Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jeszcze więcej radości z bycia razem. Behawiorystka o tym, co buduje relacje między psem a człowiekiem.
To książka o psach i ludziach, o codziennych sytuacjach, które wszyscy znamy, i o słowach, które padają zaskakująco często: „on chce się tylko przywitać”, „on się cieszy”, „on zawsze taki był”.
Dominika Szymanowska, zoopsycholożka i lekarka weterynarii, zaprasza czytelnika do swojego świata – świata psiej behawiorystki, w którym spotykają się prawdziwe historie: czasem zabawne, czasem wzruszające, czasem trudne, ale zawsze bardzo życiowe i praktyczne. To opowieści o psach, które zachowują się inaczej, niżbyśmy chcieli, i o opiekunach, którzy próbują zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje.
Autorka w przystępny sposób pokazuje, jak psy komunikują emocje, skąd biorą się trudne zachowania i dlaczego tak często ich źródłem nie jest zły charakter, lecz stres, choroba lub niezaspokojone potrzeby. Łączy wiedzę behawioralną i weterynaryjną oraz codzienność funkcjonowania z psem, pomagając spojrzeć na znane problemy z nowej perspektywy.
To książka o relacji z czworonogiem – o drobnych zmianach, które potrafią poprawić wspólne życie, o większym spokoju, lepszym zrozumieniu i radości z bycia razem. Znajdziesz tu historie o lękach, zabawie, ruchu, przemianach w rodzinie, szczeniętach, wizytach u weterynarza i pożegnaniach, które zostają w pamięci na długo.
„On chce się tylko przywitać! Praktyczne porady psiego psychologa” – to książka dla wszystkich, którzy chcą żyć z psem mądrzej, spokojniej i bliżej. Bez mitów, uproszczeń i krzywdzących etykiet.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 327
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik
Wydawczyni: Katarzyna Masłowska
Redakcja: Adrian Kyć
Korekta: Małgorzata Denys
Projekt okładki, wyklejki
i ilustracje: Agata Łuksza
Copyright © 2026 by Dominika Szymanowska
Copyright © 2026, Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-788-4
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Rek
Tę książkę dedykuję mojemu Dieslowi. Dziękuję, mój Piesku, za każdą wspólną chwilę, za nasze biegowe szlaki i spanie z Twoim łbem na moich kolanach. Dziękuję za zaszczyt bycia Twoim najważniejszym człowiekiem. Byłeś moim szczęściem. Byłeś moim domem.
Zastanów się dobrze, po co to zrobiłeś.
Masz już odpowiedź? Bo jeśli jest inna niż: „Żeby go kochać i mieć najlepszego towarzysza”, to się nie dogadamy – nie ma co dzwonić ani do mnie, ani do żadnego innego kochającego swoją pracę behawiorysty.
Pracuję całościowo, aby poprawić waszą relację i pomóc wam się nawzajem zrozumieć.
Czy próbowałeś kiedyś zdobyć czyjeś zaufanie? Co zrobiłeś, żeby zdobyć partnera/partnerkę albo przyjaciół? Czy to trwało dwie godziny, kilka dni? Czy może znacznie dłużej? No właśnie.
Nie da się czegoś naprawić ani zbudować w ciągu dwóch godzin konsultacji. Czy też dwóch dni pracy. No dobrze, przy niewielkim natężeniu problemu może wystarczyć jedno spotkanie, ale nie jeśli mowa o poważnych zaburzeniach.
Konsultacja u mnie i terapia twojego psa to twoja praca pod moją pieczą. To proces, który trwa. Proces, w którym czasami zmieniamy metodę, szukamy sposobu, poprawiamy coś. Po to jest drugie spotkanie, kontakt telefoniczny, maile. Żeby znaleźć coś, co u twojego psa sprawdzi się najlepiej.
Jeśli myślisz, że istnieje jeden cudowny sposób, to wiedz, że takie metody zawsze okupuje się jakąś ceną.
I dlatego ja sama nie stosuję cudownych sposobów.
Lubię za to obserwować, kiedy wy zaczynacie się rozumieć. Kiedy pies chce być obok ciebie, bo jesteś dla niego ważny.
To, co budujemy powoli i cierpliwie, ma solidniejsze fundamenty.
Jeśli przychodzisz do mnie po pomoc, spodziewaj się zaleceń i pracy. Zmiany sposobu życia. Obowiązkowego zaspokojenia potrzeb twojego psa. Spacerów i wypadów do lasu.
Dla mnie nie ma wymówki związanej z czasem. Jeśli go nie masz, nie powinieneś mieć psa, bo jest to członek rodziny, przyjaciel i kula u nogi – najcudowniejsza i ukochana, ale stanowiąca zobowiązanie na wiele lat.
Psa nie da się odłożyć na półkę, pies się nie chowa sam. Psa się wychowuje.
