Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 572
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
OPERACJA „HF”
Powieści Clive’a Cusslera
AFERA ŚRÓDZIEMNOMORSKA
ATLANTYDA ODNALEZIONA
ARKTYCZNA MGŁA
BIEGUNY ZAGŁADY
BŁĘKITNE ZŁOTO
CERBER
CYKLOP
CZARNY WIATR
KORSARZ
LODOWA PUŁAPKA
MILCZĄCE MORZE
NA DNO NOCY
ODYSEJA TROJAŃSKA
OGNISTY LÓD
PODWODNI ŁOWCY
PODWODNI ŁOWCY 2
PODWODNY ZABÓJCA
POTOP
SAHARA
SKARB
SKARB CZYNGIS-CHANA
SMOK
STATEK ŚMIERCI
ŚWIĘTY KAMIEŃ
TAJNA STRAŻ
VIXEN 03
WĄŻ
WIR PACYFIKU
WYBRZEŻE SZKIELETÓW
WYDOBYĆ „TITANICA”
ZABÓJCZE WIBRACJE
ZAGINIONE MIASTO
ZŁOTO INKÓW
ZŁOTY BUDDA
ŻEGLARZ
Preludium
15 lipca 1966 roku
Ocean Spokojny
Dziewczyna osłoniła piwne oczy przed słońcem i patrzyła na wielkiego petrela szybującego nad tylnym bomem przeładunkowym statku. Parę minut podziwiała pełny wdzięku lot ptaka, a potem znudzona usiadła, odsłaniając czerwone pręgi, które na jej opalonych plecach odcisnęły listewki staroświeckiego fotela wypoczynkowego.
Rozejrzała się, wypatrując członków załogi. Nie dostrzegła nikogo i pospiesznie poprawiła piersi w staniku bikini.
Czuła, jak w przesyconym wilgocią powietrzu jej ciało staje się spocone i gorące. Przesunęła dłonią po płaskim brzuchu i poczuła krople potu na skórze. Znowu położyła się w fotelu, rozluźniona i spokojna. Rytmiczne dudnienie maszyn starego statku i słoneczny żar ją usypiały.
Strach, który ją dręczył od chwili wejścia na pokład, zniknął. Już nie leżała bezsennie, wsłuchując się w łomotanie serca, nie wpatrywała się w twarze członków załogi z obawą, że dostrzeże jakieś podejrzliwe spojrzenie. Zniknęły także obawy, że kapitan ponurym głosem poinformuje ją, iż została aresztowana. Powoli przestawała myśleć o swoim przestępstwie i zaczynała zastanawiać się nad przyszłością. Przekonała się z ulgą, że poczucie winy słabnie.
Kątem oka dostrzegła białą kurtkę azjatyckiego stewarda, który pojawił się w zejściówce. Zbliżał się lękliwie, ze wzrokiem wbitym w deski pokładu, jakby krępował go widok jej prawie nagiego ciała.
Estella Wallace pomyślała, że jej mocna opalenizna na pewno ukryje gwałtowny rumieniec. Chciała uniknąć rozmów z oficerami statku i od chwili kiedy weszła na pokład w San Francisco, symulowała złe samopoczucie i wszystkie posiłki jadła w swojej kabinie. Teraz uznała jednak, że nie może bez końca unikać kontaktów z ludźmi. Nadeszła pora, by zacząć próbować żyć zgodnie ze swymi kłamstwami.
Ukłonił się w sposób, który wydał się Estelli zbyt uniżony, nawet jak na Azjatę.
Przekonana o słuszności podjętej decyzji, patrzyła bezmyślnie na wysoką nadbudówkę śródokręcia „San Marino”. Niebo było niesamowicie niebieskie nad czarnym dymem, którego kłęby wydobywały się z pojedynczego komina, kontrastując ostro z białą farbą łuszczącą się na ściankach.
„San Marino” był wybudowany w 1943 roku jako standardowy statek typu Liberty i przewoził materiały wojskowe przez Atlantyk do Anglii. Udało mu się wykonać szesnaście rejsów tam i z powrotem. Tylko jeden raz, kiedy odłączył się od konwoju, został trafiony torpedą, ale nie miał ochoty zatonąć i o własnych siłach dotarł do Liverpoolu.
Po wojnie wędrował po oceanach świata pod panamską banderą jako jeden z trzydziestu statków należących do Manx Steamship Company w Nowym Jorku. Miał długość czterystu czterdziestu jeden stóp, zadarty dziób oraz półokrągłą rufę i przecinał fale Pacyfiku z prędkością jedenastu węzłów. Po kilku latach zarabiania na armatora najprawdopodobniej skończy w stoczni złomowej.
Jego stalowe poszycie plamiła rdza. Wyglądał niechlujnie, jak dziwka z Bovery, ale w oczach Estelli Wallace był czysty i piękny.
Przeszłość już zacierała się w jej pamięci. Z każdym obrotem wysłużonych maszyn przepaść oddzielająca monotonne życie Estelli od wytęsknionych marzeń powiększała się coraz bardziej.
Pomysł przeistoczenia się Arty Casilighio w Estellę Wallace powstał w chwili, gdy podczas wieczornego szczytu w Los Angeles znalazła paszport na to nazwisko, wciśnięty pod siedzenie autobusu na Wilshire Boulevard. Właściwie nie zdając sobie sprawy, dlaczego to robi, wsunęła go do torebki i wzięła do domu.
Nie oddała dokumentu kierowcy autobusu ani nie wysłała go właścicielce. Przez wiele godzin oglądała strony ostemplowane zagranicznymi pieczęciami. Intrygowała ją twarz na fotografii. Mimo bardziej eleganckiego makijażu była zaskakująco podobna do jej własnej. Obie były mniej więcej w tym samym wieku - różnica wynosiła zaledwie osiem miesięcy. Kolor oczu zgadzał się całkowicie i gdyby nie mała różnica w uczesaniu i odcieniu włosów, mogłyby uchodzić za siostry.
Musi spróbować upodobnić się do Estelli Wallace, swojego alter ego, które mogło uciec do egzotycznych miejsc na świecie, niedostępnych dla cichej, myszowatej Arty Casilighio.
Pewnego wieczoru po zamknięciu banku, w którym pracowała, zorientowała się, że patrzy właśnie na stosy świeżo wydrukowanych banknotów dostarczonych po południu z Banku Rezerw Federalnych, mieszczącego się w śródmieściu Los Angeles. W ciągu czterech lat pracy tak przyzwyczaiła się do dużych sum pieniędzy, że uważała się za uodpornioną na ten widok - stan ducha, który wszyscy kasjerzy osiągali prędzej czy później. Ale tym razem w trudny do wytłumaczenia sposób stosy zielonych papierków zafascynowały ją. Podświadomie zaczęła sobie wyobrażać, że należą do niej.
