Nowa Fantastyka 03/26 - różni - ebook
NOWOŚĆ

Nowa Fantastyka 03/26 ebook

Różni

0,0

16 osób interesuje się tą książką

Opis

PUBLICYSTYKA

 

 
2 ŁAPIDUCH Witold Vargas
3 DZIEŃ KOBIET STAROŻYTNYCH Aleksandra Klęczar
4 REPTILIAŃSKIE KOMPLOTY ILUMINATÓW Wywiad z Piotrem Tarczyńskim
10 POSŁUCHAJMY SOBIE FANTASTYKI Łukasz M. Wiśniewski, Joanna Kułakowska
13 POCZTÓWKI Z WODOGRZMOTÓW MAŁYCH Hubert Sosnowski
16 EPOKA ZWIERZĘCA Dariusz Jemielniak
65 NIESAMOWITE OPOWIEŚCI Z LAMUSA Agnieszka Haska, Jerzy Stachowicz
72 MIKROFONY POWINNY BYĆ DROŻSZE Rafał Kosik
73 JEDEN, BY WSZYSTKIE SPISKI ZGROMADZIĆ... Łukasz M. Wiśniewski
75 ĆMA Tomasz Grodecki, Artur Redlicki
78 STARA MIŁOŚĆ Łukasz Orbitowski
 
PROZA POLSKA
 
17 LIKWIDATORZY Maciej Szmajdziński
26 O CZYM SZEPCZĄ FALE W NOLSOY Magdalena Anna Sakowska
35 STOWARZYSZENIE NIEUMARŁYCH POETÓW Michał Puchalski
 
PROZA ZAGRANICZNA
 
41 WODNY DUCH Z HARROWBY HALL John Kendrick Bangs
45 TRANSMUTACJA GIOVANNIEGO LIVIGNA Davide Bosello
48 RÓŻOWA GORYCZ SAMOTNOŚCI Sasza Kozłow
52 PRZEZ CIERNIE Maksym Gach
 
RECENZJE
 
68 KSIĄŻKI 76 KOMIKS

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 277

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



3/2026 FANTASTYKA

Jerzy Rzymowski

KORZYŚCI Z WYBIELACZA

Wyobraźmy sobie dowolnie idiotyczny pogląd ‒ jeżeli możemy go sobie wyobrazić, istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że gdzieś na świecie znajdzie się wioskowy głupek, który w niego wierzy. Kiedyś taki głupek był problemem tylko dla swojej wioski ‒ teraz wioska jest globalna. Głupek ma dostęp do Internetu, do mediów społecznościowych, w których pozna sobie podobnych i uzna, że skoro nie jest osamotniony w swoich przekonaniach, to coś musi być na rzeczy. A jeśli ktoś będzie próbował podważyć te poglądy, nie będzie już musiał przekonać jednego głupka, ale całą rosnącą armię i jej komorę echową, umacniającą się nawzajem i zdolną sobie wszystko zracjonalizować.

Istnieje zjawisko zwane availability cascade ‒ kaskadą dostępności. Polega ono na tym, że dany pogląd zaczyna zyskiwać popularność i wiarygodność z racji samej częstotliwości jego powtarzania. Jak mówił szef nazistowskiej propagandy, Goebbels, kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Z tej zasady korzystają między innymi rosyjskie farmy trolli ‒ zalewają Internet propagandą i antynaukowymi bzdurami, tworzą tysiące fikcyjnych kont w społecznościówkach i strony nieistniejących mediów uwiarygadniające siebie nawzajem samą ilością powtórzeń, udostępnień, komentarzy. A że człowiek jest zwierzęciem stadnym, to gdy jakiś pogląd, jakkolwiek durny czy szkodliwy by nie był, osiągnie w przestrzeni publicznej masę krytyczną, nieuchronnie znajdą się konformiści gotowi go zaakceptować, byle tylko iść z prądem. I tak się to toczy…

W dobie Internetu dostęp do całej wiedzy ludzkości jest łatwiejszy niż kiedykolwiek – ale to samo da się powiedzieć o dostępie do bezmiaru ludzkiej głupoty. Dlatego w XXI wieku ludzie wierzą, że Ziemia jest płaska, szczepionki powodują autyzm, a picie wybielacza chroni przed wirusami. Cóż, może zatem rację miał Ricky Gervais, kiedy proponował, żeby zdjąć z butelek z wybielaczem etykiety z ostrzeżeniami i pozwolić działać naturze?

Zapraszam do lektury!

