Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
PUBLICYSTYKA
2 MARUDA Witold Vargas
3 DZIECI WESOŁO WYBIEGŁY ZE SZKOŁY Aleksandra Klęczar
4 TRIO DLA TRIA Wywiady z twórcami Nowych Przygód Tytusa, Romka i A’Tomka
10 SPLAT!FILMFEST 2025: RAPORT POKONTROLNY Łukasz M. Wiśniewski, Joanna Kułakowska
16 MÓZG W PUDEŁKU Dariusz Jemielniak
70 CZARNA WODA POD DOMEM Łukasz Radecki
72 CZY SZTUCZNA INTELIGENCJA ZABIJE PRZYPADEK? Rafał Kosik
73 EMILKA SZA! Maciej Kur, Magdalena “Meago” Kania
74 WYOBRAŹNIĘ MAM CIĄGLE DZIECIĘCĄ Wywiad z Bédu
78 JAK KOPNĄĆ DIABŁA Z PÓŁOBROTU Łukasz Orbitowski
PROZA POLSKA
17 NASZE WSPÓLNOTY Adrianna Filimonowicz
26 ZACHÓD RIGIL KENTAURUS – REPORTAŻE PO DWUDZIESTU LATACH Maciej Głowacki
35 PĘTLA Justyna Hankus
PROZA ZAGRANICZNA
41 McALISTER Sabine Baring-Gould
45 KANTYK NADZIEI Switłana Taratorina
53 TYLKO TE WSPOMNIENIA, KTÓRE MOŻNA STRACIĆ... Ai Jiang
59 BĘDĘ ZA SOBĄ TĘSKNIŁ John Wiswell
RECENZJE
65 KSIĄŻKI 76 KOMIKS
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 278
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
6/2026 FANTASTYKA
Jerzy Rzymowski
HOMEOSTAZA
W znakomitej powieści „All Better Now” Neala Shustermana wariant koronawirusa sprawia, że jeśli zarażona nim osoba przeżyje infekcję, uwalnia się od negatywnych emocji ‒ chciwości, agresji, egoizmu… Autor pokazuje, jak pandemia wirusa wpływa na przemiany społeczne i może doprowadzić czytelnika do zaskakującej konkluzji: cywilizacja zbudowana jest na ludzkich wadach i napędzana nimi, a normy społeczne służą nie tyle ich wyeliminowaniu, co ujęciu w takie ramy, które sprawią, że przywary te staną się możliwie mało destrukcyjne.
Od wieków próbujemy jako gatunek doprowadzić do stanu homeostazy ‒ najpierw tworząc kolejne systemy i mechanizmy społeczne, później zaś próbując zapanować nad ludzką naturą, która tworzy w nich coraz to nowe wynaturzenia. W uproszczeniu: kapitalizm w dużej mierze napędza chciwość ‒ popyt na dobra i usługi, który trzeba wygenerować budząc, nieraz sztucznie, ludzkie potrzeby. To prowadzi do niepohamowanego konsumpcjonizmu kosztem planety i ludzi. Komunizm w teorii miał wyrównywać niesprawiedliwości, tymczasem żerował na zawiści i lenistwie ‒ to, co mamy, przestaje nam wystarczać, o ile innym wokół powodzi się lepiej, a łatwiej wytępić każdego, kto wybija się ponad przeciętność, niż podnieść poprzeczkę. Pycha sprawia, że wszelka władza korumpuje, a o prawdziwej równości nie może być mowy, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby być równiejszy. Z powodu tej samej pychy ‒ potrzeby rywalizacji i porównywania się ‒ oraz dla skanalizowania gniewu i agresji uprawiamy sporty, które bywają wypaczane przez środki dopingujące i kibolstwo… Spróbujcie dopowiedzieć sobie inne przykłady z podobnej perspektywy ‒ to wcale nie jest trudne.
Łańcuch jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. Żaden system nie zadziała dobrze, jeśli tworzący go ludzie nie zaczną naprawy od siebie, starając się zapanować nad swoimi wadami. Jak powiedział Ghandi: Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie. Nie ma lepszej drogi.
Zapraszam do lektury!
Publicystyka
Witold Vargas
MARUDA
Maruda to tylko jedna z nazw całego kompleksu demonologicznego narosłego wokół zaburzeń snu. „Wstąpiła w niego maruda” albo „maruda go dopadła” oznacza dziś ‒ jest marudny/marudna. Ten rodzaj zwrotu z pogranicza personifikacji i oceny jest do dziś głęboko zakorzeniony w naszym języku. Nadal wołamy: „Co w ciebie wstąpiło!”, choć diabły i inne demony odpowiedzialne za nienormalne zachowania dawno zniknęły z naszych wierzeń. Kiedyś wpływ sił nadprzyrodzonych na nasze życie był absolutnie oczywisty. Ciało człowieka ulegało zmianom czasu i wypadków, mogło rosnąć i się starzeć albo doznać uszczerbku, ale było wciąż tym samym naczyniem dla duszy. Ta z kolei w wierzeniach ludowych miała większą swobodę ruchu i zmian. W wielu tradycyjnych kulturach dusza ludzka nie jest jedna ani jednoraka. Reminiscencje takich wierzeń do niedawna zachowały się i u nas. Dusze czarownic i czarowników potrafiły podróżować, wcielać się i korzystać z innych naczyń (ciał). Wilkołactwo bazowało na podobnym wierzeniu. Istniało też, tak jak wszędzie indziej na świecie, mnóstwo istot bezcielesnych, które specjalizowały się w korzystaniu z przypadkowych naczyń czyli we wcielaniu się. W systemie wierzeń, gdzie pozwala się na większą autonomię duszy względem ciała, które ją nosi, łatwiej było uznać, że ktoś nagle „przestał być sobą”. Diabelskie opętania, z którymi walczą egzorcyści do dziś świadczą o żywotności tej tradycji. Jak to się ma do płaczącego dziecka? Czy podejrzewanie go o opętanie nie jest przesadą?
