Oko Świata - Robert Jordan - ebook + książka

Oko Świata ebook

Robert Jordan

4,3

167 osób interesuje się tą książką

Opis

Rand, Mat i Perrin mieszkają w Polu Emonda, sennej wiosce gdzieś na końcu świata. Chłopcy wiodą monotonne życie, nieświadomi, że dni ich beztroski dobiegają końca. Oto do wioski przybywa tajemnicza kobieta imieniem Moiraine. Jest ona członkinią potężnego zakonu kobiet władających Jedyną Mocą - Aes Sedai. Przynosi ze sobą ostrzeżenie przed mrocznymi siłami Czarnego, który budzi się z uśpienia, by zapanować nad wszystkimi istotami. Na potwierdzenie jej słów wioskę atakują krwiożercze trolloki - dzikie bestie, które wielu uważało za stwory wyłącznie z legend. Gdy Pole Emonda staje w ogniu, Moiraine pomaga chłopcom w ucieczce, jest bowiem przekonana, że jeden z nich jest Smokiem Odrodzonym - wybrańcem, którego przeznaczeniem jest przeciwstawić się Czarnemu i stanąć kiedyś do Ostatniej Bitwy, Tarmon Gai'Don, od której wyniku zależą losy świata...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (187 ocen)
102
55
22
7
1
Sortuj według:
gariello

Nie oderwiesz się od lektury

Wyjątkowa, piękna opowieść dla bardziej wymagającego czytelnika.
20
Broszarda

Nie oderwiesz się od lektury

fantastyczna książka ❤️
00

Popularność




PROLOG

GÓRA SMOKA

Pałac drżał jeszcze co jakiś czas na wspomnienie dudniącej ziemi i jęczał, jakby przecząc temu, co już się stało. Tumany kurzu, wciąż unoszące się w powietrzu, połyskiwały w smugach słońca przesączających się przez szczeliny w murach. Ślady ognia szpeciły ściany, podłogi i sufity, a rozległe czarne plamy naznaczyły nabrzmiałe pęcherzami farby złoceń, jasnych niegdyś fresków. Sadza pokrywała rozpadające się fryzy ludzi i zwierząt, które zdawały się ożywać, zanim szaleństwo ucichło. Wszędzie leżeli martwi — mężczyźni, kobiety i dzieci — podczas daremnej ucieczki powaleni piorunami, które rozbłyskiwały we wszystkich korytarzach, pochwyceni przez osaczający ich ogień, zatopieni przez kamienie, kamienie pałacu, które płynęły jak żywe i ścigały ich dopóty, dopóki znowu nie nastała cisza.

Dziwaczny kontrast stanowiły kolorowe gobeliny i obrazy — same dzieła mistrzów — wiszące jak przedtem, trochę tylko przekrzywione w miejscach, gdzie wybrzuszyły się ściany. Finezyjnie rzeźbione meble, inkrustowane kością słoniową i złotem, były nienaruszone, tylko leżały poprzewracane tam, gdzie wstrząsy pofałdowały podłogi. Pomieszanie umysłu trafiło w sam rdzeń, pomijając wszystko, co nieistotne.

Lews Therin Telamon wędrował po pałacu, zwinnie utrzymując równowagę na rozkołysanej ziemi.

— Ilyeno! Gdzie jesteś, moja ukochana?

Skraj jego jasnoszarego płaszcza znaczył szlak we krwi, kiedy przestępował przez ciało kobiety. W pięknie jej złotych włosów zastygło przerażenie ostatnich chwil, wciąż otwarte oczy skrzepły niedowierzaniem.

— Gdzie jesteś, moja żono? Gdzie podziali się wszyscy? Jego wzrok pochwycił własne odbicie w przekrzywionym zwierciadle, wiszącym na spęczniałym marmurze, spoczął na królewskich szatach niegdyś szaro-purpurowo-złotych: teraz ich cienka materia, przywieziona przez kupców zza Morza Świata, była podarta i brudna, powalana tym samym pyłem, który pokrywał jego skórę i włosy. Przez chwilę przesuwał palcami po symbolu naszytym na płaszczu: koło w połowie białe, a w połowie czarne, przedzielone krętą linią. Ten symbol kiedyś coś oznaczał. Teraz wyhaftowany wzór nie budził żadnych skojarzeń. Potem ze zdumieniem przyjrzał się swemu odbiciu. Wysoki mężczyzna wkraczający właśnie w wiek średni. Kiedyś bez wątpienia bardzo przystojny. Obecnie kolor włosów z brązu przechodził już w biel, twarz poorały bruzdy napięć i zmartwień, ciemnym oczom dane było widzieć zbyt wiele. Lews Therin zaśmiał się cicho, potem odchylił głowę do tyłu. Echo jego śmiechu rozbiegło się po pozbawionych życia komnatach.

— Ilyeno, moja kochana! Chodź do mnie, moja żono. Musisz to zobaczyć.

Z tyłu, za nim, powietrze zafalowało, zalśniło i skrzepło w postać mężczyzny, który rozejrzał się i skrzywił lekko, z niesmakiem. Niższy niż Lews Therin, cały w czerni, z wyjątkiem śnieżnobiałej koronki przy szyi i srebrnych okuć na zwiniętych cholewach długich do ud butów. Stąpał ostrożnie, przytrzymując kapryśnie swój płaszcz, aby uniknąć ocierania się o zmarłych. Podłoga drżała od rezonansów trzęsienia, ale on zwracał uwagę tylko na mężczyznę wpatrującego się ze śmiechem w lustro.

— Panie Poranka — powiedział. — Przybywam po ciebie.

Śmiech urwał się nagle i Lews Therin odwrócił się powoli. Na jego twarzy nie było widać zaskoczenia.

— Proszę, oto gość. Czy posiadasz Głos, przybyszu? Wkrótce nadejdzie pora Śpiewu, zapraszamy wszystkich do wzięcia udziału. Moja kochana Ilyeno, mamy gościa. Ilyeno, gdzie jesteś?

Oczy czarno ubranego mężczyzny rozszerzyły się, omiótł spojrzeniem ciało złotowłosej kobiety, potem znowu wbił wzrok w Lewsa Therina.

— Niech cię Shai’tan porwie, czyżby skażenie zawładnęło tobą aż tak dalece?

— To imię. Shai… — Lews Therin zadrżał i uniósł rękę, jakby się przed czymś bronił. — Nie wolno ci wymawiać tego imienia. Jest niebezpieczne.

— A więc przynajmniej tyle pamiętasz. Niebezpieczne dla ciebie, głupcze, nie dla mnie. Co jeszcze pamiętasz? Przypomnij sobie, ty Światłością-oślepiony idioto! Nie pozwolę, aby wszystko się dokonało dla ciebie, spowitego w nieświadomość jak dziecko. Przypomnij sobie!

Przez chwilę Lews Therin wpatrywał się w swą podniesioną rękę, zafascynowany wzorami, jakie utworzył na niej brud. Potem wytarł dłoń w jeszcze brudniejszy płaszcz i znowu zainteresował się mężczyzną.

— Kim jesteś? Czego chcesz?

Człowiek ubrany w czerń wyprostował się wyniośle.

— Kiedyś zwano mnie Elan Morin Tedronai, teraz jednak…

— Zdrajca Nadziei — wyszeptał Lews Therin. Pamięć zawirowała, ale on odwrócił głowę, nie chcąc stawić jej czoła.

— A więc jednak coś pamiętasz. Tak, Zdrajca Nadziei. Nazwali mnie tak ludzie, podobnie jak ciebie nazwali Smokiem, ale w odróżnieniu od ciebie, ja przyjąłem swe imię. Nadali mi je po to, aby mi urągać, ale zmuszę ich, by na dźwięk mego imienia klękali i wielbili je. A co ty zrobisz ze swym imieniem? Od dziś będą cię zwali Zabójcą Rodu. I cóż z tym poczniesz?

Lews Therin potoczył niezadowolonym spojrzeniem po zrujnowanej sali.

— Ilyena powinna tu być, żeby zaofiarować ci gościnne przywitanie — mruknął w roztargnieniu, po czym podniósł głos. — Ilyeno, gdzie jesteś?

Podłoga zadrżała, ciało złotowłosej kobiety drgnęło, jakby odpowiadając na wołanie. Ale jego oczy nie widziały jej.

Elan Morin skrzywił się.

— Spójrz na siebie — powiedział pogardliwie. — Kiedyś byłeś pierwszym wśród Sług. Kiedyś nosiłeś Pierścień Tamyrlinu i zasiadałeś na Wysokim Tronie. Wezwałeś kiedyś Dziewięć Różdżek Dominium. Spójrz na siebie teraz! Żałosny, roztrzaskany wrak. Ale to nie wszystko. Upokorzyłeś mnie w Komnacie Sług. Pokonałeś mnie u Bram Paaran Disen. Teraz wszakże ja jestem potężniejszy. Nie dam ci umrzeć, zanim tego nie pojmiesz. Kiedy będziesz konał, swą ostatnią myślą uchwycisz pełnię własnej porażki, jej doskonałość i nieodwracalność. O ile w ogóle pozwolę ci umrzeć.

— Nie potrafię sobie wyobrazić, co też zatrzymuje Ilyenę. Już ona będzie na mnie ostrzyła swój język, kiedy pomyśli, że ukrywam przed nią gościa. Ufam, że lubisz sztukę konwersacji, bo ona z pewnością ją lubi. Ale ostrzegam, Ilyena zada ci tyle pytań, że w końcu wyznasz jej wszystko, co wiesz.

Elan Morin odchylił poły czarnego płaszcza i ugiął ręce.

— Żal mi cię — zadumał się — że też nie ma tu żadnej z twych Sióstr. Nigdy nie byłem wprawny w Uzdrawianiu, a teraz praktykuję inną moc. Jednakże nawet któraś z nich dałaby ci jedynie parę chwil przytomności, a i to tylko wtedy, gdybyś jej pierwej nie unicestwił. To, co potrafię zdziałać, będzie służyło moim celom.

Jego nagły uśmiech był okrutny.

— Ale obawiam się, że uzdrawianie metodami Shai’tana różni się od tego, które znasz. Lewsie Therinie, bądź uzdrowiony!

Wyciągnął ręce i światło przygasło, jakby cień padł na słońce.

We wnętrznościach Lewsa Therina zapłonął ból i wydarł mu z ust krzyk, krzyk który dochodził z samego dna jego jestestwa, krzyk którego nie potrafił powstrzymać. Ogień przepalał go do szpiku kości, żyłami popłynął kwas. Zachwiał się do tyłu, padł na marmurową posadzkę. Jego głowa uderzyła o kamień i odbiła się od niego. Serce załomotało, próbując wyrwać się z piersi, a z każdym uderzeniem pulsu ciało przenikał nowy płomień. Daremnie wił się i miotał w konwulsjach, jego mózg stał się polem najczystszych męczarni rozsadzających czaszkę. Ochrypłe okrzyki rozbrzmiewały echem po całym pałacu.

Powoli, nadzwyczaj powoli, ból zaczął ustępować. Jego odpływ zdawał się trwać całe tysiąclecie, a gdy wreszcie odszedł, Lews Therin szarpał się słabo, zasysając powietrze przez zachrypłe gardło. Minęło chyba kolejne tysiąc lat, zanim zdołał się podźwignąć. Z mięśniami jak galareta, trzęsąc się, stanął na czworakach. Jego spojrzenie spoczęło na ciele złotowłosej kobiety i ten krzyk, który wydarł mu się z gardła, zagłuszył wszystkie poprzednie wrzaski. Chwiejnie, prawie pełznąc, gramolił się ku niej niezgrabnie. Wzięcie jej w ramiona kosztowało go resztkę sił. Ręce mu drżały, kiedy odgarniał włosy z pozbawionej życia twarzy.

