Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Bohaterowie Złota Spartan, Zaginionego Imperium i Królestwa, Sam i Remi Fargo - małżeństwo milionerów, poszukiwaczy przygód i skarbów - w morderczym pojedynku o legendarne bogactwa.
Rok 453, Panonia. Attyla, wielki wódz Hunów, umiera zagadkową śmiercią. Jego złota trumna wraz z bezcennym skarbem zostaje złożona głęboko pod ziemią. Oddział tysiąca wojowników zmienia bieg rzeki, by ukryła grobowiec na zawsze. A potem wszyscy zostają straceni.
Rok 2012. Sam i Remi Fargo dostają wezwanie z Berlina. Przyjaciel archeolog prosi ich o pomoc. Zaraz potem znika. Trop prowadzi na Węgry, gdzie może znajdować się nigdy nieodnaleziony grobowiec Attyli. Lecz to dopiero początek ryzykownych poszukiwań i niebywałych odkryć – od Włoch, przez Francję, po Kazachstan. Idąc śladem tajemniczych wskazówek sprzed piętnastu stuleci, Sam i Remi natrafią na skarb większy, niż mogliby sobie wyobrazić. I zmierzą się z opętanym manią wielkości szaleńcem, który nie cofnie się przed niczym, by zagarnąć nieprzebrane bogactwa pogrzebane w sekretnych grobowcach.
Cykl: Przygody Fargo, t. 4
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Krajowy Depozyt Biblioteczny
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 443
Rok wydania: 2013
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Clive
Cussler
Clive Cussler to jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych pisarzy świata, barwna, wspaniała postać, legendarny nurek i żeglarz. Podróżnik, który zwiedził wszystkie kontynenty, badacz historii katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków słynnych statków i okrętów; autorytet w dziedzinie żeglugi morskiej - jest uosobieniem przygody.
Clive Cussler jest autorem światowych bestsellerów (Diabelskie Wrota, Sztorm, Dżungla, Strzała Posejdona, Zamachowiec) sprzedanych w kilkuset milionach egzemplarzy, tłumaczonych na ponad 30 języków i publikowanych w 105 krajach.
To jedyny autor, który od lat nie schodzi ze szczytu list bestsellerów. W każdym tygodniu jego książki są w pierwszej dziesiątce list „New York Timesa”. Na każdą jego nową powieść czekają niecierpliwie wierni fani. I z każdą powieścią zdobywa nowych czytelników w każdym wieku.
Skarby grobowców
Rok 453, Panonia. Attyla, wielki wódz Hunów, umiera zagadkową śmiercią. Jego złota trumna wraz z bezcennym skarbem zostaje złożona głęboko pod ziemią, Oddział tysiąca wojowników zmienia bieg rzeki, by ukryła grobowiec na zawsze. A potem wszyscy zostają straceni...
Rok 2012. Sam i Remi Fargo dostają wezwanie z Berlina. Przyjaciel archeolog prosi ich o pomoc. Zaraz potem znika. Trop prowadzi na Węgry, gdzie może znajdować się nigdy nieodnaleziony grobowiec Attyli.
Lecz to dopiero początek ryzykowanych poszukiwań i niebywałych odkryć - od Wioch, przez Francję, po Kazachstan. Idąc śladem tajemniczych wskazówek sprzed piętnastu stuleci,
Sam i Remi natrafią na skarb większy, niż mogliby sobie wyobrazić. I zmierzą się z opętanym manią wielkości szaleńcem, który nie cofnie się
przed niczym, by zagarnąć nieprzebrane bogactwa pogrzebane w sekretnych grobowcach...
Powieści Clive’a Cusslera
AFERA ŚRÓDZIEMNOMORSKA
ATLANTYDA ODNALEZIONA
ARKTYCZNA MGŁA
BIEGUNY ZAGŁADY
BŁĘKITNE ZŁOTO
CERBER
CYKLOP
CZARNY WIATR
DIABELSKIE WROTA
DŻUNGLA
KORSARZ
KRÓLESTWO
LODOWA PUŁAPKA
MEDUZA
MILCZĄCE MORZE
NA DNO NOCY
ODYSEJA TROJAŃSKA
OGNISTY LÓD
OPERACJA „HF”
PODWODNI ŁOWCY
PODWODNI ŁOWCY 2
PODWODNY ZABÓJCA
POTOP
POŚCIG
SAHARA
SKARB
SKARB CZYNGIS-CHANA
SMOK
STATEK ŚMIERCI
STRZAŁA POSEJDONA
ŚWIĘTY KAMIEŃ
ŚWIT PÓŁKSIĘŻYCA
SZTORM
TAJNA STRAŻ
VIXEN 03
WĄŻ
WIR PACYFIKU
WYBRZEŻE SZKIELETÓW WYDOBYĆ „TITANICA”
ZABÓJCZE WIBRACJE
ZAGINIONE IMPERIUM
ZAGINIONE MIASTO ZAMACHOWIEC
ZŁOTO SPARTAN
ZŁOTY BUDDA
ŻEGLARZ
Panonia, rok 453
Ogromne obozowisko barbarzyńców przypominało wielkie miasto. Sprawnie przenoszono je z miejsca na miejsce na życzenie władcy. Ale w słabym świetle przedświtu tego ranka panował tu chaos. Setki tysięcy wojowników, ich wrzeszczących żon i niesfornych dzieci biegały bezładnie. Setki tysięcy koni, krów, wołów, owiec i kóz rżały i beczały w popłochu, aż świt rozbrzmiewał kakofonią dźwięków. Odór zwierząt mieszał się z dymem dziesięciu tysięcy rozdmuchiwanych jednocześnie ognisk.
