Nowy Bliski Wschód - Paweł Rakowski - ebook

Nowy Bliski Wschód ebook

Paweł Rakowski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

10 października 2025 roku formalnie zakończyła się wojna w Gazie i ustały działania wojenne wobec Syrii, Iranu i Ruchowi Huti. Gwarantami pokoju wynegocjowanego przez Donalda Trumpa stały się Egipt, Turcja, ZEA i Arabia Saudyjska. Podpisy islamskich przywódców zamykały epokę Wielkiej Wojny Izraela. Ucichły wystrzały, strefa Gazy zeszła z czerwonych pasków międzynarodowych mediów.

Teoretycznie Zachód powinien być usatysfakcjonowany: silne ośrodki władzy w Zatoce czy w Egipcie, kontrolują i zwalczają radykalny islam a Donald Trump znalazł na Bliskim Wschodzie kilku liderów, którzy są sprawni w swoim rzemiośle: Recepa Erdoganaa, emira Tamima Al-Thaniego, następcę tronu Arabii Saudyjskiej Mohammeda Bin Salmana i Benjamina Netanjahu. To politycy z krwi i kości, broniący mocno swoich interesów, potrafiący grać twardo.

Czy Nowy Bliski Wschód zaorze Starą Europę? To nieuniknione. Już teraz najczęściej wybieranym imieniem na zachodzie Starego Kontynentu okazał się Muhammad. Do tego Europa nie potrafiła nawet wypracować wspólnego stanowiska wobec operacji w Gazie, ani nie potrafiła politycznie niczego zaoferować obu stronom sporu.

Teoretycznie Izrael wygrał. Oczekiwał zniszczenia Gazy i ukarania jej mieszkańców zgodnie z zasadą „oko za oko”. Hamasowi udało się jednak przetrwać a Palestyńczycy z Gazy nigdzie nie wyjadą. Wbrew oczekiwaniom izraelskiego rządu ani Gaza, ani strefa buforowa w południowej Syrii nie stanie się też częścią Izraela.

Czy sprawa palestyńska przegrała? W najbliższych latach palestyńska dyplomacja zadowoli się wersją minimum, aby choć trochę wykorzystać korzystną dla siebie koniunkturę światową.

Możemy być pewni, że nastąpi kolejna runda.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 224

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki

Robert Kempisty

 

Zdjęcie na okładce

Wikimdia commons, domena publiczna

 

Korekta i redakcja

Barbara Manińska

Mariola Niedbał, Małgorzata Ablewska

 

Skład i łamanie wersji do druku

Gabriela Rzeszutek

 

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

 

ISBN 9788368123579

 

© Copyright by Paweł Rakowski

© Copyright for Zona Zero, Warszawa 2026

 

 

 

Jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI, SI) jest wyraźnie zabronione z wyłączeniem praw autora i wydawcy. Wydawca korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.

 

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: [email protected]

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Epubeum

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp. Imperium kontratakuje

1. Bibi, Bibi królem Wielkiego Izraela

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page

Wstęp.Imperium kontratakuje

Izrael dał się zupełnie zaskoczyć, przez co stabilność wewnętrzna sojuszników się zachwiała, a zmiany wynikające z tej wojny mogą odraczać pełną normalizację, tym bardziej że chociaż temat irański został wyciszony w sposób militarny, to palestyński został rozbudzony medialnie i politycznie, a pomimo braku demokracji w krajach Zatoki, nawet tam władcy muszą się liczyć z nastrojami wobec „świętej sprawy”, a taką bez wątpienia jest Palestyna.

Wstęp.Imperium kontratakuje

Demokracja na Bliskim Wschodzie ma różne oblicza

Ahmad asz-Szara

 

 

W 2006 roku ówczesna sekretarz stanu USA Condoleezza Rice ogłosiła projekt pt. Nowy Bliski Wschód, który miał transformować despotyczny i zacofany region w obszar kwitnącej demokracji, dzięki czemu świat muzułmański stanie się częścią Zachodu i problem radykalizmu islamskiego naturalnie przejdzie do historii. Jednak czas ogłaszania tej koncepcji przez amerykańską polityk nie był najlepszy. Amerykańska armia była zajęta falą terroru i powstań oraz wojny sunnicko-szyickiej w Iraku. Sama amerykańska interwencja obalająca Saddama Husajna doprowadziła do kryzysu w relacjach Waszyngtonu z krajami Zatoki Perskiej, które przerażone były tym, że one same będą następne w kolejce, a z amerykańskich wojen w regionie największe korzyści miał Iran, który wrócił na drogę przemodelowania Bliskiego Wschodu na własny użytek. Aby powstrzymać ekspansję Iranu oraz żeby mieć jakiś wpływ na Waszyngton, kraje Zatoki Perskiej coraz śmielej rozmawiały w kuluarach z Izraelem. Wypływające do mediów doniesienia na ten temat zbywane były jako teorie spiskowe i wrogie narracje, niemniej faktem było, że Arabowie z Zatoki i Żydzi znaleźli się na jednym politycznym „wózku” i pomimo nierozwiązanej kwestii palestyńskiej, która znowu krwawiła od 2000 roku, wspólne zagrożenia i interesy były ważniejsze niż dzielące problemy, a elity Zatoki nie musiały się liczyć z opinią własnych poddanych, którzy byli kupieni lub przymuszeni do spokoju i bierności.

W lipcu 2006 roku, po rozbiciu izraelskiego patrolu na granicy przez szyicki Hezbollah, doszło do 33-dniowej wojny, która była niejako aktem założycielskim „Nowego Bliskiego Wschodu”, chociaż ta formuła musiała dojrzeć i przejść kolejne procesy transformacji. Niemniej Izrael w interesie własnym oraz krajów Zatoki Perskiej chciał pobić Hezbollah – najważniejsze irańskie aktywo, które było odpowiedzialne za śmierć amerykańskich żołnierzy i dyplomatów oraz oficerów CIA w Bejrucie w latach 1983–1984, służyło jako irańskie narzędzie do infiltracji i zakłócania porządku w krajach sunnickich, wspomagało know-how i materialnie islamskie ugrupowania w Palestynie, jak i pokonało Izrael w prawie 18-letniej wojnie na wyczerpanie w południowym Libanie. Jednak i tym razem się nie udało i świat zobaczył na żywo w telewizji, jak izraelskie osławione czołgi Merkawa płoną zaraz po wjeździe do Libanu, a Izrael został zmuszony do ewakuacji prawie miliona ludzi ze swojej północy, albowiem był niezdolny do powstrzymania stałego ostrzału rakietowego swoich miast i wiosek.

Wojna się nie udała, ale wnioski zostały wyciągnięte. Bliski Wschód stał się rakietowy i dronowy, a wielki kapitał i przemysł wojskowy skupił się nad tym, aby zaradzić temu problemowi. Zarówno Amerykanie, Arabowie, jak i Izrael nie mogli bowiem dopuścić, by tanie rakiety i biedadrony stanowiły zagrożenie dla saudyjskich czy kuwejckich platform wiertniczych, amerykańskich baz czy izraelskich miast.

Tym samym każdy wyłożył to, co miał, czyli jedni know-how, inni kapitał, a kolejni przetestowali już owoce kooperacji w trakcie następnego konfliktu, tym razem na odcinku Gazy w czasie pierwszej konfrontacji z Hamasem na przełomie 2008 i 2009 roku. Eksperyment był w miarę udany, niemniej Iran, który otwarcie już zaczął wygrażać sąsiadom anihilacją lub atakami na ich zasoby bogactwa, również coraz bardziej stawiał na produkcję rakiet i dronów.

W Teheranie zdawano sobie bowiem sprawę, że wystarczy jedno celne trafienie, a rynki światowe oszaleją i w związku z chaosem wewnętrznym w krajach Zatoki Perskiej może się pojawić zagrożenie dla władzy administrującej tymi wielkimi dochodami petrodolarowymi. Czyli niejako drony i rakiety wypełniłyby testament Chomeiniego, w którym było lapidarne stwierdzenie: Arabia Saudyjska ma przestać istnieć.

Jednak jak to w demokracji bywa, zmiany nieustannie następują i w 2011 roku, przy poparciu administracji Demokratów, przez region przeszła fala „arabskiej wiosny”. Spowodowała ona rewoltę w Tunezji, Libii, Egipcie, Syrii oraz poważne wstrząsy na Półwyspie Arabskim, z tym że tam nie było młodzieży skandującej hasła demokracji, tylko islamiści, którzy na potrzeby zachodnich mediów o demokracji wspominali, ale nie za bardzo rozumieli, o czym tak właściwie mówią.

