Opactwo Northanger (ekskluzywna edycja) - Jane Austen - ebook

Opactwo Northanger (ekskluzywna edycja) ebook

Jane Austen

4,1

Opis

Ekskluzywna edycja oprawiona w delikatną gładką tkaninę o właściwościach jedwabiu.

Napisana z finezją i humorem parodia popularnych na przełomie XVIII i XIX stulecia powieści gotyckich.

Młoda, trochę naiwna, ale przemiła panna Katarzyna Mortland jest zafascynowna powieściami gotyckimi. Gdy poznaje nowych przyjaciół i zostaje przez nich zaproszona do starego opactwa Northanger, ma nadzieję, że uda jej się odkryć jakąś niewyjaśnioną od lat tajemnicę i przeżyć przygodę. Znajduje jednak coś zupełnie innego... Coś, o czym skrycie marzyła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (26 ocen)
10
10
4
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lezak_2006

Nie oderwiesz się od lektury

Dobrze było wrócić po latach😊
10
agata_94

Dobrze spędzony czas

Mój bardzo udany powrót do dzieł Austen. Początkowo pewien bohater mocno mnie irytował. Na szczęście jakoś to przetrwałam i doczekałam świetnego zakończenia.
00
ZUZANNA2108
(edytowany)

Z braku laku…

Bardzo duże rozczarowanie, według mnie najsłabsza powieść Austen. Nie podobał mi się zabieg zwracania się do czytelnika przez autorkę, a rozdział z bronieniem powieści jako gatunku uważam za napisany w bardzo pretensjonalny sposób, chociaż zgadzam się z tym, co autorka próbowała przekazać. Dodatkowo nie polubiłam prawie żadnego bohatera, a zachowanie niektórych to była jakaś tragedia. A o Catherine szkoda nawet gadać...
00
Rochowiak

Dobrze spędzony czas

przyjemna historia, jednak miejscami mnie irytowała 🤭 mimo wszystko bardzo miło spędziłam z nią czas
00
Kaate7

Całkiem niezła

słaba jak na Austen
00

Popularność




Roz­dział I

Chyba nikt, kto spo­tkałby pannę Cathe­rine Mor­land w wieku dzie­cię­cym, nie zgadłby, że stoi przed przy­szłą boha­terką powie­ści. Nie pre­de­sty­no­wały jej do tego zarówno pozy­cja spo­łeczna, jak i uspo­so­bie­nie rodzi­ców, nie wspo­mi­na­jąc o cha­rak­te­rze. Jej ojciec był wika­rym. Ubie­rał się sta­ran­nie, nie był ubogi i cie­szył się powszech­nym sza­cun­kiem, cho­ciaż na imię miał Richard1. Warto też wspo­mnieć, że nie odzna­czał się nad­zwy­czajną urodą. Jego sta­tus finan­sowy można okre­ślić jako nie­za­leżny, na co skła­dały się dwie solidne pre­bendy2. Nie miał też skłon­no­ści do izo­lo­wa­nia córek od świata. Matka Cathe­rine była kobietą roz­sądną, obda­rzoną pogod­nym uspo­so­bie­niem i – co o wiele istot­niej­sze – dobrym zdro­wiem. Przed przyj­ściem na świat Cathe­rine powiła już trzech synów i zamiast umrzeć pod­czas porodu ostat­niego z nich – czego wielu się spo­dzie­wało – żyła dalej, a w dodatku uro­dziła jesz­cze sze­ścioro dzieci, by w dosko­na­łym zdro­wiu cie­szyć się dora­sta­ją­cymi lato­ro­ślami. Rodzina z dzie­się­cior­giem dzieci zawsze będzie godna miana dobrej rodziny: wystar­czy, że zga­dzała się liczba głów, rąk i nóg. Mor­lan­do­wie nie byli zanadto uro­dziwi, a Cathe­rine przez pierw­sze lata swego życia nie wyróż­niała się pod tym wzglę­dem spo­śród rodzeń­stwa. Była szczu­pła, raczej nie­zdarna, cerę miała bladą, wręcz zie­mi­stą, ciemne, zazwy­czaj zanie­dbane włosy i ostre rysy. Pod wzglę­dem umy­sło­wym rów­nież nie nada­wała się na idolkę czy­tel­ni­czek powie­ści. Była miło­śniczką wszel­kich gier dla chłop­ców i zde­cy­do­wa­nie wolała kry­kieta nie tylko od lalek, ale od innych roz­ry­wek wieku dziew­czę­cego, takich jak hodo­wa­nie kosza­tek, sypa­nie ziar­nek kanar­kowi czy pie­lę­gno­wa­nie krzaku róży. Nie pałała miło­ścią do krzą­ta­niny w ogro­dzie, a jeśli zda­rzało się jej zry­wać kwiaty, czy­niła to raczej z upodo­ba­nia do psi­ku­sów, ponie­waż z reguły zry­wała te, któ­rych jej zry­wać nie było wolno. Być może ze względu na te upodo­ba­nia, nie olśnie­wała na polu nauki. Ni­gdy nie potra­fiła się cze­goś nauczyć czy zro­zu­mieć samo­dziel­nie, a cza­sami nawet przy pomocy doro­słych, bo czę­sto bywała roz­tar­gniona, a cza­sami wręcz tępa. Przez trzy mie­siące matka kazała jej codzien­nie uczyć się wier­sza Prośba żebraka, a mimo to jej młod­sza sio­stra Sally lepiej go recy­to­wała. Nie zna­czy to, że Cathe­rine była tępa – wręcz prze­ciw­nie! Nauczyła się na pamięć bajki Zając i przy­ja­ciele o wiele szyb­ciej niż jej kole­żanki. Matka pra­gnęła, aby poświę­ciła się muzyce, ona zaś nie żywiła wąt­pli­wo­ści, że ją polubi, ponie­waż uwiel­biała bęb­nić w kla­wi­sze sta­rego, roz­stro­jo­nego szpi­netu. Zaczęła naukę jako ośmio­latka, uczyła się przez rok… i na tym się skoń­czyło. Pani Mor­land, która nie zmu­szała swo­ich córek do pobie­ra­nia nauk wbrew ich zami­ło­wa­niom czy uzdol­nie­niom, zezwo­liła jej na prze­rwa­nie ćwi­czeń. Dzień, w któ­rym po raz ostatni zoba­czyła nauczy­ciela muzyki, był jed­nym z naj­szczę­śliw­szych w życiu Cathe­rine. Do ryso­wa­nia nie prze­ja­wiała zbyt­niego talentu, cho­ciaż zawsze, gdy tylko dostała kopertę po jakimś liście matki czy też natra­fiła przy­pad­kiem na kawa­łek papieru, ryso­wała domy, drzewa, kury i kur­częta, zadzi­wia­jąco do sie­bie podobne. Ojciec uczył ją kali­gra­fii i pod­staw aryt­me­tyki, matka zaś fran­cu­skiego. Nie czy­niła nad­zwy­czaj­nych postę­pów w tych dzie­dzi­nach, wszel­kimi też spo­so­bami uni­kała lek­cji. Cóż za prze­dziwne dziecko! Mimo bowiem tych wszyst­kich wad, jako dzie­się­cio­latka nie odzna­czała się nie­przy­jem­nym cha­rak­te­rem, nie miała przy­krego uspo­so­bie­nia, rzadko się upie­rała, nie­mal ni­gdy kłó­ciła i bar­dzo lubiła młod­sze rodzeń­stwo, z rzadka jedy­nie nad­uży­wa­jąc przy tym swo­jego star­szeń­stwa. Była poza tym bar­dzo żywio­łowa i nie­mal dzika, nie­na­wi­dziła porządku i prze­sia­dy­wa­nia w domu, za to uwiel­biała sta­czać się po tra­wia­stym zbo­czu na tyłach ple­ba­nii.

Takimi oto sło­wami można opi­sać Cathe­rine Mor­land w wieku dzie­się­ciu lat. Kiedy ukoń­czyła pięt­na­ście, jej wygląd bar­dzo zmie­nił się na lep­sze. Zaczęła tre­fić włosy i snuć marze­nia o balach, cera jej się popra­wiła, twarz nabrała nieco krą­gło­ści i rumień­ców, przez co rysy zatra­ciły ostry cha­rak­ter, oczy z oży­wie­niem obser­wo­wały oto­cze­nie, a kształty stały się pra­wie kobiece. Zami­ło­wa­nie do zabaw na podwó­rzu ustą­piło miej­sca upodo­ba­niu do kobie­cych ozdób, a w miarę jak nabie­rała pre­dy­lek­cji do stro­je­nia się, sta­wała się w rów­nym stop­niu miło­śniczką porządku. Z przy­jem­no­ścią sły­szała, jak rodzice wspo­mi­nają o korzyst­nych zmia­nach w jej wyglą­dzie. „Cathe­rine wyra­sta na nie­brzydką pannę, dzi­siaj wyglą­dała nie­mal ład­nie”, dobie­gało ją od czasu do czasu. Jaką radość spra­wiały takie opi­nie! Usły­szeć, że się wygląda „nie­mal ład­nie”, to dla dziew­czyny – nie­po­wa­la­ją­cej urodą przez pierw­sze pięt­na­ście lat życia – o niebo więk­sza przy­jem­ność niż wszystko, co może usły­szeć o sobie pięk­ność od uro­dze­nia.

