Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 23

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opinie o ebooku Król Dżumiec - Edgar Allan Poe

Fragment ebooka Król Dżumiec - Edgar Allan Poe

Ed­gar Al­lan Poe

Król Dżu­miec

(opo­wieść za­wie­ra­ją­ca pew­ną ale­go­rię)

Król Dżu­miec

(opo­wieść za­wie­ra­ją­ca pew­ną ale­go­rię)

Bo­go­wie zno­szą i po­twier­dza­ją w kró­lach czy­ny,  
któ­re są źró­dłem ich prze­ra­żeń, gdy je po­peł­nia mo­tłoch.  
Buc­khurst: Fer­rex et Por­rex

W noc paź­dzier­ni­ko­wą, oko­ło pół­no­cy za do­stoj­ne­go pa­no­wa­nia Edwar­da III, dwaj majt­ko­wie na­le­żą­cy do za­ło­gi „Free-and-Easy”, ku­piec­kie­go dwu­masz­tow­ca, któ­ry kur­so­wał po mię­dzy Eklu­zą (w Bel­gi) a Ta­mi­zą i któ­ry w tym cza­sie za­rzu­cił ko­twi­cę w tej rze­ce, upa­ja­li się swym po­by­tem w sa­li pew­nej obe­rży, w pa­ra­fii św. An­drze­ja, w Lon­dy­nie – któ­ra to obe­rża mia­ła za go­dło kon­ter­fekt[1] – we­so­łe­go wil­ka mor­skie­go.

Sa­la – mi­mo li­chej bu­do­wy, mi­mo sczer­nia­ło­ści od dy­mu, ni­skie­go pu­ła­pu i po­do­bień­stwa do wszyst­kich zresz­tą kar­czem onej epo­ki, w cza­sach dzi­wo­ląż­nych gro­ma­dek roz­rzu­co­nych tam i ów­dzie opo­jów, wca­le nie­zgo­rzej od­po­wia­da­ła swe­mu prze­zna­cze­niu.

Wśród owych gro­ma­dek dwaj na­si majt­ko­wie two­rzy­li – naj­cie­kaw­szą, je­śli nie naj­bar­dziej god­ną uwa­gi.

Ów, co się zda­wał pier­wo­rod­niej­szy i to­wa­rzy­sza swe­go cha­rak­te­ry­stycz­nie Udźcem prze­zy­wał, nie­po­mier­nie też wzro­stem owej dwój­cy przo­do­wał. Miał – bez ma­ła sześć i pół sto­py wy­so­ko­ści[2] i na­ło­go­we po­chy­le­nie ra­mion by­ło snadź nie­od­par­tym wy­ni­kiem tak nie­sły­cha­nej po­sta­wy. Je­go nad­da­tek wzwyż był – bar­dziej niż zrów­no­wa­żo­ny in­ny­mi ską­d­inąd nie­do­bo­ra­mi. Był wy­jąt­ko­wo szczu­pły – i, zda­niem swych przy­ja­ciół, mógł z po­wo­dze­niem za­stą­pić po pi­ja­ne­mu – wstę­gę ban­de­ry na wierz­cho­le masz­tu, zaś na czczo – drzew­ce trój­kąt­ne­go ża­gla. Wszak­że te i tym po­dob­ne żar­ty ni­g­dy nie po­ru­sza­ły mię­śni śmie­chu wil­ka mor­skie­go. Po­mi­mo wy­bit­nych po­licz­ków, ol­brzy­mie­go i kro­gul­cze­go no­sa, ob­cię­te­go pod­bród­ka, po­mi­mo wresz­cie osu­nię­cia się dol­nej żu­chwy i wy­pu­kli­zny prze­ogrom­nych, bia­łych oczu – wy­raz je­go ob­li­cza, acz­kol­wiek na­pięt­no­wa­ne­go pew­ną od­mia­ną mru­kli­wej dla wszech­rze­czy obo­jęt­no­ści, był nad wszel­ki opis i nad wszel­kie na­śla­dow­nic­two – uro­czy­sty i po­waż­ny.

Młod­szy wie­kiem maj­tek ca­ło­kształ­tem ze­wnętrz­ne­go wy­glą­du zgo­ła wy­od­ręb­niał się i od­wza­jem­niał swe­mu to­wa­rzy­szo­wi.

Dwo­je nóg ka­błą­ko­wa­tych i przy­kuc­li­wych dźwi­ga­ło je­go cięż­ką i krę­pą oso­bę, zaś oso­bli­wie krót­kie i gru­be rę­ce, za­koń­czo­ne pię­ścia­mi nie­prze­cięt­nych po­mia­rów, zwi­sa­ły, ko­ły­sząc się na stro­ny jak ła­py żół­wia mor­skie­go. Skrzy­ły się drob­ne, nie­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru, głę­bo­ko we łbie osa­dzo­ne śle­pia. Nos zna­lazł swój sta­ły po­chó­wek w bry­le ciel­ska, któ­re ob­le­ka­ło gę­bę okrą­głą, pulch­ną i czer­wo­ną, a gru­ba gór­na war­ga wy­god­nie spo­czy­wa­ła na jesz­cze grub­szej dol­nej z wy­ra­zem oso­bi­ste­go za­do­wo­le­nia, któ­re wła­ści­ciel oboj­ga zwięk­szał na­ło­giem zwil­ża­nia swych warg od cza­su do cza­su ję­zo­rem. Ten, po­pa­tru­jąc na swe­go są­sia­da, już to słu­piał, już to uśmie­chał się szy­der­czo. I cza­sem, gdy spoj­rzał mu oko w oko, pur­pu­ro­wiał jak słoń­ce, gdy przed za­cho­dem spo­glą­da ze szczy­tów skał Ben-Ne­ri­su.