Chcę i mogę dać ci przyjaciela, który wprawdzie nie zawsze chodzi jak w zegarku, ale spontanicznie cieszy się życiem i ma wolność wyboru. I jego wybór zawsze padnie na ciebie.
I na drzwi lodówki. Pies zawsze sprawdzi, co podjadasz, bo może właśnie wyjadasz jego gryzaki?
Nazywam się Dominika Szymanowska i oddaję w wasze ręce książkę o moich pacjentach i ich historiach. Ta książka nie pokaże wam sposobów rozwiązania waszych problemów z psem, bo powinniście pracować ze specjalistą, który dokładnie pozna was, waszą historię i problemy. Otworzy wam ona jednak oczy na to, jak bardzo złożone są przyczyny zaburzeń zachowania, ułatwi zrozumienie pewnych mechanizmów i zastanowienie się, gdzie można coś poprawić.
Ukończyłam studia na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie w 2013 roku.
Jestem praktykującym lekarzem weterynarii i od 2018 roku certyfikowanym zoopsychologiem udzielającym konsultacji opiekunom zmagającym się z zaburzeniami zachowania psów oraz współwłaścicielką Przychodni Weterynaryjnej AVET w Olsztynie.
Zawodowo fascynują mnie zaburzenia zachowania na tle chorób wewnętrznych oraz farmakoterapia zaburzeń zachowania u psów.
Prywatnie do niedawna byłam opiekunką ośmioletniego psa w typie boksera, Diesla, który nauczył mnie rozumienia psiego postrzegania rzeczywistości. Obecnie pracuję i żyję z półtoraroczną wyżlicą weimarską Azją, która sprawdza i weryfikuje całą moją wiedzę.
Mail: [email protected]
Facebook: Behawioryzm psów
lek.wet. Dominika Szymanowska
Instagram: behawioryzm.psow
czyli już studia są trudne…
Pani pojawiła się u mnie po poradę, co mogłaby podać kotu na odrobaczenie, ponieważ kot drapie okrutnie i pluje tabletką po ścianach, a pani jest już seniorką, więc nie da rady się z nim szarpać. Poleciłam krople na kark. Pani wraca po ponad miesiącu i od drzwi wypala:
– Wie pani co? No on jeszcze gorzej się szarpał przy tej pipecie niż przy tabletce. Podrapał mnie i cały się zaślinił, jak mu ją wlewałam do pyska!
Studia na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej to nie są studia lekkie, łatwe i przyjemne. Kiedy rozpoczynasz studia weterynaryjne, żeby leczyć zwierzęta i (jak sądzisz) czynić dobro, pewne jest jedno: od razu możesz umówić wizytę u psychologa.
Jeśli zapytasz potencjalnego kandydata, dlaczego chciałby zostać lekarzem weterynarii, dowiesz się, że kocha zwierzęta. I to pierwsze rozczarowanie: weterynaria to praca z ludźmi, nie ze zwierzętami. I nikt nas w czasie studiów nie przygotowuje do wyzwań komunikacyjnych, psychicznych i czasowych, które czekają na nas po ukończeniu tego dumnie brzmiącego kierunku. Ale zacznijmy od początku: zapraszam na krótką podróż po naszej studenckiej codzienności…
Pierwsze dwa lata obejmują przedmioty zupełnie niekliniczne, na których o koniu czy krowie nawet nikt nie wspomni (bo po co wspominać o nich na biochemii i biofizyce?), oraz takie, na których psa widzisz w kawałkach, zatopionego w formalinie, kiedy usiłujesz zapamiętać, jaka żyła czy tętnica przebiega w danej łapie. Do dzisiaj fenomenem jest dla mnie zasobność katedry anatomii w preparaty: kiedy ja byłam na studiach, dysponowaliśmy całym wysypem kończyn. Faktycznie, miałoby to sens, gdyby policzyć kadłuby. Mieliśmy je trzy lub cztery, więc wypadałoby dwanaście lub szesnaście łap. A łap mieliśmy około dziesięciu, same prawe przednie. I chyba dwie tylne. Podejrzewałabym studentów o wynoszenie ich w plecaku do domu, żeby w spokoju móc się pouczyć przy kawie i w świetle dziennym, a nie w ciemnych korytarzach prosektorium, ale nie wiem, jak wynieść niepostrzeżenie wannę wypełnioną formaliną i zanurzoną w niej łapę, pełną mięśni i opatrzoną z jednej strony pazurami, a z drugiej przekrojem poprzecznym z uroczo uśmiechającymi się uciętymi naczyniami.
Jako pierwszoroczni obijamy się więc po prosektoriach, ślepnąc od kiepskich jarzeniówek, krzywiąc kręgosłupy klęczeniem na zimnej podłodze i klnąc na łacińskie nazwy.
