Odrzucone ultimatum - Rawski Tadeusz - ebook

Odrzucone ultimatum ebook

Rawski Tadeusz

0,0
12,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W nocy 28 października 1940 roku premier Grecji Joanis Metaksas otrzymał od ambasadora Włoch ultimatum, w którym żądano zgody na okupację Grecji. Premier miał tylko trzy godziny na odpowiedź i uznając, że stanowisko Włoch nie daje możliwości negocjacji, odrzucił żądania. O 6.00 rano tego samego dnia armia włoska rozpoczęła działania przeciwko Grecji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilu­stra­cja na okładce: GMJ DTP: ThoT

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bel­lona 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@bel­lona.pl www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18841-9

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Na granicy

Jest 28 paź­dzier­nika 1940 roku. W paśmie gór Pin­dos bata­lion „Aqu­ila” dywi­zji „Julia” pod­cho­dzi do gra­nicy grecko-albań­skiej. Deszcz. Mro­żąca wil­goć prze­nika przez płasz­cze i mun­dury. Nogi żoł­nier­skie ciężko stą­pają po wąskiej ścieżce gór­skiej. Pochy­lone posta­cie tasz­czą broń, dodat­kowe racje żyw­no­ści i amu­ni­cji. Sto ósma kom­pa­nia skręca w lewo ku szczy­towi 1955, by osło­nić marsz sił głów­nych bata­lionu, sto czter­dzie­sta trze­cia idzie dalej – ma dotrzeć do wio­ski Kali­wia. Chrzę­ści opo­rzą­dze­nie, cza­sem brzęk­nie hełm trą­cony kara­bi­nem. Są zmę­czeni, a to dopiero począ­tek drogi. Dokąd dąży to woj­sko?

– Luigi, daleko jesz­cze do tych Aten? – rosły Gio­vanni Ange­loni, dźwi­ga­jący erkaem, pyta kra­jana i przy­ja­ciela, plu­to­no­wego Col­lo­chię.

– Daleko – odpo­wiada idący za nim Vit­to­rio Con­te­sta­bile. – Wię­cej niż od naszej Aielli do Sul­mony, ale chyba nie dalej niż do Rzymu.

– Wystar­czy. Byłem tam przed wojną z ojcem, ale jecha­li­śmy pocią­giem.

– Wybij sobie pociąg z głowy – dopiero teraz odzywa się plu­to­nowy. – W Gre­cji nie ma pra­wie kolei, a i o drogi trudno.

– Jeśli tu gorzej niż w naszych Abruz­zach, po co nam te skały? Mało mamy wła­snych? – zwąt­pił Gio­vanni.

– Mnie też tak się wydaje – wtrą­cił Luigi. – Byle dojść do Aten. Duże mia­sto, cie­pło. Gdy tam dotrzemy, na pewno nas pusz­czą do domu. Gio­vanni, jak tam z Klarą?

– Źle. Liczy­łem, że nas zwol­nią do domów, jak tych we Wło­szech, i zaraz się oże­nię. Ale teraz sprawa się prze­cią­gnie, a dla niej nie będzie życia w Aiella. Zaszczują ją.

– Prze­strze­ga­łem…

– Ale rodzice nie chcieli się zgo­dzić. Będą musieli.

– Módl się do świę­tego Domi­nika, byśmy jak naj­szyb­ciej doszli do Aten i dostali urlopy.

– Uwaga! Uwaga! – bie­gnie szept od czoła kom­pa­nii. – Gra­nica.

Sto czter­dzie­sta trze­cia z wolna mija zwy­kły drew­niany słup.

Kamienna, oto­czona murem chata. Pełno w niej ciał ludz­kich, potu, cięż­kich odde­chów, chra­pa­nia. Jakiś cień wsuwa się do środka.

– Panie porucz­niku! Plu­to­nowy Tom­ba­kis mel­duje, że po stro­nie albań­skiej nie­zwy­kły ruch. Włosi pode­szli do gra­nicy.

