanu i srebra, a gładkością nie mogło równać się z nią nic na świecie, nic oprócz lic Eleonory. Gdyby nie jaskrawa zieleń olbrzymich liści, rozpościerających się z wierzchołków długimi, rozedrganymi pasmami, pieszczonych tchnieniem Zefira, można by je zasadnie wziąć za olbrzymie syryjskie węże oddające hołd swemu bogu, Słońcu.

Piętnaście lat przemierzaliśmy z Eleonorą tę dolinę ręka w rękę, nim w naszych sercach zagościła miłość. Stało się to pewnego wieczoru, kiedy moja kuzynka kończyła piętnasty rok życia, a ja dwudziesty. Siedzieliśmy wtedy spleceni pod wężowymi konarami, spoglądając na swe odbicia w wodach Rzeki Milczenia. Do końca tego cudownego dnia nie wypowiedzieliśmy ani słowa, jeszcze nazajutrz odzywaliśmy się z rzadka, głosami wciąż drżącymi. Z nurtu rzeki zaczerpnęliśmy dar Boga Miłości i czuliśmy, że Eros rozpalił w nas żarliwe dusze naszych przodków. Spłynęła na nas fala namiętności, od wieków wyróżniającej nasz ród, a wraz z nią odżyła w nas również wyobraźnia cechująca go od pokoleń, te zaś, działając pospołu, wniosły do Doliny Wielobarwnych Traw gorączkową, upojną szczęśliwość. Odmieniło się w niej wszystko. Na drzewach, które nigdy wcześniej nie kwitły, wyrosły nagle osobliwe płomieniste kwiaty w kształcie gwiazd. Zieleń trawiastego kobierca pociemniała, białe stokrotki zanikły, a rozpleniły się zastępy purpurowych goździków. Dolina wypełniła się życiem. Przybyły niewidziane tu dotąd rosłe flamingi, które pyszniły się swym karminowym upierzeniem, a w ślad za nimi rzesze mieniącego się cudownie, wesołego ptactwa. Rzeka zaroiła się od złocistych i srebrzystych ryb, a z głębi jej wód dobywał się narastający szmer, który przerodził się w kojącą muzykę, słodszą od dźwięków eolskiej harfy – nic na ziemi nie mogło równać się z jej niebiańskimi tonami, nic oprócz głosu Eleonory. Ogromny obłok, który podziwialiśmy od dawna, wiszący na niebie nieopodal Gwiazdy Wieczornej, płynął ku nam, jaśniejąc złotem i purpurą i opadając niżej dzień po dniu, osiadł wreszcie na szczytach wzgórz, wnosząc do tej mrocznej rubieży swój przepych, zamykając nas, jakby po wsze czasy, w czarownym więzieniu świetności i chwały.

Eleonora obdarzona była urodą iście anielską; to prostolinijne i niewinne dziewczę wiodące życie pośród kwiatów nie znało podstępu. Nie skrywała za wymyślną fasadą żaru miłości rozpalającej jej serce i odsłaniała przede mną najgłębsze jego tajniki, kiedyśmy przemierzali Dolinę Wielobarwnych Traw, omawiając doniosłe zmiany, jakie w niej zaszły.

Jednak pewnego dnia, ze łzami w oczach, wspomniała o tej ostatniej smutnej zmianie, jakiej poddany jest każdy człowiek, i od tej pory wplatała ów żałobny temat do każdej rozmowy, jak to się dzieje w strofach barda z Szirazu[17], gdzie te same obrazy powracają raz po raz w zmyślnie odmienionych frazach. Eleonora pojęła bowiem, iż naznaczona została przez Śmierć – że niczym efemeryda ujrzała światło dzienne w całej swej krasie po to jedynie, aby zaraz umrzeć. Lecz z jednego tylko powodu skon napełniał ją przerażeniem, i powód ten wyjawiła mi pewnego dnia o zmierzchu nad Rzeką Ciszy. Cierpiała na myśl, że po złożeniu jej do grobu w Dolinie Wielobarwnych Traw opuszczę na zawsze ten rajski zakątek i w szerokim świecie, jaki rozciąga się za jego granicami, inna panna zostanie wybranką mego serca, obecnie oddanego bez reszty jej, Eleonorze. Rzuciłem się wówczas do jej stóp i przyrzekłem jej oraz Niebiosom, że nigdy nie zwiążę się małżeństwem z żadną córą tej ziemi – iż w żaden sposób nie sprzeniewierzę się pamięci jej drogiej osoby ani pamięci żarliwego uczucia, jakim mnie błogosławiła. A na świadka moich uroczystych ślubów wezwałem samego Potężnego Władcę Wszechświata. Gdybym zaś okazał się wiarołomcą i nie dotrzymał obietnicy, Pan w Niebiesiech oraz sama Eleonora, ta czysta dusza przeznaczona Elizejskim Polom, obłożyć mnie mieli klątwą i spuścić na mnie karę tak straszliwą, że lepiej o niej tutaj zmilczę.

