Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Debiutancka powieść o świecie, w którym ciało i świadomość podlegają przetwarzaniu, a granice między buntem a jego komercjalizacją szybko się zacierają. W rzeczywistości pełnej inwigilacji, gdzie rozpoznawanie twarzy, Big Data i sztuczna inteligencja regulują codzienność, bunt przyjmuje radykalną formę – młodzi ludzie amputują własne głowy i funkcjonują dalej dzięki biotechnologii. To, co zaczyna się jako gest sprzeciwu, zostaje jednak szybko przejęte przez media, rynek i politykę, a aktywistyczne działania zamieniają się w pracę dla systemu. Amputacja staje się towarem, usługą i wyborem wpisanym w nowy porządek. Majówka prowadzi kilka równoległych historii, pokazując różne formy uwikłania w technologię: od aktywizmu po ekonomię danych, influencerstwo i przemoc algorytmiczną. Świat tej powieści jest uderzająco bliski i niepokojąco znajomy – przesunięty o krok dalej niż rzeczywistość, którą już znamy. Książka ukazuje się w ramach głównego wyróżnienia w 21. edycji projektu „Połów. Prozatorskie debiuty”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
PROZA 83
ALEKSANDRA MAJÓWKA: Odroczona egzekucja
PROJEKT OKŁADKI • Julia Koźmin
REDAKCJA • Małgorzata Sikora-Tarnowska
REDAKCJA I KOREKTA • Joanna Mueller
PROJEKT TYPOGRAFICZNY • Artur Burszta
SKŁAD • Mateusz Martyn
Copyright © by Aleksandra Majówka 2026 Copyright © by Julia Koźmin, 2026 Copyright © by Biuro Literackie, 2026
BIURO LITERACKIE
www.biuroliterackie.pl
ISBN 978-83-68759-71-6
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Godzina szczytu mruczała niepokojąco. Smog wisiał nisko i owijał się wokół nogawek jak koty.
Godziny pracy dobiegały końca. Tydzień dobijał do weekendu. Pierwsi bywalcy barów popijali kolorowe drinki w ogródkach restauracyjnych.
Nad centrum miasta górowały szklane wieżowce. Poniżej nich cementową harmonię placu zakłócał niższy budynek, wieża strażnicza w kształcie kuli. Umożliwiała precyzyjne spojrzenie w dowolny zakątek deptaka. Okna łypały na przechodniów. Wgryzały się w karki. Naciskały na ramiona. Szeptały świstami powietrza. Pomiędzy nimi tańczyły reklamy. Kolorowe teledyski zlewały się z szarym powietrzem.
Dżuli patrzyła na świat oczami po raz ostatni. Zamglona wizja. Szaleństwo neonów. Gładkość wypolerowanego szkła. Gorycz suchego, letniego powietrza. Drobinki kurzu osiadały na nosie i pod językiem.
Rozejrzała się po placu. Rozsypani po panoptykonie. Kilku chłopaków w za dużych garniturach, kilka dziewczyn w szarych garsonkach. Związały włosy wysoko, na czubkach ich głów kołysały się barwne kucyki.
Ruszali się powoli. Prawie stali w miejscu. Wyczekiwali wybicia siedemnastej. Pisku zegara zawieszonego na szczycie budynku. Usta Dżuli się wysuszyły. Język zdrętwiał i zagradzał drogę powietrzu. Nogi nabrały konsystencji żelu, więc stała nieruchomo. Zabierała przestrzeń ludziom, którzy pchali życie do przodu.
Dżuli była naszpikowana proszkiem, ale nie chciała uciekać. Znajdowała się we właściwym miejscu. Dzień wcześniej łyknęła gorzką kapsułkę, która miała uchronić ją przed nagłą, bolesną śmiercią i przenieść jaźń do rdzenia kręgowego. Kapsułka pochodziła z niesprecyzowanego źródła, więc jej skuteczność wynosiła tyle, ile wiara pacjentki.
Godzina na wyświetlaczu przeskoczyła. Siedemnasta zero zero. Pisk zegara poniósł się po placu. Praca oficjalnie dobiegła końca, roboty szły na przerwę kawową, żeby nieoficjalnie wrócić do biura przed osiemnastą. Jej, ich zadanie dopiero się zaczynało. Dżuli szybko wyjęła telefon i wysłała ostatnie „kocham cię”. Wyłączyła go, żeby uniknąć namierzenia.
Po trzydziestu sekundach zegar zamilkł. Jego donośny głos zastąpiły rozmowy, dzwonki telefonów, stuk szklanek o stoły i butów o bruk. Po raz ostatni spojrzała na chmury. Przypominały topiące się lody waniliowe, po których spływa wiśniowy sok.
Rosła w niej wieża strażnicza, aż runęła gwałtownym wstrząsem.
– Stop inwigilacji! – wrzasnęła z całej siły, tak mocno, że spięły jej się mięśnie dna miednicy. – Stop rozpoznawaniu twarzy!
Może była pierwsza, może ktoś inny krzyknął wcześniej. Jeden podniesiony głos wystarczył, żeby główki kamer ciekawsko zgrzytnęły w poszukiwaniu celu. Przechodnie ignorowali ich bardziej niż kamery. Delikatnie poruszali głowami, jakby odganiali komary.
– Stop inwigilacji! – wrzasnęła po raz kolejny.
Sięgnęła do torebki. Nosiła drogą skórzaną torbę, którą wygrzebała w lumpie, kiedy jeszcze to miało znaczenie. Czas puchnął jak bąbel. Poczuła między palcami chłodne ostrze. Ostrożnie wysunęła je z przegródki i krzyknęła po raz ostatni:
– Teraz nas już nie rozpoznacie, kurwy!
Szybkim ruchem przyłożyła sobie nóż do szyi. Pozwoliła palcom przez moment poczuć jej ciepło. Przechwycić puls, ścisnąć elastyczną skórę i uszczypnąć z pośpieszną czułością. Zagłębiła nóż w ciele.
To przykuło uwagę. Krew tętnicza trysnęła na chodnik. Ktoś krzyknął. Zanim odgłos przeistoczył się w kolektywny wrzask, Dżuli straciła łączność. Świat wraz ze strachem zamienił się w bezkształtną masę.
Młody mężczyzna zemdlał i klapnął z pluskiem na chodnik.
Ból, tak jak wcześniej obiecał Czarli, dało się znieść dzięki działaniu gorzkiej kapsułki. Dżuli cięła metodycznie. Powoli rozmasowywała mięśnie wolną ręką, tak jak polecili im wcześniej Ana i Tom. Pozbywała się głowy. Mięsień po mięśniu. Skórka po skórce. Tak jak jej przyjaciele.
Ktoś jej dotykał, macał ją po plecach. Łapał. Wyrywał nóż. Kiedy rozcięła szyję do połowy, opuściła ostrze i nacisnęła czoło tak, jak pcha się pokrywę zsypu. Ustąpiła. Otworzyła się niczym paszcza bestii. Dżuli obcięła ostatnie skrawki skóry. Musiała działać szybciej. Jej świadomość się rozmazywała. Uniosła oderwaną głowę niczym puchar.
