Ojczyznie naszej, Polsce, bądźmy wierni - Maria Słuszniak [red.] - ebook

Ojczyznie naszej, Polsce, bądźmy wierni ebook

Maria Słuszniak [red.]

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Miechowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Rok wydania: 2018

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Publikacją niniejszą oddajemy hołd Bohaterom powstania styczniowego w 155. rocznicę bitwy miechowskiej oraz setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

POWIATOWA I MIEJSKA BIBLIOTEKA PUBLICZNA IM. MARII FIHEL W MIECHOWIE

 

OJCZYŹNIE NASZEJ,POLSCE, BĄDŹMY WIERNI

Bitwa miechowska 17 lutego 1863 roku w relacjach uczestnikówpowstania styczniowego i świadków zniszczenia miasta

 

Wybór i redakcja MARIA SŁUSZNIAK

 

Ilustracje Marek Hołda

 

MIECHÓW 2018

 

Koordynacja wydawnicza: Bronisław Nowak

Wstęp: dr Karolina Grodziska

Addenda: dr Stanisław Piwowarski

Konsultacja historyczna: Włodzimierz Barczyński, dr Stanisław Piwowarski, dr Janusz Patyna

Korekta i redakcja tekstu: Dorota Hołda

 

Tytuł publikacji pochodzi z wiersza Mieczysława Romanowskiego: Hymn polski (1860)

 

Projekt okładki na podstawie fragmentu obrazu Marka Hołdy: Potyczka pod Miechowem (2003)

 

Projekt i opracowanie graficzne: Tomasz Zapała

 

Wydawca: Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie

© Copyright by: Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie

 

ISBN 978-83-937400-2-4

 

 

Spis treści

 

Od Wydawcy

 

Wstęp: W 155-lecie bitwy miechowskiej

 

Bullock William Henry: Doświadczenie polskie z powstania 1863-4

 

Czernuszewicz Michaił Pietrowicz: Materiały z historii straży granicznej

Część 2, Służba straży granicznej w czasie wojny

 

Zieliński Stanisław: Bitwy i potyczki 1863-1864

 

Tokarz Wacław: Kraków w początkach powstania styczniowego i wyprawa na Miechów

 

Borkowski Feliks: Przejścia i wspomnienia uczestnika powstania 1863-1864

Chełmoński Maksymilian: W Falniowie przed karczmą. Pamiętnik uczestnika

Dallmajer Roman: W Giebułtowie; Ojców - Miechów

Kazimierz Frycz (Grabówka): Wspomnienia z r. 1863-64

Girtler Kazimierz: Kartka dziejowa Miechowa

Gorczycki Franciszek: Notatki z opoczyńskiego

Kahane Filip: Dzieje Żuawa

Kartki z pamiętnika z czasów ostatniego powstania

Moszyński Jerzy: Słowo prawdy

Ostrowski Aleksander: Atak na Miechów w d. 17 lutego 1863

Roziecki Władysław: Miechów - Stefanków - Rataje

Skałkowski Tadeusz A.: Szkice z niedawnej przeszłości 1863-1864

Szulc Przemysław A.: Trzynastoletni wojak

Szulc Wojciech S.: Pamiętnik kapelana księdza Serafina Szulca

Webersfeld Edward: Wyprawa na Miechów 17 lutego 1863

 

List Wojciecha Eljasza-Radzikowskiego do syna Walerego z 26 II 1863 r. 325

 

Aneks: Uczestnicy bitwy o Miechów i działań powstańczych 1863-1864 wymienieni w relacjach

 

Addenda, czyli dodatek niezbędny do publikacji o przechowywaniu w pamięci miechowian i pielęgnowaniu w tradycji miasta wydarzenia z 17 lutego 1863

 

Spis ilustracji

 

Bibliografia

Od Wydawcy

 

Od pamiętnego roku 1863 upływa 155 lat. Pozostawił on trwały ślad w świadomości kilku pokoleń Polaków, nie tylko w ich indywidualnych losach, ale również w szeroko rozumianym wymiarze narodowym. Pomimo usilnych dążeń zaborców do wyeliminowania z umysłów naszych Rodaków idei odrodzenia Polski, kolejne zrywy narodowowyzwoleńcze jedynie ją umacniały. Wyrazem tego stały się późniejsze dokonania polskich środowisk niepodległościowych podczas I i II wojny światowej, odbudowa państwowości w dwudziestoleciu międzywojennym i ruch solidarnościowy po 1980.

Ważnym akcentem polityki historycznej Polski międzywojennej i wyrazem ogromnego szacunku, jakim darzył weteranów powstania styczniowego Marszałek Józef Piłsudski, pozostaje fakt uznawania i honorowania oraz otoczenia ich dużą opieką. Po doświadczeniach okupacji niemieckiej i sowieckiego zniewolenia naszego narodu i państwa, w tym też miechowskiej społeczności, tym bardziej dzisiaj winniśmy stać na straży pamięci tragicznych wydarzeń tego zrywu i skutków przegranej powstańczej walki o Miechów 17 lutego 1863.

Niniejsza publikacja, którą kierujemy do rąk naszych Czytelników, to opracowanie z wielu względów wyjątkowe. Jego podstawą stały się relacje i wspomnienia uczestników bitwy miechowskiej, jednego z pierwszych, lecz zarazem najtragiczniejszych w skutkach epizodów powstania styczniowego. Książka ta to także przekazy naocznych świadków tego wydarzenia, wśród których na szczególną uwagę zasługuje ten pozostawiony po Kazimierzu Girtlerze, znakomitym kronikarzu i dzierżawcy majątku w Kalinie Małej, oraz po Jerzym Moszyńskim, krakowskim dziennikarzu.

Fragmentem, na który również warto zwrócić uwagę podczas lektury, jest przekaz Aleksandra Ostrowskiego, jednego ze studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego walczących 17 lutego 1863 na ulicach Miechowa. Ten niezwykle młody, w chwili powstania styczniowego, podoficer wspomina wydarzenie na trwałe później zachowane w pamięci mieszkańców Miechowa, wobec którego były jednak podnoszone liczne głosy powątpiewania, jakoby nie miało ono potwierdzenia w źródłach historycznych, a więc odbiegało od prawdy, mając jedynie walor legendy. Mowa tutaj o barbarzyńskim zachowaniu Rosjan, którzy „upojeni zwycięstwem i gorzałą, kilkudziesięciu naszych poległych zawlekli do studni [w Rynku], którą potem kamieniami i ziemią zawalili”. Miejsce tego czynu słusznie, co potwierdza relacja Ostrowskiego, staje się współcześnie głównym punktem obchodów rocznicy bitwy miechowskiej.

Godnym podkreślenia walorem publikacji jest zamieszczenie w niej nieznanych dotąd, polskim historykom zajmującym się tematyką powstania styczniowego, tekstów autorstwa: William H. Bullocka oraz Michaiła P. Czernuszewicza. Teksty te wzbogacają dotychczasową narrację związaną z bitwą miechowską o dwie różne perspektywy: punkt widzenia bezstronnego obserwatora Bullocka oraz skrupulatną relację strony rosyjskiej. Zawdzięczamy je Panu Markowi Hołdzie, autorowi ilustracji zdobiących karty niniejszej antologii, którego winniśmy docenić za ogrom pracy jaki musiał wykonać w celu zapoznania się z zagranicznymi materiałami źródłowymi, jak również za przekład na język polski fragmentów dotyczących wątków miechowskich.

Ponadto, niezmiernie ważną zasługą Pana Marka Hołdy było ustalenie właściwych personaliów dowódców rosyjskich z tamtego okresu działających w rejonie Miechowa (Tejmuraz D. Bagration, Władimir A. Niepienin), co do których dotychczasowe źródła podawały sprzeczne informacje.

Dołączony do publikacji list Wojciecha Eljasza-Radzikowskiego, krakowskiego artysty malarza do syna Walerego, przebywającego wówczas na studiach w Niemczech, obrazuje Czytelnikowi przejaw patriotyzmu rodzinnego, który dzisiaj, oczywiście w zmienionych okolicznościach, pragniemy odbudować. List ten pochodzi z zasobów rękopiśmiennych Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie i nigdy dotąd nie był publikowany.

Dla lepszego rozumienia przez Czytelników tak zróżnicowanych przekazów, zgromadzonych w tej publikacji, uzupełniamy je dwoma teksami wybitnych historyków wojskowości sprzed 100. lat: Stanisława Zielińskiego i Wacława Tokarza.

Wydanie tak pomyślanej książki stało się możliwe dzięki obecności w życiu społecznym i kulturalnym Miechowa, przyjaciela naszego regionu i miasta, krakowskiego przedsiębiorcy, właściciela firmy „Aladyn”, Pana Bronisława Nowaka, który całym sercem i duszą pokochał tutejszą tradycję i życie miechowiaków, a Rok 1863 jest mu szczególnie bliski.

Idea opublikowania dziewiętnastowiecznych relacji i wspomnień, wzbogaconych o współczesne ustalenia (dotyczące sylwetek uczestników bitwy o Miechów i innych postaci występujących na łamach niniejszego zbioru) spotkała się z życzliwym uznaniem osób zajmujących się naukowo i w publicystyce powstaniem styczniowym, co utwierdza Wydawcę w trafności podjętej inicjatywy. Wyrazem zrozumienia tego pomysłu jest postawa Pani dr Karoliny Grodziskiej, Dyrektor Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie, autora merytorycznego wstępu do naszej książki.

Jeden obraz przemawia nieraz silniej niż tysiące słów, dlatego w trosce o młodego Czytelnika uznaliśmy za stosowne ilustrować książkę pracami malarskimi miechowskiego artysty Pana Marka Hołdy, który w biegłości artystycznej i wierności prawdzie historycznej nie ma sobie równych. Jego przedstawienia zadziwiają znajomością przywoływanych faktów, dynamicznych etapów bitwy i jej skutków. Mamy tu do czynienia z dziełami cechującymi się precyzją malowanych scen, trafnością w doborze kolorów, dokładnością wyrażenia historycznego wyposażenia powstańców i ich wrogów.

Pragnę też z całego serca wyrazić wdzięczność Pani Dorocie Hołdzie za przystosowanie dziewiętnastowiecznych tekstów dla ich pełnego rozumienia przez współczesnego Czytelnika.

Edycja dziewiętnastowiecznych tekstów przygotowana została w zgodzie z obowiązującymi zasadami dokonywania niezbędnych ingerencji w oryginalne zapisy i pisownię. Celem tego zabiegu jest ułatwienie współczesnemu Czytelnikowi zrozumienia treści relacji i wspomnień.

Dla właściwego osadzenia problematyki bitwy miechowskiej w pełnym kontekście powstańczego zrywu koniecznym okazał się obszerny indeks-słownik, zawierający ważniejsze dane biograficzne przywoływanych dowódców i uczestników tamtych walk oraz komentarze potrzebne do zrozumienia tekstów. Przez zastosowanie tego rodzaju indeksu biograficznego uniknięto przeładowania tekstów poszczególnych wspomnień dłuższymi przypisami i ułatwiono zarazem Czytelnikowi odszukanie interesujących go informacji w jednym miejscu.

Wydawca zakłada, że przedstawiona Czytelnikowi książka przyczyni się na gruncie miechowskim w sposób znaczący do poszerzenia znanych powszechniefaktów zebranych przez takich historyków jak: Wacław Tokarz, Eligiusz Kozłowski i Jan Staszel odnoszących się do przebiegu walki, jej tła i skutków. Publikacja niniejsza nawiązuje też do innych regionalnych pozycji, które w okresie ostatnich 5 lat wzbogaciły naszą wiedzę o bitwie, jak Grajcie echa, grzmijcie skały (Józef Partyka, Ojców 2013) czy Bitwa miechowska 17 lutego 1863 roku (Włodzimierz Barczyński, Miechów 2013).