Wróciła do domu na weekend i zamknęła się w mieszkaniu, aby umocnić się w swoim postanowieniu i zaplanować przestępstwo, które miała zamiar popełnić. Ćwiczyła każdy gest, każdy ruch. Przez całą noc z niedzieli na poniedziałek leżała skąpana w zimnym pocie. Nie mogła zasnąć, ale zdecydowana była przeprowadzić sprawę do końca.
W transporcie pieniędzy przywożonych co poniedziałek pancernym samochodem znajdowało się od sześciuset do ośmiuset tysięcy dolarów. W banku liczono je powtórnie i przechowywano do momentu ponownego rozprowadzenia do oddziałów rozproszonych po całym Los Angeles. Postanowiła, że zrealizuje plan w poniedziałek wieczorem, kiedy będzie oddawać szufladę z pieniędzmi do skarbca.
Rankiem wzięła prysznic i zrobiła makijaż, a później nałożyła parę rajstop. Od połowy łydki do samej góry owinęła nogi dwustronną taśmą klejącą, pozostawiając zewnętrzną warstwę ochronną. Te dość dziwne elementy odzieży zostały zakryte długą spódnicą sięgającą aż do kostek.
Następnie wzięła dokładnie przycięte paczki papieru i wsunęła je do dużej, przypominającej sakwę torby. Na zewnętrznych stronach miały umieszczone nowiutkie banknoty pięciodolarowe i oklejone były prawdziwymi niebiesko-białymi banderolami Banku Rezerw Federalnych. Postronny obserwator uznałby je za autentyczne.
Stanęła przed dużym lustrem i powtarzała raz za razem: „Arta Casilighio już nie istnieje. Jesteś obecnie Estellą Wallace”. Autosugestia zaczęła działać. Poczuła, jak jej mięśnie rozluźniają się, oddech staje się wolniejszy i bardziej płytki. Nabrała głęboko powietrza, wyprostowała się i poszła do pracy.
Tak bardzo chciała sprawiać zupełnie zwyczajne wrażenie, że niechcący przyszła do banku o dziesięć minut za wcześnie. Mogło to zdziwić tych, którzy dobrze ją znali, ale był poniedziałek rano i nikt tego nie zauważył. Kiedy usiadła za swym kontuarem kasowym, miała wrażenie, że każda minuta ciągnie się godzinę, a każda godzina wieczność. Czuła się dziwnie obca w tym tak dobrze jej znanym otoczeniu, lecz szybko tłumiła każdą myśl o porzuceniu zuchwałego planu.
Kiedy wreszcie nadeszła szósta i jeden z zastępców wiceprezesa zamknął i zabezpieczył masywne drzwi frontowe, szybko podliczyła zawartość swojej kasetki i dyskretnie wymknęła się do damskiej toalety. Tam, zamknięta w kabince, szybko odkleiła zewnętrzną warstwę taśmy, wrzuciła ją do sedesu i spuściła wodę. Potem wyjęła spreparowane paczki, umocowała je do taśmy i kilkakrotnie tupnęła nogami, aby upewnić się, że żadna nie odklei się w czasie chodzenia.
Uznała, że wszystko jest gotowe, i wróciła do sali. Tam marudziła do chwili, kiedy pozostali kasjerzy umieścili swoje szuflady z pieniędzmi w skarbcu i wyszli. Potrzebowała jedynie dwóch minut samotności w tym wielkim stalowym pomieszczeniu. Kiedy została sama, szybko podwinęła spódnicę i precyzyjnymi ruchami wymieniła fałszywe pakiety na prawdziwe, po czym wyszła ze skarbca i uśmiechnęła się na pożegnanie do zastępcy wiceprezesa, który skinął jej głową, otwierając boczne drzwi. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę się udało.
W parę sekund po wejściu do mieszkania zrzuciła spódnicę, odczepiła od nóg paczki pieniędzy i przeliczyła je. Okazało się, że jest to pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Nie, to niewystarczająca suma.
Poczuła straszliwe rozczarowanie. Potrzebowała przynajmniej dwa razy tyle, żeby uciec z kraju i zapewnić sobie minimalny komfort, zanim dzięki korzystnym lokatom będzie mogła pomnożyć większą część łupu.
Łatwość, z jaką udało jej się przeprowadzić całą operację, wywoływała zawrót głowy. Zastanawiała się, czy ośmieli się wykonać jeszcze jeden wypad do skarbca. Pieniądze Banku Rezerw Federalnych były już przeliczone i zostaną rozprowadzone do oddziałów banku dopiero w środę. Jutro będzie wtorek. Wciąż mogła wykonać jeszcze jeden ruch, zanim kradzież zostanie odkryta.
Czemu nie?
Myśl o dwukrotnym okradzeniu tego samego banku w ciągu dwu dni ją podniecała. Być może Arcie Casilighio brakowałoby ikry, ale Estelli Wallace wcale nie trzeba było popędzać.
Tego samego wieczoru kupiła wielką staroświecką walizkę w sklepie z używanymi przedmiotami i dorobiła do niej fałszywe dno. Zapakowała tam pieniądze oraz ubrania i pojechała taksówką do Międzynarodowego Portu Lotniczego w Los Angeles. Umieściła walizkę w skrytce bagażowej i kupiła bilet na odlatujący wieczorem samolot do San Francisco. Owinęła niewykorzystany bilet na nocny lot w gazetę i wrzuciła do kosza na śmieci. Kiedy nie miała już nic więcej do zrobienia, wróciła do domu i zasnęła kamiennym snem.
Druga kradzież odbyła się równie gładko jak pierwsza. Trzy godziny po ostatecznym pożegnaniu się z Beverley-Wilshire Bank ponownie liczyła pieniądze w hotelu w San Francisco. Ogólna suma wyniosła sto dwadzieścia osiem tysięcy dolarów. Biorąc pod uwagę inflację, nie był to oszałamiający rezultat, ale na jej potrzeby wystarczało aż nadto.
Następny krok był stosunkowo prosty. Znalazła w gazetach rozkład rejsów i wybrała statek handlowy „San Marino”, który o szóstej trzydzieści następnego ranka miał wyruszyć do Auckland w Nowej Zelandii.
Godzinę przed odpłynięciem weszła po schodni na statek. Kapitan twierdził wprawdzie, że niezbyt często bierze pasażerów, ale wreszcie zgodził się wziąć ją na pokład - za uzgodnioną sumę, która, jak podejrzewała Estella, trafiła w całości do jego portfela, nie zaś do kasy kompanii żeglugowej.
Estella przeszła przez próg mesy oficerskiej i zatrzymała się na chwilę niepewnie. Powitały ją pełne uznania spojrzenia sześciu mężczyzn siedzących w kabinie.
Jej miedziane włosy opadały na ramiona i pięknie harmonizowały z opalenizną. Miała na sobie długą, wąską bawełnianą suknię, która przylegała do ciała w odpowiednich miejscach. Biała kościana bransoleta była jedynym dodatkiem. Oficerom, którzy wstali na jej powitanie, ta prosta elegancja wydawała się czymś niezwykłym i wspaniałym.
