Święta z milionerem [Światowe Życie] - Lynne Graham - ebook
Opis

Media aż huczą od skandalu, jaki wywołał znany bankier Vito Zaffari. Vito z wiadomych sobie powodów zamiast wyjaśnić sytuację, ukrywa się przed paparazzi na angielskiej prowincji. Przyjdzie mu tu spędzić samotne święta Bożego Narodzenia. A jednak w dniu Wigilii do jego drzwi puka nieznajoma dziewczyna. Właśnie rozbiła samochód i nie ma jak wrócić do Londynu. Vito podejrzewa, że to dziennikarka, jednak nie potrafi wyrzucić jej z domu w śnieżną noc…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Lynne Graham

Święta z milionerem

Tłumaczenie:Ewa Pawełek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zimowy pejzaż Moorland zachwycał oszronionymi rzeźbami dostojnych drzew. Gdy terenowe porsche zjechało z autostrady na polną drogę, Vito miał wrażenie, że znalazł się w ogrodzie królowej lodu. Na jego pięknej twarzy o surowych rysach wciąż jednak malowało się znużenie. Dźwięk nadchodzącej wiadomości sprawił, że skrzywił się z niechęcią. Nawet nie zerknął na wyświetlacz. Gdy znalazł się na podjeździe eleganckiej willi, wysiadł z samochodu i podszedł do drzwi, pozostawiając kierowcy wyładowanie bagaży.

W jednej chwili powitało go przyjemne ciepło. Ogień wesoło trzaskał w kominku, a Vito bronił się przed uczuciem ulgi i spokoju, które powoli go ogarniało. Nie był tchórzem. Wcale nie uciekł od swojej byłej narzeczonej, co mu wyrzucała w gorzkich oskarżeniach. Nie zamierzał opuścić Florencji, gdyby nie doprowadziły go do ostateczności nieustanne pogonie niezmordowanych paparazzich. Zrozumiał, że póki nie zniknie im z oczu, wciąż będzie dostarczał taniej rozrywki namiętnym pochłaniaczom tabloidowych plotek.

Niechętnie skorzystał z rady swojego najlepszego przyjaciela Apolla i postanowił zniknąć na jakiś czas. Musiał przyznać, że jego matka miała już wystarczająco dużo zmartwienia, opiekując się mężem, którego udało się wyratować po kolejnym skomplikowanym ataku serca. Nie chciał, aby musiała jeszcze znosić wstyd i zakłopotanie z powodów nagłej a wątpliwej popularności swojego jedynego syna. Nie miał złudzeń, że Apollo ma więcej doświadczenia w radzeniu sobie z tego rodzaju skandalami obyczajowymi. Ten grecki bawidamek prowadził życie o wiele bardziej beztroskie niż Vito, który od wczesnej młodości dźwigał na swoich barkach ciężar odpowiedzialności następcy prezesa Banku Zaffari. To dziad, patriarcha rodu, wprowadził go w historię i tradycje rodziny, której korzenie sięgały średniowiecza, gdy to nazwisko kojarzone było z maksymą „honor i godność”. To już nie te czasy, pomyślał gorzko. Teraz jest sławny z zupełnie innych powodów: bankier, który nadużywał narkotyków i striptizerek.

Nie w moim stylu, zupełnie nie, przeżuwał tę gorycz, odrywając się na chwilę od smętnych myśli, aby podziękować kierowcy i dać mu suty napiwek. Gdy przypomniał sobie zarzut nadużywania narkotyków, aż jęknął. Jego najbliższy przyjaciel w liceum zażył coś na dyskotece, co go zabiło, i od tego czasu Vito nie tykał podejrzanych substancji. A jeśli chodziło o prostytutki? Prawdę mówiąc, nie był już nawet w stanie sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni uprawiał seks. Co prawda jeszcze do zeszłego tygodnia miał narzeczoną, ale Marzia nigdy nie była zainteresowana tą sferą związku.

‒ Jest damą do szpiku kości. ‒ Dziadek zdążył zaaprobować jego wybór na krótko przed śmiercią. ‒ To jedna z Ravello, z właściwym pochodzeniem i wychowaniem. Będzie się doskonale prezentować w twojego boku jako matka twoich dzieci.

