Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 266
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
4/2026 FANTASTYKA
Jerzy Rzymowski
ERA PARANOI
Każda epoka historyczna ma swoje symboliczne daty graniczne. 476 r. n.e., rok upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego, przyjmuje się za koniec antyku i początek średniowiecza, które z kolei skończyło się w 1492 roku, wraz z odkryciem Ameryki przez Kolumba. Później mamy nowożytność do wybuchu rewolucji francuskiej w 1789 roku; dalej XIX wiek zakończony wybuchem I wojny światowej w 1914. Przyjęło się, że po nim następuje to, co nazywamy współczesnością, jednak na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza na świecie nastąpiły na tyle głębokie zmiany, że w moim odczuciu prześlizgnęliśmy się już do kolejnej epoki, którą ochrzciłem erą paranoi.
Podwaliny pod nią zostały zbudowane wcześniej, jednak za jej symboliczny początek uznaję 11 września 2001 roku – dzień ataku na World Trade Center. To epoka gwałtownego postępu przy równoczesnej erozji życia społecznego – technologie, które miały nas łączyć, coraz bardziej nas od siebie oddalają. Żyjemy w świecie permanentnej inwigilacji: każde nasze posunięcie ‒ aktywność w sieci, wydatki, podróże, etc. ‒ jest monitorowane; prywatność i intymność stają się towarem. Równocześnie sprofilowane algorytmy manipulują naszą percepcją rzeczywistości, dzielą ludzi na skłócone plemiona, sprzedają nam światopoglądy i produkty, a zaawansowane narzędzia audiowizualne sprawiają, że coraz trudniej odróżnić prawdę od cyfrowo wykreowanej fikcji. Żyjemy coraz szybciej, w ciągłym lęku, stresie i poczuciu zagrożenia. Nerwica i depresja należą dziś do chorób cywilizacyjnych, podobnie jak wiele schorzeń, w których fizyczne objawy nasilają się pod wpływem złego stanu psychicznego. Nie ufamy nauce, nie ufamy mediom, nie ufamy autorytetom, nie ufamy sobie nawzajem… Paranoja!
Intuicja podpowiada, że w takim stanie nie da się długo funkcjonować. Pozostaje czekać na przesilenie ‒ a może właśnie zaczyna się ono dokonywać na naszych oczach? Tylko czy doprowadzi ono do opamiętania, czy całkowitej zapaści?
Zapraszam do lektury!
Publicystyka
Witold Vargas
MAJKI
Wspominałem już kiedyś, że nauczycielka prowadząca chór, w którym śpiewał mój syn skomentowała, że jej chórzyści drą się „jak majki za płotem”. Chciała przez to powiedzieć, że przechodzą właśnie mutację. Skąd wzięła takie porównanie? Lata temu jej nie spytałem, a potem straciłem z nią kontakt. Na to intrygujące pytanie do dzisiaj nie znalazłem odpowiedzi. Ważne jest natomiast, że w tym powiedzonku wszystko się zgadza. Majki faktycznie drą się za płotem niemiłosiernie. Takie właśnie są.
Ale zróbmy parę kroków wstecz. Etymologia rekonstrukcyjna podaje wiele wyjaśnień tej nazwy. Najbardziej przyjęło się sądzić, że nazwa „majka” pochodzi od starosłowiańskiego „nav” oznaczającego umarłego. W okresie rozprzestrzeniania się chrześcijaństwa po Słowiańszczyźnie z tego rdzenia powstało słowo Nawia, które w różnych regionach przyjęło dwa znaczenia: w jednych oznaczało krainę umarłych, w innych ‒ błąkającego się po łez padole ducha. Jak dokładnie wyglądały wierzenia przed tym okresem, możemy tylko snuć przypuszczenia. W każdym razie określenie majki (navki, miawki lub nauki) odnosi się do duszy dziewczynki, która nie zaznaje spokoju po śmierci. W rozumieniu chrześcijańskim może więc chodzić wyłącznie o osobę zmarłą bez chrztu. Natomiast jeśli wierzenie to jest starsze, a wszystko na to wskazuje, to musiało dotyczyć jakiegoś bezcielesnego bytu, który po śmierci oddzielił się od ciała, lecz nie odnalazł drogi, którą podążają podobne do niego byty ‒ nie znalazł mostu prowadzącego krainy zmarłych, zabrakło mu czegoś, bez czego podróż do zaświatów staje się niemożliwa lub zwyczajnie jakaś siła nieoczekiwanie zatrzymała go w zasięgu świata dostrzegalnego. Wszystkie opcje są możliwe i wszystkie mają odzwierciedlenie w podaniach lub opowieściach, które takie wierzenia potwierdzają.
Czym zajmuje się majka? Jest to byt złośliwy, zrodzony z tragicznej, nienaturalnej śmierci, który dręczy żywych, by ulżyć własnemu cierpieniu. W słownikach demonologii ludowej Słowian często wskazuje się, że majka to synonim rusałki. W przypadku opowieści o rusałkach nie pojawia się jednak motyw o wydzieraniu się za płotem, a przewija wątek łapania młodzieńców na odludziu i porywaniu ich do śmiertelnego tanecznego transu. Natomiast o majkach wspomina się w kontekście krzyków i zabawy, pasujących raczej do dziecięcej natury. Dlatego przypuszcza się, że są to dusze zmarłych dzieci, a dokładnie dziewczynek. Skąd to rozróżnienie płci? Mogę się tylko domyślić, że analogicznie do rusałek ich młodsze koleżanki są od tego, żeby dręczyć „prawdziwych” aktorów dziejów świata, czyli mężczyzn. Ale to dosyć duże uproszczenie. Dziś wydaje nam się, że nasi słowiańscy przodkowie mieli bardzo patriarchalne poglądy, natomiast wystarczy przypomnieć sobie bałamutnika, smętka czy latawca, żeby zauważyć, że nękanie żywych z relacją damsko-męską w tle nie preferowało żadnej z płci. Niewykluczone zatem, że majki to raczej dziewczynki, bo chłopcy pokutują w inny sposób. Być może jako poterczuki, nadlatujące z burzowymi chmurami i sprowadzające pioruny. Ale przecież zaklęcie ochronne przed nimi brzmiało: jakeś pan, niech ci będzie Jan, jakeś panna, niech ci będzie Anna. Więc to nie rozstrzyga sprawy.