Pani Mor­land była przy­zwo­itą kobietą i chciała, by jej dzieci ode­brały nale­żyte wycho­wa­nie i wykształ­ce­nie, ale czas miała tak wypeł­niony nie­ustan­nymi cią­żami i opieką nad naj­młod­szymi dziećmi, że star­sze córki musiały z koniecz­no­ści same sobie dawać radę. Trudno więc się dzi­wić, że Cathe­rine, która jak już wiemy, nie miała w sobie nic z boha­terki powie­ści, w wieku lat czter­na­stu wolała od ksią­żek grać w kry­kieta, base­balla, jeź­dzić konno i uga­niać się po łąkach. Nie żeby miała coś prze­ciwko książ­kom jako takim, pod warun­kiem, że skła­dały się wyłącz­nie z intrygi pozba­wio­nej głęb­szej reflek­sji. Od pięt­na­stego do sie­dem­na­stego roku życia pil­nie przy­go­to­wy­wała się do roli boha­terki: czy­tała wszyst­kie książki, któ­rych lek­tura konieczna jest do zebra­nia zapasu przy­dat­nych cyta­tów, jakże cen­nych w zmien­nych kole­jach obfi­tu­ją­cego w zwroty akcji życia.

Od Pope’a nauczyła się darzyć nie­chę­cią tych, któ­rzy: „(…) popi­sują się z pośmie­wi­skiem żalu”. Od Graya, że: „(…) wiele kwia­tów pach­ną­cych zapło­nie o brza­sku i nim je oko doj­rzy, w skwa­rze dusz­nym zgi­nie…”. Od Thom­sona, że: „(…) cudowne to zada­nie pie­czę mieć nad myślą i mło­dziut­kiej idei poka­zy­wać drogę”. Szek­spi­rowi zaś zawdzię­czała impo­nu­jący zasób wia­do­mo­ści, na przy­kład, że:

„Fraszki jak puch błahe

są dla zazdro­snych zarówno sil­nymi

świa­dec­twami, jak cytaty z Pisma”.

oraz, że: „(…) biedny chra­bąszcz, nogą roz­dep­tany, cie­le­sną mękę rów­nie bole­śnie czuje jak kona­jący olbrzym”, zaś młoda, zako­chana kobieta zawsze przy­po­mina: „(…) cier­pli­wo­ści posąg na mogile”.

W ten spo­sób czy­niła w tej dzie­dzi­nie odpo­wied­nie postępy, a i pod innymi wzglę­dami odno­siła porów­ny­walne suk­cesy: mimo że nie bry­lo­wała w pisa­niu sone­tów, potra­fiła się zmu­sić do ich lek­tury. Wpraw­dzie mało kto się spo­dzie­wał, że uda jej się wpra­wić zebrane w salo­nie towa­rzy­stwo w onie­mie­nie wyko­na­niem na for­te­pia­nie pre­lu­dium wła­snej kom­po­zy­cji, potra­fiła jed­nak wysłu­chać wystę­pów innych bez osten­ta­cyj­nego oka­zy­wa­nia zmę­cze­nia. Główną jej wadą był kom­pletny brak umie­jęt­no­ści ryso­wa­nia – nie umiała nawet naszki­co­wać pro­filu uko­cha­nej osoby, tak by ta została roz­po­znana. Pod tym wzglę­dem nie potra­fiła wznieść się na wyżyny należne lwicy salo­no­wej. Na razie nie uświa­da­miała sobie jesz­cze tych man­ka­men­tów, jako że bra­ko­wało jej uko­cha­nej osoby, którą mogłaby nary­so­wać. W wieku sie­dem­na­stu lat nie spo­tkała żad­nego olśnie­wa­ją­cego mło­dzieńca, zdol­nego roz­nie­cić w niej żar uczuć. Nie obu­dziła żad­nej auten­tycz­nej namięt­no­ści, nie obu­dziła nawet zain­try­go­wa­nia, chyba że umiar­ko­wa­nego i chwi­lo­wego. Doprawdy nie­zwy­kła sytu­acja! Nie­zwy­kłe sytu­acje można z reguły racjo­nal­nie wyja­śnić, zapo­znaw­szy się sumien­nie z ich przy­czy­nami: otóż w oko­licy nie miesz­kał ani jeden lord, ani nawet baro­net. Zna­jome rodziny nie wycho­wały rów­nież nie­mow­lę­cia płci męskiej pozo­sta­wio­nego na progu, brak było też w oko­licy mło­dego czło­wieka o owia­nym mgłą tajem­nicy pocho­dze­niu. Jej ojciec nie przy­gar­nął przy­stoj­nego wycho­wanka, a pro­boszcz był bez­dzietny.

Jeśli jed­nak młoda dama ma zostać boha­terką powie­ści, nie może jej sta­nąć na prze­szko­dzie coś tak banal­nego, jak brak współ­pracy ze strony czter­dzie­stu oko­licz­nych rodzin ziem­skich. Coś waż­kiego musi się wyda­rzyć i z pew­no­ścią się wyda­rzy, co postawi na jej dro­dze odpo­wied­niego mło­dzieńca o cechach boha­tera.

Pan Allen, wła­ści­ciel roz­le­głych dóbr roz­rzu­co­nych wokół Ful­ler­ton oraz wio­ski w hrab­stwie Wilt­shire, gdzie miesz­kali Mor­lan­do­wie, wybie­rał się wła­śnie do Bath, by leczyć dnę mocza­nową. Jego żona zaś, osoba nie­zwy­kle miła, która lubiła pannę Mor­land, dosko­nale wie­działa, że jeśli mło­dej damy nie spo­tkały przy­gody miło­sne we wła­snym domu, to musi ich poszu­kać gdzie indziej. Zapro­siła więc Cathe­rine, by poje­chała do Bath z nimi. Pań­stwo Mor­land skwa­pli­wie wyra­zili zgodę, Cathe­rine zaś była wprost wnie­bo­wzięta.

Roz­dział II

Warto w tym miej­scu dodać, tak by nabyta do tej pory wie­dza czy­tel­nika o cha­rak­te­rze Cathe­rine Mor­land oraz zale­tach jej ciała i umy­słu stała się peł­niej­sza, że w cza­sie gdy miała zmie­rzyć się ze wszyst­kim trud­no­ściami i zagro­że­niami zwią­za­nymi z sze­ścio­ty­go­dnio­wym poby­tem w Bath, jej serce było wraż­liwe, a uspo­so­bie­nie łagodne. Wyzbyła się też wszel­kiej egzal­ta­cji i zbyt­niej pew­no­ści sie­bie, znik­nęła gdzieś nie­śmia­łość oraz nie­zręcz­ność w kon­tak­tach z obcymi. Wygląd miała przy­jemny, a cza­sami wręcz była ładna. Oczy­wi­ście, cecho­wała ją wciąż igno­ran­cja i naiw­ność, jak to się dzieje w przy­padku więk­szo­ści kobiet w wieku lat sie­dem­na­stu.

W miarę zbli­ża­nia się pory wyjazdu nale­żało się spo­dzie­wać, że wła­ściwy mat­kom nie­po­kój o przy­szłość córki pani Mor­land powi­nien zbli­żać się do apo­geum. Pod­czas kilku ostat­nich wspól­nie spę­dzo­nych dni liczne zło­wro­gie prze­czu­cia nie­szczęść, które nad­cią­ga­jąca roz­łąka przy­nie­sie uko­cha­nej Cathe­rine, powinny napeł­niać smut­kiem jej serce i wzbie­rać oczy łzami. Z ust doświad­czo­nej matki pod­czas roz­mowy w jej budu­arze powinny padać waż­kie i konieczne prze­strogi! Ści­śnięte trwogą serce powinno dyk­to­wać słowa ostrze­żeń o aktach nie­god­nej prze­mocy, jakich się dopusz­czają ary­sto­kraci i baro­neci, któ­rzy lubują się w wywo­że­niu siłą mło­dych panien na farmy poło­żone na odlu­dziu. Jed­nak stało się ina­czej: pani Mor­land dys­po­no­wała zni­komą wie­dzą o lor­dach i baro­ne­tach, nie miała w związku z tym poję­cia o ich nie­cnych zwy­cza­jach i nie­świa­doma była nie­bez­pie­czeństw, na jakie wysta­wiały Cathe­rine. Jej prze­strogi stre­ściły się w nastę­pu­ją­cych sło­wach: – Moja droga córko, pro­szę cię, żebyś zawsze owi­jała sza­lem szyję, wycho­dząc wie­czo­rem na dwór. Chcia­ła­bym też, żebyś pro­wa­dziła spis wydat­ków – tutaj masz odpo­wiedni kaje­cik.