Uczymy się od starszych studentów, że jeden doktor lubi pytać na kolokwium o otwór w czaszce, a wielu spanikowanych studentów naprędce wymyśla piękną fachową nazwę („otwór czaszkowy większy” albo „mały otwór skroniowy”) na dziurę po kuli w głowie biednego zwierzaka. Anatomia to właściwie jedyny przedmiot „zwierzęcy”, bo tak naprawdę grzebiemy się w piaskownicy biologiczno-chemicznej. W pewnym momencie dołącza fizjologia zwierząt, a szczęśliwcy, którzy zdali anatomię, uczą się anatomii topograficznej, czyli lokalizacji tego, co umiemy opisać w kawałkach (mam na myśli, rzecz jasna, poszczególne organy) w organizmie żywego zwierzęcia. Z reguły bez żywego zwierzęcia.
Po dwóch latach, kiedy zwierzęta tylko czujesz nosem (przede wszystkim w trakcie sekcji na anatomii patologicznej), widujesz je z daleka na pastwisku obok uczelni lub chyłkiem przemykające korytarzami wydziału z jakimś opiekunem, zaczynają się przedmioty kliniczne. Ich kliniczność polega w dużej mierze na tym, że wkuwa się jednostki chorobowe i wierzy, że jeśli kiedyś skończy się te studia, to te strzępy informacji zdobytych na trzecim roku studiów, smętnie powiewające na maszcie naszego tytułu lekarza weterynarii, uda się wykorzystać do zdiagnozowania prawdziwego pacjenta. Zaczynasz widywać zwierzęta: jedno zwierzę raz na tydzień na diagnostyce. Uczysz się, jak zbadać je klinicznie i o czym może świadczyć wypływ z nosa lub dźwięk przy opukiwaniu płuc. Ogólnie rzecz biorąc, przez cały rok uczymy się wykonywać wywiad i badanie kliniczne, czyli czegoś, co pozwala nam postawić wstępną diagnozę i zlecić wykonanie badań szczegółowych. I za co liczymy potem kilkadziesiąt złotych, a w gratisie zdarza nam się słyszeć: „Co to tak drogo? Przecież pani nic jeszcze nie zrobiła!”. Cały rok uczymy się robić to „nic” poprawnie, a wykonane czynności rzutują na dalsze postępowanie diagnostyczne, wcale nie tak rzadko pozwalając bez dalszych badań postawić wstępną diagnozę. A ja tylko robię stuku-puku, pomacam zwierzaka i już: „Ile?! Dziewięćdziesiąt złotych?”. Są miasta, w których nawet więcej, ale dane jest mi żyć akurat w moim. Tak, badanie kliniczne i wywiad to podstawa, nawet jeśli ani opiekunowie, ani studenci w to nie wierzą.
Kiedy już zdasz anatomię patologiczną, jesteś lekarzem – taki pogląd krążył na moim wydziale, gdy studiowałam. Wiem, że to już przeszłość z powodu zmian w obsadzie i przeorganizowania egzaminów, ale parę lat temu to słynne „anapaty” spędzały sen z powiek nieszczęsnych studentów. Trzy semestry czytania o nacieku limfocytarnym, amyloidozie i włóknikowym zapaleniu mogą spowodować nieodwracalne zmiany w psychice. Był egzamin zerowy dla tych, którzy chodzili na wszystkie wykłady (właściwie na kilka losowych, na których sprawdzono obecność, ale de facto oznaczało to bycie na wszystkich). Był pierwszy termin, który przypadał w sesji letniej, ale sam profesor przełożył go na wrzesień, żebyśmy zdążyli się czegokolwiek nauczyć. Z trzech wielkich podręczników, którymi po studiach wbiłam wiele gwoździ w ścianę, uczyłam się od rana do wieczora przez cały sierpień o wylewach, komórkach i martwicach. Kto zdał, tego nic już nie wykończy.
Potem było już z górki. Jeden rok poświęcony zwierzętom gospodarskim i koniom – trochę pamiętam, ale wolałabym zapomnieć. Na koniec rok małych zwierząt i staże kliniczne. Całe ostatnie dwa lata towarzyszyły nam frapujące dla osób z zewnątrz przedmioty o nazwach: „mięso”, „puszki”, „ryby”, „pasze” – a to dlatego, że uczyliśmy się też przepisów dotyczących higieny mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego, mieliśmy zajęcia z liczenia kaloryczności paszy i zatruć mykotoksynami. Przepraszam, ale te przedmioty spycham w niepamięć, chociaż wiem, że powinny być nauczane.
A na do widzenia cztery egzaminy gatunkowe (konie, bydło, trzoda chlewna i psokoty), każdy zawierający blok z rozrodu, chorób wewnętrznych, chirurgii oraz chorób zakaźnych. I choroby ptaków, wymiary poidełek i sposoby cyrkulacji powietrza w kurniku. Pamiętam też swoje własne pomocnicze rysunki w notatkach przy cirkowirozie kanarków i do dzisiaj mi się one nie przydały. Bywa, mogłam zostać lekarzem od kanarków, ale podążyłam w innym kierunku.