Służący Priskosa wyciągnął go z posłania, pewny, że lada chwila stracą życie w nagłym zamieszaniu, jakie zapanowało w hordzie barbarzyńców. Priskos pospieszył po nierównej ziemi, usiłując nie skręcić sobie nogi w jakiejś pozostawionej przez wóz koleinie ani nie wpaść w jakąś dziurę. Podążał za Ellakiem, nadaremnie usiłując dotrzymać mu kroku w lekkich sandałach przeznaczonych do spacerów po gładkich chodnikach Konstantynopola. Ellak był żołnierzem, potomkiem sławnych wojowników, i dożył męskiego wieku dzięki sile swoich kończyn i własnej szybkości. Priskos dostrzegł duży namiot władcy wykonany ze skór zwierzęcych, z wysokim środkowym masztem i wnętrzem zdolnym pomieścić setki ludzi. Usłyszał zawodzenie i krzyki, i już wiedział, co się stało w nocy. Zwolnił na tyle, by pozostać wyprostowanym i zachować godność. Był dyplomatą i - z braku innych kronikarzy - to on musiał opisać ten ważny dzień. Ellak, syn władcy, przyszedł po niego, ponieważ Priskos - najlepiej wykształcony w wielu dziedzinach - mógł uratować życie jego ojcu. Ale lament zapewne oznaczał, że przybywają za późno.
Priskos ukrywał trwogę. Barbarzyńcy stawali mu na drodze, biegali, przepychali się i wpadali we wściekłość. Potrafili wyczuć strach niczym psy. Byli doświadczonymi zabójcami, ćwiczyli się w tym od urodzenia. Dotarli z najdalszego krańca Azji do Europy, dokonując brutalnych podbojów. Kiedy słyszeli krzyk, wypadali na dwór z mieczami i sztyletami w rękach. Broń wydawała się ich nieodłącznym towarzyszem. Dziś, gdyby któryś z nich wyczuł, że on - cudzoziemiec - się boi, rozszarpaliby go na kawałki bez ostrzeżenia.
Ellak wprowadził go do olbrzymiego namiotu władcy. Priskos niemal o głowę przewyższał większość barbarzyńców z odległego Wschodu - niskich i barczystych, o grubych ramionach i nogach, i ogorzałych twarzach. Popatrzył ponad głowami mężczyzn zagradzających wejście do wewnętrznych pokoi. Władca musiał tam być. Wojownicy stojący najbliżej wyciągali już krótkie sztylety i nacinali sobie głęboko policzki, by krew spływała im po twarzach jak łzy.
Priskos skierował się w bok i prześliznął między na wpół oszalałymi strażnikami. Teraz zobaczył młodą żonę władcy, Ildico, przykucniętą na stercie grubych kobierców w najbardziej oddalonym kącie. Płakała, ale nikt jej nie pocieszał. Priskos nie widział nikogo, kto zwracałby na nią uwagę.
Gdy jeden ze strażników odwrócił się do towarzyszy, by pokazać, jak okaleczył sobie twarz, Priskos przemknął za jego plecami do wewnętrznych pokoi. Spojrzał na ciało władcy i zrozumiał, dlaczego młoda żona wygląda na tak zaszokowaną. Wielki barbarzyńca, Flagellum Dei, leżał rozciągnięty na wznak na miękkim jedwabnym posłaniu z ustami otwartymi jak chrapiący pijak. Krew ciekła mu z nosa i ust, i tworzyła kałużę u jego głowy.
Priskos podszedł do skulonej ze strachu Ildico i podniósł ją. Odgarnął jej z twarzy długie blond włosy.
- Już dobrze - szepnął. - Odszedł, nic więcej nie możesz tu zrobić. Chodź - uspokajał ją, pocieszał, mówił tak, żeby nic nie powiedzieć. Ildico była siódmą żoną władcy i mimo swej urody jeszcze prawie dzieckiem. Sprowadzono ją z germańskiego plemienia, by poślubiła zdobywcę. Rozumiała łacinę równie dobrze jak swój ojczysty gocki, ale Priskos nie wiedział, jakie języki znają strażnicy, więc ograniczył się do niewielu słów. Pomógł jej wyjść na świeże powietrze w blask wschodzącego słońca. Była słaba i blada jak trup. Miał nadzieję odprowadzić ją gdzieś z dala od tłumu, zanim jakiś wojownik zacznie podejrzewać, że śmierć władcy to jej wina. Ignoranci często byli podejrzliwi i nawet gdy ktoś ginął od uderzenia pioruna, uważali, że mogła to być czyjaś sprawka.
Zauważył kilka służących, grupkę krewniaczek, które przybyły z Ildico na jej wesele. Stały nieopodal, zalęknione. Przekazał im dziewczynę. Oddaliły się z nią szybko od tłoczącej się ciżby.
Priskos patrzył jeszcze za nimi, by się upewnić, że wdowa po władcy nie zostanie zatrzymana, gdy silne ręce chwyciły go brutalnie za ramiona. Odwrócił głowę, żeby zobaczyć, kto to. Ledwo ich rozpoznał, choć widywał te twarze, ilekroć przychodził na spotkanie z władcą. Obaj mieli świeże żałobne rany na policzkach, więc krew spływała im aż po brodach. Zachowywali się inaczej niż ostatniej nocy, gdy Priskos siedział z nimi, śmiał się i pił, świętując ślub ich pana.
