Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
PUBLICYSTYKA
2 MATOHA Witold Vargas
3 WSZYSTKO, CO CHCIELIŚCIE WIEDZIEĆ O HOMERZE Aleksandra Klęczar
4 EKOKALIPSA I CO DALEJ? Jacek Inglot
10 MANGOWE REWOLUCJE Łukasz Czarnecki
16 DO ROBOTY! Dariusz Jemielniak
65 NOCNE WYCIE Agnieszka Haska, Jerzy Stachowicz
72 ŚMIERĆ PODTEKSTU Rafał Kosik
73 NAGRODY NOWEJ FANTASTYKI 2026 - WYNIKI
74 PANI I PAN TWARDOFSCY Bartek Sutor, Clarence Weatherspoon
78 BÓJMY SiĘ! Łukasz Orbitowski
PROZA POLSKA
17 WŁAŚCIWY CZŁOWIEK Marek Kolenda
26 CHWILA PRAWDY Wojciech Zembaty
PROZA ZAGRANICZNA
39 OGRÓD ADOMFY Clark Ashton Smith
43 ZŁĄCZNIK I RDZA Lavie Tidhar
53 DELHI Vandana Singh
62 JEŚLI KAPELUSZ PASUJE Algernon Blackwood
RECENZJE
67 KSIĄŻKI 73 TEATR 76 KOMIKS
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 253
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
7/2026 FANTASTYKA
Jerzy Rzymowski
Zamieszanie wokół wypowiedzi Olgi Tokarczuk na temat zastosowania przez nią AI w procesie twórczym przypomniało mi sytuację, kiedy napisałem do „NF” 06/25 wstępniak o Harrym Potterze. Po napisaniu wrzuciłem go do ChatGPT, żeby sprawdził, czy całość trzyma się kupy. AI wskazała mi drobne poprawki stylistyczne, ale też zaproponowała zmianę brzmienia puenty. I, mówiąc szczerze, jej propozycja była lepsza od mojej wersji. Mimo to, zostałem przy oryginalnym brzmieniu zakończenia – gdybym postąpił inaczej i dokonał tak głębokiej ingerencji w treść, miałbym poczucie, że tekst przestał być mój.
Trzy akapity, poniżej 2000 znaków ze spacjami, tytułem i podpisem. Co miesiąc muszę w tych granicach zmieścić jakąś myśl, rozwinięcie, przesłanie. ChatGPT pomaga mi w researchu (który później weryfikuję), niekiedy podsuwa stosowne cytaty, jeśli sam czegoś nie pamiętam, wyłapuje potknięcia, ocenia spójność efektu końcowego. Zawsze jednak wstępniak jest i pozostanie dziełem człowieka, a sytuacja, gdy AI zawstydziła mnie proponując lepszą puentę, motywuje mnie tylko do większego wysiłku intelektualnego i językowego, by odpowiednie dać rzeczy słowo.
Kiedy umiemy chodzić, noszenie wygodnych butów pracuje na naszą korzyść. Skoro istnieją, nikt nie wymaga, żebyśmy wszędzie ganiali na bosaka, ale nie oczekujemy raczej, że buty pójdą gdzieś za nas. Gdy człowiek ma zdrowe nogi, korzystanie z laski może zaszkodzić prawidłowej postawie; tym bardziej nikt o zdrowych zmysłach nie myśli, żeby zastąpić sprawne kończyny protezami. Tak samo powinniśmy traktować AI: jako narzędzie, które może usprawnić życie i na różne sposoby pomóc nam w rozwoju (np. mój przyjaciel używa Gemini do organizowania i monitorowania codziennych ćwiczeń). Powinno być butem, a nie protezą ‒ usprawniać, a nie zastępować. W przeciwnym razie, może się zdarzyć, że kiedy z lenistwa będziemy wysyłać AI, żeby biegała dla nas na posyłki, sami oduczymy się chodzenia. Przespacerujcie się z tą myślą.
Z kartek legendarza
Witold Vargas
Do nazwy tego demona dodaliśmy w naszym „Bestiariuszu” kilka synonimów, które prowadzą do dość ciekawych tropów. Matoha‒ ucieleśnienie zła, jest czymś w rodzaju diabła, straszydła, upiora, króla czarownic. Nazwa ta nie była popularna w Polsce. Zachowało się kilka śladów w materiałach etnograficznych z Podhala. W spisie wyrazów podhalańskich z 1885 August Wrześniowski pisze lakonicznie: Matocha – czarownica oraz matoszyć – czarować. Więcej można znaleźć u naszych sąsiadów: po słowacku matoha to straszydło, a po węgiersku ‒ widmo, upiór, mara, duch. Nie wnikając głębiejprzyjmuję, że określenie to przybyło do nas z południa, ale nie przekroczyło granicy Karpat. W „Bestiariuszu” umieściliśmy też inne nazwy tego demona ‒bobo ibubak, które dobrze są znane w Polsce jako strachy dziecięce. Ale dopisaliśmy też nazwę kościej. I tu można się na chwilę zatrzymać. Z kościejem sprawa jest bowiem nieco dłuższa i ciekawsza, aczkolwiek demon o tej nazwie również nie pochodzi dokładnie z naszego podwórka. Aby dowiedzieć się o nim więcej trzeba spojrzeć bardziej na wschód. Badacze nie doszli do konsensusu, czy nazwa „kościej” wywodzi się od kości, szkieletu, czy też od określenia osoby przeraźliwie chudej, a etymologia tego słowa prowadzi zarówno do znaczeń „władca”, jak i „niewolnik”, co wcale nie ułatwia sprawy.
Kościej miałby być kimś w rodzaju słowiańskiego Hadesa, a może nawet jego wykonawcą od najbrudniejszej roboty. Mamy przecież słowiańskiego boga chtonicznego, ale jest nim Weles, który nie jest szczególnie mroczny ani zły. Owszem, włada Nawią, lecz nie w negatywnym znaczeniu. Z podziemia, a więc także z ziemi, rodzą się przecież plony i trawa, którą żywi się bydło.