Większość rodziców zgodzi się ze mną, że w tym okresie, kiedy dzieciak jeszcze nie umie wyartykułować swoich potrzeb, a przeżywa drastyczną, często bolesną metamorfozę, z której najcięższą formą bywa ząbkowanie oraz kolki, trudno zachować zdrowy rozsądek. Co robić z rozhisteryzowanym dzieckiem, które przez kilka nocy z rzędu nie da się nijak uspokoić? Zaspani rodzice zachodzą w głowę, o co malcowi naprawdę chodzi. Przecież przyczyn jego bólu nie widać gołym okiem. Kultura ludowa, owszem, wypracowała dość racjonalny system interpretacji tych nietypowych zachowań. Wprawdzie pojawiły się gryzaczki czy klepanie po pleckach, ale jednocześnie rozwinął się cały system skojarzeń magicznych, z których jednym była wiara w opętanie przez marudę, płaczkę i tym podobne. Poza tym wymyślono cały szereg zabiegów mających przeciwdziałać tym opętaniom oraz środków pół-magicznych opartych na ziołolecznictwie i przynoszących po części wymierne rezultaty. Najbardziej popularnym było podawanie niemowlakom maku w różnych postaciach ‒ makówki do ssania czy wywaru makowego, który działał jak środek nasenny. Jednocześnie wierzono w magiczne właściwości wielu innych roślin, z których skuteczność większości sprowadzała się do wiary. Należy pamiętać, że w kosmowizji, w której relacja między bytami a zdarzeniami nie ograniczała się do fizyki, chemii i biologii, opowieść o bytach nadprzyrodzonych odgrywała w medycynie kluczową rolę. Nawet w „leczeniu” Jezusa dopatrzeć się można więcej metafizyki niż fizyki. Mesjasz nie nosił przy sobie apteczki i nie był znawcą ziół. W każdym razie nic o tym nie wiadomo. Z Biblii wynika raczej, że leczenie jest pewnego rodzaju egzorcyzmem, uwalniającym chorego od nadprzyrodzonych intruzów.
Maruda, Witold Vargas, Bestiariusz Słowiański
W naszej kulturze ludowej walka z marudą, czy płaczką, była jedynie odmianą walki z demonami zaburzeń snu, skierowaną do najmłodszych ich ofiar. Aby zrozumieć mechanizm całego kompleksu rytuałów, warto sięgnąć również do tych skierowanych na dolegliwości dorosłych. Otóż demony zaburzeń snu mają dość typowe zwyczaje. Podobne do myszy. Lubią sąsiedztwo siedzib ludzkich i korzystają z tego na wiele sposobów. Znajdują tam pożywienie, dach nad głową oraz rozrywkę. Dla przykładu kikimora, bliska krewna mary, a zatem i marudy, osiedla się w zagraconych kątach. Tam, gdzie dużo zakamarków, kurzu i bezużytecznych przedmiotów. Nocnice, zwabione światłem, lubią wdzierać się do siedzib przez otwarte okna, a przestrachy wdzierają się do domostw w ciałach przestraszonych ludzi i tam się osiedlają. Gdy już demon zadomowi się w danym miejscu, ma do wyboru albo znaleźć sobie jakąś rozrywkę, albo dręczyć ludzi. Dlatego zostawiało się dla niego różne przedmioty o symbolicznym znaczeniu. Zwykle wodę, by się utopił, sznur, żeby się zaplątał lub powiesił albo wrzeciono, by się ukłuł. Wszystkie te przedmioty ustawiano razem, aby zachęcały demony do zabawy. Liczono na to, że ich ciekawość zmyli je i zostawią ofiary w spokoju.
Publicystyka
Aleksandra Klęczar
DZIECI WESOŁO WYBIEGŁY ZE SZKOŁY
Kto pamięta zacytowaną w tytule piosenkę Elektrycznych Gitar, nie zdziwi się zbytnio, że ten felieton nie jest o grzecznych dzieciach czy wzorowych uczniach. Wręcz przeciwnie.
W czerwcu kończy się szkoła, przychodzi pora wakacji, a więc całkiem niezły moment, żeby zerknąć na postacie mitycznych i historycznych uczniów ‒ i to nie tych szczególnie dobrych. Innymi słowy, zrobimy sobie dzisiaj subiektywną listę najgorszych uczniów, jakich wydała kultura grecko-rzymska. Oto przed nami pierwsza piątka tego niechlubnego zestawienia.
Na piątym miejscu znajduje się uczeń solidny i rzetelny, chętnie uczący się rzemiosła u boku boskiego taty i entuzjastycznie przeszczepiający nowo wyuczoną sztukę, nieznaną wcześniej ludziom, w swoje rodzinne okolice. Wzór dla młodzieży, zdawałoby się. No tyle że boskim tatą był Hermes, uczniem – jego syn Autolikos, a nauczanym przedmiotem jedna z tatusiowych specjalności, a mianowicie – fach złodzieja. Oj, nie docenili umiejętności Autolikosa sąsiedzi! Do tego stopnia go nie lubiano, że kiedy Autolikosowi przyszło nadać imię pierwszemu ze swoich wnuków, wybrał takie, które po polsku pewnie można byłoby, z odrobiną przymrużenia oka, przetłumaczyć na „Gniewko”. Bo właśnie z gniewem kojarzy się po grecku imię wnuka Autolikosa, znanego nam jako Odyseusz. Który to Odyseusz, skądinąd, też się pewnie sporo nauczył od dziadka.