Jej sio­stra Sally, a ostat­nio Sara (która młoda panna z dobrego domu ukoń­czy­łaby szes­na­sty rok życia bez zmiany imie­nia?) powinna była stać się teraz jej naj­bliż­szą przy­ja­ciółką i wręcz powier­nicą. Jed­nak, o dziwo, nie nale­gała, by Cathe­rine słała codzien­nie listy, nie zmu­szała też jej do opi­sy­wa­nia każ­dej nowo pozna­nej osoby lub detali każ­dej inte­re­su­ją­cej roz­mowy w Bath. Mówiąc w skró­cie, wszyst­kie czyn­no­ści, wią­żące się z tym waż­nym wyjaz­dem, prze­pro­wa­dzone były przez rodzinę Mor­lan­dów z nace­cho­wa­nym roz­sąd­kiem spo­ko­jem, wła­ści­wym raczej wyda­rze­niom życia codzien­nego. Ewi­dent­nie bra­ko­wało chwy­ta­ją­cych za serce unie­sień, jakie powinna wzbu­dzić pierw­sza roz­łąka boha­terki powie­ści z rodziną. Ojciec, zamiast otwo­rzyć jej w swoim banku rachu­nek bez limitu, czy choćby wrę­czyć ban­kowe zle­ce­nie na skup rachun­ków do kwoty stu fun­tów, wsu­nął jej w dłoń dzie­sięć gwi­nei i zobo­wią­zał się wysłać wię­cej, jeśli pojawi się taka potrzeba.

Roz­sta­nie i podróż odbyły się więc w nie­zbyt sprzy­ja­ją­cych dla akcji powie­ści oko­licz­no­ściach: podróż prze­bie­gła gładko i bez jakich­kol­wiek incy­den­tów, obyło się bez napadu roz­bój­ni­ków, nie roz­pę­tała się burza, a powóz nie sto­czył się do rowu, w związku z czym nie zaist­niała potrzeba inge­ren­cji mło­dzieńca o cechach boha­tera powie­ści. Nie wyda­rzyło się nic strasz­nego, poza oba­wami pani Allen, że pod­czas postoju w ostat­niej gospo­dzie zosta­wiła tam swoje cho­daki, co na szczę­ście oka­zało się fał­szy­wym alar­mem.

Kiedy doje­chali do Bath, Cathe­rine w eks­ta­tycz­nym zachwy­cie roz­glą­dała się na wszyst­kie strony pod­czas jazdy przez uzdro­wi­sko, aż wresz­cie powóz dotarł pięk­nymi uli­cami do wyna­ję­tego miesz­ka­nia. Cathe­rine przy­je­chała tu po to, żeby się cie­szyć, cie­szyła się też od pierw­szej chwili.

Wkrótce roz­go­ścili się w wygod­nych apar­ta­men­tach kamie­nicy przy Pul­te­ney Street.

Nad­szedł chyba moment, aby przed­sta­wić czy­tel­ni­kowi panią Allen, aby mógł już na początku powie­ści wyobra­zić sobie, w jaki spo­sób dopro­wa­dzi ona swoim postę­po­wa­niem do spo­dzie­wa­nej w finale kata­strofy i jak się przy­czyni do nie­szczę­snego losu Cathe­rine, który ocze­kuje swego dopeł­nie­nia zazwy­czaj w ostat­nim tomie powie­ści. W grę wcho­dzi: brak roz­sądku i wyra­fi­no­wa­nia lub zazdrość ewen­tu­al­nie prze­ję­cie kom­pro­mi­tu­ją­cej kore­spon­den­cji nasto­let­niej damy, depra­wa­cja wspo­mnia­nej i w końcu wylą­do­wa­nie na bruku.

Pani Allen była jed­nak przed­sta­wi­cielką zadzi­wia­jąco licz­nego gatunku kobiet, które nie wzbu­dzają żad­nych innych uczuć prócz zdzi­wie­nia, że są na świe­cie męż­czyźni zdolni do tego stop­nia je polu­bić, by wziąć je za żony. Nie wyróż­niała się w żad­nym stop­niu urodą, talen­tem, ogładą czy manie­rami. Pobudki, dla któ­rych roz­sądny i obda­rzony inte­li­gen­cją pan Allen się z nią oże­nił, uspra­wie­dli­wić da się jedy­nie jej pogod­nym, raczej bier­nym uspo­so­bie­niem, skłon­no­ścią do dow­ci­pów oraz dobrym pocho­dze­niem. Ist­niał jed­nak powód, dla któ­rego ide­al­nie nada­wała się do wpro­wa­dza­nia mło­dej panny w życie towa­rzy­skie: uwiel­biała wszę­dzie bywać i wszyst­kiemu się przy­glą­dać, podob­nie jak więk­szość mło­dych panien. Jej namięt­no­ścią były stroje. Znaj­do­wała nie­zwy­kłą, acz nie­szko­dliwą radość w nosze­niu wytwor­nego ubioru, dla­tego też pierw­sze uka­za­nie się naszej boha­terki w krę­gach socjety Bath nie mogło nastą­pić wcze­śniej niż po upły­wie kilku dni, spę­dzo­nych na zasię­ga­niu infor­ma­cji, co jest teraz modne, i szy­ciu dla sza­cow­nej pani Allen sukni według naj­now­szych tren­dów. Cathe­rine rów­nież poczy­niła pewne zakupy i wresz­cie, po zakoń­cze­niu wszel­kich przy­go­to­wań, nad­szedł wielki wie­czór, kiedy miała po raz pierw­szy poja­wić się w Upper Rooms3. Auto­rem fry­zury był naj­lep­szy fry­zjer w Bath, a ubrała się z taką pie­czo­ło­wi­to­ścią, że zarówno pani Allen, jak poko­jówka oświad­czyły, że wygląda wła­śnie tak, jak wyglą­dać powinna młoda panna. Pokrze­piona tymi sło­wami Cathe­rine doszła do wnio­sku, że może uda jej się przejść przez tłum, nie ścią­ga­jąc na sie­bie kry­tycz­nych uwag, co do admi­ra­cji ze strony mło­dych dżen­tel­me­nów zaś, przyj­mie ją z wdzięcz­no­ścią, ale nie będzie się jej zanadto spo­dzie­wać.

Pani Allen tak długo mitrę­żyła pod­czas ubie­ra­nia, że zja­wili się późno w Rooms i obie damy musiały siłą wepchnąć się do środka – w końcu był szczyt sezonu w Bath. Pan Allen ruszył od razu do sali gry w karty i zosta­wił panie w tłu­mie.

Pani Allen, w więk­szym stop­niu zatro­skana o bez­pie­czeń­stwo swo­jej kre­acji niż o wygodę Cathe­rine, prze­ci­snęła się przez tłu­mek dżen­tel­me­nów sto­ją­cych przy drzwiach tak szybko, jak to było moż­liwe, zaś Cathe­rine szła u jej boku, ująw­szy ją tak mocno pod ramię, że nawet kłę­biący się tłum nie zdo­łał ich roz­dzie­lić. Ze zdu­mie­niem jed­nak stwier­dziła, że choć posu­wają się do wnę­trza, tłok wciąż im towa­rzy­szy, a sądziła, że wewnątrz sali znajdą bez trudu miej­sca i będą mogły swo­bod­nie podzi­wiać tan­ce­rzy. Sytu­acja przed­sta­wiała się jed­nak zgoła ina­czej i gdy z naj­wyż­szym wysił­kiem weszły do środka, nie­wiele się zmie­niło i wciąż zamiast par na par­kie­cie widziały jedy­nie wysoko wzno­szące się pióra zdo­biące koafiury dam. Lecz nie usta­wały w wysił­kach i wresz­cie, korzy­sta­jąc w rów­nym stop­niu z siły i pomy­sło­wo­ści, zna­la­zły się w przej­ściu na pod­wyż­sze­niu. Tłum był tu nieco rzad­szy niż poni­żej, a panna Mor­land zyskała wspa­niały widok na towa­rzy­stwo w dole i kolejne kamie­nie milowe swo­jego nie­daw­nego prze­mar­szu. Po raz pierw­szy tego wie­czoru poczuła, że wresz­cie jest na balu. Marzyła o tym, by zatań­czyć, ale nie znała nikogo na sali balo­wej. Pani Allen robiła w tej sytu­acji wszystko, co mogła, powta­rza­jąc co pewien czas:

– Bar­dzo bym chciała, żebyś zatań­czyła, kocha­nie. Bar­dzo bym pra­gnęła, żebyś zna­la­zła sobie part­nera!

Przez jakiś czas te życz­liwe uwagi wzbu­dzały w Cathe­rine uczu­cie wdzięcz­no­ści, ale ponie­waż w niczym nie popra­wiały sytu­acji i powta­rzały się bar­dzo czę­sto, znu­żyła się wresz­cie i prze­stała za nie dzię­ko­wać.

Obie damy nie cie­szyły się jed­nak zbyt długo osią­gniętą z takim wysił­kiem pozy­cją. Wkrótce wszy­scy wybrali się na her­batę, a one musiały podą­żać za tłu­mem. Cathe­rine zaczęła odczu­wać coś na kształt zawodu. Męczyło ją to usta­wiczne prze­py­cha­nie się mię­dzy ludźmi, któ­rych obce twa­rze z reguły nie zapo­wia­dały niczego inte­re­su­ją­cego, nie mogła więc zna­leźć pocie­sze­nia w wymia­nie choćby kur­tu­azyj­nych kilku słów z towa­rzy­szami nie­doli. Kiedy wresz­cie dotarły do sali, w któ­rej ser­wo­wano her­batę, Cathe­rine poczuła się jesz­cze bar­dziej nie na miej­scu, ponie­waż nie zna­la­zły żad­nego towa­rzy­stwa, do któ­rego mogłyby się przy­siąść oraz żad­nego dżen­tel­mena, który mógłby podać im her­batę. Pana Allena ni­gdzie nie mogły doj­rzeć, toteż po krót­kim reko­ne­san­sie musiały wresz­cie zająć miej­sca na końcu stołu, któ­rego więk­szą część zajęła już liczna grupa. Przez chwilę sie­działy bez­czyn­nie, nie mając nikogo, z kim mogłyby wymie­nić parę słów, pomi­nąw­szy sie­bie nawza­jem.