Kapitan Irvin Masters, wysoki mężczyzna o siwiejących skroniach, podszedł do niej i ujął ją pod ramię.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem.
Skinął głową i mrugnął.
Oficerowie zaczęli się przedstawiać. Rozbawiło ją to, że większość tych mężczyzn była ponumerowana. Pierwszy oficer, drugi... nawet czwarty. Wszyscy ostrożnie ściskali jej dłoń, jakby była wykonana z delikatnej porcelany - wszyscy poza mechanikiem, niskim barczystym mężczyzną o twardej słowiańskiej wymowie. Skłonił się przed nią sztywno i ucałował jej dłoń.
Pierwszy oficer skinął na stewarda, który stał za małym barkiem z mahoniu.
Estella patrzyła z zainteresowaniem, jak steward zręcznie wyciska limonę i wlewa wszystkie składniki. Każdy jego ruch był pełen gracji. Pienisty napój smakował wspaniale i musiała przezwyciężyć ochotę wypicia go duszkiem.
Estella wypiła kolejny łyk swojego drinka.
Masters wzruszył ramionami.
Drugi oficer pokręcił z powątpiewaniem głową.
Kucharz, anemicznie wyglądający Azjata w śnieżnobiałym fartuchu, wychylił się z bocznych drzwi i skinął głową Lee, który w odpowiedzi stuknął mieszadełkiem w szklankę.
Posiłek był wspaniały i Estella obiecała sobie, że nigdy go nie zapomni. Towarzystwo sześciu elegancko umundurowanych i odgadujących jej życzenia mężczyzn było czymś, co całkowicie zaspokajało jej kobiecą próżność.
Po deserze kapitan Masters przeprosił zebranych i poszedł na mostek. Oficerowie po kolei udali się do swoich zajęć i Estella odbyła wycieczkę po pokładzie w towarzystwie pierwszego mechanika. Zabawiał ją opowieściami o morskich przesądach i dziwacznych potworach głębin oraz ploteczkami o załodze, które niezwykle ją rozśmieszały.
Wreszcie dotarli do jej drzwi i tam z galanterią znowu ucałował jej dłoń. Gdy zaproponował jej wspólne zjedzenie śniadania następnego dnia, zgodziła się.
Weszła do maleńkiej kabiny, zamknęła drzwi i włączyła górne światła. Potem dokładnie zaciągnęła zasłony jedynego iluminatora, wydobyła spod koi walizkę i ją otworzyła.
Górna przegródka zawierała kosmetyki i zmiętą niedbale bieliznę. Wyjęła ją. Pod spodem znajdowały się złożone starannie bluzki i spódnice. Wyjęła je również i odłożyła na bok. Będzie musiała usunąć zagniecenia, wystawiając odzież na działanie pary w kabinie prysznicowej. Wsunęła delikatnie pilnik do paznokci pod krawędź fałszywego dna i uniosła je do góry. Potem usiadła z westchnieniem ulgi. Pieniądze były na miejscu - paczki wciąż miały na sobie banderole Banku Rezerw Federalnych. Prawie nic z nich nie wydała.
Wstała i zdjęła suknię przez głowę, a potem rzuciła się na koję, zakładając ręce za głowę.
Zamknęła oczy i próbowała wyobrazić sobie zdziwienie na twarzach jej przełożonych, gdyby zorientowali się, że pieniądze i niezawodna mała Arta Casilighio zniknęły jednocześnie. Wyprowadziłaby ich wszystkich w pole!
Czuła dziwne, niemal seksualne podniecenie na myśl o tym, że FBI umieści ją na liście najbardziej poszukiwanych przestępców. Detektywi będą przesłuchiwać znajomych i sąsiadów, szukać jej we wszystkich dawnych miejscach zamieszkania, sprawdzą banki - czy nie dokonano w którymś z nich wpłaty składającej się z banknotów o kolejnej numeracji - ale nic im to nie da. Arta, czyli Estella, nie była tam, gdzie się spodziewali.
Otworzyła oczy i spojrzała na dobrze już znane ściany kabiny. Odniosła dziwne wrażenie, że całe pomieszczenie jakby się od niej odsuwało. Poszczególne przedmioty stawały się nieostre i nagle znowu wyraźne, jak w niestarannie zmontowanym filmie. Czuła, że powinna iść do toalety, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Każdy mięsień sprawiał wrażenie zamrożonego. Nagle drzwi się otwarły i do kabiny wszedł steward Lee w towarzystwie jeszcze jednego azjatyckiego członka załogi.
Tym razem już się nie uśmiechał.
To przecież niemożliwe, przekonywała samą siebie. Steward nie mógł bezczelnie wdzierać się do kabiny, kiedy ona leży nago na koi. To musi być jakiś zwariowany sen wywołany obfitym jedzeniem i alkoholem, koszmar zrodzony z niestrawności.
Czuła się zupełnie oddzielona od swego ciała. Miała wrażenie, że obserwuje całą tę scenę z kąta kabiny. Lee ostrożnie przeniósł ją przez drzwi, korytarz i wniósł na pokład.
[strona uszkodzona]
25 czerwca 1989 roku
Cook Inlet, Alaska
Czarne chmury kłębiły się groźnie nad morzem, ciągnąc od wyspy Kodiak, i zmieniały jego intensywną niebieskozieloną barwę w kolor ołowiu. Pomarańczowy blask słońca został zdmuchnięty jak płomień świecy. Ale w porównaniu z większością nadciągających od zatoki Alaska sztormów, w czasie których prędkość wiatru sięgała pięćdziesięciu lub stu węzłów na godzinę, ten był łagodnym zefirkiem. Zaczął padać deszcz, najpierw drobny i rzadki, potem jednak przekształcił się w prawdziwy potop, którego strugi smagały wodę, zmieniając ją w białą kipiel.
Na skrzydle mostku patrolowca Ochrony Wybrzeża „Catawba” komandor podporucznik Amos Dover, wytężając wzrok, patrzył przez lornetkę, usiłując zobaczyć cokolwiek w strugach wody. Miał wrażenie, że ma przed oczyma migoczącą kurtynę. Widoczność nie przekraczała czterystu jardów. Czuł chłodne krople deszczu na twarzy i jeszcze chłodniejsze strużki spływające pod podniesiony kołnierz jego sztormówki i dalej, po karku. Wreszcie wypluł za reling przemokniętego papierosa i wszedł do suchego ciepła sterówki.
Dover rozpiął kurtkę i wytarł kark chusteczką. Kłopoty były ostatnią rzeczą, jakiej by się spodziewał.