Miejsce czwarte zarezerwowane jest dla niejakiego Kottalosa. Jeżeli nic wam to imię nie mówi, to nic dziwnego. Kottalos jest mianowicie bohaterem satyrycznego utworu hellenistycznego poety Herondasa. Jest to właściwie krótka scenka, w której do sfrustrowanego i zmęczonego nauczyciela (a pamiętajmy, że w tamtych czasach był on jednocześnie uczącym, dyrektorem i właścicielem swojej małej szkółki) przychodzi matka jednego z uczniów, właśnie naszego Kottalosa. Przychodzi, by… zażądać kary cielesnej dla syna. Z naszego punktu widzenia to oburzające (nie mówiąc o tym, że nielegalne), ale Metronime (bo tak ma kobieta na imię) nie wie już, co robić. Jej synalek jest zakałą okolicy. Nauka idzie mu kiepsko – nadal nie nauczył się czytać, a jedyne, co pamięta, to kiedy przypadają dni wolne od szkoły. Do tego fatalnie się zachowuje. Nie dość, że wagaruje, że całymi dniami wysiaduje na dachu i rzuca dachówkami w przechodniów – co gorsza, wpadł w nałóg hazardu, a swoje „rozrywki” finansuje z pieniędzy podkradzionych matce. Niezbyt zamożna Metronime, która ledwie sobie radzi z opłatami za szkołę, marzyła, że syn zdobędzie edukację i poprawi swój los – na to się jednak nie zanosi…
Na najniższym stopniu podium znajduje się, dla odmiany, postać historyczna, a mianowicie – Alkibiades. Był on uczniem Sokratesa i w teorii powinien był opanować lekcję „Etyczna i moralna doskonałość to jedyne, do czego warto dążyć”. W praktyce słynął w Atenach jako hulaka, utracjusz, hazardzista i ryzykant, znacznie bardziej przejęty własną (ponoć niezwykłą) atrakcyjnością, licznymi romansami i kosztownymi końmi wyścigowymi niż dążeniem do cnót jakichkolwiek (a cała jego historia aż się prosi o osobny felieton).
Pozycję drugą zajmuje heros nad herosami, Herakles. Talenty miał on, wedle mitografów, rozliczne, nikt jednak nie jest doskonały we wszystkim. W przypadku Heraklesa jego, nie bójmy się tego anachronicznego określenia, piętą achillesową, była muzyka. Mały heros nienawidził lekcji gry na lirze. Nie pomagał fakt, że jego nauczycielem był Linos, syn Muzy i brat Orfeusza, mający muzykę we krwi, bardzo wymagający i do tego sarkastyczny. Linos nie miał litości dla pozbawionego muzykalności Heraklesa. Młody heros nie znosił lekcji z nim do tego stopnia, że w końcu w ataku furii rzucił w mistrza instrumentem. Zapomniał jednak, jak ogromną dysponuje siłą. Trafił bezbłędnie i roztrzaskał lirą głowę nauczyciela. Linos zginął na miejscu, a choć Herakles tłumaczył się, że to była obrona konieczna (przed przymusem edukacyjnym…), musiał, mimo młodego wieku, zapłacić za popełnione zabójstwo: ojczym Amfitrion zakończył edukację chłopaka i posłał go w góry, by pasł kozy.
I w końcu miejsce pierwsze, złoty medal w dyscyplinie „Najgorszy uczeń antyku”. Niewiele trzeba się było zastanawiać, żeby zdecydować, że pozycja ta należy się ulubieńcowi pisarzy, filmowców i kronikarzy wczesnochrześcijańskich, cesarzowi Neronowi. Kiedy był on jeszcze dzieckiem, jego matka, Agryppina Młodsza, wybrała mu na nauczyciela stoickiego filozofa Senekę. Założenie było proste: Seneka, przedstawiciel szkoły wierzącej, że zaangażowanie w życie publiczne jest niezbędne dla filozofa i że to właśnie odpowiednio wykształceni mędrcy powinni dzierżyć ster rządów, miał wychować chłopca na przyszłego władcę idealnego. Cóż, wiemy, jak wyszło. Dla Seneki to wszystko też nie skończyło się najlepiej: Neron, mając dość wtrącania się mistrza w swoje życie prywatne i panowanie, w końcu zmusił Senekę do samobójstwa. Ech, niełatwo być nauczycielem przyszłego władcy Rzymu…
Publicystyka
TRIO DLA TRIA
wywiady z twórcami „Nowych Przygód Tytusa, Romka i A’Tomka” Laboratorium NASA w kalifornijskiej Pasadenie, egzotyczna Kenia i nasza, swojska Warszawa ‒ aby zebrać ekipę zdolną godnie kontynuować przygody Tytusa, Romka i A’Tomka, trzeba było przeszukać dosłownie pół świata.
Artur B. Chmielewski ‒ syn Papcia Chmiela, współodpowiedzialny za scenariusz „Nowych Przygód”. Na co dzień pracuje dla NASA w Jet Propulsion Laboratory w Pasadenie, przy planowaniu przyszłych misji międzyplanetarnych. Jest też współautorem popularnonaukowych książek „Kosmiczne wyzwania” i „Odważ się robić wielkie rzeczy”.
Jerzy Rzymowski: Trudno przeoczyć fakt, że jesteście z Tytusem rówieśnikami ‒ obaj przyszliście na świat w 1957 roku. Czy twój tata zaczął go rysować z myślą o tobie jako przyszłym pierwszym czytelniku?
Artur B. Chmielewski: 1957 to był bardzo ciekawy rok, który wprawił w ruch serię wydarzeń. Rosjanie wystrzelili Sputnika i człowiek przestał być jedynie istotą ziemską i wzniósł się w kosmos. W Warszawie urodził się Henrykowi Chmielewskiemu syn, więc ojciec jako grafik zaczął rysować komiksy, żeby zarobić na pieluchy dla bobaska. A jakie były pierwsze tematy tych komiksów? Oczywiście kosmos. Bobasek, którego nazwano Arturem Bartoszem, rósł więc w atmosferze fantastyki kosmicznej.
Jako odpowiedź na Sputnika, parę miesięcy później Amerykanie wystrzelili własny statek kosmiczny, Explorer 1, zbudowany w małym laboratorium w Pasadenie, w Kalifornii, które z tego powodu nazwano Jet Propulsion Laboratory (JPL), czyli Laboratorium Napędu Odrzutowego. Tam właśnie, zainteresowany kosmosem poprzez komiksy, ten mały bobasek będzie pracować i wymyślać nowe przygody dla NASA.
Na tym łańcuch wydarzeń się nie kończy. Papcio Chmiel w „Świecie Młodych” miał kumpla Janusza, który później przedstawi, już nie bobaskowi Arturowi, swoją kuzynkę ‒ Kasię, która będzie żoną Artura i urodzi dwóch synów, Marcusa i Lucasa. Artur, Lucas i Marcus z genialnym ilustratorem Zbyszkiem i scenarzystą Karolem zdecydują w hołdzie dla Papcia Chmiela narysować „Nowe Przygody Tytusa”. Tak ten cały cykl się dopełnił ‒ można powiedzieć, że z szympansa powstał i w szympansa się obrócił.