Toć uroz­ma­ico­na i przy­pad­ków peł­na by­ła w pierw­szych go­dzi­nach noc­nych piel­grzym­ka do­stoj­nej dwój­ki po obe­rżach oko­licz­nych. I naj­sut­sze za­so­by pie­nięż­ne nie prze­trwa­ją wie­ków, to­też do obe­rży, o któ­rej mo­wa, przy­ja­cie­le na­si po­kwa­pi­li się z pu­stą kie­sze­nią. Ni mniej, ni wię­cej, je­no, w chwi­li gdy się wła­ści­wie opo­wieść na­sza za­czy­na, Udziec i je­go to­wa­rzysz Hugh Tar­pau­lin sie­dzie­li w po­środ­ku sa­li i, wsparł­szy oby­dwa łok­cie na ob­szer­nym, dę­bo­wym sto­le, ukry­li twa­rze w dło­niach.

Udzie­liw­szy bez­piecz­ne­go schro­ni­ska za­war­to­ści po­kaź­nej bu­tli nie opła­co­ne­go zgo­ła hum­ming-stuf­fu, nie bez zdzi­wie­nia i nie bez obu­rze­nia zer­ka­li uko­sem na zło­wiesz­cze wy­ra­zy „Nic na kre­dę”, kre­ślo­ne na ścia­nie kre­dą – tą bez­czel­ną kre­dą, któ­ra ma śmia­łość za­zna­cze­nia swej nie­obec­no­ści.

Nie dla­te­go, iż­by zdol­ność czy­ta­nia kre­ślo­nych li­ter, ucho­dzą­ca wśród ów­cze­sne­go tłu­mu za nie­co mniej ka­ba­li­stycz­ną od sztu­ki onych­że kre­śle­nia – mo­gła być, ści­śle bio­rąc, po­li­czo­na za wi­nę oby­dwom wy­cho­wań­com mo­rza, lecz, mó­wiąc po praw­dzie, by­ła w kształ­cie li­ter ja­ko­waś po­kręt­ność, a w ca­ło­ści ro­dzaj trud­ne­go do opi­sa­nia – wy­ko­le­je­nia, któ­re, zda­niem oby­dwu ma­ry­na­rzy za­po­wia­da­ły ja­kąś prze­klę­tą klę­skę i sło­tę, i wo­bec któ­rych po­sta­no­wi­li na­tych­miast oby­dwaj – we­dług me­ta­fo­rycz­nej umo­wy Udźca – czu­wać przy pom­pach, zwi­nąć ża­gle i dy­bać przed się [3]wbrew wia­trom. A za­tem, wy­są­czyw­szy resz­tę ale’u i grun­tow­nie za­piąw­szy swe ku­bra­ki, po­rwa­li się osta­tecz­nie ku drzwiom. Tar­pau­lin, co praw­da, po dwa­kroć na­wie­dził wnę­trze ko­min­ka, nie od­róż­nia­jąc go od drzwi, lecz ko­niec koń­cem uciecz­ka po­wio­dła się szczę­śli­wie i w pół go­dzi­ny po pół­no­cy na­si bo­ha­te­rzy pa­ra­do­wa­li na wie­trze, raź­nie kro­cząc po­przez ciem­ną ulicz­kę w kie­run­ku scho­dów Św. An­drze­ja, ści­ga­ni z za­pa­łem przez obe­rży­stę We­so­łe­go Wil­ka Mor­skie­go.

Na wie­le lat przed i po epo­ce, w któ­rej od­by­wa się ta opo­wieść dra­ma­tycz­na, w ca­łej An­glii, a przede wszyst­kim w sto­li­cy, roz­le­gał się okrzyk zło­wro­gi: Dżu­ma! Sta­re Mia­sto by­ło po więk­szej czę­ści wy­lud­nio­ne i w tych strasz­li­wych, z Ta­mi­zą są­sia­du­ją­cych dziel­ni­cach, wśród za­uł­ków i prze­cznic ciem­nych, wą­skich a brud­nych, któ­re De­mon Dżu­my, jak wów­czas przy­pusz­cza­no, ob­rał na miej­sce swo­ich na­ro­dzin – nie moż­na by­ło na­wet kro­cząc jak naj­dum­niej, spo­tkać nic prócz Prze­ra­żeń, Lę­ków i Za­bo­bo­nów.