W lecie bardzo rzadko zgłaszano zaginięcie statków rybackich albo prywatnych jednostek turystycznych. To zima była porą roku, kiedy cieśnina stawała się paskudna i nie wybaczała pomyłek. Mroźne powietrzne arktyczne, zderzając się z cieplejszym, unoszącym się znad Prądu Alaska, eksplodowało niewiarygodnymi wiatrami i gigantycznymi falami, które miażdżyły kadłuby i powodowały oblodzenie nadbudówek. A potem w pewnym momencie okazywało się, że punkt ciężkości statku jest za wysoko. Jednostka przewracała się i tonęła jak kamień.
Otrzymano wezwanie o pomoc od statku. Podał swoją nazwę - „Amie Marie”. Jedno krótkie SOS, po nim pozycja i słowa: „...chyba wszyscy umierają”.
Kolejne próby wywołania statku i uzyskania dalszych informacji nie odniosły skutku. Radio na pokładzie „Amie Marie” milczało.
Pogoda uniemożliwiała poszukiwania z powietrza. W odpowiedzi na wezwanie pomocy każdy statek w promieniu stu mil zmieniał kurs i szedł pełną parą w kierunku podanej pozycji. Dover doszedł do wniosku, że dzięki swojej dużej prędkości „Catawba” pierwsza dotrze do zagrożonego statku. Potężne dieslowskie silniki patrolowca Ochrony Wybrzeża pozwoliły mu wyprzedzić kabotażowiec żeglugi przybrzeżnej i kuter do połowu halibutów. Obie jednostki kołysały się teraz w pozostawionych za rufą falach odkosu.
Dover był potężnym mężczyzną. Pełniąc służbę w ratownictwie morskim, spędził dwanaście lat na wodach Północy, stawiając czoło każdemu sadystycznemu kaprysowi pogody, jaki Arktyka mu zaserwowała. Poruszał się wolno i powłóczył nogami, ale jego precyzyjny jak komputer umysł wciąż wprawiał w podziw załogę. Teraz, również w czasie krótszym niż potrzebował komputer pokładowy, obliczył wpływ wiatru oraz prądu i uzyskał pozycję, na której według niego powinni znajdować się statek, wrak albo rozbitkowie - i trafił w dziesiątkę.
Pomruk silników pod jego stopami zmienił się w niemal gorączkowe wycie. „Catawba” sprawiała wrażenie spuszczonego ze smyczy charta, który złapał trop poszukiwanej zwierzyny. Cała załoga oczekiwała w napięciu. Wszyscy wylegli na pokład i skrzydła mostku, nie zważając na deszcz.
W tej samej chwili marynarz trzymający się flagsztoku zaczął machać gorączkowo ręką, wskazując na zasłonę deszczu.
Dover wychylił się z drzwi sterówki i krzyknął przez megafon:
Dover skinął głową oficerowi wachtowemu.
„Amie Marie” wynurzyła się wolno zza ściany deszczu. Spodziewali się, że będzie do połowy zanurzona, tonąca. Statek jednak unosił się dumnie na wodzie, kołysząc się na niewielkich falach. Nic w jego wyglądzie nie sugerowało tragedii. Ale cisza, jaka na nim panowała, robiła wrażenie nienaturalnej, niemal upiornej. Pokład był pusty i nikt nie odpowiedział Doverowi wołającemu przez megafon.
Radiooperator wychylił się z kabiny łączności i dał ręką znak Doverowi.
Dover ponownie okrzyknął dziwnie milczący kuter, tym razem zwracając się do Keatinga po nazwisku. Odpowiedzi nie było. „Catawba” zatoczyła krąg, zbliżając się na odległość stu jardów, potem wyłączono silniki i patrolowiec Ochrony Wybrzeża stanął w dryfie.
Wykonane ze stalowej siatki więcierze były starannie złożone na stalowym pokładzie, a z komina unosiła się cienka strużka dymu, wskazując, że silnik pracuje na jałowym biegu. W iluminatorach i oknach sterówki nie widać było żadnego ruchu.
Grupa kontrolna składała się z dwóch oficerów - podporucznika Pata Murphy’ego i porucznika Marty’ego Lawrence’a. Bez normalnych przy takich okazjach pogaduszek włożyli kombinezony ochronne, które zabezpieczyłyby ich przed lodowatą wodą, gdyby przypadkiem wpadli do morza. Wiele razy przeprowadzali normalne kontrole zagranicznych statków rybackich, które znalazły się w dwustumilowej strefie ochronnej rybołówstwa Alaski. Lecz w tym przypadku nie było nic normalnego. Nikt z załogi nie stał przy relingach, by ich powitać. Obaj oficerowie weszli do niewielkiego pontonu Zodiac z przyczepnym silnikiem i odbili od burty.
Do zmroku pozostało zaledwie kilka godzin. Deszcz przestał padać, ale za to wzmagał się wiatr i fale wyraźnie rosły. Na „Catawbie” panowała niezwykła cisza. Nikt się nie odzywał. Jakby wszyscy bali się mówić, przynajmniej do momentu gdy czar rzucony przez nieznane siły zostanie zdjęty.
Obserwowali, jak Murphy i Lawrence przycumowali ponton do kutra, wspięli się na pokład i zniknęli w drzwiach głównej nadbudówki.
Minęło kilka bardzo długich minut. W pewnej chwili na pokładzie pojawił się któryś z członków grupy kontrolnej, ale zaraz z powrotem zniknął w zejściówce. W sterówce „Catawby” rozlegał się jedynie szum zakłóceń z włączonego na pełną moc głośnika radia pracującego na częstotliwości alarmowej.
Nagle, tak niespodziewanie, że nawet Dover drgnął zaskoczony, wewnątrz sterówki odbił się głośnym echem głos Murphy’go:
Słowa były tak zimne i suche, że początkowo nikt nie zrozumiał ich znaczenia.
Grupa kontrolna ustaliła, że „Amie Marie” jest statkiem umarłych. Ciało szypra Keatinga leżało na pokładzie, z głową opartą o ściankę działową tuż pod radiostacją. W kambuzie, mesie, kabinach załogi - wszędzie leżały zwłoki. Twarze zastygły w wyrazie bólu, kończyny były groteskowo powykręcane, zupełnie jakby w ostatnich chwilach życia szarpały nimi konwulsje. Skóra dziwnie poczerniała, widać było ślady obfitego krwotoku. Syjamski kot okrętowy leżał obok grubego wełnianego koca, który poszarpał w przedśmiertnych drgawkach.
Dover słuchał meldunku Murphy’ego i na jego twarzy malowało się coraz większe zdziwienie.
Dover poszukał wzrokiem wśród otaczających go twarzy lekarza okrętowego, komandora podporucznika Isaaca Thayera.
Doc Thayer był najpopularniejszym człowiekiem na okręcie. Weteran Ochrony Wybrzeża, już dawno zrezygnował z wygodnych gabinetów i wysokich dochodów, jakie przynosiła mu praktyka na lądzie, na rzecz służby w ratownictwie okrętowym.
Thayer wzruszył ramionami i się uśmiechnął.