Pani Allen pocie­szała się, że przy­naj­mniej udało jej się uchro­nić przed znisz­cze­niem nową suk­nię pod­czas prze­py­cha­nia się przez tłum przy wej­ściu.

– Byłaby wielka szkoda, gdyby się podarła – powie­działa. – Nie uwa­żasz, kocha­nie? To taki deli­katny muślin. Nie dostrze­głam na sali mate­riału, który by mu dorów­ny­wał.

– Jakie to przy­kre – szep­nęła Cathe­rine – że nie znamy tu nikogo.

– Tak, moja droga – odparła spo­koj­nie pani Allen. – Doprawdy bar­dzo to przy­kre.

– Cóż mamy począć? Ci pań­stwo przy stole patrzą tak, jakby się zasta­na­wiali, co my tu robimy. Wyglą­damy, jak­by­śmy się im narzu­cały!

– Na to wygląda. Bar­dzo nie­zręczna sytu­acja. Bar­dzo bym pra­gnęła spo­tkać tutaj wielu zna­jo­mych!

– Chcia­ła­bym spo­tkać choćby jed­nego! Mia­ły­by­śmy się do kogo przy­siąść.

– Święta racja, moja droga. Gdy­by­śmy tylko kogoś znały, natych­miast byśmy się przy­sia­dły. Zeszłego roku byli tutaj Skin­ne­ro­wie. Szkoda, że ich tu nie ma.

– Może byłoby lepiej w tej sytu­acji, żeby­śmy stąd poszły? Nie ma nawet dla nas fili­ża­nek.

– Istot­nie, nie ma! Jakie to nie­przy­jemne! Jed­nak może posiedźmy tu chwilę, bo w tym tłu­mie strasz­nie nas wygniotą! Jak wygląda moja głowa, moja droga? W tym tłoku ktoś tak na mnie napie­rał, że oba­wiam się o całość fry­zury.

– Ależ nie, świet­nie wygląda. Ale droga pani Allen, czy na pewno wśród tego tłumu nie ma nikogo, kogo by pani znała? Musi pani kogoś tutaj znać.

– Klnę się na Boga, że nie poznaję tu żywej duszy. Wielka szkoda! Z całego serca pra­gnę­ła­bym widzieć tutaj wielu zna­jo­mych, mogła­bym ci wtedy zna­leźć part­nera do tańca. Bar­dzo bym pra­gnęła, żebyś zatań­czyła. Popatrz, cóż za kobieta tam idzie! Co za dzi­wo­ląg! I jaka dziwna suk­nia! Bar­dzo nie­modna! Spójrz tylko na te plecy!

Po kilku minu­tach jeden z ich sąsia­dów przy stole zapro­po­no­wał paniom her­batę, która została z wdzięcz­no­ścią zaak­cep­to­wana. Nawią­zała się nawet grzecz­no­ściowa kon­wer­sa­cja z owym dżen­tel­me­nem, jedyna pod­czas całego wie­czoru. Wresz­cie, kiedy skoń­czyły się tańce, pan Allen odna­lazł swoje panie i przy­łą­czył się do nich.

– No i jak, panno Mor­land? – zapy­tał. – Mam nadzieję, że bal się udał?

– Bar­dzo się udał. Bez wąt­pie­nia! – odparła Cathe­rine, z tru­dem tłu­miąc ziew­nię­cie.

– Jaka to szkoda, że nie mogła zatań­czyć! – wtrą­ciła pani Allen. – Jak mi żal, że nie mogli­śmy zna­leźć jej part­nera! Wspo­mi­na­łam wła­śnie, jak bym się cie­szyła, gdyby Skin­ne­ro­wie przy­je­chali w tym roku do Bath albo gdyby przy­je­chali pań­stwo Parry, tak jak napo­my­kali zeszłego roku. Cathe­rine mogłaby tań­czyć z Geo­rge’em Par­rym. Tak mi żal, że nie zna­la­zła part­nera!

– Innym razem z pew­no­ścią jej się uda – pocie­szył żonę pan Allen.

Po zakoń­cze­niu tań­ców tłum zaczął rzed­nąć, pozo­sta­wia­jąc sporo miej­sca na w miarę swo­bodny spa­cer. Nad­szedł więc naresz­cie moment, by nasza boha­terka, która dotąd nie ode­grała żad­nej szcze­gól­nej roli pod­czas balu, została zauwa­żona i obda­rzona admi­ra­cją. Z każdą minutą, dzięki prze­rze­dza­niu się tłumu na sali, zyski­wała więk­sze pole do eks­po­no­wa­nia swo­jej osoby. Spo­czy­wały teraz na niej spoj­rze­nia wielu mło­dych dżen­tel­me­nów, któ­rzy dotąd nie mieli szansy jej zauwa­żyć. Żad­nego z nich jed­nak nie spa­ra­li­żo­wał na jej widok spazm zachwytu, sali nie obiegł przy­ci­szony szmer pytań, kim jest ta piękna nie­zna­joma, nikt też ani razu nie nazwał jej urody boską. A prze­cież Cathe­rine wyglą­dała dziś naprawdę ład­nie i gdyby goście Upper Rooms mieli oka­zję obej­rzeć ją trzy lata wcze­śniej, uzna­liby ją dzi­siaj za pięk­ność.

Ktoś jej się jed­nak przy­glą­dał i to naj­wy­raź­niej z uzna­niem, usły­szała bowiem na wła­sne uszy, jak dwaj mło­dzi pano­wie okre­ślili ją mia­nem „uro­czej panny”. Słowa te wywarły na niej wła­ściwe wra­że­nie, wie­czór od razu wydał jej się o wiele przy­jem­niej­szy, a panień­ska próż­ność zna­la­zła zaspo­ko­je­nie. W sto­sunku do dwóch mło­dych dżen­tel­me­nów odczu­wała więk­szą wdzięcz­ność za tę raczej zdaw­kową pochwałę niż naj­praw­dziw­sza boha­terka powie­ści za pięt­na­ście sone­tów sła­wią­cych jej urodę. Wró­ciła na swoje miej­sce przy­jaź­nie nasta­wiona do oto­cze­nia i usa­tys­fak­cjo­no­wana publiczną uwagą, jaka stała się jej udzia­łem.

Roz­dział III

Każdy kolejny pora­nek w Bath prze­wi­dy­wał stałe punkty dzien­nego pro­gramu: trzeba było zaj­rzeć do skle­pów, zwie­dzić nową dziel­nicę mia­sta, spę­dzić godzinę w pijalni wód mine­ral­nych, gdzie para­do­wało się tam i z powro­tem, spo­glą­da­jąc na spa­ce­ru­ją­cych i nie wymie­nia­jąc z nikim słowa. Pra­gnie­nie posia­da­nia sze­ro­kiego grona zna­jo­mych w Bath wciąż domi­no­wało w myślach pani Allen, która wyra­żała je za każ­dym razem, gdy oka­zy­wało się, że nie zna naj­wy­raź­niej nikogo.

Cathe­rine wraz z panią Allen odwie­dziła też sale balowe Lower Rooms, gdzie los oka­zał się bar­dziej łaskawy dla naszej boha­terki. Wodzi­rej przed­sta­wił jej jako part­nera do tańca ele­gancko wyglą­da­ją­cego mło­dego czło­wieka o nazwi­sku Til­ney. Miał jakieś dwa­dzie­ścia cztery lub pięć lat, był raczej wyso­kiego wzro­stu, o przy­jem­nym wyglą­dzie, bystrych oczach, a jeśli nie można go było nazwać ide­ałem męskiej urody, to nie­wiele mu bra­ko­wało do tego miana. Zacho­wy­wał się nie­na­gan­nie i w jego towa­rzy­stwie Cathe­rine czuła się wnie­bo­wzięta. Nie mieli wielu oka­zji do roz­mowy pod­czas tańca, kiedy jed­nak usie­dli, by napić się her­baty, doszła do wnio­sku, że jest tak miły, jak tego ocze­ki­wała. Roz­ma­wiał ze swadą, a w jego zacho­wa­niu było coś kro­to­chwil­nego, co wyda­wało jej się uro­cze, choć nie­wiele rozu­miała z tego, co mówił. Przez pewien czas komen­to­wali bez­po­śred­nie oto­cze­nie, lecz nagle młody czło­wiek ode­zwał się w te słowa:

– Jak do tej pory nie spie­szy­łem się zanadto ze speł­nia­niem wszel­kich obo­wiąz­ków grzecz­no­ści, jakie obo­wią­zują part­nera damy do tańca. Nie zapy­ta­łem nawet pani, od jak dawna prze­bywa w Bath, czy była pani tu już wcze­śniej, czy odwie­dziła pani Upper Rooms, teatr, czy była pani na kon­cer­cie i w ogóle, jak znaj­duje pani to miej­sce. Zaiste nie­zwy­kle się zanie­dba­łem w swych powin­no­ściach. Czy znaj­dzie teraz pani chwilę, by zaspo­koić moją cie­ka­wość? Jeśli tak, od razu przejdę do rze­czy.