Ten nacisk na demokrację w obszarach zdominowanych przez islam był obsesją zachodnich elit przez kolejną dekadę, niemniej po 2022 roku i wraz z wojną na Ukrainie Zachód tak jakby pogodził się z tym, że na Bliskim Wschodzie „jest jak jest”. Doszedł do wniosku, że najlepiej nie tracić funduszy na promocje LGBT czy parlamentaryzmu na świecie, który nie do końca to rozumie i nawet nie chce rozumieć, a posiada ropę oraz gaz, jak i wpływ na to, aby kolejne inkarnacje dżihadu hamowały swoje apetyty.

Dodatkowo reformy cywilizacyjne i społeczne w krajach Zatoki Perskiej stały się „piemontem” i bodźcem do przemian liberalnych w całym świecie arabskim i muzułmańskim. To też wymusiło pewną refleksję u części szczególnie konserwatywnych elit amerykańskich, które będąc powiązane z sektorem naftowym, miały rozbudowane relacje zarówno z krajami Zatoki, jak i z Izraelem.

Skoro demokracja w tych warunkach to chaos, więc potrzeba wrócić do modelu podstawowego, czyli do władzy, która jest w miarę stabilna i może zrealizować trzy podstawowe punkty: a) znormalizować relacje z Izraelem, b) zapewnić kontrolę amerykańskiej polityki nad rynkami paliwowymi, c) kapitał zarobiony na globalnych rynkach ma zasilać amerykańskie korporacje i gospodarkę. Oczywiście nie wszystkie kraje na Bliskim Wschodzie są naftowe i mogą być przymusowym inwestorem w amerykańską gospodarkę, ale w związku z geografią czy też historią kraje nienaftowe też mają wyznaczone przez Waszyngton określone zadania w polityce regionalnej i globalnej.

Do realizacji wizji Nowego Bliskiego Wschodu były potrzebne dwa czynniki, czyli podtrzymanie monarchicznego systemu zarządzania w „konstruktywnych” krajach arabskich oraz rozwiązanie kwestii irańskiej. Te dwa czynniki są ze sobą niejako powiązane, albowiem Bliski Wschód ukształtowany przez Anglię i Francję po 1917 roku umożliwiał emancypację grup mniejszościowych nad większością, co też zakłócało balans i stanowiło element wywrotowy dla islamskich sunnickich i tradycyjnych mas nietolerujących rządów „niewiernych”.

Francja wykroiła z Sham, czyli z historycznej krainy syryjskiej, Liban jako państwo, w którym uprzywilejowaną pozycję mieli chrześcijanie. W sąsiedniej Syrii to alawici po 1970 roku przejęli władzę, a w Iraku po obaleniu monarchii w 1958 roku władzę przejmowali rewolucyjni sunnici, którzy byli w mniejszości wobec szyitów. Analogicznie w Egipcie władza od czasów Nasera opierała się na armii, która zwalczała wpływ meczetu pośród stale poszerzającej się biedoty, co też doprowadziło do niepożądanego przez Zatokę Perską zwycięstwa islamistów z Bractwa Muzułmańskiego w 2012 roku.

Po dojściu do władzy Muhammada ibn Salmana Arabia Saudyjska, a więc najbogatszy kraj regionu oraz opiekun Mekki i Medyny, stała się awangardą przemian, które były inicjatywą wyłącznie odgórną. Po dekadzie reform model ten okazał się sukcesem, a więc to nie rewolucja oddolna, ale silna władza może wprowadzać nowoczesność pod beduińskie pustynne „strzechy”, i to pomimo pewnego niezadowolenia meczetu i środowisk tradycyjnych.

Natomiast Iran od 1979 roku szukał swojego punktu zaczepienia właśnie pośród mniejszości szyickiej czy pośród innych marginalizowanych grup. „Zaraza” Chomeiniego szybko znalazła zwolenników w szyickim południowym Iraku, jak i w południowym Libanie, czyli dwóch ważniejszych i starszych ośrodkach szyickich niż samo centrum rewolucji.

Z czasem przykład irański zaczął inspirować szyitów z Bahrajnu, Arabii Saudyjskiej, Afganistanu, Pakistanu, a nawet zajdytów z Jemenu. W orbitę irańską wszedł świecki reżim Asada w Syrii, jak i po 2011 roku palestyński Hamas. Powolne, ale sukcesywne rozszerzanie wpływów irańskich doprowadziło do powstania „osi oporu”, jak i szyickiego pasa wpływu ciągnącego się od szyickich dzielnic afgańskiego Kabulu przez Irak, Jemen, Syrię, Liban do Gazy. Tam, gdzie pojawiały się te wpływy, powstawały milicje i partie, które były imitacjami „wzoru idealnego”, czyli libańskiego Hezbollahu.

Irański generał Kassem Soleimani w 2013 roku publicznie ogłaszał, że szyici dominują w pasie naftowym obejmującym południowy Irak, Kuwejt, wschodnią część Arabii Saudyjskiej oraz Bahrajn, tym samym to Teheran powinien te tereny politycznie sobie podporządkować, jak i czerpać z nich profity finansowe.

Lider irackiego Hezbollahu, który zresztą zginął z Soleimanim w styczniu 2020 roku w Bagdadzie, Abu Mahdi al-Muhandis został nagrany na wiecu swojej partii w 2015 roku, jak uspokajał skandującą salę krzyczącą Al-Quds, czyli Jerozolima. Nie Al-Quds, lecz Rijad, miał poprawić swoich partyjnych towarzyszy Al-Muhandis, co zostało przyjęte jeszcze większymi wiwatami.

Za Iranem stał aparat bardzo rozwiniętego technologicznie i naukowo państwa, które pomimo oblicza reżimu miało poparcie społeczne w tym, aby prowadzić politykę ekspansywną wraz z ambicjami atomowymi.

Tym samym zagrożenie było realne, a Teheran orientował się w stronę Moskwy i Pekinu, aby szukać balansu wobec zdominowanego przez USA regionu. Jednak w jaki sposób region mógł się bronić przed taką ekspansją? Niestety w sposób mało finezyjny, ale naturalny dla świata muzułmańskiego – jedni radykałowie islamscy najlepiej zwalczają drugich radykałów, z tym że islamiści z obozu sunnickiego i tak potrzebują pieniędzy na swoje cele dżihadowe, jak i muszą być kontrolowani przez swoich sponsorów, żeby ci wiedzieli, kiedy i gdzie swoją kampanię zakończyć.

Dlatego do projektu Nowego Bliskiego Wschodu potrzebne było oczyszczenie się z wpływów rewolucyjnego Bractwa Muzułmańskiego na rzecz „powrotu do źródeł” wywodzących się od XIII-wiecznego „Marcina Lutra islamu”, czyli Ibn Tammijji (1263–1328).

Ibn Tammijja zastanawiał się, jak to jest możliwe, że umma, czyli wspólnota muzułmańska, w jego czasach była tak słaba, skłócona i była nękana przez krzyżowców lub niszczycielskich Mongołów. Myśliciel zwrócił uwagę na to, że islam z jego czasów był „spaskudzony” naleciałościami późniejszymi, i postulował powrót do wspólnoty z czasów Mahometa oraz czterech pierwszych kalifów, czyli salafizmu.

Tym samym Ibn Tamijja, który ostatnie lata swojego życia spędził w Damaszku, postulował usunięcie wszystkich wpływów mistycznych, czyli sufickich oraz rewolucyjnych, a więc szyickich, jak i był skrajnym przeciwnikiem szyitów, Druzów i alawitów, uważając ich za zdrajców islamu i niewiernych. Salafizm za pośrednictwem Ibn Wahhaba (1703–1792) trafił na Półwysep Arabski i tam w wyniku sojuszu z Domem Saudów zyskał bardzo ważny polityczny atrybut, jakim jest lojalność i całkowite podporządkowanie się przywództwu politycznemu, jeśli ono też jest na „prawowiernej” salafickiej drodze.

To już bardzo ułatwia sprawę, szczególnie krajom Zatoki Perskiej, które są salafickie, albowiem mają mandat religijny do sprawowania władzy, jak i uniemożliwia ekspansję na również salafickich sąsiadów – czyli porządek jest zgodny z granicami wytyczonymi przez Londyn i potwierdzonymi przez Waszyngton.

