Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Nowożeńcy w Toskanii ebook

Lynne Graham

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowożeńcy w Toskanii - Lynne Graham

Nie było kobiety zdolnej oprzeć się włoskiemu milionerowi Cesariowi di Silvestri. Oprócz jednej – nieśmiałej lekarki weterynarii Jessiki Martin, która nie zgodziła się zostać jego rozrywką na weekend. I to właśnie o niej Cesario nie może przestać myśleć. Nieoczekiwanie życie samo podsuwa mu sposobność zdobycia Jess…

Opinie o ebooku Nowożeńcy w Toskanii - Lynne Graham

Fragment ebooka Nowożeńcy w Toskanii - Lynne Graham

Lynne Graham

Nowożeńcy w Toskanii

Tłumaczenie: Janusz Maćczak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Cesario di Silvestri nie mógł zasnąć.

Wydarzenia ostatnich miesięcy doprowadziły go na rozdroże. Musiał dokonać wyboru i uczynił to z wrodzoną stanowczością: postanowił skoncentrować się na tym, co rzeczywiście ważne. Niestrudzenie poświęcił się pracy i został nadzwyczaj bogatym potentatem przemysłowym, jednakże uświadomił sobie, że całkowicie zaniedbał przy tym prywatne życie. Jedynym człowiekiem, któremu mógł w pełni ufać, był jego kuzyn Stefano. Cesario sypiał z wieloma kobietami, lecz odtrącił jedyną, którą darzył uczuciem, a ona zakochała się w innym. Teraz miał trzydzieści trzy lata i nic nie wskazywało, by kiedykolwiek miał się ożenić.

Zastanawiał się dlaczego. Czy jest z natury samotnikiem, czy po prostu obawia się głębiej zaangażować? Nie przywykł do takich rozmyślań, gdyż jako człowiek czynu, świetny sportowiec i dynamiczny bezwzględny biznesmen wolał zawsze działać niż dumać.

Uznał, że i tak nie zdoła usnąć, więc wstał z łóżka, wciągnął szorty i powędrował przez swoją wspaniałą marokańską rezydencję do kuchni. Napełnił szklankę lodowatą wodą i wypił łapczywie.

Jak niedawno wyjawił Stefanowi, chciałby mieć dziecko – tyle że nie z kobietą zainteresowaną jedynie jego pieniędzmi. Taka z pewnością nie nadawałaby się na matkę. Kuzyn odrzekł, że nie jest jeszcze za późno, by poszukał odpowiedniej kandydatki.

Gdy wrócił na górę do sypialni, na komórkę zadzwonił Rigo Castello, szef ochrony, z wiadomością, że z jego angielskiej wiejskiej posiadłości Halston Hall zrabowano obraz wart pół miliona funtów, który Cesario niedawno nabył. Okoliczności kradzieży wskazywały, że złodziejem był ktoś z wewnątrz. Cesaria ogarnęła zimna wściekłość. Sowicie płacił swoim pracownikom i dobrze ich traktował, a w zamian oczekiwał lojalności. Postanowił, że dopilnuje, by sprawca poniósł surową karę.

Jednak po kilku minutach uspokoił się nieco, a nawet lekko uśmiechnął na myśl, że w tej sytuacji musi pojechać do swej imponującej elżbietańskiej rezydencji w Anglii i niewątpliwie ponownie natknie się tam na dziedzińcu stajni na swą piękną Madonnę, ponieważ jego konie wymagały jej stałej opieki. Była jedyną kobietą, która kiedykolwiek go odrzuciła – i to już na pierwszym spotkaniu przy kolacji, na którą ją zaprosił. Cesario do dziś nie wiedział, dlaczego tak postąpiła. A ponieważ był ambitny, więc ta sytuacja stanowiła dla niego wyzwanie.

Jess, niska drobna brunetka z włosami związanymi w praktyczny koński ogon, wystrzygała nożycami zmatowiałą sierść owczarka. Gdy odsłoniła ranę, zacisnęła wargi. Cierpienia zwierząt zawsze sprawiały jej ból i została chirurgiem weterynaryjnym właśnie po to, by starać się im ulżyć.