– Chcieliście mojej twarzy? Chcieliście moich danych? To, kurwa, macie! Weźcie ją! – wybulgotała z mniejszą werwą, niż kiedy mówiła ustami.
Otworzyła torbę i ułożyła w niej głowę. Wyjęła nakrętkę – biotechnologiczne cudo, nad którym pracowała przez prawie dwa lata. Miała zastąpić jej mózg, uszy, usta, oczy, nos dzięki wbudowanej kamerce, mikrofonowi i głośnikom. Za sprawą tabletki ośrodek pamięci został zdecentralizowany i rozproszony po jej komórkach. Dżuli wkręciła nakrętkę na szyję. Przypominała kapsel zdjęty ze szklanej butelki.
Mimo że kapsułka częściowo powstrzymała krwawienie, biała sukienka pokryła się cienkim strupem. Czerwień powoli wsiąkała w materiał. Dżuli traciła i odzyskiwała świadomość, dopóki nie usłyszała zgłuszonego głosu Czarliego. Chłopak przebijał się przez tłum. Starała się nie patrzeć w miejsce, w którym kiedyś dumnie sterczała jego śliczna głowa.
– Dżuli, musimy iść. Wezwali psy. Może armię? – bulgotał. – Rusz się!
Dżuli się nie poruszyła. Żyła. Nie mogła w to uwierzyć. Nadal krążyły w niej myśli, jakby nadpisane na dysku twardym ukrytym w rdzeniu kręgowym. Nie czuła się mniej sobą.
Wrzask przechodniów wgryzał się w dekolt. Skóra wchłaniała krzyki. Dżuli i Czarli sunęli przez korytarz życia. Byli żywymi trupami. Miliony rączek pokrywały ciało Dżuli. Wizja się zawężała. Wzrok zawodził. Czucie słabło, bo niedokręcona nakrętka nie dosięgała do nerwów.
– Niedobrze mi. Czarli, potrzebuję dokręcić nakrętkę. Natychmiast!
Czarli ścisnął jej dłoń. Wbił pierścionki w palce. Potknęła się. Słabość rozlała się po kończynach.
– Dlaczego nie założyłaś jej porządnie?
Brnęli do wąskiej uliczki pomiędzy wieżowcami. Powoli, niczym zanurzeni po kolana w błocie, toczyli się w stronę samochodu zaparkowanego na podziemnym parkingu.
– Nie dałam rady. W emocjach – wycedziła. Wydobył się z niej słaby bulgot, strużka krwi.
Nogi odmówiły posłuszeństwa. Ciało zawisło na barku połączonym ręką z Czarlim. Uderzyła w chodnik i podskoczyła jak sprężyna. Świat zawirował. Dżuli widziała tysiące derwiszy w transie. Kręcili się na budynkach, na chodnikach, na parasolkach, w ogródkach restauracyjnych. Na smukłych szyjach zamiast głów mieli kamery. Twarz straciła tyle razy, że kolejny nie miał znaczenia.
Czarli trząsł nią desperacko. Czuła to ciałem, ale nie pojmowała. Myśli, przetwarzane przez czipy i twarde dyski, zamknięte w nakrętce i przyszpilone do nerwów brzmiały obco.
Ocucił ją zimny dotyk nakrętki ciaśniej nakręcanej na szyję. Wzrok wyostrzył się jak po nałożeniu okularów. Słuch przestał płynąć potokiem szumiącej krwi. Derwisze wyszli z transu i stanęli obok.
Dżuli i Czarli maszerowali. Głowy zapakowane w torby obijały się im o biodra. Wyraźny kształt nosa i twardość czoła.
Samochód warczał na poboczu.
– Wskakuj!
Czarli rzucił ją na tylne siedzenie. Kierowca nie miał głowy. Czyli to musiał być Tom.
Z piskiem opon ruszyli nad jezioro. Zamierzali się ukryć na trójstyku granic, nad Bugiem, w domku letniskowym rodziców Czarliego, póki sytuacja nie nabierze bardziej konkretnych rysów. Cisza w samochodzie kontrastowała z wrzaskiem na placu.
– Włącz radio – mruknął Czarli.
– Po co ci to? – spytała Dajana, która utknęła na przednim siedzeniu.
Obok Dżuli ziała pustka po Marfie. Wypełniła ją Ana.
– Po co chcesz tego słuchać? – powtórzyła z naciskiem, ale lepkie dźwięki radia już się skleiły w powietrzu.
– ...terrorystyczny – mówił spiker. – Na razie nie potwierdzono tożsamości zamachowców. Liczba ofiar jest nieznana. Świadkowie mówią o niepokojącym zdarzeniu, przypominającym performens.
– Ona wtedy przyłożyła nóż do szyi i obcięła sobie głowę. Tak, tutaj, tuż pod brodą – rozemocjonowany głos świadka odbijał się od pisku opon. – Tyle krwi, tyle krwi naleciało, a ona nadal żyła. Szła.
Głęboki głos reportera niósł się przyjemnie po żołądku, nawet gdy przynosił złe wieści.
– To była relacja prosto z Placu Przyjaźni Polsko-Globalnej. Będziemy wracać do państwa z najświeższymi informacjami.
Dżingiel się zachwiał. Puścił się w reklamy leków i dyskontów spożywczych.
– Co piszą w internecie?
Być i nie być kolektywu Hiudż Dejta opierało się na stercie komentarzy, na wielkim, brudnym koszu prania z hejtem. Politycy prześcigali się w konkursie na najkrótszą wiadomość o upadku społeczeństwa albo niewydawaniu pochopnych sądów dotyczących wydarzeń na placu.
Tom ściszył radio. Jego dziewczyna Ana była do niego tak podobna, że mogli być rodzeństwem. Teraz smarowała ich głowy kremem konserwującym i wpychała do słoików.
Ból w szyi Dżuli się nasilał. Dostała choroby lokomocyjnej. Ciało straciło ośrodek ciężkości. Nie potrafiła utrzymać się w kawałku.
Czekała na syreny policyjne. W tej okablowanej metropolii, w tym kraju cyfryzującym się szybciej niż średnia europejska, wszystko czipowano do znudzenia. Miasto ociekało ciekawskimi oczkami kamer.
Wozy policyjne usłyszeli w okolicach Zakrętu. Zakorkowane dwa pasy nie pozwalały im zjechać na pobocze. Nie uciekali. Syreny wyły. Dżuli miała ochotę wyskoczyć z samochodu, położyć się na masce, dać się zakuć w kajdanki, byleby przestały ich wzywać.
– Nie czuję się dobrze. Kręci mną – szepnęła do Any. Z nakrętki wydobył się anemiczny pogłos.
Ana ścisnęła jej dłoń. Dżuli spojrzała w pustą przestrzeń, gdzie kiedyś grzywka ukrywała sprytne brązowe oczy z doczepionymi rzęsami. Obie poczuły strach. Zrozumiały, że to uczucie może je zjeść.
Myśli miały ostre kształty i krążyły autostradami po ciele.
– Ja też. Moje ciało zamieniło się we wnętrze pralki.