Pod­po­rucz­nik Mar­ko­pu­los otrzą­snął się ze snu, pod­krę­cił knot lampy i oświe­tlił śpią­cych. Ile razy tak robił w ciągu ostat­nich dni? Lepiej nie liczyć. Może i tym razem jest to fał­szywy alarm.

Ale roz­kazy ma wyraźne.

– Wsta­wać! Wsta­wać!

Pod­no­szą się ocię­żali, senni, mru­kliwi. Wiele dni i nocy nie dosy­piają, mar­zną i mokną. Jeden Sia­tos miał szczę­ście. Dwa dni spę­dził w domu na chrzci­nach pier­wo­rod­nego. Wró­cił kilka godzin temu i teraz – zerwany ze snu – nie zdaje sobie sprawy, gdzie się znaj­duje. Czy u sie­bie, w Epta­cho­rion, przy małym Niko­sie i Zofii, czy na poste­runku gra­nicz­nym. Co jest snem, a co rze­czy­wi­sto­ścią?

Wycho­dzą. Chłód otrzeź­wia. Jak co dnia i co nocy, od kilku tygo­dni, roz­dzie­lają się i idą wzmoc­nić poste­runki.

– A to ty, Sia­tos – mruk­nął kapral Gazos, gdy obok erka­emu legł młody żoł­nierz. – Dobrze, że jesteś. Samemu było mi nie­wy­raź­nie, bo znów nie ma peł­nej zmiany. Ale i ty sam przy­sze­dłeś. Zresztą mniej­sza z tym – mów, jak było w domu.

– Chło­pak jest wspa­niały. Mówią, że do mnie podobny. Masz cia­sto. Zofia pie­kła. Zro­biła też ręka­wiczki i sza­lik. Kolo­rowe, nie pasują do mun­duru, ale cie­płe. Popatrz.

– W tej ciem­no­ści nie­wiele widać. Jak będzie jaśniej, oce­nię. Słu­chaj…

Od strony albań­skiej docho­dziły począt­kowo nie­wy­raźne, póź­niej nara­sta­jące dźwięki. Przej­ścia gra­nicz­nego nie widzieli – skry­wał je załom – lecz tam, na gra­nicy, coś się działo. Nało­żyli hełmy. Gazos zdjął pokro­wiec z erka­emu, Sia­tos uło­żył na para­pe­cie zapa­sowe maga­zynki. Cze­kali. Dźwięki sta­wały się coraz wyraź­niej­sze.

Nagle z pra­wej, od zaczy­na­ją­cego się wyła­niać z mroku szczytu 1955, zagrał erkaem, póź­niej drugi. Po chwili zza załomu zaczęły wyła­niać się jakieś posta­cie. Naj­pierw kilka, chwila prze­rwy i teraz już sznur ludzi, nie­wy­raź­nych w mroku, upar­cie podą­żał w ich stronę – w stronę Gre­cji. Gazos odbez­pie­czył erkaem, prze­że­gnał się, nabrał powie­trza w płuca, napro­wa­dził broń na cel i naci­snął spust. Chau­chat1 prze­mó­wił sta­tecz­nym stu­ko­tem.

Czoło sto czter­dzie­stej trze­ciej kom­pa­nii drgnęło. Żoł­nie­rze chro­nią się za gła­zami. Dowódcy plu­to­nów, mło­dzi pod­po­rucz­nicy, wykrzy­kują komendy, jeden posłu­guje się gwizd­kiem. Hałas, zamie­sza­nie. Ale stare to woj­sko, wyszko­lone. Sier­żant Lan­za­rotti dopada do Col­lo­chia:

– Z erka­emem na to zbo­cze. Szybko!

Luigi wyrywa Gio­van­niemu erkaem i usta­wia go na skale. Na razie nic nie widzi, ale Vit­to­rio dostrzega przed nimi, nieco niżej i w prawo, bły­ski. Luigi napro­wa­dza broń na cel, cią­gnie za spust. Erkaem mil­czy. Po raz drugi – to samo. Święta Madonno! Trzęsą mu się ręce. Bez­piecz­nik! Zwol­nił. Teraz Breda2 odpo­wie­działa Chau­cha­towi – począt­kowo jakby nie­pew­nie, po chwili gło­sem peł­nym, szyb­szym niż ten z prze­ciwka. Ostrze­lane ogniki zga­sły.