Kościej natomiast reprezentuje trochę inny aspekt sił nadprzyrodzonych. Jest przede wszystkim nieśmiertelny, a to dlatego, że jego dusza nie znajduje się w ciele, tylko w jajku, które jest w kaczce, która jest w szuwarach, które są gdzieś pośrodku wielkiej wody. A więc można takiego kościeja tłuc czym się da i gdzie popadnie, a on z przeraźliwym uśmiechem na twarzy wciąż będzie stawał na równe nogi. We wschodniosłowiańskich opowieściach ten książę ciemności porywa piękne damy, a rycerze muszą się potem nieźle namęczyć, żeby je odzyskać. Natomiast na „zachodzie” bywa z tym różnie. Otóż nazwa kościej nie jest zbyt popularna, ale kiedy mówimy o miedzianym dziadku czy olbrzymie o miedzianych wąsach, to tak naprawdę mamy na myśli mniej więcej tę samą postać. Miedziany dziad wyłania się z podziemi. Do jego kryjówki prowadzi głęboka jaskinia znajdująca się na odległej wyspie. Dziewczyna, która we wschodnich wersjach jest jego branką, u nas zwykle występuje jako jego siostra lub córka. Owszem, chce się wyrwać do jakiegoś przystojniaka, ale nie dlatego, że miedziany dziad ją więzi. Stosunki są tu całkowicie odwrócone. Miedziany dziad życzy młodej dziewczynie jak najlepiej i chętnie pomaga jej w walce z przeciwnościami losu.
Nasze polskie baśnie oparte na tych motywach są arcyciekawe. Można znaleźć ich całkiem sporo w zbiorach Oskara Kolberga „Lud”, w czasopiśmie „Wisła” oraz w innych opracowaniach regionalistów. Wspaniała przygoda ‒ polecam. W jednej wersji, dziad o miedzianych wąsach powstaje z podziemi i rusza na ludzi, a jego wąsy, niczym olbrzymie kosy sieką wszystko co stanie na ich drodze. Godzilla może się schować. No, ale ten typ dobrego tytana wyłaniającego się z wnętrza ziemi zachował się tylko w niektórych baśniach. W innych, a stanowią one większość, jest to wredny dziad, a przy tym obrzydliwy, bo ciągnący za sobą brodę trzy razy dłuższą niż on sam. Złośliwy, szkodzący dla frajdy i trzymający w niewoli aż trzy śliczne panny i to nie tylko po to, by gotowały i wycierały kurze w jego podziemnym pałacu. W jednym motywie baśniowym z dziadem walczą waligóra i rozdziradąb, a nie mogą mu dać rady. Dopiero musi się z nim zmierzyć żelazna pała, zwany w innych wersjach dydakiem (bo dwadzieścia lat mleko ze swojej matki dydkał), by sprawy ruszyły naprzód. Dość powiedzieć, że wszystkie historie z tym archetypem podziemnego zła bazują na podróży między dwoma światami. Bohater musi udać się do zaświatów, by demona pokonać. Zwykle mu się udaje. Byłoby to całkiem optymistyczne, gdyby nie fakt, że jest on ostatnim z długiej listy śmiałków, którzy do podziemi zeszli i już z nich nie wrócili.
Jak by nie było, czyste zło stopniowo, przez stulecia, zaczęło przybierać coraz więcej cech diabelskich. I tu wracamy do matohy – tej formy schrystianizowanej, która de facto jest antychrystem. Podobno na Łysej Górze pod postacią cuchnącego capa lata za czarownicami i zagląda im pod kiecki. Taki to z niego lubieżnik.
Pocztówki z helikonu
Aleksandra Klęczar
…ale nie wiedzieliście, jak o to zapytać.
Piszę te słowa jeszcze w maju, ale czytacie je w lipcu, kiedy widmo „Odysei” Christophera Nolana krąży już nad kinami świata. Wypadałoby, przyznacie, napisać coś wokół tej premiery, ale przyznam, wolałabym nie: znacznie chętniej napiszę o filmie, który widziałam, niż o takim, który znam tylko z trailerów i materiałów promocyjnych. A tymczasem – tyle przecież można napisać wokół Homera… Dlatego dziś nie będzie o Nolanie, będzie za to o, powiedzmy, opowieściach dziwnych i dziwniejszych. I prawie na pewno w większości niehistorycznych.
Kto napisał dzieła Homera?
Odpowiedź brzmi oczywiście: Homer. Albo inny poeta imieniem Homer. Albo dwóch różnych poetów, jeden lubił historie o młodych ludziach na wojnie, drugi przygodowo-romansowe opowieści o spryciarzach w średnim wieku i podróży. Ale w ogóle co to za sformułowanie „napisał”? Zarówno „Iliada”, jak i „Odyseja” są zapewne przedpiśmienne, więc co najwyżej „ułożył”. A może raczej „ułożyli”, bo może to zbiorowe dzieło szkoły poetyckiej. Albo dwóch. Albo w ogóle dzieła powstałe w ustnym przekazie, sięgające przeszłości dużo głębszej niż klasyczna Grecja. Ale przecież obecna kompozycja poematów jest artystyczna, elegancka, to nie jest przypadkowy zbiór opowieści, i wiemy, że na jakimś etapie je skanonizowano – czyli po prostu ustalono, które opowieści i w jakich wersjach wejdą w skład tej znanej nam dzisiaj „Iliady” i „Odysei”, a które nie (a wśród tych, co nie weszły, jest mnóstwo świetnie nam znanych epizodów, z koniem trojańskim i piętą Achillesową na czele). Czyli był jakiś redaktor, ale kim był ten redaktor? Albo redaktorzy? Glowa boli od tych spekulacji, a jak człowiek popatrzy na spis książek i artykułów naukowych poświęconych problemowi autorstwa „Iliady” i „Odysei”, czyli tak zwanej w nauce kwestii homeryckiej, to rozbolą go również i oczy, bo ilość stron idzie, nie przesadzając, w grube setki tysięcy. Innymi słowy, odpowiedź na to pytanie brzmi: niewiele wiemy, musimy się domyślać, a żeby poznać prawdę, zasadniczo potrzebowalibyśmy TARDIS.