Może najzwyczajniej podanie o tym, że majki to zmarłe przed chrztem dziewczynki bierze się stąd, że samo słowo brzmi żeńsko? A może istnieje inne wyjaśnienie, lecz ja go po prostu nie znam?
Inne interpretacje tego podania dopatrują się źródła określenia tej istoty w nazwie miesiąca: maj ‒ okresie kiedy natura rozkwita i szykuje się do rozrodu. Ta teoria przeczy pokrewieństwu słowa majka z miawka, nawka czy nauka, podczas gdy etnografia jednoznacznie dowodzi, że nazwy te są ściśle ze sobą spokrewnione.
Pozostaje wspomnieć o wydzieraniu się za płotem. Mówi się, że koty „marcują”, co ewidentnie odsyła do innej pory roku niż maj, chociaż oba miesiące obejmują czas kocich zalotów. Kto słyszał wołanie kotek w rui, a nie jest to zwyczajne miauczenie, przyzna, że co żywo przypomina wołanie dziecka i bywa dość przerażające, szczególnie o zmroku. Bardzo łatwo sobie wyobrazić, że te zawodzenia za oknem to płacz zabłąkanych dzieci. Wszystko się zgadza. Słyszymy wołanie dziecka o zmroku, wiemy, że wszystkie latorośle z okolicy siedzą już bezpiecznie w domu, więc od razu myślimy, że to coś nienaturalnego, nie z tego świata. Gorsze i bardziej przerażające niż chór nastolatków ze szkoły muzycznej.
Majki, Witold Vargas – Bestiariusz Słowiański
Pozostaje kwestia braku chrztu. Zważywszy, że historia Słowiańszczyzny nie jest starsza od samego chrześcijaństwa, możliwe, że te dwa systemy wierzeń rozwinęły się na naszych terenach równolegle i stworzyły spójną opowieść zrodzoną z bólu matki po utracie dziecka, która o zmroku słyszała dźwięki łudząco przypominające ludzkie głosy, budzące w niej lęk przed zaświatami.
Publicystyka
Aleksandra Klęczar
HUMOR
Jako że kwiecień, to prima aprilis (co przecież jak najbardziej pochodzi z łaciny!). A jak prima aprilis, to porozmawiajmy o żartach. Bo starożytni Grecy i Rzymianie wcale nie byli śmiertelnie poważni. Wręcz przeciwnie, lubili się śmiać, choć spora część ich dowcipów niekoniecznie nas dzisiaj bawi.
Po pierwsze, śmiali się w teatrze, oglądając komedie. Pod tym względem najlepiej mieli się Ateńczycy. Podczas świąt ku czci Dionizosa w teatrach miasta wystawiano komedie. Chronologicznie najdawniejsze z nich (tak zwana, bardzo adekwatnie, Komedia Stara) mogłyby pod wieloma względami zainteresować współczesnych czytelników fantastyki. Ogromna większość z nich zaginęła w otchłani czasu, ale mamy jedenaście zachowanych – a już one dają nam niezły obraz tego, co mogło się tam dziać. A dzieją się rzeczy szalone, gdyż Komedia Stara kompletnie nie interesuje się prawdopodobieństwem tego, co pokazuje.
Przykłady? A proszę bardzo. W jednej ze sztuk ateński chłop Trygajos postanawia zakończyć trwającą od lat wojnę swojej ojczyzny ze Spartą. Stracił nadzieję, że da się to zrobić ludzkimi środkami, rusza więc bohatersko na Olimp, by przedstawić swoje życzenie bogom. Herosi wykorzystują w tym celu boskiego skrzydlatego wierzchowca Pegaza, ale Trygajos jest na to zbyt skromny. Postanawia ruszyć na rumaku bardziej dla siebie, chłopa z kawałkiem ziemi, odpowiednim – hoduje więc olbrzymiego żuka-gnojarza, karmiąc go gnojem ze stajni, by dosiadłszy go, polecieć do domu Zeusa.
Innym razem widzimy dwóch Ateńczyków uciekających (a jakże, przed wojną) do baśniowej krainy ptaków. Natomiast w mojej ulubionej sztuce Arystofanesa, „Żabach”, tchórz, obibok, pijak i bóg w jednym, Dionizos, schodzi w zaświaty, choć wcale nie chce i bardzo się boi. Czyni to, by wyprowadzić z powrotem do świata żywych swego ulubieńca, poetę Eurypidesa (bo nie ma już, oj nie ma, w Atenach dobrych dramaturgów, marudzi!) – i niespodziewanie trafia w sam środek wielkiej awantury, bo w Hadesie duch Eurypidesa zdążył skłócić się śmiertelnie ze zjawą innego słynnego poety, Ajschylosa, o to, który z nich lepszy… Nieskrępowana fantazja łączy się w sztukach Arystofanesa z zamiłowaniem do humoru, powiedzmy, koszarowego, by nie rzec, toaletowego – nieprzypadkowo, choć specjaliści cenią go bardzo wysoko, nigdy nie trafił na stałe na listy lektur szkolnych! Dodajmy do tego bezczelne i odważne politykowanie, dokopywanie rządzącym i elitom miasta (z raczej konserwatywnych, dodajmy, pozycji) oraz mnóstwo literackich i kulturowych aluzji, a dostajemy zjawisko w zasadzie nieporównywalne z niczym, co komedia epok późniejszych nam zaserwowała (może z wyjątkiem Monty Pythona), choć, z drugiej strony, bardzo ludzkie: dalej przecież śmiejemy się chętnie ze szpileczek wbijanych politykom i władzy, bawimy słownymi żartami i nieraz chichoczemy mniej lub bardziej otwarcie z niewybrednych dowcipasów o seksie.