Czy podjęcie decyzji o stworzeniu kontynuacji przygód Tytusa, Romka i A’Tomka było trudne? Obawiałeś się czegoś w związku z tym przedsięwzięciem?
Na pewno się nie obawiałem, bo ojciec mnie zawsze uczył, żeby się nie bać mierzyć wysoko. Pracuję w Centrum NASA, którego mottem jest Dare mighty things! czyli Odważ się robić wielkie rzeczy! Taki tytuł miała moja ostatnia książka o kosmosie. Co też jest w niej ciekawe, to że Tata, który zaczął Tytusa seriami przygód o kosmosie, narysował do mojej książki swoją ostatnią ilustrację i była ona… o kosmosie.
Zawsze chciałem, żeby Tytus dalej trwał, podobnie jak do dziś trwa Myszka Miki, chociaż Walt Disney odszedł ponad pół wieku temu. Tu nie chodziło o to, czy nowe przygody Tytusa mają powstać ‒ to była kwestia zebrania zespołu, który mógłby zrobić dobrą robotę i wykreować księgę, która będzie ludzi bawić. Przez pięć lat oglądałem w Internecie różne rysunki Tytusa zrobione przez mniej lub bardziej zdolnych artystów; było graffiti z Tytusem na budynkach, rysunki na koszulkach na Allegro, ludzie z wydawnictwa Prószyński i S-ka pokazywali mi prace różnych grafików. Nic z tego. Nie wydawało mi się, że ktokolwiek z tych artystów „wyczuwał” ojca. Tak było aż poznałem Zbyszka.
Zbyszek robi genialne rysunki, to super talent. Nie chodziło jednak o to, żeby kopiować styl ojca. To nie jest możliwe. Poza tym jego styl zmieniał się na przestrzeni lat. Którego Tytusa miało się kopiować? Tego z „Zaginionych Ksiąg”, czy tego z ostatnich albumów historycznych? Tu nie ma być kopiowania, tylko zabawa w komiks w stylu Papcia. Wybraliśmy Zbyszka, bo on nie tylko ma fajną kreskę, ale często dodawał własne dowcipy do dymków.
Tak samo było z Karolem, naszym scenarzystą, którego znaleźliśmy w Afryce! Karol wrzucał fajne akcje, gagi i abstrakcyjne zakręty w fabule. Niektóre najzabawniejsze rzeczy z żalem wyrzuciliśmy, bo nie były w stylu Papcia, który w pewien sposób chcieliśmy zachować. Nasz zespół „Nowych Przygód” dopełniali też przyjaciele taty z wydawnictwa Prószyński, którzy byli jego najlepszymi kumplami, gdy ciałem byłem daleko od niego w słonecznej Kalifornii, a głową jeszcze dalej ‒ na ciemnym Jowiszu. Ojciec zawsze mi mówił, że ludzie z Prószyńskiego, to nie tylko jego wydawcy, ale kumple, dożywiacze i pielęgniarki. Rzeczywiście, nowy Tytus powstawał w takiej atmosferze, którą pamiętam, gdy tata tworzył księgi: dowcipy, zgrywy, kreatywność, mnóstwo śmiechu i zabawy. Myślę, że czytając „Nowe Przygody” będziecie podświadomie wyczuwać tę Papciową atmosferę.
Jakie są twoje najlepsze wspomnienia i największe marzenia związane z „Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem”?
Moje najlepsze wspomnienia pochodzą z dni, gdy przyjeżdżałem z całą rodziną do Polski i tata zabierał nas do ośrodka Kozioł nad Pisą. Tam brał ukochanych wnuczków na kajaki, wycieczki po lesie i łowienie ryb. Uczył ich nie tylko polskiego, ale też dowcipkowania po polsku. A dlaczego czas płynie lub leci, a zegar albo stoi, albo chodzi? Lucas i Marcus odwdzięczyli się Dziadkowi za te lekcje i dodali wiele dowcipów do „Nowych Przygód”.
A jakie są moje marzenia? Że weźmiecie sceptycznie i ostrożnie do ręki te „Nowe Przygody Tytusa”, ale już po paru stronach zapomnicie, że mieliście być sceptyczni i będziecie się śmiali od ucha do ucha. Z wami będzie się śmiał Papcio gdzieś tam z piątego wymiaru kosmosu. Mam też nadzieję, że dacie posmakować „Nowych Przygód” temu najmłodszemu pokoleniu i kupicie nowego Tytusa swoim dzieciom, wnuczkom, kuzynom, a nawet małym bobaskom, bo stwierdzicie, że tak, jak stare przygody, te nowe bawiąc ‒ uczą i ucząc ‒ bawią. Mam nadzieje, że nowa księga jest hihi-steryczna, bo jak nie, to będę musiał ze wstydu przenieść się do bazy na Tytanie, a tam jest bardzo zimno.
Zbyszek Larwa ‒ grafik, ilustrator, rysownik komiksowy (m.in. „Krasnoludy”, ze scenariuszem Andrzeja i Katarzyny Pilipiuk).
Są komiksy, w których na przestrzeni lat przewija się wielu twórców i na nikim nie robi to wrażenia, a są takie, gdzie natychmiast podnosi się larum o szarganie świętości. Jak radzisz sobie z presją i oczekiwaniami fanów?
Zbyszek Larwa: Presja jest, bo zabraliśmy się za kontynuowanie serii monumentalnej – „Tytus, Romek i A’Tomek” Papcia Chmiela, jednego z największych twórców komiksu polskiego. Oczekiwania fanów też są wielkie, bo pamiętajmy, że Tytus to bohater kultowy, kochany przez wszystkich miłośników opowieści obrazkowych. Wiemy, że nie możemy pozwolić sobie na fuszerkę przy tej robocie. Mnie presja zawsze motywowała do ciężkiej pracy, ostatnie cztery miesiące takie były. Cóż, ta przygoda jest ryzykowna, jak nocna wyprawa Romka i A’Tomka do lasu w poszukiwaniu Tytusa (patrz „Nowe Przygody”), ale też jest wielkim wyzwaniem artystycznym, graficznym i narracyjnym.