Gdy wreszcie samochód oparł się o pobocze, zastawiły go policyjne auta. Tłum z wymierzoną bronią. Gnaty, niewielkie w potężnych dłoniach mężczyzn, błyszczały niepokojąco w świetle wintydżowych neonów. Dżuli przypomniały się amerykańskie filmy: pościgi, wściekłe samochody, strzelaniny. Czas gęstniał. Obrazy z Ojca Mateusza unosiły się w zawiesinie pamięci.
Komórki Dżuli się pożerały. Dokonywały samozagłady w ucieczce przed prawdziwą zagładą. Czy umarłaby od strzału w serce? Nerwowy oddech. Spocone dłonie. Myśli zaprzeczały prawom biologii.
Grzecznie opróżnili samochód. Dłonie trzymali za szyją. Policjanci mierzyli do nich z broni, ale odsuwali się przerażeni.
– Na ziemię! – wrzasnął głos zamplifikowany przez głośnik.
Dżuli skupiła kamerkę wmontowaną w nakrętkę na sympatycznym starszym panu w stroju z logo fast fudu. Wizja mieszała się z odcieniami czerwieni. Dziewczyna osunęła się na kolana i odwaga wyparowała. Chciała przytulić się do mamy, poczuć dotyk Marfy, upaść w swoim łóżku, zanurzyć się w czystej, albo i brudnej, pościeli.
Mężczyzna w granatowym uniformie przyłożył kolano do jej pleców. Dźgnął ją. Straciłaby nos, gdyby go miała. Kiedy powietrze gwałtownie wypchnięto z jej płuc, zrozumiała, że nadal ma te dwa worki. Że nadal coś się w niej tli i ściska. Napędza silnik.
Potem świat rozmył się w ciemność. Dżuli zaciągnięto do groty. Jej przyjaciele dotykali zimnego kamienia i osłuchiwali jaskinię. Pobrano od nich odciski palców. Wzięto ich dokumenty ze zdjęciami, które nagle straciły wartość. Odbijali się po ścianach jaskini. Ruszyło przesłuchanie.
Dlaczego żyje? Nie wiedziała. Co chcieli osiągnąć? Zakończyć inwigilację. Jak działa nakrętka? Sama ją zaprojektowała, ale teraz nakrętka zamieniła się w czarną skrzynkę, system, który przestał się tłumaczyć. Kto wymyślił ten performens? Niby ona, ale udawała, że nie wie.
Wyobrażała sobie piekło odbywające się za murami aresztu. W klatce pozostawała bezpieczniejsza niż na zewnątrz. Nieformalnie przestała być człowiekiem, więc czy prawa człowieka ją chroniły? Czy prawa zwierząt obejmowały ludzi bez głów? Czy hybrydy miały prawo głosu?
Dżuli leżała na plecach w celi z Dajaną. W kwarantannie, bo mogli przenosić rzadkie bakterie, które wydostały się z lodu tundry. Odklejała się od rzeczywistości. To, co realne, schodziło jak stary plaster. Wymyślały z Dajaną komentarze wirujące w sieci na ich temat.
– Szatańskie nasienie – powiedziała z emfazą Dżuli.
Miała kolegów i koleżanki, ale najpierw zawsze miała siebie. Miała siebie dosyć. Tak jak ma się dosyć szkoły i bycia w wieku lat piętnastu, szesnastu, siedemnastu i wszystkiego pomiędzy. Każdego dnia myślała, że następnego poczuje się lepiej. Że kiedy będzie miała dwadzieścia trzy lata, wszystko wskoczy na swoje miejsce. Wytworzy się przerwa między klockami, gdzie wpasuje się skorupa po Dżuli. Ale taka przestrzeń nigdy nie powstała. Nic nigdy się nie zazębiło.
– Lewackie dziwki – wyśpiewała Dżuli.
Wybuchły śmiechem. Głosy niosły się po jaskini. Dżuli pomachała do kamery, a kamera grzecznie odpowiedziała skinieniem.
– Dlaczego lewackie?
Dżuli zapominała, że jej przyjaciółka jest w ciąży, że rośnie w niej mały człowiek, który będzie musiał zrozumieć, a nigdy nie pojmie.
– Jezu, obojętnie. Mogą być prawackie. W każdym razie dziwki – wyjęczała.
Nakierowała kamerę nakrętki na sufit. Ile czasu minęło od zatrzymania? Od ostatniego przesłuchania? Świat zatrzymał się na kwadracie.
– Komuna. Komuna zawsze jest dobrym wytłumaczeniem spierdolenia Polaków.
Brzmiały robotycznie. Dżuli była wybitną programistką, ale nie potrafiła uczłowieczyć głosów wydobywających się z prototypów nakrętek. Musiało im wystarczyć, że żyją. Myśli powstawały w ciałach, a nie fabrykach. Mowa przetrwała.
– Ekoterroryści.
– Ale my nie walczymy o klimat.
– A kogo to obchodzi – warknęła Dżuli. Była coraz bardziej rozkojarzona przez każde wypowiedziane „nie wiem, nie wiem, nie wiem”. – Już lepiej, żebyśmy walczyli o zamknięcie tych kilku kopalni niż z kamerami. Kochamy kamery.
Policjanci przestali pytać o powody. Cisnęli tylko o technologię, jej genialne dziecko. Biotechnologiczne odkrycie stulecia. Głowę można wyrzucić do śmieci, proszę się rozejść. Myśli krążyły ospale, jak zanurzone w syropie na kaszel.
Pewnego dnia, kilka dni lub tygodni później, bramy piekieł otwarto. Nie padły zarzuty, czyn zaklasyfikowano jako zachowanie o niskiej szkodliwości społecznej. Zakłócanie porządku publicznego. Demoralizację młodzieży. Dżuli za bardzo kręciło się w ciele, żeby zapamiętać.
Nie było raju. Nie było czyśćca. Był parking przed aresztem.
Czarli wykłócał się z ojcem przez telefon, tak samo jak wcześniej, gdy błagał go o wysłanie prawnika z kancelarii. Przyszedł przelew. Odzyskali odholowane auto i z opóźnieniem ruszyli nad jezioro.
Czy te kilka tygodni naprawdę się wydarzyło? Czy stanowiło skutek uboczny amputacji głowy?
Jezioro umierało we wrześniu i zmartwychwstawało w czerwcu. Wiosną przypominało cmentarz, dziwną plątaninę nielegalnie założonych uliczek. Domek pokrywała chropowata żółta farba, dach ułożono z czerwonych dachówek. Dżuli najbardziej podobały się mocne okiennice, przez które nie przenikało światło. Pod niewielkim daszkiem z pleksi ukrywał się drewniany taras z dużą ławą. Wyschnięty skrawek trawy. Plastikowa piaskownica. Zmurszała huśtawka. W domku pachniało deszczem i samotnością. Kurz, zanim opadł, moczył się.
Dżuli zadzwoniła do rodziców. Krążyła jak lwica na wybiegu wokół domku i powtarzała sobie, że kochają ją bardziej, niż ona kocha siebie. Rozmowa rozpoczęła się od „coś ty sobie myślała” i skończyła na „coś ty sobie myślała”. Mówili, żeby wracała do domu, że rozwiążą wszystko i wszystko rozwiąże się samo. Dżuli zamieniała się w przeżutą gumę.
Czarli postanowił przejąć narrację. On mówił tak pięknie o małych rzeczach szpiczastymi słowami. Długo grzebał w szafce, aż wydusił z niej aparat i umościł na krześle jak małego pieska.