Czasy Komedii Starej skończyły się jednak w świecie rządzonym przez następców Aleksandra Wielkiego. Zastąpiła ją nowa komedia, obyczajowa, by nie rzec, melodramatyczna. Jej twórcy woleli raczej widza wciągnąć w perypetie postaci i czasem zmusić do uśmiechu niż szczerze rozbawić, co poskutkowało między innymi faktem, że niewiele z niej zostało do naszych czasów. Kiedy jednak do tej komedii z kolei dobrali się w III w. p.n.e. Rzymianie, przetworzyli ją sobie i stworzyli nam wzorce postaci, które trwają do dzisiaj – to choćby im zawdzięczamy nieśmiertelnego żołnierza-samochwała, który herosem pokonującym tysiące wrogów i zdobywających tysiące serc jest głównie we własnych przechwałkach. Bez niego nie byłoby ani Papkina z „Zemsty” Aleksandra Fredry, ani pana Zagłoby, a i Jaskier u Sapkowskiego też mógłby wyglądać nieco inaczej…
Ale – i to jest nasze „po drugie” – starożytni śmiali się nie tylko na komediach i w teatrze. Miewali też własne zbiory żartów i książeczki z dowcipami. Jedno takie dziełko, zatytułowane „Filogelos” (czyli mniej więcej „Śmieszek”), pochodzące zapewne z okresu późnego cesarstwa rzymskiego, zachowało się do naszych czasów. Żarty w nim zebrane nie zawsze są dziś dla nas zrozumiałe, a i niełatwo je przełożyć, jako że często oparte są na grach słów, ale stanowią dowód, że ludzkość zawsze lubiła opowiadać (i zapamiętywać) dowcipy.
Może jednak, kiedy chcemy pośmiać się wraz ze starożytnymi, lepiej zamiast do trudno zrozumiałych dowcipów sięgnąć do biografii i anegdot historycznych? Znajdziemy tam historyjki nieodmiennie zabawne, jak choćby opowieść o tym, jak pewnego dnia mieszkańcy Rzymu dosłownie obrzucili błotem pewnego niesolidnego urzędnika, który nie dbał o swoje obowiązki, w tym oczyszczanie ulic. Ale, jako że jakiś czas później urzędnik ów, Tytus Flawiusz Wespazjan, został cesarzem, mało pochlebną anegdotkę przerobiono na pochlebstwo. Z historii o złośliwym żarcie uczyniono proroctwo – oto Matka Ziemia, udręczona rządami Nerona, sama, w postaci błota, schroniła się w szatach przyszłego wybawcy, Wespazjana. Przyznacie, że trochę trudno nie zachichotać z bezczelności pochlebców…
Publicystyka
Julian Jeliński
PRZY OKAZJI TEŻ O KOMIKSACH
wywiad z Darickiem Robertsonem
Darick Robertson ‒ artysta komiksowy znany przede wszystkim ze swojej pracy przy seriach komiksowych „Transmetropolitan” i „Chłopaki” („The Boys”). Na przestrzeni swojej ponad trzydziestoletniej tworzył rysunki m.in. do komiksów o Lidze Sprawiedliwości, Wolverine’ie, X-Men, Punisherze; ilustrował także serię „Happy!” ze scenariuszem Granta Morrisona, która podobnie jak „Chłopaki” doczekała się serialowej wersji.
Julian Jeliński: Rysujesz serię „Chłopaki” i od lat wszyscy cię o nią pytają. Czy doszedłeś do etapu, w którym jakieś pytanie powtarzało się już tak często, że miałeś go serdecznie dość?
Darick Robertson: Jest jedno pytanie, które pojawia się przy każdym moim projekcie. Często słyszę: „Jak to jest współpracować z tym scenarzystą?”. Zawsze mnie dziwi i nie wiem, co odpowiedzieć. „Jest dobrze, fajnie”? Wydaje mi się, że ludzie czasem próbują zrobić wywiad z tym scenarzystą poprzez mnie. Albo polują na chwytliwy cytat, wiesz, żebym im zdradził, że nie lubię Gartha Ennisa, Warrena Ellisa czy kogoś innego.
No bo co za różnica, czy to prawda? Jest chwytliwy cytat i wystarczy.
Tak, wiadomo, kontrowersje się sprzedają. W każdym razie bawi mnie, kiedy ktoś pyta: „Jak to jest pracować z tą osobą?”. To brzmi niemal jak: „Pracowałeś z tymi ludźmi? Ty szczęściarzu!”. A ja na to: „To oni pracowali ze mną. Szczęściarze!” [śmiech]. Ale jeszcze ani razu nie czułem się, jakbym wygrał na loterii.
A kto byłby dla ciebie takim wygranym losem? Dla mnie byłby to Alan Moore.