– Dostał! – krzyk­nęli aiel­czycy.

Nie wie­dzieli jed­nak, że wojna to nie polo­wa­nie na kró­liki. Tu, zabi­ja­jąc, trzeba uwa­żać, by i cie­bie nie zabito. Sier­żant Tym­ba­zis, ubez­pie­cza­jący Gazosa i Sia­tosa z prze­ciw­le­głego stoku, dostrzegł stru­mień ognia idący z Bredy. Za późno, by ura­to­wać osła­nia­nych – w porę, by tra­fić w myśli­wych. Krótką serią prze­ciął Gio­van­niego, tra­fił śmier­tel­nie Luigiego, ranił Vit­to­ria.

Jest 11.45. Znik­nęła mgła, widać wyraź­nie ska­li­ste masywy groź­nego Pin­dosu. Podobny do Abruz­zów, ale i inny. Może dla­tego, iż nie ma słońca, może dla­tego, iż nie widać w doli­nach bia­łych mia­ste­czek. Nie­mal u stóp, w głę­bo­kim wąwo­zie, rwący Saran­do­po­ros. Pamięta żela­zne legiony Cezara, rycer­stwo Roberta Guiscarda oraz tych z 1918 roku – takich samych żoł­nie­rzy z piór­kami. Teraz ich syno­wie, sto czter­dzie­sta trze­cia kom­pa­nia, cho­wają swych pierw­szych pole­głych. Dwa nie­wiel­kie wgłę­bie­nia w ska­li­stym grun­cie, w które wło­żono ciała.

Strzelcy stoją sku­pieni. Po raz pierw­szy zetknęli się z wojną. Górale z Abruz­zów – mło­dzi, ale już o spra­co­wa­nych rękach i prze­ora­nych wia­trem twa­rzach. Kto następny? – zasta­na­wiają się. Nie wie­dzą jesz­cze, że z tych 200, któ­rzy tu stoją, rodzinną czer­woną glebę Abruz­zów doj­rzy tylko kilku.

1. Potoczna nazwa fran­cu­skiego ręcz­nego kara­binu maszy­no­wego CSRG Mle 1915. [wróć]

2. Potoczna nazwa wło­skiej broni pro­du­ko­wa­nej przez firmę Società Ita­liana Erne­sto Breda, naj­czę­ściej Breda Mod. 30. [wróć]

Mam do uregulowania rachunek z Grekami

Dwaj aiel­czycy nic nie zna­czą dla tego, który pchnął woj­sko na Gre­cję. Nie myśli o nich Benito Mus­so­lini – szef rządu, wódz par­tii faszy­stow­skiej, pierw­szy mar­sza­łek impe­rium, prze­wod­ni­czący Wiel­kiej Rady Faszy­stow­skiej, mini­ster spraw wewnętrz­nych, woj­ska, mary­narki, lot­nic­twa i kolo­nii, desy­gno­wany wódz wło­skich sił zbroj­nych w polu, dzie­kan kor­pusu dyk­ta­to­rów…

Mus­so­lini roz­prawę z Gre­cją pla­no­wał już od dawna. Jed­nak „układy” mię­dzy­na­ro­dowe unie­moż­li­wiały mu reali­za­cję tego zamie­rze­nia, a oprócz tego – dążąc do prze­kształ­ce­nia całej strefy śród­ziem­no­mor­skiej w impe­rium wło­skie – miał wiele innych, z „mery­to­rycz­nego” punktu widze­nia bar­dziej prio­ry­te­to­wych pro­ble­mów do roz­wią­za­nia.

Po wej­ściu do wojny po stro­nie Nie­miec duce zmie­rzał jedy­nie do tego, by moż­li­wie szybko uchwy­cić jak naj­więk­szą zdo­bycz. Cho­dziło mu o to, aby do roko­wań poko­jo­wych – jak się spo­dzie­wał, rychłych – zasiąść z peł­nym wor­kiem. Marzył o zaję­ciu Egiptu, ale dzia­ła­nia w tej stre­fie natra­fiły na ogromne trud­no­ści logi­styczne. Pozo­sta­wały więc Bał­kany.

