Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 280
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
5/2026 FANTASTYKA
Jerzy Rzymowski
NIE MASZ NADE MNĄ WŁADZY
Według badań ośrodka Pew Research Center około 40% dorosłych Amerykanów doświadczyło rozmaitych form internetowej przemocy. NASK szacuje, że ofiarami hejtu pada podobny odsetek polskich nastolatków. Psycholodzy alarmują, że cyberbullying może prowadzić do zaburzeń emocjonalnych, depresji, a nawet pchnąć ofiary do prób samobójczych.
Nasza redakcja również jest od lat wystawiona na hejt. Adminka fanpage’a „Nowej Fantastyki” nieraz ma pełne ręce roboty, żeby posprzątać po hejterach, którzy defekują pod naszymi postami, zwłaszcza gdy tematyka zahacza o kwestie światopoglądowe. Nienawiść może też przyjąć postać anonimowego trolla, który od miesięcy w serwisie Lubimy Czytać zakłada kolejne konta tylko po to, żeby seryjnie wystawiać jedynki kolejnym numerom pisma albo wstawiać pod nimi obelżywe komentarze typu, cytuję: Jebać JeRzego! Kiedyś mocno przeżywałem i brałem do siebie podobne sytuacje. Teraz tacy ludzie prędzej budzą moje politowanie. Jak ubogie musi być ich życie, jeśli nie mają lepszych zajęć niż uporczywe próby wrzucania kamieni do redakcyjnego ogródka?
Dlatego chciałbym moje kolejne słowa zaadresować do każdej osoby, która cierpi wskutek hejtu, chociaż mam świadomość, że wcielenie ich w życie może być bardzo trudne. Wiem z własnego doświadczenia, co przeżywasz i jak możesz się czuć. Pamiętaj jednak: to Ty, a nie hejter, masz kontrolę nad sytuacją. To do Ciebie zawsze należy ostateczny wybór, z czyim zdaniem będziesz się liczyć i czyje opinie będą na Ciebie wpływać i mieć znaczenie. Hejter może Cię zranić, tylko jeśli mu na to pozwolisz. W momencie, gdy zdecydujesz, że nie obchodzi Cię jego opinia, nie będzie mógł Cię skrzywdzić ani zranić. Będzie z nim, jak z Jarethem, Królem Goblinów w filmie „Labirynt”, gdy główna bohaterka filmu, Sarah uwierzyła w siebie i powiedziała mu: Nie masz nade mną władzy ‒ jego moc okaże się iluzją i pęknie jak bańka mydlana.
Zapraszam do lektury!
Publicystyka
Witold Vargas
MAMUNA
Nazwa „mamuna” odnosi się do żeńskiego stworzenia, które w różnych regionach opisuje się inaczej zarówno pod względem wyglądu, jak i rodzaju interakcji z ludźmi. Raz jest piękną panną zwodzącą młodzieńców w pobliżu rzek i akwenów jak wodna rusałka, raz włochatym babskiem z piersiami do ziemi, które porywa ludzkie dzieci i zostawia na ich miejscu własne ‒ pokraczne, tępe i żarłoczne szczenięta. Ten drugi rodzaj aktywności przypisuje się też innym istotom z zaświatów, takim jak bohynie, koszki, subiele czy krośnięta. Słowem, jak zwykle kilka nazw, kilka specjalizacji i wszystko dokładnie pomieszane. Ale skupmy się na tej mamunie, która podmienia dzieci. Wszak działalność ta wydaje się na pierwszy rzut oka dość dziwaczna. Po co jakiś demon miałby oddawać własne dzieci w zamian za ludzkie i jakie to dzieci można było posądzać o to, że są podmieńcami?