O! Alan Moore to byłoby coś, ale nie miałem okazji go poznać. Kiedy tworzyłem „Chłopaków” z Garthem i spotkałem Granta Morrisona. Był już dość znany, ale żaden z nich nie był aż tak sławny, jak teraz. Oczywiście obaj są świetnymi pisarzami i jestem bardzo dumny, że mogłem z nimi pracować. Wtedy wszyscy dopiero budowaliśmy swoją renomę i zaczynaliśmy robić różne rzeczy. Garth ugruntował swoją pozycję dzięki „Kaznodziei”. A ja, zanim zrobiłem „Chłopaków”, pracowałem nad „Transmetropolitan” i „Wolverine’em”. To nie tak, że pojawiłem się znikąd. Jeśli zaś chodzi o Moore’a – wiem, że już nie wróci do komiksów, ale praca z nim byłaby wielką przyjemnością. Jednak dla mnie największe znaczenie ma relacja z pisarzem ‒ jak się dogadujemy i jak odbieram jego twórczość. To dla mnie o wiele ważniejsze niż na przykład jego pozycja w branży. Czy mamy podobny sposób myślenia? Czy kiedy rozmawiamy o pomysłach, płyną one swobodnie między nami? Czy mogę wnieść do projektu swoje pomysły? Bo przecież potrafię tworzyć własne historie. Jestem publikowanym pisarzem. Niedawno napisałem i narysowałem Batmana. Po prostu lubię współpracować z innymi.
Kiedyś powiedziałeś, że gdy pracujesz nad komiksem, nie wiesz, czy ludzie kupią historię ze względu na dobry scenariusz, czy tylko dlatego, że ty rysujesz. Dalej cię to trapi?
Trochę tak. Niedawno stworzyłem komiks zatytułowany „Greaser”, który zaraz po premierze napotkał pewne trudności. To pierwszy komiks, który napisałem. Recenzje były naprawdę dobre, ale problemy produkcyjne zniweczyły ten projekt. Dlatego planujemy wydać go ponownie, ale za jakiś czas. Nie martwię się tym, że moje teksty nie są wystarczająco dobre. Kiedy piszę, piszę dla siebie tak, jakbym pisał dla kogoś innego, kto miałby to narysować. Chcę pisać historie, które zachwycą redaktora, a nie takie, które trzeba ratować rysunkami. Po prostu, jeśli historia nie jest dobra, to nie jest dobra. Zawsze staram się tworzyć scenariusze, które sam chciałbym przeczytać, i staram się pisać je tak, jakbym ich nie rysował. Chociaż potem zdarzają się takie sytuacje, że kiedy rysuję, zastanawiam się: „Co ja sobie myślałem, kiedy to pisałem? Dlaczego umieściłem tę scenę na łodzi w deszczu? Przecież to mogło się dziać w magazynie”.
Wszyscy cię o to pytają, bo w „Chłopakach” nie unikasz polityki. Jak bardzo ta kwestia wpływa na twoją pracę? Jak reagujesz na irytujące podteksty polityczne i czy sam próbujesz przeforsować jakieś ważne dla ciebie tematy? Jesteś osobą otwartą, nie unikasz kontrowersji i nie twierdzisz, że jesteś apolityczny, ponieważ wszyscy jesteśmy istotami politycznymi.
Mój ojciec był weteranem drugiej wojny światowej. Dorastałem w czasach, kiedy panował światopogląd Eisenhowera i idea, że Superman reprezentował prawdę, sprawiedliwość i amerykański styl życia. To miało dla mnie znaczenie. Byłem harcerzem. Wychowano mnie jako chrześcijanina. Mój ojciec nie przepadał za Nixonem; myślę, że lubił Reagana, ale ja byłem sceptyczny.
Wszyscy kochali Reagana. Wykonał świetną robotę, kładąc podwaliny pod to, z czym mamy teraz do czynienia, ponieważ bardziej chodziło mu o optykę niż o treść.
No i naprawdę chcieli ułatwić imigrantom przyjazd do Ameryki. Taką złożyli obietnicę. Teraz mamy wiele źródeł informacji i nie wiemy, komu wierzyć, lub zamykamy się we własnych bańkach informacyjnych. Kiedyś przeczytałem wypowiedź pewnej kobiety: „Słucham trzech źródeł wiadomości, ponieważ mówią mi dosłownie to, co chcę usłyszeć”. I to jest najniebezpieczniejsza rzecz na świecie, ponieważ w ten sposób rozprzestrzenia się propaganda: nie musisz rezygnować ze wszystkich deserów, na które masz ochotę ‒ jeśli codziennie będę ci mówić, że jesteś szczupły, to będziesz szczupły.
Próbuję robić to samo. Kiedy patrzę w lustro, zawsze powtarzam sobie, że jestem szczupły.
Staram się nie patrzeć w lustro.
Czy zdarza ci się przeglądać niektóre komiksy, nad którymi pracowałeś i mówić: „Dwadzieścia lat temu to wyglądało jak science fiction – a teraz stało się faktem”? Czy satyra polityczna w komiksach obecnie nie istnieje, ponieważ mamy Trumpa?
Cóż, powiem coś, co prawdopodobnie wpędzi mnie w kłopoty, ale nie obwiniam całkowicie Trumpa. Trump jest oczywisty. Trump nie jest subtelny. Trump mówi dokładnie, co zamierza zrobić i robi to. Nie podoba mi się, co mówi i nie podoba mi się to, co robi, ale on przynajmniej nie udaje, że nie zamierza tego zrobić. Mam problem z ludźmi z jego otoczenia, którzy go wspierają, bo tak naprawdę powinni go powstrzymać, stać na straży praworządności. Chcieli pociągnąć prezydenta Bidena do odpowiedzialności za każdą drobnostkę, ale całkowicie przymykają oko na wszystko, co robi Trump, a co jest ewidentnie nie w porządku. To tak, jakby winić szczeniaka, który nie jest nauczony czystości, za to, że robi to, co robi szczeniak, a przecież twoim zadaniem jest go wyszkolić. W tym względzie zadaniem Kongresu jest powstrzymanie Trumpa i wyznaczenie granic. Zadaniem sądownictwa jest powiedzieć: „To nie jest w porządku. Nie możesz tego robić”. A oni mu na to pozwalają, ponieważ dostają dzięki temu to, co chcą.
Zajmuję się marketingiem w Internecie. I myślę sobie, że mógłbym się od niego wiele nauczyć. Nienawidzę go, ale mogę się od niego uczyć.
Cóż, właśnie o to chodzi. Ale powtarzam, nie nienawidzę go. Staram się nikogo nie nienawidzić. Nienawidzę tego, co robi. Nienawidzę tego, co mówi. Ale on dość jasno pokazuje, co chce osiągnąć. Jeśli więc nie podoba ci się to, co robi i nie podoba ci się to, co mówi, powinieneś głosować przeciwko niemu i być świadomym, że cały czas kłamie. A genialnym sloganem, który Ellis wymyślił dla naszej serii, było: „W przyszłości kłamstwa są prawdą, a prawda jest przestarzała”.
Tak, niestety. I właśnie w tym miejscu jesteśmy.
Nie mamy mediów, które sprawdzają informacje tak, jak powinny. Najzabawniejsze, że naiwnie wierzymy, że w odległej przyszłości ludzie nadal będą słuchać dziennikarzy: „Ten facet wie, o czym mówi”. I że będą drukować gazety. Gazety umierają.
A czy nadal masz jakiś związek z amerykańską kulturą sportową? Jako osoba, która dorastała w Bostonie…
W Bostonie?
A nie dorastałeś tam?
Och, nie! Byłbym wtedy o wiele fajniejszy. Dorastałem w Bay Area w Kalifornii. [zauważa moje Crocsy z logo Golden State Warriors] Och, to świetne! Dorastałem na przedmieściach San Francisco. Lubię Giants, Warriors. Jeśli polubię jakąś drużynę, zazwyczaj wtedy zaczynam ją śledzić, a potem przegrywają.
Golden State właśnie znów przegrali… Kurde, jestem zły na siebie, bo nie wiem, jak mogłem się tak pomylić z tym, że dorastałeś w Bostonie.
W porządku. Ot, błędna informacja.
Najgorsze jest to, że trafiłem na nią w jakimś artykule na podstawie wywiadu z tobą!
Cholera jasna, ten Internet… Ale teraz ktoś to usłyszy i powie: „O, on jest z Bostonu”. No dobrze, będę szczery: nie jestem wielkim fanem sportu – chociaż uwielbiam Stephena Curry’ego – ale dla mnie liczy się polityka. To jest coś, co naprawdę mnie interesuje. Mógłbym wymienić senatorów i kongresmenów, tak jak mój znajomy potrafi wymienić członków drużyn. Nie uważam się za demokratę ani republikanina. Skłaniam się ku lewicy, ale tylko dlatego, że obecnie wszystko jest zbyt przesunięte w prawo. Nie zgadzam się z tym, co się obecnie dzieje, ale nie zgadzam się też z ludźmi, którzy z tym walczą, ponieważ nie robią tego skutecznie. Naprawdę podobało mi się, że przez jakiś czas mieliśmy nudnego prezydenta. Lubię budzić się rano i nie myśleć o tych sprawach przez cały czas.
Wróćmy więc na chwilę do komiksów…
Tak, spróbujmy. Wiem, że moglibyśmy rozmawiać o polityce przez cały czas. Cóż, to moja pasja. Ale nie chcę ciągle wygłaszać swoich poglądów politycznych.
Spokojnie, wytniemy wszystko. Będzie Steph Curry, cięcie i powrót do komiksów [śmiech].
Okej, to nie jest kontrowersyjne. Lubię Stepha Curry’ego.
A kto nie lubi? To taki miły facet. Nie jest dupkiem jak Anthony Edwards. Jest niesamowity. Dobrze, to może z innej beczki. Chciałem cię zapytać o reedycję „Space Beaver”.
Możesz pytać, dopóki będziesz pamiętał, że to pojedynczy bóbr, a nie kosmiczne bobry.
W sumie dlaczego nie „Space Beavers”? Czy istnieje taki film porno? Zakładam, że to tytuł pornosa z lat 70.
To najłatwiejsza odpowiedź. Najzabawniejsze jest to, że... Byłem dzieckiem, kiedy to wymyśliłem i właściwie nie rozumiałem, co robię. Nie miałem pojęcia, że „bóbr” jest eufemizmem oznaczającym cipkę. Gdybym po prostu poszedł za swoją miłością do wydr lub wiewiórek, powstałby zupełnie inny komiks i nikt nie powtarzałaby tego żartu.
Więc słyszałeś go prawdopodobnie milion razy?
Na pewno więcej niż ten z „Puk, puk”.
Nie chcę nic mówić, ale może nadszedł czas, aby stworzyć wersję „Space Beaver XXX”.
I znów… Nie jesteś pierwszy.
O nie…
Cóż, nie jesteś oryginalny. Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć.
Zasada trzydziesta czwarta: wszystko ma swoją wersję porno.
Wszystko, łącznie z „Chłopakami”. Widziałem ją niedawno.