Dla­tego latem 1940 roku na pogra­ni­cze z Jugo­sła­wią zostały prze­gru­po­wane główne siły wło­skie. Miały one ude­rzyć na ten kraj wspól­nie z nacjo­na­li­stami chor­wac­kimi, przy­go­to­wu­ją­cymi wybuch powsta­nia. Bez tego czyn­nika – zda­niem dowód­ców wło­skich – ope­ra­cja była trudna, zwłasz­cza iż nale­żało liczyć się z koniecz­no­ścią prze­ła­my­wa­nia sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nego przez Jugo­sło­wian pogra­ni­cza istryj­skiego.

Ist­niała też inna moż­li­wość. Umoc­niony rejon można było obejść przez Austrię, ale do tego konieczne było współ­dzia­ła­nie III Rze­szy, pożą­dane Węgrów, a nawet Buł­ga­rów.

Ber­lin zaś po zwy­cię­stwie nad Fran­cją gło­wił się dopiero nad tym, co robić. Szu­kał spo­so­bów zmu­sze­nia Wiel­kiej Bry­ta­nii do rezy­gna­cji z walki i w związku z tym był prze­ciwny wsz­czy­na­niu jakiej­kol­wiek akcji na Bał­ka­nach, gdyż ta mogłaby dopro­wa­dzić do kon­fliktu zbroj­nego w tym rejo­nie.

Bał­kany – zda­niem Ber­lina – i tak, drogą pod­po­rząd­ko­wy­wa­nia eko­no­micz­nego oraz sia­nia wza­jem­nych waśni, znajdą się w orbi­cie „osi”. Kon­flikt zbrojny nato­miast stwo­rzy prze­słanki do dzia­ła­nia Bry­tyj­czy­kom oraz zaalar­muje Zwią­zek Radziecki.

Wie­dział o tym dobrze mini­ster spraw zagra­nicz­nych Gale­azzo Ciano, hra­bia Cor­tel­lazzo. Syn ofi­cera mary­narki, wsła­wio­nego bra­wurą pod­czas I wojny świa­to­wej (za co król nadał mu tytuł hra­biego), jeden z czo­ło­wych dzia­ła­czy par­tii faszy­stow­skiej (za co został admi­ra­łem), mąż ulu­bio­nej córki Mus­so­li­niego – przy­stoj­nej i egzal­to­wa­nej Eddy – sam praw­nik i lot­nik, inte­re­su­jący się dra­ma­tem, kry­tyką i dzien­ni­kar­stwem, bon vivant, czuły na pochwały, z równą swo­bodą trak­tu­jący ude­rze­nia w piłkę gol­fową jak atak bom­bowy na wieś etiop­ską czy najazd na sąsiada.

Zna­ko­mity orga­ni­za­tor poli­tyki per­so­nal­nej i obsa­dza­nia czo­ło­wych sta­no­wisk przez swo­ich ludzi, przez wielu uwa­żany za del­fina reżimu faszy­stow­skiego.

Niem­ców – podob­nie jak teść – nie lubił, lecz wspól­nie z nim zor­ga­ni­zo­wał „oś”. Był prze­ciw­ni­kiem wej­ścia Włoch do wojny, ale po jej wypo­wie­dze­niu bom­bar­do­wał Fran­cję. Żywił sporo sym­pa­tii dla Pol­ski, jak więk­szość ary­sto­kra­cji wło­skiej (nie­za­leż­nie od wieku), sza­no­wał Angli­ków, inne narody – zwłasz­cza bał­kań­skie – uwa­żał za hołotę.

Teraz, zna­jąc sta­no­wi­sko Nie­miec wobec Bał­ka­nów, uwa­żał, iż należy zre­zy­gno­wać z napa­ści na Jugo­sła­wię, ale o zdo­by­cie Gre­cji można się poku­sić.