Już nie, skrzywił się Vito, spoglądając na telefon i otwierając kolejną wiadomość od swojej eks. Dobry Boże, czego ona znowu od niego chciała? Przyjął bez mrugnięcia jej decyzję o zerwaniu zaręczyn i, nie tracąc czasu, wystawił na sprzedaż dom, który już zaczęła urządzać według swojego gustu – ten, który miał się stać ich wytworną siedzibą. Okazało się jednak, że bardzo ją to dotknęło, nawet jeśli zapewnił, że może zachować absolutnie wszystkie elementy wyposażenia.

„Co z obrazem Abriano?” – pytała.

Zaznaczył już, że będą musieli oddać prezent zaręczynowy, jaki otrzymali od dziadka. Był wart dziesiątki milionów. Jak wielkie odszkodowanie będzie musiał jej zapłacić? Zaproponował, by zatrzymała dom, ale odmówiła.

Mimo swojej szczodrości wciąż czuł się winny. Wkroczył w jej życie i naraził na szwank reputację tej wyrafinowanej kobiety. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu komuś zaszkodził. Pod wpływem chwili podjął decyzję, za którą głównie zapłaciła Marzia i nawet najszczersze przeprosiny nie były w stanie temu zadośćuczynić. Nie mógł jednak powiedzieć jej prawdy, bo nie był pewien, czy byłaby w stanie dochować tajemnicy. Vito dokonał bardzo trudnego wyboru i był gotów ponieść wszystkie jego ciężkie konsekwencje.

Z pewnością dlatego usunięcie się z życia publicznego na kilka tygodni po świętach Bożego Narodzenia napełniało go poczuciem winy, bo pierwotne instynkty nawoływały do walki i stawienia czoła wszelkim wyzwaniom.

‒ Ritchie to podła, kłamliwa świnia! ‒ Pixie, najlepsza przyjaciółka i współlokatorka Holly z pasją rzuciła słuchawką.

Holly uśmiechnęła się smutno i instynktownym ruchem przeczesała gęste, czarne kręcone włosy. Jej błękitne oczy pełne były współczucia.

– Mnie akurat nie musisz tego udowadniać.

‒ Dokładnie jak ten twój ostatni adorator, który wyciągnął od ciebie wszystkie oszczędności – przypomniała jej Pixie z typowym dla jej żywiołowego charakteru brakiem taktu. – Albo ten, który chciał cię poślubić tylko dlatego, żebyś była pielęgniarką jego przewlekle chorej matki.

Holly skrzywiła się na myśl o swoich zniechęcających doświadczeniach z mężczyznami. Zdała sobie sprawę, że nie mogła gorzej trafiać, nawet gdyby specjalnie przygotowała sobie listę aroganckich, egoistycznych i nieuczciwych, a już szczególnie przegranych życiowo kandydatów na męża.

– Nie wracajmy już do przeszłości – poprosiła skwapliwie, pragnąc jak najszybciej skupić się na czymś bardziej pozytywnym.

Pixie jednak nie dawała się tak łatwo zniechęcić.

– I cóż teraz zamierzasz robić? Na resztę wakacji jesteś uziemiona w Londynie. Zanudzisz się na śmierć.

Twarz Holly rozjaśniła się nagłym entuzjazmem.

– Spędzę święta z Sylwią!

‒ Ale miała przecież wyjechać do córki, do Yorkshire.

‒ Nie, Alice odwołała wizytę w ostatniej chwili. Przez mrozy pękła jakaś rura i cały dom jest zalany. Sylwia była ogromnie rozczarowana. Ale jak dla mnie, może dobrze się stało.

‒ Wiesz, nienawidzę cię za to, że praktycznie w jednej chwili jesteś w stanie się pozbierać po tragedii i znów patrzeć na życie optymistycznie – westchnęła Pixie. – Powiedz mi przynajmniej, że Ritchie dostał to, na co zasłużył.

‒ Powiedziałam mu, co o nim myślę… lakonicznie. – Wrodzona szczerość nie pozwalała jej kłamać. Była zbyt delikatna na to, by robić karczemne awantury w obecności swojego półnagiego chłopaka i jeszcze bardziej nagiej kobiety, z którą postanowił ją zdradzić. – Pożyczysz mi samochód, żebym mogła pojechać do Sylwii?