— Ileyeno! Światłości, dopomóż mi, Ilyeno! — Otoczył ją troskliwie swoim ciałem, łkanie wyrwało się z głębi gardła, łkanie człowieka, który nie ma już dla kogo żyć. — Ilyeno, nie! Nie!

— Możesz ją odzyskać, Zabójco Rodu. Wielki Władca Ciemności ożywi ją, jeżeli będziesz mu służył. Jeżeli będziesz mi służył.

Lews Therin podniósł głowę, a człowiek w czerni cofnął się mimowolnie przed jego spojrzeniem.

— Dziesięć lat, Zdrajco — powiedział cichym tonem, miękkim jak dźwięk wyciąganego z pochwy miecza. — Dziesięć lat twój odrażający władca niszczy świat. A teraz jeszcze to. Ja…

— Dziesięć lat! Ty żałosny głupcze! Ta wojna nie trwa dziesięć lat, lecz ciągnie się od zarania czasu. Ty i ja toczyliśmy tysiące bitew wraz z każdym obrotem Koła, tysiące razy po tysiąc, i będziemy walczyć, dopóki nie umrze czas i nie zatriumfuje Cień!

Zakończył, podnosząc pięść i krzycząc. Tym razem to Lews Therin cofnął się, wstrzymując oddech, gdy zobaczył blask w oczach Zdrajcy.

Lews Therin ostrożnie ułożył Ilyenę, delikatnie gładził palcami jej włosy. Gdy wstawał, łzy przepełniały mu oczy, ale jego głos był niczym lodowate żelazo.

— Za to wszystko, co uczyniłeś, nie może być przebaczenia, Zdrajco, ale za śmierć Ilyeny zniszczę cię tak, że nie naprawi tego nawet twój władca. Gotuj się na…

— Ty głupcze, przypomnij sobie! Przypomnij sobie swój daremny atak na Wielkiego Władcę Ciemności! Przypomnij sobie jego przeciwuderzenie! Przypomnij sobie! W tej chwili Stu Towarzyszy rozdziera świat na strzępy i codziennie przystępuje do nich kolejnych stu ludzi. Czyja to dłoń zabiła Ilyenę Złotowłosą, Zabójco Rodu? Nie moja. Nie moja. Czyja to dłoń zdławiła wszelki żywot, w którym płynęła choćby kropla twej krwi, wszystkich, którzy cię kochali, wszystkich, których ty kochałeś? Nie moja, Zabójco Rodu. Przypomnij sobie i poznaj cenę oporu wobec Shai’tana!

Nagłe strumienie potu wyżłobiły ślady w kurzu i brudzie pokrywającym twarz Lewsa Therina. Przypomniał sobie, wspomnieniem zamglonym niczym sen o śnie, lecz wiedział, że to wszystko prawda. Jego wycie odbiło się od murów — skowyt człowieka, który odkrył, że sam potępił swą duszę. Chwycił się za głowę, jakby chciał oderwać oczy od widoku tego, co uczynił. Gdzie nie spojrzał, wszędzie jego wzrok napotykał zmarłych, porozrywanych, połamanych, do połowy pochłoniętych przez kamienie. Wszędzie widział pozbawione życia twarze, które znał, twarze, które kochał. Starzy służący, przyjaciele z dzieciństwa i wierni towarzysze długich lat walki. I jego dzieci. Jego synowie i córki porozrzucani jak połamane lalki — na zawsze ucichła zabawa. Wszyscy pomordowani z jego ręki. Twarze dzieci oskarżały go, ślepe oczy pytały dar emnie, a łzy nie były żadną odpowiedzią. Śmiech Zdrajcy chłostał go, zagłuszał jęki. Nie mógł znieść tych twarzy, tego bólu. Nie mógł tu zostać ani chwili dłużej. Desperacko sięgnął do Prawdziwego Źródła, do splugawionego saidina i rozpoczął Podróż.

Otaczająca go kraina była jednostajna i pusta. Nieopodal płynęła rzeka, prosta i szeroka, ale czuł, że w promieniu stu mil nie ma żadnych ludzi. Był samotny, tak samotny jak człowiek, który jeszcze żyje, ale nie może uciec przed wspomnieniami. Tamte oczy ścigały go po bezkresnych jaskiniach myśli. Nie mógł się przed nimi schować. Przed oczyma swych dzieci. Przed oczyma Ilyeny. Kiedy zwrócił twarz ku niebu, na policzkach błyszczały mu łzy.

— Przebacz mi, Światłości!

Nie wierzył, że przebaczenie może mu być dane. Nie za to, co uczynił. Ale i tak krzyczał w stronę nieba, błagał, nie spodziewając się, że otrzyma to, o co błaga.

— Światłości, przebacz mi!

Nadal dotykał saidina, męskiej połowy mocy, która kierowała światem, która obracała Koło Czasu. Czuł oleistą skazę, zanieczyszczającą jego powierzchnię, skazę po kontrataku Cienia, skazę, która oznaczała zgubę świata. Wierzył bowiem niegdyś w swej dumie, że ludzie potrafią dorównać Stwórcy, że po trafią naprawić to, co Stwórca wykonał, a oni zniszczyli. Tak nakazywała mu wierzyć duma.

Czerpał coraz głębiej z Prawdziwego Zródła, coraz to głębiej, jak człowiek umierający z pragnienia. Szybko nabrał więcej Jedynej Mocy, szybciej niźli był w stanie przenieść, nie będąc wspomagany. Czuł, jak pali go skóra. Napięty, wytężał się, by zaczerpnąć jeszcze więcej, próbował wyczerpać wszystko.

— Światłości, przebacz mi! Ilyeno!

Powietrze stało się ogniem, ogień ciekłym światłem. Piorun, który uderzył z niebios, osmaliłby i oślepił każde oko próbujące na niego spojrzeć. Nadszedł z nieba i przepaliwszy na wskroś Lewsa Therina, dowiercił się do wnętrzności ziemi. Od jego dotknięcia parowały kamienie. Rażona ziemia trzęsła się i drżała jak żywe stworzenia w agonii. Błyszcząca pręga łączyła ją z niebem tylko przez czas jednego uderzenia serca, lecz kiedy już zniknęła, ziemia wciąż jeszcze falowała niczym wzburzone morze.

Fontanna stopionych skał tryskała w powietrze na wysokość pięciuset stóp, wzbijając się ryczącą masą, wyrzucając rozpylone płomienie coraz bardziej w górę, coraz to wyżej. Z północy i z południa, ze wschodu i zachodu nadciągało wycie wiatru, który łamał drzewa jak gałązki, wrzeszczał przeraźliwie i dął, jakby podsadzając rosnącą górę wciąż bliżej ku niebu. Jeszcze bliżej nieba. Wiatr ucichł wreszcie, ziemia uspokoiła się, wydając tylko drżące pomruki. Po Lewsie Therinie Telamonie nie pozostał żaden ślad. Tam, gdzie stał, była teraz góra wznosząca się na wiele mil ku niebu, płynna lawa wciąż tryskała z jej ściętego wierzchołka. Szeroka i prosta dotąd rzeka wygięła się w łuk wokół góry i rozwidlając się, utworzyła pośrodku nurtu długą wyspę. Cień góry sięgał prawie do samej wyspy, rozpościerał się czernią po całej krainie, jak złowieszcza dłoń proroctwa. Przez jakiś czas słychać było tylko monotonne, protestujące dudnienie ziemi.

Na wyspie powietrze lśniło i zlewało się. Mężczyzna ubrany w czerń patrzył na ognistą górę, wznoszącą się nad równiną. Jego twarz wykrzywiał grymas wściekłości i odrazy.

— Nie uciekniesz tak łatwo, Smoku. To, co jest między nami, nie dokonało się jeszcze. I nie dokona się, aż po kres czasu.

Odszedł potem, a wyspa i góra zostały same. Czekały.

I Cień padł na ziemię, i świat został rozszczepiony, kamień od kamienia. Oceany wylały i góry zostały pochłonięte, a narody rozproszone po ośmiu krańcach świata. Księżyc był jak krew, a słońce jak popiół. Morza wrzały, a żywi zazdrościli umarłym. Wszystko zostało rozproszone, wszystko prócz pamięci zostało stracone, pamięci nade wszystko o tym, który sprowadził Cień i Pęknięcie Świata. A jego nazywali Smok.

(z: Aleth nin Taerin alta Camora, Pęknięcie Świata. Autor nieznany, Czwarty Wiek)

I stało się w owych dniach, jak zdarzało się przedtem i zdarzy się znowu, że Ciemność ciężko zaległa nad ziemią i przygniotła ludzkie serca, i zniknęła zieleń, a nadzieja umarła. I wzywali ludzie Stwórcę, mówiąc: „O Światłości Niebios, o Światłości Świata, pozwól Obiecanemu urodzić się w górach, jak oznajmiają proroctwa, jak było to w wiekach przeszłych i będzie w nadchodzących. Daj, Księciu Poranka, zaśpiewać ziemi, by się zazieleniła, a doliny wydały jagnięta. Niech ramię Pana Świtu chroni nas przed Ciemnością, a jego wielki miecz sprawiedliwości niechaj nas broni. Daj Smokowi wędrować znów na wichrach czasu”.

(z: Charal Drianaan te Calamon, Cykl Smoka. Autor nieznany, Czwarty Wiek)

ROZDZIAŁ 1

PUSTA DROGA

Koło Czasu obraca się, a Wieki nadchodzą i mijają, pozostawiając wspomnienia, które stają się legendą. Legenda staje się mitem, ale nawet mit jest już dawno zapomniany, kiedy znowu nadchodzi Wiek, który go zrodził. W jednym z Wieków, zwanym przez niektórych Trzecim Wiekiem, Wiekiem, który dopiero nadejdzie, Wiekiem dawno już minionym, w Górach Mgły podniósł się wiatr. Wiatr ten nie był prawdziwym początkiem. Nie istnieją ani początki, ani zakończenia w obrotach Koła Czasu. Niemniej był to jakiś początek.

Zrodzony pod wiecznie zachmurzonymi szczytami, które nadały górom ich nazwę, wiatr ten wiał na wschód, poprzez Piaskowe Wzgórza, niegdyś — przed Pęknięciem Świata — stanowiące wybrzeża wielkiego oceanu. Przedarł się do Dwóch Rzek, do gęstego lasu, zwanego Zachodnim, i uderzył w dwóch ludzi idących przy konnym wozie po usianym kamieniami trakcie, zwanym Drogą Kamieniołomu. Pomimo że wiosna powinna była nadejść dobry miesiąc wcześniej, wiatr niósł z sobą lodowaty chłód, jakby wypowiadając swą tęsknotę za śniegiem. Rand al’Thor czuł, jak gwałtowne podmuchy na przemian to przylepiają mu płaszcz do pleców, oplątując jego nogi wełnianą materią ziemistego koloru, to rozdymają go z tyłu. Żałował, że płaszcz nie jest grubszy, albo że nie włożył przynajmniej dodatkowej koszuli. Przez cały czas zmagał się z okryciem, które wciąż zaczepiało o kołczan kołyszący się u jego biodra. Jednak przytrzymywanie jedną ręką nie zdawało się na wiele, a w drugiej niósł gotowy do wystrzelenia łuk, ze strzałą nasadzoną na cięciwę.