– Swobodna improwizacja. Musimy przejąć narrację. Macie być lajkebul, okej? Trochę głębocy, trochę płytcy. Tacy tam normalni ludzie. Dżuli, zarzuć czymś poetyckim. Zacznę od zbliżenia na twoją twarz. – Czarli się zaciął i jego entuzjazm zjechał do podziemi. – Pardon, po prostu skieruję w twoją stronę.
Ręce Dżuli drżały i wypluwały chłodny, lepki pot. Dziewczyna podniosła dłonie, żeby odrzucić grzywkę, ale jej ręce wpadły do pustostanu. Kamera złapała ten obraz jako pierwszy.
– Miałam kiedyś imię – zaczęła Dżuli. Nakrętka adaptowała bełkotliwe słowa. – Miałam kiedyś twarz. Było nas kilkoro, mieliśmy marzenia. Chodziliśmy na uczelnię, chodziliśmy do roboty.
Dżuli widziała te lata, te semestry. Miesiącami szukała słów. Jak opisać niepokój? Złapać rozdrażnienie tak, jak zamyka się komara w dłoni?
– Czasami biegaliśmy po parku wieczorami, kiedy akurat smog, no wiecie, nie dusił – rzucił Tom.
Dżuli pamiętała, jak wlatywał do ich mieszkania w legginsach do biegania i śmiał się ze ścian oklejonych kocami termicznymi. Chroniły przed kamerami wpatrującymi w nią i Marfę z drugiej strony ulicy.
Może oszalały, ale wariactwo było w cenie. Szaleństwo kupiła po taniości.
– Czasami oglądaliśmy amerykańskie komedie romantyczne i chcieliśmy, żeby tak wyglądało życie – dodała Dajana. Siedziała na szarej kanapie wciśnięta pomiędzy Dżuli a Toma. Brązowa boazeria nadawała jej szyi chorobliwie zielony odcień.
Ciemność unieważniała szczegóły na nagraniu. Zamieniała ciała w zbiory cieni i drobin kurzu.
– Czasami czytaliśmy książki i nie potrafiliśmy skupić się dłużej niż na kilka stron.
– Czasami marzyłam o ślubie i piesku.
Głos Dżuli stanął w przeponie i rozbił się nerwowo. Czuła się jak grzechotka. Jakby małe kuleczki uderzały o jej tkanki.
– Poznaliśmy się kilka lat temu. Wtedy inwigilacja dopiero raczkowała.
Dżuli przypomniała sobie moment, kiedy zrozumiała, że drażniący zgrzyt to kręcące się szyjki kamer.
Gdy tylko wysiadła z busa, który dowiózł ją Łęcznej do Warszawy, nerwowość chwyciła ją za gardło. Mrowienie w palcach nigdy nie ustępowało. Na stacjach metra, ilekroć opuszczała się ruchomymi schodami, swędziały ją dłonie. Usychał język. Nogi miękły, czasami odcinało w nich prąd i traciła łączność.
Miała wielkie plany. Zamierzała podbić świat. A przynajmniej stolicę. Miała być jasną gwiazdą w galaktyce. Miała być słońcem, wokół którego toczy się życie. Ale od pierwszego dnia czuła smród, duszenie, gorzki smak wody.
Spalała paczkę papierosów dziennie. Trochę, żeby się uspokoić. Trochę, żeby się rozedrgać.
– Bez przesady – poprawiła ją Ana. – To było już długo po Kembridż Analityce. Nawet po pandemii. Wtedy już byliśmy na szczycie bańki spekulacyjnej, ale jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Znaliśmy się z Nołfona, wszyscy w nim działaliśmy.
Nołfon przez długi czas stanowił sens życia Dżuli. Działała kilka lat w tym ruchu młodzieżowym, który sprzeciwiał się obecności telefonów w życiu i nowych technologii w edukacji. Chcieli odzyskać koncentrację. Walczyli, żeby wyjść z uzależnienia.
– Miałam dziewiętnaście lat. Interesowałam się polityką, w takim sensie, że oglądałam serwisy informacyjne i jebałam partię – dodała Dajana. – Wtedy wydawało mi się, że kamery zmniejszają przestępczość.
Dżuli przemieszczała się pomiędzy uczelnią a horrendalnie drogim pokojem przy ostatniej stacji metra. Fioletowy dym wił się wokół kostek i przypominał rzadki kisiel. Wydawało jej się, że jest bohemą, tworzy przyszłość, że studia są ważne, jej obrazy są ważne, że jej słowa mają znaczenie.
– A biometria zabezpiecza nas i ułatwia życie – rzucił Tom. Nieudolnie przekroił struny głosowe i dźwięk wydobywający się z głośnika chrypiał.
Trzeba będzie dodać napisy – pomyślała Dżuli – może nawet po angielsku. Lepiej od razu tylko po angielsku.
– Kiedy się zorientowaliście, że tak nie jest? – zadudnił Czarli zza kamery.
Schował się w ciemności potęgowanej przez boazerię. Nawet bez głowy wydawał się olbrzymem. Miał piękne, silne ciało, które wyginałoby się wspaniale, wsparte na łokciach.
– Dla mnie to był moment, kiedy ludzie zaczęli płacić twarzą. Było w tym coś przerażającego – szepnęła Dajana. – Tysiące ekranów wtykały nos w nie swoje sprawy. Mnożyły się jak bakterie. Pamiętam, kiedy dzięki programowi Cyfrowa Polska liczba kamer trzykrotnie przekroczyła liczbę obywateli. To był dziesiąty sierpnia. Świętowano to jako sukces.
Dżuli przypomniał się wielki festyn, dmuchane zabawki w kształcie komputerów. Dzieci dostawały od sponsora breloczki z poruszającym się oczkiem. Miało pomagać w uprawianiu sportu. Uważała, że to gówno prawda.
– Kiedy wypłynęła ta sprawa, że rząd sprzedawał dane medyczne na rynku danych, to było krejzi. Ale szybko to uciszyli – przypomniał Tom. Siedział spięty, jakby uwieszony na krzyżu. Nosił wielką wiedzę, której się wstydził, jak człowiek wielokrotnie uciszany, zawsze zamykany w kolejnej puszce. Słowa wypluwał szybko i upychał w jednym oddechu. – Wszystko szybko uciszali. Algorytm ciął zasięgi. Nikt nie rozumiał, jak działa, ale wszyscy wiedzieli, że jest przeciwko nam.
– Wtedy się okazało, że wolność jest iluzją – podsumowała Dajana.
Dajana bywa zbyt patetyczna – przemknęło przez myśl Dżuli – ale ludzie lubią dramę. Trzeba będzie napisać jakiegoś klikbejta na tytuł filmiku.
– Na początku, gdy założyliśmy... – Dżuli z niechęcią przełknęła liczbę mnogą. Czarli zwrócił jej wcześniej uwagę, żeby nie podawała się za założycielkę. Potencjalne konsekwencje przerosłyby ją. – Gdy założyliśmy kolektyw Hiudż Dejta, zajmowaliśmy się edukacją. Organizowaliśmy warsztaty, udostępnialiśmy posty w mediach. Opowiadaliśmy o społecznym wymiarze nowych technologii. Przeprowadziliśmy pierwsze w historii badania, w których pytaliśmy, kogo dyskryminuje ejaj w Polsce. Robiliśmy dużo fajnych rzeczy.