Miechowska Książnica gorąco pragnie, aby ta skromna książka - inspirowana 155. rocznicą powstania styczniowego - pobudziła regionalny ruch badawczy do podjęcia kolejnego, może kilkuletniego, wysiłku przedstawiającego ten powstańczy czyn w aspekcie np. postawy wobec niego wsi miechowskiej czy losów jego bohaterów, spoczywających na miejscowych i krakowskich cmentarzach.

Publikacja będzie zapewne też wykorzystywana w pracy placówek oświatowych i wychowawczych, które przecież metodycznie budują i winny pielęgnować naszą tożsamość narodową i lokalną. Jest ona kontynuacją ponad 10. letniego szerokiego działania na rzecz odtwarzania tak potrzebnych więzi między przeszłością i teraźniejszością, tradycją i współczesnością celem pogłębiania wiedzy i pielęgnowania szacunku dla najbliższej nam historii i płynących z niej ważnych przesłań.

Życzę więc nie tylko emocjonalnego, lecz także refleksyjnego czytania książki.

 

Maria Słuszniak

Dyrektor Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Marii Fihel w Miechowie

Wstęp

 

W 155-lecie bitwy miechowskiej

Z długich dziejów Miechowa to właśnie wydarzenie - kilka burzliwych bitewnych godzin, zakończonych klęską, rabunkiem i zniszczeniem sporej części miasta - najsilniej zapisało się w polskiej historiografii. Fundacja klasztoru bożogrobców w 1162 r., nadanie praw miejskich w 1290, utworzenie powiatu w 1815 - żadne z tych wydarzeń nie przemawia do wyobraźni tak mocno, jak owa bitwa z 17 lutego 1863 roku.

Niespełna miesiąc po wybuchu powstania, trzy tygodnie od rozpoczęcia w dolinie ojcowskiej formowania dużego powstańczego oddziału Apolinarego Kurowskiego, dochodzi do ataku na, wydawałoby się, łatwy cel: nieobsadzony przez wojska rosyjskie Miechów. Rozpoznanie sytuacji okazało się błędne, przyjęta taktyka - fatalna. Atak na obsadzone przez Rosjan miasto zakończył się klęską, śmierć poniosło ponad 200 powstańców, szereg z nich zmarło z ran w późniejszym czasie. Także i miasto poniosło poważne konsekwencje w postaci spalenia poważnej jego części, rabunku, zniszczenia dobytku, utraty zabytkowej kolekcji Wincentego Piątkowskiego - jak też bezprecedensowej śmierci burmistrza Piotra Orzechowskiego, zamordowanego bez sądu i wyroku, na ulicy. Nie był on jedyną ofiarą samowoli rosyjskich sołdatów. Bilans nadziei i patriotycznego zapału zakończył się ponurym rachunkiem strat i krzywd.

Pozostała jednak i nadzieja, i pamięć. Ci, którzy ocaleli z bitwy miechowskiej, walczyli dalej, w innych oddziałach i pod lepszymi, niż Apolinary Kurowski dowódcami. Różnie potoczyły się ich losy. Nastolatkowie walczący pod komendą dwudziestoparoletnich oficerów - ci, którzy przeżyli lub nie zostali zesłani - po latach nieraz zdecydowali się otworzyć i opowiedzieć o swoich przeżyciach. Sprzyjała temu atmosfera względnej swobody w Galicji, sprzyjała zbliżająca się 50. rocznica wybuchu powstania, które też stało się domeną zainteresowań historyków, jak niezrównanego Wacława Tokarza.

Dla autorów powstańczych wspomnień były to najważniejsze, najbardziej znaczące chwile ich życia, niezależnie od faktu, czy w 1863 r. mieli lat 13 czy 35. Wartość literacka ich wspomnień jest różna, wartość źródłowa - bezcenna. Koleje ich życia potoczyły się w najróżniejszy sposób, a punktem zbieżnym stał się Miechów - miejsce ich bohaterskiej walki i nieoczekiwanej klęski.

Warto było dziś, 155 lat od bitwy miechowskiej, owe relacje zebrać dla współczesnego czytelnika. Stało się to z inicjatywy Pani Marii Słuszniak, dyrektor Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Miechowie. Za dokonanie wyboru i opracowanie owych 16 relacji dotyczących bitwy miechowskiej, zawartych w niniejszej edycji, należą się jej wyrazy szczególnego uznania. Relacje zaopatrzono w noty biograficzne dt autorów i aneks. Tu dodajmy, że o ile dla większości autorów Miechów był miastem nieznanym, dwie relacje są jednak szczególnie istotne: autorem jednej jest mieszkaniec okolicy, doskonale Miechów znający Kazimierz Girtler, którego opowieść zawiera szereg wiadomości o samym mieście, autor drugiej zaś to malarz Wojciech Eliasz, opisujący listownie swemu synowi, Waleremu, przebieg bitwy, by ten mógł wykonać rysunki dla prasy zagranicznej. Bo też obraz bywa silniejszy od tysięcy słów...

Dla mieszkańców Miechowa i jego okolic to ważna publikacja, ukazująca dzieje ich małej Ojczyzny. Autorka niniejszego tomu, słusznie podkreśla, że powstanie styczniowe na ziemiach na północ od Krakowa ma swoją bogatą i cenną literaturę naukową. Nie znaczy to jednak, iżby nie można jej było wzbogacić źródłami o charakterze wspomnieniowym, całkowicie dotychczas pomijanymi bądź mało wykorzystanymi.

Z tych wspomnień, niekiedy bardzo dokładnych i przez to też cennych, wyłania się też szczególna postawa ich autorów, zwłaszcza nieco starszego pokolenia. Byli to często patriotycznie nastawieni mieszkańcy zachodniej części Galicji, wspominający wydarzenia 1846-1848 r. jako czasy niespełnionych nadziei i utraconych szans. Przecież w 1846 r. załoga austriacka opuściła Kraków, pozostawiając go w rękach powstańców. Nie umiano jednak przeciwstawić się propagandzie austriackiej, podburzającej włościan, ani zorganizować siły zbrojnej silniejszej niż ta, która walczyła pod Gdowem. A zwycięska bitwa - jak ta z 1794 r. pod Racławicami - mogła poderwać cały naród pod broń w sytuacji znacznie bardziej przychylnej: nadchodząca rewolucja 1848 r. wiązała siły zbrojne dwóm spośród trzech zaborców.

Niestety, tak w 1846 jak i 1863 r. stało się inaczej. W krwawej bitwie pod Miechowem zginęli zarówno ci starsi, pamiętający wydarzenia 1846 r. patrioci, jak i najmłodsi, pełni entuzjazmu ochotnicy; studenci i uczniowie z formacji Żuawów Śmierci.

Należy się im pamięć, nie tylko na kartach naukowych opracowań i podręczników, ale właśnie w Miechowie, gdzie oddali życie.

 

Dr Karolina Grodziska

 

Dyrektor Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie

Doświadczenie polskie podczas powstania 1863-4

William Henry Bullock

 

Bullock William Henry (5 IV 1837 - 21 IV 1904), po odziedziczeniu w 1872 spadku, jaki zostawił mu wuj, gen. John Hall, przyjął nazwisko William Henry Hall; angielski dziennikarz o wszechstronnych zainteresowaniach, korespondent specjalny gazety „The Daily News”, podróżnik, filantrop i sportsman, jeden z najbardziej błyskotliwych reprezentantów kultury angielskiej w epoce wiktoriańskiej; rezultatem jego wnikliwych obserwacji poczynionych podczas licznych podroży były książki Polish Experiences During the Insurrection of 1863-4 (1864), Across Mexico in 1864-5 (1866), Gleanings in Ireland after the Land Acts (1883) i The Romans on the Riviera and the Rhone (1898). Do Polski przybył 1 IV 1863; w czasie rocznej podróży zwiedził tereny wszystkich zaborów - od Tatr po Kijów, Wilno i Poznań, w Miechowie przebywał 30 VIII 1863.

 

Do Krakowa przybyłem w Wielką Środę. Niezależnie od powszechnej żałoby, która podczas tego uroczystego tygodnia w mniejszym lub większym stopniu włada całym chrześcijaństwem, nie sposób było wejść do kościoła czy choćby pokręcić się ulicami, by nie zauważyć, że mieszkańcy Krakowa pogrążyli się w bólu własnym wystarczająco silnym, aby wszelkie wskazówki Kościoła, aby oblec się w czerń i ukazać smutne oblicze, stały się zbędne. W każdym kościele uroczystą posługę odprawiano przez cały dzień i stale były zanoszone modlitwy za wieczny spoczynek dusz tych, którzy padli za swój kraj. Zamiast krzykliwych reklam, którymi oblepione są wszystkie dostępne miejsca dobrze prosperujących miast, na rogu każdej ulicy Krakowa czytało się imiona tych, którzy zmarli od ran do wczoraj lub zostali zabici w ostatniej bitwie, i nazwę kościoła, gdzie została zamówiona msza za spokój dusz zmarłych. Działo się tak zaledwie w kilka tygodni po najbardziej, do czasu mego przybycia, tragicznym dla mieszkańców Krakowa epizodzie powstania.

Nocą 16 lutego około tysiąca osób, kwiat polskiej młodzieży, podjęło desperacką próbę zaskoczenia rosyjskiego garnizonu w Miechowie, miejscu o sporym znaczeniu, i ich kwatery głównej w tych okolicach. Zamiast dotrzeć do Miechowa, kiedy jeszcze było ciemno i uderzyć na niespodziewających się niczego Rosjan, powstańcza kolumna, złożona w większości z krakowskich studentów i synów arystokracji ziemskiej z Galicji, niestety spóźniła się i pojawiła się pod Miechowem godzinę po świcie, by stwierdzić, że Rosjanie są dobrze przygotowani na ich spotkanie.

Miechów jest ładnie położony, usadowił się w dolinie rzecznej, ku której z każdej strony stopniowo nachylają się zbocza. Nie jest broniony przez żadne mury i jest dość otwarty na atak; kiedy powstańczy oddział dotarł do korony łagodnych wzgórz i spojrzał w dół na miasto z domami malowanymi na różowo, zielono i żółto, z dobrze zraszanymi ogrodami i sadami - dającymi przyjemny cień latem, ale wtedy obleczonymi w niegościnną zimową szatę - podejrzana cisza zdawała się panować w tym miejscu i było widać tylko niewielkie, wręcz żadne oznaki obecności wroga. W tej sytuacji rozwaga nakazywałaby najpierw wysłać rekonesans, ale rozwaga jest - niezależnie od okoliczności - cechą zupełnie obcą Polakom, u których nie tylko, że nie jest najcenniejszym, ale wręcz nie jest żadnym składnikiem waleczności1.

 

Bez chwili wahania więc kolumna z poświęceniem rzuciła się do miasta i rozlała po pustych uliczkach, poprzedzana przez około setkę kawalerii. W jednej chwili spadł na nie z każdego domu i sadu precyzyjnie wymierzony grad ołowiu a od pierwszej salwy opustoszała połowa siodeł. Nie było odwrotu, bo z tyłu napierała energicznie własna piechota. Przez wąskie uliczki powstańcy przedostali się na otwartą przestrzeń rynku, gdzie czekał ich jeszcze gorszy los. Kiedy tylko rynek wypełnił się Polakami, Rosjanie otoczyli go ze wszech stron, a strzelcy finlandzcy2 - najlepsi w armii rosyjskiej - otworzyli do bezradnych teraz powstańców śmiercionośny ogień.

Nikt nie prosił o łaskę i nikt jej nie dawał, rozpoczęła się straszliwa rzeź. W międzyczasie żołnierze rosyjscy, niezdolni do zachowania jakiejkolwiek dyscypliny, wypijali każdą kroplę wódki, jaką tylko mogli znaleźć w domach, w których się ukrywali, i w swoim dzikim szale podkładali ogień pod miasto, które wkrótce całe stanęło w płomieniach.