Kiedy szczególnie silny podmuch wyrwał mu poły płaszcza z dłoni, spojrzał przelotnie na Tama, idącego u drugiego boku zmierzwionej, brązowej klaczy. Było mu trochę głupio, że rozprasza lęk, jak mały chłopiec popatrujący stale na swoich rodziców, ale był to jeden z tych dni, gdy wszystko zdaje się potęgować niepewność. W chwilach przerwy między gwałtownymi porywami wichury wycie wiatru zamierało i wówczas, w ciszy ciężko zalegającej ziemię, głośno rozbrzmiewało miękkie skrzypienie osi.

W lesie nie śpiewały ptaki, wiewiórki nie skakały po gałęziach.

Rand nawet specjalnie się ich nie spodziewał, nie tej wiosny.

Tylko te drzewa, które jesienią nie zrzuciły liści lub igieł, miały na sobie coś zielonego. Splątane krzewy zeszłorocznych jeżyn rozpostarły brązową sieć na łysych głazach u ich stóp. Rzadkie poszycie leśne tworzyły głównie kolczaste chwasty, pokrzywy i bieluń, pozostawiający obrzydliwy zapach na butach nierozważnego wędrowca. W miejscach, gdzie gęste kępy drzew rzucały głęboki cień, ziemię nadal zalegały białe łachy śniegu. W koronach drzew świeciło wprawdzie słońce, ale jego blask skrzył się mętnie, przemieszany z cieniem. Promienie nie niosły ze sobą ani życia, ani ciepła. Był to niefortunny poranek, stworzony dla nieprzyjemnych myśli.

Rand machinalnie dotknął nacięcia na strzale, w każdej chwili gotów przyciągnąć ją do policzka jednym gładkim ruchem, tak jak uczył go Tam. Zima wystarczająco dała się we znaki na farmach, gorszej nie pamiętali nawet najstarsi ludzie, ale w górach z pewnością była jeszcze ostrzejsza, co można było osądzić po liczbie wilków, które zagnała do Dwu Rzek. Wilki napadały na owczarnie i rozbijały ściany obór, by dopaść bydła i koni. Owce przyciągały też niedźwiedzie, a przecież niedźwiedzia nie widywano tu już od lat. Pozostawanie poza domem po zmierzchu nie było bezpieczne. Ludzie stawali się łupem drapieżników równie często jak owce, i to niekoniecznie po zachodzie słońca.

Tam stawiał miarowe kroki przy drugim boku Beli, podpierając się włócznią i ignorując wiatr, na którym jego brązowy płaszcz łopotał jak sztandar. Od czasu do czasu dotykał lekko boku klaczy, przypominając jej, że trzeba iść naprzód. Ze swą obszerną klatką piersiową i szeroką twarzą stanowił podporę chwiejnej rzeczywistości tego poranka, trwając w niej jak kamień pośrodku bezładnego snu. Jego ogorzałe od słońca policzki mogły być pomarszczone, a włosy mieć jedynie odrobinę czerni pośród siwizny, ale miał w sobie tę stałość, która nie pozwala poddawać się powodziom. Teraz beznamiętnie maszerował drogą. Mogą sobie być i wilki, i niedźwiedzie — zdawała się mówić jego postać — winien wystrzegać się ich człowiek, który hoduje owce, ale niech lepiej nie próbują powstrzymać Tama al’Thora na jego drodze do Pola Emonda.

Z poczuciem winy Rand powrócił do obserwacji swojej strony drogi, trzeźwość Tama przypomniała mu o własnych obowiązkach. Był o głowę wyższy od swojego ojca, wyższy niźli ktokolwiek w okolicy. Sylwetką również niewiele go przypominał, wyjąwszy może szerokie barki. Szare oczy i rudawy odcień włosów odziedziczył po matce, tak przynajmniej twierdził Tam. Była cudzoziemką i Rand nie pamiętał jej zbyt dobrze, z wyjątkiem może roześmianej twarzy. Niemniej jednak, każdego roku podczas święta Bel Tine kładł kwiaty na jej grobie, a później odwiedzał go w niedziele, przez całą wiosnę i lato.

Na chwiejnym wozie spoczywały dwie małe baryłki jabłkowej brandy i osiem większych beczek jabłkowego wina, odrobinę tylko wzmocnionego całozimowym dojrzewaniem. Każdej wiosny, na Bel Tine, Tam dostarczał taki ładunek do karczmy „Winna Jagoda”. Również w tym roku oświadczył, że aby mu w tym przeszkodzić, trzeba czegoś więcej niż grasującego stada wilków oraz zimnego wichru. Pomimo takich zapewnień nie pokazali się jeszcze w wiosce. Nawet Tam unikał dalszych wypraw w takie dni. Dał jednak słowo, że dostarczy trunki, nawet gdyby miało się to stać tuż w przeddzień święta. Raz dane słowo było dla niego nieodwołalne. Rand z kolei zwyczajnie cieszył się, że wreszcie opuści farmę, cieszył się z tego prawie tak samo, jak z nadejścia Bel Tine.

Wpatrywał się w swoją stronę drogi i powoli narastało w nim przekonanie, że jest obserwowany. Próbował pozbyć się jakoś tego uczucia. Nic przecież nie poruszało się wśród drzew, wszystkie odgłosy, jakie docierały do jego uszu, były dziełem wiatru. Nieprzyjemne wrażenie wciąż jednak uporczywie trwało, co więcej, potęgowało się nawet. Włosy na przedramionach zjeżyły mu się, mrowienie rozeszło po skórze, jakby coś swędziało od wewnątrz.

Przesunął z irytacją łuk, aby rozetrzeć ramiona. Nie powinien tak łatwo ulegać wszystkim przelotnym fantazjom. Po tej stronie drogi las był pusty, a Tam powiedziałby przecież, gdyby coś działo się po jego stronie. Spojrzał przez ramię… i zmrużył oczy. Nie dalej jak w odległości dwudziestu piędzi podążał za nimi otulony płaszczem człowiek na koniu. Koń oraz jeździec byli identyczni — czarni, posępni, matowi.

Tylko nawyk, wykształcony przez długie wędrówki przy wozie, powstrzymał odruchowe pragnienie cofnięcia się.

Płaszcz jeźdźca zakrywał go aż po cholewy długich butów, kaptur miał naciągnięty tak mocno, że nic nie było spod niego widać. Rand niejasno zdał sobie sprawę, iż jest w nim coś dziwnego, zafascynowało go ocienione rozcięcie kaptura. Dostrzegał jedynie niewyraźny obrys twarzy, ale miał wrażenie, że spogląda prosto w oczy jeźdźca. I nie potrafił odwrócić wzroku. Poczuł mdłości w żołądku. Cień tylko można było dostrzec pod kapturem, lecz poczuł wrogość tak silną, jakby patrzył wprost w wyszczerzoną twarz ziejącą nienawiścią do wszystkiego co żyje. Nienawiścią przede wszystkim do niego, Randa, do niego przed wszystkim innym. Nagle zahaczył obcasem o kamień i potknął się, odrywając wzrok od ciemnego jeźdźca. Łuk upadł na drogę i tylko wysunięta ręka, chwytając uprząż Beli uchroniła go przed upadkiem na plecy. Z przestraszonym parsknięciem klacz stanęła, odrzucając łeb do tyłu.

Tam zmarszczył brwi i spojrzał ponad jej grzbietem.

— Wszystko w porządku, chłopcze?

— Jeździec — wydyszał Rand, prostując się. — Obcy, jedzie za nami.

— Gdzie?

Starszy mężczyzna uniósł szerokie ostrze swej włóczni i obejrzał się czujnie.

— Tam, przy…

Gdy Rand odwrócił się, słowa zamarły mu na ustach. Droga za nimi była pusta. Nie dowierzając, przypatrywał się drzewom po obu stronach traktu. Mimo iż nagie gałęzie nie dawały możliwości schronienia, nigdzie nie było nawet śladu konia ani jeźdźca. Napotkał pytający wzrok ojca.

— On tam był. Człowiek w czarnym płaszczu, na czarnym koniu.

— Nie wątpię w twe słowa, chłopcze, ale wobec tego gdzież się teraz podział?

— Nie wiem. Był tam.

Szybko podniósł upuszczony łuk, pospiesznie sprawdzając naciąg. Nasadził strzałę i napiął go do połowy, potem powoli zwolnił cięciwę. Nie miał w co celować.

— Był, przed chwilą.

Tam potrząsnął siwą głową.

— Jeżeli tak mówisz, chłopcze. Chodźmy więc. Koń zostawia ślady podków, nawet na takim podłożu. — Ruszył w stronę tyłu wozu, jego płaszcz powiewał na wietrze. — Jeżeli je znajdziemy, będziemy wiedzieli z pewnością, że tam był, jeżeli nie… cóż, są takie dni, kiedy widuje się różne rzeczy.

Wtedy Rand uświadomił sobie, co jeszcze dziwacznego było w jeźdźcu, pomijając w ogóle fakt jego istnienia. Wiatr, który z taką siłą uderzał w niego i w Tama, nie poruszył nawet fałdy czarnego płaszcza. Nagle zaschło mu w ustach. Rzeczywiście, musiał wszystko sobie wyobrazić. Ojciec ma rację, to poranek, który potrafi wzburzyć ludzką wyobraźnię. Ale sam nie wierzył w swoje wyjaśnienia. Jak jednak mógł wytłumaczyć Tamowi, że człowiek nagle rozpłynął się w powietrzu, nadto jeszcze odziany był w płaszcz, którego nie dotykał wiatr?

Z grymasem strachu obejrzał drzewa rosnące wokół. Wyglądały inaczej niż zwykle. Niemalże od czasu, gdy już umiał chodzić, przemierzał samotnie las. Stawy i strumienie Lasu Rzeki, rozciągającego się na wschód od Pola Emonda, były miejscem, gdzie uczył się pływać. Wyprawiał się na Piaskowe Wzgórza — które wielu z Dwu Rzek uważało za przynoszące nieszczęście — a raz nawet, wraz z najbliższymi przyjaciółmi, Matem Cauthonem i Perrinem Aybara, zawędrował do samych podnóży Gór Mgły. Dużo dalej więc, niźli ludzie z Pola Emonda kiedykolwiek się wyprawiali. Dla nich podróż do najbliższej wioski, w górę do Wzgórza Czat czy w dół do Deven Ride, stanowiła już wielkie wydarzenie. Nigdzie jednak nie napotkał miejsca, które napawałoby go takim niepokojem. A przecież dzisiaj Zachodni Las nie był taki, jakim go znał. Człowiek, potrafiący znikać tak nagle, jest w stanie równie nagle się pojawić, być może tuż za nimi.

— Nie, ojcze, nie ma potrzeby.

Gdy Tam zatrzymał się zaskoczony, Rand zaciągnął kaptur płaszcza, ukrywając zmieszanie.

— Przypuszczalnie masz rację. Nie ma sensu szukać czegoś, czego tu nie ma. Nie teraz, gdy musimy się spieszyć, aby dotrzeć do wioski i schronić przed wiatrem.

— Mógłbym zapalić fajkę — powiedział Tam wolno — i wypić kufel piwa w cieple… — Znienacka szeroko się uśmiechnął. — No i spodziewam się, że ty jesteś spragniony widoku Egwene.