Zaczęło się od grupy znajomych zebranych przy stole w mieszkaniu, które Dżuli podnajmowała od Marfy. Każda myśl o Marfie uderzała młotkiem w jej zszargane nerwy.
– Ludzie myśleli, że jesteśmy szurami. Mówili, że sprzeciwiamy się innowacjom. Wszystko było podporządkowane wzrostowi. Coraz więcej kamer, coraz więcej fejków, coraz więcej FOMO – mówiła Dajana. Zakopała się głęboko w kanapie. Jej ramiona okrywał zielony pluszowy koc. Wilgotne powietrze pozostawiało cienką warstwę chłodu na skórze. – Próbowaliśmy nagłaśniać kolejne sprawy. Ale to było na nic.
– Na początku, gdy usłyszeliśmy o przełomowym leku, który może zrewolucjonizować życie i śmierć... No cóż, ja w to nie wierzyłam – roześmiała się Dżuli. Przypominało to bulgot wrzącej wody. – Ktoś się przechwalał. Kolejny fejk.
Znajomi chemicy przyszli do mieszkania Marfy na zaproszenie Any i Toma z lekiem, błękitnym proszkiem zbitym wypełniaczem w okrągłe kapsułki. Powiedzieli, że szczury przeżywają. Dżuli myślała, że chcą się naćpać, odlecieć i wylądować następnego ranka w łóżku, ale oni opowiadali. A ona im wierzyła. Leki miały skutki uboczne: tamowały krwawienie i paraliżowały układ nerwowy. Mózgi szczurów się poddawały, a ich funkcje życiowe przejmował rdzeń kręgowy.
W czasie warsztatów wyszywania wzorów uniemożliwiających nagranie twarzy Dżuli zdecydowała, że wolałaby twarzy nie mieć. Mogłaby ją wyciąć, zrobić łowicką wycinankę i poharatać się nożykiem do cięcia tapet.
– Fejk, fejk, fejk. Wszystko wydawało się fejkiem. Ale to okazało się dziwną i pokręconą prawdą – dokończyła Dajana.
– I mieliście pewność, że przeżyjecie? Że będziecie myśleć? – dramatycznie uniósł głos Czarli.
– Tak – rzuciła Ana.
– Nie – stwierdziła Dżuli.
Nie istniał już cichy głosik w głowie. Myśli kręciły się pod innym kątem. Odczuwała je fizycznie.
– Istniały dowody laboratoryjne, że mamy szansę na przeżycie. Dlatego stworzyliśmy nakrętki. Ale nie, nie mieliśmy pewności.
Oddech Dżuli rozkraczył się pomiędzy płucami i utknął w połowie drogi. Stres ostatnich tygodni osadzał się w biodrach niczym piasek na dnie rzeki, meandrował i nadbudowywał brzegi.
Ból, nieznośne rżenie, jakby oparła się o silnik samolotowy. Hałas poruszał nią i wibrował. Okrągła, klaustrofobiczna przestrzeń zamykała drogę ucieczki.
– I co chcieliście osiągnąć? Poprzez swój protest? – Czarli sypnął z rękawa kolejnym pytaniem. Teraz już prowadził tokszoł.
– Po pierwsze, mieliśmy dość. Pogodziliśmy się z tym, że, no... możemy zginąć.
Powiedzenie tego było równie żenujące, co uwalniające.
– Po drugie, chcieliśmy zwrócić uwagę na społeczny problem inwigilacji.
– Inwigilują nas wszyscy. Rząd, Big Tech, korporacje, obce rządy – Dżuli nie chciała zaczynać wykładu, ale ten zawiązał się w jej szyi i próbował wydostać. – Naprawdę łatwiej byłoby żyć bez myślenia o tym. Ale niestety nie potrafiliśmy.
– Kiedy przyjaciele powiedzieli nam o możliwości życia bez głowy, a innym udało się stworzyć prototyp nakrętki... zdecydowaliśmy się spróbować.
Dżuli przez kilka miesięcy pracowała według instrukcji Any i Toma nad zaprogramowaniem nakrętki tak, żeby ta pozwoliła im na podtrzymanie funkcji życiowych. Sztuczna inteligencja podsuwała słowa. Kod fruwał po czarnym ekranie, kolorowe ciągi liter nerwowo przewracały się o siebie. Problemy i brak rozwiązań kotłowały się na dysku twardym i urządzały zapasy.
Wszystko opierało się na założeniach bez pokrycia i kosztach bez przykrycia. Czarli przynosił kasę wyciąganą pokątnie z konta ojca i wykładał ją na stół. Nigdy nie wystarczało. Zawsze trzeba było więcej hajsu i więcej zasobów ludzkich. Dżuli siedziała godzinami w wynajmowanym pokoju. Marfa przynosiła jej kanapki i masowała ramiona.
Marfa miała gładkie dłonie. Pięknie gadała o biedzie. Umiała hipnotyzować. Czasami znała przyszłość.
– W pewnym momencie mieliśmy leki, mieliśmy nakrętkę, ale nie rozumieliśmy konsekwencji i nie wiedzieliśmy, jak to się skończy.
– To było trzy tygodnie temu. – Złość buzowała w Dżuli jak drożdże zasypane cukrem. Miała dosyć farmazonów. – Nigdy nie udało nam się przeprowadzić testu, więc poszliśmy na plac. Amputowaliśmy sobie głowy. Nikogo nie skrzywdziliśmy.
Zachłysnęła się śliną. Historia miała się ciągnąć kanałami i rzekami. Ona brutalnie przecięła jej powolną rzeczną wstęgę nożyczkami do paznokci. Zostawiła postrzępione końce.
Rozpanoszyła się konsternacja. Ciszę przerywał chrobot korników śliniących się w boazerii. I wyimaginowany hałas w ciele Dżuli, który podobno potrafiła odróżnić od prawdziwych dźwięków.
– Dzisiaj potrzebujemy waszej pomocy – szepnęła Dajana. Z nakrętki wydobył się szmer.
Po co ten cyrk – zastanawiała się Dżuli.
– Jesteśmy nadal oskarżeni o działania terrorystyczne – dokończyła Dajana.
Półprawda okraszona ćwierćprawdą. Postępowanie trwało. Nie byli oficjalnie oskarżeni. W brzuchu Dżuli wirowało pranie. Wyżymały się jej nerwy. Para szła w miejsce dawnego nosa. Tworzenie kłamstw było łatwe. Jeszcze prościej je dzielono i przesyłano dalej.
– Dlatego jeśli uważacie, że zwróciliśmy uwagę na ważny problem społeczny... – Dajana zaczęła czytać tekst zapisany na kartce przez Czarliego.
– Jeśli uważacie, że inwigilacja powinna zostać ograniczona... – Dżuli powiedziałaby „jeśli nie zgadzacie się na sprzedaż waszych danych”, ale w jej ośrodku myślenia pojawił się arkusz obliczeniowy i obolałe ciało wybrało okład z chłodnej kalkulacji. Dżuli potrzebowała pomocy, potrzebowała cyrku. Wybrała najprostszą możliwą śpiewkę: – Jeśli jesteście przeciwko działaniom tej władzy...