– Nie musi pan się tru­dzić, pro­szę pana.

– To żaden trud, zapew­niam panią. – Potem zaś, ze sztucz­nym uśmie­chem na twa­rzy, zapy­tał nie­na­tu­ral­nie grzecz­nym, wręcz afek­to­wa­nym gło­sem: – Od dawna prze­bywa pani w Bath?

– Od tygo­dnia – odparła Cathe­rine, z tru­dem sta­ra­jąc się powstrzy­mać śmiech.

– Nie może to być! – wykrzyk­nął z uda­wa­nym nie­do­wie­rza­niem.

– Cze­muż to pana dziwi?

– Trafna uwaga – odparł nor­mal­nym już tonem. – Widzi pani, powi­nie­nem oka­zać jakąś reak­cję na pani słowa, a zdu­mie­nie naj­le­piej mi wycho­dzi. Cią­gnijmy zatem: była już pani przed­tem w Bath?

– Ni­gdy, pro­szę pana.

– Doprawdy! A czy zaszczy­ciła już pani swoją obec­no­ścią Upper Rooms?

– Tak. Byłam tam w zeszły ponie­dzia­łek.

– Była pani w teatrze?

– Tak, byłam we wto­rek.

– A na kon­cer­cie?

– Tak, w środę.

– Czyli, reasu­mu­jąc, zado­wo­lona jest pani z pobytu w Bath?

– Tak, bar­dzo mi się tutaj podoba.

– Został mi już tylko jeden sztuczny uśmiech i wresz­cie będziemy mogli zacho­wy­wać się nor­mal­nie.

Cathe­rine odwró­ciła głowę, nie wie­dząc, czy może sobie pozwo­lić na wybuch śmie­chu.

– Wiem już, co sobie pani o mnie myśli – powie­dział posęp­nym tonem pan Til­ney. – Jutro szka­rad­nie przed­stawi mnie pani w swoim pamięt­niku.

– W moim pamięt­niku?

– Oczy­wi­ście. Jestem pewien, co pani napi­sze. „Pią­tek. Byłam w Lower Rooms, mia­łam na sobie muśli­nową sukienkę we wzo­rek z nie­bie­ską lamówką i czarne gład­kie pan­to­felki. Wyglą­da­łam bar­dzo szy­kow­nie, ale nie­zno­śnie nad­ska­ki­wał mi jakiś pół­głó­wek, który zmu­szał mnie do tań­cze­nia i dopro­wa­dzał do szału bez­sen­sowną papla­niną”.

– Zapew­niam pana, że niczego podob­nego nie napi­szę.

– A czy mogę pod­po­wie­dzieć, co powinna pani napi­sać?

– Jeśli pan taki miły.

– „Tań­czy­łam z nie­zwy­kle ujmu­ją­cym mło­dzień­cem, któ­rego przed­sta­wił mi pan King, i pro­wa­dzi­łam też przy­jemną kon­wer­sa­cję. Wydał mi się zdu­mie­wa­jąco inte­li­gentny, chęt­nie bym go lepiej poznała”. Wła­śnie tak bym pra­gnął, by pani napi­sała.

– A jeśli nie pro­wa­dzę pamięt­nika?

– A może nie sie­dzi pani na tej sali i mnie też nie ma obok? To rów­nie praw­do­po­dobne. Młoda dama nie pro­wa­dzi pamięt­nika? W jaki wów­czas spo­sób kuzynki mogłyby poznać pani pełne suk­ce­sów życie towa­rzy­skie w Bath? Czy mogłaby pani zapa­mię­tać natłok umi­zgów i kom­ple­men­tów odbie­ra­nych każ­dego dnia, gdyby ich co wie­czór nie spi­sy­wała w pamięt­niku? Jak mogłaby pani oca­lić dla potom­no­ści naj­roz­ma­it­sze swoje suk­nie czy cało­ściowy wygląd, o prze­róż­nych fry­zu­rach nie wspo­mi­na­jąc, gdyby nie mogła codzien­nie odwo­ły­wać się do pamięt­nika? Moja droga panno, młode damy nie są mi tak cał­ko­wi­cie obce, jak na to wyglą­dam. To wła­śnie cudowny zwy­czaj pro­wa­dze­nia pamięt­nika w ogrom­nej mie­rze przy­czy­nił się do powsta­nia tego lek­kiego stylu, za który tak powszech­nie ceni się panny z dobrych domów. Wszy­scy są zgodni, że umie­jęt­ność pisa­nia listów jest ści­śle zwią­zana z kobie­co­ścią. Być może sama natura przy­czy­niła się w pew­nym stop­niu do takiego stanu rze­czy, ale nie wąt­pię, że naj­wię­cej tu wnio­sła w tej mate­rii umie­jęt­ność zapi­sy­wa­nia stron pamięt­ni­ków.

– Zasta­na­wia­łam się od czasu do czasu – ode­zwała się z waha­niem Cathe­rine – czy to prawda, że kobiety lepiej piszą listy niż męż­czyźni. Po namy­śle nie sądzę, aby zawsze miały nad nimi prze­wagę.

– Z mojego doświad­cze­nia wynika, że nagmin­nie upra­wiany przez kobiety spo­sób pisa­nia listów jest bez skazy, o ile pomi­nie się trzy istotne kwe­stie.

– Cóż to za kwe­stie?

– Kon­se­kwentny brak miesz­cze­nia się w ramach tematu, nie­zwy­kła nie­chęć do prze­strze­ga­nia zasad inter­punk­cji i powszechna nie­zna­jo­mość gra­ma­tyki.

– Mój Boże! Nie­po­trzeb­nie się oba­wia­łam, że będę adre­satką zbyt wielu kom­ple­men­tów. Nie­wy­soko nas pan ceni pod tym wzglę­dem.

– Mógł­bym w takim samym stop­niu hoł­do­wać powszech­nej opi­nii, że kobiety lepiej piszą listy niż męż­czyźni, podob­nie jak tej, że lepiej śpie­wają w duecie czy malują pej­zaże. W każ­dej dzie­dzi­nie, któ­rej reguły opie­rają się na smaku, umie­jęt­ność zmie­rza­nia do per­fek­cji została w miarę uczci­wie roz­dzie­lona pomię­dzy przed­sta­wi­cieli obojga płci.

W tym momen­cie prze­rwała im pani Allen.

– Moja droga, wyj­mij mi, jeśli łaska, tę szpilkę z rękawa – zwró­ciła się do Cathe­rine. – Boję się, że już jest dziurka, a bar­dzo bym tego nie chciała, bo to moja ulu­biona suk­nia, mimo że zapła­ci­łam tylko dzie­więć szy­lin­gów za jard mate­riału.

– Wła­śnie taką sumę podał­bym, gdyby popro­szono mnie o zgad­nię­cie ceny – wtrą­cił pan Til­ney, oglą­da­jąc muślin.

– Zna się pan na muśli­nach?

– Raczej tak. Sam kupuję mate­riał na moje fulary i z reguły mój wybór spo­tyka się z apro­batą oto­cze­nia, sio­stra zaś czę­sto pozo­sta­wia mi decy­zję co do wyboru sukni. Nie­dawno kupi­łem jej mate­riał na suk­nię, który zna­jome damy uznały za bar­dzo korzystny zakup. Zapła­ci­łem tylko pięć szy­lin­gów za jard, za co otrzy­ma­łem praw­dziwy indyj­ski muślin.

Pani Allen była pod ogrom­nym wra­że­niem jego wie­dzy. – Męż­czyźni z reguły nie zwra­cają uwagi na podobne sprawy – odparła z wes­tchnie­niem. – Mój mał­żo­nek, pan Allen, nie dostrzega róż­nic mię­dzy moimi stro­jami. Musi być pan nie­zwy­kle pomocny swej sio­strze!

– Mam nadzieję, że tak jest w isto­cie.

– Pro­szę mi więc powie­dzieć, co myśli pan o sukni panny Mor­land?

– Jest bar­dzo ładna – odparł, przy­glą­da­jąc się sukni z pro­fe­sjo­nalną uwagą – nie sądzę jed­nak, żeby prze­żyła kon­fron­ta­cję z zawziętą praczką. Oba­wiam się, że zacznie się strzę­pić.

– Jak pan może – zawo­łała Cathe­rine ze śmie­chem – być taki… – Nie­omal powie­działa „cudaczny”.

– Cał­ko­wi­cie się zga­dzam z panem. – Pani Allen ski­nęła głową. – Dokład­nie to samo powie­dzia­łam pan­nie Mor­land, kiedy ją kupo­wała.

