Nr 3273 miał szesnaście lat - Jan Michalak - ebook + książka

Nr 3273 miał szesnaście lat ebook

Jan Michalak

0,0
72,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Szesnastoletni Jan Michalak w styczniu 1943 r. został wraz z rodzicami aresztowany za działalność konspiracyjną i osadzony w więzieniu gestapo na Pawiaku w Warszawie. Po kilkunastu dniach wszystkich przewieziono do niemieckiego obozu koncentracyjnego na Majdanku w Lublinie. W kwietniu 1944 r. deportowano go do KL Gross-Rosen, a następnie do obozu w Leitmeritz.

W obozie nie dzień, ale każda chwila decydowała o życiu.

Po latach Michalak spisał swoje wojenne przeżycia i przekazał maszynopis do Państwowego Muzeum na Majdanku. Na 923 kartach przedstawił to, co przeżył podczas 840 dni uwięzienia w kacetach, w tym 445 dni – w KL Lublin.

Byłem bardzo chudy. […] Wielka głowa, a właściwie czaszka obciągnięta skórą. Odstające uszy, oczy zapadłe. Szyja cienka, na której widać było każde ścięgno. Koszula osłaniała wystające żebra; zamiast brzucha był dół, a spodnie obwiązane sznurkiem ledwo trzymały się wystających kości.

To jedno z najbardziej poruszających świadectw wojennych losów nastolatka osadzonego w nazistowskich obozach koncentracyjnych.

Chcę opowiedzieć, jak żyli i ginęli w obozach moi rówieśnicy, ich ojcowie i matki.

Niniejsze, trzecie wydanie wspomnień poddano redakcji merytorycznej, wzbogacono o życiorys autora i niepublikowane dotychczas materiały – fotografie i dokumenty. Czytelnikowi udostępniono także fragmenty nagranej przed laty relacji wideo Jana Michalaka, dzięki której możemy nie tylko wysłuchać jego opowieści, ale też poczuć towarzyszące mu emocje.

Jan Michalak (1926–2000) – urodził się i mieszkał w Warszawie. W czasie okupacji aktywnie działał w akcjach dywersyjnych drużyny harcerskiej, za co został w styczniu 1943 r. aresztowany wraz z rodzicami i osadzony na Pawiaku, po czym wysłany do Konzentrationslager Lublin, skąd został w kwietniu 1944 r. przewieziony do obozu KL Gross-Rosen, a następnie do Leitmeritz. Po wojnie zeznawał jako świadek w procesach zbrodniarzy niemieckich, m.in. w procesie załogi KL Lublin w Düsseldorfie w 1978 r. Udzielał się w związku byłych więźniów i w Towarzystwie Opieki nad Majdankiem. Był członkiem Harcerskiego Kręgu Seniorów Szarych Szeregów. Uhonorowany wieloma odznaczeniami, w tym: Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi i Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 649

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Publikacja opracowana przez

Państwowe Muzeum na Majdanku

Copyright © Tomasz Ireneusz Michalak,

Jacek Alfred Michalak,

Lidia Michalak-Mirońska, 2025

Projekt okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia i ilustracje w środku

Copyright © Państwowe Muzeum na Majdanku

oraz z archiwum rodzinnego autora

Redaktor inicjujący

Michał Nalewski

Redaktor prowadzący

Anna Kubalska

Redakcja naukowa

Marta Grudzińska

Opracowanie edytorskie,

redakcja wydawnicza, indeks osobowy

Magdalena Petruk

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8444-502-0

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Od autora

Piszę te wspomnienia, będąc już człowiekiem dojrzałym. Wracam do okropnych lat okupacji, a w szczególności do okresu, gdy jako szesnastoletni chłopiec dostałem się w szpony hitlerowskiego gestapo i SS.

Od 8 stycznia 1943 roku przeszedłem kolejno przez: Pawiak w Warszawie1, obozy zagłady na Majdanku i w Gross-Rosen2 oraz komando obozu koncentracyjnego Flossenbürg w Leitmeritz.

Podstawową przyczyną, która skłoniła mnie do utrwalenia na papierze tego, co zachowało się w mojej pamięci z owych lat, jest chęć pokazania warunków życia w więzieniu i w obozach oraz panujących w nich stosunków widzianych oczami młodzieży, prawie dzieci – niepełnoletnich więźniów politycznych, nazywanych małolatkami. Aresztowani przez gestapo za działalność w tajnych organizacjach, za kolportaż prasy podziemnej, za zabronioną przez okupanta naukę na tajnych kompletach ci młodzi ludzie w więzieniach gestapo i za drutami obozów śmierci byli na równi z pełnoletnimi więźniami ofiarami bestialstwa i zbrodni, tym łatwiejszymi dla oprawców, że słabszymi fizycznie i mniej zahartowanymi. Chcę opowiedzieć, jak żyli i ginęli w obozach moi rówieśnicy, ich ojcowie i matki – więźniowie hitlerowskich katowni.

Niejednym młodym życiem dziewczyny lub chłopca trzeba było zapłacić za obecne warunki życia i nauki – życiem, które dopiero zaczynało poznawać świat.