Rand zdobył się na słaby uśmiech. Wśród wszystkich rzeczy, o których mógłby teraz myśleć, córka burmistrza zajmowała ostatnie miejsce. Nie chciał więcej zamieszania. Przez ostatni rok, ilekroć byli razem, powodowała w nim narastającą konfuzję. Co gorsza, nie wydawała się być nawet tego świadoma. Nie, z pewnością nie chciał dodawać Egwene do swych obecnych zmartwień.

Miał nadzieję, że ojciec nie zauważył jego niepokoju, ale Tam nagle odezwał się:

— Pamiętaj o płomieniu, chłopcze, i o pustce. Tam nauczył go kiedyś dziwnej rzeczy.

„Skoncentruj się na pojedynczym płomieniu i przelej w niego wszystkie swoje namiętności, strach, nienawiść, gniew, aż twój umysł opróżni się. Zlej się z pustką, stańcie się jednym — powiedział wówczas — wtedy będziesz w stanie zrobić wszystko”.

Nikt inny w Polu Emonda nie mówił takich rzeczy. Niemniej jednak Tam, ze swą teorią płomienia i pustki, bez trudu wygrywał doroczne zawody łucznicze podczas Bel Tine. Rand uważał, że on sam ma szanse w tym roku, jeśli oczywiście potrafi wytrwać w pustce.

To, że Tam przywołał ją teraz, oznaczało, iż zdawał sobie sprawę z jego niepokoju, dalej jednak nie poruszał już tego tematu.

Tam cmoknął, Bela ruszyła, podjęli swą wędrówkę. Starszy mężczyzna kroczył prosto, jak gdyby nic niepomyślnego się nie zdarzyło i zdarzyć nie mogło. Rand żałował, że nie potrafi go naśladować. Próbował uformować pustkę w umyśle, ale pamięć wciąż wracała ku obrazowi jeźdźca w czarnym płaszczu.

Pragnął wierzyć, że Tam miał rację, że jeździec był wyłącznie urojeniem, lecz zbyt dobrze pamiętał tę nienawiść. Tam był ktoś. I ten ktoś oznaczał nieszczęście. Nie przestawał oglądać się za siebie, do czasu aż otoczyły ich wysokie, szpiczaste, kryte strzechą dachy Pola Emonda.

Wieś leżała blisko Zachodniego Lasu, w miejscu, gdzie rozrzedzał się tak, że ostatnie drzewa stały pomiędzy solidnie zbudowanymi domami. Teren opadał łagodnie w kierunku wschodnim. Aż do Lasu Rzeki, po jego gmatwaninę strumieni i stawów, ciągnęły się drzewa, farmy, ogrodzone pola i pastwiska. Ziemia na zachodzie była równie żyzna, a pastwiska bujne przez większość sezonów, pomimo to w Zachodnim Lesie istniało jedynie kilka farm. I żadna z nich nie rozpościerała się do Piaskowych Wzgórz, nie mówiąc już o wznoszących się ponad szczytami drzew Górach Mgły, odległych, lecz wyraźnie widocznych z Pola Emonda. Niektórzy mówili, że grunt jest tu zbyt skalisty, jakby wszędzie w Dwu Rzekach nie było skał, inni mówili, że to pechowa ziemia. Kilku mruczało, że nie ma sensu zbliżać się bardziej do gór niźli to konieczne. Jakiekolwiek jednak byłyby rzeczywiste powody, tylko najtwardsi ludzie uprawiali ziemię na obszarze Zachodniego Lasu.

Kiedy tylko minęli pierwszy szereg domów, małe dzieci i psy obskoczyły wóz radosnym mrowiem. Bela stąpała spokojnie, ignorując wrzeszczących wyrostków miotających się pod jej nosem, goniących się, toczących kółka. Przez ostatnie miesiące we wsi niewiele słychać było dziecięcego śmiechu i zabawy. Nawet gdy pogoda poprawiła się wystarczająco, by mogły wychodzić na zewnątrz, strach przed wilkami zatrzymywał je w domach. Teraz wszystko wyglądało tak, jakby zbliżające się Bel Tine na powrót nauczyło je radości.

Święto równie mocno absorbowało uwagę dorosłych. Szerokie zasłony były odsunięte i prawie w każdym oknie stała kobieta przepasana fartuchem, z długimi warkoczami zawiniętymi w chustę. Trzepały pościele albo przewieszały materace przez parapety. Niezależnie od tego, czy pojawiły się liście na drzewach czy nie, żadna gospodyni nie pozwoliłaby sobie nie skończyć wiosennych porządków przed nadejściem Bel Tine. Wzdłuż drogi zwisały rozciągnięte na linach pledy, a dzieci, które nie były dość sprytne i szybkie, by uciec na ulicę, za pomocą wiklinowych trzepaczek wyładowywały swoją frustrację na dywanach. Na każdym dachu mężczyźni sprawdzali, czy zimowe zniszczenia są tak duże, by istniała konieczność wezwania starego Cenna Buie, strzecharza.

Kilka razy Tam przystawał, wdając się to z jednym, to z drugim w krótką rozmowę. Ponieważ on i Rand nie opuszczali farmy od wielu tygodni, a w ostatnim czasie jedynie kilku ludzi z Zachodniego Lasu odwiedziło wioskę, każdy chciał w ten sposób odrobić zaległości. Tam mówił o zniszczeniach spowodowanych przez zimowe burze, jedna gorsza od drugiej, o nowo narodzonych jagniętach, o brązowych, jałowych polach, gdzie miały już kiełkować plony i zielenić się pastwiska, o krukach zbierających się tam, gdzie przedtem przylatywały śpiewające ptaki. Ponura rozmowa pośród przygotowań do Bel Tine i wiele potrząsania głowami. Wszędzie dominowały podobne nastroje.

Większość mężczyzn wzruszała ramionami i mówiła:

— Cóż, przeżyjemy, z woli Światłości. Niektórzy uśmiechali się i dodawali:

— A nawet i bez niej, też przeżyjemy.

Takie były nastroje w Dwu Rzekach. Ludzie, zmuszeni patrzeć, jak grad wciąż niszczy im plony albo wilki porywają jagnięta, nie poddawali się łatwo, nieważne, jak wiele razy się to zdarzało. Większość z tych, którzy zrezygnowali, dawno już odeszła.

Tam nie miał zamiaru stawać przed domem Wita Congara, ten jednak wyszedł na ulicę, tak że musieli albo zatrzymać się, albo pozwolić Beli go przejechać. Congarowie, a także Coplinowie — te dwie rodziny były tak mocno wymieszane, że nikt naprawdę nie wiedział, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga — byli znani od Wzgórza Czat do Deven Ride, a być może nawet aż po Taren Ferry, ze swego narzekania i zdolności przysparzania kłopotów.

— Muszę odstawić to do Brana al’Vere, Wit — powiedział Tam, wskazując ruchem głowy beczki na wozie, ale kościsty mężczyzna nie ustąpił. Wylegiwał się dotąd na frontowych schodach, zamiast być na dachu jak inni, mimo iż jego strzecha dramatycznie domagała się uwagi pana Buie. Wydawał się człowiekiem, który nigdy nie był w stanie podjąć, czy skończyć tego, co raz rozpoczął. Większość Coplinów i Congarów była właśnie taka.

— Co mamy zrobić z Nynaeve, al’Thor? — dopytywał się Congar. — Nie możemy mieć takiej Wiedzącej w Polu Emonda.

Tam westchnął ciężko:

— To nie nasza sprawa, Wit. Sprawami Wiedzącej powinny zajmować się kobiety.

— Cóż, lepiej zróbmy coś, al’Thor. Powiedziała, że zima będzie łagodna i że będziemy mieli dobre zbiory. Teraz, gdy spytasz ją, co niesie wiatr, patrzy na ciebie spode łba, odwraca się i odchodzi.

— Jeżeli pytałeś ją w taki sposób, w jaki zwykłeś to czynić, Wit — odparł cierpliwie Tam — to miałeś szczęście, że nie zbiła cię swoją laską. Teraz, jeśli pozwolisz, tę brandy…

— Nynaeve al’Meara jest po prostu za młoda, aby być Wiedzącą, al’Thor. Jeżeli Koło Kobiet nic nie zrobi, to zajmie się tym Rada Wioski.

— Dlaczego interesujesz się Wiedzącą, Wicie Congar? — rozległ się kobiecy głos.

Wit cofnął się, gdy z domu wyszła jego żona. Daise Congar była dwukrotnie szersza od niego. Kobieta o ostrej twarzy pozbawiona nawet uncji tłuszczu. Utkwiła wzrok w mężu, opierając pięści na biodrach.

— Będziesz próbował wtrącać się w sprawy Koła Kobiet, a zobaczymy, jak będzie ci smakować własne gotowanie. I to do tego nie w mojej kuchni. Albo pranie własnych rzeczy i samodzielne ścielenie łóżka. Bynajmniej nie pod moim dachem.

— Ależ, Daise — zajęczał Wit. — Ja tylko…

— Pozwolę sobie przeprosić, Daise — wtrącił się Tam. — Wit.

Niech Światłość opromienia was oboje.

Poprowadził Belę obok chudego mężczyzny. Daise obecnie skoncentrowała uwagę na mężu, ale w każdej chwili mogła zauważyć, z kim Wit rozmawia.

Z tego samego powodu nie przyjmowali też zaproszeń, aby zatrzymali się i zjedli lub wypili coś ciepłego. Na widok Tama kobiety z wioski zaczynały zachowywać się jak psy osaczające królika. Nie było wśród nich takiej, która nie znałaby doskonałej żony dla wdowca z dobrą farmą, nawet jeżeli ta znajdowała się w Zachodnim Lesie.

Rand szedł obok równie szybko jak Tam, może nawet szybciej. Nie znosił tego uczucia przyparcia do muru, które opanowywało go, gdy Tama nie było w pobliżu, a on nie miał możliwości ucieczki przed natręctwem. Wtłoczony na taboret przy kuchennym ogniu jadał pasztety, słodkie ciasta czy placki z mięsem. I zawsze oczy gospodyni mierzyły go i ważyły starannie, jakby centymetrem albo kupiecką wagą, kiedy mówiła mu, że to, co je, nie jest nawet w przybliżeniu tak dobre, jak kuchnia jej owdowiałej siostry lub starszej kuzynki. Tam nie staje się przecież młodszy, mówiły. To dobrze, że tak kochał żonę — dobrze to wróży następnej kobiecie w jego życiu — lecz opłakuje ją przecież już zbyt długo. Tam potrzebuje dobrej kobiety. Jest banałem, mówiły, lub czymś do niego bardzo zbliżonym, że mężczyzna po prostu nie daje sobie rady bez kobiety, która dba o niego i odsuwa wszelkie kłopoty. Najgorsze ze wszystkich były te, które rozważnie przerywały w tym miejscu, aby z wypracowaną obojętnością zapytać, ile właściwie Tam ma obecnie lat.

Jak u większości ludzi z Dwu Rzek charakter Randa wyposażony był w silną domieszkę uporu. Obcy mówili nawet, że to właśnie upór jest główną cechą tamtejszych ludzi, że mogliby dawać lekcje mułom i uczyć kamienie. Większość kobiet przez cały czas była nawet miła i uprzejma, ale on nienawidził jakiegokolwiek przymusu, one zaś sprawiały, że czuł się jakby go kłuto szpilkami. Dlatego szedł szybko, pragnąc, by Tam popędził konia.