Nie wiem, czy mogę o to teraz pytać… Ale czy próbowałeś kiedyś zająć się komiksem erotycznym, jak np. Milo Manara?
Próbowałem. Na początku kariery miałem szczęście, ponieważ pracowałem z kilkoma scenarzystami piszącymi bardzo mocne komedie erotyczne. Główną bohaterką była kobieta, która zabijała mężczyzn, nakłaniając ich do seksu oralnego, a następnie łamała im karki. Musiałem rysować takie erotyczne sceny. Nie boję się ludzkiego ciała. Seks nie powinien być uważany za coś brudnego lub skandalicznego. Jest naturalny, w końcu gdyby nie seks, nie byłoby nas tutaj. Dlaczego seks jest takim tematem tabu, a przemoc jest w porządku?
Możesz zabić dwadzieścia osób, ale nie pokazuj sutka. Nie pokazuj sutka!
No właśnie. Trzeba ukryć sutek. Dlatego gdy w „Transmetropolitan” była impreza z okazji wyborów, narysowałem Shannon z odsłoniętym sutkiem, bo uznałem, że to zabawne. Założyła sukienkę, która odsłaniała sutek. To było zanim Janet Jackson dostała tę pracę.
To idealny przykład Ameryki ‒ historia Janet Jackson.
Tak! Że wszyscy ją obwiniali!
Justinowi Timberlake’owi się upiekło.
To nawet nie wyglądało na wypadek. To kolejna rzecz, która naprawdę mnie zszokowała. Czy ludzie nie zauważyli, że to było zamierzone? To ta purytańska część kultury i rozrywki, którą nie do końca rozumiem, ale nie stronię od niej.
Dobra, spróbujmy to jakoś podsumować. Żebym miał chociaż dwa pytania dotyczące komiksów…
Mówiłem ci. Ostrzegałem cię, że taki jestem.
Moje pierwsze pytanie: czy jest jakaś historia – coś z kultury popularnej, sztuki wysokiej, cokolwiek to znaczy, książka lub cokolwiek innego – którą naprawdę chciałbyś zaadaptować do komiksu?
Tak i jest tego wiele. Jak na ironię, mój syn właśnie mnie o to zapytał: „Ej, gdybyś mógł zaadaptować lub zilustrować rozdziały powieści, jaką byś wybrał?”. Od dawna o tym marzę i nie wiem, czy jest to już w domenie publicznej, ale... Czaję się na „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya. Jak na ironię, myślę, że chciałbym też przysiąść do „Moby Dicka”, tylko to było już robione milion razy. Ale i tak uwielbiam te postacie, na przykład Queequega. Bardzo chciałbym stworzyć własną wersję tych bohaterów i tej dziwnej historii. Chociaż myślę, że rysowanie postaci Ahaba nie sprawiłoby mi zbytniej frajdy. Ale „Nowy wspaniały świat” to książka, która naprawdę do mnie przemawia. Mam bardzo konkretny pomysł na okładkę. Chciałbym opowiedzieć tę historię, pokazać dziwność wizji przyszłości z tamtej perspektywy, bo wtedy helikoptery dopiero były w powijakach, a telewizja wydawała się czymś nowym. Podoba mi się, że zaczyna się w sterylnym laboratorium, a kończy w dzikim, ziemskim środowisku i chciałbym również narysować ten kontrast. Kontrast jest dla mnie bardzo ważny. Myślę, że to właśnie zainspirowało „Chłopaków” – fakt, że wszystko było pełne kontrastów. Dobrzy są źli, słabi i mali lub potężni. Podoba mi się to. Uwielbiam kontrast we wszystkim.
Czy kiedykolwiek postrzegałeś „Chłopaków” jako… amerykańską odpowiedź na „Strażników” (chociaż Garth nie jest Amerykaninem)?
Ennis jest bardziej amerykański, niż myślisz. Mieszkał w Nowym Jorku pewnie tak długo, jak w Irlandii. Tam się urodził i wychował. Ale przez długi czas był Nowojorczykiem i naprawdę kocha to miasto. Spójrz na „Kaznodzieję” ‒ ma bardzo wyostrzone poczucie amerykańskości.
Właśnie o tym mówię. Czy amerykanizacja czasami nie oznacza głośniejszej, bardziej ekstremalnej wersji czegoś? Weźmy takich „Strażników” Snydera…
Bardzo mi się podobali wizualnie. I mówię tu o wersji reżyserskiej. Wziął fragmenty z „Czarnego frachtowca” i przeniósł je do filmu. Ale nie podoba mi się wersja kinowa. Natomiast wersja reżyserska, ta dłuższa, moim zdaniem była dobra. Z jednej strony jak mógł zrobić z Rorschacha bohatera tej historii, ale z drugiej Jackie Earle Haley jest znakomity w tej roli! Gdy w więzieniu rzuca tym tekstem do więźniów…
Razem: To nie ja jestem zamknięty z wami… to wy jesteście tu zamknięci ZE MNĄ!
Dobrze, a teraz wróćmy do drugiego pytania. Czy jest jakaś postać, której nie znosisz rysować, lub postać, którą bardzo chciałbyś narysować, ale nikt nie poprosił cię o narysowanie danej serii czy okładki?
Chcę zrobić Plastic Mana. Napisałem nawet scenariusz, który pitchowałem, ale wcześniej będę pracował nad nową serią „Plastic Mana” z Tomem Taylorem. DC spodobała się moja propozycja, ale zapytali: „A co to za komiks z Tomem Taylorem?”.
Nie odmawia się Tomowi Taylorowi.