Lepiej było bohatersko zginąć od kuli okupanta w lesie, na ulicy lub na barykadzie, niż umierać powoli w obozie z minimalnymi szansami przetrwania, padać z nadludzkiego wysiłku i zmęczenia, zaciskać zęby z bólu i z bezsilności, patrzeć na mękę i śmierć ojców, braci i kolegów, na bestialstwo i sadyzm, których było się ofiarą.

Niełatwo jest wracać myślą do tamtych lat i ponownie je przeżywać, toteż w moich wspomnieniach zarysują się być może pewne niejasności. Wynika to również z tego, że staram się przedstawić fakty tak, jak je widział i przeżywał szesnastoletni chłopak.

Kim byłem i co robiłem, zanim zostałem aresztowany przez gestapo?

Byłem uczniem pierwszego roku wydziału kolejowego Szkoły Budownictwa Lądowego i Wodnego w Warszawie. Wstąpiłem do niej po ukończeniu nauki w zakresie gimnazjum na tak zwanych kursach przygotowawczych do szkół zawodowych. Kursy te – w rzeczywistości zakonspirowane gimnazjum – prowadziło grono profesorów przedwojennego gimnazjum im. Bolesława Prusa, którego dyrektorem był profesor Jędraszko.

Przed przyjęciem mnie na kursy uczyłem się na tajnych kompletach, gdzie wykładowcami byli profesorowie zamkniętego przez hitlerowców Państwowego Gimnazjum nr 2 im. Tadeusza Czackiego w Warszawie. Lekcje odbywały się co dzień w innym mieszkaniu któregoś z nas. Niebezpieczna to była nauka; na umówione miejsce wykładów szło się z zeszytami ukrytymi w kieszeniach. Trzeba było uważać, by nie ugrzęznąć w łapance lub nie natknąć się na patrol niemieckiej policji, gdyż kończyło się to najczęściej przymusowym wywiezieniem na roboty do Rzeszy, więzieniem, aleją Szucha lub obozem koncentracyjnym.

Nauka w warunkach konspiracji sprzyjała tworzeniu się i rozwijaniu tajnych organizacji. Każdorazowe spotkanie na kompletach lub w szkole stanowiło możliwość otrzymania lub wymiany gazetek omawiających sytuację na frontach i w świecie. Ze względu na bezpieczeństwo szkoły, grona profesorów i uczniów w czasie lekcji uzgadnialiśmy tylko, gdzie lub od kogo należy pobrać lub doręczyć najświeższe wydania gazetek. Wychodziło ich stosunkowo dużo, a kolporterami była w większości młodzież.

Okupant zwalczał wszelkimi środkami źródła tajnej informacji; gestapo starało się chwycić każdą nić, która mogła prowadzić do podziemnych organizacji, tak więc wpadki zdarzały się, niestety, dosyć często.

Otrzymywałem do rozprowadzenia gazetki rozmaitych organizacji. Były to zarówno gazetki organizacji lewicowych, jak i sprzyjających rządowi w Londynie. Od pojedynczych egzemplarzy przeszedłem na kolportaż niemal masowy – kilkudziesięciu egzemplarzy. Rozprowadzałem je wśród znajomych i kolegów celem dalszego przekazania.

Przenosiłem również wraz z grupą koleżanek i kolegów większe ilości „bibuły”. Nieraz najadłem się strachu, kiedy trzeba było przechodzić między posterunkami niemieckiej policji lub mijać jej patrole. Zdarzało się, że paczki z gazetami pozostawialiśmy na ulicy, aby potem – gdy niebezpieczeństwo minęło – wrócić po nie i dostarczyć na wskazane miejsce.

Przyczyną mojego aresztowania była wpadka komórki, z której pobierałem „bibułę”. Od tej chwili zaczyna się gehenna, trwająca do końca wojny.

Wielu moich rówieśników w znacznie cięższych warunkach przebywało w więzieniach i obozach koncentracyjnych, większość z nich nie doczekała dnia wolności. Ciała ich, spalone na popiół, użyźniły pola, a dym z krematoryjnych kominów i płonących stosów rozpędziły wiatry.

Czas zaciera pamięć o pomordowanych młodocianych więźniach. Nawet bliscy przestali już po nich płakać, a znajomi coraz rzadziej ich wspominają.

Im właśnie, poległym rówieśnikom, młodocianym więźniom politycznym, poświęcam moje wspomnienia.

To, że jako jeden z nielicznych przeżyłem więzienie i obozy śmierci, zawdzięczam starszym kolegom, a w szczególności: inżynierowi Stanisławowi Zelentowi, któremu dedykuję tę książkę, profesorowi medycyny Romualdowi Sztabie, doktorowi Witoldowi Kopczyńskiemu, koledze Eugeniuszowi Malanowskiemu oraz innym, którym dziękuję za to, że żyję.

Jan Michalak,

były więzień:

Pawiaka,

Majdanka – nr 3273,

Gross-Rosen – nr 29 005,

Flossenbürga,

Komando B-5 Leitmeritz – nr 11 200.