Wkrótce ulica wyprowadziła ich na Łąkę, rozległy obszar pośrodku wioski. Pokryty zazwyczaj grubą warstwą darni, tej wiosny ukazywał tylko kilka świeżych skrawków, pomiędzy żółtawym brązem zeszłorocznej roślinności i czernią nagiej ziemi. Kołysało się na niej stadko gęsi. Paciorkowatymi oczyma badały grunt, nie znajdując jednak nic do wydziobania. Nieco dalej ktoś spętał mleczną krowę, aby obgryzła mizerne źdźbła.

W zachodnim końcu Łąki, z niskiej kamiennej odkrywki wytryskiwała Winna Jagoda, strumieniem, który nigdy nie zanikał, na tyle silnym, by przewrócić człowieka i na tyle słodkim, by po kilkakroć obronić swą nazwę. Na wiosnę gwałtownie rozszerzająca się rzeka, wtulona w porośnięte wierzbami brzegi, biegła bystro na wschód, aż do młyna pana Thane, a potem dalej, do miejsca, gdzie rozdzielała się na tuziny strumieni w bagiennych głębinach Lasu Rzeki. Dwa niskie, wyposażone w balustrady mosty przecinały mały jasny strumień na Łące, a szerszy od nich Most Wozów, wystarczająco mocny, by utrzymać fury, przekraczał go w miejscu, w którym Droga Północna opadająca z Taren Ferry i Wzgórza Czat, stawała się Starą Drogą prowadzącą do Deven Ride. Obcym czasami wydawało się śmieszne, że droga nosi inną nazwę w kierunku północnym, a inną w południowym, lecz tak było zawsze, jak ktokolwiek w Polu Emonda sięgał pamięcią. Dla ludzi z Dwu Rzek był to wystarczająco dobry powód.

Po drugiej stronie mostów ustawiono już stosy na ognie Bel Tine. Trzy pieczołowicie zbudowane sterty pni, prawie tak wysokie jak domy, znajdowały się, oczywiście, z boku na oczyszczonej ziemi. Na Łące miały odbywać się te elementy święta, dla których nie przewidziano miejsca wokół ognia.

W pobliżu źródła kilka starszych kobiet śpiewało miękko, strojąc Wiosenny Słup. Umieszczony już w specjalnie wykopanym dole, pozbawiony gałęzi, prosty, wysmukły pień jodły wznosił się na wysokość dziesięciu stóp. Nieopodal dziewczęta zbyt młode, by splatać włosy, siedziały w małej grupie, ze skrzyżowanymi nogami i patrząc zazdrośnie, co jakiś czas powtarzały urywki pieśni śpiewanej przez kobiety.

Tam cmoknął na Belę, jakby chciał ją zmusić do szybszego kroku, Rand natomiast w wystudiowany sposób starał się nie dostrzegać tego, co robiły kobiety. Rankiem, gdy mężczyźni odnajdują słup, oczekuje się od nich zaskoczenia, w południe zaś niezamężne kobiety tańczą wokół niego, oplatając go długimi, kolorowymi wstążkami, podczas gdy nieżonaci mężczyźni śpiewają. Nikt nie wiedział, jakie było pochodzenie i przyczyna powstania tego zwyczaju — jeszcze jedna z rzeczy istniejących w sposób, w który istniały zawsze — lecz było to usprawiedliwienie śpiewu i tańca, a nikt w Dwu Rzekach specjalnego wytłumaczenia dla tego obrzędu nie potrzebował.

Cały dzień Bel Tine pochłoną śpiewy, tańce i świętowanie, przewidziano też wyścigi biegaczy i zawody niemalże we wszystkich konkurencjach. Nagrody zbiorą nie tylko łucznicy, lecz także najzręczniej strzelający z procy i najlepiej władający pałką. Będą konkursy rozwiązywania zagadek oraz układanek, przeciąganie liny, podnoszenie i miotanie ciężarami, nagrody dla najwspanialszego śpiewaka, skrzypka i tancerza, dla tego, który najszybciej ostrzyże owcę, a nawet dla najlepszych graczy w kule czy strzałki.

Święto Bel Tine przypadało na dzień, w którym wiosna przychodzi naprawdę i na dobre, gdy rodzą się pierwsze jagnięta i wschodzą pierwsze plony. Pomimo chłodu w powietrzu nikt jednak nie wpadł na pomysł, by je odłożyć. Wszystkim należało się trochę śpiewu i tańca. A jeśli można było wierzyć pogłoskom, ukoronowaniem święta miał być wielki pokaz fajerwerków na Łące — oczywiście, jeśli na czas zdąży dotrzeć do wioski pierwszy tegoroczny handlarz. Wywoływało to zrozumiałe poruszenie, ostatni taki pokaz odbył się przed dziesięciu laty, a rozmawiano o nim jeszcze do dzisiaj.

Karczma „Winna Jagoda” stała na wschodnim krańcu Łąki, tuż za Mostem Wozów. Parter zbudowany był z kamieni rzecznych, natomiast materiał fundamentów stanowił kamień dużo starszy, przywieziony z gór, jak powiadali niektórzy. Wymyte aż do bieli pierwsze piętro — na którym od dwudziestu lat mieszkał wraz z żoną i córkami Brandwelyn al’Vere, karczmarz i jednocześnie burmistrz Pola Emonda — wystającym balkonem otaczało cały budynek. Dach z czerwonej dachówki, jedyny taki w całej wiosce, połyskiwał w bladym słońcu. Dymiły cztery spośród tuzina wysokich kominów.

Za południowym krańcem gospody, z dala od strumienia, rozciągały się pozostałości szerszych kamiennych fundamentów, ongiś stanowiących jej część — tak przynajmniej powiadano. Pośrodku rósł ogromny dąb, z pniem o obwodzie trzydziestu kroków, z rozpostartymi gałęziami grubości człowieka. Latem ich liście ocieniały stoły i ławy, które Bran al’Vere rozstawiał pod drzewem, aby ludzie mogli się uraczyć winem i zakosztować chłodnego powiewu, podczas gdy rozmawiali lub grali w kamienie.

— Jesteśmy na miejscu, chłopcze. — Tam sięgnął do uprzęży Beli, lecz ona zatrzymała się przed gospodą, zanim jeszcze jego ręka dotknęła skóry. — Zna drogę lepiej niż ja — zaśmiał się cicho. Nim zamarło ostatnie skrzypnięcie osi, przed oberżą pojawił się Bran al’Vere. Jak zawsze wydawał się stąpać nazbyt lekko jak na człowieka jego tuszy, dwukrotnie przewyższającej czyjąkolwiek w wiosce. Pod rzadką grzywką siwych włosów okrągłą twarz przecinał uśmiech. Nie bacząc na ziąb, karczmarz był w samej koszuli, wokół pasa owinął nieskazitelnie biały fartuch. Na szyi zawiesił srebrny medalion w kształcie układu zrównoważonych szalek. Ten medalion, wraz z pełnym kompletem instrumentów służących do ważenia monet otrzymywanych od kupców przybywających z Baerlon po wełnę i tytoń, stanowił symbol urzędu burmistrza. Bran nosił go wtedy, gdy załatwiał interesy, a także podczas świąt i ślubów. Nałożył go dzisiaj zapewne dlatego, iż była to Noc Zimowa, noc poprzedzająca Bel Tine, w czasie której wszyscy odwiedzają się nawzajem, wymieniając drobne podarunki, jedząc i popijając po trochu w każdym domu.

„Po takiej zimie — myślał Rand — przypuszczalnie uważa Zimową Noc za wystarczający powód i nie chce czekać do jutra”.

— Tam! — krzyknął burmistrz, spiesząc ku nim. — Niechże mnie Światłość oświeca, dobrze cię w końcu widzieć. I ciebie też Rand. Jak się masz, mój chłopcze?

— Dobrze, panie al’Vere — odparł Rand. — A pan?

Bran jednak nie odpowiedział, całą swą uwagę zwracając na Tama.

— Już prawie zaczynałem myśleć, że tego roku nie dowieziesz nam brandy. Nigdy dotąd nie czekałem tak długo.

— Nie miałem ochoty opuszczać farmy w taki czas, Bran — odparł Tam. — Te wilki. Ta pogoda.

Bran westchnął ciężko.

— Byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś miał ochotę mówić o czymś innym niż o pogodzie. Wszyscy się na nią skarżą, a ludzie, którzy powinni sami wiedzieć lepiej, oczekują ode mnie, że ją poprawię. Ostatnie dwadzieścia minut spędziłem, wyjaśniając pani al’Donel, że nic nie mogę zrobić w sprawie bocianów. Chociaż to, czego ona się po mnie spodziewa…

Pokręcił głową.

— Zły znak — obwieścił skrzypiący głos. — Żaden bocian nie założył gniazda przed Bel Tine. — Cenn Buie, powykrzywiany i sczerniały niczym stary korzeń, kroczył w kierunku Tama i Brana, podpierając się laską prawie tak wysoką jak on sam i równie sękatą. Spojrzeniem okrągłego oka usiłował objąć obu mężczyzn jednocześnie. — Będzie jeszcze gorzej, zapamiętacie moje słowa.

— Cóż to, zostałeś wieszczem interpretującym znaki? — sucho spytał Tam. — Czy też słuchasz wiatru jak Wiedząca? Plotek jest z pewnością wystarczająco dużo. Niektóre powstają niedaleko stąd.

— Kpijcie sobie, jeśli chcecie — zamruczał Cenn. — Ale jeżeli nie będzie wystarczająco ciepło, aby zboża wkrótce wykiełkowały, niejedna piwnica opróżni się, zanim nadejdą zbiory. Następnej zimy jedynymi mieszkańcami Dwu Rzek będą wilki i kruki. O ile w ogóle będzie następna zima. Być może będzie wciąż jedna i ta sama.

— A to co miałoby znaczyć? — rzekł ostro Bran.

Cenn rzucił mu smutne spojrzenie.

— Nie mam nic dobrego do powiedzenia o Nynaeve al’Meara. Wiecie o tym. Z jednej strony jest zbyt młoda, by… Nieważne. Koło Kobiet nie pozwala Radzie Wioski nawet mówić o swoich sprawach, mimo że one wtrącają się do naszych, kiedy tylko chcą, a więc prawie przez cały czas, lub coś koło tego…

— Cenn — wtrącił się Tam — czy są na to jakieś dowody?

— Są dowody, al’Thor. Gdy spytać Wiedzącą, kiedy skończy się zima, to odwraca się i odchodzi. Być może nie chce przekazać nam tego, co powiedział jej wiatr. Być może usłyszała, że zima nie skończy się nigdy. Być może zima będzie trwała dopóty, dopóki Koło się nie obróci i Wiek nie dobiegnie kresu. Oto moje dowody.

— A być może owce zaczną latać — odciął się Tam. Bran uniósł ręce.

— Niech mnie Światłość chroni przed głupcami. Zasiadasz przecież w Radzie Wioski, czemu więc rozpowszechniasz to, czego naopowiadał Coplin? A teraz posłuchaj. Mamy wystarczająco dużo kłopotów bez…

Rand poczuł silne szarpnięcie za rękaw. Ściszony głos, przeznaczony tylko dla jego uszu, odwrócił uwagę od rozmowy starszych.

— Chodź, Rand, dopóki się kłócą. Zanim zapędzą cię do roboty.

Rand spojrzał w dół i uśmiechnął się. Mat Cauthon przykucnął za wozem w taki sposób, że Tam, Bran i Cenn nie mogli go zobaczyć, chude ciało wygiął jak szyję bociana.