Dlatego też to salafizm XXI wieku lub być może postsalafizm czy salafizm reformowany ma być tym projektem islamskim, który ma dominować na Nowym Bliskim Wschodzie.

Jeśli pragmatyka dworu i polityki uzna traktat pokojowy z Izraelem za halal, czyli zgodny z islamem, wtedy wszelkie przejawy oddolnego niezadowolenia mogą zostać uznane za przejaw rewolucyjny, a więc za niezgodne z islamem i adekwatnie do niego ukarane. Z punktu widzenia niesunnickich mniejszości pod władzą salaficką trudno mówić o jakichś możliwościach emancypacyjnych czy awansie w strukturach sektora publicznego.

To m.in. chrześcijan w Syrii po zmianie władzy od razu skazuje na ustawową wegetację lub funkcjonowanie jedynie w obrębie biznesu prywatnego, z tym że inwestycje z Zatoki, które mają kiedyś trafić na odbudowę tego kraju, praktycznie będą również niedostępne dla niesunnickich przedsiębiorców.

Jednakże model, w którym to postsalafizm czy salafizm XXI wieku – oparty na gigantycznych środkach finansowych oraz autorytecie władców – osiąga konstruktywne realia, widzimy w krajach takich, jak Emiraty Arabskie i od 2015 roku Arabia Saudyjska.

Pierwszym takim „eksperymentem” był Dubaj i było to laboratorium, któremu przyglądał się świat arabski i świat islamu. Po dwóch dekadach coraz śmielej to miasto staje się inspiracją przede wszystkim dla elit regionu, ale także dla świata. Donald Trump w trakcie swojej pierwszej kadencji ogłosił, że konserwatywne monarchie Zatoki Perskiej są partnerem do wielkich dealów i wielkiej polityki, w tym do sformalizowania swoich relacji z Izraelem.

Wzmacnia to automatycznie pozycję USA w regionie, a także przekazuje regionalnym aktywom pewną samodzielność, dzięki czemu uwaga Waszyngtonu może być skierowana w innym kierunku.

To oczywiście wywołuje obawy Izraela, który przez dekady lubił obserwować, że jest tematem numer 1 w amerykańskich i światowych mediach, tym samym była to stała presja na świat polityki, aby jednak nie oddalać się zbytnio od kwestii tego regionu.

Po powrocie do władzy przez Beniamina Netanjahu w 2008 roku proces rozbudowy sojuszu arabsko-izraelskiego nabrał rozpędu, a Bibi uczynił z tego swój atut polityczny na skalę krajową oraz regionalną, jak i w kontekście swoich relacji z Waszyngtonem.

Seria wygranych wyborów parlamentarnych przekonała Arabów, że Netanjahu to jest „firma”, z którą można i należy współpracować. Bibi też doskonale rozumiał sytuację i sporadycznie podgrzewał kwestię irańską, która jednoczyła go z Arabami, oraz wyciszał temat palestyński, który go od tych cichych sojuszników oddalał. Inni Arabowie oraz muzułmanie mają bowiem powinności względem Arabów i sunnitów palestyńskich, a to jest kwestia religii, jak i honoru.

Ta dwubiegunowość polityczna wraz z utrzymywaniem względnego spokoju poza odcinkiem Gazy była pewną przepustką do sukcesów wyborczych oraz do długotrwałego procesu, który kiedyś w pełni zakończy się Abraham Accords, czyli normalizacjami Izraela z kolejnymi krajami arabskimi.

Jednak dzień 7 października 2023 roku wszystko wywrócił i zachwiał. Hamas przywrócił temat palestyński do światowej agendy, co pokazało też zakończenie tej wojny, i stał się jej czołową siłą, bez której temat palestyński być może nie ruszy do przodu, ale na pewno już nie pójdzie w zapomnienie.

Izrael dał się zupełnie zaskoczyć, przez co stabilność wewnętrzna sojuszników się zachwiała, a zmiany wynikające z tej wojny mogą odraczać pełną normalizację, tym bardziej że chociaż temat irański został wyciszony w sposób militarny, to palestyński jest rozbudzony medialnie i politycznie, a pomimo braku demokracji w krajach Zatoki nawet tam władcy muszą się liczyć z nastrojami wobec „świętej sprawy”, a taką bez wątpienia jest Palestyna.

Co więcej, to bezpośrednia obecność Amerykanów była czynnikiem stabilizującym Izrael w pierwszych tygodniach po 7 października. Czyli kolejny raz od 1973 roku to Amerykanie muszą zostawić wszystkie swoje sprawy i podporządkować priorytety na rzecz obrony Izraela, który od 8 października był już na wojnie regionalnej. I to Amerykanie, a ściślej mówiąc Pentagon, wiódł prym w tej asyście w kolejnych etapach wojny toczącej się na siedmiu frontach: Gaza, Zachodni Brzeg, Hezbollah, Syria, Irak, Iran oraz rebelianci Huti z Jemenu. Czyli Netanjahu z lidera został zdegradowany do kogoś trzymanego za rękę przez swoich opiekunów, którzy wykorzystali tę wojnę dla własnych celów.

Wynik tej wojny regionalnej może nie jest zbyt satysfakcjonujący dla Izraela. Gaza, wbrew temu, co ogłaszali ekstremiści oraz hasbara, czyli aktywa medialne również działające na odcinkach wydawałoby się antyizraelskich czy antysemickich, ogłaszały przez dwa lata nieuchronność tego, że Netanjahu wyrzuci Palestyńczyków z Gazy. Co ważniejsze, powtarzali to też muzułmańscy influencerzy, którzy na tej wojnie robili zasięgi. Jednak takie tezy nie były głoszone ani przez Netanjahu, ani przez Bidena czy Trumpa, a z punktu widzenia Realpolitik były one niemożliwe.

Niemożliwe jest też postawienie Trzeciej żydowskiej Świątyni, która jest mitem publicystycznym i temat ten jest całkowicie niszowy w środowiskach żydowskich. Zarówno Gaza, jak i Trzecia Świątynia, chociaż medialnie bardzo nośne, nie mogą być zmaterializowane z tego względu, że na świecie jest 2 mld muzułmanów, którzy nie żyją na żadnych peryferiach tego świata, tylko sami, m.in. poprzez tę wojnę, zyskali podmiotowość i uznanie (jak Katar i Turcja).

Globalna rola Arabii Saudyjskiej w świecie muzułmańskim jest zupełnie nieznana dla niemuzułmanów, jak i dla środowisk czy publicystów, którzy nadal żyją w świecie, w którym islam był tematem nieobowiązkowym.

Nie, w obecnym świecie islam jest już tematem obowiązkowym i bez jego znajomości nie można racjonalnie komentować czy analizować realnych wydarzeń na świecie.

Poza emancypacją świata muzułmańskiego ta wojna regionalna to było coś, co może dopiero za kilka czy kilkanaście lat zostanie dostrzeżone również nad Wisłą, było to pozycjonowanie się amerykańskiego imperium w dobie globalnych przemian ludnościowych, gospodarczych, politycznych, cywilizacyjnych oraz technologicznych o skali być może nieznanej w dziejach ludzkości.

Amerykanie zobowiązani są do ochrony i utrzymania istnienia Izraela, a nie do tego, żeby za ich pieniądze Tel Awiw postanowił wywołać trzecią wojnę światową z najliczniejszą i najmłodszą demografią świata, która wygrywa już wybory w amerykańskich miastach.

Waszyngton przez tę wojnę miał okazję do przefiltrowania swoich sojuszników oraz sprawdzenia ich kompetencji. Czy są wśród regionalnych liderów politycy, którzy będą mogli odgrywać rolę regionalnego policjanta, tak aby zapomnieć o Bliskim Wschodzie, kiedy nastąpi wyższa konieczność.

Kolejną rzeczą jest to, że Izrael, który jest stworzony po to, aby być laboratorium dla amerykańskiej technologii wojskowej, testował szereg nowinek (m.in. Al w zastosowaniu wojskowym czy też cały system antyrakietowy), dzięki czemu Rosja i Chiny mogły zastanowić się nad sobą wobec totalnej dysproporcji swoich możliwości wojennych. Amerykanie – rękoma Izraela, jak również na Ukrainie rękoma Ukraińców – rozegrali swoje „sparingi” w realiach wojny XXI wieku.