Nie będę zadręczał czytelnika szczegółami strasznych scen, które potem nastąpiły, dodam tylko tutaj, że przejeżdżając przez Miechów po tym kataklizmie, zastałem stertę zwęglonych ruin w miejscu, gdzie na krótko przedtem stało jedno z najpiękniej rozkwitających małych miasteczek w Polsce. Z około 2000 mieszkańców zostało zaledwie pięćdziesięciu ze skrawkiem dachu nad głową. Pośród nich była nieszczęsna matka, bolejąca po utracie dzieci, ale pełna wdzięczności za poświęcenie rosyjskiemu oficerowi, stojącego u niej na kwaterze, który ryzykował życiem, bezskutecznie próbując kontrolować pijacką furię swoich ludzi. Ze szczerą przyjemnością mogę dodać, że podczas powstania słyszałem o wielu przypadkach podobnego, szlachetnego zachowania się części rosyjskich oficerów. W jednym przypadku, o którym dowiedziałem się od brata pewnego oficera, porucznik z Piotrkowa o nazwisku Tidemann, został zraniony bagnetem w brzuch, starając się sprawdzić dokumenty swojego żołnierza.

(...)

Miechów, którego złupienie opisałem w poprzednim rozdziale, znajduje się jakieś piętnaście mil od granicy z Galicją. Po smutnej wędrówce wzdłuż zrujnowanych domów, z których tylko kawałki fasad, dziwnie przypominające nam Pompeje, pozostały, aby opowiedzieć historię, dotarliśmy do miejsca, które niegdyś było rynkiem, teraz wypełnionego pstrokatym tłumem chłopów w ich jasnych świątecznych strojach, kontrastującym dziwnie z otaczającymi go rozsypanymi ruinami. Spostrzegliśmy, że Rosjanie rozbili namioty na cmentarzu kościelnym a nasze przybycie wzbudziło wśród nich spore emocje.

Po chwili wyszedł do nas jakiś oficer i, ku naszemu zaskoczeniu, przemówił do nas po angielsku. Zadowolony, że okazaliśmy się ludźmi poważnymi i godnymi zaufania, począł opowiadać nam, jak został wzięty do niewoli podczas wojny krymskiej i umieszczony w Lewes, gdzie spędził dwa lata. Zapewniał nas, że zaznał takiej życzliwości w Anglii, że nie ma nic przeciwko temu, by znów wrócić tam jako jeniec. Swoją obecną służbę opisał nam jako skrajnie przykrą i zapewnił nas, że od stycznia nie spędził ani jednej spokojnej nocy. Nie był obecny przy spaleniu Miechowa, do czego rozkaz dał major Niepienin, który w Polsce ma jak najgorszą reputację.

(...)

W niedzielę poprzedzającą moją wizytę3 przypadała rosyjska Wielkanoc; świętując z tej okazji, wszyscy oficerowie z Sandomierza udali się do tamtejszej cukierni, która pełniła też rolę kawiarni. Po uraczeniu się winiakami i likierami przystąpili do butelek ze spirytusem, do picia którego zmuszali syna właściciela, Szwajcara o nazwisku Kruzer. Chłopiec miał około dziesięciu lat i pan Kruzer począł się mocno sprzeciwiać oficerom, wśród których był major Niepienin, bohater z Miechowa. Schwycili go więc i zaczęli siarczyście bić po uszach, a potem zabrali do więzienia, gdzie został ponownie pobity; uwolniono go dopiero wtedy, gdy podpisał dokument, że nie ma żadnych zastrzeżeń co do sposobu potraktowania jego osoby. Jeśli więc tak zachowuje się oficer dowodzący, to czegóż można się spodziewać po szeregowych?

 

Tł. z jęz. ang. i przypisy Marek Hołda

 

Źródło reedycji: Bullock William Henry, Polish Experiences During the Insurrection of 1863-4.

London & Cambridge, Macmillan and Co. 1864, s. 63-66, 103, 226-227

Materiały z historii straży granicznej. Cz. 2, Służba straży granicznej w czasie wojny

Michaił Pietrowicz Czernuszewicz

 

Czernuszewicz Michaił Pietrowicz (11.02.1857 - ?), generał rosyjski, historyk, służył w Oddzielnym Korpusie Straży Granicznej4, autor monumentalnej, bogatej w dokumenty pracy Marepnaibi k ncropnn norpaHuyHon Crpawu (1900-1909), 6 XII 1909 awansowany na generała majora, w 1913 na generała porucznika, zaginął bez wieści po rewolucji 1917.

 

„Do Dowódcy 7. batalionu strzelców”.

Dowódca zawichojskiej brygady Straży Granicznej

Przybywszy do Miechowa z częścią powierzonej mi brygady w składzie objezdczyków 157 i strażników 204, po dołączeniu 4 strażników, razem 365 ludzi, nie mając żadnych środków gospodarczych na ich wyżywienie, śmiem pokornie prosić Waszą Jaśnie Wielmożność5 o przyjęcie ich wszystkich na wyżywienie z kotła i zgłosić zapotrzebowanie na środki potrzebne do wyżywienia wspomnianych żołnierzy niższych szczebli na mocy rozporządzenia Ministerstwa Finansów w wysokości 7 rubli i 22 kopiejek na 2 miesiące dla każdego człowieka na prowiant i priwarki6, licząc od dnia przyjęcia ich na wyżywienie, to jest od 26 stycznia b.r.

1/13 lutego 1863 nr 16, Miechów”

(...)

Od pierwszych dni, z niedostatku kawalerii, straży granicznej przyszło pełnić ciężką służbę rozpoznawczą. Na podjazdy w każdą dobę wysyłano 38 objezdczyków w dzień i 64 w nocy tak, że niektórym koniom przychodziło pełnić służbę dwukrotnie w ciągu doby.

(...)

Mieszkańcy miasta dobrze wiedzieli, że Kurowski ze swoją szajką w tych dniach napadnie na Miechów, dlatego w każdym domu pieczono gęsi, smażono pączki, wytaczano węgrzyny i śliwowice z piwnic, wszystko to przygotowywano zupełnie jawnie7 jedynie wojsko pozostawało w niewiedzy, robiąc nawet niepotrzebny przemarsz po fałszywym tropie. 17 lutego rzemieślnik Franz Hitler, pruski poddany przebywający w Miechowie doniósł Niepieninowi, że spodziewany jest atak szajki Kurowskiego, za co dostał 3 ruble nagrody8. Rzeczywiście, 17 lutego tuż po 5. rano, kiedy jeszcze było ciemno, podjazdy objezdczyków wykryły szajkę Kurowskiego w liczbie 3500 ludzi.

Objezdczyk Mucha z lipnickiego oddziału, usiekłszy 4 ludzi z nieprzyjacielskiego podjazdu na 3 wiorsty9 przed miastem, przygalopował wraz z towarzyszem, by dać znać o zbliżaniu się nieprzyjaciela.

„Do Departamentu Handlu Wewnętrznego

4 lutego b.r. tymczasowy komendant wojskowy powiatu miechowskiego, dowódca 7. batalionu strzelców, wyruszywszy z oddziałem do wsi Ojców, mianował mnie tymczasowym naczelnikiem wojskowym garnizonu miechowskiego, składającego się z 2 kompanii10 smoleńskiego pułku piechoty, jednej kompanii pieszej i 102 objezdczyków straży granicznej (pozostałych 55 znajdowało się w oddziale Jaśnie Wielmożnego), 2 komend - inwalidzkiej i żandarmskiej, 20 kozaków11i pozostałej komendy 7. batalionu strzelców, wszystkiego pod bronią 558 ludzi. Po wyjściu oddziału powiadomiono mnie, że buntownicy w znacznej sile zamierzają napaść na miasto, dlatego też przedsięwziąłem wszelkie środki ostrożności w celu odparcia ataku, przydzielając wszystkim pododdziałom swoje miejsca i pozostawiając w rezerwie przy sztandarze 7. batalionu strzelców 12. kompanię smoleńskiego pułku piechoty i 2 plutony straży granicznej.

17 lutego po godzinie 5. rano objezdczycy wykryli nieprzyjaciela i usiekłszy kilku z nieprzyjacielskiej awangardy, wycofali się za tyralierę. Po alarmie garnizon był gotów na spotkanie, o wpół do szóstej ukazały się nieprzyjacielskie kolumny, idąc od Słomnik, na wiorstę przed miastem rozdzieliły się na 5 części, obchodząc miasto ze wszech stron; jedna z silniejszych szła drogą słomnicką. 5. kompania uformowana w tyralierę zwarła szyk ku głównej pikiecie i otworzywszy ogień do nieprzyjaciela, wycofała się ku własnym rezerwom. Kolumny nieprzyjacielskie nacierały z taką zaciekłością, że we wszystkich punktach nasze wojsko wspierane przez główną rezerwę kilka razy musiało iść na bagnety. Wpół do dziewiątej rano ostatni atak został odparty, nieprzyjaciel zmuszony do ucieczki ścigany był bagnetami, potem silnym ogniem karabinowym a na koniec przez objezdczyków i kozaków, którzy rozproszyli tylne kolumny nieprzyjaciela i zmusili je do bezładnej ucieczki na wszystkie strony.

W czasie bitwy niektórzy mieszkańcy wzięli jawny udział w buncie, ukrywając w swoich domach uzbrojonych buntowników, którzy otwarli ogień w kierunku stojącej w rynku głównej rezerwy12. Strzelanina z domów trwała nawet wtedy, kiedy nieprzyjaciel został wyparty z miasta. Żołnierze byli do tego stopnia rozsierdzeni zdradą mieszkańców, że nie słuchając rozkazów, wdzierali się do domów, z których padały strzały, kłując bagnetami i strzelając do znajdujących się tam buntowników. Kiedy zażądali od burmistrza wydania ukrytych w jego mieszkaniu buntowników, ten w odpowiedzi strzałem z pistoletu ranił strażnika Sidielnikowa, toteż jego towarzysze zakłuli go bagnetami na miejscu.

Taki sam los spotkał znajdujących się tam buntowników. To dodatkowo wzmogło gniew żołnierzy tak, że przez jakiś czas nie można było przywołać ich do porządku i zmusić do wykonywania rozkazów dowódców. W trakcie odwrotu buntownicy podpalili stodoły a od wystrzałów w mieście w wielu miejscach zapłonęły domy; wzmagający się z godziny na godzinę pożar ogarnął większą część miasta, tylko z najwyższym trudem udało się ocalić jedną pierzeję rynku. Od płonących w sąsiedztwie domów wielkie niebezpieczeństwo zagrażało budynkowi klasztornemu, w którym znajdowały się lazaret, cekhauz, loch z prochem, obóz, rekruci i jeńcy w liczbie 60 osób, dlatego dla bezpieczeństwa garnizonu zdecydowałem o zalaniu wodą 12 pudów13 prochu znajdującego się w lochu.

Według zebranych informacji i zeznań jeńców, liczebność napastników przekraczała 3 000, straty z ich strony: zabitych 302, wziętych do niewoli 46, doprowadzonych później przez chłopów 21, wśród nich 15 rannych; odbito broni: 57 karabinów, 40 pistoletów, 25 szabel i do 300 pik i kos, ponadto zebrano na drogach do 400 sztuk, które niezwłocznie spalono; straty z naszej strony: ciężko ranny major Małyszew14 ze straży granicznej, porucznik Akatow z 7. batalionu strzelców, porucznik Liebiediew ze smoleńskiego pułku piechoty, lekko ranny kapitan Wiedieniajew ze straży granicznej, niższych rangą zabito 7, raniono 35, 9 koni zabitych, ciężko rannych 6, lekko rannych i zdolnych do służby 18. Podczas pożaru spłonęło mienie osobiste żołnierzy znajdujących się w oddziale dowódcy 7. batalionu strzelców księcia Bagrationa.