Wio­sną 1939 roku prze­ko­nał teścia o moż­li­wo­ści wyprawy na Alba­nię. Dała ona kró­lowi wło­skiemu i cesa­rzowi Etio­pii koronę Skan­der­bega, a jemu udział w tam­tej­szych kopal­niach ropy naf­to­wej. Teraz z kolei pra­gnął dorzu­cić Wik­to­rowi Ema­nu­elowi III koronę Hel­le­nów, a sobie – lep­sze zabez­pie­cze­nie kopalń cynku w Beocji.

Do nich to prze­cież, niby nie wie­dząc, do kogo należą, dobie­rali się Niemcy. Pouczeni – prze­pra­szali, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, iż byłyby one pew­niej­sze pod strażą kara­bi­nie­rów wło­skich.

Apa­rat MSZ, zna­jąc wolę szefa, robił wszystko, by dostar­czyć mu odpo­wied­nich mate­ria­łów i zor­ga­ni­zo­wać spe­cjalne akcje, tym bar­dziej iż spra­wo­wał on nad­zór nad Alba­nią za pośred­nic­twem depar­ta­mentu do spraw albań­skich kie­ro­wa­nego przez Zenone Beni­niego.

Mini­stra spraw zagra­nicz­nych ener­gicz­nie wspie­rało trio z Tirany. Alba­nia – dziecko Ciano – była pod jego oso­bi­stym nad­zo­rem (zło­śliwi mówili: jego wiel­kim księ­stwem), a tam­tej­szy namiest­nik Fran­ce­sco Jaco­moni di San Seve­rino – jego czło­wie­kiem. Wspól­nie z pre­mie­rem mario­net­ko­wego rządu albań­skiego, Shef­ke­tem Ver­la­cim, który pra­gnął odwró­cić uwagę roda­ków od faktu utraty nie­pod­le­gło­ści, orga­ni­zo­wał on akcję „wyzwo­le­nia” spod jarzma grec­kiego pół­noc­nego Epiru, tzw. Cza­mu­rii, gdzie miesz­kała pewna liczba Albań­czy­ków.

Trze­cim z Tirany był nowy dowódca wojsk wło­skich w Alba­nii, gene­rał Seba­stiano Visconti Pra­sca. Poprzedni dowódca, gene­rał Alfredo Guz­zoni, nie spro­stał sta­wia­nym przez reżim wyma­ga­niom. Gdy w maju 1940 roku Ciano suge­ro­wał mu przy­go­to­wa­nie wojsk do akcji prze­ciwko Gre­cji, odpo­wie­dział, iż może wyko­ny­wać roz­kazy tylko swo­ich bez­po­śred­nich prze­ło­żo­nych. Tego było za wiele. Zięć duce, za pośred­nic­twem pod­se­kre­ta­rza stanu w Mini­ster­stwie Wojny, gene­rała Ubaldo Soddu – czło­wieka, „który cze­kał na swoją godzinę” – spo­wo­do­wał odwo­ła­nie Guz­zoniego i mia­no­wa­nie na jego miej­sce bar­dziej odpo­wied­niego czło­wieka. Był nim teo­re­tyk wojny total­nej, były attaché w Paryżu, gene­rał Visconti Pra­sca.

Trójca ta, pod opie­kuń­czymi skrzy­dłami Ciano, reali­zo­wała nie­zwłocz­nie to, co prze­ka­zy­wał w imie­niu swo­jego szefa Benini, wysu­wała też wła­sne pomy­sły.

Na „fron­cie prze­ciw­grec­kim” dzia­łał rów­nież guber­na­tor Egei (Dode­ka­nezu) Cesare Maria de Vec­chi de Val Cismon. Adwo­kat, pod­czas I wojny świa­to­wej kapi­tan oddzia­łów sztur­mo­wych (arditi) – wło­skich despe­ra­dos, przy­wy­kłych do prze­pro­wa­dza­nia bra­wu­ro­wych akcji, z któ­rych więk­szość uczest­ni­ków nie wra­cała – „nie­ustra­szony bufon”, który nawyki lat wojny prze­niósł na czas pokoju.