‒ Jasne. Musisz mieć samochód. Inaczej się tam nie dostaniesz. Uważaj tylko, bo chyba zapowiedzieli obfite opady śniegu.

‒ Zawsze obiecują, że będzie padał śnieg, gdy zbliżają się święta – wymruczała Holly, ignorując ostrzeżenie. – Wezmę też choinkę i ozdoby, które dokupiłam w tym roku. Może pożyczysz mi też swoje przebranie Świętego Mikołaja? Sylwia pęknie ze śmiechu.

‒ Będzie zachwycona, gdy cię zobaczy – zapewniła Pixie ciepło. – To był dla niej bardzo trudny rok. Najpierw straciła męża, a potem musiała wyprowadzić się z własnego domu, bo nie była w stanie go utrzymać.

Holly trzymała się kurczowo swojego obiecującego pomysłu. Wyobrażała sobie, jak bardzo ucieszy się jej przybrana matka. Zamierzała wyjechać od razu, jak skończy popołudniową zmianę w ruchliwej kawiarni, gdzie pracowała. Dziś Wigilia, a Holly zawsze uwielbiała święta. Być może dlatego, że dorastała w rodzinach zastępczych i zawsze towarzyszyła jej bolesna świadomość braku własnej rodziny, z którą mogłaby przeżywać te wyjątkowe chwile. Pixie, która starała się dodać jej otuchy, próbowała ją przekonać, że święta bliższe są rodzinnego koszmaru niż wyidealizowanego obrazu, jaki sobie stworzyła. A mimo to Holly wciąż miała nadzieję, że pewnego dnia uda się przekuć marzenia w rzeczywistość, gdy będzie miała męża i własną rodzinę. Tego właśnie pragnęła i mimo ostatnich niepowodzeń zrozumiała, że to właśnie marzenia pozwalały przetrwać najtrudniejsze momenty.

Ona i Pixie trafiły na wychowanie do Sylwii Ware, gdy skończyły dwanaście lat. Ciepło i zrozumienie, jakiego zaznały od starszej już kobiety, wynagrodziły im wcześniejsze lata zaniedbania, gdy były oddawane do przypadkowych opiekunów z bezlitosnego systemu opieki społecznej. Holly żałowała teraz, że nie słuchała Sylwii, gdy zachęcała ją, by bardziej przyłożyła się do nauki. Ponieważ często zmieniała szkoły, nie starała się za bardzo i zaakceptowała swoje dostateczne, a czasem nawet mierne oceny. Dopiero niedawno, gdy skończyła dwadzieścia cztery lata, udało jej się naprawić te zaniedbania na wieczorowych zajęciach, co pozwoliło jej zdać maturę. Dzięki temu miała otwartą drogę do dalszej edukacji. Nie bardzo mogła pozwolić sobie na dzienne studia, ale zapisała się na internetowy licencjat z wystroju wnętrz.

‒ Co ci to niby da? – pytała Pixie bez ogródek, która edukację zakończyła na kursie fryzjerskim po szkole podstawowej.

‒ To mnie naprawdę fascynuje. Lubię patrzeć na pusty pokój i wyobrażać sobie, jak można byłoby go urządzić.

‒ Osoby z naszą przeszłością nie mają wiele wspólnego z tymi snobistycznymi projektantkami wnętrz – zaznaczyła celnie Pixie. – Myślisz, że ktoś cię zatrudni? Takie jak my nie mogą sobie pozwolić na robienie kariery dla przyjemności, ale muszą zarabiać pieniądze, żeby opłacać rachunki.

Holly westchnęła, patrząc z zazdrością, jak koleżanka z lubością zajada kolejne maślane szkockie ciasteczko, które najpierw macza w herbacie. Ona musiała stale mieć się na baczności, żeby jej okrągłe kształty nie stały się zbyt pulchne. Pixie miała szczęście. Odziedziczyła inne geny. Jadła praktycznie bez przerwy, a wciąż wyglądała na chudą. Holly często się zastanawiała, po kim odziedziczyła figurę i śniadą cerę. Czy jej matka poznała kogoś za granicą? Wiedziała jednak, że już nigdy się tego nie dowie.