Odpowiedź na drugie pytanie jest bardziej intuicyjna: podmieńcami są te dzieci, których czasem sami rodzice nie poznają. A to się przecież zdarza, prawda? „Wiesz co, synku/córeczko, jak ty się zachowujesz? Nie poznaję cię!” Prawie każdy z nas to usłyszał choć raz od rodzica. Ja w każdym razie wielokrotnie. A mawiało się dawniej: „Ty taki a taki, chyba cię mamuna podmieniła!”, co znaczyło, że dziecko w jakiś sposób nie było sobą. Czasem takie stwierdzenie ograniczało się do komentarza, do łagodnego sposobu karcenia dzieciaka za złe zachowanie. Pamiętam, że mama mi mówiła. „Gdzie jest mój synek? Nie widzę go!”. Ja zawstydzony powtarzałem „Tu jestem, tu jestem!”. A mama udając, że mnie nie widzi: „Nie, to na pewno nie mój synek, on zachowuje się inaczej”. I działało. Ale też czasem problem był większy niż zwykły jednorazowy wybryk. Co jeśli matka miała pod opieką całą czeredę urwipołciów, a jeden jak na złość dokazywał nieustannie, albo był tak niesforny, że nie sposób było z nim wytrzymać? Dochodziło do konfliktu między miłością matczyną, a skrajnym, niedopuszczalnym pogwałceniem zasad współżycia. W dawnych czasach, a w tradycyjnych społecznościach i do dziś matki mają dla swoich pociech wiele cierpliwości. Pozwalają im na wiele, jednak są pewne granice, których przekroczyć nie wolno. Nie można działać na szkodę innych, nie wolno naruszać wątłych zapasów żywności w czasie nieurodzaju, nie można łamać tabu. Wtedy z pomocą przychodziło przeświadczenie, że takie wyrodne dziecko nie jest własne. Pozwalało to uśpić uczucia macierzyńskie i ostrzej zainterweniować, wbrew własnym uczuciom. Wmawiając sobie, że taki bachorek nie jest prawdziwym dzieckiem, tylko podmieńcem, można było sobie pozwolić na większą surowość wobec niego, nawet na kary fizyczne.
Mamuna, Paweł Zych, Bestiariusz Słowiański
W notatkach etnografów zachowało się wiele opisów ostrego traktowania niesfornych dzieci, choćby takich: „Trzeba bić podmieńca, aż wstąpi w niego prawdziwe dziecko z powrotem”. Taką karę cielesną traktowano jako rytuał magiczny odpędzający złego ducha z dziecka i przywołujący do jego ciała właściwą duszę. Ale zdarzyło się nieraz ‒ i zostało to też dość dokładnie udokumentowane ‒ że zabobon o podmieńcach rozrósł się do skomplikowanej narracji o tym, jak to mamuny czy inne demony, korzystając z nieuwagi rodziców podmieniają ich dzieci na własne, a te prawdziwe przetrzymują w zaświatach tak długo, aż odprawi się odpowiedni rytuał. A rytuał ów polegał na tym, że biło się podmieńca tak długo, aż przyszła mamuna i głęboko poruszona płaczem potworka oddawała porwane dziecko i zabierała swoje, mówiąc: „Ja twojego dziecka tak nie traktowałam”. Ale ta opowieść, w odróżnieniu od tej z symbolicznie powracającą duszą, nie mogła mieć miejsca w rzeczywistości. Należała do sfery mitów. Co się zatem działo naprawdę? Otóż dzieciaki te, niesforne, często ułomne i niedorozwinięte, były dosłownie zamęczane. Dziś wydawać nam się to może okrutne i nieludzkie. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że trudnych warunkach lepszą strategią przetrwania było zachowanie przy życiu zdrowych dzieci, a wyeliminowanie tych ułomnych, tak jak czynią to wszystkie zwierzęta. Opowieść o podmieńcach pomagała przełamać uczucia stojące na przeszkodzie takim okrutnym, acz koniecznym praktykom.
Nam, z perspektywy współczesnych, cywilizowanych ludzi, żyjących w komforcie pozwalającym przetrwać osobom słabym, niepełnosprawnym fizyczne czy umysłowo, trudno jest zrozumieć jak to możliwe, że kiedyś decydowano się na taką domorosłą eugenikę. Ale z pewnością nie była to praktyka powszechna i nie mamy prawa oceniać całego kompleksu czynników psychologicznych, społecznych i ekonomicznych, które w skrajnych przypadkach do takich aktów zmuszały. Dobrze, że te praktyki przetrwały tylko w starych opowieściach i na tym poprzestańmy.