Homer był bogiem.
A przynajmniej herosem. Mieszkańcy małoazjatyckiej Smyrny uważali go za syna dwójki miejscowych bóstw: boga-patrona rzeki Meles i nimfy Kreteis. Inne lokalne tradycje widziały w nim potomka którejś z Muz albo Apollona. Na pewno jednak nawet jeśli Homer nie urodził się z boskiego rodu, bogiem uczynili go odbiorcy i czytelnicy. W III w. p.n.e. rzeźbiarz Archelaos z Priene przedstawił taką właśnie scenę ubóstwienia poety w marmurowej płaskorzeźbie (można ją dziś zobaczyć w British Museum w Londynie). Ukazana w tym dziele sztuki scena przedstawia Homera, prowadzonego do (własnej) świątyni przez boga poezji Apollona, jego towarzyszki Muzy oraz, być może, patronów naszego artysty: króla Egiptu Ptolemeusza IV i jego żonę-siostrę Arsinoe III.
Homer opisywał dzieje własnej rodziny, co potwierdza autorytet bogów.
Tak było, Apollo nie kłamie. A konkretniej to było tak: w II w. n.e. cesarz Hadrian postanowił zadać pytanie wyroczni delfickiej. Zamiast, jak to mieli w zwyczaju władcy, spytać o to, kto go obali albo kiedy umrze, Hadrian, intelektualista do szpiku kości, zadał pytanie o rodowód i miejsce pochodzenia Homera. Wyrocznia udzieliła mu odpowiedzi raczej nieoczekiwanej. Homer, otóż, pochodził z Itaki, i nie, to nie przypadek, że była to także rodzinna wyspa Odyseusza. W tej bowiem wersji Homer jest synem Telemacha i królewny z miasta Pylos, Epikasty. Ci dwoje zaś to odpowiednio syn Odyseusza i Penelopy oraz córka starego mędrca-wojownika Nestora, jednego z wielkich herosów wojny trojańskiej. W „Iliadzie” i „Odysei” miał więc Homer wysławiać czyny własnych dziadków.
Homer była kobietą.
No dobrze, doprecyzujmy. „Odyseję” stworzyła kobieta. Ci nieliczni, którzy znają tę historię, kojarzą ją zwykle z powieści historycznej Roberta Gravesa „Córka Homera” (po polsku ukazała się ona w roku 1994 w przekładzie Wacława Niepokólczyckiego). Hipoteza ta jest jednak starsza. Gravesa musiała zainspirować rozprawa Samuela Butlera z końcówki XIX wieku. Butler, popularny pisarz i krytyk, zasugerował, że „Odyseja” to późniejszy sequel do „Iliady”, skomponowany przez młodą kobietę, być może Sycylijkę kilka pokoleń po Homerze. Odpowiednikiem autorki w tekście jest zaś nie kto inny, jak Nauzykaa. A skąd w ogóle taki pomysł? Bo, zauważa Butler, w „Odysei” nader często mowa jest o kobiecym świecie, kobiecych zajęciach… kto inny, jak nie przedstawicielka tej właśnie płci, umiałby tak dokładnie o nich opowiadać?
Kto zabił Homera?
Według jednego z antycznych źródeł wyrocznia kazała Homerowi strzec się zagadek zadanych przez chłopców. Oczywiście, los mu jej nie oszczędził. Na wyspie Chios niebacznie zapytał młodych rybaków, jak tam połów. „Cośmy złapali, tośmy wyrzucili, a czego nie złapaliśmy, przywieźliśmy ze sobą”, brzmiała odpowiedź. Poeta nie umiał tej zagadki rozwiązać i umarł z rozpaczy.
Kto więc zabił Homera? Wszy. Tak, te wstrętne małe pasożyty. Chłopcom nie szło na rybach, zajęli się polowaniem na insekty. Schwytane wyrzucili za burtę, a te, które pozostały, wróciły z nimi do domu. Tak to ojca poetów pokonała zagadka.
Nauka
Jacek Inglot
Przyszłość jako permanentna katastrofa
Wiemy, że jest źle i nie chcemy o tym rozmawiać. rozmawiamy o czymkolwiek, tylko nie o tym, tak jakbyśmy przebywali w domu szacownego nieboszczyka, o którym się mówi – zwykle nieszczerze – dobrze albo wcale. tak samo zgrabnie milczymy o już zapowiedzianej śmierci naszej cywilizacji.
Nie jesteśmy w tym pierwsi, powtarzamy schemat wypracowany przed setkami lat. W V wieku naszej ery zachodnie Imperium Rzymskie znajdowało się fazie wieloetapowego upadku. Przez granice przedzierali się barbarzyńcy, wybuchały bunty i wojny domowe, odpadały kolejne prowincje, sypała się gospodarka, miasta się wyludniały i popadały w ruinę. Było źle i tylko gorzej. Co w tym czasie robili Rzymianie? Dyskutowali na forum o środkach zaradczych? Owszem, zbierali się na forum, ale nie po to, by dyskutować o tragicznym stanie ich imperium, lecz by słuchać panegirycznych poematów rzewnie opiewających wielkość i potęgę Wiecznej Romy. Najpopularniejszymi twórcami tego okresu byli bowiem panegiryści. Ich utwory, sławiące Rzym, wodzów, dostojników, cesarzy czy dworskie wydarzenia, znajdowały tłumy słuchaczy. Każda drobna potyczka wygrana z barbarzyńcami stanowiła pretekst do wysławiania Romy zawsze zwycięskiej, po każdej klęsce panegiryści z zapałem przekonywali „Rzymianie, nic się nie stało!”, bagatelizując katastrofę. Rutyliusz Namacjanus, który przeżył splądrowanie Rzymu, zapewnia w poetyckim opisie własnego powrotu do ojczystej Galii, iż Rzym, jak zawsze w dziejach, ma szczególną zdolność do umacniania się poprzez nieszczęścia a nawet odradzania się (ordo renascendi), i będzie panował, dopóki istnieje niebo i ziemia – podaje Joseph Vogt w swojej klasycznej pracy o zwięzłym a wymownym tytule „Upadek Rzymu”, jako przykład pudrowania nieciekawej rzeczywistości.