Rysując nowe przygody Tytusa, Romka i A’Tomka, na ile starasz się wiernie imitować kreskę Papcia Chmiela, a ile wnosisz własnego, autorskiego sznytu?
Przystępując do pracy nad „Nowymi Przygodami” nie myślałem, by kopiowanie czy naśladowanie stylu Papcia było właściwe. Papcio Chmiel był jedyny i niepodrabialny – pomyślałem – koniec i kropka. Dla mnie klimat starych „Tytusów” był kluczem do tego świata. Mój autorski sznyt można oglądać w projekcie komiksowym o przygodach Krasnoludów lub przy ilustracjach do książek „Sceny z Życia Smoków” czy „Przygody Euzebiusza”. „Tytus Romek i A’Tomek” to inny język graficzny, inna narracja. Starałem się bardzo, by atmosfera starych książeczek fruwała mi nad głową i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że zbliżyłem się do poziomu mistrza. Ocenę naszych poczynań pozostawiań czytelnikom.
Co w rysowaniu tego komiksu sprawiło ci najwięcej frajdy, a co było najtrudniejsze, stanowiło największe wyzwanie?
Największa frajda to cotygodniowe spotkania z Arturem Chmielewskim (Stany Zjednoczone), Karolem Weberem (Kenia) i ekipą z Warszawy. Praca nad „Nowymi Przygodami” trwała cztery miesiące ‒ było twórczo, inspirująco, wesoło, ale i krytycznie. Najtrudniejsze były korekty. Plansza po planszy analizowaliśmy kadry, dymki, kolor – eliminowaliśmy rzeczy zbędne czy nie do końca trafione… Było dużo twórczego funu i mam nadzieję, że to będzie widać na kartach komiksu.
W jakim stopniu twój komiks będzie tworzony tradycyjnymi metodami, a ile będzie w nim technik cyfrowych?
Efekt końcowy komiksu „Tytus, Romek i A’Tomek. Nowe Przygody” to miks dostępnych technik używanych współcześnie przy tworzeniu opowieści obrazkowych. Jestem z wykształcenia grafikiem wydawniczym ‒ to miało duży wpływ na system pracy. Komiksem zajmuję się… bardzo długo. Przy tworzeniu „Nowych Przygód TRiA” postanowiłem skorzystać ze wszystkich dostępnych mi metod pracy. Rysunek: pierwsze szkice powstawały w ołówku, projekty plansz (kompozycja, dynamika narracji) cyfrowo, oryginalne plansze to tusz na papierze, później, skanowanie i postprodukcja cyfrowa (korekty i poprawki). Kolor: postawiłem na klasyczną mokrą akwarelę kładzioną na plansze blaudrukowe. Stara technika z czasów Papcia Chmiela. Mistrzem tej techniki dziś jest Wojtek Bem, którego zaprosiłem do pracy nad projektem. Mogę mieć tylko nadzieję, że efekt naszych wysiłków spodoba się fanom. Zapraszam wszystkich na pokład w rejsie ku nowym przygodom.
Karol Weber ‒ najbardziej tajemniczy z całego zespołu. Ukrywający się pod pseudonimem scenarzysta komiksowy, który wyznaje zasadę: Nie znacie mojej twarzy, znacie moje komiksy. Współpracował m.in. z Danielem „Gedeonem” Grzeszkiewiczem, Maciejem Pałką („Utopia”) i Arturem Biernackim („Dwa Światy”).
Gdybyś miał zdefiniować charakterystyczne cechy definiujące styl i humor Papcia Chmiela, na których opierały się jego komiksy, co by to było?
Karol Weber: Wbrew pozorom, komiksy Papcia Chmiela są jednymi z najbardziej wymagających językowo w polskim komiksie. Ich siłą jest humor wielopoziomowy – prosty w odbiorze, ale oparty na konkretnych mechanizmach, które zaczynają być widoczne dopiero przy analizie. Musiałem zrobić taką analizę przygotowując się do napisania „Nowych Przygód Tytusa, Romka i A’Tomka”.
Najważniejszy jest tu język postaci. Humor wynika z przekręceń, dosłownego rozumienia i tworzenia nowych słów. Tytus nie opowiada dowcipów – on myśli inaczej niż reszta i traktuje język zbyt dosłownie. Z tego rodzi się komizm.
Następnie mamy do czynienia z humorem sytuacyjnym. Świat Tytusa bywa absurdalny, ale nigdy przypadkowy. Każdy pomysł ma swoją logikę, dlatego nawet niedorzeczne rzeczy działają.
Duże znaczenie mają relacje między postaciami. Zderzenie Tytusa z bardziej racjonalnymi bohaterami i powagą Profesora T.Alenta buduje humor naturalnie, bez wymuszonych żartów.
Rysunek działa na równi z dialogiem. Detale, ruch i emocje często wzmacniają żart albo nadają mu drugi sens. Do tego dochodzi forma – obecność autora, zabawa konwencją i puenty, które odwracają znaczenie sceny.
To połączenie pokazuje, że ten styl nie wynika z pojedynczych pomysłów, tylko z całego mechanizmu opowieści.
Czy planujesz jakieś eksperymenty lub nowe elementy w przygodach Tytusa (a jeśli tak, to jakie), czy raczej zamierzasz wiernie trzymać się przyjętej konwencji?
Myślę o tym przede wszystkim jako o kontynuacji, nie rewolucji. Nie chcę wywracać świata Tytusa, Romka i A’Tomka do góry nogami, bo jego siła leży właśnie w tej dobrze znanej formule. Dlatego trzymam się fundamentów zbudowanych przez Papcia Chmiela — relacji między bohaterami, sposobu prowadzenia humoru i logiki tego świata.
Z drugiej strony, ten świat nie może pozostać zamrożony. W pierwszej księdze „Nowych Przygód” świadomie wprowadzam współczesne tematy i konteksty, które są bliskie dzisiejszemu odbiorcy – od rzeczywistości technologicznej, po sposób, w jaki dziś funkcjonują relacje i komunikacja. To jest mój główny kierunek eksperymentu. Nie zmieniam zasad, na których działa ten świat, ale sprawdzam, jak reaguje na nowe sytuacje i problemy.