1 Na Pawiaku znajdowało się niemieckie więzienie gestapo. Osadzonych tam przesłuchiwano w siedzibie niemieckiej policji bezpieczeństwa (Sipo) i służby bezpieczeństwa (SD) przy alei Szucha (przyp. red.).

2 Oficjalnie Majdanek i Gross-Rosen były obozami koncentracyjnymi (przyp. red.).

Aresztowanie

Ciemny, styczniowy wieczór 1943 roku. Na ulicach zimno, zaciemnienie, wolno chodzić tylko do godziny 20.00.

Z rodzicami nie mieszkałem już od września, od chwili gdy otrzymałem wiadomość o wpadce jednej z naszych grup. Aresztowani zostali koledzy, którzy znali moje miejsce zamieszkania. Spałem u znajomej matki przy ulicy Brzozowej, potem u kolegów, aż wreszcie znalazłem lokum przy ulicy Świętojerskiej, w maleńkim nieopalanym pokoiku na trzecim piętrze.

Pamiętnego dnia, 8 stycznia 1943 roku, wstąpiłem przed wieczorem do domu rodziców, którzy mieszkali przy ulicy Freta 4, aby zmienić bieliznę i wziąć cieplejsze skarpety. Gdy zjadłem kolację, mama skłoniła mnie do pozostania w domu na noc. Zgodziłem się, tym bardziej że zbliżała się godzina 20.00, a przejście na Świętojerską wymagało około 15 minut.

Przygotowałem sobie ciepłą bieliznę i skarpety, oczyściłem oficerki i położyłem się spać. Miałem zamiar wyjść niepostrzeżenie z domu, kiedy będzie jeszcze ciemno.

Ze snu wyrwał mnie blask światła. Czułem, że noc jeszcze nie minęła i że dzieje się coś niezwykłego. Otworzyłem oczy.

W mieszkaniu było pięciu gestapowców, wśród nich jeden cywil. Automaty i pistolety trzymały nas na muszkach.

O tym, jak weszli do mieszkania, nie zdołałem się nigdy dowiedzieć. Ojciec ani matka drzwi im nie otwierali.

– Hände hoch!3

Wyciągnąłem ręce spod kołdry.

Rozkazano nam wstać i się ubrać. Jeden z gestapowców, szukając broni, podbiegł do tapczanu i odrzucił poduszkę.

Oberscharführer SS stanął jednym butem na pościeli, a drugim na nocnej szafce, nad którą wisiał odlany z gipsu biały orzeł. Rozległ się trzask – rzucony o podłogę orzeł rozleciał się w kawałki.

Przygotowana bielizna i ciepłe skarpety przydały się. Zmieniłem tylko bryczesy na długie, zwykłe spodnie, a pod nie założyłem buty z cholewami. Wciągnąłem też dwa swetry.

Rozpoczęła się rewizja. Unterscharführer zrzucił pościel na podłogę i depcząc po niej, podniósł górną część tapczanu. Cywil otworzył szafę i systematycznie wyrzucał ubrania na podłogę. Wreszcie z dna szafy wyciągnął pas z klamrą „Gott mit uns”4, który znalazłem w jednym z samochodów w czasie praktyki wakacyjnej w warsztacie naprawy samochodów „Auto-Komet”. Podbiegł i kilkakrotnie uderzył mnie w twarz, po czym wrócił do szafy, by wyrzucić z niej wszystko, co się tam znajdowało.

Jeden z gestapowców zainteresował się stojącym na szafce patefonem. Otwierał go i obracał. Skóra na mnie ścierpła, na szafce bowiem, pod serwetą, ukryte były tajne gazetki kilku różnych organizacji. Tam na szczęście nie sięgnął. Nie znaleźli też leżącego na oknie tomiku nielegalnej poezji okupacyjnej.

Rewizja zmieniła się w niszczycielski huragan. Pastwą jego padało wszystko, czego dotknęły ręce gestapowców. Na podłodze leżała pościel, talerze, bielizna, widelce, książki i różne drobiazgi.

W pewnej chwili Oberscharführer dał znak gestapowcom i rewizję przerwano. Polecono nam przygotować się do opuszczenia mieszkania. Gestapowiec zażądał kluczy. Pierwszy wyszedł cywil z pistoletem w ręku, za nim wyprowadzili ojca, następnie szedł mundurowy gestapowiec z automatem, matka i ja.

O próbie ucieczki nie mogło być mowy. Przede mną szedł Unterscharführer, a za mną jego zwierzchnik i gestapowiec z obstawy. Przechodząc obok uchylonych drzwi mieszkania dozorczyni, ujrzałem przestraszone twarze dzieci i dorosłych.