Dwaj mężczyźni zawlekli go do namiotu władcy, gdzie tłum wojowników się rozstąpił, żeby ich wpuścić do wewnętrznych pokoi.
Ciała nikt jeszcze nie ruszył. Nad zwłokami stał Ardaryk, król Gepidów, i Onegesius, najbardziej zaufany przyjaciel Attyli. Ardaryk przyklęknął i wziął dzban, z którego władca pił wino przed śmiercią.
Onegesius podniósł leżący obok władcy kielich.
Ardaryk parsknął pogardliwie.
Priskos wytrzeszczył oczy.
Onegesius napełnił kielich Attyli i wyciągnął rękę z naczyniem.
Priskos wziął kielich.
Inni czekali i obserwowali go uważnie. Ellak podszedł bliżej.
Ardaryk powąchał kielich, wziął trochę wina na palec i położył sobie kroplę na języku. Skinął głową do Onegesiusa, rzucił kielich na dywan obok ciała władcy i wyszedł.
Priskos opuścił za Ardarykiem komnatę i utorował sobie drogę przez kłębiący się tłum wojowników. Z wyrazem cierpienia na zakrwawionych twarzach wyglądali przerażająco. Ci ludzie nie robili nic innego poza zabijaniem. Walczyli, jedli i czasami nawet spali na koniach. Na przestrzeni mniej więcej trzech pokoleń podbili tereny od trawiastych obszarów za Wołgą do Galii. Tego ranka ich największy wódz został im odebrany. Kto mógł wiedzieć, co z żalu i gniewu uczynią obcemu z innego kraju?
Priskos szedł szybko ze spuszczoną głową, nie patrząc na żadnego z wojowników zmierzających do namiotu władcy. Dotarł do swojej kwatery i przygotował ołtarz z rzędem płonących świec, by pomodlić się za duszę Attyli. Ostatecznie Attyla słuchał jego i innych Rzymian, gdy nauczali o chrześcijaństwie. Spotkał się też z papieżem Leonem I w Mantui i zawarł z nim porozumienie. Coś mogło zasiać ziarno wiary w jego umyśle. W każdym razie, najlepiej było go opłakiwać w najbardziej widoczny sposób. Priskos na wszelki wypadek zwymiotował i wypił dużo wody, po czym znów zwymiotował. To go uspokoiło.
Późnym popołudniem wyszedł ze swojego małego namiotu i udał na środek obozowiska. Zobaczył, że namiot władcy zwinięto. Niedaleko oczyszczono olbrzymi teren i ustawiono na nim coś białego. Podszedł i dotknął tkaniny. Wprawiła go w podziw.
Olbrzymi namiot uszyty był w całości z białego jedwabiu. Materiał poruszał się i wydymał na wietrze, kiedy Priskos zbliżył się do wejścia i zajrzał do środka. Pośrodku stał katafalk, a na nim spoczywało ciało władcy w jaskrawym i kosztowym, purpurowoczerwonym stroju - kolory były odpowiednie dla wielkiego wodza. W rękę wsunięto mu broń najwyższej jakości inkrustowaną złotem i wysadzaną klejnotami.
Wokół katafalku krążyli jeźdźcy, najlepsi wojownicy władcy, nierzadko przywódcy własnych plemion i narodów. Jeździli w kółko, śpiewając o wyczynach Atylli i jego zwycięstwach, krew spływała im po pokaleczonych policzkach niczym łzy. Śpiewali, że był największym wodzem, człowiekiem, który zasłużył nie tylko na blade łzy kobiet, lecz także na czerwone łzy wojowników Priskos widział, jak krew wsiąka im w brody i kapie z podbródków na ubrania i końskie grzywy.
Ukląkł przodem do władcy i dotknął czołem ziemi, żeby wojownicy zobaczyli, że okazuje mu szacunek na swój sposób. Potem wrócił do siebie. Pozostawał tam przez następne trzy dni i pisał o życiu Attyli jako wodza Hunów i jego śmierci w noc poślubną. Goście, którzy odwiedzali Priskosa, relacjonowali przebieg wielkich uroczystości żałobnych. Kilku wspominało o rywalizacji między Ellakiem, najstarszym synem, i Dengizekiem, drugim pod względem wieku, oraz urazie Ernaka, trzeciego syna, którego dwaj starsi bracia zdawali się lekceważyć. Jeszcze inni opowiadali o oburzeniu Ardaryka, że trzech synów nie może żyć w zgodzie przynajmniej do pogrzebu ojca.
Priskos wybrał się do białego namiotu czwartego dnia, by obejrzeć przygotowania do pogrzebu władcy. Wszystko odbywało się w ognistym blasku stu płonących lamp. Słudzy Attyli umieścili go w trzech trumnach. Zewnętrzną i największą zrobiono z żelaza. Do niej włożono trumnę z litego srebra. Trzecia była z czystego złota. Trumny wypełniała zdobiona klejnotami broń pokonanych przez Attylę królów. Wielki wódz podporządkował sobie sto azjatyckich plemion: pobił Alanów, Ostrogotów, Ormian, Burgundów, opanował Bałkany, Trację, Scytię i Galię. Zajął Mantuę, Mediolan i Weronę oraz większość północnej Italii. Zwyciężył legiony stolic zachodniego i wschodniego cesarstwa rzymskiego.