Wydaje się, że mija to szybko, a jednak to sześć lat nieustającego zakuwania, absurdów i śmiechu przez łzy. Teraz wspomina się to wszystko z rozrzewnieniem, bo każdy z nas, dumnie dzierżąc w dłoni dyplom, zderzył się z własną niewiedzą w praktyce. I rozpoczął potulnie naukę weterynarii w swojej nowej pracy, doświadczając większych absurdów niż w czasach studenckich.
Tak mnie ucieszył koniec tych studiów, usianych cierniami, ale i miłymi, choć rzadkimi spotkaniami z żywymi, zdrowymi zwierzakami, że zaczęłam pracę z dala od zwierząt w branży farmaceutycznej. Nadal jednak pozostałam też w małym gabinecie i przyjmowałam pacjentów, żeby nie zapomnieć i nauczyć się tego, czego nie nauczono mnie na studiach. Tak, lekarze po studiach muszą się wiele nauczyć. Dopiero po kilku latach zmądrzałam i powróciłam na stałe ścieżki lekarsko-weterynaryjne. I to z przytupem, bo ujawniłam światu swoją pasję do zaburzeń zachowania psów (kształciłam się w tym kierunku w sekrecie) i otworzyłam własną praktykę – z pomocą mojej bardziej doświadczonej wspólniczki.
Skąd pomysł na taką ścieżkę rozwoju? Kilka lat temu zaburzenia zachowania były zagadnieniem, o którym nawet nie wspominano na studiach. Nie było wzmianki o wpływie stresu na psychikę psa, o zaburzeniach zachowania i ich diagnozowaniu, o farmakoterapii zaburzeń zachowania. A ja potrzebowałam tej wiedzy do pracy ze swoim psem i zrozumienia jego problemów oraz emocji. Tak, mój Diesel był powodem i patronem mojej zawodowej drogi. I za to pozostanę mu na zawsze wdzięczna – bo wskazał mi kierunek i zawsze czekał z uśmiechniętą mordą, aż wrócę z konsultacji czy dyżuru.
Teraz jestem lekarzem internistą, bo kocham internistyczne zagadki i stawianie diagnozy, a potem długofalową opiekę. Taki lekarz powinien mieć szeroką wiedzę w zakresie wielu chorób, aby móc wdrożyć leczenie lub zlecić dalszą diagnostykę czy specjalistyczne konsultacje. Ograniczenie konieczności biegania po Polsce i szukania ortopedy przez spanikowanego opiekuna psa, podczas gdy zwierzę wymaga wykluczenia przyczyn neurologicznych? To właśnie zadanie internisty. Dobry internista to skarb, bo wskazuje kierunek. Ważne tylko, by umiał przyznać się, że coś wykracza poza jego kompetencje, nie udawał, że pozjadał wszystkie rozumy, i nie leczył samodzielnie chorego serca bez umiejętności zrobienia badania echa serca. A że zaburzenia zachowania często mają objawy podobne do objawów zaburzeń neurologicznych, robię małe kroki ku temu, by za jakiś czas może konsultować również pacjentów neurologicznie. Choć uprzedzam: na tę ścieżkę w gąszczu dróg rozwoju zawodowego dopiero wkraczam.
Przywiązuję się do podopiecznych, wiem, jacy są „moi” opiekunowie pacjentów, i uwielbiam z nimi rozmawiać. Wiele zwierzaków mam pod opieką od malucha i wiele z nich przeprowadzałam za tęczowy most, kiedy moje łzy mieszały się z łzami opiekuna. Bycie „psim lekarzem rodzinnym” jest dla mnie symbolem bliskiej relacji na pacjent–lekarz–opiekun.
– Dzień dobry, pani doktor. To pies moich znajomych, jest bardzo agresywny. Założyłem mu źle szelki, ale on się rzucał na mnie i gryzł, więc nie mogę ich teraz poprawić. A on dalej chce mnie ugryźć.
– Taaak…
W głowie gonitwa myśli: do czego jestem tu potrzebna?
– Poproszę, żeby pani mu je założyła poprawnie.
Uwielbiam widzieć, jak opiekunowie moich behawioralnych pacjentów zmieniają sposób myślenia, zaczynają rozumieć psa i jego potrzeby, łapią bakcyla pracy z psem. Pracy, która da im najwspanialszego towarzysza, kompana do szaleństw i przyjaciela w gorsze dni.
Ale pamiętajcie: zoopsycholog czy lekarz weterynarii to nie kaskader, który będzie poprawiał szelki waszym agresywnym psom.
Mój pies chce mnie zdominować!
– Dzień dobry, chciałabym coś na odrobaczenie dla moich psów.
– Dzień dobry, a ile ważą?
– Jeden 8 miesięcy, drugi 4 lata.