Publicystyka

Witold Vargas

ŁAPIDUCH

To jedna z tych istot, do których jesteśmy w stanie dotrzeć na podstawie zaledwie małej wzmianki w jednym źródle etnograficznym. Mowa o książce „Duchy i demony w wierzeniach ludowych z okolic Stalowej Woli ‒ Rozwadowa i Tarnobrzega” księdza Wilhelma Gaj-Piotrowskiego, a brzmi ona tak: Według demonologii lasowiackiej łapiduch przypominał wyglądem bulwiastą kulę wspierającą się na pięciopalczastych szponowatych stopach oraz z krótkimi rękami i długimi palcami uzbrojonymi w ostre pazury. Siedzibą jego były pustkowia, gdzie czatował na pokutujące dusze. Kiedy udało mu się je pochwycić, znęcał się nad nimi i doprowadzał do płaczu. Natomiast nigdy nie atakował ludzi żywych.

Ksiądz Wilhelm uzyskał tę wiedzę od informatorki Marii Kozłowej – autorki najobszerniejszego zbioru ilustracji demonów ludowych w zbiorach etnograficznych, obecnie Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej. Niestety nie zachowało się więcej informacji na temat tego demona. Zatem czy Lasowiacy wierzyli w łapiducha od dawna i powszechnie, czy raczej była to istota, o której mówiło parę osób z bliskiego otoczenia pani Marii od niedawna? Niestety, wiele lat wertowania materiałów etnograficznych wykształciło we mnie spory sceptycyzm. Nie twierdzę, że informatorzy notorycznie kłamali, czy że badacze terenowi konfabulowali tworząc swoje zapiski. Jednak patrząc na ogólny stan zebranego materiału, odnosi się wrażenie, że kryteria i standardy zbierania danych były bardzo niejednolite. Informator lub informatorka nie poczuwali się do przekazywania tylko tego, co należało do dziedzictwa niematerialnego całej wspólnoty. Wystarczyło, że konkretne osoby wierzyły w to, o czym mówią i to było kryterium ich prawdomówności. A wiadomo jest, i już Kazimierz Moszyński wyraźnie to podkreślał, że w całej wiejskiej społeczności zwykle można znaleźć zaledwie kilka osób, które bez skrępowania i wątpliwości opowiadają o demonach ludowych, podczas gdy cała reszta zachowuje się wstrzemięźliwie albo wręcz zaprzecza tym pogłoskom, określając je jako zabobony. Nie zapominajmy, że wieś polska jest katolicka równie długo jak miasto i regularnie uczęszcza do kościoła. Potrzeba było dopiero takich światłych duchownych jak Ks. Gaj-Piotrowski, by nie potępić ludowych zabobonów w czambuł i zachować je od zapomnienia. Tak prawdopodobnie stało się w przypadku pamięci pani Marii Kozłowej. Usłyszane od dziadków podania nabrały skrzydeł, gdy tylko autorytet duchowy pod postacią księdza dał im zielone światło. Na szczęście mamy więcej takich przypadków w różnych regionach Polski, ale nie pozwalają nam one na stworzenie definitywnej systematyki demonologii ludowej i musimy zadowalać się strzępkami.

Łapiduch, Paweł Zych, Bestiariusz Słowiański

Problem z łapiduchem jest taki, że nie pasuje on zbytnio do ogólnych motywów znanych z innych regionów i innych kultur. Rzadko można spotkać podania o członkach społeczności demonicznej, którzy specjalizują się w wyłapywaniu i tępieniu własnych pobratymców. Bo tym się właśnie zajmuje łapiduch. Siedzi na pustkowiu i łapie duchy. Moja intuicja podpowiada, że korzeni tego podania należy się doszukiwać w pewnym dość powszechnym mechanizmie wychowawczym. Otóż bardzo powszechne są w wierzeniach ludowych demony straszące. Strażnicy miejsc, do których dzieci nie powinny chodzić ani zaglądać. Mnóstwo postaci z naszego „Bestiariusza…” podchodzi pod tę kategorię, którą po angielsku określa się jako bogeymen. Wyobrażam sobie, że opowieści o potworach potrafiły wywołać u bardziej wrażliwych olbrzymią traumę. Toteż same dzieci albo empatyczni rodzice na widok dziecka odmawiającego udania się do sąsiada po jajka ze strachu przed jakimś potworem, zaczęli snuć opowieści o łapiduchu, który w tym konkretnym przypadku, kiedy jajka są potrzebne natychmiast i nie ma komu po nie iść, właśnie tego strasznego potwora pożarł. Według mnie to najprostsze wytłumaczenie narodzin demonów w rodzaju łapiducha.