Uważam za swój obowiązek donieść do wiadomości Departamentowi, że wojsko pozostające pod moją komendą wyróżniało się męstwem i odwagą, w szczególności na nagrody zasłużyli ze straży granicznej: por. Ławrow, kpt. sztab. Borzenko, kpt. Bogusławskij, Bondarewskij, kpt. sztab. Brinkin, Baumgarten i por. Brakel; z 7. batalionu strzelców: por. Akatow, ppor. Swietenko, chor. Bogarewicz; ze smoleńskiego pułku piechoty por. Pobrieżskij, Lebiediew, ppor. Fiedorów i Samdow. Dokładna informacja o spalonym mieniu państwowym będzie dostarczona niezwłocznie.

19 lutego 1863 nr 37, dowódca zawichojskiej brygady major Niepienin”

 

Tł. z jęz. ros. i przypisy Marek Hołda.

 

Bitwy i potyczki 1863-1864

Stanisław Zieliński

Na podstawie materiałów drukowanych i rękopiśmiennych Muzeum Narodowego w Rapperswilu

 

Zieliński Stanisław (1880-1936), historyk, działacz społeczny i niepodległościowy, redaktor i publicysta. Studiował w Krakowie i we Lwowie. Od młodości był zaangażowany w działalność niepodległościową. W 1906 zamieszkał w Szczytnie; 1 VII tego roku ukazał się pierwszy numer założonego przez Zielińskiego pisma „Mazur”, którego był on także redaktorem. W 1907 otrzymał funkcję sekretarza i skarbnika Mazurskiej Partii Ludowej, a zarazem został jednym z jej niejawnych przywódców. W drugiej połowie 1907 opuścił Szczytno i wyemigrował do Szwajcarii. Od 1910 zajmował stanowisko kierownika biblioteki Muzeum Polskiego w Rapperswilu. W I. 1916-1918 był kierownikiem Polskiego Biura Prasowego Naczelnego Komitetu Narodowego w Szwajcarii. Na początku 1919 powrócił wraz z żoną Danutą do Polski i przez rok pełnił funkcję sekretarza generalnego Mazurskiego Komitetu Plebiscytowego, który mieścił się w Warszawie. Zasłynął próbą zmiany niekorzystnego terminu plebiscytu, za co został przez polskie władze odwołany z zajmowanego stanowiska. Zajmował się bibliotekarstwem, pracował jako redaktor, a następnie związał swoje losy z Ligą Morską i Kolonialną.

 

17. 2. [18]63. Miechów, [województwo] Kr[akowskie], ob[wód] miechowski; miasto.

W głównej kwaterze w Ojcowie otrzymał Kurowski15 14 lutego wiadomość, że na Ojców wyruszyło kilka kolumn nieprzyjacielskich, mianowicie: z Częstochowy 2. kompanie piechoty, 100 Kozaków i 2 działa, z Radomska 1. kompania piechoty i 50 Kozaków, następnie zaś 16. 2 [lutego] pułkownik Bagration16 z 1600 piechoty, szwadronem huzarów17, 100 Kozakami i 2. działami wyruszył z Miechowa; w połowie sił na Michałowice w celu przecięcia oddziałom powstańczym komunikacji z Krakowem i zabrania im tyłów; w połowie na Iwanowice do Skały będącej kluczem pozycji.

Ażeby nie pozwolić się otoczyć, a o ile możności połączyć się z Langiewiczem18, postanowił Kurowski rozbić Moskali w takim miejscu, gdzie jego siły rozdzielone zostały, i wybrał do tej operacji miasto Miechów, gdzie właśnie garnizon, w ostatnich dniach do 3700 ludzi powiększony, teraz znacznie się oddziałem Bagrationa umniejszył.

Wydawszy rozkaz skoncentrowania się w Miechowie innym oddziałom pod jego dowództwem stojącym: w Pieskowej Skale, Wolbromie i Dąbrowie, Kurowski sam ze wszystkimi siłami, mając żuawów, kosynierów, strzelców i jazdę dnia 16. 2. o g[odzinie] 2 1/2 po południu opuścił Ojców.

Następnego dnia stanął o 3 km od Miechowa, gdzie wszystkie inne oddziały były już na przeznaczonych sobie stanowiskach. Żuawi pod dowództwem pułkownika Rochebruna19, zajęli prawe skrzydło po obu stronach drogi od Bukow[ski]ej Woli, naprzeciw południowo-wschodniej strony miasta, strzelcy po obu stronach bitego gościńca słomnickiego utworzyli lewe skrzydło, w środku poza żuawami i strzelcami stanęli kosynierzy pod dowództwem pułkownika Korytyńskiego20, mniejszy oddział jazdy stanął za strzelcami na gościńcu słomnickim, a większy na prawem skrzydle żuawów, nieco za nimi, aby w razie potrzeby móc drogą od Bukowskiej Woli wykonać atak na miasto lub pierzchającemu nieprzyjacielowi przeciąć odwrót ku Kielcom. Oddział kaliski złożony z jazdy, strzelców i kosynierów pod dowódcą Cybulskim21 zajął Biskupice, pozostając atoli w kontakcie z oddziałem głównym. Oddział kaliski składający się również z jazdy, kosynierów i strzelców pod dowództwem naczelnika wojskowego Grekowicza22, stanowił na drodze słomnickiej rezerwę.

Po pierwszym ogniu tyralierskim żuawów i strzelców i po natarciu jazdy na słomnickim gościńcu, Moskale cofnęli się do miasta. Pierwsi za nimi wpadli żuawi, za nimi posypali się strzelcy i kosynierzy. Wtedy pod celnym i gęstym ogniem nieprzyjaciela z zasłoniętych pozycji wśród domów i ulic, rozpoczął się bój morderczy, a każdy dom stawał się dla powstańców nową twierdzą do zdobycia.

Nieustraszeni żuawi dotarłszy do rynku pod najrzęsistszym ogniem, nie ustępowali kroku; kosynierzy i strzelcy walczyli w ulicach. Za towarzyszami pospieszyła do miasta od Bukowskiej Woli jazda pod wodzą porucznika Nałęcza23 i silnym natarciem zmieszała nieprzyjaciela, za jazdą rzuciły się Grekowicza rezerwy kaliskie, lecz pozycja Moskali, którzy w zupełności zamknęli się za murami domów, pomimo nadludzkich wysiłków oddziałów i dowódców, między którymi odznaczył się adiutant Gaszyński24, w żaden sposób nie mogła być zdobyta i Kurowski musiał nakazać odwrót. Żuawi, którzy pierwsi wpadli do miasta, ostatni opuścili Miechów, zostawiwszy w nim najwięcej poległych. W ataku tym śmiercią walecznych polegli: Tomkowicz Jan Serafin25 i Moszyński Emanuel26, oficerowie żuawów, oraz szeregowiec żuawów Horoch27; od kosynierów porucznik Jan Wsuł28; od jazdy porucznicy Stanisław Gejzler29 i Radoński30; podoficer Makowiecki31, Michał Dobrzański32, były oficer austriacki Kazimierz Straszewski33; Izajasz Kryński34; Władysław Kwiatkowski35 umarł z ran.

W ogóle straty Kurowskiego, który w napadzie na [Miechów] miał około 1500 powstańców, miały wynosić według raportu dowódcy 30. zabitych i 100. rannych, ale w rzeczywistości były znacznie większe. Moskali zabitych i rannych miało być około 80. - Moskale po odejściu powstańców postąpili z miastem jak zwykle.

 

Źródło reedycji: Bitwy i potyczki 1863-1864. Na podstawie materiałów drukowanych i rękopiśmiennych Muzeum Narodowego w Rapperswilu / oprać. Zieliński Stanisław. Rapperswil 1913, s. 160-161. (W 2014 ukazał się przedruk tego wydania pod tytułem: Bitwy i potyczki 1863-1864 oraz spis alfabetyczny i chronologiczny bitew i potyczek 1863-1864, wyd. Grafika Iwona Knechta. Warszawa 2014).

Kraków w początkach powstania styczniowego i wyprawa na Miechów. T. 1-2

Wacław Tokarz

 

Tokarz Wacław (1873-1937), historyk powstań narodowych i wojskowości, profesor uniwersytetów: Jagiellońskiego i Warszawskiego, pułkownik Wojska Polskiego. Jako profesor UJ propagował hasła niepodległościowe; przyciągało to rzesze młodzieży działającej w ruchu strzeleckim na jego seminaria i wykłady, dlatego historyk ten wykształcił wielu, w przyszłości mających się zasłużyć, historyków. Po 1914 pełnił funkcję zastępcy szefa Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego, od 1915 został żołnierzem Legionów Polskich, w których służył do 1916, jednak od 1 XI 1918 powrócił do WP, gdzie pracował w VII Oddziale Sztabu Generalnego, kierując Sekcją 4 Departamentu Naukowo-Szkolnego, która na jego wniosek w 1920 została przekształcona w Wojskowy Instytut Naukowo-Wydawniczy. Z jego inicjatywy zaczęto wydawać „Bellonę”, której zadaniem było dokształcanie oficerów. Miał też wkład w tworzenie Centralnej Biblioteki Wojskowej oraz Centralnego Archiwum Wojskowego. Pod jego kierownictwem WIIN-W wydał 788 publikacji. Służba w wojsku stała się na tyle silną pasją Tokarza, że w 1920 zrezygnował z kierowania katedrą w UJ. Studia nad dziejami wojskowości miały takie znaczenie, że mimo braku większego doświadczenia typowo żołnierskiego i bez dowódczej praktyki otrzymał stopnień pułkownika. W 1927 odszedł w stan spoczynku. W 1928 objął Katedrę Nowożytnej Historii Polski na UW. Zajął się najnowszymi dziejami wojskowymi; interesował się epoką kościuszkowską, okresem Królestwa Polskiego oraz powstań listopadowego i styczniowego. Studia te zaowocowały wieloma interesującymi publikacjami; niektóre z nich, do dzisiaj, stawiane są jako wzór dla takich opracowań. Powstaniu 1863 poświęcił rozprawę: Kraków w początkach powstania styczniowego i wyprawa na Miechów. Jego deklaracje badawcze dotyczące bitwy miechowskiej mają ważną wymowę o czym świadczy poniższa wypowiedź: Chciałem tutaj opowiedzieć te dzieje tak, jak mi o nich mówiono: bez zamilczenia o tym, w czym pobłądzono, ale i bez wnoszenia w opowieść tej goryczy, której już może za wiele w nią włożono. Pragnąłem także nadać mej pracy ten charakter ścisłości i rzetelności naukowej, bez którego nie masz historii, a który tak rzadko zachowywano w opracowaniach o roku 1863. Na uwagę zasługuje także podjęcie przez Tokarza nowej formy gromadzenia materiałów badawczych, a mianowicie zbierania relacji od uczestników minionych wydarzeń.

 

(...) Zbliżono się do miasta niedługo po piątej i zaraz lewe skrzydło rozpoczęło ruch naprzód. Na czele, po gościńcu krakowskim, szła jazda Miętty36, która odparła objeszczyków i Kozaków i puściła się za nimi w pogoń.

Panowała zupełna cisza i gdy jazda, wydostawszy się na wzgórza, zaczęła rozróżniać kontury miasta, wśród tego dość jasnego poranku zdawało się, że i tam panuje spokój, że nie spotka się tam silniejszego i gotowego do boju przeciwnika. Naraz, z lewej strony gościńca, od wzgórz koło cmentarza i z cmentarza samego, rozległy się salwy karabinowe, które zsadziły z koni kilkunastu kawalerzystów i zmusiły resztę do szybkiego odwrotu. Zaczynał się bój prawdziwy.