Rzymianie desperacko i zarazem systematycznie wypierali ze świadomości prawdziwy, pełen grozy obraz sytuacji, zastępując go panegirycznymi bajdami w stylu „było wspaniale i będzie jeszcze wspanialej”. To na gruncie psychologicznym zrozumiałe zachowanie: człowiek unika cierpienia, wszelkiego, także psychicznego, a świadomość nadciągającej nieuchronnej katastrofy to dla umysłu nieznośna udręka. Lepiej o tym nie myśleć i nie cierpieć, pogrążając się w kojącej bajce, jako swego rodzaju balsamie na udręczony umysł i zarazem oddzielającej od bólu barierze. To znane w psychologii zjawisko wyparcia. Tyle że oznacza zarazem odizolowanie się od problemu, który przecież nie przestanie istnieć – to, że nie będę myślał o nadchodzących barbarzyńcach, nie oznacza, że oni się zdematerializują i nigdy nie nadejdą, jak postacie z bajki. W świecie realnym będą oczywiście maszerować dalej.
Zjawisko odrzucania nieprzyjemnej rzeczywistości na rzecz przyjemnej bajki oznacza zarazem, że tracimy możliwość rozwiązania problemu, poradzenia sobie z kryzysem, gdyż jak mamy się z nim zmierzyć, skoro go nie ma? Rzymianie w V wieku kompletnie zatracili podstawową dla każdej cywilizacji umiejętność – adekwatnej odpowiedzi na kryzys, którą ich przodkowie z wcześniejszych wieków posiadali. Przypomnijmy choćby casus Hannibala, który o mało do upadku Rzymu nie doprowadził, zadając mu straszliwe klęski. Wtedy potomkowie Romulusa potrafili sobie z nim poradzić, ponieważ umieli rozwiązywać kryzysy ‒ pięć wieków później już nie. Potrafili tylko opowiadać bajki o tym, jak było i będzie wspaniale. O prawdziwej sytuacji wiedziała garstka świadomych ludzi, ale nikt ich nie słuchał. Słuchano panegirystów.
Obecnie znajdujemy się w podobnej sytuacji – tak jak półtora tysiąca lat temu Imperium Romanum, znajdujemy się w stanie kryzysu o cechach apokalipsy, to znaczy zagrażającego istnieniu naszej cywilizacji. Zmierzamy ku kolejnej totalnej katastrofie, tym groźniejszej, że złożonej z wielu katastrof „szczegółowych”, jej oznaki są coraz bardziej widoczne. Niestety, podobnie jak mieszkańcy upadającego Rzymu, żyjemy we mgle samooszustwa, wypieramy zagrożenie ze świadomości – u większości ludzi zmierzenie się z nadchodzącym koszmarem, wyobrażenie go sobie przekracza granice ich wytrzymałości psychicznej. Umysł przeciętnego człowieka nie jest wystarczająco odporny, by skonfrontować się z perspektywą rychłej zagłady ‒ to tortura myśli, której nie jest w stanie znieść.
Dlatego z lubością oddaje się różnym „zaprzeczającym” ideom, jak na przykład denializm klimatyczny. Wyznawcom tego poglądu skutki ekokalipsy (katastrofy klimatycznej) wydają się tak koszmarne, że trzeba im zaprzeczyć, odrzucić je w całości jako całkowicie zmyślone przez różnych nawiedzonych ekologów, gdyż przyjęcie do wiadomości prawdy sprawi im ból wręcz fizyczny lub przyprawi o szaleństwo. A przecież nikt nie chce cierpieć czy zwariować. W tej postawie przypominają po trosze skazańca, który, choć czeka na egzekucję, to wciąż nie wierzy w fatalny koniec, licząc, że w ostatniej chwili zostanie mu okazana łaska, bo przecież świat nie może być aż tak niesprawiedliwy i pozwolić na eliminację jego cennego i wyjątkowego istnienia. Niestety natura jest bezwzględna i wybawienia od klimatycznej gilotyny nie będzie.
Święty Augustyn, świadek upadku poprzedniej wielkiej cywilizacji, pisał pocieszająco: Prowadźmy dobre życie, i czasy staną się dobre. To my jesteśmy czasami. Jacy my jesteśmy, takie są czasy („De civitate Dei”). Trudno nie przyznać mu racji, wszak to my jesteśmy ojcami i matkami tego, co już puka do naszych drzwi. Staliśmy się egzekutorami naszego świata, gdyż to my spuściliśmy tę gilotynę.
Tym niemniej, nie tyle z myślą, że coś to da, gdyż wskazane wyżej mechanizmy psychologiczne są zbyt potężne i działają z siłą i konsekwencją puszczonego w ruch walca drogowego, co dla udowodnienia samemu sobie i Czytelnikom, że w tej krainie śpiących ktoś jednak nie śpi, przedstawiam splot czy też falę postępujących po sobie lub równolegle katastrof, które zamieniają nasz świat w szacownego nieboszczyka na cywilizacyjnym gruzowisku, jak niegdyś starożytny Rzym.
1. Matka wszystkich katastrof
To już oczywiste, że ekokalipsy nie da się zatrzymać ani nawet złagodzić. Spektakularna klęska europejskiego tzw. Zielonego Ładu, najambitniejszego programu dekarbonizacji gospodarki, jest w tym kontekście znamienna. Okazało się, że ludzie nie są w stanie ponieść tak skrajnych ofiar i wyrzeczeń, jakie im w tym projekcie zaproponowano. Europejczycy – i nie tylko oni – wybrali zgodnie ze swoją naturą, czyli postawili na wygodną teraźniejszość, nie oglądając się na niepewną przyszłość, zgodnie z powiedzeniem, że bliższa ciału koszula. Dla przyszłych pokoleń będzie to koszula Dejaniry albo wręcz całun nieboszczyka. Mieszkańcy naszego kontynentu wybrali kontynuację dotychczasowego dolce vita, nie przejmując się, że wysoki rachunek za obecny schyłkowy hedonizm zapłacą ich wnukowie.