Nie dokładam nowych form na siłę, tylko pracuję w ramach tej samej logiki opowieści. Interesuje mnie raczej to, jak daleko można ją rozciągnąć, żeby nadal była rozpoznawalna, a jednocześnie świeża.
W ostatnich księgach stworzonych przez Papcia Chmiela Tytus doczekał się żony. Okazało się jednak, że Szympansia/Szympsia została znienawidzona przez fanów, a finalnie chyba też przez samego autora. Masz jakiś pomysł, jak rozwiązać tę kwestię?
Nie planuję rozwijać tego wątku. Nigdy nie byłem zwolennikiem ślubu Tytusa i nie widzę potrzeby, żeby do niego wracać. W komiksach Papcia Chmiela nie było sztywnej ciągłości fabularnej, dlatego nie traktuję tego jako obowiązku. To daje dużą swobodę w wyborze kierunku.
W nowych historiach wolę skupić się na tych pomysłach i relacjach, które najlepiej pracują na dynamikę między bohaterami i humor serii.
Jak wygląda proces tworzenia nowych przygód – od twojego scenariusza, do gotowych plansz? Jakich motywów przewodnich możemy się spodziewać w kolejnych albumach?
To skomplikowane (śmiech).
Zaczynamy od pomysłu i scenariusza, który przechodzi przez kilka etapów konsultacji. Spotykamy się, rozbijamy historię na czynniki pierwsze, sprawdzamy, co działa, a co nie. Na tej podstawie powstają szkice plansz, które wracają do rozmów i poprawek. Czasami dochodzimy do momentu, w którym wywracamy wszystko do góry nogami i zaczynamy od nowa. To jest ciągłe dopracowywanie — od scenariusza, aż po gotowe plansze.
Jeśli chodzi o motywy przewodnie, mam ich sporo, ale nie chcę zdradzać szczegółów. Mogę powiedzieć tylko tyle, że sięgamy po tematy współczesne i bliskie dzisiejszemu odbiorcy, przepuszczając je przez charakterystyczny humor i sposób opowiadania znany z Tytusa.
Pytania wspólne:
Która z kanonicznych ksiąg „TRiA” jest twoją ulubioną i dlaczego?
ABC: Oczywiście, moja ulubiona księga to nowe wydanie Księgi III ‒ kosmicznej.
Dlaczego? Zdradzę Wam kilka tajemnic tej księgi, o których nikomu nigdy nie mówiłem:
Tata przyleciał do mnie do Kalifornii na dwa tygodnie akurat, gdy zaczął się w Polsce stan wojenny. W ten sposób dwa tygodnie zamieniły się w dwa lata pobytu w USA. Żeby podtrzymać ojca ducha, codziennie robiliśmy sesje planowania nowych książeczek. Żeby zainspirować tatę, brałem go do różnych miejsc, które potem w różny sposób pokazywały się w wielu książeczkach.Wizyta taty w moim Centrum NASA była dla mnie wielkim szczęściem. Do tej pory narzekał na moją pracę w kosmosie. Mówił: Napisałbyś książkę, zrobił rzeźbę, zrobił komiks. Masz tyle wyobraźni, a budujesz głupie statki kosmiczne! Przełom nastąpił, gdy pokazałem mu ogromny model statku Galileo, który poleciał na Jowisza. Ale przecież Jowisz to Jupiter! Tak jak mój pseudonim w Powstaniu Warszawskim! ‒ to było olśnienie dla ojca i od tego momentu mój kosmos był jego przyjacielem.Wcześniej pracowałem nad sondą Ulysses, lecącą na bieguny Słońca. Nikt o tym nie myśli, ale my zawsze widzimy Słońce od równika. Jeżeli byłyby na biegunach duże dziury w Słońcu, to nigdy byśmy tego nie wiedzieli. To się tacie bardzo podobało i dlatego, jak się przyjrzycie, na stronie 13 Księgi 3 A’Tomek buduje rakietę Ulisses.Tata uwielbiał chodzić po górach. Nad JPL jest ogromna góra, z której jest piękny widok na Laboratorium. Właśnie ten widok możecie zobaczyć na stronie 17.Poniżej tej panoramy zobaczycie rysunek Murzynki dającej Tytusowi identyfikatory. To była Bobby, prawdziwa recepcjonistka JPL. Bobby żywiła wobec Polaków specjalne uczucia, bo zaadoptowała z sierocińca dwójkę polskich dzieci.Na stronie 18 tata narysował mnie, jak oprowadzam Tytusa, Romka i A’Tomka po naszym Centrum. Tata zapytał mnie, nad jakimi częściami statku teraz pracuję. Powiedziałem mu, że nad instrumentami. Ojciec wiedział oczywiście, że mam na myśli spektrometry, magnetometry i teleskopy, ale narysował gitarę, trąbkę i fortepian. Gdy pokazałem te instrumenty naukowcom z JPL, pokładali się ze śmiechu.Na 30 stronie tej księgi, narysowanej pierwotnie w 1968, są Lunaszki, które mieszkają w jaskiniach na Księżycu. Jaskinie na Księżycu zostały odkryte 42 lata później! Przed konferencją prasową pokazałem komiks taty wiodącej naukowiec, Laurze, a ta błagała mnie o kopię tej księgi i żartowała, czy Papcio Chmiel chce mieć po sobie nazwaną tę „lava tubę”.No to już chyba zamęczyłem Was tymi powodami, dla których uwielbiam Księgę III, kosmiczną!