– Sama jed­nak pani wie, że muślin zawsze się przyda. Wystar­cza­jąco wiele pozo­sta­nie potem pan­nie Mor­land na chu­s­teczkę do nosa, cze­pe­czek lub narzutkę. Muślinu ni­gdy się nie wyrzuca. Sły­sza­łem to od mojej sio­stry ze czter­dzie­ści razy, kiedy była na tyle roz­rzutna, by kupić wię­cej, niż było potrzebne, lub na tyle nie­roz­ważna, by pociąć go na kawałki.

– Bath to uro­cze miej­sce, pro­szę pana, jest tu wiele świet­nych skle­pów. Bar­dzo jeste­śmy pod tym wzglę­dem poszko­do­wani, żyjąc na wsi. Nie twier­dzę, że nie mamy dobrych skle­pów w Salis­bury, ale to tak daleko! Osiem mil, praw­dziwa wyprawa! Pan Allen twier­dzi wpraw­dzie, że dzie­więć, zaklina się, że tyle dokład­nie zmie­rzono, ale jestem pewna, że nie będzie wię­cej nad osiem. To praw­dziwa męczar­nia! Wra­cam z Salis­bury zawsze śmier­tel­nie zmę­czona. A w Bath led­wie czło­wiek wyj­dzie za drzwi i już w pięć minut ma to, co chce.

Pan Til­ney ode­brał wystar­cza­jąco sta­ranne wycho­wa­nie, by spra­wiać wra­że­nie pochło­nię­tego sło­wami star­szej pani, a ona nie­zmor­do­wa­nie roz­pra­wiała o muśli­nach, póki nie skoń­czyła się prze­rwa w tań­cach. Słu­cha­jąc tej roz­mowy, Cathe­rine miała obawy, czy młody dżen­tel­men nie jest zbyt śmiały, roz­pra­wia­jąc o cudzych sła­bost­kach.

– O czym pani roz­my­śla z taką powagą? – zapy­tał, kiedy wra­cali do sali tanecz­nej. – Nie o swoim part­ne­rze, mam nadzieję, bo z tego krę­ce­nia głową wnio­skuję, że nie są to pochlebne myśli.

Cathe­rine zaru­mie­niła się i odpo­wie­działa:

– Nie myśla­łam o niczym szcze­gól­nym.

– To była głę­boka i pełna prze­bie­gło­ści odpo­wiedź, jed­nak wolał­bym usły­szeć z miej­sca, że mi pani nie powie.

– W takim razie dobrze, nie powiem.

– To świet­nie, ponie­waż teraz o wiele szyb­ciej się poznamy, bo zastrze­gam sobie prawo pod­czas każ­dego naszego spo­tka­nia żar­to­wa­nia z panią na ten temat, a nic rów­nie dobrze nie zacie­śnia zna­jo­mo­ści.

Tań­czyli ponow­nie, a kiedy zamknięto Lower Rooms, roz­stali się, mając wyraźną ochotę, w każ­dym razie panna Mor­land, na kon­ty­nu­owa­nie zna­jo­mo­ści. Czy gdy piła grzane wino z wodą przed pój­ściem spać do tego stop­nia roz­my­ślała o mło­dym czło­wieku, by póź­niej poja­wił się w jej snach? Tego nie możemy stwier­dzić, żywię jed­nak nadzieję, że jeśli tak było, to tylko pod­czas wstęp­nej fazy snu albo co naj­wy­żej nad ranem. Jeśli bowiem jest prawdą to, co utrzy­muje pewien znany pisarz, a mia­no­wi­cie, że nic nie uspra­wie­dli­wia mło­dej panny, jeśli zapała afek­tem do mło­dego czło­wieka, zanim ten jej się oświad­czy, to musi być rów­nież bar­dzo nie­sto­sowne, by młoda dama śniła o mło­dym czło­wieku, nie zyskaw­szy pew­no­ści, czy ten już uprzed­nio śnił o niej. Kwe­stia, czy pan Til­ney jest odpo­wied­nim czło­wie­kiem do tego, by śnić o pan­nie Mor­land albo też zostać jej ado­ra­to­rem, nie poja­wiła się zapewne w gło­wie pana Allena, upew­nił się jed­nak, zasię­gnąw­szy wła­ści­wych infor­ma­cji, że nie powi­nien mieć nic prze­ciwko jego zna­jo­mo­ści z Cathe­rine. Pan Allen zadał sobie bowiem trud na początku wie­czoru i dowie­dział się, że pan Til­ney jest duchow­nym i pocho­dzi z cie­szą­cej się powszech­nym sza­cun­kiem rodziny z hrab­stwa Glo­uce­ster.

Roz­dział IV

Następ­nego ranka z więk­szą niż dotych­czas chę­cią Cathe­rine zmie­rzała do pijalni wód, pewna w głębi serca, że tego przed­po­łu­dnia spo­tka pana Til­neya. Pra­gnęła też przy­wi­tać go uśmie­chem, jed­nak ten oka­zał się zbędny, bowiem pan Til­ney się nie poja­wił. W porze, w któ­rej przy­jęto spa­ce­ro­wać po pijalni wód, mogła spo­tkać każdą ludzką istotę, zamiesz­kałą w Bath – z wyjąt­kiem pana Til­neya. Napo­tkała tłumy wędru­jące tam i z powro­tem po scho­dach, ludzi, o któ­rych nie dbała i któ­rych nie chciała oglą­dać – tylko tego jedy­nego nie dostrze­gła.

– Bath to doprawdy wspa­niałe miej­sce – oznaj­miła pani Allen, kiedy usia­dły przy wiel­kim zega­rze, zmę­czone dłu­gim para­do­wa­niem po pijalni. – Byłoby miło, gdy­by­śmy tu kogo­kol­wiek znały.

Bar­dzo czę­sto już wypo­wia­dała to na razie nie­speł­nione życze­nie, tak że nie mogła się spo­dzie­wać, że aku­rat dziś zosta­nie speł­nione, jak jed­nak wia­domo: „Nadzieja nie zna końca, a wiara nie zna gra­nic”. Wiara zaś, z jaką sumien­nie dzień w dzień wypo­wia­dała to samo życze­nie, miała wresz­cie zostać nagro­dzona. Nie minęło bowiem dzie­sięć minut, kiedy jakaś dama w podob­nym do niej wieku, która sie­działa obok i przy­glą­dała się jej uważ­nie od jakie­goś czasu, ode­zwała się bar­dzo grzecz­nie:

– Mam nadzieję, że się nie mylę, mimo że tyle czasu upły­nęło od naszego ostat­niego spo­tka­nia. Czyż­bym miała przy­jem­ność z panią Allen? – Po otrzy­ma­niu twier­dzą­cej odpo­wie­dzi, nie­zna­joma oświad­czyła, że nazywa się Thorpe, a wów­czas pani Allen od razu roz­po­znała rysy twa­rzy daw­nej szkol­nej kole­żanki, z którą była bli­sko zaprzy­jaź­niona i z którą, już po wyj­ściu za mąż, spo­tkała się tylko raz i to wiele lat temu. Radość obu pań ze spo­tka­nia była nie­zmierna, gdyż przez ostat­nie pięt­na­ście lat nie otrzy­mały na swój temat żad­nych wie­ści. Wymie­niw­szy wpierw kom­ple­menty odno­szące się do wyglądu, skon­sta­to­wały, że czas szybko pły­nął od ich ostat­niego widze­nia i ni­gdy by nie przy­pusz­czały, że z rado­ścią ujrzą starą przy­ja­ciółkę w Bath. Następ­nie zaczęły się nawza­jem wypy­ty­wać i udzie­lać sobie infor­ma­cji co do swo­ich rodzin, sióstr i kuzy­nek, paplały przy tym rów­no­cze­śnie, z więk­szą ochotą udzie­la­jąc infor­ma­cji niż ich słu­cha­jąc. Pani Thorpe miała jed­nak jako roz­mów­czyni wielką prze­wagę nad panią Allen: potom­stwo, które robiło karierę. Zaczęła roz­wo­dzić się nad uzdol­nie­niami synów i urodą córek, kiedy opi­sy­wała ze szcze­gó­łami, co każde z nich robi i jakie otwie­rają się przed nimi widoki, że John stu­diuje w Oks­for­dzie, Edward uczy się w Mer­chant Tay­lors’, a Wil­liam służy w mary­narce, a w dodatku wspo­mniana trójka nie­zmier­nie jest w swoim śro­do­wi­sku lubiana i sza­no­wana, bar­dziej niż kto­kol­wiek inny na świe­cie. Pani Allen nie mogła się zre­wan­żo­wać podob­nymi infor­ma­cjami o trium­fach swo­ich pociech i sączyć ich w nie­chętne, a nawet wąt­piące ucho przy­ja­ciółki. Pozo­stało jej tylko sie­dzieć i uda­wać, że słu­cha tych macie­rzyń­skich opowie­ści, pocie­sza­jąc się jedy­nie odkry­ciem, że koronka zdo­biąca narzutkę pani Thorpe nawet nie umywa się do jej koronki.

– A oto moje córeczki! – oznaj­miła z emfazą pani Thorpe, wska­zu­jąc na trzy ele­ganc­kie panny zmie­rza­jące w ich kie­runku ramię w ramię. – Droga pani Allen, marzę, żeby ci je przed­sta­wić. Będą zachwy­cone tym spo­tka­niem. Ta naj­wyż­sza i zara­zem naj­star­sza to Isa­belle – prawda, że piękna panna? Pozo­stałe dwie rów­nież są godne podziwu, ale moim zda­niem Isa­belle jest naj­ład­niej­sza.