Brązowe oczy jak zwykle iskrzyły się psotą.

— Dav i ja złapaliśmy wielkiego starego borsuka, jest bardzo zły, że wyciągnęliśmy go z nory. Chcemy go wypuścić na Łące i przestraszyć dziewczyny.

Uśmiech Randa stał się szerszy. Pomysł nie wydawał mu się już tak zabawny, jak rok lub dwa lata temu, Mat jednak zdawał się nigdy nie dorastać. Rzucił szybkie spojrzenie na ojca — mężczyźni zbliżywszy głowy, mówili jeden przez drugiego — potem zniżył głos:

— Obiecałem rozładować jabłecznik. Myślę jednak, że spotkamy się później.

Mat wywrócił oczy ku górze.

— Nosić beczki! Niech sczeznę, wolałbym raczej grać w kamienie ze swoją niańką. Dobrze, wiem o ciekawszych rzeczach niż borsuk. Mamy obcych w Dwu Rzekach. Zeszłego wieczoru…

Rand na moment wstrzymał oddech.

— Mężczyzna na koniu? — zapytał z przejęciem. — Człowiek w czarnym płaszczu, na czarnym koniu? W płaszczu, który nie porusza się na wietrze?

Uśmiech zgasł na twarzy Mata, jego głos zmienił się w zachrypły szept.

— Też go widziałeś? Myślałem, że tylko ja. Nie śmiej się, Rand, jestem śmiertelnie przerażony.

— Nie śmieję się. Mnie też wystraszył. Mógłbym przysiąc, że on mnie nienawidzi, że pragnie mnie zabić.

Rand zadrżał. Do dzisiejszego dnia nie wyobrażał sobie, że ktoś mógłby chcieć go zabić, naprawdę chcieć go zabić. Takie rzeczy nie zdarzały się w Dwu Rzekach. Bójki na pięści, pojedynki zapaśnicze, ale nie zabijanie.

— Nie wiem nic o nienawiści, Rand, ale przeraził mnie wystarczająco. Nic nie robił, tylko siedział na koniu i patrzył na mnie, było to tuż za wsią, nigdy w życiu nie byłem tak przestraszony. Przestałem patrzeć tylko na chwilę, nie było to łatwe, sam pomyśl, a kiedy spojrzałem znowu, on zniknął. Krew i popioły! To się stało trzy dni temu, a ja wciąż nie mogę przestać o tym myśleć. Ciągle oglądam się za siebie. — Mat usiłował się roześmiać, ale dźwięk, jaki z siebie wydobył, bardziej przypominał krakanie. — Śmieszne, jak przerażenie może zawładnąć człowiekiem. Myśli się o dziwnych rzeczach. Teraz pomyślałem, w tej chwili, wyobraź sobie, że mógł to być sam Czarny.

Znowu próbował się roześmiać, lecz tym razem w ogóle nie wydobył z siebie głosu.

Rand głęboko wciągnął powietrze. Zwyczajnie dla przypomnienia oraz być może też z innych powodów, wyrecytował:

— Czarny oraz wszyscy Przeklęci, uwięzieni są w Shayol Ghul, za Wielkim Ugorem, uwięzieni przez Stwórcę w momencie Stworzenia, uwięzieni po kres czasu. Dłoń Stwórcy chroni świat, a Światłość opromienia nas wszystkich. — Wciągnął powietrze i kontynuował: — A nawet jeśliby się uwolnił, cóż miałby robić Pasterz Nocy w Dwu Rzekach, obserwując farmerów?

— Nie mam pojęcia. Ale wiem na pewno, że ten jeździec jest… złem. Nie śmiej się. Przysięgam. Może to był Smok.

— Jesteś pełen radosnych myśli, nieprawdaż? — mruknął Rand. — Mówisz gorsze rzeczy niż Cenn.

— Matka zawsze mówiła, że Przeklęci przyjdą mnie porwać, jeżeli się nie poprawię. Jeśli kiedykolwiek widziałem kogoś, kto mógł wyglądać jak Ishamael czy Aginor, to był właśnie on.

— Każda matka straszy dzieci Przeklętymi — powiedział sucho Rand — lecz większość z nich z tego wyrasta. Dlaczego nie miałby to być Pomor, jeśli już przy tym jesteśmy?

Mat popatrzył na niego.

— Nie byłem tak przerażony od… Nie, nigdy nie byłem tak przerażony, nie chciałem się tylko do tego przyznać.

— Ja również. Ojciec myślał, że przestraszyłem się cieni drzew. Mat posępnie pokiwał głową, po czym oparł się o koło.

— Mój też tak myśli. Powiedziałem tylko Davowi i Elamowi Dowtry. Od tego czasu wypatrują jak jastrzębie, ale niczego nie widzieli. Teraz Elam myśli, że usiłowałem go nabrać. Dav uważa, że jeździec jest z dołu, z Taren Ferry, że to złodziej owiec albo kurczaków. Złodziej kurczaków!

Zamilkł obrażony.

— Tak czy siak, to wszystko pewnie głupstwa — stwierdził ostatecznie Rand. — Może to rzeczywiście tylko złodziej owiec.

Usiłował sobie to wyobrazić, ale było to równie skuteczne, jak wyobrażanie sobie wilka zajmującego kocie miejsce przed mysią dziurą.

— A mnie nie podobał się sposób, w jaki na mnie patrzył. Tobie również, sądząc ze sposobu, w jaki o tym mówisz. Powinniśmy o tym komuś opowiedzieć.

— Zrobiliśmy to już, Mat, i nikt nam nie uwierzył. Możesz sobie wyobrazić przekonywanie pana al’Vere, który go nigdy nie widział? Wysłałby nas do Nynaeve, żeby sprawdziła, czy nie jesteśmy chorzy.

— Teraz jest nas dwóch. Nikt nie uwierzy, że obaj to sobie wymyśliliśmy.

Rand podrapał się po głowie, zastanawiając się, co powiedzieć. Mat był kimś w rodzaju wioskowego błazna. Niewielu ludzi uniknęło jego kawałów. Jego imię pojawiało się zawsze tam, gdzie pranie spadło ze sznura w błoto lub gdy rozluźniony popręg zrzucał kogoś na drogę. Mata nie musiało być w pobliżu. Jego poparcie mogło więc być gorsze niż żadne.

Po chwili Rand powiedział:

— Twój ojciec mógłby pomyśleć, że namówiłeś mnie do tego, a mój…

Popatrzył ponad wozem, tam gdzie mężczyźni rozmawiali i stwierdził, że ojciec patrzy na niego. Burmistrz wciąż pouczał Cenna, który przyjmował połajanki w ponurym milczeniu.

— Dzień dobry, Matrim! — przywitał się serdecznie Tam, stawiając beczułkę brandy na burcie wozu. — Widzę, że przyszedłeś pomóc Randowi rozładować jabłecznik, dobry chłopcze.

Przy pierwszych słowach Mat zerwał się na nogi i natychmiast zaczął się wycofywać.

— Dzień dobry panu, panie al’Thor. I panu, panie al’Vere. Panie Buie. Niech Światłość was opromienia. Tato właśnie wysłał mnie, abym…

— Pomógł, oczywiście — powiedział Tam. — I nie ma również wątpliwości, ponieważ jesteś chłopcem, który wykonuje swoje zadania od razu. Sądzi, że dawno już to załatwiłeś. Dobrze więc, im szybciej wniesiecie jabłecznik do piwnicy pana al’Vere, tym szybciej zobaczycie barda.

— Bard! — wykrzyknął Mat, który zamierał bez ruchu każdorazowo, gdy Bran go zagadnął. — Kiedy on tu będzie?

Odkąd Rand pamiętał, jedynie dwóch bardów przybyło do Dwu Rzek. Za pierwszym razem był jeszcze tak mały, że oglądał go, siedząc na ramionach Tama. Gościć tu jednego teraz, podczas Bel Tine, z harfą, fletem, opowieściami i wszystkim… Pole Emonda będzie mówić o tym święcie jeszcze przez dziesięć lat, nawet gdyby nie było żadnych fajerwerków.

— Głupstwa — zamruczał Cenn, ale ucichł, gdy Bran spojrzał na niego z całym majestatem urzędu burmistrza.

Tam oparł się o wóz, używając beczułki brandy jako podpórki dla ramienia.

— Tak, bard już jest tutaj. Zgodnie z tym, co mówi pan al’Vere, właśnie znajduje się w pokoju w oberży.

— Przyjechał w środku nocy. — Karczmarz potrząsnął głową z dezaprobatą. — Dobijał się do drzwi, aż obudził całą rodzinę. Gdyby nie święto, kazałbym mu zaprowadzić konia do stajni i spać tam razem z nim, bard czy nie bard. Wyobraźcie sobie, przyjeżdżać tak po nocy.

Rand spojrzał na niego ze zdumieniem. Nikt nocami nie podróżował poza wioską, nie teraz, i z pewnością nie sam. Strzecharz zamruczał znowu, zbyt cicho tym razem, by Rand zrozumiał więcej niż jedno czy dwa słowa: „szaleniec” oraz „nienaturalne”.

— Nie nosił czarnego płaszcza, prawda? — spytał nagle Mat. Brzuch Brana trząsł się ze śmiechu, kiedy mówił:

— Czarny! Jego płaszcz jest taki sam jak płaszcze wszystkich bardów. Więcej łat niż płaszcza i więcej kolorów, niż można sobie wyobrazić.

Rand roześmiał się głośno, śmiechem czystej ulgi. Groźny jeździec w czerni jako bard był pomysłem śmiesznym, ale… W zamyśleniu przyłożył dłoń do ust.

— Widzisz, Tam — rzekł karczmarz. — Tak mało było śmiechu w wiosce, odkąd nadeszła zima. Teraz wywołuje go nawet płaszcz barda. Samo to warte jest kosztów sprowadzenia go z Baerlon.

— Mów, co chcesz — odezwał się nagle Cenn. — Ja nadal twierdzę, że to głupie marnotrawienie pieniędzy. I te fajerwerki, na które się tak uparliście.

— A więc będą fajerwerki — rzekł Mat.

— Powinny już być tutaj miesiąc temu — ciągnął dalej Cenn — wraz z pierwszym tegorocznym handlarzem, ale on jeszcze się nie pojawił, prawda? Jeżeli nie przyjedzie do jutra, to co potem z nimi zrobimy? Mamy zorganizować następne święto tylko po to, aby je zużyć? Oczywiście, jeśli w ogóle je przywiezie.

— Cenn — westchnął Tam. — Masz w sobie tyle wiary, co człowiek z Taren Ferry.

— Więc gdzie on jest? Powiedz mi, al’Thor.

— Dlaczego nam nie powiedziałeś? — dopytywał się skrzywdzonym głosem Mat. — Cała wieś miałaby równie dużo radości z czekania co z barda, w każdym razie prawie tyle. Zobaczysz, jak się wszyscy przejmą samą pogłoską o fajerwerkach.

— Zobaczę — odparł Bran, obdarzając strzecharza długim spojrzeniem. — I jeżeli dowiem się, jak te wieści zaczęły się rozchodzić… Jeżeli zauważę, na przykład, że ktoś skarży się na niektóre rzeczy, w miejscach, gdzie mogą go słyszeć inni ludzie, podczas gdy te rzeczy mają być trzymane w sekrecie…

Cenn przełknął ślinę.

— Moje kości są za stare na ten wiatr. Jeżeli nie macie nic przeciwko temu, sprawdzę, czy pani al’Vere nie da mi trochę korzennego wina, by wygnać ziąb. Burmistrzu. Al’Thor.