Reszta świata zresztą postępuje podobnie, vide prezydent Trump i jego gospodarcza filozofia ujęta w porywające hasło Drill, baby, drill! Nieprzypadkowo rymuje się to ze słowem „grill”, gdyż jesteśmy na dobrej drodze do zgrillowania planety, jeśli jego radosne plany zostaną zrealizowane. Nie uda się utrzymać wzrostu temperatury Ziemi w tym stuleciu o 1,5°C, co zdaniem naukowców z IPCC (ang. Intergovernmental Panel on Climate Change / Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu) jest warunkiem utrzymania klimatu w jako takich ryzach. Już teraz wiadomo, że będzie więcej, bliżej 2,5, może 3, może jeszcze więcej – prognozy kończą się na 5,7 stopnia, co jest możliwe, zwłaszcza gdy do efektu cieplarnianego dołoży się metan uwolniony z roztapiającej się wiecznej zmarzliny i dna coraz cieplejszych mórz. Co oznacza ekstremalne warunki klimatyczne w wielu rejonach Ziemi, pustynnienie ogromnych obszarów, klęski głodu, wojny o wodę i zasoby, epidemie, masowe migracje, niepokoje wewnętrzne itd. Ekokalipsa, niczym kamień wrzucony do jeziora, wywoła falę kryzysów/katastrof, które uderzą w ludzkość, zapewne w wielu wypadkach synchronicznie. Jak w biblijnej przepowiedni świętego Jana, świat stratuje pędząca jak huragan gromada potwornych jeźdźców.
2. Wojny o zasoby i masowe migracje
Ekokalipsa doprowadzi do wojny o zasoby, przede wszystkim o wodę, bez której, jak wiadomo, nie sposób się obyć (prędzej umrzemy z pragnienia niż z głodu). Kataklizmy klimatyczne spowodują długotrwałe susze, które doprowadzą do pustynnienia wielu obszarów i wyłączenia ziemi z upraw – dostęp do wody stanie się kluczowy, aby wyprodukować jakąkolwiek żywność. Państwa położone w strefie suszy (Bliski Wschód, Afryka, zwłaszcza subsaharyjska, ale też Indie i inne rejony bliskie równika w Azji i Ameryce Południowej) będą zbrojnie walczyć o wodę, co spowoduje zniszczenie resztek infrastruktury i zasobów potrzebnych do życia. W Indiach mieszka około 17% światowej populacji, podczas gdy kraj ten dysponuje tylko 4% światowych zasobów słodkiej wody. Ich rząd planuje przekierowanie znacznej części wód rzeki Indus na swoje terytorium, co oznacza ruinę rolnictwa w sąsiednim Pakistanie. Bardzo możliwie, że pierwsza oficjalna wojna o wodę wybuchnie między tymi krajami.
Mieszkający w regionach porażonych suszą ludzie zostaną poddani podwójnej presji – ziemia ich nie wyżywi, a wojna bezpośrednio zagrozi ich życiu i mieniu. Co zrobią? Oczywiście ruszą w drogę w poszukiwaniu miejsc wciąż zdatnych do życia. Prognozy Banku Światowego wskazują, że do roku 2050 pojawi się 143 mln migrantów klimatycznych, ONZ szacuje, że będzie ich miliard! Gdzie ta masa wyruszy? Na północ, do nas, do Europy, tam gdzie jeszcze jest woda i jakieś zasoby.
A przecież ekokalipsa dotknie i nasz kontynent. Bardzo możliwie, że już wkrótce – w perspektywie kilkunastu lat – w Polsce i w innych krajach Europy będziemy musieli walczyć o kurczące się zasoby podstawowych dóbr. Kto w sytuacji niedoboru – pewnie wrócą znane z komunizmu kartki na żywność – będzie chciał się nimi dzielić z dziesiątkami milionów ludzi, którzy runą na europejskie granice ze spustoszonych klimatycznym kataklizmem krajów południa? Nikt, może poza paroma idealistami, którzy zostaną zignorowani. Powstrzymać te rozpędzone masy ludzkie, kompletnie zdesperowane, bo przyjdą z ziemskiego piekła, będzie można tylko nagą siłą. Może polami minowymi, które staną się polami śmierci dla milionów cywili. Niekontrolowany impuls migracyjny, który spowoduje ekokalipsa, doprowadzi do zbrodni na miarę Holokaustu i mordów stalinowskich takich jak Hołodomor. Gdyż będzie to wybór między naszym życiem a ich życiem. Czyli nie będzie wyboru.
3. Klęska demograficzna albo samolikwidacja
Niektórych migrantów będziemy musieli jednak przyjąć, nie z powodów humanitarnych, a ze względu na spadek liczby ludności. Europa to kontynent w stanie klęski demograficznej i będzie tylko gorzej. W Polsce współczynnik dzietności w 2023 roku wynosił 1,16, w 2024 już 1,11, a w 2025 jest szacowany na 1,03, czyli przebijamy dno i zbliżamy się do rekordów południowokoreańskich (w 2024 roku 0,75), w innych krajach europejskich nie jest lepiej (średnia dla całej UE w 2023 roku wynosiła 1,38 urodzeń na kobietę, do zapewnienia zastępowalności pokoleń – czyli by populacja się nie zmniejszała i utrzymywała stabilną liczebność – potrzeba 2,1). Młode kobiety coraz częściej nie zamierzają mieć dzieci i mówią, że to z powodu nieciekawie rysującej się przyszłości – chyba tylko one o niej myślą. Nie chcą, by ich dzieci doświadczyły nadchodzących katastrof. Oczywiście wpływ na te decyzje mają także czynniki kulturowe związane z modelami konsumpcji: fajniej jest przeznaczyć forsę na wycieczkę na Ibizę niż na pampersy dla wrzeszczącego bachora. Dziecko to wydatki i niewygoda, jego wychowanie odbywa się kosztem komfortu rodziców. Lepiej przeznaczyć kasę na przyjemności, życie jest przecież takie krótkie. Osobną sprawą jest spadająca płodność europejskich mężczyzn, obniża się jakość spermy (liczba plemników w ejakulacie), na skutek używek i zatrucia środowiska (o ponad 50% w ciągu ostatniego półwiecza). Toksyny zabijają nie tylko pszczoły, ale i plemniki. Kolejne pokolenia rdzennych Europejczyków będą coraz mniej liczne i ktoś będzie musiał zapełnić lukę.