Lśniące oczy Eleonory zapałały jeszcze jaśniejszym blaskiem pod wpływem moich słów, a z jej piersi dobyło się westchnienie, jakby kto zdjął z nich śmiertelne brzemię. Zadrżała i zapłakała rzewnymi łzami, lecz przysięgę przyjęła (wszak dziewczę było z niej kruche), a łoże śmierci stało się dla niej przez to milsze. Wyznała mi kilka dni później, spokojnie umierając, że w podzięce za to, co uczyniłem na pociechę jej duszy, po śmierci będzie czuwać nade mną duchem, i jeśli będzie jej dane, ukazywać mi się będzie nocą; gdyby zaś to przekraczało moc duszyczek w Raju, da mi znać o swej obecności w inny sposób, wplatając swe westchnienie w powiew wieczornego wietrzyka lub rozsiewając czarowne wonie z anielskiej kadzielnicy w powietrzu, którym oddycham. Z tymi słowami na ustach dokonała swego niewinnego żywota, i tym samym dobiegła kresu pierwsza era mojego istnienia.

Dotąd w mej historii wszystko oddałem wiernie. Lecz gdy przekraczam barierę na drodze Czasu, barierę wyznaczoną przez śmierć mojej ukochanej, i przechodzę do drugiej epoki swego życia, czuję, jakby mój umysł pogrążał się w cieniu, i osaczają mnie wątpliwości, czy mój przekaz jest w pełni wiarygodny. Niemniej wyłożę rzecz do końca. Lata wlokły się ospale, a ja wciąż mieszkałem w Dolinie Wielobarwnych Traw, w której po raz wtóry wszystko się odmieniło. Zwiędły gwiaździste kwiaty, na powrót zapadły się w pnie drzew i zniknęły na zawsze. Zblakły barwy zielonego kobierca, zmarniały purpurowe goździki, a na ich miejscu gromadnie wyrosły patrzące żałośnie ciemne fiołki, niespokojnie rozkołysane i wiecznie zwilżone rosą. Wypełniona życiem dolina opustoszała, albowiem odleciały z niej rosłe flamingi, które pyszniły się swym karminowym upierzeniem, a w ślad za nimi rzesze mieniącego się cudownie, wesołego ptactwa, które wraz z nimi tu przybyło. Złociste i srebrzyste ryby odpłynęły wąskim przesmykiem rzeki uchodzącej z naszej dziedziny z drugiego, niższego krańca, i nie ozdabiały już wód naszych strumieni. Kojąca muzyka, słodsza od dźwięków eolskiej harfy, z której niebiańskimi tonami nie mogło się równać nic, nic oprócz głosu Eleonory, ta muzyka stopniowo cichła, szmer stawał się coraz słabszy, aż rzeka na powrót zapadła w pełne powagi milczenie. Na koniec oderwał się od wierzchołków wzgórz ogromny obłok, skazując je na dawny mrok, i poszybował ku Gwieździe Wieczornej, unosząc z Doliny Wielobarwnych Traw całe różnorodne bogactwo swej świetlistej świetności.

Jednak Eleonora nie zapomniała o swojej obietnicy, albowiem niekiedy dochodził moich uszu poszum kołysanych anielską ręką kadzielnic i po całej dolinie niosły się niebiańskie wonie, a w dłużących się godzinach samotności owiewające me skronie wiatry przybywały brzemienne cichymi westchnieniami, często zaś w nocnym powietrzu rozchodziły się niewyraźne szmery, a raz – ach, raz tylko! – z drzemki, ciążącej mi niczym sen śmierci, wybudziło mnie muśnięcie duchowych ust składających na mych wargach pocałunek.

Lecz nawet te sposoby nie potrafiły zapełnić pustki w moim sercu. Tęskniłem za miłością, która niegdyś rozpierała me jestestwo. W końcu wspomnienia Eleonory uczyniły dalszy mój pobyt w dolinie nieznośnym, porzuciłem ją tedy dla próżnych spraw i burzliwych triumfów światowego życia.