ZL: Nie mogę podać jednej pozycji, dla mnie każda z premier była wydarzeniem i przygodą, w którą zabierał mnie Papcio. Ale mam oczywiście swoją hierarchię i tak numer 1, czyli to, co najbardziej cenię i lubię – „Księga XIII. Wyprawa na Wyspy Nonsensu” z 1979 roku. Slajdolot i zero ograniczeń ‒ od pierwszego do ostatniego kadru zabawa na pełnej…, jak mawiają współcześnie. Numer 2: Ochrona przyrody, Księga X z 1975 roku. Mielolot działający na dowciplinę, zgrabnie i dowcipnie pokazane mechanizmy rozwoju cywilizacji (było oczywiście o ekologii i skutkach nieprzemyślanych działań dla środowiska) i te dowcipy… np. Tytus na polecenie A’Tomka z łopatą w łapie poszukuje surowców do produkcji paliwa mielolotu i zastanawia się: – Najpierw przekopać wyspę wzdłuż, czy wszerz? Chyba A’Tom się pomylił. Geolog kopie w głąb… Mądra książeczka! Trzecie miejsce bezdyskusyjnie to Księga IX ‒ Tytus na Dzikim Zachodzie z 1974 roku. Zaskoczenie? Chyba nie. Wszyscy lubiliśmy przygody na Dzikim Zachodzie. Do dziś ta pozycja się nie zestarzała, dla mnie jest kultowa.
KW: Najbliższa jest mi pierwsza księga „Tytusa, Romka i A’Tomka”. Ta księga jest jak narodziny, bez których nie byłoby całego świata… Bez niej nie byłoby kolejnych części ani emocji, które dziś budzi ta seria.
To tutaj po raz pierwszy poznajemy bohaterów, ich relacje i sposób prowadzenia historii. Wprowadza w logikę tego świata, jego humor i język, który później staje się znakiem rozpoznawczym Papcia Chmiela.
Jej znaczenie polega na tym, że wszystko, co powstało później, wyrasta właśnie z tego punktu. Jeśli ten początek by nie zadziałał, nie byłoby ani dalszych historii, ani przywiązania czytelników do postaci. Nie byłoby też „Nowych Przygód”, ani tej rozmowy.
Dlatego traktuję ją jako coś więcej niż start — to moment, który definiuje tożsamość całej serii.
Gdyby przypisać wam role bohaterów komiksu, który z was byłby Tytusem, który Romkiem, a który A’Tomkiem?
ABC: To ciekawe pytanie. Wydaje mi się, że geny ojca nie przeszły na syna, córkę i wnuczków prostolinijnie. Gdzieś rozrzuciły się po tych spiralach DNA. Np. moja siostra Monika jest genialną artystką, która pokazuje swoje tkaniny na całym świecie. Ja jestem połączeniem Tytusa i A’Tomka, bo lubię dowcipy, ale też zagłębiam się w wiedzę. Mój syn Lucas to raczej racjonalny Romek, ale ze świetnym poczuciem humoru dziadka. Drugi syn, Marcus, od dziecka miał niesamowity dryg do sztuki i rysunków. Starałem się go delikatnie odciągać od sztuki, bo już miałem wystarczająco artystów w rodzinie. Myślę jednak, że zobaczycie w „Nowych Przygodach” wszystkie przebitki tych Papciowych genów.
ZL: Ha! To proste pytanie ‒ ja oczywiście chciałbym być Tytusem, ale niestety nie nadaję się… to miejsce jest zarezerwowane dla Artura Chmielewskiego – dowcip, błyskotliwość, fantazja… no Tytus, jak się patrzy. Romek to na pewno Karol Weber… spokój, zdrowy rozsądek i kontrola nad wszystkim. Zatem mnie pozostaje rola A’Tomka… Cóż, ktoś musi wszystko pchać do przodu.
KW: O rany… ciężkie pytanie. Myślę, że magia tej serii polega na tym, że w każdym z bohaterów można odnaleźć kawałek siebie. Każdy ma w sobie coś z Tytusa, ale też z Romka i A’Tomka — te cechy się przenikają i zmieniają w zależności od sytuacji.
Z nami jest podobnie. Mógłbym powiedzieć, że mam w sobie Tytusa, ale chwilę później stwierdzę: kurczę, przecież Artur też go w sobie ma… i Zbyszek. I tak samo z pozostałymi postaciami — każdy z nas w różnych momentach przejmuje ich role.
Dlatego trudno przypisać nam jedną, stałą funkcję. To nie są sztywne podziały, tylko pewien zestaw cech, które w nas pracują i ujawniają się w różnych momentach.
Publicystyka
Łukasz M. Wiśniewski, Joanna Kułakowska
SPLAT!FILMFEST 2025: RAPORT POKONTROLNY
Warszawski Splat!FilmFest to wydarzenie unikatowe, bo selekcja do festiwalu obejmuje wyłącznie niezależne kino gatunkowe z dużym udziałem fantastyki i horroru. Siłą rzeczy czyni to jego dyrektorkę programową wielką sojuszniczką fandomu. I naszą.
Zeszłoroczna edycja Splat!FilmFest okazała się aż tak udana, że przeszła kolejne etapy nominacji do warszawskiej nagrody S3KTOR i znalazła się w finałowej piętnastce. Gdy dostaniecie ten numer do rąk, będzie już wiadomo, czy festiwal wygrał – a ponieważ piszemy to w pierwszym tygodniu maja, to po prostu trzymamy kciuki, zarówno dlatego, że nasza redakcja była patronką, jak i prywatnie ‒ jako autorzy artykułu i lokalne meble podczas festiwalu.
Cisza
Tegoroczna impreza odbędzie się w dniach 22‒31 października, a swoje filmy, również krótki metraż, można zgłaszać do końca czerwca. Swoją drogą, Splat doczekał się nieco dzieci: co miesiąc prezentowane są kultowe klasyki kina (na które nie ma miejsca podczas skoncentrowanego na nowościach festiwalu), a gdy ten numer „NF” zawita w kioskach i prenumeracie, na horyzoncie pojawi się trzecia edycja WTF Fest (25–28 czerwca 2026), którego nazwa mówi chyba sama za siebie, choć na wszelki wypadek podpowiadamy oficjalną wersję: Weird and Transgressive Films… albo po prostu Strasznie Dziwne Filmy (co nie pasuje do skrótowca, ale wyczerpuje temat).
I to było na tyle, jeśli chodzi o ogłoszenia redakcyjne. Przejdźmy do analizy repertuaru, bo jak co roku zawierał on sporo perełek, które zbyt często ignorują masowi dystrybutorzy, a i platformy streamingowe nie zawsze (ale zawsze z poślizgiem) po nie sięgają.
