Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski

Rękopis znaleziony w butli ebook

Edgar Allan Poe  

3.88888888888889 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 22

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opinie o ebooku Rękopis znaleziony w butli - Edgar Allan Poe

Fragment ebooka Rękopis znaleziony w butli - Edgar Allan Poe

Ed­gar Al­lan Poe

Rę­ko­pis zna­le­zio­ny w bu­tli

tłum. Bolesław Leśmian

Rę­ko­pis zna­le­zio­ny w bu­tli

Kto ma za chwi­lę umrzeć,  
Ten nie ma już nic do stra­ce­nia.  
Qu­inault: Atys

O mo­jej oj­czyź­nie i o mo­jej ro­dzi­nie nie­wie­le mam do po­wie­dze­nia, iż jed­na i dru­ga za­rów­no są mi – ob­ce. Otrzy­ma­na spu­ści­zna uła­twi­ła mi po­zy­ska­nie nie­zgor­sze­go wy­kształ­ce­nia, a skłon­ność umy­słu do po­głę­bień umoż­li­wi­ła uję­cie w ład me­to­dy ca­łe­go do­byt­ku wie­dzy, pil­nie na­gro­ma­dzo­nej przed­wcze­śnie doj­rza­łą usil­no­ścią. Po­nad wszyst­ko – dzie­ła fi­lo­zo­fów nie­miec­kich by­ły dla mnie źró­dłem naj­wyż­szej roz­ko­szy, a przy­czy­niał się do te­go nie po­dziw pło­chy dla ich wy­mow­nych sza­łów, je­no, po­par­ta na­wy­kiem do su­ro­wej ana­li­zy ucie­cha z po­wo­du wy­ła­wia­nia ich błę­dów. Za­rzu­ca­no mi czę­sto­kroć oschłość me­go ge­niu­szu, brak wy­obraź­ni po­czy­ta­no mi za zbrod­nię i sły­ną­łem za­wsze ja­ko nie­do­wia­rek. W rze­czy sa­mej – żar­li­wy pęd do fi­lo­zo­fii przy­ro­do­znaw­czej prze­sy­cił – nie­ste­ty – mój umysł naj­pow­szech­niej­szy­mi błę­da­mi wie­ku – mam na my­śli na­łóg wa­run­ko­wa­nia za­sa­da­mi tej wie­dzy zja­wisk na­wet w naj­mniej­szym stop­niu nie pod­le­głych te­go ro­dza­ju wa­run­kom. Przede wszyst­kim nikt nie był mniej ode mnie na­ra­żo­ny na za­tra­ce­nie su­ro­wych pro­bie­rzy praw­dy w po­go­ni za błęd­ny­mi ogni­ka­mi za­bo­bo­nu. Uwa­ża­łem za sto­sow­ne ob­wa­ro­wa­nie się tą przed­mo­wą w oba­wie, aby nie­wia­ry­god­nej opo­wie­ści, któ­rą po­ni­żej przy­to­czę, nie po­są­dzo­no ra­czej o sza­leń­czy wy­twór bez­ład­nej wy­obraź­ni, za­miast w niej do­strzec wy­nik ści­słych do­świad­czeń umy­słu, dla któ­re­go mrzon­ki wy­obraź­ni są li­te­rą mar­twą i zni­ko­mą.

Po kil­ku la­tach, spę­dzo­nych w da­le­kiej po­dró­ży, wsia­dłem na okręt w r. 18… w Ba­ta­wii, sto­li­cy bo­ga­tej i lud­nej Ja­wy, aby od­być wy­ciecz­kę po Ar­chi­pe­la­gu Sun­daj­skim. Wy­ru­szy­łem w dro­gę ja­ko włó­czę­ga, nie ma­jąc in­nych po­bu­dek prócz ner­wo­wej żą­dzy zmian, któ­ra mię na­gli­ła ja­ko[1] zły duch.

Okręt nasz miał oko­ło czte­rech­set ton po­jem­no­ści, obi­ty był mie­dzią i zbu­do­wa­ny w Bom­ba­ju z ma­la­bar­skiej[2]te­khy[3]. Wiózł ła­du­nek weł­ny, ba­weł­ny i oli­wy in­dyj­skiej. Mie­li­śmy też na po­kła­dzie po­wro­zy z włó­kien ko­ko­so­wych, cu­kier pal­mo­wy, za­pa­sy to­pio­ne­go ma­sła, orze­chy ko­ko­so­we i kil­ka skrzyń ma­kow­ca[4]. Ob­ła­do­wa­no go nie­od­po­wied­nio, to­też chy­lił się bur­tem[5] ku wo­dzie.