TRAFIŁEM DO OBCEGO MIASTA, gdzie nie brakło rzeczy, które mogły zagłuszyć wspomnienia słodkich snów, jakie tak długi czas roiłem w Dolinie Wielobarwnych Traw. Przepych i wystawne ceremonie dostojnego dworu, zaciekły szczęk oręża, promienna uroda kobiet, wszystko to oszałamiało mnie i odurzało. Jednak dusza moja trwała przy swych ślubach, a Eleonora nadal zsyłała mi wśród nocnej ciszy znaki swojej obecności. Wtem świadectwa te ustały, a świat pociemniał w moich oczach. Albowiem hen, z daleka, z odległej i nieznanej krainy przybyła na dwór króla, któremu służyłem, panna o urodzie, co wnet zawładnęła całym moim wiarołomnym sercem – której ulegle pokłoniłem się w płomiennym, czołobitnym hołdzie miłości. Czymże bowiem była namiętność, jaką onegdaj żywiłem dla dziewczęcia z doliny, wobec żaru, obłędu, uskrzydlającej duszę ekstazy uwielbienia, jakie wzbierały we mnie, kiedym we łzach wylewał całe me jestestwo u stóp eterycznej Ermengardy? Seraficzna Ermengarda jaśniała jedynym w swoim rodzaju blaskiem, który przyćmiewał wszystkie inne nadobne panny. Niebiańska Ermengarda była jak anioł, a kiedym spoglądał w przepastne głębie jej niezapomnianych oczu, myślałem jeno o nich – i o niej. 

Poślubiłem ją, nie dbając o to, czy ziści się ciążąca na mnie klątwa. I nie spadła na mnie karząca ręka. A raz jeden, wśród nocnej ciszy, tak jak ongiś, doleciały mnie z oddali niesłyszane od dawna ciche westchnienia, które przybrały postać znajomego słodkiego głosu, oznajmiając:

„Śpij spokojnie! Albowiem wszystkim włada i rządzi Duch Miłości, a biorąc do swego namiętnego serca tę, która zwie się Ermengarda, zostałeś zwolniony – z powodów, które poznasz w Niebiesiech – z przyrzeczenia, jakie złożyłeś Eleonorze”.

Ligeja

Jest wszak w tym wola, co nie umiera.

Komuż wiadome są tajemnice woli, z jej potęgą?

Albowiem Bóg to nic innego jak wola przemożna,

przenikająca w swym natężeniu całe stworzenie.

Człowiek podlega aniołom czy ugina się przed śmiercią

jeno przez słabość swojej wątłej woli.

Joseph Glanvill

NIE MOGĘ, JAKEM ŻYW, przypomnieć sobie, jak, kiedy, a nawet gdzie dokładnie doszło do mojego pierwszego spotkania z lady Ligeją. Tyle już lat dzieli mnie od tego zdarzenia, a pamięć mą nadwerężyły bolesne przeżycia. Niewykluczone jednak, że nie pomnę teraz tych okoliczności, ponieważ charakter mojej ukochanej, jej wyjątkowe oczytanie, szczególna, a przy tym spokojna uroda, przejmująca i urzekająca potoczystość jej cichej i śpiewnej mowy, takimi znikomymi krokami, stopniowo i ukradkiem posuwając się naprzód, podbiły moje serce, iżem się wcale nie spostrzegł. Niemniej spotkałem ją i najczęściej widywałem, jak sądzę, w pewnym wielkim, starym i niszczejącym już mieście nad Renem. O swojej rodzinie na pewno mi wspominała. Niepodobna wątpić w jej zamierzchły rodowód. Ligeja! Ligeja! Pochłonięty studiami, które z racji swej natury skuteczniej niż wszystko inne odwracają uwagę od spraw tego świata, zagłuszają płynące zeń bodźce, samym dźwiękiem tego słodkiego słowa – Ligeja – wyczarowuję w wyobraźni tę, której już nie ma. Teraz, kiedy to piszę, uprzytamniam sobie, że nigdy nie poznałem rodowego miana tej, która była mi przyjaciółką i narzeczoną, towarzyszką moich studiów, a wreszcie żoną i panią mego serca. Czy stało się to wskutek jej władczego kaprysu? A może w ten sposób wystawiła na próbę moc mojego uczucia, wzbraniając mi dociekań w tej materii? Albo wyniknęło to z mej własnej zachcianki, niby szaleńcza romantyczna ofiara na ołtarzu najgłębszej czci i oddania? Mgliście wspominam sam fakt, nic dziwnego więc, że całkowicie uleciały mi z pamięci przyczyny tego stanu rzeczy. W rzeczy samej, jeśli kiedykolwiek bożek Miłości – jeśli kiedykolwiek bladolica i skrzydlata Asztofet bałwochwalczego Egiptu patronowała niefortunnemu związkowi, to niechybnie patronowała naszemu.