– I jak z nim? – spytała z troską Kylie, ładna jasnowłosa nastolatka, która ochotniczo pomagała jej w weekendy.

– Nie najgorzej jak na jego wiek. Jest już stary, ale dojdzie do siebie, kiedy wyleczę rany i trochę go odkarmię.

– Ale dla tych starszych psów bardzo trudno znaleźć nowy dom -zauważyła z westchnieniem Kylie.

– Nigdy nie wiadomo – odrzekła optymistycznie Jess.

W rzeczywistości wiedziała bardzo dobrze, jak wygląda sytuacja. W ciągu ostatnich kilku lat uratowała gromadkę psów starych, okaleczonych lub cierpiących na zaburzenia zachowań. Niewielu ludzi decydowało się zaopiekować takimi zwierzętami.

Kiedy dostała swoją pierwszą pracę w przychodni weterynaryjnej w miasteczku Charlbury St Helens, zamieszkała na piętrze lecznicy. Lecz gdy właściciel postanowił rozszerzyć działalność i ulokować tam biuro, wynajęła mały zaniedbany domek z kilkoma starymi szopami. Gospodarz zgodził się, by urządziła w nich niewielkie schronisko dla zwierząt. Chociaż całkiem nieźle zarabiała, stale była bez grosza, gdyż wydawała wszystko na pokarm i lekarstwa dla podopiecznych. Czuła się jednak szczęśliwsza niż kiedykolwiek w życiu, robiąc to, co kocha. Była zresztą nieśmiała i niezbyt towarzyska, a po tragicznym epizodzie na studiach nabrała urazu do mężczyzn, toteż przyznawała, że zdecydowanie woli towarzystwo zwierząt niż ludzi.

Usłyszawszy warkot samochodu, Kylie podeszła do drzwi i oznajmiła:

– Jess, przyjechał twój tata.

Robert Martin pomimo nawału pracy regularnie odwiedzał córkę i często pomagał jej naprawiać siedziby zwierząt i ogrodzenie. Był cichym pięćdziesięciokilkuletnim mężczyzną, dobrym mężem i ojcem. Jess ceniła sobie jego miłość i wsparcie, zwłaszcza odkąd odkryła, że nie jest jej rodzonym ojcem. O tym wiedziało jednak niewiele osób spoza kręgu rodziny.

– Nakarmię zwierzęta – zaoferowała się Kylie, gdy krępy siwowłosy mężczyzna wszedł do szopy i przywitał ją skinieniem głowy.

– Jedną chwilkę, tato – rzuciła Jess, pochylając się nad psem i smarując jego rany maścią antyseptyczną. – Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj, w niedzielę rano.

– Muszę z tobą porozmawiać – oświadczył i dziwny ton jego głosu sprawił, że Jess podniosła na niego spojrzenie szarych oczu.

Był blady, spięty i postarzały. Nie widziała go w takim stanie, odkąd w ubiegłym roku u jej matki wykryto raka.

– Co się stało? – spytała z niepokojem.

– Najpierw dokończ opatrywać pacjenta.

Jess przeszył dreszcz lęku. Czyżby rak matki powrócił? – pomyślała w panice. Starała się jednak opanować. Może to wcale nie jest żadna zła wiadomość?

– Zaczekaj w domu, zaraz przyjdę – powiedziała.

Drżącymi rękami zabandażowała ranę, a potem wprowadziła psa do boksu i przez chwilę przyglądała się, jak z zapałem wcina swój zapewne pierwszy od wielu tygodni porządny posiłek. Następnie pospieszyła do domu. Wstąpiła do łazienki, żeby wyszorować ręce, i weszła do kuchni. Ojciec siedział przy zniszczonym sosnowym stole.

– Zatem o co chodzi? – spytała w napięciu.

Spojrzał na nią brązowymi oczami pełnymi troski i poczucia winy.