Po­da­li­śmy ża­gle prą­do­wi wia­tru i przez dni kil­ka trzy­ma­li­śmy się wzdłuż wschod­nie­go brze­gu Ja­wy. Ża­den przy­pa­dek nie prze­rwał mo­no­to­nii na­szej po­dró­ży prócz chy­ba kil­ku drob­nych, spo­tka­nych po dro­dze od­nóg Ar­chi­pe­la­gu, do któ­re­go gra­nic okręt nasz do­tarł.

Pew­ne­go wie­czo­ru, wspar­ty na pa­ra­pe­cie straż­ni­cy, po­strze­głem na pół­no­co-za­cho­dzie wiel­ce oso­bli­wy, sa­mot­ny ob­łok. Zwra­cał na się uwa­gę za­rów­no bar­wą, jak i tą oko­licz­no­ścią, że był pierw­szym ob­ło­kiem, któ­ry­śmy po­strze­gli od cza­su na­sze­go od­jaz­du z Ba­ta­wii. Ba­da­łem go uważ­nie aż do za­cho­du słoń­ca. W tym okre­sie – roz­snuł się na­gle od wscho­du do za­cho­du, ob­sa­cza­jąc[6] wid­no­krąg szczel­nym pa­smem tu­ma­nów i przy­bie­ra­jąc kształt dłu­gie­go pa­sma o ni­sko zwi­sa­ją­cych po­brze­żach. Wkrót­ce po­tem uwa­gę mo­ją przy­kuł bru­nat­no-pur­pu­ro­wy brzask księ­ży­ca i szcze­gól­ny wy­gląd mo­rza. To ostat­nie pod­le­ga­ło szyb­kiej zmia­nie i wo­da zda­wa­ła się bar­dziej niż za­zwy­czaj przej­rzy­ścieć.

Mo­głem wy­raź­nie oglą­dać dno, cho­ciaż za­rzu­co­ny prze­ze mnie zgłęb­nik wska­zał, iż znaj­du­je­my się na wy­so­ko­ści pięt­na­stu sąż­ni[7]. Po­wie­trze za­pra­wi­ło się nie­zno­śnym upa­łem i prze­peł­ni­ło się spi­ral­nie ro­ze­dr­ga­ny­mi po­dmu­cha­mi ża­ru i na wzór tych, któ­re uno­szą się po­nad roz­pa­lo­nym do czer­wo­no­ści że­la­zem. Z na­dej­ściem no­cy wszel­ki po­wiew ustał i ogar­nę­ła nas ci­sza tak cał­ko­wi­ta, że nie­do­stęp­na zro­zu­mie­niu. Pło­mień świe­cy ja­rzył się na prze­dzie bez po­chwyt­ne­go dla oka ru­chu, a dłu­gi włos – włos uję­ty wska­zu­ją­cym i du­żym pal­cem, pa­dał po­zio­mo bez naj­mniej­sze­go drgnie­nia.

Wszak­że, po­nie­waż ka­pi­tan twier­dził, iż nie wi­dzi żad­nych oznak nie­bez­pie­czeń­stwa i po­nie­waż zbo­czy­li­śmy z dro­gi do lą­du w kie­run­ku po­przecz­nym, te­dy roz­ka­zał zwi­nąć ża­gle i za­rzu­cić ko­twi­cę. Ni­ko­go ze stra­ży okrę­to­wej nie po­sta­wio­no na cza­tach, i za­ło­ga zło­żo­na prze­waż­nie z Ma­laj­czy­ków, bez tro­ski po­kła­dła się na po­mo­ście. Zsze­dłem do ka­ju­ty nie bez wy­raź­ne­go prze­czu­cia ja­kiejś klę­ski. I rze­czy­wi­ście – wszyst­kie te zna­mio­na bu­dzi­ły we mnie oba­wy – sa­mu­mu[8]. Zwie­rzy­łem się z mych obaw ka­pi­ta­no­wi, lecz nie zwró­cił uwa­gi na mo­je sło­wa i od­szedł, nie ra­cząc od­po­wie­dzieć. Wszak­że nie­po­kój za­kłó­cał mi sen i oko­ło pół­no­cy wy­sze­dłem na po­kład.

Gdym po­sta­wił sto­pę na ostat­nim szcze­blu prze­sło­nię­tej bre­zen­tem dra­bi­ny, prze­ra­ził mię głu­chy zgiełk po­dob­ny do te­go, któ­ry wy­twa­rza by­stry ob­rót ko­ła młyń­skie­go, i za­nim zdo­ła­łem zba­dać przy­czy­nę, uczu­łem, że okręt dy­go­ce od – we­wnątrz. W tej sa­mej nie­mal chwi­li na­wa­ła mor­ska od­rzu­ci­ła nas na bok i, rwąc po­nad na­mi, wy­mio­tła wszy­stek po­kład od koń­ca do koń­ca.