– Proszę, wpłaćcie dowolną kwotę w zbiórce. Potrzebujemy tych funduszy. – Dajana szturchnęła Dżuli nieco zbyt wesoło. – Żeby walczyć z brutalnym aparatem władzy.
Czarli zakończył nagranie. Z przedziurawionych baloników wysunęło się plastikowe powietrze. Dżuli poległa na posadzce z płytek imitujących marmur.
– Źle się czujesz? – spytał Czarli. Nawet nie poruszył nogawką za małych dresów, żeby sprawdzić, czy Dżuli gorączkuje.
Rozłożyła się całkowicie, jak na krzyżu.
– Czym się staliśmy? – wydobyło się z jej ciała. Nieśmiało, jakby wyrażało prawdę schowaną pod żołądkiem.
Jej kamera wpatrywała się w sufit, świat zasnuł się czerwoną koronką.
– Jeszcze niczym się nie staliśmy – warknął Czarli. Hierarchia się przesunęła, a Dżuli poślizgnęła się na stopniu drabiny i spadła. – Nie bądź drama kłin, Dżuli. Ktoś musi zmontować to gówno. Potrzebujemy hajsu. Dajana, zróbże zbiórkę.
Czarli szybko zajął miejsce na górze drabiny i umościł sobie gniazdko. Może nigdy nie był z nimi z właściwych powodów.
– Myślisz, że serio ktoś będzie chciał opłacić nam prawnika?
– Po tym, jak dodałaś do tego kontekst polityczny? – roześmiał się Czarli. Jego nakrętka najlepiej wpasowała się w potężną szyję. Nie powodowała obtarć i krwawień przy przypadkowych ruchach, niosła basowy głos potęgowany przez echo. – Dżuli, nie bądź dzieckiem. Ludzie utną sobie łby, żeby ci zapłacić. Niedługo znajdziemy się w niezłej sytuacji.
Coraz więcej żółci i czerni zbierało się w Dżuli, a ona upychała je do plecaka i zamierzała nieść na swoich plecach. Przetoczyła się do zarośniętego ogrodu. Spętały ją pędy. Leżała na brzuchu, wtulona w powoli ochładzającą się ziemię. Noc nakładała fioletowy płaszcz. Gwiazdy widziałaby dokładnie, gdyby jej wizja nie rozmywała się w nakrętce. Brała w dłonie grudy kredowej ziemi i czuła się trochę bardziej człowiekiem.
– Jezu, przestań dramatyzować, Dżuli. Ja pierdolę. Weź się w garść – parsknął Czarli. Siedział na schodku prowadzącym na elegancki balkon, papierosa wcisnął pod nakrętkę. – Wszyscy rozumiemy znaczenie twojego tarzania się w ziemi, ale filmik sam się nie zmontuje. Trzeba zrobić to na asapie.
Dżuli uniosła się na otwartych dłoniach. Niczym krety wciskały się w ziemię i zapadały się jak jej zapał.
Chciała coś powiedzieć, kiedy do miniaturowego ogrodu składającego się z dywanu trawy i krzewów wychylił się Tom. Stanął na brzegu balkonu, połowa chudego ciała wewnątrz, połowa na zewnątrz, jakby miał zdradzić tajną informację, i wysyczał:
– Stało się. – Dżuli była przekonana, że specjalnie wydłużył pauzę, żeby dodać swoim słowom dramatyzmu. – Mamy naśladowców.
Gejzer buchnął z dna Ziemi. Kolory zatańczyły w parze. Poniósł się nerwowy dym.
Czarli spytał, czy w Polsce. Jego cień kładł się złowrogo na jej rozpłaszczonym ciele.
– Gdzie? – wrzasnęła Dżuli.
– Jakieś dzieciaki w Paryżu zrobiły podobny protest pod Notre Dame – krzyknęła podekscytowana Ana. Podsunęła im przed nakrętki telefon z wideo.
Dzieciaki stały w słupach deszczu, za nimi katedra pokrywała się mgłą turystów. Nożami cięły gładko szyje, zdecydowanie pewniej niż oni. Usta poruszały się do ostatniej chwili, zanim zamarły. Zanim twarze stały się obce i nieludzkie. Krzyczały w języku, którego Dżuli nie rozumiała. Szyje stawały się coraz lżejsze, aż głowy się uniosły i zaczęły lewitować.
– Kurwa – mruknął Czarli. Krył ekscytację. Jego głos drżał z podniecenia.
– Skąd mieli lek? – Dajana pojawiła się na balkonie znikąd i od razu przeszła do konkretów.
– Nałożyli nakrętki?
– W jakiej sprawie?
– Uspokójcie się. – Tom machnął na nich ręką, jakby odganiał wyjątkowo irytujące insekty. – Sytuacja jest rozwojowa. Nie powiem więcej, bo więcej nie wiem.
– Okej, Dżuli, idź montować. – Czarli nakazał jej gestem działanie. – Trzeba zrobić to szybko, bo inaczej zginiemy w szumie medialnym.
– Nie wystarczy, że amputowaliśmy sobie głowy? – jęknęła Dajana.
Opierała się o stół. Jej niecierpliwe nogi wykręcały dziurę w drewnie balkonowym.
– Płomień trzeba podtrzymywać. Przez trzy tygodnie mówili, że jesteśmy terrorystami. Zobaczymy, co teraz powiedzą.
– Ale nic się nie zmieniło w sprawie inwigilacji.
– Kogo to obchodzi. – Czarli zblazował się ponownie. Nonszalancko rozparł się na plastikowym fotelu. – Zobaczysz, jeszcze ruszymy odpowiednie struny.
Wcisnął w ręce Dżuli komputer. Wcisnął w niej odpowiednie guziki, żeby palce klepały napisy, a dłonie nie przestawały szukać odpowiedniego momentu do cięcia. Wyrównywała balans bieli, przesuwała pokrętła i kładła nacisk na kolory. On wsuwał kolejne papierosy pod nakrętkę.
Jak Czarli znalazł się w Hiudż Dejcie? W jaki sposób zaszedł na tyle daleko, żeby w niej skończyć? W krótkiej karierze aktywistycznej zmieniał pola angażu sezonowo, w zależności od tego, co się orało. Ewentualnie – co brało w internecie w sferze potencjalnego zaorania. Był aktywistą klimatycznym, zanim klimat okazał się do wyrzucenia. Zajmował się prawami kobiet, zanim palnął do kamery głupotę o polskim kalifacie. Lubił walczyć, niekoniecznie wygrywać.
Dżuli nadal klepała napisy i cięła ciemne kadry.
– Wiesz, że miałam być artystką? Znaczy: chciałam być – mruknęła.
Przeniosła się myślami do farby wchodzącej w szczeliny pod paznokciami, do pieniędzy rodziców, które wsiąkały w sztalugi i kanwy.
– Jesteś artystką – odpowiedział automatycznie Czarli i włożył kolejnego papierosa pod nakrętkę.