Dover z niecierpliwością krążył po mostku, podczas gdy Doc
Thayer wsiadł do drugiego zodiaca i przepłynął kilkadziesiąt jardów dzielących obie jednostki. Dover polecił sternikowi, żeby ustawił „Catawbę” w pozycji umożliwiającej podanie holu na „Amie Marie”. Pochłonięty manewrami, nie zauważył stojącego za nim radiooperatora.
Dover popatrzył na niego nic niewyrażającym wzrokiem.
Dover nie musiał spoglądać na mapę, żeby się zorientować, iż Augustine jest niezamieszkaną wulkaniczną wysepką położoną w odległości zaledwie trzydziestu mil na północny wschód od nich. Nagle przyszła mu do głowy koszmarna myśl. Chwycił mikrofon i zawołał:
Nic. Cisza.
Znowu bez odpowiedzi.
Spojrzał przez okna mostku i zobaczył, że Doc Thayer przechodzi przez reling „Amie Marie”. W razie potrzeby Dover potrafił poruszać się bardzo szybko, mimo swojej potężnej postury. Chwycił megafon i wybiegł na skrzydło mostku.
Było już jednak za późno. Thayer zdążył zniknąć w zejściówce.
Ludzie na mostku popatrzyli na swego kapitana, nic z tego nie rozumiejąc. Mięśnie jego twarzy napięły się i z desperacją pobiegł do sterówki. Chwycił mikrofon.
Minęły dwie minuty, dwie niekończące się minuty, w czasie których Dover próbował wywołać swoich ludzi na „Amie Marie”. Ale nawet przeraźliwy ryk syreny „Catawby” pozostał bez odpowiedzi.
Wreszcie na mostku odezwał się dziwnie spokojny głos Thayera:
Do świadomości Dovera wciąż nie docierała myśl, że traci starego przyjaciela.
Thayer przerwał. Następne słowa przedzielane były pauzami.
Na mostku „Catawby” wszyscy, jak jeden mąż, pochylili się w stronę głośnika. Nikt nie mógł pogodzić się z myślą, że człowiek, którego dobrze znali, umiera tak niedaleko od nich.
Głośnik umilkł.
Oszołomienie widoczne w oczach znieruchomiałej z przerażenia załogi stało się niemal namacalne.
Dover wbił odrętwiałe spojrzenie w pływający grobowiec o nazwie „Amie Marie”. Jego dłonie zaciśnięte były w geście bezradności i rozpaczy.
Mówię, że należało powiesić tego skurczybyka!
Pogroził telewizorowi, jakby to spiker przekazujący wiadomości winien był temu, że zabójca znowu grasuje na wolności. Carolyn Lucas nalała mężowi pierwszą w tym dniu filiżankę kawy i wygoniła obie córki na przystanek szkolnego autobusu.
Oskar Lucas gestykulował w sposób, który trochę przypominał język migowy głuchoniemych. Siedział przygarbiony przy stole, nie było więc widać, że ma prawie dwa metry wzrostu. Był łysy jak kolano, z wyjątkiem kilku siwiejących pasemek na skroniach, a nad jego ciemnobrązowymi oczyma sterczały gęste, krzaczaste brwi. W przeciwieństwie do większości rządowych pracowników Waszyngtonu, dla których granatowy garnitur w prążki był nieomal mundurem, najchętniej nosił drelichowe spodnie i sportową kurtkę.
Miał około czterdziestki i sprawiał wrażenie raczej dentysty czy księgowego, a nie funkcjonariusza kierującego Sekcją Ochrony Prezydenta w Secret Service. W czasie dwudziestoletniej pracy swym sympatycznym, zwyczajnym wyglądem często wyprowadzał rozmówców w pole - poczynając od prezydentów, których ochraniał, a na potencjalnych zamachowcach, unieszkodliwionych przez niego, zanim mieli możność zacząć działać, kończąc. W pracy był poważny i rzeczowy, ale w domu zazwyczaj dokazywał i dowcipkował - chyba że popsuły mu humor wiadomości o ósmej rano.
Wypił ostatni łyk kawy i wstał od stołu. Prawą ręką odchylił połę kurtki - był leworęczny - i sprawdził umieszczoną wysoko na biodrze kaburę z rewolwerem Smith & Wesson kaliber 0,357 cala Magnum, model 19 z dwuipółcalową lufą. Otrzymał tę standardową broń służbową w chwili, gdy ukończył szkolenie i rozpoczął działalność jako świeżo upieczony agent. Pracował w terenowym biurze w Denver, gdzie zajmował się fałszerstwami. W czasie całej swej służby wyciągnął broń tylko dwa razy, ale za spust pociągał dotąd tylko na strzelnicy.
Carolyn wyjmowała naczynia ze zmywarki, gdy Oskar stanął za nią, odchylił spływającą na ramiona żony kaskadę blond włosów i pocałował ją w kark.
Spojrzała na męża i się uśmiechnęła.
Roześmiała się i przytuliła na krótko do jego ramienia.
Wycofał tyłem na ulicę wypożyczony rządowy samochód - eleganckiego buicka - i ruszył w stronę śródmieścia. Zanim dojechał do końca kwartału, połączył się przez radio z centralnym punktem dowodzenia Secret Service.
Czuł, że zaczyna się pocić, włączył więc klimatyzator. Miał wrażenie, że letni upał w stolicy nigdy się nie zmniejszy. Wilgotność sięgała dziewięćdziesięciu procent i flagi w dzielnicy ambasad na Massachusetts Avenue obwisły nieruchomo w ciężkim powietrzu.
Zwolnił i zatrzymał się przy punkcie kontrolnym na West Executive Avenue. Czekał przez moment, aż umundurowany strażnik skinie głową na znak, by jechał dalej. Chwilę później zaparkował samochód i zachodnim wejściem służbowym wszedł na parter Białego Domu.
Na punkcie dowodzenia W-16 zatrzymał się, żeby pogadać z ludźmi sprawującymi pieczę nad zestawem elektronicznych środków łączności. Potem przeszedł schodami do swego gabinetu na drugim piętrze Skrzydła Wschodniego.
Każdego ranka, zanim usiadł za biurkiem, przede wszystkim sprawdzał rozkład dnia prezydenta oraz wstępne raporty funkcjonariuszy odpowiedzialnych za planowanie zabezpieczeń.
Teraz również przestudiował najpierw grafik przewidywanych „ruchów” prezydenta i na jego twarzy odmalowała się konsternacja. Pojawił się nieoczekiwany element - i to dość istotny. Z irytacją cisnął broszurkę na biurko, obrócił się wraz z fotelem i wbił spojrzenie w ścianę.
Większość prezydentów była ludźmi z określonymi nawykami. Cały dzień mieli dokładnie rozplanowany i trzymali się ustalonego harmonogramu. Według Nixona można było regulować zegarek. Reagan i Carter również bardzo rzadko zmieniali ustalone plany. Ale człowiek, który obecnie zasiadał w Gabinecie Owalnym, był inny. Uważał procedury Secret Service za dokuczliwe niedogodności i cholernie trudno było przewidzieć, jak postąpi w takiej czy innej sytuacji.