W trzech trumnach znalazły się też zapierające dech w piersiach stosy błyszczących klejnotów i lśniącego złota, w których odbijały się płomienie lamp. Same trumny warte były majątek. Priskos nie mógł się pozbyć myśli, że wewnętrzną wykonano prawdopodobnie z płaconego corocznie Attyli przez Cesarstwo Wschodniorzymskie trybutu w wysokości dwóch tysięcy stu funtów złota. Nie potrafił też zignorować błysków wewnątrz - zieleni szmaragdów, krwistej czerwieni rubinów i głębokiego błękitu szafirów. Wzrok przyciągały ogniste granaty, indygowe lazuryty, żółte bursztyny i zielone jadeity.
Gdy zapadła noc, przed namiotem zmarłego zgromadziła się grupa tysiąca jeźdźców wybranych z oddziału osobistej ochrony Attyli. Zamknięto wieka trumien i dźwignięto je na wielki ośmiokołowy wóz, którym transportowano największe ciężary. Jeźdźcy odjechali w ciemności, żadna pochodnia nie oświetliła ich drogi.
Kilka tygodni później Priskos przygotowywał karawanę osłów do długiej podróży powrotnej na dwór cesarza Marcjana.
Dopiero po miesiącu dotrze do pałaców w Konstantynopolu, ale już teraz chętnie poszedłby tam na czworakach. Po południu w obozie wybuchło następne zamieszanie. Ludzie pokazywali palcami w dal i krzyczeli w wielu językach. Priskos poszedł sprawdzić, co się dzieje.
Elitarny konny oddział pogrzebowy wracał do obozowiska Hunów. Pędzili galopem i kurz był widoczny na równinie dużo wcześniej niż sylwetki jeźdźców.
Ardaryk, Onegesius i trzech synów Attyli - Ellak, Dengizek i Ernak - oraz wodzowie podległych plemion zebrali się na skraju obozu, żeby ich powitać. Wojownicy zatrzymali się, zsiedli z koni i pokłonili zgromadzonym. Ci odpowiedzieli tym samym. Ellak, najstarszy spadkobierca Attyli, podszedł do Mozhu - dowódcy oddziału pogrzebowego - i położył mu rękę na ramieniu.
Ellak uściskał Mozhu. Potem wszedł na zaprzężony w woły wóz i wygłosił mowę dziękczynną do tysiąca mężczyzn, którzy towarzyszyli jego ojcu w bitwie i strzegli go po śmierci. Zanim zeskoczył na ziemię, zawołał:
Jeźdźcy zostali otoczeni przez wojowników. Priskosowi wydawało się, że oddział złożony z tysiąca wojów znika niczym pływacy wciągani pod wodę podczas powodzi - tu jakaś głowa szła w dół, tam kilka głów. Tonęli pod ciężarem całej armii. Żaden członek oddziału pogrzebowego nie stawiał oporu ani nie próbował ponownie dosiąść konia, by uciec. Priskos nie wiedział, czy to dlatego, że ich egzekucja była zaskoczeniem, czy też dlatego, że mieli świadomość, iż każdy, kto zna miejsce wiecznego spoczynku Attyli, musi umrzeć.
Po wszystkim ciała członków oddziału pogrzebowego przysypano ziemią tam, gdzie upadły. Ich dowódcy mówili o ich wierności, honorze i odwadze. Priskosowi zdawało się, że Hunowie uważają masakrę za naturalną i nieuniknioną część śmierci wielkiego wodza. To tylko pojedyncze nieszczęście.
Priskos opuścił rozlegle obozowisko o świcie następnego ranka ze swoją karawaną stu pięćdziesięciu osłów. Obładowano je zapasami, pośród których ukrył kilka cennych rzeczy - swoją pisemną relację o wyprawie do barbarzyńców, książki i pamiątki od zaprzyjaźnionych wodzów. Wziął też ze sobą wdowę po Attylli, Ildico. Obiecał ją zwrócić rodzicom, kiedy tylko uda się zorganizować przejazd na terytoria germańskie.
Gdy oddalili się o dzień drogi od obozu barbarzyńców, podszedł do osła, na którym siedziała Ildico.
Szedł dalej naprzód i rozmyślał. Wszystko udało się doskonale - sam zebrał nostrzyk i zaczekał cierpliwie, aż spleśnieje, a potem sporządził z niego truciznę nie do wykrycia, powodującą zgon pozornie na skutek choroby. W marszu układał części swojej relacji o pobycie wśród Hunów. Opisze wszystko - misję sprzed czterech lat z Maksyminem, kiedy o planowanie zabójstwa oskarżono tłumacza Wigilasa, działania barbarzyńców, osobowość ich naczelnego wodza.
Pominie, oczywiście, szczegóły śmierci władcy. Każdą niewyjaśnioną sztuczkę można ponownie wykorzystać. Cesarstwo Zachodniorzymskie zostanie niedługo opanowane przez wrogów. Jego legiony nie odeprą kolejnych fal barbarzyńców, coraz liczniejszych i brutalniej szych. To zwykła gra liczb. W subtelny sposób Cesarstwo Wschodniorzymskie wyeliminowało konkurencję - cesarz wysłał tylko jednego człowieka, by położył kres zagrożeniu ze strony Hunów, czyż nie? I dlatego Cesarstwo Wschodniorzymskie przetrwa następne tysiąc lat.