Nastą­piła pre­zen­ta­cja panien Thorpe. Cathe­rine, o któ­rej na chwilę zapo­mniano, rów­nież została przed­sta­wiona. Jej nazwi­sko naj­wy­raź­niej wywarło na lato­ro­ślach rodziny Thorpe wra­że­nie, ponie­waż po chwili peł­nej kur­tu­azji roz­mowy naj­star­sza panna Thorpe powie­działa do swo­ich sióstr: – Panna Mor­land bar­dzo przy­po­mina swego brata.

– Kubek w kubek! – krzyk­nęła pani Thorpe.

– Wręcz ude­rza­jące rodzinne podo­bień­stwo! – wtó­ro­wały jej wszyst­kie panny.

Cathe­rine była przez chwilę zasko­czona, ale kiedy pani Thorpe z cór­kami zaczęły opo­wia­dać histo­rię zna­jo­mo­ści z Jame­sem Mor­lan­dem, przy­po­mniała sobie, że jej naj­star­szy brat zaprzy­jaź­nił się nie­dawno ze stu­den­tem z tego samego kole­dżu w Oks­for­dzie, nazwi­skiem Thorpe, i że ostatni tydzień zimo­wej prze­rwy świą­tecz­nej spę­dził u jego rodziny w oko­li­cach Lon­dynu.

Skoro wszystko już stało się jasne, panny Thorpe nie­zwy­kle uprzej­mie zapro­po­no­wały nawią­za­nie bliż­szej zna­jo­mo­ści: wręcz nie mogą się docze­kać, kiedy zacznie uwa­żać je za przy­ja­ciółki, nie tylko przez wzgląd na przy­jaźń ich braci, czego Cathe­rine słu­chała z przy­jem­no­ścią i na co odpo­wie­działa w naj­bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych zda­niach, jakie tylko przy­szły jej do głowy. Pierw­szym świa­dec­twem życz­li­wo­ści była pro­po­zy­cja naj­star­szej panny Thorpe, by wzięła ją pod ramię i prze­szły się razem po sali pijalni. Cathe­rine była tak zachwy­cona nagłym powięk­sze­niem się liczby zna­jo­mych w Bath, że pod­czas roz­mowy z panną Thorpe nie­mal zapo­mniała o panu Til­neyu. Przy­jaźń jest bez wąt­pie­nia naj­sku­tecz­niej­szym bal­sa­mem na zawie­dzioną miłość.

Roz­mowa objęła zagad­nie­nia, któ­rych wszech­stronne omó­wie­nie wpływa z reguły pozy­tyw­nie na moc przy­jaźni nawią­za­nej mię­dzy dwiema pan­nami. Poja­wiły się więc takie tematy jak stroje, bale, flirty oraz miej­scowi eks­cen­trycy. Ponie­waż panna Thorpe była o cztery lata star­sza od panny Mor­land, i co naj­mniej o cztery lata bar­dziej doświad­czona, zdo­była wyraźną prze­wagę w tej dys­ku­sji. Potra­fiła porów­nać bale w Bath z balami w Tun­bridge, modę z Bath z modą lon­dyń­ską, kory­go­wała poglądy nowej przy­ja­ciółki na różne szcze­góły wytwor­nego ubioru, umiała dopa­trzyć się flirtu mię­dzy każdą damą i dżen­tel­me­nem, któ­rzy led­wie wymie­nili uśmie­chy, czy dostrzec dzi­wacz­nie ubraną postać w najbar­dziej gęstym tłu­mie. Te talenty wzbu­dziły zasłu­żony podziw Cathe­rine. Sta­no­wiły dla niej abso­lutną nowość, a sza­cu­nek, jaki w natu­ralny spo­sób poczuła, mógłby zmą­cić rodzącą się zaży­łość mię­dzy pan­nami. Na szczę­ście swo­bodna radość w zacho­wa­niu panny Thorpe i regu­lar­nie wyra­żany zachwyt z pozna­nia Cathe­rine stłu­mił począt­kowy lęk panny Mor­land, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie miej­sce na cie­pły afekt. Rosnące przy­wią­za­nie ocze­ki­wało cze­goś wię­cej niż kilku prze­cha­dzek tam i z powro­tem po pijalni wód: panna Thorpe odpro­wa­dziła pannę Mor­land do samych drzwi domu pań­stwa Alle­nów i dopiero tam się roz­stały, długo i ser­decz­nie ści­ska­jąc sobie dło­nie. Ku obo­pól­nej uldze dowie­działy się pod­czas tej cere­mo­nii, że zoba­czą się jesz­cze tego wie­czoru w teatrze, a następ­nego ranka wezmą udział w mszy w tejże samej kaplicy. Po zakoń­czo­nym poże­gna­niu Cathe­rine pobie­gła natych­miast na górę i z okna salonu odpro­wa­dzała wzro­kiem pannę Thorpe idącą ulicą. Podzi­wiała gib­kość jej kroku, ele­gan­cję postaci i naj­now­szą modę stroju. Cie­szyła się z całego serca, że nada­rzyła się jej spo­sob­ność zyska­nia takiej przy­ja­ciółki.

Pani Thorpe była nie­zbyt zamożną wdową, pogodną kobietą i nie­zwy­kle pobłaż­liwą matką. Jej naj­star­sza córka była bar­dzo ładna, a młod­sze, uda­jąc, że są rów­nie ładne jak sio­stra, naśla­do­wały jej spo­sób zacho­wa­nia, a nawet ubie­rały się podob­nie, co przy­no­siło nie­złe wyniki.

Ta zwię­zła infor­ma­cja o rodzi­nie Thorpe ma na celu zastą­pić roz­wle­kłą i pełną szcze­gó­łów opo­wieść z ust samej pani Thorpe o jej przej­ściach i cier­pie­niach. Praw­do­po­dob­nie zaję­łaby ona trzy lub cztery następne roz­działy, w któ­rych przed­sta­wi­łaby całą pod­łość lor­dów i adwo­ka­tów, ana­li­zu­jąc słowo po sło­wie kon­wer­sa­cje pro­wa­dzone przed dwu­dzie­stu laty.

Roz­dział V

Pod­czas wie­czoru w teatrze Cathe­rine nie była do tego stop­nia pochło­nięta reago­wa­niem na ski­nię­cia głową i uśmie­chy panny Thorpe – choć bez wąt­pie­nia zabie­rało to sporo czasu – by nie roz­glą­dać się bacz­nie za panem Til­neyem w każ­dej loży, do któ­rej zdo­łała zaj­rzeć. Jej wysiłki poszły jed­nak na marne. Naj­wy­raź­niej pan Til­ney w takim samym stop­niu lubił teatr jak pijal­nię wód. Miała nadzieję, że następ­nego dnia bar­dziej jej się poszczę­ści, a kiedy zoba­czyła rano, że jej marze­nia się speł­niły i dzień jest piękny, nie miała już żad­nych co do tego wąt­pli­wo­ści – pogodna nie­dziela bowiem opróż­nia wszyst­kie domy w Bath z miesz­kań­ców. Wszy­scy spa­ce­rują, wymie­nia­jąc ze zna­jo­mymi uwagi na temat cza­ru­ją­cej pogody.