Co ma Rosja i czym dysponuje, widzimy na Ukrainie, podczas gdy Chiny pozostają wielką niewiadomą. Niemniej ekspozycja amerykańskich możliwości zbrojenia ma też wartość handlową, która przekłada się również na treść polityczną. Żaden kraj uzbrojony w amerykańską broń nie zaatakuje Izraela i na odwrót.

Wynik tej wojny regionalnej oczywiście też jest korzyścią dla Waszyngtonu. Rosja została usunięta z Syrii i przestała tworzyć złudzenie jakiegoś balansu wobec amerykańskiej hegemonii wśród arabskiej oraz muzułmańskiej polityki i ulicy.

Tak samo Chiny, które mogą być partnerem handlowym, ale w przestrzeni strategicznej i politycznej nie za bardzo mają czego szukać w tym regionie poza Iranem, który zdaje sobie sprawę, że ani Moskwa, ani Pekin nie uratują go przed izraelskimi atakami, które są kopernikańskim przełomem tej wojny. Izrael przy wsparciu USA oraz krajów arabskich osłabił swojego dotychczasowego rywala, jak również rozbił jego oś oporu.

Nawet Hamas, który orbitował wokół Teheranu, jest „po prawidłowej” stronie mocy, a więc w drużynie może nie tyle USA, ile Donalda Trumpa. Dominacja amerykańska w regionie jest faktem, a emocje w kolejnych latach czy dekadach będzie przynosiła rywalizacja izraelsko-turecka, która nie musi mieć oblicza konfrontacji zbrojnej, ale może przybrać postać kolejnej zimnej wojny, w której Waszyngton będzie mediatorem i rozjemcą.

Trzy historyczne moim zdaniem daty tej wojny regionalnej to: 7 października 2023 – a więc atak Hamasu, 27 września 2024 – śmierć lidera Hezbollahu Hasana Nasrallaha, a więc obalenie dotychczasowego balansu szyickiego projektu, dzięki czemu nastąpiła zmiana władzy w Syrii i droga nad niebo Teheranu stała się otwarta, oraz 9 września 2025 – czyli izraelski atak na katarską Dohę, co było próbą sił pomiędzy Izraelem a Arabami oraz Amerykanami, którzy tym nalotem zostali ośmieszeni, ale kraje Zatoki zareagowały konstruktywnie i razem z Donaldem Trumpem wymusiły zawieszenie broni w Gazie z otwartą kwestią palestyńską. To też pokazało, jak bardzo ten Nowy Bliski Wschód jest już bytem istniejącym, a jego trzy podstawowe założenia, czyli: a) współpraca arabsko-izraelska, b) hegemonia regionalna USA, c) salafizm jako dominujący system władzy w krajach muzułmańskich, dzięki czemu liderzy mogą podejmować niepopularne, ale konieczne decyzje, są głównym regionalnym obliczem.

Struktura tej książki zakłada opis realiów i pokazuje określony stan wiedzy. Każdy rozdział (poza libańskim) rozpoczyna się dniem 7 października 2023 roku i opisuje, jak atak Hamasu zmienił rzeczywistość w tym i w następnych tygodniach, jakie były problemy i układy dekady przed tą datą, w jaki sposób przebiegała wojna regionalna i jaki wpływ miała na zmiany wynikające z jej zakończenia i tej nowej rzeczywistości Nowego Bliskiego Wschodu. Ponieważ żyjemy w zmiennym świecie, a ta wojna wykazała, że to nie politologia, geopolityka czy ogólna wiedza o świecie czy życiu daje aparat do poznania zawiłości bliskowschodnich, staram się w tej książce pokazać ten świat takim, jaki on jest. Nie ma w niej też ocen moralnych czy też lamentów nad określonymi zachowaniami. Od tego są Allah i sąd, poza tym analizując świat islamu czy też izraelskiej polityki, trzeba mieć świadomość, że nie są to systemy będące wynikiem zachodniej myśli, tylko mają swoje tysiące lat historii. Według Hamasu czy Iranu, lub krajów Zatoki Perskiej islam jest całościowym porządkiem społecznym, a wojna jest stałą jego częścią. W tym kontekście warto poczytać Stary Testament, bo tam mamy ukazany do dziś aktualny mentalny świat izraelskich polityków, wojskowych i wyborców. Bliski Wschód niejako od dekad grzmiał o swojej podmiotowości kulturowej, o tym, że ma swoją specyfikę wywodzącą się właśnie z religii i dziejów mających tysiące lat historii. Poprzez tę wojnę region ten osiągnął swój cel – gdy się analizuje Bliski Wschód, trzeba to robić oczami, umysłem, duszą, emocją człowieka z tego systemu oraz regionu, bo inaczej powstaje opowieść, która ani nie jest ciekawa, ani też realna, co pokazują emocje z czasów także po tej wojnie. Ta bajka może być kolejnym filarem dalszego procesu destrukcji Zachodu.

1.Bibi, Bibi królem Wielkiego Izraela

„Nowy Bliski Wschód”, który Netanjahu nieraz ogłaszał publicznie, ma oznaczać uporządkowanie regionu tak, aby Izrael mógł trwać, nawet jeśli Amerykanie będą już całkowicie pochłonięci sprawami Azji i Pacyfiku.Co to znaczy uporządkowanie regionu? Zapewne bezwzględną dominację militarną nad sąsiadami i lotniczą projekcję siły w każdym punkcie Bliskiego Wschodu.

Rozdział 1. Bibi, Bibi królem Wielkiego Izraela

Bibi, Bibi królem Izraela

Pieśń zwolenników Beniamina Netanjahu

 

 

7 października 2023 roku o 5.30 telefon zaczął dzwonić w telawiwskim sztabie generalnym armii izraelskiej znanym jako „Kiryja”. Trwały szabat i święto żydowskie Simchat Tora, a październik w tym roku był gorący nawet jak na warunki Lewantu. „Łączcie mnie z premierem, sprawa wagi państwowej”. Wedle publicznych wypowiedzi Beniamina Netanjahu telefon, który go obudził, zaczął dzwonić godzinę później i wtedy dowiedział się, że o siódmej rano rozpocznie się inwazja Hamasu na Izrael. Z tą wersją nie zgadza się Ronen Bar, ówczesny szef izraelskiej służby bezpieczeństwa i kontrwywiadu Szin Bet, który twierdzi, że telefony do Netanjahu były już po 5.30, ale izraelski premier spał, zamiast szykować obronę przed nieuchronnym. Wedle wersji Netanjahu premier od razu udał się do sztabu kryzysowego i zwołał nawet religijnych członków rządu. Prawo żydowskie zezwala na przerwanie szabatu lub rytuałów religijnych, jeśli sprawa jest na wagę życia i śmierci. I tak też przerwał szabat religijny koalicjant w rządzie Netanjahu, minister finansów Becalel Smotricz, który już wchodząc na posiedzenie, krzyczał, że za to „nas rozstrzelają” i „nie unikniemy odpowiedzialności”. Netanjahu jako absolutny nestor bliskowschodniej polityki wiedział, że jest na dnie, i aby uspokoić nastroje społeczne i żeby nie wybuchła panika, zarządził totalną mobilizację armii izraelskiej, która objęła 500 tys. ludzi. Ta mobilizacja miała też inne uzasadnienie. Wraz z doniesieniami na froncie w południowym Izraelu dochodziły informacje z Bejrutu, Damaszku, Bagdadu, Teheranu czy jemeńskiej Sany. Tzw. oś oporu, czyli sieć proirańskich milicji, zaskoczona sukcesami Hamasu, debatowała, co zrobić w obecnej sytuacji i jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości, która kończyła etap kręcenia filmików na YouTubie i oznaczała prawdziwą wojnę.

To te pierwsze kwadranse i godziny decydowały, czy Netanjahu doprowadzi do tego, że Trzecia Świątynia legnie w gruzach. Albowiem dla świeckich prawicowych syjonistów tą świątynią zapowiadaną przez proroka Ezechiela było Państwo Izrael, a nie budynek do rytualnej rzeźni w miejsce meczetów, o którym marzą religijni syjoniści, jak Smotricz czy Itamar Ben Gwir i prawie 500 tys. żydowskich osadników mieszkających na Zachodnim Brzegu Jordanu. Jeśliby po ataku Hamasu Iran uderzył rakietowo i szyicki Hezbollah zrobiłby inwazję na północny Izrael, wtedy los Trzeciej Świątyni w optyce Beniamina Netanjahu mógł być skończony, albowiem nawet Amerykanie pod wodzą Joego Bidena na szybko mogliby zainterweniować jedynie z jakimś politycznym dealem, który byłby upokorzeniem. A Izrael nie ma przestrzeni ani czasu na to, aby czekać na deale, i to Netanjahu mógłby być pierwszym premierem, który musiałby wciskać guzik, aby uruchomić to, co jest, ale czego oficjalnie nie ma.