Men­tal­ność arditi zwią­zała go z Mus­so­li­nim – był jed­nym z twór­ców ruchu faszy­stow­skiego, czo­ło­wym repre­zen­tan­tem skrzy­dła kon­ser­wa­tywno-monar­chi­stycz­nego, jed­nym z czte­rech orga­ni­za­to­rów mar­szu na Rzym. Gdy faszyzm doszedł do wła­dzy i skoń­czyły się czasy napa­dów na prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych, mimo iż porósł w stop­nie i tytuły, nie zmie­nił swej men­tal­no­ści arditi. Jako zarządca Pie­montu zma­sa­kro­wał robot­ni­ków w Tury­nie, wysłany na guber­na­tora do Soma­lii zor­ga­ni­zo­wał tam wyprawę wojenną, połą­czoną z krwa­wymi pacy­fi­ka­cjami na obsza­rze, który już nale­żał do Włoch. Prze­nie­siony na sta­no­wi­sko pod­se­kre­ta­rza stanu w Mini­ster­stwie Skarbu, zaczął od zapo­wie­dzi znie­sie­nia rent inwa­li­dom wojen­nym, co spo­wo­do­wało zagro­że­nie dla reżimu faszy­stow­skiego, który tę sprawę wła­śnie wysu­wał jako jedną z klu­czo­wych pod­czas walki o wła­dzę.

W końcu Mus­so­lini skie­ro­wał go na wyspy Dode­ka­nezu. Było to niby zesła­nie, bo daleko od Rzymu i tylko 140 000 pod­da­nych, ale prze­cież mógł spra­wo­wać tu wła­dzę abso­lutną – tym bar­dziej iż jako guber­na­tor był zara­zem dowódcą miej­sco­wych sił zbroj­nych, a jako zasłu­żony dzia­łacz – sze­fem par­tii na wyspach.

De Vec­chi zain­sta­lo­wał się w odre­stau­ro­wa­nym pałacu wiel­kich mistrzów joan­nic­kich na Rodos, miej­sco­wych Gre­ków trzy­mał twardą ręką, a chcąc ich prze­ro­bić na Wło­chów, zamknął grec­kie szkoły i tępił język. Brak suk­ce­sów w tej mie­rze zwa­lał na Ateny i pły­nące stam­tąd pod­że­ga­nia. On też pra­gnął powięk­szyć swe „wiel­kie księ­stwo” kosz­tem grec­kich wysp archi­pe­lagu, a gdy Wło­chy weszły do wojny, uznał, iż wybiła jego godzina.

Z Rodos do Rzymu poczęły pły­nąć sąż­ni­ste mel­dunki, w któ­rych roiło się od wszel­kich insy­nu­acji pod adre­sem Gre­cji. Drą­żyły one umysł Mus­so­li­niego, pod­sy­cały rosnącą z każ­dym dniem nie­chęć do Hel­lady.

Nie­na­wiść nie­na­wi­ścią, pora­chunki pora­chun­kami, ale Mus­so­lini trzy­mał się raz wyzna­czo­nej hie­rar­chii zadań. Gre­cję uwa­żał za „kość”, która sama mu wpad­nie w ręce, jeśli zdo­bę­dzie bar­dziej kuszący łup, jakim była Jugo­sła­wia.

Czwar­tego sierp­nia, z oka­zji rocz­nicy prze­wrotu w Gre­cji, doko­na­nego przez reżim Metak­sasa, sytu­acja zaczęła się zaostrzać.

Jede­na­stego sierp­nia Comando Supremo wydało roz­kaz o goto­wo­ści do akcji prze­ciwko Jugo­sła­wii. Osta­teczny ter­min usta­lono na dwu­dzie­stego wrze­śnia. Mar­sza­łek Bado­glio jed­nak, zapewne nie bez uwzględ­nie­nia zda­nia Ciano, nie był prze­ko­nany o moż­li­wo­ści zre­ali­zo­wa­nia tej akcji i wydał roz­kazy raczej dla uspo­ko­je­nia duce niż w celu roz­po­czę­cia rze­czy­wi­stej wojny.