Dla Lucasa i jego zastępców był to dwudziestoczterogodzinny mecz, w czasie którego usiłowali wyprzedzać szefa o jeden ruch, odgadując, gdzie i kiedy może nagle zechcieć pojechać oraz jakiego gościa zaprosi, nie dając obstawie czasu na podjęcie właściwych kroków zabezpieczających. Dość często był to mecz, w którym Lucas przegrywał.
Po niecałej minucie znalazł się już na dole Skrzydła Zachodniego i rozmawiał z drugim najbardziej wpływowym urzędnikiem Białego Domu - szefem personelu Danielem Fawcettem.
Fawcett był wojowniczym, energicznym człowiekiem o ostrym nosie, kwadratowej czerwonej twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Zawsze robił wrażenie sapera lustrującego opuszczony budynek przeznaczony do wysadzenia w powietrze.
Twarz Lucasa skamieniała. Ruszył do przodu i stanął nos w nos z szefem personelu Białego Domu.
Fawcett doskonale znał ludzi pracujących w otoczeniu prezydenta. Uświadomił sobie, że tym razem przesadził, i miał wystarczająco dużo rozsądku, żeby ogłosić zawieszenie broni. Wiedział, że Lucas jest ofiarnym i bezwzględnie oddanym prezydentowi człowiekiem. Ale w żaden sposób nie mogliby zostać bliskimi przyjaciółmi. Może współpracownikami - pełnymi rezerwy i obserwującymi się uważnie. Ponieważ nie rywalizowali o władzę, nigdy nie będą wrogami.
Fawcett położył dłoń na ramieniu Lucasa.
Megan Blair, sekretarka prezydenta, zauważyła Dana Fawcetta stojącego w drzwiach jej maleńkiego gabinetu i skinęła mu głową znad maszyny do pisania.
Megan była przystojną kobietą koło czterdziestki o błyszczących, przyjaznych oczach. Miała czarne, krótko obcięte włosy o jakieś pięć kilogramów niedowagi. Kochała swoją pracę i swego szefa bardziej niż cokolwiek w życiu. Zjawiała się w pracy wcześnie, wychodziła późno i pracowała w weekendy. Niezamężna, po dwóch przelotnych romansach, ceniła sobie niezależne, samotne życie. Fawcett zawsze ją podziwiał, widząc, jak jednocześnie prowadzi rozmowę i pisze na maszynie.
Na twarzy Fawcetta pojawił się wyraz niezadowolenia. Bardzo poważnie traktował rolę strażnika prezydenckiego czasu i nie lubił intruzów na swoim terytorium. Każde przełamanie pierścienia osłony było zagrożeniem jego pozycji. Do diabła, jakim cudem Sandeckerowi udało się prześliznąć za jego plecami? Megan zauważyła jego irytację.
Fawcett uspokoił się trochę. Skinął jej głową i przeszedł do Gabinetu Owalnego. Prezydent studiował dokumenty rozrzucone na dużym stole. Naprzeciwko niego siedział niewysoki, szczupły mężczyzna o rudych włosach i takiej samej spiczastej bródce.
Prezydent podniósł głowę.
Sandecker wstał i podał mu rękę. Uścisk dłoni admirała był mocny i krótki. Skinął bez słowa Fawcettowi głową, przyjmując do wiadomości jego obecność. Nie była to nieuprzejmość ze strony admirała. Dał się poznać jako człowiek, który gra uczciwie, nie schylając przed nikim karku. W Waszyngtonie nienawidzono go i zazdroszczono mu, ale również powszechnie go szanowano, nigdy bowiem nie był stronniczy i zawsze wykonywał to, czego od niego wymagano.
Prezydent wskazał Fawcettowi miejsce na sofie obok siebie.
Prezydent sprawiał wrażenie zaskoczonego.
Fawcett spojrzał na admirała.
Fawcett pomyślał, że nie jest w stanie ogarnąć całej potworności kataklizmu.
Sandecker nabrał głęboko powietrza w płuca.
Prezydent spojrzał na Sandeckera. Na jego twarzy pojawiły się zaskoczenie i nagłe olśnienie.
Sandecker powoli skinął głową.
Fawcett odwrócił się w stronę prezydenta.
Sandecker wzruszył ramionami.
Prezydent pochylił się nad stołem i przez parę chwil przyglądał się nakreślonemu na mapie czerwonemu kółku. Potem popatrzył na Sandeckera.
Sandecker robił wrażenie zmęczonego. Twarz miał ściągniętą.
3
W głębi mętnych wód niesionych przez James River, koło brzegów Newport News w stanie Wirginia, para nurków walczyła z prądem, przekopując się przez muł nagromadzony wokół butwiejącego kadłuba wraku.
W czarnej cieczy zatracało się poczucie kierunku. Przy widoczności ograniczonej do kilkunastu zaledwie centymetrów obaj nurkowie trzymali z całych sił wciągającą gęsty muł dyszę pompy ssącej. Wypluwała go na barkę, która znajdowała się dwadzieścia metrów wyżej, na powierzchni. Pracowali, posługując się niemal językiem migowym, korzystając z mdłej poświaty podwodnych reflektorów ustawionych na krawędzi krateru wykopanego w ciągu kilku minionych dni. Dostrzegali wyraźnie jedynie zawieszone w wodzie drobiny mułu, przesuwające się przed ich maskami jak krople deszczu unoszone wiatrem.
Z trudem mogli uwierzyć, że wyżej nad nimi jest inny świat - niebo, chmury i kołyszące się w letnim wietrze drzewa. W koszmarnym wirującym błocie i wiecznym mroku nie sposób było sobie wyobrazić, że w odległości pięciuset metrów po ulicach niewielkiego miasteczka jeżdżą samochody i spacerują ludzie.
Niektórzy twierdzą, że człowiek nie może pocić się pod wodą, ale to nieprawda. Nurkowie czuli, jak pod ich kombinezonami do nurkowania pot wydobywa się ze wszystkich porów skóry Zaczynali już czuć zmęczenie, choć pracowali na dnie zaledwie od ośmiu minut.
Centymetr po centymetrze wciskali się w otwór w prawej burcie wraku. Poszycie wokół przypominającej wejście do jaskini dziury było strzaskane i powyginane. Sprawiało to wrażenie, jakby w statek z całą siłą wyrżnęła jakaś gigantyczna pięść. Wydobyli już z wraku rozmaite przedmioty - but, zawias skrzyni, mosiężny cyrkiel, narzędzia, a nawet kawałek materiału. Było to niesamowite uczucie - dotykać wykonanych ludzką ręką rzeczy, na których od stu dwudziestu siedmiu lat nie spoczęło ludzkie oko.
Jeden z mężczyzn przerwał pracę, by sprawdzić wskazania manometrów na butlach ze sprężonym powietrzem. Wyliczył, że mogą pracować jeszcze dziesięć minut, by z bezpiecznym zapasem powietrza wrócić na powierzchnię.