Szybko pakowała do torby najpotrzebniejsze rzeczy i z przyjemnością myślała, że jeszcze tego wieczoru zaśnie na sofie w przytulnym salonie Sylwii. Dekoracje świąteczne, które kupiła, będą tam bardzo pasować. Spakowała też wszystkie smakołyki, które kupiła specjalnie na święta. Przynajmniej one się nie zmarnują, pomyślała, gdy nagle przed oczami stanęła jej brzydka scena między byłym a recepcjonistką w obskurnym biurze, której była świadkiem. Zrobiło jej się niedobrze na samo wspomnienie. Robili to nawet w środku dnia, pomyślała, wzdrygając się. Nie była w stanie sobie nawet wyobrazić, że mogłaby uprawiać seks na biurku w pełnym świetle dnia. Chyba nie była zbyt żądną tego rodzaju przygód osobą. W sumie obie, Pixie tak samo, były dość staromodne pod tym względem. Już jako małe dziewczynki miały do czynienia z chaosem nieudanych związków swoich mam i obiecały sobie, że nigdy nie pozwolą się w ten sposób wykorzystywać mężczyznom. Oczywiście, gdy zaczęły dorastać, hormony zmodyfikowały te surowe zasady. Jednak mimo wszystko postanowiły zarezerwować uprawianie seksu dla prawdziwego i poważnego związku. Jakże były naiwne.

Mężczyźni, którzy jej się podobali, uciekali gdzie pieprz rośnie, jak tylko się zorientowali, jakie ma oczekiwania. Inni byli bardziej wytrwali, ale może dlatego, że bardzo zależało im na tym, żeby się dostać do jej łóżka.

– Myślałaś, że będę czekał wiecznie? – wykrzyczał jej Ritchie, obwiniając ją o swoją ewidentną zdradę. – Myślisz, że jesteś taka wyjątkowa?

Holly wzdrygnęła się z przykrością, bo uderzył wtedy w czuły punkt. Zawsze wiedziała, że nie ma w niej nic wyjątkowego.

Śnieg padał coraz gęściej, gdy wjechała już na polną drogę starym samochodem, który Pixie nazywała Klementyną. Jęknęła zaniepokojona. Uwielbiała śnieg, ale nie za bardzo umiała prowadzić w takich warunkach. Na szczęście udało się bez większych problemów dotrzeć do domku Sylwii, który zastanawiająco pogrążony był w ciemnościach. Być może starsza pani poszła do kościoła albo odwiedzić sąsiadkę? Podeszła do drzwi i zastukała energicznie. Po kilku chwilach zapukała ponownie, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. Wreszcie obeszła dom i boczną ścieżką podeszła do willi obok, rzęsiście oświetlonej. Gdy zapukała, drzwi otworzyły się prawie natychmiast.

‒ Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałam spytać, czy wie pani może, gdzie jest Sylwia? Mam nadzieję, że szybko wróci ‒ dodała z zachęcającym uśmiechem.

‒ Sylwia wyjechała dziś po południu. Pomogłam się jej pakować. O ile wiem, nikogo nie oczekiwała – odpowiedziała przezornie starsza pani.

‒ A więc mimo wszystko pojechała do córki – jęknęła Holly, czując, jak ściska jej się serce.

‒ Nie, to nie córka po nią przyjechała, ale syn. Wysoki, w garniturze. Zabrał ją do Brugii czy Belgii… czy gdzieś tam – dorzuciła sąsiadka, machnąwszy niedbale dłonią.

‒ Do Brukseli. Tam mieszka Stefan – wyjaśniła. – Czy mówiła może, na jak długo zamierza wyjechać?

‒ Chyba przynajmniej na kilka tygodni. Tak mi się wydaje.

Holly pożegnała się zrezygnowana, jakby uszła z niej cała energia. Bez entuzjazmu poczłapała w stronę samochodu.

‒ Uważaj w drodze powrotnej – przestrzegła ją jeszcze z oddali starsza pani. – Zapowiadają duże opady śniegu.

‒ Dziękuję! Będę ostrożna. – Holly odwróciła się i pomachała na pożegnanie, zmuszając się do uśmiechu. – Wesołych świąt!

Jej będą na pewno bardzo wesołe, pomyślała z goryczą, czując łzy w oczach. Nie powinna się mazać. Sylwia będzie miała prawdopodobnie przemiłe święta, otoczona wnukami, które rzadko widywała. Holly była naprawdę wdzięczna Stefanowi, że zatroszczył się o matkę. Wytarła zamaszyście łzy, wyrzucając sobie, że jest taką egoistką. Była młoda, zdrowa i miała pracę. Nie miała powodów, żeby się uskarżać.

Może po prostu tęsknię już za Pixie, pomyślała, jadąc powrotną drogą. Młodszy brat jej przyjaciółki znów wpadł w kłopoty. Każdy ma swoje zmartwienia, uświadomiła sobie, starając zapanować nad tańczącym na oblodzonej szosie samochodem. Ona i tak miała ich mniej niż większość ludzi, nie powinna się więc nad sobą użalać.

Nagle silny podmuch wiatru sprawił, że samochód obrócił się na jezdni i ze szczękiem uderzył w przydrożne drzewo. Holly starała się opanować ogarniające ją przerażenie. Odetchnęła głęboko i zgasiła silnik. Nic jej się nie stało. Nie uderzyła w nikogo. Mogła być wdzięczna losowi, że tylko tak skończyła się jej szalona eskapada.

Po chwili wysiadła z samochodu, aby zobaczyć, w jakim jest stanie. Całe boczne drzwi były kompletnie zniszczone. Mój Boże, ile będzie kosztować naprawa? – pomyślała z przerażeniem.

Ale prawdziwy lęk ogarnął ją dopiero, gdy rozejrzała się dookoła. Droga pokryta była grubą warstwą nieskazitelnego śniegu. Była Wigilia i Holly zdała sobie sprawę, że już nikt nie będzie tędy przejeżdżał. Wyjęła telefon i przez chwilę zastanawiała się, co robić. Nigdy w życiu nie czuła się bardziej samotna. Nie miała nikogo bliskiego, do kogo mogłaby zadzwonić po pomoc. Musiała radzić sobie sama. Lęk narastał, gdy się zorientowała, że nie ma nawet zasięgu. Telefon był więc i tak bezużyteczny. Jeszcze raz rozejrzała się rozpaczliwie dookoła i wreszcie w oddali zobaczyła coś, co wyglądało jak światła domu. Oby tylko udało jej się tam dotrzeć jak najprędzej i wezwać pomoc, pomyślała pełna otuchy.

Vito smakował właśnie kieliszek wybornego wina, które uzyskało już niejedną nagrodę, zastanawiając się, jak spędzić ten wieczór, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Było to dla niego zaskoczenie, bo nie słyszał podjeżdżającego samochodu ani nie widział świateł. Gdy otworzył drzwi, spojrzał prosto w ogromne niebieskie oczy, które wpatrywały się w niego bezbronnie. W pierwszej chwili miał wrażenie, że to dziecko, ale szybko zorientował się, że ma do czynienia z dorosłą kobietą.

Holly nie mogła oderwać wzroku od zachwycającego mężczyzny, który stanął w progu. Wyglądał jak bohater z jej najśmielszych snów. Zawsze marzyła, aby spotkać kogoś takiego. Jednocześnie jednak jego chłód sprawiał, że bała się odezwać i poprosić go o pomoc. Wyglądał tak nieskazitelnie w białej koszuli i ciemnym garniturze, że czuła się przy nim jeszcze bardziej niepozornie w luźnych i znoszonych ciuchach, jakie założyła na podróż.

‒ W czym mogę pomóc? – spytał ostrożnie, przypominając sobie, jak pomysłowi potrafią być paparazzi. Gdyby wcześniej o tym pomyślał, w ogóle nie otwierałby drzwi.

‒ Czy mogłabym skorzystać z telefonu? Nie mam zasięgu, a potrzebuję wezwać pomoc. Mój samochód wpadł do rowu – wyjaśniła nieśmiało. – Czy ma pan może telefon stacjonarny?

Bardzo sprytnie, pomyślał Vito, świadomy, że jego telefon zawiera zbyt wiele ważnych informacji, by mógł go dać komukolwiek do ręki.

– To nie jest mój dom. Zaraz poszukam – odparł obcesowo i odwrócił się.

Nie zaprosił nawet, żebym weszła, pomyślała Holly rozpaczliwie, drżąc z zimna pod cienkim płaszczem. Buty miała już zupełnie przemoczone. Zorientowała się, że jest nieproszonym gościem. Chyba nigdy wcześniej nie spotkała przystojniejszego mężczyzny. I jednocześnie zimniejszego.

‒ Tu jest telefon! – zawołał z głębi. – Proszę wejść – zaprosił ją niecierpliwie, wymawiając angielskie słowa ze śpiewnym, południowym akcentem.

Holly wyjęła swój telefon, by odnaleźć numer do mechanika Pixie. Zrobiła krok, ale wpatrzona w ekran nie zauważyła wysokiego progu i potknęła się. Gdyby nie to, że w ostatniej chwili złapały ją silne ramiona, upadłaby i mocno się potłukła.

‒ Proszę uważać – wymruczał Vito, bez większego trudu podnosząc ją. Dopiero gdy dotknął przemoczonego płaszcza i spojrzał w świetle na prawie niebieską z zimna twarz zdał sobie sprawę, jak bardzo musiała być przemarznięta.

‒ Maledizione! Jesteś całkiem przemoczona. Dlaczego nic nie mówisz?

‒ Już wystarczająco dużo kłopotu sprawiam, przeszkadzając tego szczególnego wieczoru…

‒ Oczywiście, byłbym o wiele bardziej szczęśliwy, potykając się o twoje zamarznięte ciało w słoneczny poranek – ironizował. – Powinnaś była od razu powiedzieć..

‒ Masz chyba oczy – zauważyła przytomnie. – Ale odniosłam wrażenie, że jestem raczej nieproszonym gościem. Nie chcę sprawiać kłopotu – powtórzyła.

Vito był zaskoczony jej krytycznym komentarzem na swój temat. Chciał tylko być miły. Prawdę mówiąc, nie był w stanie sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni kobieta skrytykowała go za cokolwiek. Nawet gdy zrywał zaręczyny, Marzia powstrzymała się od jakiegokolwiek negatywnego komentarza pod jego adresem. Albo była kobietą o poziomie tolerancji niczym wszyscy święci, albo tak mało ją obchodził, że nie miało znaczenia, czy sypiał z innymi za jej plecami. Ta ostatnia myśl go nieco otrzeźwiła.

Czyżby był aż tak odpychający dla nieznajomej, że posądziła go o brak podstawowych manier? Poczuła się nieproszonym gościem? Jego dziadek zawsze go uczył utrzymywać dystans do innych, co bardzo mu się przydało jako prezesowi, gdy musiał zarządzać personelem. Nikt nigdy nie kwestionował jego poleceń.

Lekko poirytowany myślami, jakie wzbudziła ta nieoczekiwana wizyta, wyjął telefon z kieszeni.

– Najpierw wejdź i ogrzej się przy kominku. Zadzwonisz za chwilę – polecił bezdyskusyjnym tonem.

‒ Jesteś pewien, że nie będę przeszkadzać?

‒ Jakoś to zniosę.

Holly roześmiała się nagle. W ognistych błyskach kominka oczy dziewczyny lśniły niczym szafiry. A uśmiech dodał jej zupełnie niezwykłego uroku. Vito nie był typem mężczyzny, który często przygląda się kobietom. A jeśli już jakaś przyciągnęła jego uwagę, bez wahania podążał za instynktem. Ale w tej kobiecie niewątpliwie było coś innego. Po raz pierwszy wyczuwał tak wielką bezradność i niewinność pod pozorami swobody i obycia.

Holly starała się nie patrzeć na tego niebiańsko przystojnego mężczyznę, który budził w niej niebezpieczne uczucia. Ale był tak samczo męski, że wcale nie była zdziwiona swoją pierwotną reakcją. Bycie obok niego dodawało jej sił i energii. Odruchowo wyciągnęła dłoń w stronę ognia, a jej wyobraźnia poszybowała w najbardziej nieprzyzwoite rejony. Szybko jednak przywołała się do porządku. Jest tutaj tylko po to, by wezwać pomoc. Wyjęła telefon i odetchnęła z ulgą, widząc, że znów znalazła się w zasięgu swojego operatora. Szybko wybrała numer mechanika.