Duce bowiem, wście­kły na mar­szałka Gra­zia­niego za odwle­ka­nie ofen­sywy na Egipt, na mary­narkę za brak suk­ce­sów, na Angli­ków – iż jesz­cze się biją, na Niem­ców – iż nie ujaw­niają swo­ich pla­nów i być może toczą tajne roz­mowy z Bry­tyj­czy­kami, na Wło­chów – za deka­den­cję, pijań­stwo i brak decy­zji – mio­tał gromy na prawo i lewo, a każdy sprze­ciw wzma­gał jego złość. Dwo­racy wie­dzieli, iż w takich sytu­acjach należy pota­ki­wać, a póź­niej – gdy złość minie – zoba­czy się, co dalej.

Ciano nato­miast uznał, iż lepiej pod­su­nąć teściowi Gre­cję.

Sche­mat dzia­ła­nia był sto­sun­kowo pro­sty. Pod­se­kre­tarz stanu MSZ do spraw albań­skich, Benini, prze­ka­zał sto­sowną suge­stię do Tirany. Tam Jaco­moni i jego albań­scy pomoc­nicy „zor­ga­ni­zo­wali” odpo­wied­nie arty­kuły w miej­sco­wej pra­sie. Prze­dru­ko­wały je nie­zwłocz­nie główne dzien­niki wło­skie, a jed­no­cze­śnie czo­łowi publi­cy­ści wło­scy, przy­ja­ciele Ciano, zamie­ścili sąż­ni­ste komen­ta­rze w rodzaju:

„Naród wło­ski wes­prze naród albań­ski w jego słusz­nej walce o wyzwo­le­nie braci spod jarzma kliki ateń­skiej”, „Pro­wo­ka­cje kliki ateń­skiej, mor­du­ją­cej patrio­tów albań­skich, godzą w honor narodu albań­skiego. Kto zaś brudną ręką targa się na niego, niech wie, iż honor narodu albań­skiego jest hono­rem narodu wło­skiego”.

W ramach tej akcji „męczen­ni­kiem” za sprawę wyzwo­le­nia Cza­mu­rii spod pano­wa­nia grec­kiego stał się nie­jaki Daut Hoxha1, któ­rego mieli zamor­do­wać agenci z Aten. Ze sto­licy Gre­cji pły­nęły wyja­śnie­nia, iż był to pospo­lity ban­dyta, który zgi­nął z rąk podob­nych mu rze­zi­miesz­ków, ale Tirana i Rzym pod­kre­ślały zgod­nie „cnoty” Hoxhy i w ciągu kilku dni kre­owały go na boha­tera naro­do­wego.

Nie wcho­dząc w to, kim był rze­czy­wi­ście ten Albań­czyk i w jakich oko­licz­no­ściach zgi­nął, stwier­dzić należy, iż stał się on waż­kim pre­tek­stem w roz­grywce pro­pa­gan­do­wej prze­ciwko Gre­cji.

Zaist­niała więc sytu­acja typowa dla sys­temu auto­kra­tycz­nego – duce otrzy­my­wał jed­no­znacz­nie brzmiące infor­ma­cje z Tirany, Rodos, Aten i Rzymu, z któ­rych wyni­kało, że Gre­cja wysłu­guje się Angli­kom, pro­wo­kuje Wło­chy i oso­bi­ście Mus­so­li­niego. Miał też zor­ga­ni­zo­waną wła­sną opi­nię publiczną, gromko wystę­pu­jącą prze­ciwko tym pro­wo­ka­cjom. Był na tyle inte­li­gentny, by nie brać tego wszyst­kiego za dobrą monetę, ale też był „bogiem” z wszyst­kimi wła­ści­wymi dla nich sła­bo­ściami, więc ule­gał tej akcji, która szła po linii jego anty­pa­tii.

Nic więc dziw­nego, iż już dzie­sią­tego sierp­nia Gre­cja stała się przed­mio­tem obrad na posie­dze­niu rady mini­strów. Duce wyra­ził się wów­czas, iż „zasta­nowi się nad ude­rze­niem, bo ma z Gre­kami rachu­nek do ure­gu­lo­wa­nia od 1923 roku i łudzą się, jeśli przy­pusz­czają, że go prze­kre­ślił”.