Daj spokój. Jestem naprawdę podekscytowany. Podszedłem do niego i zapytałem: „Ej, chcesz zrobić coś razem?”. A on odpowiedział: „Ciekawe, że o to pytasz. Mam pewien pomysł. Chcesz spróbować czegoś nowego?”. No pewnie, że tak. W końcu podpisaliśmy umowę, ale na razie nie mogę zdradzić zbyt wielu szczegółów. W każdym razie mam też gotową historię o Plastic Manie, którą chętnie kiedyś opowiem, bo uwielbiam tę postać.
A kogo nienawidzisz?
Zazwyczaj ludzie pytają o to w odniesieniu do „Chłopaków” i od razu jedna postać przychodzi mi na myśl. Nie lubię rysować Deepa – wersji z komiksu, w tym skafandrze. Wolę rysować Chase’a [Crawforda, aktora grającego Deepa w serialu „Chłopaki”], ponieważ dobrze wygląda w swoim stroju. I widać jego twarz. Ale ten hełm… Próba jego narysowania… Musiałbym kupić jedną z tych małych figurek nurków, które stawia się na dnie akwarium, ustawić ją przed sobą i ćwiczyć. Gdy rysowałem komiks nawet kupiłem mały, miniaturowy hełm.
No tak. Cóż, miło było porozmawiać o wszystkim – nawet trochę o komiksach – z wielkim Darickiem Robertsonem. Teraz szykujesz się do współpracy z Tomem Taylorem?
Tak, mamy nową historię. To coś oryginalnego i niedługo o tym usłyszycie, więc na razie nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ale obaj jesteśmy bardzo podekscytowani. Informacja pojawi się wkrótce, ponieważ rozpoczynamy pracę, gdy tylko wrócę z podróży. To świetny pomysł, całkowicie oryginalny. Nie ma jeszcze na rynku nic podobnego. Robimy coś zupełnie nowego.
[Nowy wspólny projekt Daricka Robertsona i Toma Taylora został już ogłoszony: to „Necretaceous”, które ukaże się w ramach DC Vertigo w tym roku. ‒ przyp. red.]
Publicystyka
Tomasz Węcki
TWIERDZA I ARCHIPELAG
jak SI przepisuje umowę społeczną
W jednym z najbardziej przygnębiających odcinków Black Mirror, „Piętnaście milionów”, ludzie pedałują na rowerach stacjonarnych, żeby zarobić kredyty. Mieszkają w klatkach ze ścianami z ekranów. Reklamy wyświetlają im się automatycznie i trzeba zapłacić, żeby je wyłączyć. Nie da się odwrócić wzroku – system wykrywa zamknięte oczy i wstrzymuje odtwarzanie do momentu, aż znów zaczniesz patrzeć.
To ponura wizja, ale jest w niej pewien paradoks: ci ludzie są potrzebni. System ich eksploatuje, traktuje jak żywe baterie – ale właśnie dlatego utrzymuje ich przy życiu, karmi, daje schronienie. Każda para oczu to przychód. Każdy ruch na rowerze to energia. Logika jest brutalna, lecz – na swój pokręcony sposób – inkluzywna.
A teraz pomyślmy o „Elizjum” Neilla Blomkampa. Tam ludzie na Ziemi też nie mają dobrze – żyją w slumsach, są biedni i chorzy. Ale nikt ich nie zmusza do pedałowania. Nikt nie wyświetla im reklam. Nikt się nimi specjalnie nie interesuje. Elity przeniosły się na orbitalną stację kosmiczną z własnymi szpitalami, ogrodami i maszynami, które leczą każdą chorobę w kilka sekund. Ziemia? Ziemia to problem logistyczny – trzeba pilnować, żeby nikt się stamtąd nie przedostał.
Różnica między tymi dwiema dystopiami jest subtelna, ale fundamentalna. W pierwszej jesteś towarem. W drugiej – kosztem.
I chyba dożyliśmy momentu, kiedy pierwsza wizja na naszych oczach przeradza się w drugą.
Ile warta jest twoja uwaga?
Przez ostatnią dekadę przyzwyczailiśmy się do myślenia o gospodarce cyfrowej w kategoriach uwagi. Platformy społecznościowe, wyszukiwarki, serwisy streamingowe – wszystkie działają według podobnego schematu: zbierz jak najwięcej użytkowników, utrzymaj ich jak najdłużej, sprzedaj ich uwagę reklamodawcom. Model jest stary jak komercyjna telewizja, ale Internet pozwolił doprowadzić go do perfekcji.
W tym świecie każdy człowiek ma wartość, nawet jeśli jest wyceniana w klikach na sekundę. Twoja uwaga i zaangażowanie, wszystkie polubienia i komentarze, to źródło zysku dla medium, z którego korzystasz. Algorytmy odkrywają, co cię zatrzyma przy ekranie: gniew działa lepiej niż radość, oburzenie lepiej niż nuda, polaryzacja lepiej niż zgoda. Ale właśnie dlatego system chce cię wciągnąć. Im więcej ludzi w środku, tym większy przychód.
M.T. Anderson opisał to bezbłędnie w powieści „Feed” – tam korporacyjny Internet jest dosłownie wszczepiony do mózgu, a reklamy pojawiają się między myślami. Bohaterowie nie mogą odróżnić własnych pragnień od sugestii algorytmu. Gary Shteyngart w „Supersmutnej i prawdziwej historii miłosnej” poszedł o krok dalej: urządzenia publicznie wyświetlają ranking atrakcyjności i zdolności kredytowej każdego przechodnia.
Te książki są satyryczne, przejaskrawione, momentami absurdalne. Ale opisują świat, który rozpoznajemy – świat, w którym ciągła obecność w sieci jest domyślnym stanem, a uwaga jest walutą.