Pomyślał, że Ildico to z pewnością piękna młoda kobieta. Szczupła, zgrabna figura, mleczna skóra i jej złociste włosy były bardzo pociągające. W pewien sposób zatrzymanie jej dla siebie uczyniłoby jego ciche zwycięstwo nad wielkim Attylą całkowitym. Ale nie, pomyślał. Właśnie tak postąpiłby wysłannik Rzymu.
Pobliże wyspy barierowej Grand Isle, Luizjana,
rok 2012
Remi Fargo unosiła się w ciepłej wodzie Zatoki Meksykańskiej, ledwo poruszając płetwami. Pracowała. Napełniła siatkę skorupami glinianego garnka, prawie zagrzebanymi w piasku. Oceniała, że cały garnek, ponad tysiąc lat temu, miał średnicę około dwudziestu pięciu i wysokość dziesięciu centymetrów. Pomyślała, że prawdopodobnie zebrała wszystkie jego kawałki. Nie chciała ryzykować porysowania gładkiej powierzchni naczynia, wkładając cokolwiek innego do siatki. Spojrzała w górę na kadłub łodzi, ciemny kształt osiemnaście metrów nad nią, na srebrzystej powierzchni wody. Zrobiła wydech i pęcherze powietrza wydostały się z jej ustnika, potem się wzniosła wśród lśniących bąbli, które podążały w górę ku światłu.
Napotkała wzrok męża. Pokazała Samowi siatkę i uniosła kciuk. Wyciągnął do góry coś o wyglądzie poroża jelenia, jakby jej salutował, i skinął głową. Remi wykonała kilka leniwych ruchów nogami i jej szczupłe, zgrabne ciało znalazło się wyżej w ławicy wirujących wokół niej lśniących sardeli zatokowych. Rozpierzchły się, a ona wzniosła się ku łodzi.
Przebiła powierzchnię i natychmiast zobaczyła drugą łódź w oddali. Zanurzyła się z powrotem, podpłynęła do przeciwległej burty łodzi nurkowej i zaczekała na Sama. Dostrzegła pęcherze powietrza z jego ustnika pod sobą, potem głowę i maskę.
Wyjęła ustnik i oddychała przez chwilę.
Sam zanurkował i wynurzył się przy rufie, ukryty za osłoną wałów napędowych.
Remi pozwoliła się nieść prądowi do Sama i chwyciła się jego ramienia, żeby spokojnie obserwować drugą łódź.
[brak stron]
wybrzeża, długie kasztanowe włosy Remi powiewały za nią na wietrze.
Remi wzięła kurs na port i otworzyła przepustnicę do końca, ale potem, kiedy dotarli do wejścia do portu, zwolniła nagle. Gdy okrążyli falochron, łódź Straży Przybrzeżnej przecięła im drogę w oddali.
Ustąpiła mu miejsca i Sam zwolnił jeszcze bardziej. Poruszali się w tempie pieszego. Remi się pochyliła i przeczesała palcami włosy, żeby je wyprostować. Podniosła głowę i zerknęła na Sama.
Sam odwzajemnił uśmiech, ale nie połknął haczyka.
Oboje przyglądali się mijanym stanowiskom cumowniczym, wypatrując czarno-szarej łodzi, ale jej nie dostrzegli. Kiedy dopłynęli do miejsca, w którym cumowali wypożyczoną łódź nurkową, zatrzymali ją, przywiązali do dużych pachołków i wywiesili odbijacze za burtę. Spłukiwali wężem mokre skafandry i kładli na pomoście butle, żeby je zabrać do ponownego napełnienia do sklepu nurkowego Dave’a Carmody’ego, ale wciąż rozglądali się za czarno-szarą łodzią.
Sam uniósł pokrywę schowka na rufie, żeby pokazać kilka pełnych siatek.
Remi wręczyła Rayowi aparat fotograficzny.
Po dziesięciu minutach byli w małym domku, który Sam i Remi wynajęli przecznicę od plaży na południowym krańcu Grand Isle. Parterowy budynek na palach miał biały siding i duży ganek frontowy, gdzie mogli siedzieć wieczorem i rozkoszować się bryzą od Zatoki Meksykańskiej. Sam i Remi lubili być anonimowi, kiedy podróżowali. Nic w wyglądzie domku nie pozwalało przypuszczać, że wynajmujące go małżeństwo to para multimilionerów. Niski dach ocieniał ganek, dwa duże okna wychodziły na wodę, w środku były dwie sypialnie i mała łazienka. W jednym z pokoi urządzili pracownię i skład przedmiotów, które wydobywali z zatopionej paleoindiańskiej wioski.
Ray Holbert wszedł z nimi i Sam pokazał mu zgromadzone artefakty, kiedy Remi brała prysznic. Wręczył Rayowi plan ze starannie narysowanymi przedmiotami w miejscach, w których je znaleźli. Dołączył do tego karty pamięci z mnóstwem zdjęć zrobionych przez Remi dla udokumentowania położenia każdego artefaktu w stosunku do innych.
Holbert popatrzył na plan wioski i przedmioty.
Po dwudziestu minutach biały pikap Holberta był załadowany i wkrótce potem siedzieli w restauracji przy ostrygach, grillowanych krewetkach z sosem remoulade, świeżo złowionym czerwonym lucjanie i butelce schłodzonego chardonnay z winnic Kistlerów w Kalifornii.
Sam obudził się, gdy pierwszy promień słońca zajrzał przez szparę w zasłonach, i pomyślał, że wyjdzie na palcach z sypialni, żeby nie budzić Remi, a tymczasem zastał ją siedzącą na frontowym ganku z filiżanką kawy, ubraną i wpatrzoną w Zatokę Meksykańską w oczekiwaniu na niego.