To wpłynie na postawę wobec migracji. Wyludniające się kraje będą potrzebowały ludzi, skoro miejscowa populacja ulegnie w znacznym stopniu samolikwidacji. Wyselekcjonowani przybysze z Południa pewnie zostaną wpuszczeni, by uzupełnić niedobór siły roboczej, ale na pewno nie te miliony, które zjawią się u granic. Ale nawet kontrolowana migracja przyczyni się do wzrostu napięć wewnętrznych, przy których obecne strachy antyimigranckie okażą się niegroźnymi koszmarami z dziecięcego snu. Europa pewnie nieraz z tego powodu zapłonie łuną pożarów, walkami i terrorem, gdyż raczej nie należy spodziewać się, że przybysze bezproblemowo się zintegrują, skoro teraz tego nie robią. Nie będziemy mieli jednak innego wyjścia, skoro sami na własne życzenie pozbawiamy się przyszłości rezygnując z następnych pokoleń.
4. Wojny wewnętrzne i zewnętrzne
Ekokalipsa sprawi, że zasoby potrzebne do funkcjonowania naszej cywilizacji, które i dziś się kurczą, w przyszłości będą coraz mniej dostępne. Po pierwsze staną się/już się stają ważną bronią (jak metale ziem rzadkich w przypadku Chin czy ropa i gaz Rosji), po drugie całe rejony świata będą niedostępne z powodu wojen, w tym położone tam złoża surowców. Globalna gospodarka, już teraz naruszona przez polityki celne prezydenta Trumpa i ulegająca stopniowej dekompozycji jako system naczyń połączonych, ostatecznie się załamie, a gospodarki regionalne przekształcą się w struktury autarkiczne, czyli biedne, jak np. w Północnej Korei czy niegdyś w PRL-u. Przyszłym pokoleniom przypadnie mniej dóbr do rozporządzenia niż obecnie, będą mniej dostępne i drogie. A to oznacza wzmożenie napięć społecznych i rosnące rozwarstwienie, czyli, jak to w każdym kryzysie, biedni będą biedniejsi, a bogaci bogatsi.
Ci pierwsi na pewno nie poczują z tego powodu szczęśliwsi, stąd groźba konfliktów klasowych a nawet wojen domowych, ponieważ ludzie zepchnięci na dno okażą się zdolni do wszystkiego, co już nieraz w przeszłości pokazali. Władze, by rozładować wzrastające napięcie, sięgną po wypróbowane tuby nacjonalistyczne i gromko wskażą wroga zewnętrznego – stąd wojny między państwami, nawet w Europie. Klasa bogaczy nie będzie miała nic przeciwko temu, by, jak wiele razy przedtem, pogrążyć masy w nędzy i wojnie, gdyż to nie elity gniją w okopach. Na wojnie oczywiście świetnie zarobią ‒ oligarchowie Putina pokazali, jak to się robi.
Stoimy u bramy epoki walczących królestw. A także buntów i walk wewnętrznych ‒ zdesperowani ludzie łatwo rzucają się sobie do gardeł. Skutki ekokalipsy – jak wszystkich kataklizmów – przede wszystkim dotkną tych na dole drabiny społecznej (w pierwszym rzędzie drożejąca żywność; susze i gwałtowne zjawiska pogodowe zniszczą uprawy), milionera wszak nie obchodzi, czy bochenek chleba kosztuje 10 czy 100 dolarów. Wrócą, a właściwie już wracają podziały znane z XIX wieku: masy żyjącego w nędzy prekariatu kontra nieprzyzwoicie bogate oligarchiczne elity. Nowy bunt mas jest tylko kwestią czasu, tj. stopnia desperacji zepchniętych na dno, konflikt „tych na dole” z „tymi na górze” już wisi w powietrzu ‒ to na nim wygrywają wybory populiści wspierani przez nienawidzące elit doły. Bo i za co mają je kochać? Za biedę i wykluczenie? W rezultacie tych procesów wspólnoty narodowe, te podstawowe składowe współczesnej ludzkości, będą systematycznie niszczone przez agresję zewnętrzną i wewnętrzną.
Pozostaje pytanie, czy po okresie chaosu wyłoni się nowy porządek? Czy też chaos stanie się stanem permanentnym, nową niestabilną normalnością, jako formą trwania ocalałych resztek ludzkości.
5. Epidemie czyli nowe dżumy
Zmiany klimatyczne przyniosą groźne zmiany ekosystemu ‒ migrują nie tylko ludzie, ale też i owady i rośliny. W poszukiwaniu topniejących zasobów człowiek wkracza tam, gdzie nie powinien, ingerując w to, co powinno być pozostawione w spokoju. W efekcie powstają nowe groźne wirusy, które w dobie masowych podróży lotniczych rozprzestrzeniają się błyskawicznie (dla porównania: w średniowieczu dżuma z Chin wędrowała do Europy kilka lat, dziś to wręcz godziny), niedawny covid to przykład modelowy. Będzie tego rodzaju zdarzeń więcej. Już teraz na terenie Europy w związku ociepleniem klimatu pojawiają się choroby tropikalne, niesione przez owady, które do tej pory mogły żyć tylko w Afryce. W Europie trwa na przykład inwazja komara tygrysiego, który może przenosić chorobę denga i gorączkę chikungunya, w 2023 roku wykryto go już w trzynastu krajach. Pojawił się też kleszcz Hyalomma, zwany również kleszczem wędrownym lub afrykańskim, który jest w stanie przenosić groźne mikroby, w tym wirusa krymsko-kongijskiej gorączki krwotocznej. A to dopiero początek tej epidemicznej inwazji, w miarę ocieplania się klimatu nie tylko dostaniemy afrykańskie upały, ale też tamtejsze choroby.