W niedzielę byłam na spacerze w okolicy centrum miasta. Zazwyczaj staram się unikać patrzenia na bardzo wystraszone psy zabrane w tłum ludzi na plaży lub szarpane przez opiekuna, kiedy chcą sobie odczytać codzienne wiadomości na trawniku.
Jednak tego dnia w oczy rzucił mi się bardzo ładny owczarek, młody, ale już nie podlotek. Rozglądał się wesoło, łapał spojrzenie człowieka, który był na drugim końcu jego smyczy, i merdając ogonem, kręcił się trochę wokół opiekuna, który najwyraźniej na kogoś czekał. Szelki dopasowane, smycz normalna, sznurkowa, więc pomyślałam sobie, że to pewnie fajnie, pozytywnie szkolony pies. Do człowieka dołączyła rodzina i zajęli się spacerem. Pies radośnie wybiegł lekko do przodu i zobaczyłam ostre szarpnięcie smyczą. Ale takie naprawdę ostre: poluzowanie smyczy i maksymalne ściągnięcie. Aż mnie zabolało. Pies przygasł, zawahał się, spojrzał na człowieka. Szedł chwilę obok nogi, zamachał ogonem i znowu z entuzjazmem wybiegł lekko, o jakiś metr przed opiekuna. Kolejne szarpnięcie smyczy. Znowu zawahanie, ogon lekko opuszczony. Opiekun niewzruszenie patrzył przed siebie, nie łapiąc kontaktu wzrokowego z psem. Kolejne szarpnięcie i jeszcze jedno. Nie pomogło, bo owczarek lekko wybiegł przed właściciela i spojrzał na niego, aby się porozumieć. I wtedy opiekun złapał i pociągnął psa za ogon. I jeszcze raz. I szarpnięcie smyczą. Korekta, korekta, kara, korekta. Nie mogłam patrzeć, jak wesoły, młody pies nie wie, o co chodzi, i stopniowo przygasa. Gratuję, panie właścicielu. Za kilka lat twój pies potulnie będzie szedł przy nodze. Nie będzie wąchał i cieszył się otaczającym światem. Będzie szedł z opuszczonym łbem, schowanym ogonem, równo przy nodze.
Wyobraź sobie sytuację, że jesteś w kraju, którego języka i kultury nie znasz. Co wybrałeś: amazońską dżunglę czy głęboką Afrykę?
I widzisz ludzi. Wyciągasz dłoń.
– Przepraszam, nie…
Dostajesz po głowie.
– Ale ja nie… – Pokazujesz dłońmi, że nie rozumiesz.
Dostajesz po głowie.
– Proszę mnie nie… – mówisz, unosząc dłoń.
Znowu w łeb.
Wiesz, o co chodzi? Dlaczego ktoś bije cię po głowie? Domyśl się. Proszę bardzo, kombinuj.
Otóż w kraju, którego język jest dla ciebie zupełnie obcy, musisz w jakiś sposób zrozumieć, co jest dozwolone, a co nie. I raczej trudno będzie ci pojąć, o co chodzi, jeśli będziesz stale otrzymywać razy. W pewnej chwili przestaniesz się odzywać i gestykulować. Nie będziesz już otwarty na nowy świat i kulturę, nie będziesz się rozglądać, nieustannie spodziewając się jakiejś kary.
A gdyby okazało się, że ten kraj czy to fikcyjne miejsce nie akceptują gestykulacji dłońmi, że znaczy to dla jego mieszkańców coś nieprzyjemnego? Gdyby ignorowali twoje gesty, ale chwalili cię za ich brak? Szybko wychwyciłbyś subtelną odmienność kulturową i przestałbyś machać ręką w każdej sytuacji. Po prostu olśniłoby cię: rdzenna ludność danego dziwnego miejsca ma swoje zasady i opłaca ci się zrezygnować z pewnego zachowania, bo w zamian za to pokażą ci oni piękne ozdoby, które robią, a do jedzenia dadzą niesamowite dania regionalne.
Dlaczego ludzie nie chwalą psa za dobrze wykonane polecenia, tylko wolą go ukarać bólem za złe?
Gdyby ten śliczny owczarek otrzymywał pochwałę i spojrzenie opiekuna lub nagrodę za każdą chwilę, kiedy idzie przy nodze, życie tej dwójki byłoby dużo piękniejsze. Każde szarpnięcie to spadek zaufania twojego psa do ciebie. Chwalony, uczony pozytywnymi metodami, chciałby iść obok nóg ukochanego człowieka, a nie lekko odsuwał się od nich, spodziewając się za chwilę znienawidzonej, bolesnej korekty.
Gdyby nie było szarpania za ogon i smycz, obyłoby się bez frustracji, niezrozumienia drugiej strony oraz narastającego gniewu człowieka i smutku psa.
Ciągnięcie za ogon, naprawdę? Owszem, złamiesz tego psa, ale nie będziesz miał w nim przyjaciela. Będziesz miał maszynę. A jeśli tego właśnie chcesz, to kup sobie kosiarkę – działa na guziczki.