Publicystyka
Kamil Muzyka
WIRUJĄCY ŚMIETNIK
Wraki statków kosmicznych, porzucone elementy dawno zapomnianych misji brzmią fajnie dla fantastów. W końcu cmentarzyska gwiazdolotów i statki-widma pojawiają się w niej regularnie. Niestety, rzeczywisty złom kosmiczny już nie jest aż tak fajny, a kontakt z nim ciężko nazwać przygodą.
W „2001: Odysei Kosmicznej”, Arthur C. Clarke rozważa wizję, w której pewnego dnia planeta ludzi zyska wręcz majestatyczne pierścienie, utworzone z nakrętek, śrubek, łączników i narzędzi, zgubionych przez robotników na orbitalnych budowach (tłum. Radosław Kot). Z kolei w „Wall-E” mogliśmy zobaczyć złomowy obłok Ziemi, stworzony z tego, co pozostawiła po sobie cywilizacja ludzka przed wylotem w kosmiczne Bieszczady.
Kosmiczne śmieci, odpadki lub złom orbitalny, zwany po angielsku space debris jest jednym z wyzwań przed jakim stoi astronautyka. Do kategorii śmieci kosmicznych zaliczamy urządzenia kosmiczne lub ich elementy, które nie wykonują zaplanowanych dla nich zadań w przestrzeni kosmicznej. Składają się na nie zużyte człony napędowe, uszkodzone, zepsute lub nieczynne satelity, szczątki powstałe w wyniku rozpadu, degradacji lub kolizji w przestrzeni kosmicznej oraz fragmenty farby i poszycia. Szacuje się, że obecnie na orbicie okołoziemskiej znajduje się ponad 141 milionów szczątków kosmicznych, z czego 130 milionów z nich to obiekty o wielkości pomiędzy 10 cm a 1 mm. Prędkości, z jaką poruszają się takie szczątki, zależą od orbity, na której się znajdują. Dla niskiej orbity Ziemi (LEO) będzie to średnio 10 km/s, z czego obiekty o większym mimośrodzie orbity (ekscentryczności) mogą poruszać się z prędkością nawet 14 km/s. Na wyższych orbitach prędkość jest mniejsza, jednak to właśnie zanieczyszczenie niskiej orbity stanowi największy problem.
Kosmiczna strzelnica
Tak jak zderzenia z mikrometeoroidami, kolizje ze złomem kosmicznym stanowią zagrożenie dla pojazdów i urządzeń kosmicznych. Są w stanie uszkodzić ogniwa słoneczne, odsłonięte sensory, aparaturę lub w najgorszym przypadku przebić się przez poszycie, naruszając ważne systemy i integralność jednostki. Aby tego uniknąć, stosuje się dwie metody ochrony przed śmigającym złomem. Pierwszą jest wyposażenie pojazdów i stacji kosmicznych w pancerz, taki jak Tarcza Whipple’a, która z założenia była osłoną przeciwko mikrometeoroidom. Drugim jest wykonywanie manewrów antykolizyjnych przez stacje kosmiczne i satelity. Ta stosowana jest w przypadku wykrycia z ziemi większych szczątków. Tworzenie pancernych stacji jest póki co domeną fantastyki, jednak nawet tam, gdzie stanowią oś fabuły, jak w powieści “SpaceCorp” Ejnera Fulsanga, wymagają regularnych napraw. Nawet stworzenie całego postludzkiego gatunku (Remory), który istnieje wyłącznie by prowadzić naprawy powierzchni gigantycznego Great Ship w cyklu autorstwa Roberta Reeda, nie wygląda zachęcająco (szczególnie dla przedstawicieli tego gatunku). Z kolei astronautyka daleka jest od tworzenia tarcz plazmowych i innych pól ochronnych w celu ochrony stacji i statków.