Czekają nas nowe epidemie, być może już wkrótce. Z covidem jeszcze sobie poradziliśmy, ale czy tak samo będzie w świecie z upadłą gospodarką, co pociągnie za sobą niedoinwestowanie nauki? Ludzie, którym brakuje jedzenia, nie dbają o badania laboratoryjne i kosztowne eksperymenty. Czy szczepionki i leki zostaną odpowiednio szybko opracowywane i czy starczą dla wszystkich potrzebujących? Jeśli tak się nie stanie, to kolejne pandemie mogą przypominać wielką epidemię dżumy z połowy XIV wieku, gdy wymarła jedna trzecia europejskiej populacji. Podział na skazanych na śmierć i nielicznych, których będzie stać na zdrowie i życie, dodatkowo osłabi spoistość społeczną. Niezadowolenie społeczeństw z powodu covidowych lockdownów to doprawdy jedynie delikatny przedsmak tego, co może nastąpić. Tym razem się jeszcze udało, szczepionki opracowano i dystrybuowano je za darmo. Dlatego, że bogate państwa Zachodu było na nie stać. A jeśli przestaną być bogate? W tym nadchodzącym świecie życie w zdrowiu stanie się przedmiotem darwinowskiej walki o przetrwanie, ocaleje silny i bogaty, którego będzie stać na opiekę medyczną. Ten podział na żyjących i zaraz martwych dodatkowo osłabi wewnętrzną spoistość społeczeństw. Wygląda na to, że przyszłość raczej nie będzie czasem społecznego solidaryzmu. Zmienimy się w zbiorowisko jednostek desperacko walczących o coraz bardziej niedostępne zasoby, w tym prawo do życia.
6. „Zbawcza” inteligencja (sztuczna)
Wielu uważa, że AI to odpowiedź na zagrożenia przyszłości – że dzięki niej znajdziemy sposób, jak poradzić sobie z ekokalipsą czy chociaż zniwelować jej najgorsze skutki. Moim zdaniem AI nie tyle zbawi ludzi od nowych plag egipskich, co raczej ostatecznie pogrzebie swoich użytkowników. Przedstawia się nam sztuczną inteligencję jako rodzaj superpomocnika, zawsze czujnego i gotowego do działania, który uprości nasze życie, zwykle pełne kłopotów i irytujących konieczności (pomijam tu kwestię, komu zabierze pracę i czy wypowie nam wojnę jak w „Terminatorze” lub przerobi na humus, co zawsze byłoby jakimś wyjściem). Kto nie chce być wyręczany w trudach codziennego bytowania? Jest jednak w tym sielskim projekcie uszczęśliwionej przez AI ludzkości pewien haczyk, arcyniebezpieczny, o którym niewiele się mówi.
Otóż sztuczna inteligencja w postaci skutecznego systemu opiekuńczego, który będzie za nas wykonywał prawie wszystko, zarazem odbierze nam samodzielność, uczyni nas bezwolnymi, upupi, cofnie do bezradnego dziecka – gdyż odbierze nam podstawowe umiejętności, potrzebne do radzenia sobie w życiu, konieczne zwłaszcza w sytuacji kryzysowej. Po prostu o nich zapomnimy, ponieważ niećwiczone organy/umiejętności zanikają. Co się stanie w z takim wszechstronnie obsługiwanym osobnikiem oduczonym wszelkich samodzielnych działań w momencie na przykład długotrwałego blackoutu (vide Hiszpania w kwietniu 2025, gdzie trwało to tylko kilka godzin, a wywołało masę problemów), gdy wszystkie systemy padną, a on z przerażeniem odkryje, że jest uwięziony we własnym mieszkaniu ileś tam pięter nad ziemią i kompletnie nie wie, co dalej? Jak zdobędzie pożywienie, wodę, źródło ciepła, zapewni sobie bezpieczeństwo? Przecież nie będzie miał o niczym zielonego pojęcia, a jego sterowane przez AI środowisko po prostu przestanie funkcjonować! (w PRL-u na brak prądu wszyscy byli przygotowani i nie odbierali tego jako totalnej katastrofy, w kredensie zawsze znajdowały się świece i inne niezbędne rzeczy). Ocknie się w realu, w którym nie potrafi już normalnie żyć (czyli bez wspomagania przez automatykę). Wielodniowy blackout przetrwają bez większego szwanku tylko „wiejskie prymitywy”, to znaczy ludzie nieuzależnieni od AI, posiadający odpowiednią infrastrukturę (studnie, opał, piece, spiżarnie itp.), mieszkający na peryferiach cybernetycznego świata. Mieszczuch obsługiwany przez cyfrowego asystenta, oduczony inicjatywy i zaradności, bo przecież nic sam nie musiał, ma w razie przedłużania się awarii niewielkie szanse na przetrwanie. Zamiast działać, by się ocalić, będzie, zdezorientowany i bezradny, rozpaczliwie kręcił się w swoim lokum, jak szczur uwięziony w labiryncie.
Ludzkość opanowała świat nie dzięki brutalnej sile (neandertalczyk był bardziej krzepki niż homo sapiens), a inteligencji, dzięki której potrafiła rozwiązywać problemy i dokonywać innowacji – jeśli scedujemy to na AI, pozbawimy się najważniejszego atutu, narzędzia panowania nad rzeczywistością. Tym samym może się zdarzyć, że rzeczywistość zapanuje nad nami, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Kości wymarłych neandertalczyków świadczą o tym, że warto posiadać własną inteligencję i własne umiejętności.
Świat za sto lat
Wymieniłem tylko kilka katastrof, te, które uważam za oczywiste i których skutki jestem w stanie sobie wyobrazić. Ekokalipsa to pierwsza faza entropii naszego świata, porażony wieloma synchronicznymi katastrofami będzie się rozpadał – gospodarczo, technologicznie i psychospołecznie – i ulegał stopniowemu zanikowi. Jak w poemacie T.S. Eliota ‒ nie z hukiem, lecz konwulsjach i ze skowytem.