Teraz dopiero Rochebrun37 wysunął swych żuawów na lewo od drogi, zatrzymał przeważną część w ścieśnionej kolumnie, a dwa półplutony, pod dowództwem Tomkowicza38 i Moszyńskiego39, wysłał naprzód w tyralierkę. Za nim robiły to samo oddziały schodzące z gościńca; reszta szła w zwartym szyku. Rozpoczęła się wymiana strzałów, podczas której obaj młodzi oficerowie, prowadzący tyralierów żuawów, legli trupem40.

Nasi tyralierzy posuwali się szybko naprzód, spędzając przeciwnika z wzgórz ku cmentarzowi. Przed samem obwałowaniem cmentarza Rochebrune odwołał tyralierów, ścieśnił swą kolumnę, porwał prócz niej i część strzelców i ruszył do ataku. Przyjęto go salwami, które dziesiątkowały atakujących. Po krótkiej i zaciętej walce na bagnety cmentarz i kościółek św. Barbary opanowano, kładąc trupem część przeciwników lub wypierając ich do domów w ulicy Krakowskiej. Jednak i po naszej stronie przeszło trzydziestu najdzielniejszych legło trupem.

W tym czasie, zdaje się, Kurowski wysłał po raz drugi jazdę Miętty do miasta, a jej działanie zbiegło się z atakiem kolumny idącej od strony Bukowskiej Woli41. Ruszyła stamtąd jazda Nałęcza42, a z nią część żuawów i strzelcy Niewiadomskiego43. Bohaterska ta młodzież dostała się na rynek i uderzyła na rezerwę rosyjską. Wytrzymano salwy karabinowe, dawane z odległości kilkunastu kroków, i zwarto się z przeciwnikiem. Skończyło się na tym, że rezerwę rosyjską zachwiano, zraniono śmiertelnie jej dowódcę, majora Małyszewa44, i zmuszono ją do ustąpienia z rynku i zabarykadowania się w klasztorze oraz domach przyległych45. Ale i jazda powstańcza poniosła ogromne straty i musiała się cofnąć, dziesiątkowana po drodze przez strzały z domów, bezbronna całkowicie wobec tego rodzaju walki.

Dotąd bez względu na zupełne nieprzygotowanie ataku, na uderzenie z tej strony, gdzie dostęp do miasta był najtrudniejszy, powstańcom dopisywało względne powodzenie. Odwaga, którą później przyznał im nawet wróg, tak nieskory zazwyczaj do oddawania sprawiedliwości swemu przeciwnikowi w tej walce46, pierwszy impet, złamały wszystkie przeszkody, dowodząc, jakich by tu rzeczy można było dokonać przy ataku nocnym i uderzeniu jednoczesnym wszystkich sił, przy innym zwłaszcza kierownictwie47.

Od tej chwili położenie zmienia się w zupełności. Nieprzyjaciel z ulic cofnął się do domów, zabarykadował się w nich i każdy dom trzeba zdobywać oddzielnie. Żuawi, strzelcy, którzy zdobyli cmentarz, biegną pędem na rynek, wytrzymują ogień z domów w ulicy Krakowskiej, który ich dziesiątkuje. Za nimi pędzą długim wężem kosynierzy, unikając już ulic i starając się dostać na rynek ogrodami, koło stodół.

Stopniowo Kurowski wprowadza do walki wszystkie prawie swe rezerwy, nawet oddziałek Grekowicza48. Zostają przy nim tylko kosynierzy, których część nie wzięła wcale udziału w tej walce i zdemoralizowała się, stojąc pod dalekim ogniem nieprzyjacielskim. Nowe kolumny atakujące napływają na rynek rozmaitymi drogami. Gromadzi się tam tłum, coraz bardziej bezładny, wystawiony na ogień krzyżowy z klasztoru i domów, nie mogący odpowiadać nań ze swoich dubeltówek i rewolwerów. Oddziały pomieszały się ze sobą, zamieniły w tłum bezradny. Niema żadnego dowódcy, który by dał inicjatywę, porwał do takiego nadludzkiego wysiłku, jak Cieszkowski49 w Sosnowcu, nie masz pod ręką i narzędzi do wyłamania bram klasztoru. Kurowski stoi ze sztabem za miastem; na rynku uwija się tylko, krzyczy i gestykuluje Rochebrune, który wydostaje się nawet na wzniesienie, aby opanować ten tłum, porwać go do ataku. Ale jego nie znają, nie rozumieją, nie mogą słyszeć nawet. Czasami garść waleczniejszych rzuca się do bram klasztoru, ale wraca dziesiątkowana. Część żołnierzy, ta bohaterska młodzież mianowicie, która poprowadziła tutaj innych, nie chce za żadną cenę ustępować z boju, szuka już tylko śmierci50. Ludzie prości, kosynierzy, czują, że tu już niema żadnego kierownictwa, żadnej spójni i organizacji, wycofują się po cichu z pola walki. „Wielu z nas, a między nimi i ja” - opowiadał kosynier Jan Kaczanowski, piekarz z Tarnowa - „plątaliśmy się po rowach i poza stodołami”.

Minęła już bezpowrotnie ta chwila przełomowa, gdy to po wyparciu przeciwnika z rynku można było przypuszczać, że ulegnie on sile ataku, Zachwieje się, zwątpi. Teraz nawet prosty żołnierz rosyjski widzi skutek swych strzałów i ocenia sytuację. Przedłużenie tego stanu rzeczy, w którym nie było już żadnego wyjścia, jest jednym z największych grzechów Kurowskiego; wynikło zaś ono z tego, że ten wódz niefortunny stał za daleko od miejsca walki i nie widział po prostu, co się dzieje51.

 

Uwaga: Przypisy wytłuszczone pochodzą od autora.

 

Źródło reedycji: Tokarz Wacław, Kraków w początkach powstania styczniowego i wyprawa na Miechów. T. 1-2. Kraków 1914, s. 182-187.

 

Przejścia i wspomnienia uczestnika powstania polskiego 1863-64

skreślił Feliks Borkowski

 

Borkowski Feliks (1840-ok. 1910), podoficer austriacki, zdezerterował z osiemnastoma strzelcami do oddziału Kurowskiego, walczył pod Sosnowcem, następnie pod Miechowem, a później pod komendą Jeziorańskiego pod Małogoszczą. Po połączeniu się z oddziałem Langiewicza walczył pod Pieskową Skałą, Skałą, Chrobrzem, i Grochowiskami, gdzie został ranny. Jako rekonwalescent wyszedł z oddziałem Gregorowicza z Krakowa i uczestniczył w bitwie pod Szklarami; w oddziale Oksińskiego pod Kamieniem, Koniecpolem; z oddziałem Jordana brał udział w bitwie pod Ratajami, po czym dostał się pod komendę Kality (Rębajły); z oddziałem Mossakowskiego pod Olkuszem i Żarkami; w oddziale Zaręby52 pod Piotrkowem. Walczył pod Opatowem. W potyczce pod Przedborzem został ranny i dostał się do niewoli, z której po wyzdrowieniu uciekł do Krakowa. Tu znowu uwięziony, został osądzony przez sąd wojenny, po czym wcielony w szeregi wojsk austriackich uczestniczył w wojnie austriacko-pruskiej w 1866.

 

W roku 1831, po rozproszeniu się wojsk polskich, ojciec mój Walenty Borkowski w Krakowie osiadłszy, ożenił się z Anną Janiszewską, która mu powiła dwóch synów: Feliksa i Stefana. Jako były major wojsk polskich i gorący patriota należał ojciec mój do spisu w r. 1846 i udał się do Tarnowa, gdzie wówczas nasi rodacy mieli się połączyć i rozpocząć walkę za wolność Ojczyzny. Pod Gdowem ojciec mój został zabity, a mnie sierotę - gdyż i matka już przedtem umarła - przyjęła matka chrzestna na wychowanie.

Dlaczego agitowałem? Bo mając w pamięci barbarzyństwa, będąc naocznym świadkiem, co się działo w roku 1846 w Krakowie, a także pamiętając rok 1848/9, miałem świadomość, że były to dzieje rozpaczliwe i tylko dla zbiegu okoliczności pióro nie pozwala się rozpisywać... Miałem od dziecka wpojone słowa śp. ojca mego, kiedy wychodził na wyprawę z Krakowa i ostatnie czynił pożegnania, a zarazem i główne napomnienia, że jak dorosnę, abym był nieugiętym synem ukochanej Ojczyzny! Słowa te były tak wzruszające, że chociaż byłem podówczas dzieckiem, poczułem jednak, jak dreszcz przechodził po moim ciele. Nie znam do dziś przyczyny, może dlatego, że były to ostatnie słowa ojca mojego, które nie wygasną do ciemnej mogiły. Kiedy przyszedłem do większych lat, opowiadałem to, czego byłem naocznym świadkiem. W dwudziestym roku życia wzięto mnie do wojska państwa austriackiego, a mianowicie do 26. batalionu strzelców, załogujących wówczas w Krakowie. W roku 1861, kiedy krew zaczęła przelewać się na brukach Warszawy53, poczęła i we mnie burzyć się krew a pamiętne słowa śp. ojca mojego tak mnie wzruszyły, że począłem między żołnierzami opowiadać dzieje porozbiorowej Polski, będąc tego przekonania, że przyjdzie chwila radości, że zbudzi się ze snu nasz „Orzeł biały”. Nadszedł nareszcie rok 1863 i z nim upragniona chwila, oczekiwanej radości godzina wybiła i nasz „Orzeł biały” wzniósł się pod obłoki i zawołał: „kto jest synem polskiej ziemi, niech do broni śpieszy!”

Ja rozpocząłem gorącą agitację nie szczędząc sił własnych i sądząc, że przynajmniej jedną cegiełką i ofiarowaniem własnego życia przyczynię się do odbudowania naszej ukochanej Ojczyzny. Nadzieja ta zawiodła niestety, bo o mojej agitacji dowiedział się major batalionu, w którym służyłem. To zdarzenie jeszcze spotęgowało mą siłę i zabrawszy 18 strzelców z linii, mających ich pod ręką, w skład których wchodzili tak Polacy jak i Włosi, z pełną amunicją z fortu kopca Kościuszki udałem się z nimi wprost do Ojcowa i około północy znaleźliśmy się w obozie niedołężnego wodza Kurowskiego54. Rano nazajutrz w obozie przyjęcie było nad wyraz serdeczne, powitano nas uściskami, co było godnym podziwu tym bardziej, że z radości zapomniano o jedzeniu, a mię nad wyraz zajmowało kucie kos i lanc przysposobionych na wroga Ojczyzny i wyjść z podziwu nie mogłem, jak z tą bronią pójdzie się do ataku?

Chwila ta cieszyła mnie bardzo, że będąc żołnierzem, mogę wejść w ślady śp. ojca mojego w obronie naszej kochanej Ojczyzny! I że doczekałem tej chwili, o której od lat dziecięcych marzyłem, żem znowu zobaczył polskie krakuski jak w roku 1846 widząc w opatrunki porąbanych głów podniósł się we mnie zapał dla sprawy i chęć pomszczenia się na naszym wrogu! Do obozu Kurowskiego przybył Rochebrun55, żuaw francuski, by sformować pułk. Do niego zaciągnąłem się z moimi ludźmi. Pułk ten przedstawiała szlachta, hrabiowie, szeregowcy i dobrzy strzelcy. Był to pułk należycie zorganizowany, przewyższał, jeżeli nie równał się z osławionym pułkiem „Czwartaków”56 z roku 1831.