Kaskada kolizyjna
Syndrom Kesslera jest często podnoszonym argumentem nie tylko w kwestii złomu kosmicznego namnażającego się w wyniku zwiększenia obecności ludzkich urządzeń na orbitach Ziemi, ale także w związku z tworzącymi się i rosnącymi megakonstelacjami satelitarnymi. Z Syndromem Kesslera mogliśmy się zapoznać oglądając „Grawitację”, serial anime „Planetes” czy w książkach takich jak „Migotliwa wstęga” Alastaira Reynoldsa i „World War Z”, Maxa Brooksa. Polega on na nagromadzeniu się złomu kosmicznego w ilości sprawiającej, że kolejne zderzenia zaczną wywoływać reakcję łańcuchową, w wyniku której satelity, pojazdy i stacje są niszczone, tworząc kolejne roje orbitujących śmieci. W ten sposób cała infrastruktura na dotkniętym obszarze ulega unicestwieniu, a konwencjonalne loty kosmiczne są uniemożliwione.
Jest to ciekawy scenariusz stworzenia sztucznej blokady zdolności kosmicznych dla planety wrogów. Jednak póki co nie prowadzimy wojen międzyplanetarnych, natomiast opieramy sporą część globalnej gospodarki o wykorzystanie infrastruktury kosmicznej. Stąd też obawy, że kolejne kolizje satelitów, jak zderzenie Iridium 33 z Kosmos-2251 w 2009 roku, czy testy broni antysatelitarnej mogą na długi czas pozbawić ludzkość zdolności kosmicznych, tak niezbędnych ekonomicznie, badawczo (obserwacja Ziemi, badania klimatu) jak i militarnie. To nie oznacza, że obecnie nie istnieją zaawansowane pracę nad pseudosatelitami i platformami wysokiego pułapu (High Altitude Platform System – HAPS), mogących zastąpić systemy satelitarne w razie potrzeby. Jednak złom kosmiczny to także spalane w atmosferze drobne szczątki zanieczyszczające ją tlenkami glinu, oraz większe fragmenty, zagrażające mieniu, życiu i zdrowiu mieszkańców Ziemi.
Wystarczy pozbierać, nie?
Znane z fantastyki wizje kosmicznych sprzątaczy, jak z serialu „Quark” czy filmu „Space Sweepers” wyglądają niesamowicie, jednak bliżej im do „Gwiezdnych wojen” niż rzeczywistości. Istnieje kilka projektów dotyczących zbierania większego złomu kosmicznego, w postaci nieaktywnych satelitów. Zakładają użycie harpunów, kleszczy, siatek lub magnesów w celu pochwycenia obiektu, a następnie jego deorbitacji lub odholowania na kosmiczne złomowisko, gdzie zostaną poddane recyklingowi. Można by je też zdeorbitować z użyciem laserowej miotły (Laser Broom), która rozgrzewałaby ich powierzchnie w celu wywołania efektu odgazowania, co w przestrzeni kosmicznej działa jak odpalenie małego silnika rakietowego. Resztę pracy wykonuje tarcie egzosfery i grawitacja naszej planety. Większym problemem są te malutkie szczątki. Ręczne pozbieranie nie jest niemożliwością, jeśli poza możliwościami rozpoznania, śledzenia i ścigania ma się zdolności manewrowania i zasoby energii bliższe kolonialnym myśliwcom Viper z „Battlestar Galactiki”, niż obecnym możliwościom technologicznym. Laserowe miotły wydają się nie najgorszym rozwiązaniem problemu, a przynajmniej wykonalnym.
Zanim jednak technologie zbierania istniejących śmieci kosmicznych zostaną udoskonalone i upowszechnione, wdraża się inne ścieżki zmniejszania ilości złomu pozostawianego na orbicie. Są to po pierwsze praktyki planowania i produkcji jednostek kosmicznych (satelitów, stopni rakiet) tak by minimalizować generowane i pozostawiane na orbicie szczątki. Dodatkowo, wprowadza się planowanie zakończenia misji satelity i jego deorbitację (np. przeniesienie na orbitę cmentarną, wejście w atmosferę, pogrzeb na cmentarzysku statków kosmicznych w Punkcie Nemo).