Zakręcili zawór węża ssącego i czekali, aż prąd odepchnie na bok chmurę podniesionego z dna mułu. Ukazał się nieco większy fragment wraku. Deski pokładu były zdruzgotane i wgniecione do wewnątrz. Zwoje lin przekształciły się w czarne, oblepione błotem węże. Wnętrze kadłuba sprawiało groźne wrażenie. Niemal czuli obecność niespokojnych duchów ludzi, którzy poszli na dno wraz ze statkiem.
Nagle usłyszeli dziwny pomruk. Nie przypominał dźwięku przyczepnego silnika niewielkiej łódki, raczej niższy w tonacji dźwięk silnika lotniczego. Nie potrafili określić, skąd dochodził. Nasłuchiwali przez kilka chwil, podczas gdy dźwięk narastał, wzmacniany gęstością wody. Dobiegał z powierzchni i w żaden sposób ich nie dotyczył, uruchomili więc pompę i zabrali się znowu do pracy.
Niecałą minutę później pompa uderzyła w coś twardego. Szybko zakręcili ponownie zawór i zaczęli odgarniać muł rękami.
Personel pomocniczy na zakotwiczonej nad wrakiem barce odniósł wrażenie, że czas się cofnął, gdy antyczna łódź latająca PBY Catalina nadleciała od zachodu, pochyliła się w głębokim wirażu, wyrównała wzdłuż rzeki i dotknęła jej powierzchni z niezgrabnym wdziękiem pijanej gęsi. Słońce rozbłysło na akwamarynowej farbie pokrywającej aluminiowy kadłub. Kiedy ciężki samolot zbliżył się do barki, na jego kadłubie zobaczyli litery NUMA. Silniki umilkły. W bocznym włazie pojawił się drugi pilot i rzucił linę cumowniczą jednemu z mężczyzn na barce.
Potem z wnętrza samolotu wyszła kobieta i przeskoczyła lekko na pokancerowany drewniany pokład. Była w beżowej luźnej bluzie, przewiązanej nisko na biodrach wąską krajką, dopasowanych zielonych spodniach i mokasynach. Miała chyba czterdzieści pięć lat i około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu. Jej włosy połyskiwały jasnym złotem, a skóra opalona była na kolor miedzi. Piękna twarz o wyraźnych kościach policzkowych była twarzą kobiety niezależnej, która nie ulega żadnym wpływom.
Szła, omijając starannie plątaninę lin i wyposażenia ratowniczego, aż wreszcie zatrzymała się pod obstrzałem męskich spojrzeń, w których zdziwienie walczyło o lepsze z nieskrywanym podziwem. Uniosła okulary przeciwsłoneczne i zaczęła lustrować piwnymi oczyma otaczające ją twarze.
Krzepki, niższy od niej mężczyzna, dwa razy szerszy w barach niż w talii, zrobił krok do przodu i wskazał na rzekę.
Odwróciła się i spojrzała tam, gdzie wskazywał wyciągnięty palec. Na falującej wodzie kołysała się duża pomarańczowa boja, której lina cumownicza znikała w brudnozielonej głębinie. Na powierzchni, w odległości jakichś dziesięciu metrów, pieniły się pęcherzyki powietrza.
Niechlujny ubiór Giordina składał się z obciętych nad kolanami dżinsów, porwanego podkoszulka oraz rozdeptanych kapci i doskonale harmonizował z czarnymi, potarganymi wiatrem kędzierzawymi włosami i dwutygodniową brodą. Jego wygląd z całą pewnością nie wskazywał na to, że jest w NUMA zastępcą dyrektora do zadań specjalnych.
Kobieta sprawiała wrażenie bardziej rozbawionej niż zaskoczonej.
Giordino wzruszył ramionami.
Giordino wyciągnął ze skrzynki z lodem puszkę Coors i podał jej.
Najwyraźniej nie miała zamiaru dodać nic więcej, toteż Giordino nie nalegał.
Mendoza miała zamiar zadać następne pytanie, lecz jej uwagę przykuły dwie okryte czarnymi gumowymi kapturami głowy wynurzające się koło barki. Płetwonurkowie podpłynęli, wspięli się po zardzewiałej drabince i zsunęli z ramion uprząż podtrzymującą ciężką aparaturę do oddychania. Ich ociekające wodą kombinezony błyszczały w promieniach słonecznych.
Wyższy płetwonurek zsunął z głowy kaptur i przesunął dłonią po gęstej grzywie czarnych włosów Był opalony na ciemny brąz, a jego oczy miały czysty zielony kolor. Sprawiał wrażenie człowieka, który uśmiecha się często i z łatwością, potrafi rzucić wyzwanie losowi i z taką samą obojętnością przyjmuje zwycięstwo i porażkę. Wyprostowany, miał ponad metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, a mięśnie jego szczupłego, mocnego ciała zdawały się rozsadzać kombinezon. Mendoza zorientowała się, że to właśnie Dirk Pitt. Pitt pomachał im ręką.
Giordino klepnął go z radością w plecy.
Wszyscy zaczęli zasypywać nurków pytaniami. W końcu Giordino przypomniał sobie o Mendozie i przywołał ją gestem dłoni.
Dirk Pitt wyciągnął rękę, obrzucając kobietę pełnym uznania spojrzeniem.
Giordino wspaniale udał zupełnie zdezorientowanego.
Na policzkach Mendozy pojawił się rumieniec gniewu. Uświadomiła sobie, że obaj mężczyźni bawią się jej kosztem.
Równie dobrze mogłaby im powiedzieć, że lecą na Księżyc. Pitt spojrzał jej w oczy. Dostrzegł w nich jedynie śmiertelną powagę.
Zapadła lodowata cisza. Pitt nabrał powietrza w płuca i odetchnął głęboko. Odwrócił się do Giordina.
Giordino zrobił roztargnioną minę.
Pitt skinął dłonią w stronę drugiego nurka, który ściągał z siebie kombinezon.
Pitt skinął głową, a potem wraz z Giordinem poszli do cataliny. Rozmawiali ze sobą, jakby Julie Mendoza przestała nagle istnieć.
Mendoza szła za nimi. Przypomniała sobie słowa admirała Sandeckera: „Nie zazdroszczę pani roboty z tymi dwoma szatanami, a zwłaszcza z Pittem. Mógłby namówić białego żarłacza ludojada, żeby stał się jaroszem. Niech pani uważa i dobrze zaciska kolana”.
Jamesa Sandeckera uważano w damskich kręgach waszyngtońskiego towarzystwa za pierwszorzędną partię. Był jednak zdeklarowanym kawalerem, a jego jedyną prawdziwą kochanką była praca. Sporadyczne związki z płcią odmienną rzadko trwały dłużej niż kilka tygodni. Sentymentalizm i romantyczność, uczucia tak wysoko cenione przez kobiety, były czymś, czego zupełnie nie rozumiał. W swoim poprzednim życiu musiał być pustelnikiem albo - jak niektórzy uważali - Ebenezerem Scrooge’em.