Przez pierwsze dni i tygodnie po 7 października Netanjahu za bardzo nie pokazywał się publicznie. Na jednym spotkaniu z rezerwistami został opluty i zwyzywany przez swoich wyborców w mundurach, którzy byli wściekli na to, że Bibi dał się zaskoczyć, przez co doszło do masakry. Netanjahu był premierem od 2009 roku z drobną przerwą, ponieważ gwarantował Izraelczykom spokój. Życie w Izraelu toczyło się normalnie, a jeśli były jakieś kwestie dotyczące konfliktu bliskowschodniego, to większość mieszkańców Izraela widziała je w telewizji. To wszystko było obok lub na rzecz kampanii wyborczych, kiedy to Bibi wspominał o Iranie oraz Hezbollahu i praktycznie ignorował istnienie Hamasu, Gazy i nierozwiązanego konfliktu z Palestyńczykami. Netanjahu wręcz mamił swój elektorat tym, że wielkie normalizacje z krajami arabskimi z Arabią Saudyjską na czele są już na wyciągnięcie ręki, dzięki czemu konflikt bliskowschodni to tylko kwestia irańskiego reżimu i jego aktywów.

Jednak 7 października pokazał coś innego. Duża część izraelskiej opinii publicznej dała się uwieść wizji Netanjahu, nawet nie głosując na niego, jak i protestując przeciwko niemu. Niemniej konflikt jest, był i będzie. To nie jest tylko kwestia polityki, ale przede wszystkim cywilizacji. Radykalny islam, tak jak syjonistyczny judaizm, nie widzi roli jednostki i jej autonomicznej woli w systemie. To jest kolektyw i to ten kolektyw jest na wojnie, chociaż oczywiście mogą być okoliczności deeskalacyjne, jak i eskalacyjne, ale wciąż to jest ta sama stała i niezakłócona kampania wojenna, której celem jest dominacja. Hamas nie widzi miejsca dla Żydów, którzy przyjechali do Palestyny po 1917 roku, a religijny syjonizm nie chce żadnych Arabów na obszarach, które on identyfikuje jako Eretz Yisrael, czyli Ziemia Izraela. Systemy starożytne nie znają idei renesansowego „złotego środka” ani też europejskiego kompromisu, wszak ktoś zawsze jest panującym, a ktoś inny jest poddanym i tego uczą tysiąclecia historii na Bliskim Wschodzie, na którym dominuje brutalny pustynny pragmatyzm w każdej dziedzinie życia społecznego.

Termin „Eretz Yisrael”, czyli Ziemia Izraela, sprawia niejakie trudności. Tak samo jak jego muzułmański odpowiednik Beit al-Miqdad, jak nazywał Mahomet tereny dane Banu Yisrael przez Allaha po wyjściu z Egiptu. Zarówno w wizji żydowskiej, jak i muzułmańskiej ta wyjątkowa kraina, po której chodzili prorocy i dla muzułmanów Mesjasz Issa, syn Maryi, znajduje się na dwóch brzegach Jordanu. Z perspektywy żydowskiej odpowiada ona terenom starożytnego Izraela i Judei. Co prawda są wątpliwości rabiniczne, czy np. Gaza, która w czasach starożytnych zamieszkiwana była przez Filistynów – jak nazywali ich Biblia hebrajska i Arabowie, a jak dzisiaj Semici nazywają Palestyńczyków – jest częścią Eretz Yisrael. Księga Genesis jeszcze bardziej temat komplikuje, albowiem Abraham miał tak szczególne relacje z Bogiem, że ten, będąc w dobrym humorze, dał jego potomstwu w linii Izaaka krainy od Nilu do Eufratu, o czym przypominają radykałowie, korzystając z tego, że takie bajeczki są bardzo nośne w dzisiejszych mediach społecznościowych.

Temat Ziemi Izraela był zahibernowany na tysiąclecia, albowiem ani Żydzi nie chcieli tam mieszkać, ani też z punktu widzenia bliskowschodnich dziejów gospodarczych i cywilizacyjnych nie było sensu zamieszkiwać na prowincji, która jest tylko trasą przemarszową między bogatym i wpływowym Damaszkiem i Syrią a Aleksandrią, czy później Kairem w Egipcie. Żydzi po arabskim podboju tłumnie zamieszkiwali Irak, Persję, Egipt czy Syrię i nikt ani nic nie przeszkadzało im, aby osiedlać się czy odwiedzać małe zapyziałe Jeruzalem, w którym stały meczety wybudowane przez kalifa Abdelmalika w VIII wieku i nawet sami muzułmanie zapomnieli o Al-Quds, jak oni nazywają Jerozolimę. Przypomnieli sobie o niej na chwilę wtedy, kiedy w wyniku krucjat ją utracili w 1099 roku, ale po odzyskaniu miasta przez Saladyna pamięć o Al-Aksie również zanikła na rzecz ważniejszych bieżących tematów.

Temat Eretz Yisrael wrócił w XIX wieku, kiedy to powstała nowoczesna ideologia świeckiego syjonizmu, która miała doprowadzić do powstania państwa żydowskiego na historycznych terenach biblijnego Izraela i to państwo miałoby być częścią imperium osmańskiego. Temat nabrał rozpędu przy okazji pierwszej wojny światowej, albowiem za sprawą Imperium Brytyjskiego powstało zapotrzebowanie strategiczne i zaplecze finansowe na realizację koncepcji państwa żydowskiego na terenach, które na skalę regionu były zawsze peryferyjne i już w czasach Chrystusa większość Żydów żyła raczej poza Eretz Yisrael niż na jej terenach. Londyn potrzebował solidnego umocowania się na Bliskim Wschodzie, z którego brał ropę, a kolonie budowane przez europejskich Żydów funkcjonujących w kulturze zachodniej były idealnym zapleczem logistycznym (m.in. rurociąg Mosul-Hajfa), jak również stanowiły nacisk na Arabów, których można było tematem palestyńskim rozgrywać i skłócać. Sami koloniści żydowscy nie sprawiali problemów dla władzy brytyjskiej, albowiem osiedla powstawały w dużej mierze na terenach pustych lub wykupionych przez Agencję Żydowską od emirów i bejów rezydujących na stałe w Bejrucie.

Anglicy nie dopłacali do tego interesu przynajmniej w pierwszym etapie swojego panowania nad Mandatem Palestyny, chociaż już przy jego wykrajaniu i formowaniu terytorialnym spotkali się z lamentem elit syjonistycznych w Londynie, które inaczej sobie wyobrażały obszar, na którym kiedyś powstanie Izrael. Wedle wewnętrznych syjonistycznych ustaleń jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej państwo żydowskie na północy musiało opierać się na rzece Awali, podchodzącej pod góry Shouf 60 km na południe od Bejrutu, a jego granica miała iść przez dzisiejsze południowe prowincje Syrii i dalej obejmować wschodni brzeg Jordanu wraz z Akabą oraz przechodzić przez Synaj, aby góra, na której Mojżesz otrzymał przykazania, oraz nadmorska przystań Al-Arisz znajdowały się wewnątrz przyszłego Izraela. Anglicy z Francuzami ustalili granicę inaczej. Na północy podzielili pasmo górskie – wyższe wzięła Francja, a niższe Anglia – po czym na odcinku syryjskim ustalono, że Galilea zostanie przy Anglii, a Golan przy Francji. Na południu Anglicy jedną kreską na mapie oddzielili Rafah od Al-Arisz i dojechali do arabskiej wioski Umm al-Rashrash (dzisiejszy Ejlat), sąsiadującej po jednej stronie z Akabą, a po drugiej z egipską już Tabą. Po ustaleniu tych granic, w 1920 roku, doszło do kolejnego oburzenia środowisk żydowskich, albowiem decyzją Londynu obszar, który miałby stanowić przyszły Izrael, został dodatkowo uszczuplony. Anglicy oddzielili zachodni brzeg Jordanu od wschodniego i zainstalowali po drugiej stronie rzeki emira Abdullaha z Domu Haszymidzkiego, co do dzisiaj rezonuje echem wśród izraelskiej skrajnej prawicy i radykałów.