Punkt Nemo – oceaniczny biegun niedostępności, o współrzędnych geograficznych 48°52’6” S 123°23’6” W. Położony najdalej od lądów punkt na oceanie, pełniący funkcję kosmicznego cmentarzyska, na które trafiają ściągane z orbity satelity i stacje kosmiczne. Został on wytypowany w 1992 roku przez chorwackiego geodetę Hrvoja Lukatelę, zarówno ze względu na umiejscowienie (2688 km od najbliższego lądu) jak na małą bioróżnorodność, która czyni go „pustynią oceaniczną”.
Łowienie złomu paragrafem
Omawianie zagadnień związanych z astronautyką nie może się odbyć bez przejścia przez funkcjonujący jak Pasy van Allena obszar prawa i polityki kosmicznej. Chociaż wprowadzenie i egzekwowanie standardów dotyczących redukowania orbitującego złomu (np. standard ISO 24113, zalecenia IADC) należy do elementów polityki kosmicznej poszczególnych krajów, między państwami nie ma zgody w kwestii wspólnej praktyki. Mimo iż na ten temat powstaje rokrocznie wiele publikacji akademickich, a także zaleceń organizacji międzynarodowych, powodem braku zgody jest samo prawo kosmiczne oraz jego międzynarodowa praktyka.
Prawo kosmiczne w jego formie traktatowej nie było zmieniane od początku lat 80., a powszechnie obowiązujące traktaty przyjmowano w latach 1967-1975. Były to inne czasy, inne realia; o koncepcji Donalda Kesslera nikt jeszcze nie słyszał. Co prawda w traktatach prawa kosmicznego została unormowana problematyka kolizji pomiędzy obiektami kosmicznymi oraz szkody wyrządzonej w wyniku upadku szczątków na Ziemię. Praktyka jest jednak inna, gdyż nawet w przypadku upadku na terenie Kanady radzieckiego satelity Kosmos 954 w 1978 roku państwa porozumiały się w kwestii odszkodowań za radioaktywne skażenie obszaru o powierzchni około 124 tys. km2 poza drogą wyznaczoną w konwencji o międzynarodowej odpowiedzialności za szkody wyrządzone przez obiekty kosmiczne z 1972 r. Problemem dla państw, szczególnie supermocarstw kosmicznych jest wdrażanie technologii usuwania złomu kosmicznego (Active Debris Removal – ADR), które jak większość technologii kosmicznych, miałyby podwójne zastosowanie. Wszak jeśli można pochwycić i zdeorbitować nieczynnego satelitę, który stanowi już tylko zagrożenie dla ruchu i prac na orbicie, to czemu nie zdeorbitować tą samą metodą satelity o dużym znaczeniu gospodarczym lub militarnym?
Podobnie ma się sprawa z udzielaniem hipotetycznych licencji dla prywatnych lub państwowych firm, których zadaniem byłoby pochwycenie i deorbitacja wraku. W przestrzeni kosmicznej, prawie każdy obiekt posiada przynależność państwową, stanowi jego quasi-terytorium. Tak więc biorąc pod uwagę analogię ratownictwa wraków morskich (vide „Ratunek w Kosmosie” Jacka Wiliamsona, czy początek filmu „Obcy: Decydujące starcie”), prywatne firmy mogłyby dochodzić przed sądem od państwa lub prywatnego podmiotu zapłaty za podjęcie takiego kosmicznego wraku. Chociaż pewna analogia morska w tej kwestii znajduje się w Umowie o ratowaniu astronautów z 1968 r., stosuje się ją wyłącznie do odnalezienia, ratowania oraz przekazania obiektu kosmicznego, który spadł na terytorium państwa innego niż państwo rejestracji obiektu kosmicznego. Nie stosuje się jej w przestrzeni kosmicznej. Można powiedzieć, że stoi za tym zaborczość mocarstw kosmicznych. Ze względu na kwestie możliwego szpiegostwa technologicznego lub innych wrogich zamiarów, przyjętą praktyką jest, że państwa same mają radzić sobie z własnym złomem kosmicznym, szczególnie nieaktywnymi satelitami. Czy ma to wymiar prób serwisowania satelitów na orbicie (tak jak naprawiano teleskop kosmiczny Hubble’a), czy doczepianie silników umożliwiających wydłużenie działania danego satelity (który nie może już wykonywać manewrów z powodu wyczerpania paliwa) oraz jego później deorbitacji, zależy od państw zainteresowanych.