Laboratorium lęków i traum
Rolą dobrej fantastyki i horroru jest bycie laboratorium, w którym można uwypuklić pewne problemy, popracować nad wypreparowanymi trendami w nauce czy społeczeństwie i obejrzeć pod mikroskopem ludzkie lęki. Na przykład „Pożyteczny duch” („A Useful Ghost”, „ผีใช้ได้ค่ะ”) to pozornie dziwna komedia o specyficznych personach, w tym o facecie, którego zmarła żona zamieszkuje w odkurzaczu, a tak naprawdę obraz wielowarstwowy i o szkatułkowej konstrukcji. Ratchapoom Boonbunchachoke wykazał się wielką dojrzałością twórczą jako scenarzysta i reżyser, postanowił bowiem opowiedzieć przy okazji o krwawo stłumionych protestach z 2010 roku, które stanowią w Tajlandii dość śliski temat…
Na podobny zabieg, czyli rozmowę o trudnej przeszłości na tle historii nadprzyrodzonej, zdecydował się Algierczyk Yanis Koussim w swoim obrazie „Roqia”. Film przedstawia echa wojny domowej z końcówki minionego wieku, ale mniej tu dosłowności (choć dla mieszkańców Algierii pewnie to kwestie bardzo czytelne), a dość jednoznaczne przypisanie fanatyzmu religijnego bezpośrednim podszeptom Szatana osłabia wymowę.
Najmniej udanym mierzeniem się z przeszłością, pomimo sporego potencjału i dobrej obsady aktorskiej, okazał się film „The Dutchman”, czyli współczesne odniesienie do ważnej dla Afroamerykanów sztuki pod tym samym tytułem, która miała premierę w roku 1965. Andre Gaines po prostu nieco się pogubił po drodze, wątpliwie rozłożył akcenty i nie zadbał o dynamikę, przez co obraz jest nużący – chwilami zbyt chaotyczny, chwilami nudnawy.
Z teraźniejszością Bałkanów pięknie zmierzył się zaś Aleksandar Radivojevic, tu debiutujący za kamerą, ale światu dał się poznać jako scenarzysta „Serbskiego filmu”. Jego „Karmadonna” w przejaskrawiony sposób pokazuje Belgrad, w którym jak w wielkim kotle mieszają się postjugosłowiańscy bandyci, gwiazdki Internetu, korporacyjni „władcy świata” i fanatycy religijni… W centrum tego wszystkiego tkwi zdezorientowana ciężarna kobieta w dojrzałym wieku. Ogólnie chodzi natomiast o kwestię mesjanistyczną, ale taką skąpaną w rzekach krwi i ognia.
„Kuracja” („Shell”) dotyka problemu już całkiem ogólnoświatowego, czyli tego, jak w show-biznesie (w sumie nie tylko) traktowane są kobiety i jakie występują oczekiwania wobec ich wyglądu. Było o tym w „Substancji”, ale tutaj mamy lżejszy nastrój i bardziej pulpowe podejście. Max Minghella zebrał naprawdę solidną obsadę i sprawnie poprowadził opowieść. O kwestiach zdrowotnych i nowatorskich rozwiązaniach medycznych opowiada też „Ukochana” („Honey Bunch”) Madeleine Sims-Fewer i Dusty’ego Mancinelliego. Mamy tu również traktat o miłości, poświęceniu i… wolności do bycia sobą. Twórcy bawią się z widzami zarówno poprzez budowanie poczucia zagrożenia u bohaterki, jak i nawiązania do kina sprzed półwiecza. Na koniec mamy zaś dość fundamentalne i już znane pytanie, zadane z siłą wynikającą z całego procesu zdejmowania kolejnych masek.
Nieco zbliżone pytanie towarzyszy nam także w świetnym, nakręconym bez wielkiego budżetu SF o wieloświecie, czyli „Redux Redux”. Kevin McManus i Matthew McManus opowiadają historię kameralną, skoncentrowaną na emocjach i więziach międzyludzkich. To brutalne, surowe dzieło traktujące o rozpaczy matki, której seryjny morderca celujący w nastolatki odebrał córkę. Kobieta staje się uzależniona od zemsty i obsesyjnych poszukiwań dziecka. Irene ma w tej kwestii wiele możliwości, jako że jest posiadaczką kapsuły do podróży po multiwersum.
Ostatni film (choć de facto sklejony w całość miniserial), jaki zaliczyliśmy do tej kategorii, to „Cisza” („Silencio”). Eduardo Casanova kolejne epizody swej historii o wampirzycach rozrzucił w czasie, a stanowią one pretekst do pochylenia się nad figurą odmieńca, zawsze obwinianego o wszystko, co najgorsze, z powodowaniem epidemii włącznie. Mamy tu przejście od dżumy w XIV wieku do AIDS w wieku XX i wykorzystanie symbolicznej figury wampira jako klamry i przykładu, a wszystko podane w wysmakowanej wizualnie formie. My zaś właśnie symbolicznie przechodzimy od filmów problemowych do tego, co po prostu ładne lub widowiskowe.
Ku radości oczu i/lub serca
Choć „Dotknij mnie” Addisona Heimanna jest przede wszystkim zabawą z Lovecraftem, warto wspomnieć, że i w tym obrazie przewijają się śladowe ilości kwestii społecznych. Teoretycznie opowieść jest dość prosta: ot, romans z kosmitą – charyzmatycznym, uwielbiającym kolorowe dresy i opowiadającym o zagładzie swego świata w wyniku spowodowanej przez jego gatunek katastrofy klimatycznej, której chce Ziemi oszczędzić. Tyle że gatunkowo nie jest to romans, a szalona mieszanka komedii z body horrorem, na dodatek ociekająca seksualnością.
Innym filmem o przejaskrawionej warstwie wizualnej jest „Kraina Mroku” („Dust Bunny”) Bryana Fullera. To iście wybuchowa mieszanka fantasy, horroru, komediodramatu i feel good movie, w której mała dziewczynka wynajmuje płatnego zabójcę do pokonania potwora spod łóżka. Dodajmy, że owego speca gra Mads Mikkelsen… To Fuller w pełnej krasie, więc trzeba się przygotować na szalone sceny i równie szaloną kolorystykę.