Sztandar nasz odznaczał się ideałem nieśmiertelności, był zupełnie czarny, z jednej strony posiadał krzyż biały, podczas gdy z drugiej strony przedstawiał wizerunek Matki Boskiej, naszej Królowej Polskiej! W tym miejscu nadmienić muszę, że Rochebrune przed każdą bitwą rozkazał stanąć przed rozpuszczonym sztandarem jako potwierdzenie przysięgi, aby tym zachęcić i wzmocnić ducha do walki walczącym za Ojczyznę. To poparcie ducha zjednało w ogóle zaufanie do niego jako wodza i wzmacniało miłość ku Ojczyźnie. Kiedy przyszło do bitwy, tośmy z zaparciem siebie, jako Iwy rzucali się w grad kul nieprzyjacielskich z uśmiechem na ustach i otwartą piersią biegliśmy na wielki bój o wolność „Ojczyzny.” Jeśli z ręki wroga padały ofiary z naszej strony, to od nas pałała mściwość na wroga za poległych bohaterską śmiercią, za poległych rodaków, chęć zemsty za niewinną krew, do czego dodawał nam otuchy dzielny dowódca Rochebrune, który zawsze po skończonej walce ściskał i całował najbliższych żołnierzy z powstania, płacząc i rozpaczając nad losem biednej, rozebranej Ojczyzny. Sam adiutant jego wyraził się słowy „że gdyby takich dowódców było więcej, z pewnością powstanie skończyłoby się zwycięstwem, ale niestety nie wszyscy dowódcy byli tego hartu i poświęcenia, jakim był śp. Rochebrune. Miłym jest przypomnienie tej chwili, a przypomnienie wzbudza przyjemność, która wspomnieniem swym powoduje chyżość krążenia krwi w żyłach” (...)

Raz doniesiono nam, że Moskale nadciągają. Zaraz wymaszerowaliśmy przez miasteczko Skałę i rozwinęliśmy linię bojową, a że to był tylko oddział Kozaków, którzy cofnęli się, powróciliśmy do Ojcowa. Po kilku dniach wyruszyliśmy na Miechów z całym zapałem, że się spotkamy z wrogiem naszym. W wyprawie tej przybyliśmy do Czapel57 około godziny dziewiątej wieczór. Sztab nasz ulokował się we dworze, podczas gdy cała załoga nasza przez całą noc obozowała w otwartym polu na śniegu. Nad ranem wyruszyliśmy w stronę Miechowa, a Moskale wpadli do Ojcowa od strony Smardzowic i wspólnie z miejscowymi chłopami pomordowali pozostałych powstańców, a nadto chłopi zrabowali nasze zabytki, a Kozacy - co gorsze - chwycili naszego kapelana, przywiązali go za ręce do kulbak58 pomiędzy siebie, podczas gdy drudzy bijąc go nahajkami, żywcem go roztargali. Smutny ten akt rozbestwiania się żołdaków miejscowej kozaczyzny moskiewskiej miał miejsce na drodze prowadzącej od Ojcowa do Pieskowej Skały i tam też między górami złożono ciało kapelana męczennika, a nad mogiłą jego wystawiono pomnik kamienny. Odnosząc się do historii powyższej uzupełniam tym, że przybyliśmy blisko Miechowa, Moskale będąc natomiast uprzedzeni o naszym przybyciu, czekali całą noc na nas w ukryciu na miejscowym cmentarzu, prywatnych domach i zagrodach mieszczańskich.

Wobec takich warunków rozsypaliśmy się w tyralierkę, której prawym skrzydłem dowodził kapitan hr. Muszyński59, a który ugodzony nieprzyjacielskimi kulami w obie nogi, zaniemógł. Jako starszy wyćwiczony żołnierz objąłem po nim komendę i wśród gradu kul natarliśmy na Moskali, którzy się schronili na cmentarz, skąd zostali przez nas wyparci i cofnęli się do miasta. Rozpalony otrzymaną raną w prawą łopatkę zakomenderowałem do ataku i starłem się sam między domami z dwoma na mnie napadającymi żołnierzami moskiewskimi. Jednego przebiłem bagnetem, a nie mając czasu, by odbić pchnięcie drugiego, zrobiłem skok w tył, przy czym otrzymałem końcem bagnetu ranę w pierś. W tej chwili jednakże przyskoczyło mi na pomoc kilku naszych i położyli Moskala trupem. Nie zważając na otrzymane dwie rany, z których krew ciekła, walczę dalej i wsparty męstwem mych kolegów żuawów przemykam się naprzód i naprzód! Gdy zwycięstwo przechyliło się już na naszą stronę, niedołężny dowódca Kurowski, który stał pod miastem, zobaczywszy Kozaków z miasta pierzchających, przysłał do nas adiutanta z okrzykiem:

- Uciekajcie, kto w Boga wierzy, bo Moskale zabierają tył!

Okrzyk ten wszczął między nami wielki popłoch, wszyscy stracili ducha i w chwili niewątpliwego zwycięstwa zachwiało się męstwo walczących żuawów, którzy przed godziną wśród gradu kul wdarli się do miasta. Po cofnięciu się naszym za Miechów i po przemówieniu dowódcy Kurowskiego oddział poszedł w rozsypkę, ale mniej więcej połowa, trzymając się razem, przybyła do Racławic, gdzie nietrudno było rozproszonych zebrać, zaprowadzić ład i połączyć się z innym oddziałem. Tego jednakże niedołężny Kurowski nie uczynił, a żołnierze widząc się przez dowódców opuszczonymi, bo tak Kurowski jak i Rochebrune odjechali, niewiadome dokąd, rzucali broń i samopas wracali spod Racławic do Krakowa. Ja jako dezerter z wojska austriackiego nie chciałem wracać do Krakowa i gdy felczer rany moje obandażował, dosiadłem konia, których dużo po rozbitkach samopas chodziło, przypasałem pałasz, wybrałem dwa pistolety i pomaszerowałem do Działoszyc, gdzie się dowiedziałem, że oddział Jeziorańskiego60 znajduje się w Ratkowie61 i tam też natychmiast się udałem. Po drodze spotkałem Jana Makowskiego62 z Krakowa, posadziłem go na konia za sobą i tak obydwaj na jednym koniu przybyliśmy do Radkowa i zameldowaliśmy się u dowódcy, który nas pochwalił mówiąc:

- Takich więcej!

Po kilku dniach oddział Jeziorańskiego udał się do Małogoszczy, aby się połączyć z Langiewiczem. Po drodze nawinął nam się Żyd, który dawniej do Ojcowa przywiózł zatruty chleb i dlatego został przez nas uwięziony, lecz gdyśmy się udali pod Miechów, Moskale wpadli do Ojcowa, wymordowali wielu mieszkańców, zrabowali wszystkie zapasy żywności a Żyda uwolnili. Nieszczęście a raczej szczęście jednak chciało, że Żyd ten popadł drugi raz w nasze ręce i został zaraz powieszony. Wreszcie przybyliśmy do Małogoszczy i stanęliśmy na cmentarzu, a że noc była bardzo chłodna, musieliśmy z braku innego drzewa krzyżami z grobów ognie rozpalać. Rano rozpoczęła się bitwa. Jeziorański miał dwa działa żelazne a Langiewicz dwie śmigownice. Dwa razy atakowali Moskale te nasze działa, lecz za każdym razem zostali odparci. Nasz oddział stał na górze i tam ucierpieliśmy najwięcej, bo nas ze wszystkich stron brali na cel. Po całodziennej zapalczywej bitwie musieliśmy się cofnąć w lasy i spotkawszy się z nieprzyjacielem w Pieskowej Skale, goniliśmy go aż do Skały, gdzie nieprzyjaciel zajął stanowisko na cmentarzu obwiedzionym murem, a więc miejscu dogodnym do obrony. Otoczyliśmy ich dookoła i niechybnie bylibyśmy ich szturmem wzięli, gdyby przez złą komendę wojsko nasze nie zrobiłoby luki, przez którą Moskale uciekli. Ze Skały udaliśmy się do Smardzowic. Tam wskutek donosu znaleźliśmy w skrzyniach chłopów poobcinane palce z pierścionkami oraz różne zapasy obozowe. Ujęliśmy herszta tej bandy złodziejskiej i natychmiast powiesiliśmy go na brzozie, reszta zaś otrzymała karę cielesną. Stamtąd udaliśmy się do Zagoszczy63, gdzieśmy otrzymali znaczne zasiłki w broni i amunicji, a także wielu rozbitków spod Miechowa do nas z Krakowa powróciło. Przybył też i Rochebrune do Goszczy, a ja będąc już przedtem w jego szeregach, zaciągnąłem się znowu do żuawów. Wymaszerowaliśmy niebawem do Sosnówki, skąd spośród nas dwudziestu czterech żuawów zostało wysłanych w stronę Miechowa na stracone widety64. Rychłym rankiem nadciągnęły na nas dwie roty piechoty moskiewskiej i sześćdziesięciu Kozaków. Posłaliśmy natychmiast jednego kawalerzystę do naszego obozu z zawiadomieniem o nadciągających Moskalach, a sami rozwinęliśmy się o dziesięć kroków jeden od drugiego i powoli się cofając ku naszemu obozowi, około mili odległemu, ogień regularny utrzymywaliśmy. Gdy już kule nieprzyjacielskie poczęły w obozie dobrze świstać, wtenczas dopiero sztab z wygodnego snu się zbudził i dosiadł koni. Moskale, zobaczywszy przeważającą liczbę naszego wojska, uciekli. W tym spotkaniu utraciliśmy dwóch żuawów; jeden padł na miejscu, a drugi ranny zmarł w drodze do Krakowa. Moskale natomiast ponieśli znaczne straty, bo nacierali zwartymi kolumnami, a myśmy nie żartowali, tylko prażyliśmy ich celnymi strzałami. Przyznać przy tym trzeba, że w szeregach naszych znajdowali się sami dobrzy strzelcy i przeważnie żołnierze z wojsk regularnych, a zatem dobrze wyćwiczeni.

Równocześnie z walkami krwawymi, przez różne oddziały całego naszego obozu prawie zawsze zwycięsko przez nas staczanymi, rozpoczęły się narady przedstawicieli stronnictwa krakowskiego, czyli białych z Langiewiczem65, o przyjęcie przezeń dyktatury. Generał po długich namowach uległ, odrzuciwszy ofiarowany mu przez Mierosławskiego66 triumwirat: Mierosławski, Wysocki67i Langiewicz. Zgodził się na objęcie dyktatury, podstępnie mu nadanej przez stronnictwo białych w imię Rządu Narodowego. Dyktatura, jak się niestety okazało, przerastała jego siły i stała się powodem jego upadku. Tegoż samego dnia wieczorem ukazał się manifest dyktatora, wzywający do ogólnego powstania przeciw rządowi rosyjskiemu i wszystkich Polaków, bez różnicy stanu i wyznania, do jedności, dzięki której nastąpi wolność i niepodległość Ojczyzny. Dnia następnego około południa cały obóz stanął pod bronią i niebawem ukazał się dyktator Langiewicz otoczony świetnym sztabem, a generał Jeziorański odczytał wśród ciszy ogólnej, wspomniany manifest, przyjęty przez całe wojsko z wielkim zapałem, po czym cały obóz z dyktatorem na czele wyruszył w pochód ku Miechowowi.

W tym marszu oddział nasz zrobił zasadzkę na szosie, która prowadziła do Wodzisławia i którędy mieli Moskale przechodzić; staliśmy na tej zasadzce całą noc na próżno, Moskale bowiem tędy nie szli, gdyż ich jakiś stary dziad poprowadził inną drogą do Giebułtowa, a tam kilku naszych bawiących w dworze złapali i okrutnie pokłuli. Skorośmy się o tym dowiedzieli, udaliśmy się natychmiast do Giebułtowa, ale Moskale przez tego dziada, przewodnika, ukryci za krzakami, w pośpiechu umknęli. Ujęliśmy owego dziada, który też za zdradę został powieszony. Nazajutrz to jest 12 marca w południe wojsko nasze liczące około 4000 ludzi uszykowało się na równinie w czworobok, w którego środku wzniesiono ołtarz połowy. Dyktator zbliżył się doń uroczyście i przed kapelanem obozowym złożył świętą narodowi przysięgę. Wspaniała była to chwila; grzmiały okrzyki:

- Niech żyje Polska!