ADR V i kosmiczne śmieci (art NASA)
W przypadku dokonywania serwisowania lub hipotetycznego demontażu takiego wraku kosmicznego, który należy do państwa innego niż serwisujące, pojawiają się także problemy dotyczące tajemnicy przedsiębiorstwa czy możliwe naruszenie patentu przez podmiot dokonujący takich operacji. Nie możemy zapomnieć jednak, że państwo nie tylko może nie wyrazić zgody na takie działania wobec swojego wraku kosmicznego, może również ogłosić go kosmicznym zabytkiem, który ma pozostać nienaruszony i chroniony przed wszelką szkodliwą działalnością. Przestrzeń kosmiczna jest wspólnym obszarem działalności rodzaju ludzkiego, w którym decydujące znaczenie mają relacje geo- i astropolityczne. Oraz cykle wyborcze.
Sargasso kosmosu
Rosnące wokół Ziemi kosmiczne złomowisko nie przypomina ani pełnych zaginionych technologii i morderczych kosmitów „Space Hulków”, ani historycznych wraków wabiących śmiałków do „nurkowania” w ich wnętrza (seria „Diving Universe”, Kristine Kathryn Rusch opiera się na tym motywie). Nie ma tam póki co kosmicznych piratów polujących na nieostrożnych podróżnych, ani zapomnianych kosmicznych robotów, które osiągnęły samoświadomość, po czym popadły w obłęd. Są tylko śmieci, które mało kto sprząta. Walające się po orbitach szczątki satelitów, o których państwa wypuszczające je w przestrzeń kosmiczną wolałyby zapomnieć (ale tu marynistyka się kończy, gdyż złomu nie można w kosmosie „porzucić”).
Problem złomu kosmicznego będzie narastał, dopóki nie zostanie przełamany impas polityczny na poziomie międzynarodowym. Zanim to się stanie, najprawdopodobniej doczekamy się jakiejś nieoczekiwanej zmiany technologicznej, która zmieni status quo i spowoduje zmianę perspektywy. Chyba, że dojdzie do kaskady kolizyjnej (przypadkowej lub wywołanej celowo) i programy kosmiczne zostaną przeniesione do muzeum. Jednak póki nie doszło do katastrofy, nie wszystko jeszcze stracone.
Publicystyka
Przemek Pawełek
BYLIŚMY ABSOLUTNĄ PODSTAWĄ
wywiad z Marcinem Rusteckim
Marcin Rustecki ‒ redaktor naczelny legendarnego wydawnictwa TM-Semic, które na początku lat 90. wprowadziło na polski rynek komiksy superbohaterskie, a także rysownik i liternik. Laureat Nagrody im. Papcia Chmiela w 2025 roku. „Projekt RUST”, czyli wywiad-rzeka, który przeprowadził z nim Jakub Demiańczuk, został nominowany w kategorii Polska Książka Roku do tegorocznych Nagród Nowej Fantastyki.
Przemek Pawełek:Gdy teraz rozmawiamy, na naszym rynku wydawniczym jest już książka „Projekt Rust”, czyli wywiad-rzeka z tobą, mamy też artbook, przedstawiający różne twoje oblicza jako grafika. Zostałeś także uhonorowany w Łodzi na festiwalu komiksowym Nagrodą im. Papcia Chmiela, czyli „doktoratem humoris causa”. Wszystko to dekady po tym, jak w latach 90. jako redaktor naczelny TM-Semic przez dekadę stawiałeś filary pod współczesny rynek komiksowy, by potem działać raczej w drugim czy trzecim rzędzie. Nigdy nie byłeś postacią szczególnie kojarzoną przez masowego odbiorcę. Jak się z tym czujesz?