Co do jednego wszelako pamięć mnie nie zawodzi – osoby droższej mi nad wszystko Ligei. Wzrostu była wysokiego, choć szczupła, a pod koniec swoich dni nawet wychudła. Nadaremnie jednak próbowałbym odmalować jej dostojność, daleką od krzykliwości swobodę obejścia, niepojętą lekkość i sprężystość kroków. Zjawiała się niczym cień. Jej przybycie do gabinetu objawiała dopiero urocza śpiewność jej cichego i słodkiego głosu, kiedy kładła alabastrową dłoń na mym ramieniu. W piękności oblicza nie miała sobie równych. Jaśniało niczym w opiumowej wizji, zjawiskowe i uskrzydlające, marzenie cudniejsze od niebiańskich zwidów, co unosiły się nad duszami śniących wieszczek z Delos. Lecz rysy jej nie zdradzały tej regularności, którą bezzasadnie nauczono nas wielbić w dziełach starożytnych. „Rozkoszne piękno – powiada Bacon, lord Verulam[18], odnosząc się do wszelkich jego postaci i przejawów – nie może obejść się bez domieszki pewnej dziwności w swych proporcjach”. Toteż choć widziałem, iż rysy Ligei nie wykazują klasycznej regularności – choć dostrzegałem, że jej uroda była istotnie „rozkoszna”, i wyczuwałem przenikający ją pierwiastek „dziwności”, to jednak na próżno usiłowałem wykryć jakąkolwiek nieforemność i znaleźć podstawę dla wrażenia osobliwości. Badałem zarys wyniosłego i bladego czoła – był bez skazy. Lecz jaki chłód bije od tych słów, gdy odnieść je do majestatu tak boskiego! Odcień niczym najczystsza kość słoniowa, rozległość władcza, acz spokojna, lekka wypukłość ponad skronią; i do tego kruczoczarne, lśniące, bujne i wijące się pukle, w pełni zasługujące na homerycki epitet „hiacyntowe”! Studiowałem delikatnie wykrojony nos – drugiego takiego ze świecą by szukać; podobnie doskonałe widniały jedynie na urokliwych hebrajskich medalionach. Ta sama cudowna gładkość powierzchni, ten sam ledwo dostrzegalny ślad orlej krzywizny, tak samo zgrabnie wysklepione nozdrza, świadczące o niezależności ducha. Przyglądałem się słodkim ustom. Malował się na nich istny triumf niebiańskich pierwiastków – wykwintne wygięcie krótkiej górnej wargi – zmysłowa miękkość i rozmarzenie dolnej – figlarne dołeczki i wymowne pąsy – zęby, w których z oszałamiającym niemal blaskiem odbijało się światło, kiedy usta rozchylały się w uśmiechu pogodnym i skromnym, lecz zarazem najradośniej promiennym ze wszystkich mi znanych. Obserwowałem ukształtowanie podbródka – tutaj również odnajdywałem rozmach, łagodność i majestatyczność, pełnię i uduchowienie greckich rzeźb – kontur, który bóg Apollo objawił we śnie Ateńczykowi Kleomenesowi. I wtedy zaglądałem w ogromne oczy Ligei.