Wśród tych, którzy protestowali przeciwko temu „rozbiorowi”, był świeży imigrant z Warszawy Benzion Milejkowski, który tak jak większość europejskich Żydów, po przyjeździe do Eretz Yisrael zmienił swoje nazwisko z tego z diaspory na „brzmiące bardziej hebrajsko”, zgodnie z ideą formowania nowego narodu na starożytnej ziemi. Wybór padł na Netanjahu od miasteczka nadmorskiego Netania, która do dzisiaj jest sypialną dla wyższej klasy średniej. Benzion wszedł w wir intelektualny żydowskiej kolonii syjonistycznej w Palestynie, z tym że nie interesował go lewicowy i socjalistyczny charakter mainstreamu. Sympatyzował z tzw. rewizjonistami, czyli mniejszościowym środowiskiem kontestującym oddzielenie drugiej strony Doliny Jordanu od Mandatu Palestyny, jak i orientującym się w kierunku prawicowym. Spory polityczne i szykany ze strony lewicującego establishmentu skłoniły Benziona w 1949 roku do wyjazdu do USA, zabrał ze sobą żonę i dwóch synów – trzyletniego Yoniego i rocznego Beniamina nazywanego Bibim. Benzion rozpoczął karierę naukową na amerykańskich uczelniach, dodatkowo poszerzał też kontakty w środowiskach amerykańskich syjonistów, którzy rozczarowani byli ideą kibuców, kojarzących się Amerykanom z sowieckimi kołchozami. Młody Bibi w 1963 roku zaczął naukę w liceum w Pensylwanii i wrócił do Izraela w 1967 roku, aby odbyć służbę wojskową w elitarnych oddziałach komandosów, po czym powrócił na studia do Stanów na MIT pod Bostonem. Zamiar kontynuowania kariery naukowej przerwała śmierć jego brata Yoniego w 1976 roku w trakcie sławetnego rajdu na Entebbe, kiedy to izraelscy komandosi odbili zakładników na terenie Ugandy. Historia niczym z hollywoodzkiego filmu rozsławiająca nazwisko plus koneksje ojca niejako zdeterminowały Netanjahu do wejścia w świat polityki, tym bardziej że doskonały angielski oraz charyzma medialna czyniły z niego idealnego adwokata spraw izraelskich w amerykańskich mediach. W latach 1984–1988 Bibi był izraelskim ambasadorem przy ONZ, po czym wrócił do Izraela, aby wejść do krajowej polityki w ramach prawicowego Likudu.

Wieloletni pobyt Netanjahu w Stanach spowodował nawiązanie sieci kontaktów oraz koneksji i tak jak Joego Bidena znał od ponad 40 lat, tak również Donald Trump jest jego przynajmniej bankietowym znajomym od lat osiemdziesiątych XX wieku. Jednak Bibi w izraelskiej polityce musiał mierzyć się z tuzami Likudu, którzy byli z pokolenia jego ojca, niemniej po zwycięstwie lewicy w 1992 roku Netanjahu przejął stery partii i nieugięcie sprzeciwiał się procesowi pokojowemu z Palestyńczykami. Powtarzał to zarówno w izraelskiej, jak i amerykańskiej telewizji, która uwielbiała elokwentnego polityka, potrafiącego założyć maskę przeciwgazową w trakcie korespondencji w czasie ataku rakietowego Saddama Husajna na Izrael.

Historycznie Likud, chociaż wywodził się z pnia rewizjonistycznego, to jednak upatrywał idee Wielkiego Izraela w całości Mandatu z 1948 roku, więc tym sposobem Netanjahu negował sens istnienia jakiejkolwiek innej władzy na tym terenie, ignorując przy tym istnienie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu, w Gazie i we wschodniej Jerozolimie. Odwoływał się przy tym do taniego populizmu i demagogii, jak i przyznawał, że życie i mienie Palestyńczyków w ogóle go nie interesują i nie bierze ich pod uwagę. W tym wszystkim Hamas i Islamski Dżihad, które również torpedowały zamachami samobójczymi proces pokojowy, też dostarczały argumentów niezbędnych dla ostrej polityki. Proces pokojowy Oslo to był błąd, powtarzał Netanjahu po każdym zamachu i obwiniał za wszystko lewicowe rządy, które nie potrafiły powstrzymać zamachowców samobójców z Gazy czy z Zachodniego Brzegu, uderzających w centrach głównych miast izraelskich. W 1996 roku Netanjahu został najmłodszym premierem Izraela i jego kadencja upłynęła pod znakiem licznych afer i skandali, jak i prób zatrzymania procesu pokojowego. Pierwsza kadencja zakończona przegranymi wyborami w 1999 roku w żaden sposób nie może być zapisana w biografii Netanjahu jako pomyślna, przy czym postęp, jaki osiągnął on po latach, świadczy o tym, że wiele błędów przemyślał i naprawił.

W 2000 roku Netanjahu przegrał wybory w Likudzie na rzecz Ariela Szarona, który zajął się pacyfikacją Gazy i Zachodniego Brzegu Jordanu. To spowodowało odsunięcie się Bibiego od polityki na trzy lata, które spędził głównie w USA, lobbując aktywnie na rzecz amerykańskiej inwazji na Irak, po niej zaś jego dyżurnym tematem wystąpień medialnych i publicznych stał się Iran. W 2003 roku Netanjahu wrócił do izraelskiej polityki, dostał tekę ministra finansów i bez żalu poucinał świadczenia socjalne i zasiłki ortodoksom, jak też rozpoczął proces prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw oraz otworzył kraj na inwestycje w sektor IT. Z rządu Szarona wyszedł po przegłosowaniu planu likwidacji osad żydowskich i całkowitej ewakuacji ze Strefy Gazy. Do władzy powrócił w 2009 roku i to był już inny Bibi.

Netanjahu nigdy nie wyrzekł się tego, że Izrael widzi na całym obszarze Mandatu z 1948 roku. Jednak wraz z powrotem do władzy stał się bardziej pragmatyczny i świadomy regionalnych zależności i należności, które są sprzeczne z infantylnymi, megalomańskimi wyobrażeniami radykałów, którzy postrzegają politykę wyłącznie w wymiarze plemiennym. Dwa filary jego polityki, czyli nigdy nie będzie Palestyny oraz Iran, stoją w pewnej sprzeczności wobec siebie, albowiem Izrael ma wspólne interesy z krajami arabskimi, a temat palestyński wysadza je lub odracza czy też opóźnia. Co więcej, monarchie Zatoki widzą w kwestii palestyńskiej bombę z opóźnionym zapłonem, której eksplozja może wysadzić cały region i poobalać trony. Jest to też główny klucz deeskalacyjny, który do 7 października funkcjonował całkiem dobrze. Wszelkie napięcia na linii Izrael–Hamas były rozładowywane przy pomocy Egipcjan i Kataru. Arabia Saudyjska i Emiraty Arabskie patrzą w kierunku Zachodniego Brzegu Jordanu i widzą tam okruchy tego, co uda się uratować z kwestii palestyńskiej, która ma znaczenie regionalne.

Ten swoisty arabsko-żydowski alians, który jest dziełem Netanjahu, jest dość dziwny, biorąc pod uwagę to, że przed 2009 rokiem Bibi raczej Arabów nie lubił, a jedyne znane jego kontakty z autochtonami Lewantu to były te z Druzami izraelskimi w trakcie służby wojskowej. Rewizjoniści syjonistyczni, a później Likud, nie odróżniali Arabów wedle poszczególnych krajów. Widzieli tylko jedną masę ludzką mówiącą tym samym językiem, wyznającą tę samą religię i mającą podobną mentalność oraz kulturę. Zdaniem historycznego Likudu każdy Arab to wróg Izraela pod każdym względem. Pochodzący z Polski Menachem Begin, premier Izraela w latach 1977–1983 z ramienia Likudu, miał kontakty z przywódcą libańskich chrześcijan Baszirem Gemayelem, ale nie potrafił dojść z nim do porozumienia i miał być do niego rzekomo uprzedzony w związku ze „swoimi doświadczeniami z katolickiej Polski”. Netanjahu, mimo takiego dziedzictwa partyjnego i zaplecza politycznego, realizuje politykę osadzania Izraela na Bliskim Wschodzie w oparciu o antyirański sojusz oraz zbieżność zagrożeń ze strony radykalnego islamu kalifackiego oraz światowej lewicy, która wypomina monarchom Zatoki brak demokracji, a samego Netanjahu nienawidzi z definicji.