A teraz zastanówmy się nad dominacją… Nie, chwila, nie ma teorii dominacji, bo jej autor sam ją odwołał!
Bardzo często opiekunowie moich pacjentów mówią, że ich pies jest dominujący i trzeba mu pokazać, że kto inny jest samcem alfa w stadzie. Albo słyszę od nich zupełnie prozaiczne słowa: „Nie będzie spał w łóżku, bo nas zdominuje”.
Teoria dominacji namieszała w postrzeganiu psa na tyle, że według opiekunów można nią wytłumaczyć każde zachowanie podopiecznego: nie chce wracać na zawołanie – nie jestem dla psa alfą; warczy przy zabieraniu miski – jest dominujący; wykazuje zachowania odbierane jako agresywne – jestem za nisko w hierarchii. Doszło do tego, że „dominowanie” stało się niejako synonimem agresji i każdy jej rodzaj może być wyjaśniony właśnie tą teorią. Pies dominujący zaś urósł do rangi olbrzymiego, zmutowanego wilka, z krwawymi ślepiami i spienionym pyskiem, który chce nas w skrytości nocy wykopać z łóżka na podłogę i zniewolić, abyśmy tylko przynosili mu nowe zabawki.
Czy pies naprawdę chce nas zdominować? Czy musimy mu udowodnić, że to właśnie my jesteśmy „samcem alfa” i że to nasz pies jako ostatni przechodzi przez drzwi?
No właśnie nie. Koniec kropka – wyrzucamy teorię dominacji.
Nasz pies nie poświęca każdej minuty swojego życia na snucie karkołomnego planu zajęcia najwyższej pozycji w domu. Wręcz przeciwnie: w sytuacji gdy pies bierze na swoje małe barki taki ciężar „dowodzenia” człowiekiem, często kończy się to zaburzeniami behawioralnymi: lękiem, frustracją czy agresją w stosunku do obcych.
A więc od początku: czym jest dominacja?
Naukowcy badający zachowania zwierząt określają mianem „dominacji” relacje między dwoma osobnikami jednego lub różnych gatunków, w których jeden z nich (dominujący) zyskuje dostęp do lepszych zasobów (pokarm, terytorium, samica). Wszystko to kosztem drugiego osobnika, bardziej uległego (podporządkowanego). Co istotne, nie jest to sytuacja stała i może się zmieniać w zależności od osobników i ich wcześniejszych doświadczeń oraz konkretnej sytuacji, nastroju zwierzęcia czy rodzaju zasobu.
Oczywiście psy pewne siebie mogą częściej wygrywać spór i odbierać cenną rzecz, ale na każdego twardziela w końcu trafi większy twardziel.
Zacznijmy od tego, skąd wzięła się teoria dominacji. W latach 40. ubiegłego wieku amerykańscy naukowcy, wychodząc z założenia, że przodkiem współczesnego psa jest przodek współczesnego wilka, przeprowadzili obserwację zachowania wilków i hierarchii, która panowała w ich stadach. Teoretycznie ma to sens, ale naukowcy nadal nie są do końca pewni, czy pies pochodzi od wilka, czy wilk i pies mają wspólnego przodka (tzw. prawilka). A skoro to pokrewieństwo może być jeszcze bardziej rozrzedzone, wyciąganie wniosków z takich doświadczeń i odnoszenie ich do psa mija się z celem.
Ale gdybyśmy przeanalizowali przeprowadzone wtedy badania nad wilkami, które zaowocowały teorią dominacji, znaleźlibyśmy sporo kwestii spornych. Badania prowadzono nad stadem niespokrewnionych osobników umieszczonych na terenie rezerwatu.
W czasie obserwacji występowała wśród wilków agresja, osobniki nawet się zabijały, co zostało okrzyknięte walką o pozycję alfa w stadzie i odniesione do sytuacji wejścia psa w stado ludzkie. Dzisiaj wiemy o wiele więcej i mamy już świadomość tego, że zamknięte w zagrodzie zwierzę zachowuje się zupełnie inaczej niż w naturalnym dla siebie otoczeniu. Obecnie jest jasne, że wilki w naturze tworzą stado złożone z pary alfa, czyli rodziców, oraz ich potomstwa. Wilcze stado to nic innego jak wilcza rodzina. Wewnętrzne konflikty powodują osłabienie stada i zdolności przetrwania, dlatego nie obserwujemy tam walk o pozycję, tylko wzajemną współpracę. Zadaniem pary alfa jest pilnowanie w watasze porządku i zapewnienie jej ochrony, a młodsze osobniki mają swoje prawa i obowiązki, które wynikają nie z siły ugryzień, ale z doświadczenia i wieku. Dojrzałe potomstwo, kiedy jest na to gotowe, odchodzi od stada i tworzy nowe stado, ale oczywiste jest, że napotkawszy obcego osobnika na obcym terenie, może z nim rywalizować. Raczej trudno te wszystkie stadne regulacje odnieść do psów i ludzi i traktować międzygatunkową rodzinę jak stado. Ale w tamtych latach te obserwacje i wyciągnięte z nich wnioski wydawały się przełomowe i miały rozwiązać wiele problemów z posłuszeństwem psów. Opierając się na badaniach etologów po II wojnie światowej, utworzono bardzo wiele ośrodków psiej tresury (okropne słowo!). Może doprowadziły do tego burzliwe dzieje owego okresu na mapie świata i wojenne okoliczności, ale niestety podczas szkolenia stosowano głównie metody kary pozytywnej (z nomenklatury behawioralnej: jest to szkolenie, w którym kara jest obecna i powszechnie stosowana). Nie nagradzano psów, lecz karano je za zachowania niepożądane (szarpnięcie smyczą, kolczatka, podporządkowanie zwierzęcia poprzez przewracanie go na grzbiet), nagrodą zaś miało być uniknięcie kary.