Jeśli chodzi o oczy, starożytność nie dostarcza nam żadnych wzorców. Być może właśnie w nich kryła się ta zagadkowa cecha, do której odwoływał się lord Verulam. Jestem przekonany, że swym ogromem daleko przekraczały oczy pospolicie spotykane wśród ludzi. Równych im daremnie by szukać nawet wśród gazeli zamieszkujących dolinę Nurdżahad. Lecz ta jej szczególna cecha rzadko zaznaczała się wyraźniej – jedynie w chwilach niezwykłego uniesienia. W takich to chwilach nadawały jej one – choć może uroiłem to sobie tylko w rozgorączkowanej wyobraźni – piękno istoty nie z tego świata, piękno bajecznej hurysy z dalekiej Turcji. Oczy były z gatunku lśniąco czarnych, ocienione gęstymi, smolistymi rzęsami. Podobnej barwy były brwi, o nieco nieregularnym zarysie. Jednakże „dziwność”, jakiej dopatrywałem się w oczach, nie wynikała z ich kształtu, koloru czy blasku, i ostatecznie należy ją przypisać ich wyrazowi. Za pustym brzmieniem tego słowa kryje się dowolność, która zawiera naszą nieznajomość duchowych rzeczy. Wyraz oczu Ligei! Rozmyślałem o tym całymi godzinami! W niejedną letnią noc próbowałem przeniknąć go na wskroś! Cóż takiego kryło się w bezdennych niczym studnia Demokryta głębiach źrenic mojej ukochanej? Cóż to było? Trawiła mnie żądza poznania ich sekretu. Te oczy! Ich wielkie, lśniące, boskie gałki stały się dla mnie niczym bliźniacze gwiazdy Ledy, a ja wobec nich – najgorliwszym z astrologów.

Nie ma pośród licznych anomalii naszego życia umysłowego bardziej pasjonującej osobliwości – dotąd niedostrzeganej, jeśli się nie mylę – aniżeli ta okoliczność, iż gdy usilnie staramy się przypomnieć sobie dawno zapomnianą rzecz, nierzadko jesteśmy o krok od przeniknięcia zasłony, lecz ostatecznie nie udaje nam się jej wydobyć z mroku niepamięci. Jakże często mnie samemu zdawało się, kiedym wnikliwie wpatrywał się w oczy Ligei, że jestem bliski poznania tajemnicy ich wyrazu – tak niewiele mnie od niej dzieli – lecz ona, niedostępna, znów mi się wymyka! A przy tym – rzecz to najdziwniejsza! – znajdywałem dla niej odpowiedniki w najzwyklejszych zjawiskach świata. Chcę przez to powiedzieć, że odkąd piękno Ligei zawładnęło moim duchem, wyniesione tam na ołtarze niczym najdroższa świętość, takie doznanie, o jakie przyprawiało mnie wejrzenie jej wielkich i lśniących oczu, wzbudzały we mnie rozliczne przejawy stworzonego wszechświata. Mimo to odczucia tego nadal nie mogłem określić, zgłębić, a nawet ze spokojem rozważać. Doznawałem go niekiedy na widok strzelającego w górę krzewu winorośli – ćmy, poczwarki, motyla – rwącego strumienia. Kryło się w oceanie, spadającym meteorycie, we wzroku niezwykle sędziwych ludzi. Są nawet na niebie gwiazdy (jedna zwłaszcza, gwiazda szóstej wielkości, podwójna i zmienna, w konstelacji Lutni), które oglądane przez teleskop, wywoływały we mnie to samo uczucie. Przepełniały mnie nim również brzmienia strunowych instrumentów, a niejednokrotnie urywki z książek. Spośród niezliczonych przykładów w pamięć zapadł mi (być może z racji swej cudaczności – któż to wie?) ustęp z dzieła Josepha Glanvilla, niezmiennie budzący w mojej duszy takiż oddźwięk: „Jest wszak w tym wola, co nie umiera. Komuż wiadome są tajemnice woli, z jej potęgą? Albowiem Bóg to nic innego jak wola przemożna, przenikająca w swym natężeniu całe stworzenie. Człowiek podlega aniołom czy ugina się przed śmiercią jeno przez słabość swojej wątłej woli”.

Późniejsze długie lata rozmyślań pozwoliły mi ustalić daleki związek między myślą tego angielskiego moralisty a cechą, którą odnajdywałem w Ligei. Intensywność przejawiająca się w myśli, działaniu czy mowie mogła być w jej przypadku wynikiem lub przynajmniej wskaźnikiem olbrzymiej siły woli, która tylko w ten jeden sposób dochodziła u niej do głosu przez cały ten czas, kiedy przestawaliśmy ze sobą. Ze wszystkich znanych mi kobiet nią właśnie, na pozór spokojną i niewzruszoną Ligeją, targały szpony najsroższych namiętności. A jedyną miarą jej ukrytej pasji było to cudowne uwypuklanie się oczu, które zarazem trwożyło i urzekało mnie – czarowna śpiewność, modulacja, wyrazistość i opanowanie jej cichego głosu – i nieokiełznana energia, jaką tchnęły jej szalone wypowiedzi, udzielająca się w dwójnasób wskutek rażącego kontrastu z jej sposobem mówienia.