Nim jeszcze skończył, już szedł w kierunku gospody. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Bran westchnął.

— Czasami myślę, że Nynaeve ma rację… Cóż, w tej chwili to nieistotne. Młodzi przyjaciele, pomyślcie przez chwilę. Wszyscy są podnieceni fajerwerkami, ale to tylko pogłoska. Pomyślcie, jakby się czuli, po całym tym czekaniu, gdyby handlarz nie zdążył na czas. A przy takiej pogodzie zupełnie nie wiadomo, kiedy przybędzie. Będą pięćdziesiąt razy bardziej zainteresowani bardem.

— I czuliby się pięćdziesiąt razy gorzej, gdyby nie przyjechał — powiedział wolno Rand. — Nawet Bel Tine nie podbudowałoby ich po tym wszystkim.

— Masz głowę na karku, kiedy decydujesz się jej używać — rzekł Bran. — Któregoś dnia Rand zastąpi cię w Radzie Wioski, Tam. Zapamiętaj moje słowa. W obecnej chwili na pewno nie zrobiłby więcej złego niż ktoś, kogo mógłbym wymienić.

— Nie wyładujemy wozu gadaniem — powiedział energicznie Tam, podając pierwszą beczułkę brandy burmistrzowi. — Mam ochotę na ciepło ogniska, fajkę i kufel twego znakomitego ale. — Zarzucił drugą beczułkę na ramię. — Jestem pewien, że Rand będzie ci wdzięczny za pomoc, Matrimie. Pamiętajcie, im szybciej wino znajdzie się w piwnicy…

Gdy Tam i Bran zniknęli w gospodzie, Rand popatrzył na przyjaciela.

— Nie musisz nosić. Dav nie utrzyma długo tego borsuka.

— Dlaczego nie? — spytał zrezygnowanym głosem Mat. — Jak twój tato powiedział, im szybciej będzie w piwnicy… — Podtrzymując beczułkę jabłecznika oburącz, pospieszył ku oberży. — Może Egwene jest gdzieś w pobliżu. Widok ciebie, wpatrującego się w nią jak ogłuszony wół, będzie równie dobry jak borsuk.

Rand przerwał na chwilę pakowanie łuku i kołczanu. Rzeczywiście, udało mu się wyrzucić ją ze swego umysłu. Samo w sobie było to dziwne. Ale ona i tak, prawdopodobnie, znajdowała się gdzieś w okolicy karczmy. Raczej nie miał szansy uniknąć tego spotkania. Prawda, upłynęły już tygodnie, odkąd widział ją po raz ostatni.

— No i co? — zawołał Mat. — Nie powiedziałem, że zrobię to sam. Nie jesteś jeszcze w Radzie Wioski.

Rand podniósł beczkę i ruszył za nim. Być może w ogóle jej tu nie będzie. Dziwne, ale ta możliwość nie sprawiła, żeby poczuł się lepiej.

ROZDZIAŁ 2

OBCY

Podczas gdy Rand i Mat przenosili pierwsze baryłki przez główną salę gospody, pan al’Vere zdążył już napełnić dwa kufle najlepszym brunatnym trunkiem, ale własnej roboty, utoczonym z beczułek zawieszonych na ścianie. Na ich szczycie przysiadł, otuliwszy łapy ogonem, Pazur, żółty kocur karczmarza. Tam przystanął przed wielkim kominkiem zbudowanym z rzecznego kamienia. W ręku trzymał długą fajkę wypełnioną tytoniem, który oberżysta przechowywał w eleganckiej puszce na gładkim gzymsie kominka. Sięgające do ramienia nadproże kominka zajmowało połowę ściany dużego, kwadratowego pomieszczenia. Trzaskający w palenisku ogień skutecznie przeganiał panujący na dworze chłód.

W dniu tak pełnym różnych zajęć, jakim jest wigilia Święta, Rand spodziewał się zastać w sali najwyżej Brana oraz swego ojca, no, może ewentualnie jeszcze kota, jednak na krzesłach z wysokimi oparciami, otoczeni chmurą niebieskiego dymu, siedzieli czterej członkowie Rady Wioski. Był z nimi Cenn. Tym razem nikt nie grał w kamienie, a wszystkie książki Brana stały równym rzędem na półce naprzeciw kominka. Nawet nie rozmawiano. Mężczyźni w milczeniu wpatrywali się w swoje kufle i niecierpliwie ssali fajki, czekając, aż Tam i Bran dołączą do nich.

W te dni zmartwienia były powszechnym udziałem członków Rad Wiosek, tak w Polu Emonda, jak i we Wzgórzu Czat, czy w Deven Ride. A nawet w Taren Ferry, chociaż tak naprawdę któż mógłby wiedzieć, co właściwie ludzie z Taren Ferry myślą o jakichkolwiek sprawach?

Oprócz dwu mężczyzn — kowala Harala Luhhana i młynarza Jona Thana — żaden z siedzących przy kominku nie zaszczycił spojrzeniem wchodzących chłopców. Potężnie umięśnione ramiona kowala były tak grube jak uda większości mężczyzn, wciąż miał na sobie długi skórzany fartuch, jakby przybiegł na spotkanie wprost z kuźni. Obrzucił chłopców przeciągłym spojrzeniem pełnym dezaprobaty, potem w wystudiowany sposób odwrócił się na krześle, powracając do swej fajki z długim ustnikiem.

Rand, zaciekawiony, zwolnił kroku, chwilę później jednak z trudem powstrzymał okrzyk. To Mat kopnął go w kostkę. Przyjaciel kilkakrotnie kiwnął głową w kierunku tylnych drzwi sali, a następnie szybko ruszył w ich kierunku. Nieznacznie powłócząc nogami, Rand wolno poszedł za nim.

— O co chodzi tym razem? — domagał się wyjaśnień, gdy tylko znaleźli się w korytarzu wiodącym do kuchni. — Omal nie złamałeś mi…

— To stary Luhhan — powiedział Mat, spoglądając ponad ramieniem Randa w kierunku sali. — Pewnie podejrzewa, że to ja…

Przerwał raptownie, gdy w drzwiach kuchni, wiodąc za sobą zapach świeżego chleba, pojawiła się pani al’Vere.

Na tacy niosła pikle, ser i świeżo upieczony bochenek, jeden z tych, którym słusznie zawdzięczała swoją sławę w okolicach Pola Emonda. Ten widok przypomniał Randowi, że właściwie od czasu, gdy zjadł kromkę chleba przed opuszczeniem farmy, nic jeszcze dzisiaj nie miał w ustach. Zaczęło mu żenująco burczeć w brzuchu.

Pani al’Vere, smukła kobieta, z grubym warkoczem siwiejących włosów przerzuconym przez ramię, objęła ich obu macierzyńskim uśmiechem.

— Jest tego więcej w kuchni, gdybyście byli głodni, a przyznam się, że nie spotkałam jeszcze chłopców w waszym wieku, którzy by nie mieli ochoty na jedzenie. Chłopców w jakimkolwiek wieku, jeżeli już o to chodzi. Może jednak będziecie woleli miodowe ciastka? Upiekłam je dziś rano…

Była jedną z niewielu zamężnych kobiet w okolicy, które nie próbowały odgrywać wobec Tama roli swatki. Jej macierzyński stosunek do Randa nigdy nie przekroczył granicy ciepłych uśmiechów i podsuwanych przekąsek, w ten sam sposób zresztą traktowała wszystkich mieszkających w okolicy młodzieńców. Od czasu do czasu patrzyła na niego w taki sposób, jakby chciała zrobić coś więcej, zawsze jednak poprzestawała na samych spojrzeniach i za to Rand był jej głęboko wdzięczny.

Nie czekając na odpowiedź, weszła do sali, a chwilę później panującą w niej ciszę wypełniły odgłosy odsuwania krzeseł, wydawane przez wstających mężczyzn i głośne okrzyki zachwytu, wywołane zapachem chleba. Pani al’Vere była bez wątpienia najlepszą kucharką w Polu Emonda, w promieniu wielu mil nie znalazłoby się mężczyzny, który nie miałby ochoty skwapliwie skorzystać z okazji, aby zasiąść przy jej stole.

— Miodowe ciastka — ucieszył się Mat, oblizując wargi.

— Potem — stanowczo odrzekł Rand. — W przeciwnym razie nigdy tego nie skończymy.

Dwie lampy, jedna umieszczona tuż za kuchennymi drzwiami, druga zaś dokładnie nad piwnicznymi schodami, zatapiały kamienne mury pomieszczenia w kałuży światła. Tylko w najbardziej odległych kątach czaiła się odrobina mroku. Wzdłuż ścian i w poprzek podłogi, na drewnianych stojakach stały baryłki z brandy i jabłecznikiem oraz większe beczułki pełne ale i wina. Niektóre z nich miały wprawione kurki. Na wielu beczkach z winem, wykonane ręką oberżysty napisy oznaczały rok zakupu, imię handlarza, który je dostarczył oraz miejsce produkcji. Brandy i ale natomiast pochodziły od rodzimych farmerów z Dwu Rzek albo też stanowiły wyrób samego Brana. Handlarze, a nawet kupcy czasami przywozili ze sobą brandy, ale nigdy jednak nie były one tak dobre, jak produkt rodzimy, a ponadto kosztowały dużo, toteż nikt nie próbował ich więcej niż raz.

— Teraz — rzekł Rand, gdy kładli baryłki na stojakach — powiedz mi, co takiego zrobiłeś, że musisz unikać pana Luhhana?

Mat wzruszył ramionami.

— Naprawdę nic. Powiedziałem tylko Adanowi al’Caar i jego smarkatym przyjaciołom, Ewinowi Finngarowi oraz Dagowi Coplinowi, że kilku farmerów widziało w lesie zionące ogniem upiory psów. Połknęli to bez zmrużenia oka.

— I za to pan Luhhan jest na ciebie wściekły? — zapytał z niedowierzaniem Rand.

— Nie tylko — Mat przerwał i potrząsnął głową. — Widzisz, obsypałem mąką dwa jego psy tak, że były zupełnie białe. Potem spuściłem je w pobliżu chaty Daga. Skąd miałem wiedzieć, że pobiegną prosto do domu? To naprawdę nie była moja wina. Gdyby pani Luhhan nie zostawiła otwartych drzwi, nigdy by nie weszły do środka. I wcale nie chciałem zasypywać całego jej domu mąką. — Parsknął śmiechem. — Słyszałem później, że wszystkich troje, to znaczy psy i starego Luhhana, wygoniła miotłą na zewnątrz.

Rand zmarszczył czoło, lecz nie mógł powstrzymać się od śmiechu.

— Na twoim miejscu bardziej obawiałbym się Alsbet Luhhan niż kowala. Jest niemalże tak samo silna jak on, za to o wiele bardziej porywcza. Zresztą mniejsza o to. Jeżeli przejdziesz szybko, może cię nie zauważy.

Wyraz twarzy Mata wyraźnie wskazywał, że nie traktuje uwagi Randa jako śmiesznej.