Za sto lat ekokalipsa przestanie być czynną katastrofą, dopełni się i jej skutki staną po prostu normą klimatyczną, w której będą zmuszeni egzystować ludzie – ci, którzy przeżyją epokę rozpadu i zaniku naszego świata. Jak będzie wyglądał ten nowy, postekokaliptyczny świat?
Czy państwa narodowe przetrwają? Są na to nikłe szanse ‒ rozpadną się, jako struktury zbyt duże i złożone, wymagające ogromu środków, by funkcjonować. W rzeczywistości stałego deficytu zasobów będą praktycznie nie do utrzymania. Stawiam raczej na mniejsze struktury, bardziej wytrzymałe na wielkie zawieruchy, pseudoplemienne, zużywające mało zasobów. Ludzi też będzie znacznie mniej, populacja zostanie mocno przetrzebiona. Rozpowszechnią się neofeudalne formy władzy – w chaotycznym, niebezpiecznym świecie ludzie będą szukali ochrony u silnych osobników, potentatów, tak jak wtedy, gdy rozpadał się starożytny Rzym i przerażeni, zagrożeni słabi uciekali się pod opiekę możnych (vide niemiecki serial „Plemiona Europy”, bardzo wiarygodnie ukazujący ten proces).
Cywilizacja technologiczna upadnie, nie starczy zasobów na jej podtrzymanie, nauka może być wręcz oskarżana o spowodowanie wszystkich nieszczęść. Poręczne w ocenie tego przyszłego pokatastroficznego stanu może być pojęcie Nowego Średniowiecza, lansowane swego czasu przez Lecha Jęczmyka. W świecie chaosu, niepewności, powszechnych niedoborów wrócą stosunki feudalne, możemy się wręcz posunąć dalej na tej dewolucyjnej drabinie i nasz koniec będzie przypominał początek – wrócimy do etapu plemion łowiecko-zbierackich i prymitywnych wspólnot rolniczych. Alfa stanie się omegą. Być może po to, by za ileś tam tysięcy lat, gdy planeta ostygnie i ekosfera odzyska równowagę, zacząć wszystko od początku.
Chyba że staniemy się rasą kosmiczną. Ale to temat na inną opowieść.
Ekokalipsa: strategie przetrwania
W książce „Upadek cywilizacji zachodniej” Naomi Oreskes i Erika M. Conwaya, futurologicznym eseju o zagładzie naszej cywilizacji na skutek katastrofy klimatycznej, pisanym z punktu widzenia historyków przyszłości odtwarzających przyczyny kataklizmu, ludzkość w ostatniej chwili – pod koniec XXI wieku – zostaje uratowana przez wynalazek pewnej japońskiej uczonej. Zajmująca się inżynierią genetyczną Akari Ishikawa uzyskuje w swoim laboratorium rodzaj czarnego porostu, który fenomenalnie absorbuje z atmosfery CO2. Roślina „wymyka się” z laboratorium i rozprzestrzenia po całym globie, przyczyniając do ustabilizowania środowiska i zmniejszenia efektu cieplarnianego. To oczywiście chwyt rodem z klasycznej science fiction, gdzie motyw „cudownego wynalazku” występuje często i z różnym skutkiem. Niestety w rzeczywistości pozaliterackiej zwykle musimy się bez podobnych ułatwiaczy i handicapów obejść, gdyż po prostu się nie zdarzają.
Nie musimy czekać na naukowe cuda – Oerskes i Conway piszą, że ludzkość, gdy w pierwszych dekadach XXI wieku ekokalipsa się rozpoczynała, dysponowała już sposobami i technologiami, aby jej uniknąć lub przynajmniej istotnie złagodzić najgorsze skutki. Poniżej kilka najważniejszych i najbardziej oczywistych.
1. Walka o wodę
U swego zarania ludzkość zawzięcie walczyła o ogień (jak to przedstawił w swoim filmie Jean-Jacques Annaud), teraz desperacko walczy z pożarami pustoszącymi dotknięte suszą obszary. Kluczem do przetrwania będzie umiejętność gromadzenia i przechowywania wody (retencji), tak w przyrodzie, jak w miejscach zamieszkania człowieka. W tym celu należy przeprowadzić głęboką renaturyzację naszego otoczenia – poczynając od rzek, które trzeba uwolnić z betonowych koryt i pozwolić im swobodnie meandrować i wylewać na naturalne rozlewiska (co ważne w kontekście powodzi), także lasom musimy przywróć dawną funkcję rezerwuaru wody (bagna i mokradła!), odnawiać lub budować oczka wodne i stawy. Deszcze będą rzadsze, za to bardziej nawalne, dlatego każdy, kto ma kawałek dachu, powinien łapać deszczówkę i gromadzić w zbiornikach, jako rezerwę na okres suchy. Prawie każdy dysponuje możliwościami gromadzenia wody, naprawdę będzie potrzebna – podział na pory roku jest już nieaktualny, mamy okresy suche i mokre, przetrwanie suszy będzie zależało od zbiorników napełnionych w czasie deszczów.
2. Zielone miasta
Według danych ONZ w miastach żyje 57% ziemskiej populacji (w Polsce 62%) i ten wskaźnik będzie się tylko zwiększał (już zaczynają dochodzić uchodźcy klimatyczni). Tymczasem są to betonowe struktury absorbujące ciepło, w których latem (a dni z ekstremalną temperaturą będzie tylko więcej) nie daje się wytrzymać ‒ przebywanie na powietrzu grozi udarem. Można temu zapobiec, zmieniając myślenie o mieście – już nie asfaltowa i betonowa dżungla, a miasto-ogród, system przyrodniczo-urbanizacyjny dostosowany do warunków ekokalipsy. Betonozę trzeba zamienić na zieleniozę – drzewa chłodzą, zatrzymują wodę i pochłaniają CO2