W piersiach Dżuli unosiły się lata, kiedy chodziła do szkoły i zamieniała się w szkielet. Kiedy wiedziała, że stać ją na więcej, ale gryzła się w język, żeby nikogo nie urazić. Nikt nie rozdawał orderów. Dżuli się sprzedała. Z tego nie było dobrych pieniędzy.
– W dupie – westchnęła. Fantomowy ból głowy zapiekł, jakby trwał w niej techno rejw. – Jak mogę być artystką, skoro już nic nie czuję?
Amputacja. Hiudż Dejta. Ostatni akt miłości Dżuli do świata. Jeśli akcja nie wyszła, ona się poddawała. To była ostatnia rzecz, którą mogła dać światu.
– Czujesz, tylko inaczej.
Ciało Dżuli przypominało pusty karton wypchany ochronnymi palcami z kukurydzy.
– Nie, Czarli, serio. Nie czuję, jakbym czuła. Jestem całkiem namb.
Dalej klikała w cieniutką klawiaturę. Opuszki pozostawiały tłusty ślad. Miała brzydkie dłonie poharatane długimi szramami i krótkie palce zakończone zsiniałymi paznokciami.
– Oglądałam o tym filmik na Jutubie – wtrąciła się Dajana. Jej kamera wgapiała się w komputer. – To jeszcze niepotwierdzone, ale otępienie jest jednym z efektów ubocznych braku głowy. Może niedługo wejdzie do sprzedaży nakrętka, która pozwoli ci kontrolować, jak silnie odczuwasz emocje.
– Co? Masowo produkowana nakrętka? – krzyknęła Dżuli. – Że teraz ludzie będą sobie obcinać głowy?
Panika panikowała. Ledwo minął miesiąc.
– To brzmi okropnie. To jest chore, tak bardzo chore.
– To jeszcze nie jest mejnstrim, ale słyszałem, że ludzie chorzy na zaburzenia lękowe widzą nadzieję w odcięciu głowy – dodał Czarli. Dym bezmyślnie smażonego papierosa ciasno owijał się wokół szyi. – I w założeniu tej nakrętki. Nie takiej, jaką ty zaprogramowałaś, oczywiście zdecydowanie bardziej zaawansowanej...
– Nie wierzę, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Ślina stanęła w gardle Dżuli i odmówiła współpracy. Dziewczyna przerwała pracę nad filmikiem. Długość skupienia uwagi skróciła się po raz kolejny. Dżuli zagotowała się do szukania informacji o ich potencjalnych naśladowcach.
Pytała nowy portal oparty na zaawansowanych algorytmach, z czatbotem podszywającym się pod prawdziwych dziennikarzy, o każdy apdejt. Chciała zarzucić się niusami, kolejnymi zamglonymi zdjęciami z monitoringu miejskiego spod katedry Notre Dame. Algorytm zbierał aktualne doniesienia ze stron partnerskich i wypluwał przesiane słowa. Nieco gorzkie, nieco uprzedzone.
– Daj spokój z tym Paryżem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ty zawsze gadałaś o higienie informacyjnej. – Dajana pochyliła się nad komputerem i zatrzasnęła doniesienia ewoluujące w czasie rzeczywistym. – Poza tym myślałam, że jesteś przeciwna takim botom jak Journal.ist.
– Bo jestem. Zżerają mnóstwo energii, są uprzedzone, dane, którymi je karmią, okazują się historycznie nieadekwatne. No i przede wszystkim robią wszystkich w chuja z prawami autorskimi i tak dalej – wyrecytowała Dżuli cytat z posta lub story.
– To dlaczego z niego korzystasz?
Cisza w domku letniskowym na skraju wioski, na skraju cywilizacji, zabiłaby ich, więc trzeba było gadać, wymieniać słowa i rzucać je na wiatr.
Żołądek Dżuli ścisnął się, kiedy Dajana oparła się o stół i miękko ułożyła szyję na przedramionach. Próba utrzymania w pionie ciężkiej przestrzeni po głowie.
Dajana nosiła w sobie spokój, którego nie zachwiały poranne nudności i spuchnięte kostki. Dżuli bała się o nią, czuła się przy niej jak w towarzystwie chorej – obawiała się zapaści, powodzi krwi cieknącej z krocza, upadku na ziemię i dłoni desperacko próbujących ścisnąć pozostałości brzucha.
– Bo to nadal lepsze i szybsze niż cokolwiek innego w internecie. Jestem wewnętrznie skonfliktowana.
– Po prostu dorabiasz do tego zbyt wiele teorii – parsknęła Dajana. Nadal półleżała na stole.
– I? – syknął Czarli, co brzmiało jak dźwięk zaciętego wideo.
Przypomniała sobie miesiące spędzane z książkami, z teoriami, przy komputerze i nad tabletem. Na dyskusjach, których nigdy wygrywano ani nie przegrywano, bo dyskutowało się dla lansu i żeby dodać cokolwiek po wypowiedzeniu swojego imienia. Jej całe życie przypominało zapasy. Bijatykę na podziemnym parkingu. Przerzucali się pomysłami bez przyszłości i sprowadzali do parteru każdego i każdą. Wrogów wyrastało więcej niż przyjaciół i każdy był winien każdego niepowodzenia.
– I potem się spaliłam. Wtedy poznałeś mnie – rzuciła Dżuli, zirytowana.
– I ty poznałaś Marfę.
– I ja poznałam Marfę.
Jej imię zamknęło wszystkie drzwi. Spuściło rolety w oknach. Dżuli odleciała. Kleiła kolejne słowa. Układały się w miękkie linijki. Zaplołdowali filmik wieczorem, zanim wyświechtane frazy pokryły się patyną.
Dżuli nocami nie odlatywała, więc rozchylała nakrętkę i się otępiała. Nasłuchiwała kun gnijących na strychu. Skupiała się na deszczu drepczącym po dachu. Leżała pod coraz brudniejszą pościelą. Ignorowała ból szyi, ból mięśni. Wchodziła na Journal.ist.
Wklepywała hasło „amputacja głowy”. Wyobrażała sobie, że może jeszcze raz oddzielić mózg od rdzenia kręgowego, zwinąć go jak ślimaka i wsunąć pod nakrętkę.
W środku nocy dowiedziała się, że studenci z paryskiego instytutu nauk politycznych wykonali dziwny fikołek intelektualny i użyli amputacji głowy jako pretekstu do rozmowy o państwie policyjnym. Nie w kontekście inwigilacji, a jej braku. Nienawidzili ludzi innych niż oni sami. Stali się wynaturzeniem i zagrożeniem dla miru domowego.
Czytała doniesienia prasowe. Zrozumienie sytuacji spadało linearnie. Kilkunastu studentów uszczupliło się o głowy w Sztokholmie i w Waszyngtonie. Ich motywacje ginęły w krwawych obrazkach zasłoniętych rozmazanymi kwadratami. Oraz w tysiącach, wielu tysiącach komentarzy. Głównie o kondycji społeczeństwa. W nich Dżuli była terrorystką. Niemiecką świnią. Ruską kolaborantką. Palestyńską szpiegunką. Była brzydka. Była gruba. Nikt nie chciał jej ruchać. Wszyscy chcieli ją przelecieć, najlepiej walcem. Stała się bielutkim płatkiem śniegu. Wrogiem Polski. Osobą z niedowładem umysłowym. O rodzicach dowiedziała się, że ją porzucili. Wychowali bezstresowo na telefonach i łok bajkach Disneja. Że wygrała mózg w czipsach. Była czarownicą. Jebaną idiotką. Że jakby pojechała do Niemca na szparagi i pozapierdalała w trzydziestu stopniach, to skończyłyby się patologie.
Pieniądze na zbiórkę, zaanonsowaną niezwykle dobrze zmontowanym filmikiem, płynęły szerokim strumieniem. Dźwięk powiadomienia o wpłatach na konto nie milkł i wypełniał przestrzeń pomiędzy boazerią.
Dżuli nie spała. Ciało zamieniało się w papkę, kiedy chciała usnąć. Telepała się pod kocami, gorączka oblewała dreszczami plecy, żeby zamienić się w gęsią skórkę i wrosnąć pod skórę. Rana piekła jak posypywana solą. Dżuli zamieniała się w zombie. Jednocześnie młodniała. Jak przedszkolaczka uczyła się mówić wyraźnie. Sprawdzała, co może wsypać do lejka wbudowanego w nakrętkę i zjeść. W jaki sposób napić się kilku kropel wody.
Łapał ją kryzys jednej czwartej życia, wieku średniego i każdy inny.
Czarli znikał o poranku i wracał z jedzeniem, którego nie potrafili strawić.
Zieleń, nieprzycinana, wdzierała się do domu. Lato kwitło. Pachniałoby maciejką opierającą długie, giętkie łodygi o okna, gdyby Dżuli mogła odczuwać zapach. Odchodziła od zmysłów, a zmysły od niej.
Widziała dwie linie życia. Kiedyś zachodziły na siebie, spinały się i łapały. Teraz się oddalały.
– Przeczytałam dziś, że jelita stały się moim drugim mózgiem i dlatego żyję. Ana, Tom, jakiś koment na ten temat? – spytała Dżuli czerwcowego ranka, kiedy uczyli się jeść jajecznicę przez specjalny lejek wbudowany w nakrętkę. Ironia przegryzła się przez jej struny głosowe.
Cały czas ukrywała się w internecie. Informacje znalezione w sieci zwalały się na nią wielką lawiną. Zasnuwały wizję masą śnieżną.
– Nie znajduję tego możliwym, żeby twoje jelita nagle stały się superinteligentnym komputerem – ziewnęła Ana.
Poprawiła gładką sukienkę marszczącą się na udach. Jej długie nogi dyndały, gdy kroiła kromki chleba na mniejsze kawałeczki.
– Ależ one nie stały się nagle. Gościu pisał, że zawsze nim były i mózg był bezużyteczny, tylko spisek lekarzy wmawiał nam, że odbiera połączenia nerwowe – cisnęła dalej Dżuli, jakby rzucała dartami bez celu.
Nie znała się na tym, ale do perfekcji doprowadziła krytykę rzeczy, których nie rozumiała.
– Musimy porozmawiać o tym, kiedy wyjadę – wydarła z siebie Dajana.
– Jak to wyjedziesz? – Czarli, wcześniej siedzący na kanapie i grzebiący w bebechach internetu, nagle wrócił z wirtualnej rzeczywistości do rzeczywistości rzeczywistej.
W pokoju wilgoć pokrywała się kurzem. Zostali artefaktami w muzeum.
– Czarli, kochanie. Prawdopodobnie jestem pierwszą osobą na świecie, która w czasie ciąży nie ma głowy. – Ton Dajany zdradzał rosnącą irytację. Wyciekała spod nakrętki jak z kipiącego garnka. – Poświęciłam tej sprawie moje życie. Może powinnam najpierw zadbać o los dziecka.
Czarli zarumienił się na szyi. Chciał się wciąć, ale Dajana go uprzedziła:
– Nie przerywaj mi teraz. Oprócz tej jednej wizyty u doktora we Włodawie nie mam żadnej opieki medycznej. Minęły trzy miesiące, odkąd tu jesteśmy. Nie mamy pojęcia, czy i kiedy się wydostaniemy.
– Dajana, uspokój się. – Czarli machał rękoma, jakby pływał pieskiem.
Dżuli tak rozbawiła ta myśl, że parsknęła.
– Nie mów mi, żeby się uspokoiła. Byłam cierpliwa przez trzy miesiące. Kosztowało mnie to dużo gryzienia się w język. A, przepraszam, przecież nawet w język nie mogę się ugryźć.
– Do rzeczy, Dajana – mruknęła Ana, zanim Dajana ją storpedowała:
– Okej, czyli rozumiem, że nadal milczymy, gdyż wierzymy Czarliemu i Dżuli, że jeszcze wszystko się wyjaśni.
Dżuli się skuliła, nogi podtoczyła pod obojczyki. Udawała ślimaka. Przez zamknięte okiennice nie wpadało światło. Noc zlewała się z dniem. Dżuli ogarnęła senność, wieczór zbliżał się wielkimi krokami pomimo wczesnej pory.
– Dajana, sytuacja jest rozwojowa – zaczęła. Od tygodni jej zdania brzmiały tak, jakby pisał je czat dżipiti. Przed aktualizacją. – Rozpoczęliśmy rewolucję. Zmiana społeczna wymaga czasu. Zobaczysz...
– Przestań pierdolić. – Dajana zbliżyła się do niej, jakby chciała ją strącić z plastikowego krzesełka. Nieśmiały pomruk Toma wypełnił kuchnię. – Dżuli, idź do lekarza. Nikt nie chce tego mówić, ale nie panujesz nad sytuacją.
Dżuli przemknęła kamerą po zebranych. Nikt nie stanął w jej obronie.
Wzięła oddech i odpowiedziała na wydechu, jakby obawiała się, że nie starczy jej uwagi na kolejne zdanie:
– Nie musimy panować nad sytuacją. My jesteśmy katalizatorem. Wszystko niedługo wjedzie na właściwy tor.
Ostatnie zdanie ugrzęzło w błocie.
– Nie, Dżuli, nie następuje żadna zmiana społeczna. Nikt nie rozmawia o inwigilacji. Wszyscy myślą, jak spieniężyć fakt, że można żyć bez głowy.
Odkąd dowiedziała się o planach skomercjalizowania nakrętek, Dżuli prawie mieszkała na różnych forach i grupach fejsbukowych. Nasączały się jak biszkopt futurystycznymi wizjami nakrętek oraz internetu rzeczy, oczipowania ciała i duszy.
– Tak, ale z korporacyjnego punktu widzenia jeśli wejdziesz na indywidualny poziom odczuwania rzeczywistości, to ludzi na pewno...
– Możesz skończyć ten bełkot? – przerwała Dajana. – Nie ma czegoś takiego jak indywidualny poziom! Algorytmy puszują spieniężenie głowy, więc ludzie myślą o spieniężeniu głowy.
Wszyscy zgadzali się z Dajaną. Nieśmiała nadzieja, a może natura społeczników, tliła się w ich paznokciach.
– Chcesz powiedzieć, że zawiedliśmy? – Dżuli musnęła czule pustą przestrzeń nad nakrętką. Drogocenna głowa stała zakonserwowana w szafie.