Uniesienie było ogólne, ale był to też szczyt chwały Langiewicza. Odtąd zaczęła ciemnieć jego gwiazda. Wysokie stanowisko pozbawiło go trafnego rzutu oka, przenikliwości i dotychczasowej energii wojennej. Zajęty więcej polityką niż oddziałem, nie sprostał już ani stanowisku polityka, ani dowódcy. Odtąd też Moskwa coraz szczelniejszym łańcuchem swych sił przeważających ścieśniała znużone ciągłymi marszami, wycieńczone głodem i niewywczasem68hufce polskie, które wreszcie Langiewicz opuścił, skompromitowawszy swą wojskową reputację.

Po uroczystości złożenia przysięgi przez dyktatora przybyliśmy pełni zapału do Chrobrzy, jak gdyby na jakie gody weselne, bo nie szczędząc znienawidzonego przez naród Wielopolskiego,69 raczyliśmy się w jego pałacu w Chrobrzy obficie zaopatrzoną spiżarnią i piwnicą, przez Moskali od zniszczenia zawsze bronioną. Po trzydniowym wypoczynku, w ciągłym już odtąd boju, walczyliśmy z ośmioma tysiącami Moskali z trzech stron nas atakującymi. Wieczorem 16 marca przyszło do zaciętej walki na błoniach chroberskich, między Chrobrzem a Wolą, a już nad ranem 17 marca nowy zacięty bój wszczął się pod Zagościem, Buskiem i Grochowiskami i trwał aż do wieczora.

Następnego dnia zaledwie rozpaliliśmy ogniska pod Grochowiskami i gdy gotować zaczęto, padły strzały na pikiecie70. Rozpoczął się znowu bój nadzwyczaj krwawy. Strzelcy i żuawi cudów waleczności dokazywali. Rochebrune wśród gradu kul wydawał rozkazy, wołając po francusku, a Józef Macielski71ogłaszał je oficerom po polsku. Trudno mi już dzisiaj pamiętać, a i wówczas nie mogłem znać działalności różnych oddziałów na nasz obóz się składających; wiem wszakże i dokładnie pamiętam udział naszego oddziału w tej czterodniowej zaciętej walce. Jeszcze 16 marca, gdy dla zmylenia nas Moskale fałszywym ruchem do Chrobrza nadciągali, cała nasza armia przeprawiała się na drugą stronę rzeki Nidy, na błonia chroberskie. Tylną straż przy tej przeprawie stanowił nasz oddział i miał rozkaz zniszczyć po przejściu armii most na tej rzece. Gdy już cała nasza armia most przeszła, saperzy wzięli się wprawnie do roboty; cały zaś nasz pułk żuawów miał stać przy moście tak długo, dopóki się most zupełnie nie spali i bronić Moskalom przejścia, w razie gdyby po palącym się moście za naszą armią usiłowali przejść. Most został spalony, a niebawem ujrzeliśmy wojska moskiewskie w znacznej sile się rozwijające na błoniach chroberskich, gdzieśmy ich się wcale nie spodziewali. Bitwa się zaraz rozpoczęła. Moskale od strony Krzyżanowic okropnie bili z dział, nie przynosząc nam jednakże prawie żadnej szkody.

Tymczasem Rochebrune spostrzegł kłusujących ku nam kilka szwadronów dragonów moskiewskich i nie tylko nie dopuścił do żadnego popłochu w szczupłym oddziale naszym, samotnie w otwartym polu pozostawionym, ale z wzorową zimną krwią rozwinął nas żuawów w porządną linię bojową i plutonowym ogniem zaczęliśmy sypać na dragonów. Widząc naszą gotowość i determinację, powstrzymali się dragoni w swoim zapędzie i zsiadłszy z koni, w pieszą uformowali się linię i ogniem z ręcznej broni na nas nacierali, ale zdziesiątkowani naszymi celnymi strzałami, zatrąbili do odwrotu i dosiadłszy koni, w galopie uciekli; zaś nasz dzielny pułk żuawów złączył się z armią i pochwałę od Langiewicza otrzymał.

Zapalczywa, całodzienna bitwa zaczęła się nazajutrz z rana w lasach grochowskich. Bagnetami wypieraliśmy Moskali ze wszystkich stanowisk, a kosynierze postrach i popłoch siali między nimi. Kiedy pod wieczór, już prawie przy końcu bitwy, natarły jeszcze na nasz oddział dwie roty Moskali, Rochebrune ustawił nas do ataku i zakomenderował:

- Strzelcy w lewo i prawo rozstąpić się! Kosynierzy naprzód! - a kosynierzy widząc za sobą żuawów, z zapałem krzyknąwszy:
- Hura! - pobiegli naprzód i za półgodziny leżały już tylko kawałki z Moskali.

Dwie roty padły na placu, a siedemnastu pozostałych przy życiu wraz z jednym oficerem wzięliśmy do niewoli. W tej bitwie zostałem ranny w prawą rękę. Nie z mniejszym oddziałem i odwagą szły inne nowe oddziały. Moskwa na wszystkich punktach pierzchła; ścigana przez naszych byłaby jeszcze znaczniejszą poniosła klęskę, gdyby ciemność nocy i brak kawalerii nie wstrzymały pogoni.

Po ukończonej walce i tak świetnym zwycięstwie zebrała się rada wojenna w obozie pod Wełczem. Większość opowiedziała się za rozdzieleniem korpusu na mniejsze oddziały i za tajnym opuszczeniem obozu przez dyktatora. Nie wiem, co skłoniło Langiewicza do postąpienia w myśl tej rady. Nie jest też moim zadaniem rzecz tę sądzić. To wszakże wiem i z bólem na to patrzyłem, że gdy w kilka godzin później rozbiegła się w obozie wiadomość o odjeździe dyktatora i wodza, straszne powstało zamieszanie. Wybuchły najrozmaitsze namiętności, a okrzyk „zdrada” rozluźnił do reszty spójność szeregów. Gromadnie rzucano broń i uciekano ku granicy wołając, że wszystko stracone.

Postępując śladem dowódcy, przybyliśmy do Opatowca, gdzie zjawił się generał Mierosławski. Kazał nam na rynku ustawić się w czworobok i krasomówczym swym przemówieniem odbierał ochotnikom resztę ufności w powodzenie świętej sprawy, z takim zapałem i poświęceniem podjętej. Tak wówczas przemówienie Mierosławskiego zrozumiałem i takie wrażenie ono na mnie wywarło. Nic też dziwnego, że oburzony wystąpiłem z szeregów i głośno czyniłem generałowi wymówki, że ducha w nas osłabia. Na to Mierosławski przystąpił do mnie, położył rękę na mym ramieniu i z głową w górę podniesioną odezwał się:

- Młodzieńcze, krew masz gorącą, widzę w tobie zapał, ale wierzaj mi i wy wszyscy wierzajcie, że chociaż byście ostatnią kroplę krwi waszej wylali, nie osiągniecie upragnionego celu. W roku 1831 bez porównania w lepszych byliśmy warunkach, a jednak okazało się to, co się teraz jaskrawiej pokazuje - ażeby Polskę odbudować, przed wzięciem się do oręża trzeba wcześniejszej pracy i poprzedniego przygotowania, które na tym polegać musi, ażeby sprowadzić dwadzieścia fornalek72 krawatów konopnych i ubrać w nie rozrosłe potomstwo Targowiczan.”

Osłupiałem zrazu na te słowa Mierosławskiego, nie zrobiłem po wojskowemu „na lewo tył i zwrot”, ale instynktownie ze smutkiem schyliłem głowę. Ból serce ścisnął i w długą pogrążyłem się zadumę, aż usłyszałem, nie wiem przez kogo daną komendę „w pochód”.

W marszu jeden kawalerzysta widząc, jak mnie rannemu trudno iść piechotą, podał mi poczciwiec konia luźnego, których było dość dużo, i tak dostaliśmy się do Koszyc. Moskale obserwowali nas w oddaleniu półmilowym, ale widocznie po ostatnich cięgach otrzymanych pod Grochowiskami, bali się na nas uderzyć, zwłaszcza, że o naszym rozluźnieniu się nie wiedzieli. Późnym wieczorem domaszerowaliśmy, około tysiąc pięćciuset ludzi, nad granicę austriacką. A że było ciemno, kiedyśmy dotarli do Igołomii, więc nasze furgany, których było około czterdziestu, pojechały wprost na granicę austriacką, będąc wszystkie wyładowane bronią i zapasami obozowymi. Także były dwie śmigownice, czyli działa, które miały być od roku 1831 od kawalerii. Broń pozostała tu po bitwie i po tych, co pouciekali za granicę. Z Opatowca wszystko zabrali Austriacy i odstawili na Wawel do Krakowa. Tam my przenocowaliśmy a rano około godziny ósmej, gdy Moskale rozpoznali, że całymi masami w ucieczce przeprawiamy się przez granicę, zaatakowali resztki i wyparli do Kościelnik w okręg krakowski. Austriacy zabierali każdego do niewoli i odstawiali do Krakowa do tzw. Reitschuli „Pod Kapucynami”73.

Patriotyczne panie krakowskie często nas odwiedzały, przysyłały obiady i zaopatrywały we wszelkie potrzeby; a gdy się dowiedziały, że jestem ranny i dezerter z wojska austriackiego, przebrały mnie za kobietę, założyły gęsty welon na twarz, wzięły między siebie i wyprowadziły z więzienia. Sierżant zaś z mego oddziału żuawów, Salwach74, odprowadził mnie na kwaterę i kurację do hr. Morsztyna na ulicę Stolarską.

Po przyjściu do zdrowia i sił począłem się przechadzać po mieście i wywiadywałem się, kiedy jaki oddział znowu wyruszy do powstania. Ktoś ze znających mnie, prawdopodobnie żołnierz, musiał mnie zobaczyć, jak wchodziłem do domu hr. Morsztyna, bo kiedyśmy zasiedli do obiadu, wpadł naraz lokaj i oznajmił, że strzelcy otoczyli dom. Na tę przerażającą wiadomość, wypadła mi łyżka z ręki. Wiedziałem, że jestem zdradzony. Nie namyślając się długo, zażądałem, aby mi otworzono strych i dymnikiem wydobyłem się na dach. Uciekałem przez dachy kilku kamienic. Na jednej był fajermur75, chwyciłem się go, lecz cegły się obsunęły, a ja spadłem na dach. Jakoś szczęśliwie uchwyciłem się grzbietu dachu, poszedłem dalej i niedaleko kościoła dominikańskiego zeszedłem na strych, a stamtąd wydostałem się na ulicę. Zapaliłem sobie papierosa i przypatrywałem się z daleka strzelcom stojącym koło kamienicy hr. Morsztyna, podczas gdy inni plądrowali mieszkanie, daremnie mnie szukając.

Za kilka dni otrzymaliśmy, oficerowie, poufne doniesienie, abyśmy się zeszli w piwiarni przy ulicy Grodzkiej po rozkazy, bo mieliśmy niebawem wymaszerować z Gregorowiczem76. Było to w Wielki Tydzień, gdy idąc ulicą Grodzką do owej piwiarni, ujrzałem po przeciwnej stronie ulicy idącego feldwebla77 z kompanii strzelców, w której służyłem jako żołnierz austriacki i skąd do powstania zdezerterowałem. Nie przypuszczałem, aby mnie między publicznością i w cywilnym ubraniu poznał, ale on przypatrując mi się chwilkę, puścił się naraz na mnie jak jastrząb. Zacząłem też zaraz uciekać w ulicę św. Józefa, a on za mną. Nie mając już innego ratunku, wyrywam z zapasu rewolwer, bez którego na ulicę nie wychodziłem nigdy, obróciłem się nagle i dałem strzał do goniącego mnie feldwebla. Nie trafiłem, strzeliłem więc drugi raz, a feldwebel widząc, że to nie żarty, schował się za załomek muru ogrodowego zakonnic św. Józefa, ja zaś korzystając z chwili, popędziłem prosto w jatki rzeźnicze, a stąd przebiegłem drugą stroną na planty i uratowałem się.