Sam i Remi wstąpili do baru kawowego, żeby kupić croissanty i kawę, potem udali się do mariny, doszli pomostem do miejsca, gdzie zacumowali łódź nurkową. Przystanęli.
Sam przytaknął. Zmrużył oczy, wysunął cicho stopy z półbutów i wszedł na pokład dziobowy łodzi. Kabina była zamknięta, ale skobel został utrącony mocnym uderzeniem. Sam otworzył przesuwne drzwi i zajrzał do środka.
Remi przyjrzała mu się uważnie.
Dave zatrzymał swoją ciężarówkę przy końcu pływającego pomostu. Przyjechał ze skrzynką narzędziową w towarzystwie umundurowanego policjanta. Gliniarz był wielkim barczystym blondynem z brzuchem, który rozsadzał jego mundurową koszulę.
Sam wstał.
Sierżant Le Favre wszedł na łódź.
- Miło mi państwa poznać. - Wyjął aparat fotograficzny ze swojego ekwipunku i zaczął pstrykać zdjęcia szkód. Kiedy skończył, zapytał: - Panie Fargo, co się pańskim zdaniem dzieje? Coś zginęło?
Sam wzruszył ramionami. Remi zgromiła go wzrokiem, zdumiona i poirytowana.
Dave pokiwał głową.
Gdy tylko Fargowie zostali sami, Remi zapytała:
Sam pokręcił się po łodzi i sprawdził, czy wszystko mają, zanim ją odcumował. Remi odpaliła silnik i ruszyła wolno z mariny ku zatoce. Przed nimi błękitne niebo i stykające się z nim na horyzoncie morze zdawały się ciągnąć w nieskończoność.
Sam stanął obok Remi, kiedy okrążyła falochron i dodała gazu.
Podróżowali na zachód wzdłuż płaskiego zielonego wybrzeża Luizjany do miejsca, gdzie nurkowali.
Sam popatrzył ponad dachem kabiny. Zobaczył zakotwiczoną czarno-szarą łódź, czerwono-białą chorągiewkę i ludzi w wodzie.
Remi ruszyła naprzód odpowiednim kursem kompasowym i stopniowo przesuwała przepustnicę, wywołując ryk silnika chevroleta o pojemności siedmiu litrów. Minęła z daleka czarno-szarą łódź, utrzymując taką samą prędkość. Po kilku minutach Sam klepnął ją w ramię i obejrzała się za siebie. Kiedy zobaczyła, że czarno-szara łódź pędzi za nimi, odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się.
Od czasu do czasu łódź natrafiała na wysoką falę i przeskakiwała przez nią. Remi uginała wtedy kolana jak narciarka, ściskając mocno koło sterowe, a potem się schylała, żeby uniknąć ochlapania rozbryzgami, które wiatr na nich zwiewał. Sam stanął blisko niej.
Płynęła dalej, utrzymując pościg na granicy widoczności, dopóki Sam nie zakomenderował:
Skręciła w prawo, przecięła otwartą wodę i skierowała się w stronę terenów zalewowych. Gdy wpadła do pierwszego wąskiego, krętego kanału, cofnęła przepustnicę.
Remi wrzuciła luz, łódź przebyła kilka metrów prawie bezdźwięcznie, potem się zatrzymała i wpłynęła dryfem w młodniak. Gdzieś w oddali za sobą usłyszeli ryk silnika czarno-szarej motorówki. Sam i Remi wymienili spojrzenia i Remi przyspieszyła. Płynęli przez następne dwadzieścia minut, po czym Sam machnął ręką. Rami zwolniła, posuwali się do przodu niczym ślimak, Sam przeszedł na rufę i spojrzał na mapę.
Popatrzył na mapę i postawił duży czerwony krzyżyk około kilometra od ich pozycji.
Przygotowali się, Sam dopchnął ich tępym końcem bosaka do brzegu i trzymał łódź końcem z hakiem, gdy wysiadali i robili kilka kroków w błoto. Potem odepchnął łódź tak, żeby podryfowała na środek kanału.
Sam co chwilę oglądał się za siebie, żeby sprawdzić, co z Remi. Kroczyła równym tempem i uśmiechała się spokojnie. Po około dwudziestu minutach marszu Sam przystanął.
Wyszczerzył zęby.
Sam poprowadził Remi głębiej w bagno, a potem szerokim łukiem w prawo tak, że zatoczyli duże koło. Kiedy wrócili do łodzi, Remi przeszła sto metrów do następnego zakrętu i wskazała coś. Czarno-szara łódź została zakotwiczona tak, żeby była przed nimi ukryta.
Sam usiadł na starym zwalonym pniu drzewa, włożył płetwy i naciągnął maskę na twarz.
Remi położyła mu dłoń na ramieniu.
Remi przedostała się szybko wzdłuż płycizn do miejsca blisko brzegu, gdzie wśród martwych drzew zostawili łódź nurkową. Odepchnęła ją bosakiem, wyciągnęła z wody kotwicę i spojrzała na Sama dryfującego ku niej wolno kanałem w czarno-szarej łodzi. Zobaczyła, że trzyma wiązkę przewodów, które przeciął i odizolował swoim nożem nurkowym.
