Odpadło pół ziemi - Andrzej Ilczewski - ebook

Odpadło pół ziemi ebook

Andrzej Ilczewski

0,0

Opis

Debiut poetycki wyrastający z napięcia między snem, baśnią i doświadczeniem świata, który nie daje się uporządkować. Teksty, które bezczelnie zbijają z tropu i nie pozwalają na stabilizację. Zamiast jednego „ja” pojawiają się postaci, języki i sytuacje – często skrajne, czasem brutalne, zawsze osadzone w konkrecie. Mowa ulicy, rejestry środowiskowe i idiomy prywatne mieszają się tu z onirycznymi obrazami oraz baśniową logiką. Język bywa szorstki i zaczepny, by za chwilę odsłonić czułość albo pęknięcie. To książka o jednostkach i zbiorowości jednocześnie – o ludziach uwikłanych w przemoc, trudną pamięć i skomplikowane relacje, o świecie, który nie daje drugiej szansy. Całość uzupełniają rysunki autorstwa Andrzeja Ilczewskiego. Książka ukazuje się w ramach głównego wyróżnienia w 21. edycji projektu „Połów. Poetyckie debiuty”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 27

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Patrycji

Magnolia

Wycofana konkret, taszczyła pakowny wóz.

Na wozie miała podkowy. Spod podków

wystawały kopyta.

O piątym kole zdążyła zapomnieć.

Koleinom nie szczędziła życzeń

kocich łbów. W miejscu, gdzie marzła

magnolia, przystanęła, żeby zmienić

rękę. Chciała tylko policzyć morale.

Myślisz, że ktoś się zainteresował?

Że wyszedł cało ktokolwiek?

.

Miasto przeszłości

Powinno mieć dwa diabełki na rogatkach

zamiast białego orła!

Dajesz przez bramę do ogrodu, mordo; śladu po tobie, mordo!

Kamery firmy krzak na czatach, morda na kłódkę, mordo!

Gonią cię – dzida! Jeśli złapią, trzym się z kneblem z kory;

pamiętaj o gardzie, farmazon składa się z narządu mowy.

Ono ma skrót i wrze, więc pokonujesz Samotnie, Zapadnie,

Bezpowrotnie, kusisz.

Nałgano na łamach „Między Wisłą a Wieprzem”:

Rwała brzegi, puszczała się falami. Łeb z czynnej podał jej PIN

w Matki Boskiej Pieniężnej. Ostatni raz widziana obok bankomatu,

mięła w kielni kartę z logo żubra. Sto procent aktorzy za kinem

Irena, chyba że się wykoleja pod niejakim Pod Semaforem.

W huk przeszło – plomby na przejeździe, mir rycki, siekierezady.

Bez dębów, lip jest tu przesadnie zacisznie. Perspektywy upadłych

wieżowców nic się nie zmieniły. Lulu w opakowaniu Czarnych

jak skurcz korkotrampka w kopciuchu. Tak kładzie się miasto, mordo.

.

Baśń pełnokrwista

Ł. przyśniła się C. Psiapsi przyśniła się psiapsi.

Ł. miała złe oko, C. nosiła tace z barszczykiem,

czerninką, towar spod lady był dobry, swoje kąsał.

Ł. – facetowi C. (olać zbieżność inicjału) – rosło ego,

a malał gul, kiedy Ł. przewijała swój monolog:

Ł. po prostu mi wpadł i heloł – mam zamiar

zrobić z tego wielkie halo.

Łatwowierny W. sfrajerzył się nie po raz pierwszy

i tylko udawał, że mu to lotto.

Tymczasem C. wymyśliła, że wyrwie sobie bok,

ale w ostatniej chwili zmieniła pozycję – chciała

wystawić wrażliwość Ł. na próbę czy mu pokazać?

Podstawione dziecko wojny zaniosło Ł. kwiatuszek,

żeby ją odrobinę rozmiękczyć, niestety nie dało to

totalnie żadnego efektu. C. chyba się zacięła.

Ciągle powtarzała:

I don’t believe. Kurła, I don’t believe.

W. wygrał u buków parę marek, ale wszystko

roztrwonił w trymiga, pomogła niejaka inflacja.

Ł. przeciekała. C. dostała okresu. Rzecz miała miejsce

w dołku. Roku niemundialowego.

.

Eliksir młodości

Kama, Kamyczek, Serduszko. Dziecię, którego pełno.

Ciekawe świata, tego, skąd się wziął. Gdy tylko kichnie,

rodzice krzyczą „sto lat!”. Kama wiąże fakty – nie będzie żyć

wiecznie. Światu rzednie mina, słowa matki przychodzą

z odsieczą: Teraz powinnaś się uczyć, skarbie. Alfabet, tabliczka

mnożenia, pierwiastki. A nuż uda ci się wymyślić eliksir młodości.

Kama potakuje, ociera łzy, idzie do szkoły, gdzie spotyka

się przyszłych mężów, doznaje zdrady, stąd są bejbusie.

A co jeśli ten jedyny nie będzie zainteresowany?

Albo umrze wcześnie? Na szczęście niedaleko jest bidul.

Kama pójdzie tam prosto po studiach. Pójdzie i wybierze

najsmutniejszą sierotkę, której poda bajeczkę

eliksiru młodości przed snem.

.

Czarnabaśń

Cios miękkiemu podbrzuszu – klasyka gatunku.

Dziadu w rękawiczce bez palców sucz zagłaszcze.

Skarbie z ChAD vis-à-vis Wnerwii, zaświeć

pięciozłotówkami, może cię kopnie lepszy szczyt?

Postawmy sprawę jasno: historii trzeba koła,

chichotowi – losu, losowi – pastwy.

Znasz to? – Dobre monety nie są złe,

w fastrygi dżdżu wpuścili bezczeli bylejacy

(bezczele byli z cukru, tamtym udało się

rozpłynąć).

Sioło albo zbiór kątów. Jazda po utrzymance,

grudzie piątej klasy:

Skończysz u miedzy, co się nawysychasz, to twoje.

(Taki kut jak konia kopyto, niebo zmieniło

barwy, żywioł rozgrywa planistów aż miło).

W rozlazłych okiennicach pasą się niedobitki

koronek. Przeciąg wyżera kit, dziurawi progi.

Drzwi, których tu pełno,

nie prowadzą do pokoju.

.

Baśń nieszkodliwa

Klatka, ale zawsze jakieś wyjście. Taka kmina

na temat zamkniętych w sobie, których nie przywróci

magiczne słowo „zapomnij”. Miasto-ferment.