 

 

Jeszcze tego samego dnia wyszliśmy nie razem, ale po kilku za miasto w okolicę Bronowie, gdzieśmy się większymi partiami gromadzili. Stamtąd ruszyliśmy w drogę około Krzeszowic do Szklar. Hrabia Potocki z Krzeszowic przysłał nam na swych fornalkach święcone, składające się z mnóstwa jaj, szynek, kiełbas, ciast i dobrej wódki „ciosówki” - wódka taka krew czyści i pokrzepia zdrowie. Pokrzepiliśmy się też, a przeszedłszy granicę, powiesiliśmy trzech objeszczyków78, których udało nam się tu niespodzianie schwytać. Po dokonaniu tego dowódca nasz Gregorowicz, jako oficer z wojska rosyjskiego znający zalety „ciosówki”, nakazał odpoczynek i powiedział: „siewodnia jajci kuszać, bo zawtra budiom kuszać jajci ołowiane” i rzeczywiście.

W Wielką Sobotę raczyliśmy się święconym nazajutrz, a w pierwsze święto Wielkanocne o świcie rozpoczęła się bitwa z początku dla nas pomyślna, bo dowódca nasz znał sygnały rosyjskie. Po kilkugodzinnej utarczce, gdy już Moskale poczęli się cofać, dowódca zawołał: „Rebiata wpierot, bo Moskale uchodzą”, i sam na czele jako waleczny wódz wyruszył pędem naprzód. Gdy padł na miejscu przeszyty trzema kulami moskiewskimi, nasze szeregi zamiast iść naprzód i gonić Moskali, straciły odwagę. Skoro spostrzegły, że dowódca zabity, rozproszyły się i każdy udał się z powrotem do Krakowa.

Z bólem serca, lecz nie wiedząc, co z sobą począć, powróciłem do Krakowa na swoją dawną kwaterę do hr. Morsztyna. Po kilku dniach mieliśmy znowu wychodzić za granicę, a ja należąc do Bractwa św. Trójcy w kościele św. Piotra, poszedłem pomodlić się i o błogosławieństwo dla naszej nowej wyprawy Boga prosić. Gdy zamyślony wszedłem do kościoła św. Piotra, ujrzałem naraz cały mój batalion strzelców, odbywający wtenczas paradę kościelną. Cofnąć się już nie mogłem, bo podoficerowie, stojący pod chórem poznali mnie i zaczęli witać, nie serdecznie, ale ironicznie, słowami: „jak się masz Borkowski!” Po krótkiej odpowiedzi na to ich powitanie, przeszedłem jak przez piekielny ogień przez cały batalion, pochyliłem się przed Wielkim Ołtarzem, potem wpadłem do zakrystii i prosiłem w imię Ojczyzny zakrystiana, aby mnie, nie tracąc chwili, bocznymi drzwiami wypuścił. Poczciwy zakrystian zrobił, o co prosiłem, a był tak przezorny, że klucze wyjął z zamku i do kieszeni schował. W tejże chwili podoficerowie chcący mnie aresztować weszli do zakrystii, a nie znalazłszy mnie tam, szukali wszędzie; w skarbcu, a nawet w grobach, gdy tymczasem ja spokojnie chodziłem po plantach.

Po kilku dniach wyruszyliśmy z Krakowa pod dowództwem Masakowskiego79i niebawem stoczyliśmy bitwę pod Olkuszem, w której to utarczce zabraliśmy Moskalom furgony z rańcami80i Chlebem. Żołnierze nasi zgłodnieli, gdyż od wyjścia z Krakowa nic nie jedli, więc rozpoczęli drugą bitwę między sobą o chleb. Gdy to Mossakowski zobaczył, dopadł konno i począł pałaszować pałaszem żołnierzy, zabraniając brać chleb. Zaspokojenie głodu ludzi zupełnie go nie obchodziło i każdy lubo81 głodny, lecz nie mniej znużony, położył się, aby wypocząć. Ja z jednym kawalerzystą udaliśmy się do pobliskiej wsi, aby zasięgnąć języka o Moskalach. Przybywszy na miejsce, nie znaleźliśmy żywej duszy, natomiast na dolinie pod lasem zobaczyliśmy Moskali. Głód nam bardzo dokuczał, więc niespostrzeżony przez Moskali, wstąpiłem do pierwszej lepszej chałupy, gdzie znalazłem kartofle gotowane, chociaż zimne, i pod dostatkiem mleka. Posililiśmy się naprędce, bo Moskale już nas zobaczyli i poczęli do wsi się posuwać; więc my cofaliśmy się za wieś ku obozowi.

Uszedłszy od wsi może jakie trzysta kroków, zatrzymałem się przy rowie, w którym leżał wielki kamień, kawalerzystę zaś wysłałem do Mossakowskiego z zawiadomieniem, że Moskale idą ku wsi. Spoza tego kamienia strzelałem do postępujących ku mnie Moskali w odległości trzystu do czterystu kroków, a gdy już ostatni nabój wystrzeliłem, a z naszego obozu nikt się nie pokazywał, wybiegłem spoza kamienia i pędziłem w stronę, gdzie stał nasz oddział. Skoro Moskale zobaczyli mnie uciekającego, zaczęli gęsto strzelać. Ale cóż... żołnierz strzela a Pan Bóg kulami kieruje. Setki kul posyłali za mną, nic nie słyszałem wokoło siebie, tylko piekielny świst kul, a żadna mnie nie trafiła. Gdym już tak daleko odbiegł, że kule rosyjskie już tylko z lekka padały koło mnie, sfolgowałem biegu i niezadługo stanąłem na zajmowanym przez nasz oddział miejscu.

Niestety obóz zwinięto i dopiero po kilku godzinach dogoniłem oddział. Dowódca bez względu na to, że po całodziennej bitwie i po całonocnym marszu jestem znużony i głodny, wysłał mnie z moim plutonem o siedem kilometrów na stracone widety, a gdy nas jakiś gajowy przyprowadził na przeznaczone miejsce, rozstawiłem widety i z jednym szeregowcem udałem się do pobliskich chałup, aby chleba zakupić dla siebie i dla ludzi, którym głód już niezmiernie dokuczał. Zakupiwszy kilkanaście bochenków chleba razowego i kilka plaskanek82sera, powróciłem na swoją placówkę. Stojąc na niej cały dzień i nic ważnego nie spostrzegłszy, posłałem zaufanego szeregowca do obozu z zawiadomieniem, iż nie ma nic nowego. Pod sam wieczór szeregowiec wrócił i ku memu zdumieniu oznajmił, że tam gdzie obóz stał, nawet już ogniska wygasły i nikogo nie ma. Natychmiast ściągnąłem widety i za tropem udałem się w pogoń za oddziałem. Po kilku godzinach spiesznego marszu, oddział dogoniłem i dowódcy Mossakowskiemu czyniłem dotkliwe wyrzuty, że placówkę zostawił na pastwę losu. Ten dowódca „spod ciemnej gwiazdy” wodził nas tylko wciąż dokoła bezmyślnie i bez potrzeby; wszyscy już prawie padali z tych forsownych marszów i głodu, a gdyśmy po całotygodniowym pochodzie przez dzień i noc bez wypoczynku przyszli pod Żarki i nasi żołnierze ze zmęczenia i głodu już dalej nie mogli maszerować, wtedy Mossakowski przeraźliwym głosem zaklął:

- Psie krwie!, kiedy nie chcecie dalej maszerować, to niech was piorun trzaśnie!

Gdy na komendę „w kozły broń” wszyscy rzucili się na ziemię, Mossakowski od nas śpiących zdradliwie uciekł do młyna, przepłacił młynarza, ubrał się w jego ubranie i furmanką umknął zapewne do Krakowa.

Sąd o tym Mossakowskim, jako dowódcy i Polaku, pozostawiam czytającym, w mym jednakże przekonaniu był to nikczemnik.

Wspomnieć mi tu jeszcze wypada o kapitanie Wieznerze83 z wojska austriackiego, który podczas bitwy pod Olkuszem zamiast odwagą osobistą zagrzewać żołnierzy, schował się ze strachu za ogromny kamień i bezczynnie tam leżał, chociaż przed bitwą zucha wielkiego udawał. Zmuszony przeze mnie wylazł wreszcie ze swej kryjówki i stanąć musiał obok mnie do walki. Wspominam o tym nie z jakiejś osobistej ku niemu niechęci, ale jedynie dlatego, ażeby rodacy moi w przyszłej walce o niepodległość Ojczyzny wiedzieli, że tchórzostwo w boju zapominanym nie bywa i na pogardę wystawia, szczególnie oficera.

Po ucieczce Mossakowskiego, podczas gdy wszyscy w obozie twardo spali, dwóch naszych, którym już głód zanadto dokuczał, udało się na poszukiwanie Chleba i wychodząc z lasu, zobaczyli Moskali pospiesznym marszem do nas się zbliżających. Spiesznie więc wrócili i obóz zaalarmowali. Jednakże zanim żołnierze znużeni i w twardym śnie pogrążeni zdołali się sformować, Moskale już opanowali prawe skrzydło, chwycili naszą broń w kozły ustawioną, a myśmy już tylko w ucieczce ratunku szukać mogli. Około stu ludzi uciekało przez łąkę, za którą stały sągi84 drzewa i te nam posłużyły za obronną fortecę. Na moją komendę wszyscy się zatrzymali i rozpoczęli spoza sągów do Moskali strzelać. Wtem nad brzeg lasu, na łąkę wjechało dwóch dragonów, więc złożyłem się i z odległości około dwustu kroków położyłem jednego, tymczasem drugi z konia zeskoczył i wziął mnie z łatwością na cel, bo wysunąłem się przed sągi. Trafił też mnie dobrze, lecz Bóg łaskaw ochronił mnie od niechybnej śmierci. Kula przeszyła burkę, żuawkę wełnianą koszulę i zatrzymała się na lewym żebrze. Od silnej kontuzji padłem zemdlony na ziemię, a gdy po kilku minutach przyszedłem do siebie, już ani jednego z mych żołnierzy nie było, a w którą stronę się udali, nie mogłem się domyślić.

Powoli pociągnąłem sam w pobliskie góry, aby się ukryć przed nieprzyjacielem, gdy wtem nadjechała nasza kawaleria z rotmistrzem T. Władyczańskim - Zarębą. Na jego zapytanie, co się stało z naszą piechotą, opowiedziałem mu wszystko i do kawalerii jego się przyłączyłem. Podano mi konia od juków z siodłem nieokrytym. Na takim to siodle przedzieraliśmy się różnymi manowcami w głąb kraju. Liczyłem na to, że jak się dostanę w głąb kraju i natrafię na jaki oddział i z nim się połączę, niełatwo rozpierzchnie się w tym przekonaniu, że każdy z oddziałów wychodzących z Galicji na granicy rozproszyć się musi. Siodło było bez strzemion, a że byłem piechurem, nic dziwnego, że kilkakrotnie spadłem. Nareszcie przybyliśmy do Pradeł, gdzie mię rannego opatrzono. Otrzymałem też odpowiednie siodło. Stąd wyruszyliśmy dalej w stronę Piotrkowa, stanąwszy na noc w pewnym dworze, gdzie odbywało się wesele. Ja przeznaczony na widetę stałem na posterunku noc całą, podczas gdy kawaleria nasza bankietowała.