Zwarł dwa druty, silnik zaskoczył i Sam zaczął sterować łodzią w jej kierunku. Uruchomiła silnik ich łodzi i popłynęła przez zalewisko przed Samem z jedną czwartą szybkości, przypominając sobie, gdzie są zatopione kłody i mielizny. Po kilku minutach była na jeziorze Mud, potem na jeziorze Vermilion i wreszcie w zatoce. Po chwili Sam dogonił ją czarno-szarą łodzią.
Kiedy dotarli na otwartą wodę daleko od cypla Caminada, złączyli obie łodzie i związali je razem. Remi przeszła na czarno-szarą łódź.
- W tym momencie są poszukiwaczami skarbów. - Wskazał morski wykrywacz metali na pokładzie, gotowy do użycia. - Po co korzystać z tego urządzenia, skoro można po prostu śledzić ludzi, którzy znajdują skarby, uszkodzić sprzęt i zająć ich miejsce?
Sam znów się rozejrzał po kabinie.
Remi przytaknęła i znów otworzyła segregator.
Remi przerzuciła nogi nad burtą na ich łódź. Sam wręczył jej swoją maskę i płetwy, potem zdjął skafander nurkowy i rzucił go w ślad za Remi, która odwiązała linę łączącą obie łodzie.
Sam ponownie uruchomił silnik czarno-szarej łodzi i przygotował się do startu. Pomknęli ku marinie z dużą prędkością, dna łodzi wznosiły się na grzbietach fal i opadały w ich doliny. Po niecałej godzinie dotarli do celu prawie równo. Sam przycumował czarno-szarą łódź, wspiął się na pomost w ukradzionej bluzie sportowej z kapturem na czapce bejsbolowej. Zszedł z pomostu i wszedł na następny, gdzie Remi przywiązywała ich łódź. Podniosła wzrok.
Pokręcił głową.
Skończyła z linami, podeszła do kabiny i szarpnęła nową kłódkę.
La Jolla, Kalifornia
Selma Wondrash siedziała przy swoim biurku w biurze na parterze domu Fargów na cyplu Goldfish Point w La Jolla. W Kalifornii był jeszcze wczesny wieczór. Podniosła wzrok znad książki, którą czytała, żeby popatrzeć na słońce zachodzące za gładki bezmiar oceanu. Lubiła moment, kiedy złota tarcza zdawała się tkwić na horyzoncie niczym żółtko sadzonego jajka. Długie fale Pacyfiku dopływały do stóp klifu poniżej domu i myślała o tym, jak docierają do niej z drugiego końca świata. Rzadko miała czas na czytanie książek dla przyjemności, ale Fargowie przebywali w Luizjanie od prawie miesiąca i to, co robili, nie wymagało od niej prowadzenia wielu badań.
Przegarnęła palcami krótko ostrzyżone włosy, zamknęła na chwilę oczy i pomyślała o książce, którą czytała - Wielkiej podróży Davida McCullougha, książce o wyjeździe dziewiętnastowiecznych Amerykanów do Paryża. Tak jak ona byli ludźmi kochającymi wiedzę. Dla nich i dla niej nauka była życiem.
Pomyślała, że udało jej się znaleźć miejsce dla siebie.
W dzieciństwie wyobrażała sobie czasami namalowany portret samej siebie, nieśmiałego, nieciekawego stworzenia - Dziewczynka w pierwszym rzędzie z podniesioną ręką. Była cudownym dzieckiem, zaczęła czytać w wieku dwóch lat i czytała, uczyła się, studiowała, obliczała, aż została główną badaczką w firmie Fargów.
Dostrzegła swoje odbicie w dużej lśniącej powierzchni okna wychodzącego na ocean - oto ona, niska - być może krępa; w średnim wieku - nie da się ukryć; ubrana w nierównomiernie farbowany T-shirt i spodnie khaki. No cóż, to japońskie ogrodniczki, modne.
Pracowała dla Sama i Remi Fargów już od dłuższego czasu. Zatrudnili ją zaraz po tym, jak sprzedali swoją firmę, ale zanim zbudowali ten dom. Remi powiedziała wtedy:
Nigdy nie przestała się cieszyć, że wybrała pracę dla Fargów. Było tak, jakby nigdy nie szukała posady, ale zamiast tego miała dostawać zapłatę za bycie dobrą Selmą. Pomagała nawet zaplanować ten dom. Sprawdzała architekturę i architektów, materiały i ekoprojekt, a ponieważ poznała już Sama i Remi, mogła im przypominać o rzeczach, które lubią, i o tym, że będą potrzebowali przestrzeni na nie. Wyjaśniała również, co jest niezbędne w pierwszorzędnej placówce badawczej.
Telefon zadzwonił i rozważała, czy nie zostawić podniesienia słuchawki Pete’owi lub Wendy, swoim młodym asystentom. Pomysł przetrwał pół sekundy, zanim, jak zawsze, padła ofiarą własnej ciekawości.
Selma notowała i już wiedziała, że odłoży książkę McCullougha. Albrecht Fischer wykładał archeologię klasyczną na uniwersytecie w Heidelbergu. Nie zaszkodziłoby poświęcić trochę czasu tego wieczoru na przejrzenie kilku jego ostatnich publikacji naukowych, żeby się zorientować, czego może dotyczyć rewelacja, z którą dzwonił.
Późnym wieczorem, po romantycznej kolacji w Grand Jatte złożonej z duszonych krewetek, krabów z miękką skorupą i puddingu chlebowego, i spacerze przy księżycu wzdłuż zatoki, Sam i Remi właśnie położyli się do łóżka, gdy komórka Sama zadźwięczała.