Polityka osadzania Izraela na Bliskim Wschodzie i wprowadzanie go w obieg wielkiej polityki i wielkich pieniędzy ma oczywiście związek z koneksjami Netanjahu w USA, które są wyjątkowe nawet na skalę izraelskiej polityki. Dodatkowo pójście w „naród start-upów” idealnie komponuje się z obsesją krajów Zatoki odnośnie do nowoczesnych technologii, które mają zapewnić im dobrobyt po wyczerpaniu się złóż ropy i gazu. To powoduje sprawę zasadniczą – Netanjahu przebiegunował Izrael w kierunku dla siebie adekwatnym i przyszłościowym, albowiem lewicowa i zislamizowana, ale też peryferyjna politycznie oraz technologicznie Europa przestaje, a w dalszej perspektywie w ogóle przestanie być jakimś globalnym graczem, jak i rynkiem zbytu lub popytu. Zresztą obecna wojna regionalna i jej zakończenie ewidentnie pokazały, że z perspektywy bliskowschodniej Europa nie ma kompletnie nic do zaoferowania. Francja, tradycyjna „opiekunka” Libanu i Syrii, była nieobecna w przełomowych momentach, takich jak koniec wojny Izraela z Hezbollahem, jak i przy zmianie władzy w Syrii. Wielka Brytania czy Niemcy nie brały udziału w żadnym procesie negocjacyjnym odnośnie do Gazy czy np. przy końcu wojny irańskiej. Natomiast zarówno w Bejrucie, Damaszku, Teheranie, w Gazie czy w Tel Awiwie widzimy aktywność krajów arabskich oraz Turcji. I to Donald Trump wybrał Turcję, Katar i Egipt do kurateli nad Gazą, a Europejczycy wszystko mogą sobie pooglądać w telewizji.

Ta relacja z Arabami przydaje się Bibiemu również na krajowym podwórku. W jedenastomilionowym Izraelu mieszka 2,2 mln Arabów, potomków 150 tys. Palestyńczyków, którzy nie zostali wypędzeni, ani nie uciekli z terenów zajętych przez Izrael w latach 1948–1949. Aby zdobyć głosy w tym segmencie, na billboardach w arabskich wioskach czy w miasteczkach na plakatach wyborczych Netanjahu podpisany jest jako Abu Yair, czyli ojciec Yaira (Yair to najstarszy syn Netanjahu), a więc tak jak zgodnie z arabskim zwyczajem po narodzinach pierworodnego syna ojciec tytułuje się imieniem syna. To Abu Yair było przedmiotem żartów, jednak w sektorze druzyjskim czy beduińskim w Galilei głosy na Bibiego do urn wędrują tym bardziej, że wraz w wejściem w obszar polityki pragmatycznej Likud musiał znaleźć nowy elektorat, który pozwoli mu dalej być przy władzy. Tym bardziej że „młodzi gniewni” politycy zniszczeni przez Netanjahu, jak Naftali Bennett, odchodzili z Likudu i zakładali mikroskopijne partyjki, które mimo wszystko odbierały głosy szczególnie w tradycyjnych dla partii obszarach, a więc w osiedlach żydowskich, których zradykalizowana młodzież zaczęła uznawać Netanjahu za niewystarczająco zdeterminowanego i zmuszanego do kompromisów w sprawie rozbudowy osiedli czy też polityki na odcinku palestyńskim na Zachodnim Brzegu. Stąd też popularność ekstremisty i populisty Ben Gwira, który przejął jakiś procent naturalnego elektoratu Bibiego. Netanjahu dostrzegł też, że odejście lewicy w kierunku „kawioru i kanapy” nie odpowiada biednym i niższej świeckiej klasie średniej, która tradycyjnie już pozbyła się złudzeń co do możliwego zakończenia konfliktu z Palestyńczykami, a musi żyć w trudnych warunkach ekonomicznych, w których ceny i usługi dostosowane są pod branżę IT oraz nowoczesne technologie. Tym samym Likud przedryfował w kierunku centroprawicy i partii władzy, która znalazła „złoty środek” pomiędzy różnymi skrajnościami ideologicznymi, politycznymi i społecznymi.

7 października 2023 roku całe to misterne ułożenie Likudu na izraelskiej scenie politycznej przeżyło istne trzęsienie ziemi. Netanjahu zawiódł, więc automatycznie atak mógł przyjść z wnętrza partii, jak też od kłopotliwych koalicjantów, którzy naturalnie będą zyskiwali w ekstremalnych sytuacjach wojennych, szczególnie po takiej klęsce na samym początku, jak i do przewidzenia niepełnym sukcesie na odcinku Gazy. Dodatkowo od 2019 roku ciążą na izraelskim premierze zarzuty korupcyjne odnośnie do upominków, jakie miał otrzymywać z żoną Sarą od biznesmenów, o łącznej wartości 100 tys. dol., i zarzuty niejasnych powiązań z biznesem, jak i nacisków na właściciela największego dziennika w kraju, aby koncern przestał go krytykować. Fala gigantycznych protestów i demonstracji nie powstrzymała Bibiego przed powrotem do władzy w 2022 roku, ale skala buntu i niezadowolenia społecznego była bacznie obserwowana w Gazie, jak i w Teheranie.

11 października 2023 roku powstaje gabinet wojenny czy rząd jedności narodowej, którego członkami zostają m.in. generałowie Beni Ganc i Gadi Eisenkot, także wcześniej skonfliktowany i praktycznie usunięty z Likudu Yoav Gallant. W czerwcu 2024 roku Ganc i Eisenkot opuścili ten gabinet w proteście wobec braku wizji odnośnie do powojennej Gazy. Na ich miejsce Bibi włączył Becalela Smotricza i Ben Gwira, którzy nie mieli doświadczenia wojskowego ani strategicznego, niemniej gwarantowali Bibiemu spokój. Gallant został zdymisjonowany ze stanowiska szefa izraelskiego MON w dniu amerykańskich wyborów 5 listopada 2024, w trakcie jeszcze trwającej ograniczonej kampanii w południowym Libanie. Powrót Trumpa uskrzydlił Netanjahu, albowiem amerykański prezydent ma posłuch i koneksje w Zatoce Perskiej, a pozostaje sceptyczny wobec rozwiązania kwestii palestyńskiej, jak i jest „realistyczny” wobec nikłych możliwości dialogowych z Iranem. Co więcej, zażyłe relacje z Trumpem, ale też z jego otoczeniem, dawały Bibiemu więcej możliwości, aby wojnę w Gazie przenieść również na irański grunt i tym samym zakończyć cały cykl wojenny historycznym atakiem na Iran, który zostanie doceniony przez elektorat, tak jak wcześniej zyskał uznanie za likwidację dowództwa Hamasu, Hezbollahu czy też za akcję z pejdżerami. Albowiem Netanjahu wie, że odkupienie winy za 7 października znajduje się na innych frontach. Gaza jest dla niego bagnem, do którego został wrzucony wbrew swojej woli.

13 czerwca, po pierwszej fali nocnych ataków na Teheran, w wyniku których zginęło dowództwo IRGC, armii irańskiej i czołowi naukowcy pracujący nad projektem atomowym, Beniamin Netanjahu wygłosił orędzie, w którym mówił, że w tej wojnie trzeba będzie otrzymać również ciosy, ale to jest niezbędne do tego, aby osiągnąć zwycięstwo. Orędzie, jak i cała wojna zostały przyjęte ze zrozumieniem, a w przerwie pomiędzy ostrzałami rakietowymi Netanjahu wyszedł „na kebaba” w Bat Jam w centralnym Izraelu i został przywitany oklaskami przez zaskoczonych klientów z typowej klasy średniej, którzy zaczęli śpiewać od blisko dwóch lat nieśpiewaną piosenkę „Bibi, Bibi, królu Izraela”.

Koniec wojny w Gazie i automatycznie zakończenie wojny regionalnej nie powoduje tego, że Beniamin Netanjahu traci władzę lub że może ją utracić przed planowanymi wyborami jesienią 2026, które izraelski premier chciałby przyspieszyć i przenieść na czerwiec 2026. Bibi wie, że wojna jest skończona, ale nie konflikt. I słowa Donalda Trumpa w Knesecie o tym, że Netanjahu jest zwycięzcą i że lubi z nim pracować, nie są bez znaczenia w izraelskiej i w bliskowschodniej rzeczywistości. Wedle pierwszego po zakończeniu wojny głosowania Likud otrzymuje 27 mandatów, co czyni go największym ugrupowaniem w kraju. Pomimo zmęczenia tym rządem i koalicjantami Likudu wojna nie wypromowała żadnego generała ani polityka jako „zbawcę narodu” albo polityczną alternatywę wobec Netanjahu, który mimo wszystko odniósł w tym regionalnym starciu korzystny rezultat bez totalnej dewastacji kraju i bardzo wysokich strat ludzkich, które byłyby nieuniknione, gdyby wojna z Hezbollahem lub z Iranem przebiegła w inny sposób.