Marcin Rustecki: No właśnie dlatego to jest dziwne, choć niektórzy mnie oczywiście przez ten czas kojarzyli. A jak się z tym czuję? W którymś momencie wspomniałem, że na scenie w Łodzi czułem się, jakbym wyszedł poza ciało, takie out-of-body experience. I rzeczywiście tak się czuję, to jest coś niesamowitego. Olbrzymie emocje, zaskoczenie, a mam przecież sześćdziesiąt sześć lat. Nie zdawałem sobie sprawy, że ciało tak może reagować i autentycznie tego momentu nie pamiętam, poza samym wejściem. Do tego zaskoczenie, jak przed tym momentem przyjechała moja żona, czego się nie spodziewałem. W efekcie się rozpłakałem. Jak się czuję? Nieprawdopodobnie wyróżniony i spełniony.
Jest artbook, jest też książka, o której wiedziałem, że sam jej nie wydam. Jest w tym coś magicznego, że ona w ogóle powstała, jest na rynku, że możemy o tym rozmawiać. Tak jak mówiłem wielokrotnie, że pewne rzeczy zagrały przy okazji TM-Semic, tak samo tutaj od początku do końca wszystko zagrało.
Nieprawdopodobnie wyróżniony, choć to nie do końca zasłużone dla mnie ‒ to zasługa całego zespołu. Mówię to bez fałszywej skromności.
Cofnijmy się w czasie, prześledźmy drogę do Semica. Komiksem nasiąkałeś od dziecka. Potem, gdy udałeś się na emigrację, by spędzić prawie dziesięć lat w Wielkiej Brytanii, nasiąkałeś nim dalej.
Z komiksami wtedy to była taka szajba, którą można porównać chyba do pierwszego zetknięcia z animacją, z Disneyem. Dostawałem z Francji od rodziny magazyn „Pilote” ‒ tam były historie różnych autorów. I ta różnorodność zawsze we mnie była, jestem eklektyczny w swojej twórczości. Uwielbiam różnorodność, a z komiksem podróżuję nieprzerwanie do dzisiaj.
W Anglii komiksy po prostu kupowałem, sięgałem regularnie po magazyn „Heavy Metal”, ale co śmieszne, takiego Marvela czy DC w ogóle nie znałem, mimo że chadzałem do Forbidden Planet czy innych sklepów z komiksami. W ich kioskach było tego od groma, ale jakoś tego nie widziałem. Nie wiem dlaczego, ale nigdy mnie te okładki jakoś nie ruszyły.
Jeździłem też do ciotki Gośki, do Brukseli, a ona uwielbia komiks. Poza tym Bruksela to, mówiąc w skrócie, stolica komiksu europejskiego, a tam, w „Le Soir”, poważnym dzienniku, ukazywały się recenzje komiksów, co było wtedy w Polsce nie do pomyślenia. Tak że ten komiks zawsze tam u mnie gdzieś był. Lubiłem komiks frankofoński, a jak chodziliśmy z Gośką do sklepów, to przeglądaliśmy te albumy. Francuskiego nie znam, ale kupowałem Bilala. Zawsze jak przyjeżdżałem, Gocha miała dla mnie jakiś komiks, np „Idées Noires” Franquina.
A Wielka Brytania ‒ tam głównie „Heavy Metal”. Kiedy przez pierwsze osiem miesięcy pracowałem na Holborn, wychodziłem parę godzin wcześniej, wysiadałem na Oksfordzie i chodziłem do Virgin Megastore oglądać płyty, a potem szedłem na piechotę, zahaczając o Forbidden Planet, żeby grzebać w komiksach. Pławiłem się w tym. W „Heavy Metal” poznałem „Ranxeroxa”, Moebiusa, którego uwielbiam do dziś, ale z amerykańskim komiksem superbohaterskim nie miałem wtedy żadnej styczności.
Po czym po zmianie systemu w Polsce wróciłeś do kraju, imałeś się różnych zajęć, aż pojawiła się praca w TM-Semic. Szukali redaktora naczelnego. Legenda mówi, że zostałeś nim nieco przez przypadek, bo tak naprawdę to żona zgłosiła cię na rozmowę kwalifikacyjną.