– Zrobiłem coś naprawdę bardzo głupiego – wyznał. – Wybacz, że przyszedłem z tym do ciebie, ale boję się powiedzieć matce. Tyle ostatnio przeszła…

– Po prostu wyrzuć to z siebie – rzekła łagodnie Jess, siadając naprzeciwko, przekonana, że ojciec zapewne przesadza. Był uczciwym, powszechnie lubianym i szanowanym człowiekiem, i nie wyobrażała sobie, aby mógł popełnić coś naprawdę złego.

Robert Martin potrząsnął głową.

– Przede wszystkim, pożyczyłem kupę pieniędzy… i to od niewłaściwych ludzi.

Zaskoczona Jess szeroko rozwarła oczy.

– Wpadłeś w długi?

Ojciec westchnął ciężko.

– To jeszcze nie wszystko. Pamiętasz, po zakończeniu kuracji twojej matki zabrałem ją na wakacje w rejs wycieczkowy?

Jess powoli skinęła głową.

– Zdziwiło mnie, skąd wziąłeś na to pieniądze, ale powiedziałeś, że miałeś oszczędności.

– Skłamałem – przyznał zawstydzony. – Nigdy nie zdołałem niczego odłożyć, mimo ciężkiej pracy. Pożyczyłem od brata twojej matki, Sama Welcha.

– Ale przecież wiesz, że on jest lichwiarzem! – zawołała skonsternowana Jess. – Sama słyszałam, jak ostrzegałeś przed nim innych ludzi.

– Zwróciłem się najpierw do banku, ale mi odmówili. Sam Welch współczuł twojej mamie z powodu choroby i zapewnił mnie, że nie będzie nalegał na szybki zwrot długu. Zachował się miło i przyjaźnie. Obecnie jednak jego interes przejęli synowie, Jason i Mark, o wiele bardziej bezwzględni wobec dłużników.

Jess jęknęła głośno. Zastanowiła się gorączkowo, jak mogłaby mu pomóc. Poczuła się winna, gdyż chociaż zarabiała więcej niż ojciec czy obaj jej bracia, jednak też niczego nie zaoszczędziła.

– Pierwotna suma ogromnie urosła o odsetki – ciągnął ojciec. – A Jason i Mark nękali mnie już od kilku miesięcy. Jeździli za mną, wydzwaniali w dzień i w nocy, przypominając, ile jestem im winien. Coraz trudniej przychodziło mi ukrywać tę sprawę przed twoją matką. Byłem zrozpaczony. Toteż kiedy zaproponowali mi układ…

– Jaki układ? – przerwała mu oszołomiona Jess.

– Postąpiłem jak cholerny głupiec, ale obiecali, że umorzą mój dług, jeśli im pomogę.

Widok dojmującego strachu i żalu na twarzy ojca przejął Jess lękiem.

– W czym im pomogłeś?

– Powiedzieli mi, że chcą zrobić zdjęcia wnętrza rezydencji Halston Hall i sprzedać je ilustrowanemu magazynowi. Zapewniali, że zarobią na tym kupę forsy. Nie widziałem w tym niczego złego.

– Naprawdę? – spytała z niedowierzaniem Jess. – We wpuszczeniu obcych ludzi do domu twojego chlebodawcy?

– No cóż, wiedziałem, że panu Silvestriemu by się to nie spodobało – przyznał żałośnie. – Ale sądziłem, błędnie, jak się okazało, że nikt się o niczym nie dowie.

Jess w końcu pojęła. Z grymasem przerażenia na twarzy wstała z krzesła.

– O mój Boże! To włamanie do rezydencji… kradzież obrazu! Zostałeś wmieszany w ten rabunek? – spytała z niedowierzaniem.

– Dałem im kody dostępu i karty magnetyczne do drzwi – wyznał drżącym głosem pobladły Robert Martin. – Naprawdę wierzyłem, że zamierzają tylko zrobić zdjęcia. Nie miałem pojęcia, że planują kradzież.

– Musisz natychmiast iść na policję i opowiedzieć o wszystkim! – zawołała Jess.

– Nie ma potrzeby. Wkrótce policja sama po mnie przyjdzie – odparł ponuro. – Wezwany przez pana Silvestriego specjalista ustali, którego kodu użyli rabusie. Podobno każdy z pracowników ma swój indywidualny, więc szef dowie się, że to ja jestem winny.