Izrael co prawda nie wygrał w Gazie, ale Hamasland, a więc kraina kontrolowana przez Hamas, też należy do przeszłości, ponieważ mimo że Hamas nadal jest i będzie w Gazie, to nie stanowi już żadnego zagrożenia dla Izraela, a jeśli Palestyńczycy będą mieli możliwość odbudowy swojego życia, to Hamas na długie lata straci też mandat społeczny do ponownego ataku czy kampanii rakietowej. W tej rzeczywistości już samo to jest sukcesem. Netanjahu rozerwał kontrolowaną przez Iran „oś oporu”, tym samym zmienił rzeczywistość regionalną z korzyścią dla Izraela, krajów Zatoki oraz zupełnie przez przypadek dla Turcji, która jest następna do roli regionalnego przeciwnika w zastępstwie wyeliminowanego z tej pozycji Iranu. Skala problemów tych i przyszłych jest na tyle duża, że władza znowu nie może być sprawowana przez niedoświadczonych polityków, tym bardziej że Donald Trump lubi „silnych” chłopaków i skonstruował „ekipę” złożoną z prezydenta Turcji Recepa Erdoğana, emira Kataru Hamada Al-Thaniego i egipskiego prezydenta Abdel Fattaha al-Sisiego, aby czuwać nad Strefą Gazy. Dodatkowo wielkie niepokoje budzi Syria, w której rywalizacja izraelsko-turecka wystartowała wraz z wylotem Baszara al-Asada do Moskwy.

Globalna krytyka Bibiego za blisko 70 tys. zabitych ludzi w Gazie nie jest bez znaczenia, ale nie ma aż tak wielkiego wpływu na Izrael dopóty, dopóki ma on za sobą Stany Zjednoczone, które żyrują współpracę arabsko-izraelską. „Mówicie ze mną inaczej w kuluarach niż przed mediami”, grzmiał Netanjahu do światowych liderów, którzy opuszczali ostentacyjnie salę, jak Bibi zaczął przemawiać przed ONZ w Nowym Jorku. Po zabójstwie prawicowego publicysty Charliego Kirka Netanjahu dodał do swojej listy światową radykalną lewicę, która z reguły sympatyzuje ze sprawą palestyńską, jako kolejnego wroga. Dzięki swoim kontaktom w USA, szczególnie w sferach big techu i social mediów, izraelski premier chce dołączyć do Trumpa w globalnej kontrrewolucji, albowiem świadom jest tego, że w przestrzeni medialnej Izrael przegrał tę wojnę, nawet jeśli wizerunek zniszczonej Gazy miał też służyć odstraszająco dla wrogów i całego regionu, aby nikt w przyszłości nie odważył się nawet pomyśleć o powtórce z 7 października.

Na odcinku arabskim Bibi wie, że musi czekać na chwilowej kwarantannie, albowiem śmierć prawie 70 tys. Palestyńczyków wykreśla go z oficjalnego salonu i bankietu. Jednak koncepcją Trumpa na Nagrodę Nobla w 2026 roku jest m.in. wskrzeszenie Abraham Accords, które Netanjahu podpisze z każdym, o ile nie będzie to się wiązało z ustępstwami w sprawie kwestii palestyńskiej, z tym że w perspektywie następnych kilku lat nie ma w ogóle tego tematu poza publicystyczną czy akademicką debatą bez większej wartości politycznej. Gaza musi być odbudowana, tak jak i samorząd, który ma tam sprawować władzę, nie jest to jednak partner do rozmów z Beniaminem Netanajahu. Partnerem do rozmów nie jest też prezydent Autonomii Palestyńskiej, Mahmud Abbas w Ramallah. Nawet jeśli jakieś kurtuazyjne rozmowy pod nadzorem krajów arabskich miałyby miejsce, to istotą konfliktu izraelsko-palestyńskiego jest kwestia palestyńskich uchodźców (9 mln ludzi) i Jerozolima. O tych dwóch tematach Netanjahu nie ma z kim rozmawiać, a jakieś pośledniejsze tematy nie mają kalibru zmieniającego rzeczywistość w tym konflikcie. Netanjahu oczywiście będzie realizował kolejną politykę „małej stabilizacji” dla Palestyńczyków w jakiejś perspektywie czasu, ale to będą jedyne ustępstwa, na jakie praktycznie i nie za darmo się zgodzi. Czyli że potencjalnie Arabowie będą musieli „kupować” kolejny raz ten sam produkt, ale i tak go „kupią”, aby móc ruszyć swoje sprawy do przodu.

„Nowy Bliski Wschód”, który Netanjahu nieraz ogłaszał publicznie, ma oznaczać uporządkowanie regionu, tak aby Izrael mógł trwać, nawet jeśli Amerykanie będą już całkowicie pochłonięci sprawami Azji i Pacyfiku. Co to znaczy uporządkowanie regionu? Zapewne bezwzględną dominację militarną nad sąsiadami i lotniczą projekcję siły w każdym punkcie Bliskiego Wschodu. Tej dominacji mają służyć procesy polityczne w krajach ościennych, które uniemożliwią im osiągnięcie militarnego oraz psychologicznego balansu, jaki był po wojnie z Hezbollahem w 2006 roku na odcinku libańskim. To władze w Damaszku, Ammanie, Kairze czy w Tunisie, analogicznie jak służby i policja palestyńska, mają być pierwszą linią obrony Izraela przed knowaniami terrorystów i wrogów politycznych, którzy jeśli chcieliby naruszyć obowiązujące w danym kraju status quo, musieliby dążyć do zmiany władzy, a więc do konfliktu z bezwzględnym arabskim aparatem represji. Ten „Nowy Bliski Wschód” ma zagwarantować to, że nawet jeśli Izrael nie jest zaakceptowany przez arabską i muzułmańską ulicę, to i tak Tel Awiw byłby partnerem biznesowym, transportowym, energetycznym, technologicznym.

„Nowy Bliski Wschód” w perspektywie Netanjahu oznacza Iran pozbawiony ambicji regionalnych i atomowych oraz brak uregulowania kwestii palestyńskich, przy czym z przyczyn praktycznych oraz pragmatycznych trudno jest przypuszczać, aby kraje arabskie zezwoliły na ekspansję terytorialną poza obszary Mandatu z 1948 roku, chociaż po cichu mogą pogodzić się z tym, że większość terenów palestyńskich znajdzie się pod bezpośrednim władaniem izraelskim z pozostawionymi samorządami na wzór powojennej Gazy. Projekt „Nowego Bliskiego Wschodu” z perspektywy Netanjahu nie oznacza Izraela od Nilu do Eufratu, chociaż dzięki lotnictwu przestrzeń powietrzna nad regionem jest całkowicie zdominowana przez izraelskie lotnictwo, które nie zważając na konsekwencje, bombarduje miejsca, ludzi i cele, które uzna za stosowne. Dlatego też Arabowie, aby nie mieć tak krępującej sytuacji, jak po izraelskim ataku w katarską Dohę, będą też siłą przyciągającą Amerykanów do regionu, czyli czymś, co jest, było i będzie korzyścią dla Izraela.

„Nowy Bliski Wschód” ma też połączyć izraelskie know-how z kapitałem Zatoki Perskiej, aby stworzyć region konkurencyjny wobec reszty świata w dobie AI. Ale żeby ta symbioza była, musi być pragmatyzm oraz uregulowanie konfliktów drogą zbrojną, polityczną lub tak jak w wypadku Palestyny realną, czyli że czegoś takiego jak Palestyna po prostu ma nie być lub jeżeli już będzie, to w formie nieodpowiadającej aspiracjom oraz godności. Jednak los i godność Palestyńczyków nigdy Netanjahu nie interesowały i dopóki rządzi, nie będzie żadnej Palestyny, ale też nie będzie potrzeby Wielkiego Izraela, który nie musi formalizować swoich poszerzeń terytorialnych na mapie bez jakiejś wielkiej potrzeby.