Problem w tym, że ta waluta już teraz zaczyna tracić na wartości.
Gdy maszyny kupują od maszyn
Co się dzieje, gdy systemy SI przejmują coraz więcej pracy: projektują, piszą kod, analizują dane, obsługują klientów, tworzą treści, podejmują decyzje operacyjne? Zmienia się logika.
Przez ostatnie dwa stulecia kapitalizm potrzebował mas – jako pracowników i jako konsumentów. Fabryki wymagały rąk do pracy, a rynki ‒ portfeli zdolnych kupować. Ten układ miał swoje napięcia i niesprawiedliwości, ale miał też wbudowany mechanizm równowagi: jeśli za bardzo zubożysz ludzi, nie będą mogli nabyć twoich produktów. Henry Ford podobno rozumiał to intuicyjnie, gdy podniósł płace robotnikom – chciał, żeby stać ich było na samochody, które składali.
Ale co, jeśli automatyzacja sięgnie dalej? Co, jeśli algorytmy zaczną kupować od algorytmów: zamówienia między firmami składane przez systemy, decyzje inwestycyjne podejmowane maszynowo, łańcuchy dostaw działające bez ludzkiego nadzoru? Co, jeśli znacząca część gospodarki zacznie kręcić się sama, bez potrzeby angażowania milionów ludzkich transakcji?
Pomysł znamy z science fiction, ale dziś widać jego kontury w realnych trendach. Prognozy globalnego rynku B2B e-commerce na 2030 rok różnią się, ale nawet konserwatywne wyceny mówią o dziesiątkach bilionów dolarów (~33–58 bln). To sygnał przesunięcia: z handlu „dla ludzi” na obrót pomiędzy instytucjami – tam, gdzie transakcje i decyzje można najłatwiej zautomatyzować. Gdy ten segment przeważy rozmiarami rynek konsumencki, system przestaje potrzebować mas w dawnym sensie.
W takim świecie dane i uwaga nadal mają cenę, więc ludzie wciąż są towarem. Ale równolegle coraz częściej zaczynają wyglądać jak koszt: socjalny, polityczny, logistyczny, bezpieczeństwa. Zwłaszcza tam, gdzie liczy się ciągłość przypływu i spokój węzłów – a nie dobrobyt lokalnej populacji.
William Gibson opisywał to już w „Neuromancerze” – megakorporacje kontrolują kluczową infrastrukturę, ale masy żyją w Sprawlu, chaotycznej miejskiej tkance, która nie jest ani w pełni kontrolowana, ani w pełni opuszczona. Po prostu istnieje, na marginesie głównych przepływów władzy i pieniędzy. Neal Stephenson w „Śnieżycy” poszedł jeszcze dalej: państwa narodowe rozpadły się na franczyzowe enklawy, korporacyjne burbklawy i niczyje tereny między nimi. Jesteś albo w środku (w strzeżonym osiedlu z własną policją i prawem), albo na zewnątrz.
Ten schemat wraca w SF, zwłaszcza w nurcie cyberpunkowym. „Blade Runner 2049”: Wallace Corporation kontroluje produkcję żywności i replikantów, reszta świata to deszcz, brud i ruiny. „Modyfikowany węgiel”: „Methowie” (od Matuzalema – ludzie tak bogaci, że mogą żyć wiecznie) mieszkają w wieżach ponad chmurami, dosłownie nad resztą ludzkości. U Dukaja w „Perfekcyjnej niedoskonałości” postludzie zamieszkują enklawy niedostępne dla niemodyfikowanych.
Za każdym razem ta sama geometria: chronione węzły na górze, chaos na dole, bramki pomiędzy.
Twierdza i archipelag
Nazwijmy to modelem „twierdzy i archipelagu”. Nie chodzi o jedno państwo ani jedną firmę – chodzi o sposób organizowania świata, w którym kontrola nad węzłami jest ważniejsza niż kontrola nad terytorium.
Co to znaczy w praktyce? Wyobraźmy sobie mapę, na której zaznaczono nie granice państw, ale punkty krytyczne: centra danych, porty, węzły energetyczne, strefy produkcji zaawansowanej, siedziby korporacji, enklawy mieszkalne dla specjalistów. Teraz połączmy te punkty korytarzami logistycznymi – liniami lotniczymi, kablami podmorskimi, trasami kontenerowców. To, co powstaje, to nie państwo w klasycznym sensie. To archipelag połączonych wysp w morzu mniej lub bardziej kontrolowanego chaosu.
Serial „Korporacje przyszłości” – niedoceniony, skasowany po jednym sezonie – pokazywał to dosłownie: mapy miast podzielone na „zielone strefy” (korporacyjne, strzeżone, czyste) i „czerwone strefy” (reszta). Przepustka między nimi to kwestia życia i śmierci. W „Continuum” korporacyjny kongres po prostu zastępuje demokratyczny rząd – to nie jest dyktatura w starym stylu, to raczej prywatyzacja samego pojęcia władzy.
J.G. Ballard na mniejszą skalę ukazał to w „Wieżowcu” – tytułowy mikrokosmos, gdzie im wyżej mieszkasz, tym lepiej, a dolne piętra to dżungla. On pisał o jednym budynku. Dziś możemy myśleć o całych miastach, regionach, kontynentach ułożonych według tej samej logiki.
W modelu twierdzy nie chodzi o to, żeby kontrolować wszystko. Chodzi o to, żeby kontrolować wystarczająco dużo – kluczowe punkty, przez które przepływają energia, dane, towary, pieniądze. Reszta może być poza jakimkolwiek porządkiem, byle nie zakłócała przepływów.