Jeden z gestapowców, uzbrojony w automat, wybiegł na zasypaną śniegiem jezdnię. Poprowadzono nas ulicą Nowomiejską w kierunku Starego Miasta. Na rogu ulic Nowomiejskiej i Krzywego Koła stał sześcioosobowy chevrolet. Zajęliśmy środkowe miejsca, trzech gestapowców siadło za nami, a dwóch obok kierowcy. Samochód ruszył. Z Nowomiejskiej skręciliśmy w Podwale, a potem wjechaliśmy w Senatorską. Może wiozą nas [do więzienia]5 na Daniłowiczowską? W takim przypadku przyczyną aresztowania byłaby sprawa kryminalna. Wiedziałem, że w tym więzieniu jest polska straż, co znacznie ułatwiało pobyt i wyjście na wolność. Niestety, minęliśmy Daniłowiczowską i plac Teatralny. Ulice były puste i ciemne, tylko zdeptany śnieg leżał na chodnikach.

Wjechaliśmy do getta. Nie rozpoznawałem już ulic. Znów zakręt i w światłach reflektorów ujrzałem wysoką, stalową bramę, która po chwili z trzaskiem otworzyła się przed nami.

3 Hände hoch! (niem.) – Ręce do góry! (przyp. red.).

4 Gott mit uns (niem.) – Bóg z nami (przyp. red.).

5 Wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od autora. W tekście głównym ingerencje redakcji umieszczono w nawiasach kwadratowych.

Pawiak

Wprowadzono nas do gmachu. Oberscharführer, który nas przywiózł, oddał dokumenty SS-manowi w kancelarii więzienia [gestapo]. Więzień pracujący w tym pomieszczeniu spisał nasze personalia i skierował do sąsiedniego pokoju.

Stało tam już kilka osób zwróconych twarzą do ściany, z rękami wzniesionymi do góry. Pod oknem, przy stole, siedział dozorca – Ukrainiec w służbie SS, który przeprowadzał rewizję osobistą i zabierał w depozyt rzeczy aresztowanych.

Stanąłem między młodą dziewczyną a starszym, zdenerwowanym panem. Mimo krytycznej sytuacji dziewczyna uśmiechnęła się do mnie. Zrozumiałem to jako zachętę do trzymania się w śledztwie i w więzieniu.

Porozumiewanie się więźniów było wzbronione. Na stole Ukraińca leżał pejcz. Słyszałem kroki wchodzących funkcjonariuszy więziennych oraz wychodzących z nimi więźniów.

Po pewnym czasie wyprowadzono również dziewczynę, która stała koło mnie. Kątem oka zerkałem na boki, gdy nagle poczułem silne uderzenie w plecy. Było to przypomnienie, że należy stać spokojnie i się nie rozglądać.

Przyszła kolej i na mnie. Usłyszałem swoje nazwisko, odwróciłem się i zobaczyłem gestapowca z pistoletem oraz SS-mana z kluczami. Przeszliśmy przez korytarz więzienny i klatkę schodową i skierowaliśmy się do piwnicy. Stanęliśmy przed kratą lewego skrzydła. Strażnik otworzył ją i zaraz za nami zamknął. Przeszliśmy obok ponumerowanych drzwi cel.

– Halt!6

Cela 174.

Strażnik otworzył drzwi, a gestapowiec wepchnął mnie do środka. Zgrzyt przekręcanego klucza świadczył, że jestem na miejscu.

Celę o wymiarach mniej więcej 3 × 5 metrów oświetlała jedna, mała żarówka. Ściany były do połowy pomalowane farbą olejną, wyżej – szare i wilgotne. Do jednej z nich były przymocowane dwie żelazne prycze. U góry, pod sufitem zauważyłem okratowane okno. Podłoga była z wytartych surowych desek.

W celi zastałem już dwóch mężczyzn. Wkrótce wepchnięto trzeciego. Ponieważ zbliżał się ranek, prycz już nie rozkładaliśmy, postanowiliśmy przesiedzieć tak do świtu.

Przed pobudką wyprowadzono nas z celi do fryzjera. Pod ostrzami zimnej maszynki spadały pielęgnowane dotychczas włosy, a wraz z nimi znikała nadzieja szybkiego odzyskania wolności. Gdy pilnujący nas strażnik oddalił się na chwilę, jeden z fryzjerów szepnął mi, że najważniejszą rzeczą w więzieniu jest zachowanie siły fizycznej. Niezależnie od jakości pożywienia, które będę otrzymywał, należy wszystko zjadać.

Po ostrzyżeniu zaprowadzono nas do łaźni. W rozbieralni pierwszy raz pomyślałem z niechęcią o swoich oficerkach – nie mogłem ich zdjąć tak szybko, jak tego żądali gestapowcy.

Wpuszczono nas do łaźni. W obłokach pary ujrzałem szkolnego kolegę, Tomka Sobierajskiego, z którym byliśmy w tej samej organizacji. Udało się nam nieznacznie zbliżyć do siebie. W rozmowie okazało się, że Tomek został aresztowany wraz z Jurkiem Smolińskim tej samej nocy, co i ja. Wykryto organizację, do której należeliśmy. Przed nami aresztowano już kilka dziewcząt, z którymi spotykaliśmy się na tak zwanych herbatkach i roznosiliśmy „bibułę”.

Ustaliliśmy, że się nie znamy. Tomek obiecał, że jeśli jego matce uda się uzyskać dla niego zwolnienie, będzie i o mnie pamiętał.

Koniec kąpieli. Po założeniu wyparowanego ubrania odprowadzono nas do cel. Nie wróciłem już jednak do poprzedniej celi, skierowano mnie na oddział ósmy. Poprzednia, na oddziale siódmym, była luksusem w porównaniu z obecną. Tutaj prycz w ogóle nie było. Pod ścianami leżało kilka starych, podartych sienników. Podłoga – betonowa, ściany brudne i mokre. Okienko jeszcze mniejsze i wyżej umieszczone. Więźniów też było tu więcej. Padły pytania:

– Kiedy aresztowany? Za co? Co słychać na mieście? Co na frontach? Ile egzekucji? A ile łapanek? Gdzie?

Współtowarzysze niedoli, dowiedziawszy się, że aresztowano mnie wraz z całą rodziną, poinformowali, iż matka musi siedzieć na „Serbii”7, a ojciec na pewno jest na jednym z oddziałów.

Więzień pełniący obowiązki starszego celi poinstruował mnie, jak należy się zachowywać w więzieniu. I tak: na dźwięk klucza w zamku należy natychmiast stanąć w szeregu. Stać należy tak długo, aż gestapowiec lub strażnik zamknie na klucz drzwi celi. Do judasza w drzwiach i do okna zbliżać się nie wolno. Do ustępu, czyli na „uborkę”, i z powrotem należy biec. Przy pobieraniu posiłku nie wolno pchać się do kotła, chwilowo nie ma dla mnie miski i łyżki, dlatego posiłki muszę brać ostatni. Nie należy uciekać, gdy gestapowiec lub Ukrainiec będzie bił mnie lub któregoś z kolegów.

O słuszności powyższych wskazówek przekonałem się wkrótce.

Przed obiadem usłyszeliśmy zgrzyt klucza w zamku. Nie zdążyliśmy się ustawić, gdy do celi wpadł gestapowiec z olbrzymimi kluczami w ręku. Bił nimi kolegów, którzy nie zdążyli stanąć w szeregu. Starszy celi głośno wyrecytował meldunek napisany chemicznym ołówkiem na drewnianej tabliczce wiszącej przy drzwiach.

Po wysłuchaniu meldunku i przeliczeniu nas gestapowiec wyszedł. Staliśmy tak długo, aż usłyszeliśmy, że wyjął klucz z zamka.

W pomieszczeniu, które składało się z dwóch połączonych cel, było nas kilkunastu. Stan ten zmieniał się w zależności od liczby więźniów wezwanych na przesłuchanie, przeniesionych do szpitala lub zabranych w niewiadomym celu. Wskutek tego miskę otrzymałem już następnego dnia. Na drewnianą łyżkę musiałem czekać trochę dłużej, ale właściwie nie była mi potrzebna. Na śniadanie otrzymywaliśmy czarną, gorzką kawę i porcję chleba, na obiad ciepłą wodę, w niej kilka kostek twardej brukwi oraz parę ziarenek kaszy. Kartofel był przedmiotem zachwytu. Na kolację – miska zaparzonej, kwaśnej, śmierdzącej kapusty lub liści buraczanych.

Wszystkie gotowane posiłki nie miały smaku, poza tym cuchnęły. Najtrudniej było mi zjeść pierwszy obiad – śmierdzącą wodę z brukwią. Kiedy funkcyjny oddziału nalał mi należną porcję, odszedłem w kąt celi, uniosłem miskę do ust, lecz tak cuchnęła, że ją opuściłem. Rozejrzałem się po celi. Prawie wszystkie oczy utkwione były we mnie. Każdy pragnął, abym jemu właśnie oddał swoją porcję. Zrobiłbym to niezwłocznie, gdyby nie rada fryzjera – jeść wszystko, co dają, aby zachować siłę.

Wciągnąłem w płuca powietrze, aby nie czuć odoru, i jednym tchem wypiłem wszystko, co wypić się dało. Na dnie zostały kawałki brukwi, wyjąłem je palcami i zjadłem. Ujrzałem zawiedzione miny niektórych kolegów. Pierwsze obrzydzenie zostało przełamane, następne posiłki zjadałem bez żadnych ceremonii.

Życie w celi przedstawiało się następująco:

Po pobudce, której zbliżanie sygnalizowały światła w kuchni znajdującej się po drugiej stronie dziedzińca, następowało sprzątanie celi. Nieliczne sienniki układaliśmy pod ścianami, zbierając słomę, która z nich wypadła, następnie czapkami zamiataliśmy betonową podłogę; na spacer nie wychodziliśmy, nie były więc nam potrzebne. W czasie sprzątania oddziałowy wywoływał nazwiska więźniów, którzy mieli być przesłuchiwani. Wyprowadzano ich przed apelem, aby wykąpanych, ostrzyżonych i ogolonych przewieźć samochodem do głównej siedziby gestapo przy alei Szucha.

Przed apelem pędzono więźniów biegiem do „uborki”. W tym czasie musieliśmy również wynosić napełnione w ciągu nocy wiadra, nazywane kiblami. Załatwianie potrzeb fizjologicznych odbywało się przy ponaglających okrzykach strażnika. To jedyne chwile, w których można było się spotkać z więźniami z innych cel.

Raz podczas takiego biegu minąłem się z ojcem, który również siedział na ósmym oddziale, w celi dla chorych na świerzb, do której dostęp miała więzienna kolumna sanitarna. Więźniowie z tej kolumny świadczyli ogromne usługi, pomagając w uzgadnianiu zeznań i nawiązywaniu kontaktów między więźniami z różnych cel.

Cela, w której siedziałem, była uprzywilejowana, ponieważ kolejno wyznaczani byliśmy do przynoszenia z kuchni kotłów z jedzeniem, co dawało możliwość odetchnięcia świeżym powietrzem oraz nagradzane było dolewką.

Pewnego dnia przed obiadem wyprowadzono nas z celi po kotły. Pod nadzorem gestapowca dwójkami wyszliśmy na dziedziniec więzienny. Na podwórku leżał świeży śnieg. Promienie słońca raziły oczy. Po raz pierwszy od chwili aresztowania byłem na świeżym powietrzu. Odczułem zawrót głowy.

Gdy szliśmy w kierunku kuchni, jeden z kolegów schylił się raptownie i podniósł coś z ziemi. Otrzymał za to od gestapowca potężnego kopniaka.

Czekając przed kuchnią na kotły, rozglądałem się z ciekawością po otoczeniu. Wysoki mur z czerwonej cegły oddzielał teren więzienia od sąsiednich posesji. Na rogach murów sterczały wieże wartownicze. W pobliżu kuchni tliła się hałda żużlu.

Napełnione śmierdzącą cieczą kotły szybko przenieśliśmy na oddział.

W celi powitały nas pytania: „Macie peta? Znaleźliście coś do palenia?”.

Z miskami w rękach ustawiliśmy się w kolejkę przed drzwiami. Z korytarza dobiegał stuk naczyń o brzeg kotła oraz szybkie szuranie butów. Zgrzytnął klucz w zamku i otwarto celę. Jeden po drugim podstawialiśmy aluminiowe miski i cofaliśmy się szybko w głąb celi. Zdarzało się, że po wydaniu zupy wszystkim więźniom kocioł zjawiał się ponownie przed naszą celą.

Po obiedzie koledzy, którzy otrzymywali paczki, uzupełniali posiłek pożywieniem z wolności.

Nie wolno było palić i nie było co palić. Dlatego właśnie do przynoszenia kotłów zgłaszali się najchętniej palacze, którzy w czasie przejścia przez dziedziniec za cenę uderzenia lub kopnięcia zbierali niedopałki papierosów rzucane przez gestapowców.

Palacze zbierali się w najdalszym, niewidocznym przez judasz kącie celi. Znaleziony niedopałek, owinięty w papierowy ustnik, wędrował z ust do ust, aż do całkowitego wypalenia. Każdy z palących mógł pociągnąć tylko jednego „dyma”.

Nie zawsze jednak udawało się znaleźć peta, wtedy pozostawała tylko cebula. Tak – cebula! Z braku tytoniu więźniowie palili łupiny cebuli owinięte w papier.

Lecz i o to nie było łatwo. Tylko raz w miesiącu niektórzy więźniowie z naszej celi otrzymywali paczki żywnościowe od rodzin. Jeśli w paczkach trafiała się cebula, palacze skrzętnie chowali nienadające się do zjedzenia suche łupiny; zgniecione na miazgę zastępowały tytoń. Kłęby dymu puszczano po ścianach i rozpędzano rękami. Najbezpieczniej było palić po zgaszeniu świateł, wtedy można było dym wydmuchiwać wprost przez okienko.

Pewnego dnia jeden z palących dał mi pociągnąć cebulowego papierosa. Zakrztusiłem się, a w ustach poczułem niesamowitą gorycz. Palaczy to jednak nie zrażało.

W czasie wolnym między posiłkami grano w szachy na jedynej ławce, na której wyskrobana była szachownica; kolejno zmieniały się pary grających, otoczone kibicami. Kilku kolegów było „na spacerze”, to znaczy chodzili za sobą wydłuż celi w tę i z powrotem. Więcej niż trzech spacerować nie mogło. Inni siedzieli pod ścianami.

Największą karą w więzieniu jest bezczynność, zmuszająca do myślenia. A myślenie na Pawiaku było zmorą, od której nie można się było uwolnić. Kto wydał? Kiedy będzie przesłuchanie? Czy będą bili? O co będą pytali? Czy coś mówić? A jeśli mówić, to co? Co będzie dalej? Rozwałka? Transport? A może zwolnią?

Pewnego dnia wepchnięto do naszej celi nowego więźnia. Lewą dłoń miał owiniętą zakrwawioną szmatą. Był to młody, silny mężczyzna. Został aresztowany na ulicy. Kiedy zatrzymano go, chwycił lewą ręką za pistolet gestapowca, a prawą sięgnął po swój. Nie zdążył jednak go użyć – gestapowiec strzelił pierwszy.

Następnego dnia wezwano go na przesłuchanie. Po wieczornym apelu, gdy już ułożyliśmy się do snu, raptownie otwarto drzwi i wrzucono do celi bezwładne ciało. Poderwaliśmy się z betonu. Doświadczeni koledzy nakazali ciszę i spokój. Był to nowy. Opróżniono jeden siennik, skatowanego położono na brzuchu, zdjęto z niego płaszcz, marynarkę i koszulę.

Mimo mroku, jaki panował w celi, zobaczyliśmy granatowe plecy z poprzecinaną skórą. Jeszcze gorzej wyglądały pośladki, uda i łydki. Jak długo starczyło wody, robiliśmy mu zimne kompresy. Całą noc rozlegały się jęki skatowanego.

Najstraszniejsze na „ósemce” były noce. Znajdowała się tu cela śmierci. Po zgaszeniu świateł zaczynało się piekło. Na stalowych płytach, którymi pokryta była podłoga korytarza, rozlegał się łoskot podkutych butów. Kroki zatrzymywały się przed drzwiami celi. Słychać było zgrzyt klucza, trzask otwieranych drzwi, a potem wywoływano nazwisko więźnia. Niekiedy dolatywały słowa pożegnania.

Chwila długiej jak wieczność ciszy, potem znów kroki.

W głowie kłębią się myśli: Czy idą do celi, w której byli uprzednio? Nie. Już ją minęli. Teraz przechodzą koło naszych drzwi. Idą dalej. Stanęli.

Tam, gdzie są teraz, drzwi nie trzeba otwierać kluczem – są otwarte. Stamtąd nikt już nie wychodzi. Skrzypienie zawiasów i odgłos strzału – to pierwszy.

I znów kroki. Do następnej celi. Może do naszej?

Wywołane nazwisko. Kroki. Cisza. Idą. Mijają naszą celę. Cela egzekucyjna. Strzał. Okropny skowyt ranionego człowieka. Następny strzał i cisza.

Kto następny? Może ja?

Noc długa jak nieskończoność. W ciemności słychać modlitwę za konających. Ciche szepty i przekleństwa.

Nareszcie na ścianie celi ukazuje się cień okiennych krat. To zapalono światło w kuchni. Niedługo pobudka.

Przed pobudką znów kroki gestapowca, tym razem do celi oddziałowych. Słychać odgłos podkutych butów oraz kroki funkcyjnych. Idą w kierunku celi egzekucyjnej. Po trupy. To już koniec na dzisiejszą noc. Spokój. Można próbować usnąć lub liczyć pomordowanych. Oblicza się wedle tego, ile razy przejdą więźniowie niosący coś ciężkiego.

Pewnej nocy po strzale usłyszałem krzyk ranionej kobiety. Ucichł po kilku następnych strzałach.

Może to była moja matka?!

Otępiały wyczekiwaniem na wywołanie mojego nazwiska, w końcu zasnąłem. Lecz sen nie dawał upragnionego odpoczynku i zapomnienia. Miałem makabryczne sny, budziłem się zlany potem, z wizją straszliwych obrazów.

Zagęszczenie celi było tak ogromne, że spaliśmy przytuleni do siebie na jednym boku, aby wszyscy mogli się pomieścić. Mimo zawsze otwartego okna w celi było duszno. I to zapewne – obok straszliwych przeżyć dnia i nocy – sprzyjało sennym koszmarom. Śniłem, że wyprowadzają mnie z celi. Wiem, że idę na egzekucję, mam być rozstrzelany na którejś z ulic Warszawy. Wiozą mnie samochodem. Mijam oświetlone słońcem ulice, widzę znajome domy i ludzi, którzy kryją się w bramach.

Stawiają mnie pod ścianą jakiegoś domu, nie poznaję jednak ulicy. Obok mnie stoją koledzy z Pawiaka. Przede mną pluton egzekucyjny SS. Widzę otwory luf skierowane w nasze piersi. Chcę krzyknąć: „Niech żyje Polska!”, ale zaschło mi w gardle. Nie mogę wykrztusić ani słowa.

Błysk ognia i okropny ból w piersi…

Budzę się. Jak dobrze, że to był tylko sen.

„Gimnastyka” była postrachem dla więźniów, którzy szczęśliwie przeżyli noc i nie zostali wezwani na przesłuchanie. Gestapowiec otwierał celę i wypędzał z niej więźniów na korytarz. Wskazując kierunek, kazał się czołgać lub skakać żabką. Do pośpiechu ponaglały kopnięcia i uderzenia pejczem albo kijami. W przysiadach lub czołgając się, trzeba było nieraz kilkakrotnie przebyć cały korytarz. Dla urozmaicenia zabawy gestapowiec czasem przychodził z psem, który podczas „gimnastyki” rzucał się na wskazanego więźnia, gryząc go boleśnie.

Mijały dni i noce w więzieniu. Bałem się przesłuchania, które musiało nastąpić.

Pewnego dnia usłyszeliśmy z górnych pięter śpiew. Śpiewano piosenki patriotyczne i partyzanckie. Domyślaliśmy się, że śpiewają je więźniowie, na których wkrótce mają być wykonane wyroki śmierci. Nie boją się już niczego. Idąc na śmierć, pieśnią chcą podnieść na duchu więźniów, którzy mogą jeszcze żyć i walczyć.

Jakby w odpowiedzi dobiegł śpiew z „Serbii” – to kobiety!

Następnego ranka usłyszeliśmy warkot samochodów oraz odgłos poruszających się wielu osób. Wyglądanie przez okno było niebezpieczne, ponieważ wartownicy mieli rozkaz strzelania do więźniów.

Aby mieć możliwość obserwowania dziedzińca, ustawiliśmy ławkę naprzeciwko okna. Stojąc na niej, zobaczyłem podjeżdżające samochody ciężarowe napełnione ludźmi. Zeskakiwali z samochodów, a SS-mani i żandarmi pędzili ich w głąb podwórza.

Był to „połów” z łapanek. Przez dwa następne dni samochody zwoziły coraz to nowych ludzi – zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

Trzeciego dnia, po śniadaniu i porannym apelu, drzwi celi nie zamknięto na klucz. Więźniowie, którzy mieli jaki taki dobytek, zaczęli go na wszelki wypadek pakować.

Wkrótce zaczęto wywoływać nazwiska. Padło i moje, wybiegłem na korytarz, gdzie w dwuszeregu ustawiali się wywołani więźniowie. Po chwili usłyszałem również imię i nazwisko ojca. A więc chyba nie rozwałka, bo za dużo.

– Transport! – przebiegł przez szeregi szept.

– Dokąd?

– Chyba do Oświęcimia8.

Najważniejsze, że uniknąłem przesłuchania w alei Szucha.

Wyprowadzono nas na dziedziniec, na którym stali już więźniowie z innych oddziałów. Sprawdzono ponownie nazwiska i każdemu z nas wręczono bochenek chleba, będący darem Polskiego Komitetu Opieki nad Więźniami.

Byłem znów razem z ojcem. Nie wiedzieliśmy tylko, co się dzieje z matką. Wsiedliśmy na samochód pilnowany przez uzbrojonych SS-manów i ukraińskich strażników.

Ulice były puste, stały tylko posterunki SS i żandarmerii.

Mostem Kierbedzia przejechaliśmy na Pragę. Kiedy znaleźliśmy się na ulicy Targowej, na jezdnię wybiegli mali chłopcy, wołając do nas:

– Rzucaj kartki! Rzucaj kartki!

Niestety, z naszego samochodu nie wyleciała żadna kartka, w więzieniu zabrano nam papier i ołówki.

Zawieziono nas na bocznicę Dworca Wschodniego. W chwili gdy zeskakiwałem z samochodu, za kierownicą sąsiedniego wozu zobaczyłem ojca jednego z kolegów, który pracował jako kierowca w MPO9. On również mnie spostrzegł. Zdołałem tylko zdjąć czapkę, pokazując ostrzyżoną głowę, co oznaczało, że jestem więźniem Pawiaka.

Załadowano nas w towarowe wagony i zadrutowano drzwi. Ruszyliśmy.

Pociąg zaczęto przetaczać z toru na tor, co utrudniało zorientowanie się w kierunku jazdy. Wkrótce jednak udało się ustalić, że jedziemy na wschód – a więc nie do Oświęcimia.

Zaczęły rodzić się domysły: może wiozą nas na kopanie okopów na froncie wschodnim? Albo też do któregoś z obozów zagłady Żydów?

Jechaliśmy noc i dzień. Następnego wieczora pociąg zatrzymał się na oświetlonej stacji. Koniec jazdy.

Otwarto drzwi. Skostniałych z zimna – gdyż na dworze było około piętnastu stopni mrozu – i głodnych więźniów wypędzono z wagonów. Peron pokryty był lodem. Wielu wyskakujących przewracało się. SS-mani za pomocą kolb i pejczy ustawiali nas w piątki. Otoczeni przez eskortę z psami i bronią gotową do strzału ruszyliśmy w niewiadomym kierunku. Chorych lub słabych prowadzono lub wleczono. Więźniowie biegli, przewracali się na lodzie pod uderzeniami SS-manów, wstawali i znów biegli. Każdy chciał być w środku kolumny lub na jej czele.

Po pewnym czasie oczom naszym ukazały się oświetlone druty, baraki i wieże strażnicze.

– Co to za obóz?

Jak echo przebiegło między nami słowo: MAJDANEK.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

6 Halt! (niem.) – Stać! (przyp. red.).

7 Serbia – oddział kobiecy więzienia na Pawiaku (przyp. red.).

8 KL Auschwitz-Birkenau – oficjalna nazwa obozu w czasie okupacji, od nadanych przez Niemców nazw miejscowości, w których go ulokowali. Do lat 90. XX w. nazywany Oświęcimiem-Brzezinką. Nazwę polską zmieniono na niemiecką w 1999 r. i od tego czasu w literaturze przedmiotu używa się jej jako określenie obozu, w przeciwieństwie do Oświęcimia – współczesnej nazwy miejscowości (przyp. red.).

9 MPO – Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania (przyp. red.).

Spis treści

Od autora

Aresztowanie

Pawiak

Punkty orientacyjne

Okładka