Następ­nego dnia, po otrzy­ma­niu kolej­nego pakietu infor­ma­cji o nowych pro­wo­ka­cjach i incy­den­tach, do któ­rych mieli posu­nąć się Grecy, uznał, iż cier­pli­wość Włoch i ich wodza została wyczer­pana. Posta­no­wił zaata­ko­wać Gre­cję, ale pod koniec wrze­śnia, po Jugo­sła­wii. Nie­zwłocz­nie wydał sto­sowne roz­kazy, mię­dzy innymi szta­bowi mary­narki, by zakłó­cić żeglugę na Morzu Egej­skim, gdyż służy ona wyłącz­nie inte­re­som angiel­skim, oraz pole­cił wezwać z Tirany Jaco­mo­niego i Visconti Pra­scę.

1. Daut Hoxha (zm. 1942) był albań­skim dzia­ła­czem komu­ni­stycz­nym i par­ty­zan­tem w cza­sie II wojny świa­to­wej. Współ­pra­cow­nik Envera Hoxhy (Hodży). [wróć]

Okupować Czamurię!

Wie­czo­rem jede­na­stego sierp­nia Fran­ce­sco Jaco­moni i Visconti Pra­sca znaj­do­wali się już w Pałacu Chigi. Namiest­nik był tu sta­łym gościem, gene­rał nato­miast sta­wał po raz pierw­szy i to w dodatku od razu na tak intym­nym spo­tka­niu, gdyż oprócz nich był tylko Achille Sta­race, do nie­dawna sekre­tarz gene­ralny par­tii faszy­stow­skiej, aktu­al­nie szef sztabu mili­cji faszy­stow­skiej, oraz podsekre­tarz stanu do spraw albań­skich w MSZ, Benini. Zwa­li­sty gene­rał nie czuł się zbyt pew­nie, ale umie­jęt­no­ści nabyte w dyplo­ma­cji pozwa­lały mu na swo­bodne zacho­wa­nie.

Po krót­kich wstęp­nych grzecz­no­ściach Ciano prze­szedł do meri­tum:

– Incy­denty zor­ga­ni­zo­wa­łeś dobrze – zwró­cił się do namiest­nika. – Muszą one trwać jesz­cze jakiś czas. Należy nasi­lić akcję mającą na celu roz­ło­że­nie samych Gre­ków. Wydzie­li­łem sto­sowne fun­du­sze. Na razie jest to zada­tek. Dostaną wię­cej, ale po wszyst­kim. Ina­czej z nimi nie można. Wezmą pie­nią­dze, przed­sta­wią roz­li­cze­nia, a roboty nie wyko­nają. Przy­spiesz wykoń­cze­nie radio­sta­cji w Argy­ro­ka­stron. Naj­póź­niej za dwa tygo­dnie winna roz­po­cząć audy­cje na Gre­cję.

– Pan, gene­rale – teraz Ciano wpa­try­wał się uważ­nie w Visconti Pra­scę – stoi przed szcze­gól­nie odpo­wie­dzial­nym zada­niem, które na razie pozo­sta­nie naszą tajem­nicą. Duce z powo­dów poli­tycz­nych posta­no­wił oku­po­wać Cza­mu­rię. W związku z tym pań­skie woj­ska winny być gotowe do reali­za­cji tego planu w ciągu pięt­na­stu dni, od czter­na­stego sierp­nia poczy­na­jąc. Jakie środki będą panu potrzebne, aby dotrzy­mać wspo­mnia­nego ter­minu?

Gene­rał był zasko­czony. Dotych­cza­sowe roz­kazy, które otrzy­mał drogą służ­bową, doty­czyły wyłącz­nie pogo­to­wia na gra­nicy z Jugo­sła­wią, teraz zorien­to­wał się, że przy­go­to­wy­wana jest wyprawa prze­ciwko Gre­cji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki