Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Debiut poetycki wyrastający z napięcia między snem, baśnią i doświadczeniem świata, który nie daje się uporządkować. Teksty, które bezczelnie zbijają z tropu i nie pozwalają na stabilizację. Zamiast jednego „ja” pojawiają się postaci, języki i sytuacje – często skrajne, czasem brutalne, zawsze osadzone w konkrecie. Mowa ulicy, rejestry środowiskowe i idiomy prywatne mieszają się tu z onirycznymi obrazami oraz baśniową logiką. Język bywa szorstki i zaczepny, by za chwilę odsłonić czułość albo pęknięcie. To książka o jednostkach i zbiorowości jednocześnie – o ludziach uwikłanych w przemoc, trudną pamięć i skomplikowane relacje, o świecie, który nie daje drugiej szansy. Całość uzupełniają rysunki autorstwa Andrzeja Ilczewskiego. Książka ukazuje się w ramach głównego wyróżnienia w 21. edycji projektu „Połów. Poetyckie debiuty”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 27
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Patrycji
Wycofana konkret, taszczyła pakowny wóz.
Na wozie miała podkowy. Spod podków
wystawały kopyta.
O piątym kole zdążyła zapomnieć.
Koleinom nie szczędziła życzeń
kocich łbów. W miejscu, gdzie marzła
magnolia, przystanęła, żeby zmienić
rękę. Chciała tylko policzyć morale.
Myślisz, że ktoś się zainteresował?
Że wyszedł cało ktokolwiek?
Powinno mieć dwa diabełki na rogatkach
zamiast białego orła!
Dajesz przez bramę do ogrodu, mordo; śladu po tobie, mordo!
Kamery firmy krzak na czatach, morda na kłódkę, mordo!
Gonią cię – dzida! Jeśli złapią, trzym się z kneblem z kory;
pamiętaj o gardzie, farmazon składa się z narządu mowy.
Ono ma skrót i wrze, więc pokonujesz Samotnie, Zapadnie,
Bezpowrotnie, kusisz.
Nałgano na łamach „Między Wisłą a Wieprzem”:
Rwała brzegi, puszczała się falami. Łeb z czynnej podał jej PIN
w Matki Boskiej Pieniężnej. Ostatni raz widziana obok bankomatu,
mięła w kielni kartę z logo żubra. Sto procent aktorzy za kinem
Irena, chyba że się wykoleja pod niejakim Pod Semaforem.
W huk przeszło – plomby na przejeździe, mir rycki, siekierezady.
Bez dębów, lip jest tu przesadnie zacisznie. Perspektywy upadłych
wieżowców nic się nie zmieniły. Lulu w opakowaniu Czarnych
jak skurcz korkotrampka w kopciuchu. Tak kładzie się miasto, mordo.
Ł. przyśniła się C. Psiapsi przyśniła się psiapsi.
Ł. miała złe oko, C. nosiła tace z barszczykiem,
czerninką, towar spod lady był dobry, swoje kąsał.
Ł. – facetowi C. (olać zbieżność inicjału) – rosło ego,
a malał gul, kiedy Ł. przewijała swój monolog:
Ł. po prostu mi wpadł i heloł – mam zamiar
zrobić z tego wielkie halo.
Łatwowierny W. sfrajerzył się nie po raz pierwszy
i tylko udawał, że mu to lotto.
Tymczasem C. wymyśliła, że wyrwie sobie bok,
ale w ostatniej chwili zmieniła pozycję – chciała
wystawić wrażliwość Ł. na próbę czy mu pokazać?
Podstawione dziecko wojny zaniosło Ł. kwiatuszek,
żeby ją odrobinę rozmiękczyć, niestety nie dało to
totalnie żadnego efektu. C. chyba się zacięła.
Ciągle powtarzała:
I don’t believe. Kurła, I don’t believe.
W. wygrał u buków parę marek, ale wszystko
roztrwonił w trymiga, pomogła niejaka inflacja.
Ł. przeciekała. C. dostała okresu. Rzecz miała miejsce
w dołku. Roku niemundialowego.
Kama, Kamyczek, Serduszko. Dziecię, którego pełno.
Ciekawe świata, tego, skąd się wziął. Gdy tylko kichnie,
rodzice krzyczą „sto lat!”. Kama wiąże fakty – nie będzie żyć
wiecznie. Światu rzednie mina, słowa matki przychodzą
z odsieczą: Teraz powinnaś się uczyć, skarbie. Alfabet, tabliczka
mnożenia, pierwiastki. A nuż uda ci się wymyślić eliksir młodości.
Kama potakuje, ociera łzy, idzie do szkoły, gdzie spotyka
się przyszłych mężów, doznaje zdrady, stąd są bejbusie.
A co jeśli ten jedyny nie będzie zainteresowany?
Albo umrze wcześnie? Na szczęście niedaleko jest bidul.
Kama pójdzie tam prosto po studiach. Pójdzie i wybierze
najsmutniejszą sierotkę, której poda bajeczkę
eliksiru młodości przed snem.
Cios miękkiemu podbrzuszu – klasyka gatunku.
Dziadu w rękawiczce bez palców sucz zagłaszcze.
Skarbie z ChAD vis-à-vis Wnerwii, zaświeć
pięciozłotówkami, może cię kopnie lepszy szczyt?
Postawmy sprawę jasno: historii trzeba koła,
chichotowi – losu, losowi – pastwy.
Znasz to? – Dobre monety nie są złe,
w fastrygi dżdżu wpuścili bezczeli bylejacy
(bezczele byli z cukru, tamtym udało się
rozpłynąć).
Sioło albo zbiór kątów. Jazda po utrzymance,
grudzie piątej klasy:
Skończysz u miedzy, co się nawysychasz, to twoje.
(Taki kut jak konia kopyto, niebo zmieniło
barwy, żywioł rozgrywa planistów aż miło).
W rozlazłych okiennicach pasą się niedobitki
koronek. Przeciąg wyżera kit, dziurawi progi.
Drzwi, których tu pełno,
nie prowadzą do pokoju.
Klatka, ale zawsze jakieś wyjście. Taka kmina
na temat zamkniętych w sobie, których nie przywróci
magiczne słowo „zapomnij”. Miasto-ferment.