Tak było. Ewa znalazła ogłoszenie w „Gazecie Wyborczej” i odpowiedziała na nie wcale mi o tym nie mówiąc. Potem ktoś z wydawnictwa dzwonił, a ja nie wiedziałem, o co chodzi. To był okres, kiedy naprawdę dało się coś zdziałać znając tylko język angielski, no i mając więcej niż trzy klepki w głowie. Wchodziły koncerny, otwierały się agencje pracy, gdzie wyłapywali tych wszystkich emigrantów, którzy wrócili do Polski.
Ja wtedy byłem freelancerem, z doskoku współpracowałem ze „Szpilkami”, ale sama znajomość angielskiego pozwalała na znalezienie jakiejś potencjalnie fajnej roboty. Ewa myśląc o tym, po prostu szukała takich prac i na jedno z tych ogłoszeń odpowiedziała. Myślałem, że chodzi o posadę grafika, bo miało być coś z komiksem. Być może nie powiedziała mi, że chodzi o pracę redaktora naczelnego, żebym się nie przestraszył.
Dowiedziałem się o tym, kiedy zadzwonił Waldek, prezes, zapraszając na następny dzień na rozmowę kwalifikacyjną. Gały mi z wrażenia wyszły na wierzch, ale dobra. Poszedłem.
Na początku lat 90. czegoś takiego jak „rynek komiksowy” w Polsce po prostu nie było. Ty po powrocie z Wielkiej Brytanii też nie miałeś przekrojowej świadomości rynku zagranicznego. Co w takim razie odegrało kluczową rolę, że zdecydowano się właśnie na ciebie spośród wszystkich kandydatów? Przecież w tamtym czasie ludzie walili drzwiami i oknami, gdy pojawiały się takie ogłoszenia.
Podobno było dziewięćdziesiąt osób. Ja ich nigdy nie widziałem. Między pójściem na rozmowę, a propozycją pracy, minęło ze dwanaście godzin, mimo że padło kurtuazyjne „odezwiemy się do Pana”, chociaż w domyśle wszyscy wiemy, że się nie odezwiemy. Okazało się, że się odezwali, nawet tego samego wieczora. Wydaje mi się, że to była chemia. Osoby z różnych światów i ten jeden magiczny moment w życiu, kiedy ich drogi się przecinają. Po tylu latach chyba mogę mówić o magii, zamiast powiedzieć, że byłem świetny. Nie mogłem być świetny, ale między mną a Waldkiem w trakcie tej rozmowy po prostu była chemia.
To była Sala Warszawska hotelu Victoria i stół był chyba na sto osób. Przyszedłem z portfolio, by byłem przekonany, że chcą zobaczyć, jak rysuję. Podziękowali, na co się zdziwiłem. Potem jednak w trakcie rozmowy kolorowałem logo Batmana kredkami. Podobno swoje odegrało, że nie robiłem tego jak wszyscy, tylko po swojemu. Na końcu zadziałała wspomniana magia, bo ostatecznie mnie wybrali.
Jak wyglądały początki?
Najpierw musiałem się rozeznać w sytuacji, bo czytałem jak leci komiksy wydawane w Polsce do tego momentu, ale pomysłu ani jakiejś wizji nie miałem. Trudno było zresztą porządnie rozeznać się na rynku, bo po prostu wszystko sprzedawało się na pniu. Parowski zarzucał, że to się nie przyjmie ‒ a się przyjęło. Po prostu łapałem chwilę i wszystko się fajnie rozwijało. Uczyłem się też tego komiksu amerykańskiego, a pod ręką miałem eksperta: Arka Wróblewskiego.
TM-Semic pojawił się od lat dziewięćdziesiątych, gdy wszystko się dynamicznie zmieniało. Zażarło momentalnie chyba dlatego, że dzieciaki były wygłodniałe superherosów, Ameryki, kolorów, a w szarym PRL-u tego w tym stężeniu nie było. Czym w takim razie był ten TM-Semic?