Gdy Sam opuścił stopy na podłogę, żeby wziąć telefon z komody, Remi uniosła głowę i oparła się na łokciu.
Podyktowała mu numer i zapisał go długopisem, który zostawił na komodzie, na skrawku papieru w swoim portfelu.
Sam wyszedł do kuchni i zaczął zamykać drzwi, ale Remi już wstała z łóżka i przeszkodziła mu.
Sam wybrał numer i kiedy czekał na połączenie, przełączył telefon na głośnik. Słuchali, jak komórka dzwoni.
Sam napisał na swoim świstku papieru: „Co myślisz?” Remi wzięła długopis i odpisała: „Tak”.
Rano, gdy pokonywali samochodem osiemdziesięciopięciokilometrową trasę do Nowego Orleanu, Sam zadzwonił do Raya Holberta.
Sporządzony przez Selmę plan podróży czekał na nich na lotnisku. Sam i Remi polecieli samolotem Royal Dutch Airlines z Międzynarodowego Portu Lotniczego imienia Louisa Armstronga w Nowym Orleanie do Atlanty, a stamtąd do Amsterdamu. Spali podczas lotu transatlantyckiego i obudzili się przed lądowaniem w Amsterdamie. Lot do Berlina trwał dużo krócej i kiedy zakończyli podróż na berlińskim lotnisku Tegel o 11.20 następnego przedpołudnia, czekał tam na nich Albrecht Fischer.
Fischer był wysokim, szczupłym, lekko siwiejącym blondynem o niegdyś jasnej cerze, która tyle razy brązowiała od słońca, że taka pozostała. Na tle ciemnej karnacji wyróżniały się niebieskie oczy. Miał na sobie szarą sportową marynarkę, która wyglądała na znoszoną, i granatową jedwabną apaszkę zwisającą luźno z szyi. Uścisnął dłoń Samowi i ucałował Remi w oba policzki. Dopiero w drodze do wyjścia z terminalu zaczął mówić o swoim odkryciu.
- To podstęp, żeby zmylić kogoś, kto mógłby się interesować tym, co robię. Miałem dziwne uczucie podczas pracy. A przekonałem się, że kiedy podejrzewasz, że ktoś cię śledzi, to zwykle tak jest.
Fischer wyprowadził ich z terminalu i zatrzymał taksówkę, która zawiozła ich do hotelu Adlon Kempinski. Kiedy Sam ich meldował, Remi podziwiała piękne wnętrza - ozdobne dywany, wspaniałe meble, sklepiony sufit. Zauważyła też, że Albrecht Fischer stale zerka na boki i lustruje nieprzerwany potok ludzi przechodzących przez hol. Był zdenerwowany, niecierpliwił się i jednocześnie... wydawał się przestraszony. Sam posłał portiera z bagażem na górę do ich pokoju i dołączył z powrotem do Remi i Fischera.
Remi pokręciła głową.
Albrecht się rozpromienił.
Sam i Remi zerknęli na siebie.
Wyszli na dwór, odźwierny przywołał taksówkę i otworzył im drzwi. Albrecht zaczekał, aż zostaną zamknięte.
Weszli szybko do budynku, w którym zdawały się mieścić same pracownie naukowe - wskazywały na to ponumerowane drzwi z matowymi szybami. Tam, gdzie były otwarte, widać było młodych ludzi w fartuchach laboratoryjnych, którzy chodzili wśród czarnych skrzynek z ekranami, stanowiskami z aparaturą chemiczną i blatami z wirówkami i spektrometrami, Sam zaglądał do każdej mijanej pracowni. Remi ujęła go za ramię.
Zatrzymał się przed ciemną pracownią, wyjął klucz i otworzył drzwi. Weszli i zapalił lampy fluorescencyjne.
Sam i Remi zajrzeli do środka.
Remi przyjrzała się bliżej.
Albrecht zachichotał.
Albrecht spojrzał na swoje stopy.
Uścisnęli sobie dłonie, Sam i Remi wyszli z budynku, minęli ogromny pomnik Fryderyka Wielkiego na koniu, skręcili w prawo i poszli Unter den Linden. Na jej odległym zachodnim końcu widzieli Bramę Brandenburską i hotel Adlon Kempiński prawie tuż przy niej. Kiedy oddalali się deptakiem pod lipami od uniwersytetu, mijali sławne ulice jedną po drugiej - Friedrichstrasse, Charlottenstrasse... Przeszli obok ambasady rosyjskiej i dotarli do węgierskiej w pobliżu ich hotelu.
Było piękne późne popołudnie. Remi zadzierała głowę i oglądała widoki.
Berlin
Gdzie oni są? - zapytał Sam.
Zachowywała się tak, jakby nie była zadowolona ze swojej fryzury. Wyjęła małą puderniczkę z torebki, przyjrzała się sobie w lusterku i odgarnęła cienki kosmyk z powrotem na miejsce.
Sam wzruszył ramionami.
Sam i Remi poszli razem deptakiem. Kiedy dotarli do hotelu Adlon Kempiński, Remi pocałowała Sama w policzek i weszła do holu. Sam przeszedł kilka kroków, po czym się obejrzał za siebie, żeby mieć pewność, że blondynka weszła za Remi. Zobaczył też, jak wysoki mężczyzna z ogoloną głową przystaje nagle i udaje, że patrzy na kogoś innego. Sam ruszył szybko dalej.