Vito starał się trzymać w ryzach obudzone nagle pożądanie. Nie mógł uwierzyć, że przytrafia mu się coś podobnego. Co z nim nie tak? Obudził się w nim nastolatek? Dziewczyna nawet nie była w jego typie. Zwykle otaczały go chorobliwie szczupłe blondynki o niebotycznie długich nogach, a przed sobą miał niewysoką, dość okrągłą i… szalenie seksowną kobietę, musiał przyznać. Przyglądał jej się, gdy rozmawiała. Prosiła o wybaczenie, że przeszkadza w Wigilię i musi prosić o pomoc, ale samochód wpadł w poślizg i uderzyła w drzewo.

Czy miał do czynienia z wyjątkowo przebiegłą dziennikarką z brukowca? Vito przyleciał do Anglii prywatnym odrzutowcem i wynajął limuzynę, aby tutaj dotrzeć. Tylko Apollo i jego matka Concetta wiedzieli, gdzie jest. Przyjaciel ostrzegł go, jak niewiarygodnych sztuczek używają prasowe hieny, by zdobyć dobrze sprzedające się zdjęcie czy informację. Dla bezpieczeństwa może przynajmniej sprawdzić, czy gdzieś niedaleko jest ten faktycznie uszkodzony samochód.

‒ Dopiero w drugi dzień świąt? – wyszeptała Holly z przerażeniem.

‒ Ale i tak pod warunkiem, że wcześniej tą drogą przejedzie odśnieżarka – wyjaśnił Bill. – Gdzie dokładnie jest ten samochód?

Na szczęście mechanik dobrze znał okolice i bez trudu się zorientował, gdzie Holly jest.

– Kojarzę tę luksusową willę, wynajmowaną na okresy świąteczne i wakacje. Czy możesz tam poczekać?

‒ Poradzę sobie – zapewniła, zastanawiając się, czy będzie mogła wymościć sobie jakieś miejsce do spania w samochodzie Pixie. – A może zna pan kogoś, do kogo mogłabym zadzwonić?

Wybrała numer, który jej podał, ale nikt nie odpowiadał.

– Wrócę teraz do samochodu – powiedziała do Vita, drżąc wewnętrznie z obawy, co ją tam czeka.

‒ Pójdę z tobą – zaproponował nieoczekiwanie. – Może będę mógł jakoś pomóc.

‒ Obawiam się, że nie. Chyba że masz tu jakiś traktor.

Holly zapięła płaszcz i odważnie wyszła na zewnątrz. Oświetlenie wokół domu włączyło się, prezentując iście bajkowy krajobraz. Przez chwilę wpatrywała się w zachwycie. Jedyne, czego jej brakowało, to dekoracje świąteczne. Nie było żadnych.

Vito założył kaszmirowy płaszcz i wziął nawet szalik.

‒ Jeśli nie masz innych butów, to nie będziesz mógł tam dojść, bo kompletnie przemoczysz nogi – zauważyła Holly, przyglądając się jego eleganckim półbutom.

Vito wrócił do domu i udało mu się znaleźć parę porządnych butów. W duchu pochwalił ją za przytomny pragmatyzm.

‒ Mam na imię Holly – przedstawiła się z uśmiechem, zachęcająco wyciągając rękę.

‒ Vito… Sorrentino – skłamał, używając nazwiska swojej babki. Nie zamierzał ryzykować, podając swoje. Nazwisko Zaffari przewijało się teraz we wszystkich kolorowych pismach, szczególnie w Europie, a informacja o tym, gdzie się znajdował, na pewno była warta sporo pieniędzy. Nie zamierzał pozwolić, by ktokolwiek na nim zarabiał.

Jego dziadek na pewno przewraca się teraz w grobie, widząc, na jaki skandal naraził rodzinne nazwisko. Vito był jednak naiwnie przekonany, że tak naprawdę nie zrobił nic złego. Utwierdziło go w tym przekonaniu ostatnie spotkanie z radą nadzorczą. Wszyscy obecni zapewnili go, że reputacja banku Zaffari nie ucierpiała i nadal jest on wiodącą finansową instytucją w Europie.

Tytuł oryginału:

The Italian’s Christmas Child

Pierwsze wydanie:

Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Tłumaczenie:

Ewa Pawełek

Redaktor serii:

Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne:

Marzena Cieśla

Korekta:

Hanna Lachowska

© 2016 by Lynne Graham

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 9788327640550

Konwersja do formatu EPUB: Legimi S.A.