Na początku lat 90. ukazał się w Polsce przewodnik Johna Fishera, najbardziej znanego zwolennika teorii dominacji, pod tytułem Okiem psa, który przez wielu do dzisiaj uważany jest za najlepszy poradnik dotyczący szkolenia psów. Według autora pies całe swoje życie dąży do pozycji najsilniejszego w stadzie i każde jego zachowanie ma obalić naszą dominującą pozycję. Pies je ostatni, przechodzi przez drzwi na końcu, nie ma prawa wchodzić na kanapę ani na łóżko, bo na każdym kroku mamy mu udowodnić, że jest niżej. Jakby na to spojrzeć z boku, jest to bardzo krzywdzące, bo
stałe udowadnianie komuś najniższego miejsca mocno podkopuje jego pewność siebie i obniża nastrój, a u psów lękowych, nieśmiałych czy wycofanych może doprowadzić do poważnych problemów behawioralnych.
Pod koniec życia John Fisher wycofał się ze swoich poglądów. W publikacji Understanding the Behaviour of the Pet Dog przyznał, że źle interpretował pewne zachowania psa. Niestety wiele osób o tym nie wie, a książka Okiem psa nadal jest dostępna na większości księgarnianych półek.
A czy pies to domowy wilk? Pochylmy się nad porównaniem psa do wilka, bo tutaj też czyha na nas kilka pułapek. Choć mają wspólnych przodków i teoretycznie mogą się ze sobą krzyżować, rodząc płodne potomstwo, to pies nie jest wilkiem i gatunki te żyją oraz zachowują się zupełnie inaczej.
Zacznijmy od tego, że już rozwój młodych zwierząt obu gatunków przebiega w odmienny sposób – szczenięta psa rozwijają się wolniej niż młode wilki oraz stosunkowo łatwo nawiązują kontakt z człowiekiem, zwłaszcza w konkretnym okresie rozwoju, czyli w tzw. fazie przyciągania. Otwarcie oczu u psa następuje około czternastego dnia, u wilka natomiast mniej więcej około dziesiątego dnia. Jako drapieżniki narażone na różnego rodzaju niebezpieczeństwa wilki zmuszone są do szybszego rozwoju fizycznego i behawioralnego, a pies, mając zapewnione bezpieczeństwo ze strony człowieka, rozwija się dużo wolniej. Te zmiany wynikają z tysięcy lat udomowienia i selekcji naturalnej. Różnic jest oczywiście więcej i widać je również w relacji z człowiekiem, ponieważ psy, korzystając na współpracy z nami, miały dostęp do ważnych dla nich zasobów, wilki zaś po dziś dzień wykazują lęk przed ludźmi i starają się ich unikać. Psy generalnie dążą do spotkań z przedstawicielami swojego i innych gatunków, w wielu wypadkach są ich nawet ciekawe.
Zrozumienie wilków może nam ułatwić zrozumienie zachowania naszych psich podopiecznych, ale w żadnym razie nie powinniśmy patrzeć na psy tylko przez pryzmat wilka.
Według słownika języka polskiego „stado” to grupa osobników tego samego lub – rzadziej – różnych gatunków, żyjących na określonym terytorium w celu rozmnażania się, zdobywania pokarmu oraz zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Trudno powiedzieć, żebyśmy tworzyli z psami jedno stado, prawda? Pomijając pozostałe aspekty tej definicji, przede wszystkim nie jesteśmy jednego gatunku. Uwierzcie mi: pies widzi zasadniczą różnicę między swoim opiekunem a innymi psami. W sensie biologicznym nie jesteśmy więc stadem, choć nie zmienia to faktu, że tworzymy z psem coś na kształt „międzygatunkowej rodziny”.