Tuż po nabo­żeń­stwie panie Thorpe i pań­stwo Allen udali się razem do pijalni wód. Pozo­stali tam wystar­cza­jąco długo, by dojść do wnio­sku, że tłum jest nie do znie­sie­nia i nie widać wokół ani jed­nej twa­rzy z towa­rzy­stwa, co zauważa każdy w każdą nie­dzielę w ciągu całego sezonu, wybrali się więc na spa­cer na Cre­scent, by zna­leźć się we wspo­mnia­nym wyżej towa­rzy­stwie. Tutaj Cathe­rine z Isa­belle, idąc pod ramię, znowu raczyły się przy­ja­zną, acz szczerą roz­mową. Mówiły dużo i z wiel­kim upodo­ba­niem, jed­nak Cathe­rine prze­żyła kolejne roz­cza­ro­wa­nie, nie spo­tkała bowiem swo­jego jedy­nego jak do tej pory part­nera do tańca. Ni­gdzie nie można było go dostrzec; wszel­kie poszu­ki­wa­nia koń­czyły się takim samym fia­skiem: nie dostrze­gła go zarówno na poran­nych prze­chadz­kach, jak wie­czor­nych balach ani w Upper, ani w Lower Rooms, ani na for­mal­nych, ani na niefor­mal­nych tań­cach, ani wśród kon­nych, ani wśród pie­szych czy powo­żą­cych przed połu­dniem kariolką. Jego nazwi­sko nie wid­niało też w księ­dze gości w pijalni wód. Cie­ka­wość Cathe­rine pozo­sta­wała nie­za­spo­ko­jona. Zapewne wyje­chał z Bath, ale prze­cież nie wspo­mi­nał, że będzie tutaj tak krótko. Ów nimb tajem­ni­czo­ści, w któ­rym zawsze boha­te­rowi romansu do twa­rzy, nadał jego oso­bie dodat­ko­wego uroku, wzma­ga­jąc pra­gnie­nie Cathe­rine, by dowie­dzieć się o nim cze­goś wię­cej. Pani Thorpe nie oka­zała się dobrym źró­dłem infor­ma­cji, ponie­waż zje­chała z cór­kami do Bath zale­d­wie dwa dni przed spo­tka­niem z panią Allen. Cathe­rine czę­sto jed­nak poru­szała ten temat w roz­mo­wach ze swoją piękną przy­ja­ciółką Isa­belle, która nama­wiała ją kon­se­kwent­nie, by nie prze­sta­wała myśleć o tajem­ni­czym nie­zna­jo­mym. Nie poja­wiły się więc oko­licz­no­ści, które pozwo­li­łyby zblak­nąć wra­że­niu, jakie wywarł na mło­dej damie. Isa­belle nie miała wąt­pli­wo­ści, że to uro­czy młody dżen­tel­men, i nie wąt­piła, że jest ocza­ro­wany „drogą Cathe­rine”, dla­tego też nie­chyb­nie wkrótce powróci. Fakt, że jest duchow­nym, tylko zwięk­szał do niego jej życz­li­wość, bowiem musiała wyznać, że „szcze­gól­nie sobie upodo­bała ludzi z ducho­wym powo­ła­niem”. Gdy wypo­wia­dała te słowa, wyrwało jej się z piersi coś na kształt wes­tchnie­nia. Może Cathe­rine nie­słusz­nie postą­piła, nie pyta­jąc o przy­czynę tego prze­lot­nego wzru­sze­nia, jed­nak brak jej było doświad­cze­nia zarówno w arka­nach miło­ści, jak w powin­no­ściach zwią­za­nych z przy­jaź­nią, by wie­dzieć, kiedy na miej­scu są sub­telne żar­ciki, a kiedy należy serio przy­mu­szać kogoś do wynu­rzeń.

Pani Allen zna­la­zła się teraz w siód­mym nie­bie, cał­ko­wi­cie usa­tys­fak­cjo­no­wana poby­tem w Bath. Zna­la­zła wresz­cie zna­jome panie, a w dodatku zna­la­zła je w rodzi­nie swo­jej uko­cha­nej sta­rej przy­ja­ciółki. Zwień­cze­niem tego szczę­ścia był jakże miły fakt, że ubie­rały się o wiele skrom­niej niż ona. Prze­stała już powta­rzać usta­wicz­nie: „Bar­dzo bym chciała, żeby­śmy tu mieli jakichś zna­jo­mych”. Zamiast tego mówiła: „Bar­dzo jestem rada, że spo­tka­ły­śmy panią Thorpe”. W rezul­ta­cie rów­nie chęt­nie spo­ty­kała się z paniami Thorpe, jak jej młoda pod­opieczna z Isa­belle. Pani Allen uwa­żała dzień za udany tylko wtedy, gdy więk­szą jego część spę­dziła z panią Thorpe na czymś, co obie nazy­wały roz­mową, ale co ni­gdy nie było praw­dziwą wymianą opi­nii, a nawet nie przy­po­mi­nało roz­mowy na wspólny temat, bowiem pani Thorpe roz­pra­wiała o swo­ich dzie­ciach, zaś pani Allen o swo­ich stro­jach.

Zaży­łość pomię­dzy Cathe­rine a Isa­belle roz­wi­jała się rów­nie szybko, jak bły­ska­wicz­nie się zaczęła. Bły­ska­wicz­nie też prze­szły kolejne etapy przy­jaźni, tak że wkrótce zabra­kło dowo­dów afektu, które mogłyby oka­zy­wać sobie nawza­jem czy swym bli­skim. Zwra­cały się już do sie­bie po imie­niu, spa­ce­ro­wały, zawsze trzy­ma­jąc się pod ramię, pod­pi­nały sobie nawza­jem tren przed tań­cem i nie roz­dzie­lały się, sto­jąc w tanecz­nym secie. Jeżeli desz­czowe przed­po­łu­dnie nie pozwa­lało na spa­cer, panny nie rezy­gno­wały ze spo­tka­nia mimo desz­czu i błota, by zamknąć się w pokoju i wspól­nie czy­tać powie­ści. Tak, powie­ści, odrzu­cam bowiem nie­miły i nie­grzeczny oby­czaj, powszech­nie przy­jęty przez pisa­rzy, by depre­cjo­no­wać war­tość dzieł pełną pogardy kry­tyką, pomi­ja­jąc fakt, że sami podobne two­rzą. Nie stanę w jed­nym sze­regu z naj­więk­szymi ich wro­gami, by obrzu­cać wspo­mniane utwory naj­gor­szymi obe­lgami i nie­mal ni­gdy nie pozwa­lać, by je czy­tały nasze boha­terki. Jeśliby zaś któ­raś wzięła przy­pad­kiem powieść do ręki, to bez wąt­pie­nia po to, by ze wzgardą prze­rzu­cać jej nasą­czone nudą strony. Jeśli boha­terki powie­ści nie będą sie­bie nawza­jem wspie­rać, od kogo mogą spo­dzie­wać się opieki i sza­cunku? Odrzu­cam takie oby­czaje. Pozo­stawmy kry­ty­kom mio­ta­nie obelg na bogac­two wyobraźni, pozwólmy im przy każ­dej nowej powie­ści powta­rzać te same banalne kon­sta­ta­cje o tan­de­cie, jaką wyplu­wają z sie­bie dru­kar­nie. Wspie­rajmy się nawza­jem, to prze­cież my pono­simy szkody. Mimo że nasze utwory przy­nio­sły czy­tel­ni­kowi więk­szą i bar­dziej nie­kła­maną przy­jem­ność niż utwory jakie­go­kol­wiek innego sto­wa­rzy­sze­nia pisar­skiego na świe­cie, żaden rodzaj twór­czo­ści nie jest tak wyszy­dzony. Pycha, nie­wie­dza lub kaprys mody spra­wiają, że mamy nie­mal równą liczbę wro­gów, co czy­tel­ni­ków. Rów­no­cze­śnie autora dzie­więć­set­nego skrótu Histo­rii Anglii lub kogoś, kto wymie­szał i wydał w jed­nym tomie po kil­ka­na­ście lini­jek wycią­gnię­tych z Mil­tona, Pope’a i Priora z arty­ku­łem ze „Spec­ta­tora”, a całość ude­ko­ro­wał roz­dzia­łem z powie­ści Sterne’a, wynosi się pod nie­biosa przez nie­zli­czone pióra. Obo­wią­zuje bowiem powszechny zwy­czaj pomniej­sze­nia zdol­no­ści i wyśmie­wa­nia wysił­ków pisa­rza oraz wyszy­dza­nie utwo­rów, które wyróż­niają się talen­tem, eru­dy­cją autora i dobrym sma­kiem. „Nie czy­tuję powie­ści”, „Rzadko do nich zaglą­dam”, „Nie mogę powie­dzieć, bym czę­sto czy­tała powie­ści”, „Jak na powieść cał­kiem nie­złe” – takie uwagi sły­chać ze wszyst­kich stron. „Cóż pani teraz czyta, panno…?”. „Och, tylko powieść!” – odpo­wiada młoda dama, odkła­da­jąc książkę z udaną obo­jęt­no­ścią czy rumień­cem wstydu. „To tylko Cecy­lia, Camilla, czy Belinda”, czyli zwięźle mówiąc, utwór, który świad­czy o inte­li­gen­cji autorki, utwór, w któ­rym zna­jo­mość natury ludz­kiej i trafne uka­za­nie jej wielu odmian, polot, skrzący się dow­cip i humor, wszystko to prze­ka­zane jest światu w dosko­na­łym stylu. A gdyby tak owa młoda dama pochło­nięta była rocz­ni­kiem „Spec­ta­tora” zamiast powie­ścią, z jaką dumą poka­za­łaby opa­słe tomisz­cze i wymie­niła jego tytuł, cho­ciaż nie­wiele prze­ma­wia za tym, by wcią­gnęła ją jaka­kol­wiek część rocz­nika pisma, któ­rego zawar­tość i styl pisa­nia bez wąt­pie­nia znie­chęcą każdą młodą kobietę o wyro­bio­nym guście. Sens zawar­tych tam arty­ku­łów polega głów­nie na pre­zen­to­wa­niu mało wia­ry­god­nych oko­licz­no­ści i wymy­ślo­nych postaci oraz takich tema­tów roz­mów, które dziś nikogo nie obcho­dzą. Język, któ­rym są pisane, jest czę­sto pospo­lity i mało pochlebne daje świa­dec­two naszym cza­som.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Pod­czas wojen napo­le­oń­skich w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie imię Richard było pogar­dli­wym okre­śle­niem fran­cu­skiego rewo­lu­cjo­ni­sty (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

2. Upo­sa­że­nie duchow­nych. [wróć]

3. Bath Assem­bly Rooms (Upper, czyli Górne i Lower, czyli Dolne) to kom­pleks sal zlo­ka­li­zo­wa­nych w Bath, zapro­jek­to­wany przez Johna Wooda młod­szego w 1769 roku. Odby­wały się w nich bale i kon­certy; goście mogli też grać w karty. [wróć]