Niewysoki, muskularny, o rudych włosach i brodzie bez najmniejszego śladu siwizny, miał już prawie sześćdziesiąt lat, lecz dzięki stałym ćwiczeniom zachował smukłą sylwetkę. Jego wyniosłość i szorstkość robiły na kobietach wrażenie. Wiele z nich zarzucało przynętę, ale żadnej nie udało się go złapać na haczyk.
Bonnie Cowan, prawniczka pracująca w jednej z najbardziej prestiżowych firm adwokackich, mogła uważać się za szczęśliwą, bo zdołała umówić się z nim na obiad.
Nie patrzył na nią. Jego spojrzenie błądziło po innych gościach urządzonej ze spokojną elegancją restauracji Company Inkwell.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem i roześmiała się.
Admirał Sandecker popatrzył w płomień świecy, a potem w oczy swojej towarzyszki. Bonnie Cowan miała trzydzieści pięć lat i była bardzo przystojna. Od dawna wiedziała, że uroda stanowi dodatkowy atut przy robieniu kariery. Miała piękne jedwabiste włosy, które sięgały poniżej ramion, i drobne, lecz kształtne piersi oraz zgrabne nogi, doskonale widoczne spod krótkiej spódniczki. Była również inteligentna i zawsze doskonale radziła sobie w sądzie. Sandecker poczuł się zakłopotany swoim brakiem uwagi.
Z lekkomyślną brawurą zamówił szampana i najdroższe delikatesy z frutti di mare, zupełnie jakby to była ostatnia szansa. Wypytywał Bonnie o sprawy, które prowadziła, i z powodzeniem usiłował ukryć brak zainteresowania plotkami o Sądzie Najwyższym i prawnych manewrach w Kongresie. Skończyli główne danie i właśnie zabierali się do gruszek duszonych w czerwonym winie, kiedy do holu wszedł mężczyzna zbudowany jak środkowy napastnik futbolowej drużyny Denver Bronco, rozejrzał się wokół i ujrzawszy Sandeckera, skierował się w stronę ich stolika.
Uśmiechnął się do Bonnie.
Potem pochylił się i szeptem powiedział coś Sandeckerowi do ucha. Admirał skinął głową i spojrzał ze smutkiem na Bonnie.
Skinął głową.
Pochylił się i pocałował ją po bratersku w policzek.
Potem zapłacił rachunek, poprosił kierownika sali, żeby sprowadził Bonnie taksówkę, i wyszedł z restauracji.
Samochód admirała zatrzymał się przy podziemnym przejściu prowadzącym do Centrum Sztuki Aktorskiej imienia Kennedy’ego. Drzwi otworzył mężczyzna o posępnej twarzy, ubrany w służbowy czarny garnitur.
Sandecker nie zadawał więcej pytań i korytarzem wyłożonym chodnikiem poszedł za agentem w stronę windy. Kiedy wjechali na górę i drzwi otworzyły się, przeprowadzono go za lożami widowni amfiteatru operowego do małej salki konferencyjnej.
Daniel Fawcett, z nieruchomą, jakby wykutą w marmurze twarzą, skinął niedbale ręką na przywitanie.
Pracownik Centrum wszedł, niosąc tacę z kawą. Sandecker nalał sobie filiżankę, a Fawcett nerwowo chodził z kąta w kąt. Admirał ze wszystkich sił starał się opanować przemożną chęć zapalenia cygara.
Prezydent zjawił się po ośmiu minutach oczekiwania. Miał na sobie czarny smoking. Z kieszeni na piersi wystawała starannie złożona chusteczka.
Prezydent odwrócił się do Fawcetta.
Prezydent opadł na fotel. Na ekranie telewizora sprawiał wrażenie wysokiego, ale w rzeczywistości zaledwie o pięć centymetrów górował nad Sandeckerem. Miał lekko siwiejące włosy przerzedzone nad czołem, a jego szczupła twarz była spięta i posępna. Społeczeństwo rzadko go takim widywało. Prezydent cieszył się ogromną popularnością, zdobytą w dużej mierze dzięki przyjaznemu sposobowi bycia i ciepłemu uśmiechowi, którym potrafił rozbroić nawet najbardziej wrogo nastawione audytorium. Prowadzone przez niego pomyślne rokowania, które miały na celu połączenie Stanów Zjednoczonych i Kanady w jeden naród, przyczyniły się do ukształtowania obrazu polityka odpornego na wszelkiego rodzaju ataki.
Prezydent skinął głową.
Prezydent milczał przez chwilę. Przyglądał się Sandeckerowi z coraz większym zainteresowaniem.
Oczy prezydenta rozszerzyły się.
Ocalił ci wtedy tyłek, pomyślał Sandecker. A po chwili dodał:
Prezydent spojrzał na zegarek.
Fawcett towarzyszył prezydentowi do loży. Usiadł nieco z tyłu, lecz wystarczająco blisko, by móc rozmawiać po cichu.
Prezydent prawie niezauważalnie pokręcił głową.
Już świtało, kiedy na horyzoncie zaczął rysować się ciemny pasek. Widoczna z okien śmigłowca czarna plama przybierała stopniowo kształt symetrycznego stożka, który wkrótce stał się otoczonym morzem górskim szczytem. Wyglądał zza niego księżyc w trzeciej kwadrze. W miarę jak słońce wstawało nad horyzontem, światło księżyca zaczęło zmieniać kolor z białego na indygo, a potem na pomarańczowy. Można już było dostrzec zbocza pokryte śniegiem.
Pitt zerknął na Giordina. Al spał. Był to stan, w który wchodził zawsze bez najmniejszego trudu. Spał od chwili startu z Anchorage. Pięć minut po tym, jak przesiedli się do śmigłowca, ponownie się wyłączył.
Pitt odwrócił się w stronę Mendozy. Siedziała tuż za pilotem i wyraz jej twarzy przypominał minkę dziewczynki z zapartym tchem oczekującej na rozpoczęcie parady. Nie odrywała spojrzenia od szczytu. Światło poranka sprawiło, że jej rysy jakby złagodniały.
Nie była już tak zasadnicza, a linia ust nieoczekiwanie stała się delikatna i pełna czułości.
Pitt niechętnie odwrócił głowę i spojrzał w dół. Wyspa sprawiała wrażenie całkowicie bezludnej. Długie, wijące się języki zastygłej lawy spływały po zboczach wulkanu, sięgając do samego morza. Niedaleko szczytu widniała niewielka chmurka.
Widziała, jak ożywają w nim te wspomnienia. Na jego twarzy pojawił się wyraz pełnego zamyślenia smutku. Zmieniła temat.
Uwolnił się od przeszłości i spojrzał na nią.
Znowu spojrzała na niego uważnie.
Popatrzyła na niego pytająco.