Fascynujące jest to, że pies, którego do dzisiaj nazywamy zwierzęciem stadnym, może wcale nim nie być! Zgodnie z wynikami badań Marca Bekoffa, specjalisty w dziedzinie emocji zwierząt, pies jest zwierzęciem socjalnym, czyli takim, które dąży do kontaktu społecznego, buduje złożone relacje oparte na emocjach i moralności, a nie instynkcie przetrwania.
Jednak entuzjazm z obalenia teorii dominacji nie powinien nam przesłonić bardzo istotnego aspektu pracy z psem: zasady i granice są ważne. To, że pies nie chce przejąć nad nami władzy i zająć pozycji alfa, nie oznacza, że mamy pozwolić mu na wszystko. Stawianie granic jest bardzo istotnym aspektem dobrej relacji z psem, a psy czują się dobrze, kiedy reguły są jasne i nie wkrada się tam chaos.To tak jak z zasadami wyznaczanymi w domu naszym dzieciom: inaczej, puszczone samopas, wpadną w tarapaty, a konieczność wracania do domu o określonej godzinie nie ma na celu ich traumatyzowania, tylko zapewnienie bezpieczeństwa i nauczenie przestrzegania reguł. Choć nastolatek na pewno tak nie uważa.
Naszym obowiązkiem jest nauczyć psa, jakie zasady go obowiązują, i pokazać mu, jak powinien się poruszać w świecie naszych reguł. Zaprosiliśmy psa do ludzkich domów, więc pokażmy mu, jak ma żyć.
Najwięcej zachowań niepożądanych bierze się z braku wychowania i socjalizacji podopiecznego.
To, że pies na nas warczy, kiedy chcemy zabrać mu miskę, nie oznacza, że jest groźnym samcem alfa wilczego stada i odgryzie nam rękę, ponieważ ma prawo pożywić się jako pierwszy.
Znaczy to ni mniej, ni więcej, że nie ufa nam, iż zaraz oddamy mu miskę, którą zabieramy (aby dorzucić witaminy, o których zapomnieliśmy). W ostatecznym rozrachunku pies po prostu nie wie, że może mieć do nas zaufanie.
Wielu zwolenników konserwatywnych metod szkolenia opartych na teorii dominacji zaraz zacznie krzyczeć, że one działają. Owszem, bo zazwyczaj w parze z teorią dominacji idzie wprowadzenie jakichkolwiek zasad w codziennym życiu z psem, a to przynosi efekt, ponieważ lubi on wiedzieć, co może dla nas zrobić, i stworzony jest do współpracy z nami. Jednak kluczowy jest wpływ metod opartych na teorii dominacji na dobrostan psa i relację z opiekunem. A czy wprowadzona zasada to „nie przechodzisz pierwszy przez drzwi”, czy „przechodzisz pierwszy przez drzwi” – to już ma najmniejsze znaczenie[1].
Jeden z opiekunów, który całą konsultację siedział w drugim pokoju, uważając, że to jego żona zajmuje się psem, stwierdził, że na psa trzeba huknąć i wtedy zna on swoje miejsce. Szkoda, że nie brał udziału w konsultacji i nie słuchał, kiedy tłumaczyłam opiekunce, dlaczego ich lękliwy pies po przejściach nie chce wyjść z panem na spacer, a z nią idzie chętnie. Na tego psa huknięto tydzień po adopcji za to, że kucnął do oddania moczu w salonie. I od tego czasu jego zaufanie do opiekuna było bardzo niskie, pies nie chciał wchodzić z nim w bliższe interakcje, bał się z nim wyjść na spacer i wolał trzymać mocz dłużej. Taki jest skutek zastosowania krzyku na lękliwym psie. Pan rozważał zakładanie kolczatki, żeby pies wychodził z nim chętniej na dwór. Trudno wytłumaczyć coś osobom, które uważają, że najważniejsze jest pokazanie przewagi, siły i miejsca w szeregu. Smutne to. Natomiast stosowanie przemocy fizycznej wobec psa i pokazywanie mu, kto tu jest osobnikiem alfa, może spowodować w jego umyśle nieodwracalne zmiany. Na własne życzenie niszczymy wtedy zaufanie zwierzęcia do nas i pozbawiamy się kompana oraz przyjaciela. Brak zaufania oraz narastające frustracja lub niepewność, będące powodem lęków i fobii, mogą stać się przyczyną naprawdę poważnych problemów behawioralnych.
Zastanówmy się, czy lepiej szarpnąć psa i zmusić go do marszu z podkulonym ogonem przy naszej nodze, czy mieć przyjaciela, który idzie na dłuższej, luźnej smyczy, ale wącha świat, uśmiecha się i wraca do nas z radością na komendę, bo kocha być blisko nas?
[1] K. Biskup, O teorii dominacji słów kilka, https://piesologia.pl/obalona-teoria-dominacji/ [dostęp: 02.03.2026].
Kijem czy marchewką? O metodach pracy z psami
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