Jess ogarnęło przerażenie. Ojciec wykazał w tej sytuacji ogromną naiwność. Ale on przecież w gruncie rzeczy jest prostoduszny i naiwny, uświadomiła sobie. Niewykształcony, zatrudniony w posiadłości Halston jako majster do wszystkiego, aż do czasu tamtego rejsu nie podróżował ani nie pracował nigdy dalej niż pięćdziesiąt mil od miejsca urodzenia.

– Czy to Welchowie ukradli ten obraz?

– Wiem tylko, że dałem im kody i kartę magnetyczną, którą następnego ranka znalazłem w skrzynce na listy. Po tygodniu ostrzegli mnie, żebym trzymał gębę na kłódkę. Kiedy później rozmawiałem z nimi o tym rabunku, twierdzili, że nie mają z nim nic wspólnego i mogą przedstawić alibi na tamten wieczór. Sam nie wiem, co o tym myśleć. Nie wyglądają mi na międzynarodowych złodziei dzieł sztuki. Być może przekazali kody i kartę komuś innemu, ale nie mam na to żadnego dowodu.

Jess pomyślała z drżeniem o Cesariu di Silvestrim, włoskim miliarderze i przemysłowcu. Ten człowiek nie przebaczy ani nie puści tego płazem. A kto uwierzy w wersję jej ojca i w to, że nie współdziałał z kuzynami żony? Nie będzie się liczyło, że pracuje w posiadłości od ponad czterdziestu lat, nie popełnił dotąd najmniejszego wykroczenia i cieszy się dobrą reputacją. Przeważy fakt, że dopuszczono się poważnego przestępstwa, a on jest głównym podejrzanym.

Gdy Robert Martin przed wyjściem ostrzegł ją, by nie wspominała o niczym matce, z niezadowoleniem zmarszczyła brwi.

– Powinieneś jej powiedzieć.

– Stres może wywołać u niej nawrót choroby – zaoponował zmartwiony.

– Dozna o wiele większego szoku, jeśli w domu nieoczekiwanie zjawi się policja.

– Zawiodłem ją – rzekł ojciec, kiwając smutno głową. – Nie zasłużyła na to.

Jess nie znalazła żadnych słów pocieszenia. Przyszłość istotnie jawiła się w ponurych barwach. Po jego wyjściu zastanowiła się, czy powinna spróbować pomówić w tej sprawie z właścicielem posiadłości. Na nieszczęście, jej relacje z Cesariem di Silvestrim wyglądały dość niezręcznie. Zaprosił ją kiedyś na kolację, a ona nie mogła odmówić pracodawcy ojca i swojemu najważniejszemu klientowi. Oblała się rumieńcem na wspomnienie katastrofalnego przebiegu tamtego spotkania. Obecnie nie lubiła odwiedzać stadniny w Halston Hall, kiedy Cesario przebywał w posiadłości. W jego obecności czuła się okropnie speszona i traciła profesjonalną pewność siebie.

To nie znaczy, że zachowywał się wobec niej nieuprzejmie. Przeciwne, prezentował zawsze nienaganne maniery. Nie mogłaby się też skarżyć, że ją molestuje, ponieważ już nigdy więcej jej nie zaprosił. Nie miała pojęcia, dlaczego w ogóle uczynił to nawet ten jeden raz, jako że w niczym nie przypominała efektownych i uwodzicielskich bywalczyń imprez ani gwiazdek filmowych, z którymi zwykle się spotykał.

Wiedziała, że Silvestri ma reputację rozpustnika. Rodzice Jess mieszkali po sąsiedzku z jego byłą gospodynią Dot Smithers. Jej opowieści o szalonych przyjęciach, na które sprowadzano rozwiązłe kobiety, aby zabawiały męskich gości, przeszły w miasteczku do legendy i dostarczyły strawy skandalizującym tabloidom. Jess sama parokrotnie widziała Cesaria w towarzystwie kilku kobiet rywalizujących o jego względy i nie miała powodów wątpić, że niekiedy zabawia się w łóżku z więcej niż jedną na raz.

Dlatego bynajmniej nie pragnęła, by jeszcze kiedyś ją zaprosił. Nawet pomijając skandaliczne plotki na jego temat, pochodził z całkiem innego świata niż ona, a Jess uważała, że ludzie nie powinni przekraczać granic własnej sfery. Jej matka uczyniła to w młodości i zapłaciła wysoką cenę.

Katastrofalna kolacja z Cesariem jeszcze bardziej utwierdziła Jess w tym przekonaniu. Zabrał ją do wytwornej restauracyjki. Natychmiast zorientowała się, że w porównaniu z innymi kobietami jest nieodpowiednio ubrana. Musiał jej przetłumaczyć menu wydrukowane pretensjonalnie w jakimś obcym języku, a w trakcie posiłku nieustannie usiłowała się domyślić, jakich sztućców powinna użyć do kolejnych dań.

Najgorsze jednak, że po kolacji zaproponował jej, by spędziła z nim noc. Wobec kobiet nie był po prostu szybki, lecz działał z prędkością ponaddźwiękową. Jego propozycja zraniła dumę Jess i jej poczucie własnej wartości. Czy uznał ją za tak łatwą, że wskoczy do jego łóżka po zaledwie jednym pocałunku?

Owszem, ten pocałunek był wyjątkowy, lecz wprawa Cesaria jeszcze bardziej ją zirytowała. Jess miała zbyt wiele zdrowego rozsądku i szacunku dla samej siebie, by wdać się w romans z tym nieprzyzwoicie bogatym kobieciarzem. Taki nierówny związek prowadzi jedynie do cierpienia, czego przykład widziała we własnej rodzinie.

Tak czy owak, w ciągu kilku ostatnich lat zrezygnowała z kontaktów z mężczyznami, aby nie komplikować sobie życia. Żałowała jedynie, że mając trzydzieści jeden lat może już nigdy nie urodzić, chociaż zawsze uwielbiała dzieci. Zdawała sobie również sprawę, że pod wieloma względami przelała niespełnione macierzyńskie uczucia na zwierzaki. Parokrotnie rozważała zajście w ciążę i zostanie samotną matką, ale nie chciałaby skazać swego dziecka na dorastanie bez ojca.

Następnego ranka po wizycie ojca i nocy spędzonej bezsennie na rozmyślaniach o tym, co od niego usłyszała, poszła na weterynaryjny oddział chirurgiczny i zbadała jedynego pacjenta – kota z chorą wątrobą. Potem przyjmowała wizyty w lecznicy i zajmowała się najróżniejszymi przypadkami: martwą już złotą rybką przyniesioną w słoiku, psem, któremu musiała nałożyć kaganiec, by moc go zbadać i wykurować, czy tracącą pióra, lecz ogólnie zdrową papugą.

Matka Jess, Sharon, nie zadzwoniła, z czego wywnioskowała, że ojciec nie odważył się jeszcze poinformować jej o swoich kłopotach.

Jess wiedziała, że Silvestri przyleciał ubiegłego wieczoru do Anglii. Nie łudziła się, że zdoła wpłynąć na niego w sprawie ojca, ale po namyśle doszła do wniosku, że musi przynajmniej spróbować. We wtorek postanowiła wykorzystać okazję podczas swoich cotygodniowych oględzin oźrebionych klaczy w jego stadninie. Za każdym razem, gdy tam jechała, zabierała ze sobą na przemian połowę swej psiej gromadki. Dziś kolej wypadała na Johnsona, owczarka collie, który stracił łapę i oko w okropnym wypadku z maszyną rolniczą, Dozy, byłą wyścigową charcicę cierpiącą na narkolepsję, oraz wielkiego znerwicowanego wilczura Hugsa.

Cesario zorientował się, że Jessica Martin się zbliża, gdy tylko zobaczył za bramą dziedzińca stajni jej trzy nieszczęsne psy. Zastanowił się leniwie, dlaczego ona bierze na siebie zajmowanie się zwierzętami porzuconymi przez innych ludzi. Trudno byłoby sobie wyobrazić bardziej żałosną czeredę. Olbrzymi niechlujny wilczur wył i zachowywał się jak przerośnięty szczeniak, charcica usnęła w kałuży, a collie na odgłos odległego warkotu samochodu skulił się z przerażenia i przykleił do ściany.

Po chwili Cesario dostrzegł drobną postać Jessiki z weterynaryjną torbą szczepionek na ramieniu. Gdy znalazła się bliżej, widok jej klasycznego profilu sprawił mu taką przyjemność, jakby oglądał piękny renesansowy portret Madonny. Miała nieskazitelną kremową cerę, delikatne, lecz mocne rysy, pełne zmysłowe wargi, cudownie świetliste srebrzystoszare oczy oraz gęste, długie czarne włosy, które wiązała zawsze w koński ogon. Nigdy nie używała kosmetyków i nie nosiła kobiecych strojów, o ile nie musiała, a jednak jej delikatna figura wyglądała nader pociągająco.

Miała na sobie sprane bryczesy, ciężkie, solidne buty i sfatygowaną impregnowaną kurtkę, którą już dawno powinno się wyrzucić na śmietnik. Stanowiła krańcowe przeciwieństwo kobiet, w jakich Cesario zwykle gustował – wyrafinowanych, wypielęgnowanych i eleganckich. Zastanawiał się, czy interesuje się Jessicą jedynie dlatego, że go wtedy odrzuciła, mimo że jej się podobał, co zauważył po sposobie, w jaki ukradkiem spoglądała na niego przy kolacji.

Przyjrzał się teraz jej smukłym udom w opiętych bryczesach. Wyobraził ją sobie nagą i poczuł przypływ żądzy. To go zirytowało, ponieważ nie lubił jedynie patrzeć na kobietę i nie móc jej dotknąć. Pożądanie na odległość to nie w jego stylu. Ale ona przecież nie jest w jego typie. Przypomniał sobie, jak zjawiła się na tamtej kolacji ubrana w workowatą czarną sukienkę i prawie się nie odzywała, bo nawet nie wiedziała, o czym miałaby z nim rozmawiać.

Jess niemal sparaliżowała świadomość, że Cesario di Silvestri jest w pobliżu. Wcześniej usłyszała ryk silnika sportowego ferrari, którym zawsze objeżdżał swoją posiadłość, zamiast używać o wiele bardziej odpowiedniego samochodu terenowego z napędem na cztery koła.

Jednak uroda tego mężczyzny zawsze wywierała na niej wrażenie. Ujrzała go stojącego nieopodal w swobodnej pozie. Mierzył prawie metr dziewięćdziesiąt, był szczupły, lecz barczysty i muskularny. Czarne włosy nosił krótko ostrzyżone, a śniada cera wyglądała nieskazitelnie, z wyjątkiem niewielkiej blizny na skroni. Miał klasyczny nos, wysokie kości policzkowe i zmysłowe usta.

Jessica zastanawiała się gorączkowo, co ma mu powiedzieć o swoim ojcu. Fakt, że Robert Martin na razie nie został aresztowany, świadczył, że jeszcze nie odkryto roli, jaką odegrał w kradzieży.

– Witaj, Jessico – powiedział Cesario.

– Dzień dobry, panie Silvestri – odrzekła, ignorując tę sugestię przejścia na ty.

Po chwili główny stajenny Perkins poprosił ją o radę w kwestii urazu ścięgna u ogiera, na który nie pomagały okłady z lodem ani bandażowanie. Poszła więc z nim do stajni. Soldier był cennym koniem i stajenny właściwie powinien wezwać ją wcześniej, by zastosowała leki przeciwzapalne, ale nie chciała go krytykować w obecności szefa.

Uporawszy się z tym przypadkiem, podeszła z wahaniem do Silvestriego i odezwała się głosem schrypniętym z napięcia:

– Cesario, chciałabym zamienić z tobą kilka słów.

Popatrzył na nią, nawet nie próbując ukryć zdziwienia, że tym razem zwróciła się do niego po imieniu.

– Za chwilę będę wolny – rzekł z przeciągłym akcentem.

Jessica wraz ze swoimi psami zaczekała za bramą. Nadal nie wiedziała, co właściwie ma mu powiedzieć…