Kiedy jednak wrócili do sali, okazało się, że Mat nie musi się spieszyć. Mężczyźni siedzieli w szóstkę przed kominkiem, ich krzesła były zsunięte razem. Odwrócony plecami do ognia Tam mówił coś przyciszonym głosem, a pozostali słuchali z takim natężeniem, że przypuszczalnie nie zauważyliby, gdyby ktoś przegnał przez gospodę stado owiec. Rand chciał podejść bliżej, by usłyszeć, o czym rozmawiają, lecz Mat szarpnął go za rękaw i obdarzył umęczonym spojrzeniem. Westchnął więc tylko i poszedł do wozu. Kiedy na powrót znaleźli się w korytarzu, na szczycie schodów stała taca, a powietrze wypełniał słodki aromat miodowego ciasta. Obok parującego dzbana grzanego cydru stały dwa kufle. Pomimo tego, iż sam się napominał, aby poczekać z jedzeniem, aż skończą pracę, Rand zorientował się nagle, że dwa ostatnie kursy pomiędzy wozem a piwnicą pokonuje, usiłując niezdarnie żonglować baryłką i gorącym kawałkiem ciasta.

Ustawił ostatnią baryłkę na stojaku. Mat również uwolnił się od swojego ciężaru, otarł okruchy z ust i powiedział:

— A co do bar…

Czyjeś kroki zastukały na schodach. Spieszący się Ewin Finngar niemal wpadłby do piwnicy. Jego okrągłą twarz rozjaśniało niecierpliwe pragnienie zakomunikowania najnowszych wieści.

— Obcy są w wiosce. — Przerwał na chwilę, by złapać oddech i obrzucił Mata gniewnym spojrzeniem. — Nie widziałem żadnych psów upiorów, ale słyszałem, że ktoś obsypał mąką psy pana Luhhana. Słyszałem także, że pani Luhhan wie, kogo za to winić.

Różnica wieku pomiędzy Matem i Randem a Ewinem, który miał tylko czternaście lat, zazwyczaj aż nadto wystarczała, by zlekceważyć to, co miał do powiedzenia. Teraz jednak przyjaciele wymienili tylko zaskoczone spojrzenia, a po chwili zaczęli mówić obaj naraz.

— W wiosce? — zapytał Rand. — Nie w lesie? A Mat natychmiast dodał:

— Miał czarny płaszcz? A widziałeś jego twarz?

Ewin niepewnie popatrywał na ich twarze, dopiero kiedy Mat groźnie postąpił krok w jego kierunku, szybko zaczął mówić:

— Oczywiście, że widziałem jego twarz. A jego płaszcz jest zielony. A może szary. Zmienia się. Ten kolor zlewa się z otoczeniem. Czasami, jeśli się nie porusza, w ogóle nie można go spostrzec. A jej płaszcz jest błękitny, taki jak niebo i dziesięć razy bardziej strojny niż wszystkie świąteczne ubiory, jakie dotąd widziałem. A ona sama jest dziesięć razy ładniejsza niż wszyscy ludzie, których w swoim życiu spotkałem. Na pewno jest szlachetnie urodzoną damą, taką jak w opowieściach. Musi być.

— Ona? — zapytał Rand. — O kim ty mówisz?

Spojrzał na Mata, który chwycił się rękoma za głowę, mocno zaciskając powieki.

— To ludzie, o których miałem ci powiedzieć — wymamrotał Mat — zanim zapędziłeś mnie do… — Przerwał, otworzył oczy i ostro spojrzał na Ewina. — Przyjechali zeszłego wieczoru — podjął po chwili — i zatrzymali się w gospodzie. Widziałem, jak przyjechali. Widziałem ich konie, Rand. Nigdy przedtem nie widziałem koni tak wysokich, o tak lśniącej sierści. Wyglądały, jakby mogły biec bez końca. Myślę, że on dla niej pracuje.

— Służy — wtrącił się Ewin. — W opowieściach nazywają to służbą.

Mat mówił dalej, jakby nic nie słyszał.

— W każdym razie podporządkowuje się jej, robi wszystko, co ona każe. Tylko, że nie wygląda jak służący. Raczej jak żołnierz. Nosi miecz tak, jakby to była część jego ciała, jak ręka czy stopa. Straż kupców wyglądałaby przy nim jak kundle. No i ona, Rand. Nawet w snach nigdy nie wyobrażałem sobie nikogo takiego jak ona. Ona jest jak… jak…

Przerwał i obdarzył Ewina kwaśnym spojrzeniem.

— …jak szlachetnie urodzona dama — skończył z westchnieniem.

— Ale kim oni są? — zapytał Rand.

Oprócz kupców, przyjeżdżających raz do roku po tytoń i wełnę, oraz handlarzy, obcy nigdy lub prawie nigdy nie pojawiali się w Dwu Rzekach. Może bywali w Taren Ferry, ale na pewno nie docierali tak daleko na południe. Większość kupców i handlarzy przyjeżdżała tu stale od lat, toteż nie byli tak naprawdę obcy. Ot, po prostu, ludzie z zewnątrz. Dobre pięć lat upłynęło od czasu, gdy ktoś naprawdę obcy pojawił się w Polu Emonda. Tamten człowiek uciekał przed jakimiś kłopotami, które miał w Baerlon, a których charakteru nikt w wiosce nie rozumiał. Zresztą i tak nie zabawił długo.

— Czego oni chcą?

— Czego chcą?! — wykrzyknął Mat. — Nie dbam o to, czego chcą. Obcy, Rand, i to obcy, o jakich nigdy nie śniłeś. Pomyśl o tym!

Rand otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnował. Wspomnienie jeźdźca w czarnym płaszczu powodowało, że czuł się jak kot w okolicy pełnej psów. Troje obcych w wiosce, w tym samym czasie — to wyglądało na zupełnie nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Troje, oczywiście pod warunkiem, że zmiennokolorowy płaszcz jednego z nich nigdy nie przybierał barwy czarnej.

— Ona nosi imię Moiraine — odezwał się Ewin, korzystając z chwili ciszy. — Słyszałem, jak on je wypowiedział. Mówił do niej Moiraine. Lady Moiraine. Wiedząca może jej nie lubić, ale ja się z nią nie zgadzam.

— Dlaczego sądzisz, że Nynaeve jej nie lubi? — zapytał Rand.

— Dzisiejszego poranka pytała Wiedzącą o drogę — odparł Ewin — i nazwała ją „dzieckiem”.

Rand i Mat cicho gwizdnęli przez zęby, a Ewin aż zająknął się, tak niecierpliwie pragnął wszystko wyjaśnić.

— Lady Moiraine nie wiedziała, z kim rozmawia. Zrozumiawszy, później bardzo przepraszała. Naprawdę. Potem zadała jej kilka pytań o różne zioła, o to, kto jest kim w Polu Emonda, a wszystko z szacunkiem takim, jaki okazują kobiety w wiosce, z większym nawet niż niektóre z nich. Przez cały czas zadawała pytania, o to, ile kto ma lat i jak długo mieszka tutaj i… ojej, nie pamiętam, o co jeszcze. W każdym razie Nynaeve odpowiadała z takim wyrazem twarzy, jakby się najadła zielonych jagód. Później, gdy lady Moiraine odchodziła, patrzyła za nią takim wzrokiem, jak… cóż, nie było to przyjacielskie, możecie mi wierzyć.

— To wszystko? — zapytał Rand. — Znacie usposobienie Nynaeve. Kiedy w zeszłym roku Cenn Buie nazwał ją dzieckiem, uderzyła go laską w głowę, mimo że jest członkiem Rady Wioski, a ponadto mógłby być jej dziadkiem. Łatwo denerwuje ją byle co, ale nigdy długo nie chowa urazy.

— W tym przypadku dla mnie to jednak trwa zbyt długo — wymamrotał Ewin.

— Nie dbam o to, kogo Nynaeve bije — zaśmiał się Mat — dopóki to nie jestem ja. Zapowiada się najwspanialsze Bel Tine ze wszystkich, jakie dotąd były. Bard, dama… któż mógłby chcieć więcej? Komu potrzebne są fajerwerki?

— Bard? — zapytał Ewin podnieconym głosem.

— Chodź, Rand. — Mat ruszył, zupełnie ignorując pytanie. — Tu już skończyliśmy. Musisz zobaczyć tego człowieka.

Wbiegł po schodach na górę. Ewin gramolił się za nim, wołając:

— Naprawdę przyjechał bard, Mat? To nie tak, jak z tymi psami upiorami, prawda? Albo z żabami?

Rand przystanął na moment, aby zgasić lampę, a potem pospieszył za nimi.

Siedzące w sali przy kominku grono powiększyło się o Rowana Hurna i Samela Crawe, tak że cała Rada Wioski była w komplecie. Mówił teraz Bran al’Vere — jego normalnie gromki głos był tak ściszony, że poza ścisły krąg krzeseł wydostawało się tylko głuche mamrotanie. Burmistrz podkreślał swoje słowa, uderzając grubym palcem wskazującym w grzbiet drugiej dłoni i wpatrując się w każdego z mężczyzn po kolei. Tamci kiwali głowami, zgadzając się z każdym jego słowem, może tylko Cenn robił to z pewnym ociąganiem.

Widok grupy mężczyzn, skupionych tak ciasno, że niemalże napierających na siebie, posiadał wymowę bardziej jednoznaczną, niż gdyby powiesili sobie nad głowami znak zakazujący wstępu. O czymkolwiek mówili, było to przeznaczone wyłącznie dla Rady Wioski, przynajmniej na jakiś czas. Z pewnością nie podobałoby im się, gdyby Rand próbował słuchać. Ociągając się, powędrował do wyjścia. Jest przecież jeszcze bard. No i ci obcy.

Beli i wozu już nie było, zajął się nimi jeden ze stajennych oberżysty, Hu albo może Tad. Przed wejściem, spoglądając na siebie, stali Mat i Ewin, ich płaszcze łopotały na wietrze.

— Mówię ci po raz ostatni — warknął Mat. — Nie oszukuję cię. Naprawdę przyjechał bard. A teraz idź już sobie. Rand, mógłbyś powiedzieć tej kapuścianej głowie, że mówię prawdę i żeby zostawił mnie w spokoju?

Rand ściągnął poły płaszcza i ruszył naprzód, by wesprzeć Mata, lecz nagle poczuł delikatne mrowienie w karku i niewypowiedziane słowa zamarły mu na ustach. Był obserwowany. Uczucie, które go opanowało, nie było tak przykre, jak podczas spotkania z zamaskowanym jeźdźcem, lecz mimo to wcale nie było nazbyt przyjemne, zwłaszcza że wciąż miał w pamięci tamto zdarzenie.

Szybki rzut oka na Łąkę ukazał mu tylko to, co już widział przedtem — bawiące się dzieci, ludzi przygotowujących Święto. Nikt nie patrzył w jego kierunku. Wiosenny Słup stał na uboczu, gotowy do ceremonii. Krzątanina i dziecięce okrzyki wypełniały boczne uliczki. Wszystko było tak, jak być powinno. Wyjąwszy to, że ktoś go obserwował.

Nagle coś skłoniło go do odwrócenia się i uniesienia wzroku. Na krawędzi krytego dachówką dachu karczmy siedział wielki kruk, chwiejąc się lekko w podmuchach porywistego wiatru wiejącego od gór. Głowę trzymał przekrzywioną w bok, a jedno paciorkowate oko było wpatrzone…

„We mnie” — pomyślał Rand.

Przełknął ślinę, nagle zawrzał w nim gniew.

— Parszywy padlinożerca — zamruczał.

— Męczy mnie już to wgapianie się — warknął Mat, a Rand zdał sobie sprawę, że przyjaciel stoi tuż za nim i z dezaprobatą patrzy na ptaka.

Ich oczy spotkały się i jak jeden mąż sięgnęli po kamienie.