W wierzeniach amazońskich istnieje natomiast niejaki Anhangá. Potężny zły duch, który dręczy nie tylko ludzi żywych, ale i dusze zmarłych. Jednak w tym wypadku chodzi raczej o koncepcję zbliżoną do naszego piekła, gdzie dusze zmarłych nie mogą zaznać spokoju, tyle, że nie ma ona kontekstu moralnego w naszym rozumieniu. Nie jest to kara za grzechy, tylko zwykłe, nieustające zagrożenie. Ale czy w opisie Piotrowskiego nie wyczuwa się tej nutki? Wszak łapiduch znęca się właśnie nad pokutującymi duszami grzeszników. Jesteśmy zatem w domu.

Publicystyka

Aleksandra Klęczar

DZIEŃ KOBIET (STAROŻYTNYCH)

Ponieważ w marcu obchodzimy Dzień Kobiet, mamy dobry pretekst, żeby powiedzieć parę słów o kobietach antyku. Ale ponieważ półki w księgarniach w dziale „Historia” pełne są opracowań poświęconych starożytności i kobietom, kobietom starożytności i starożytności z perspektywy kobiet, trzeba się zastanowić, jakie postacie wybrać i z jakiej perspektywy na nie spojrzeć, żeby opowiedzieć coś ciekawego.

Zacznijmy może od pracy. Rzadko zastanawiamy się nad faktem, że idea „w dawnych czasach kobiety nie pracowały zawodowo” niekoniecznie uwzględnia te uboższe. One pracowały, jak najbardziej, bo od tego zależał byt rodziny. Trudziły się w polu, pomagały w mężowskich warsztatach, tkaniem i przędzeniem zaopatrywały bliskich w niezbędne ubrania.

Ale i tym lepiej sytuowanym też zdarzało się pracować i to w różnych zawodach. Weźmy taką Myrtis, grecką poetkę z miasteczka Anthedon w Beocji. Nie wiemy o niej za wiele, ale to, co wiemy, sugeruje, że nie tylko zarabiała pisaniem pieśni, ale również uczestniczyła w konkursach poetyckich, rywalizując z mężczyznami, a także – uczyła komponowania poezji. Dwoje znanych twórców, Pindar i Korynna, miało właśnie u niej pobierać nauki.

Dla większości kobiet antyku celem ich życia – czy tego chciały, czy nie – było zawarcie małżeństwa. Te zaś, jak wiadomo, zwykle aranżowali ojcowie rodzin, niekoniecznie pytając córki o zdanie – niejedna panna młoda spotkała swego małżonka po raz pierwszy w dniu ślubu. W klasycznych Atenach szczególnie skomplikowana była sytuacja dziewczyny, która była jedyną dziedziczką majątku ojca. Taka kobieta stawała się prawnym paradoksem: z racji swojej płci nie mogła de facto dziedziczyć, ale jednocześnie była kluczem do utrzymania majątku w rękach własnego rodu. W związku z tym musiała obowiązkowo poślubić najbliższego krewnego w linii męskiej – stryja, kuzyna, ktokolwiek był pod ręką – by cenny dobytek nie wpadł w obce ręce. A choć z całą pewnością zdarzały się małżeństwa udane i szczęśliwe, w klasycznej Grecji i w republikańskim Rzymie romantyczna miłość i szaleńcze zakochanie zdecydowanie nie była pierwszymi skojarzeniami z hasłem „związek małżeński”.

To co, skoro było o żonach, to teraz macierzyństwo i jakaś historia o matkach i narodzinach? Może opowiedzmy taką, której… nie było. Chodzi mianowicie o cesarskie cięcie i przyjście na świat Juliusza Cezara. Późniejsza legenda powiązała ideę tego zabiegu z postacią dyktatora, choć przecież jednocześnie opowiadano historie o tym, jak szanował i cenił sobie opinię matki – a w Rzymie cesarskich cięć nie przeprowadzano na żywych pacjentkach, a dopiero po śmierci ciężarnej kobiety. Tymczasem Aurelia, matka Juliusza Cezara, dożyła całkiem, jak na swoje czasy, zaawansowanego wieku (wszystko wskazuje, że przekroczyła sześćdziesiąty piąty rok życia), a więc dzieci – bo Cezar miał siostry – urodziła zdecydowanie siłami natury. Prawdą jest natomiast, że dyktator wysoko sobie cenił jej zdanie.

Zarówno Grecy, jak i Rzymianie, głośno twierdzili, że kobiety do panowania się nie nadają, co nie zmienia faktu, że w różnych momentach historii w świecie śródziemnomorskim pojawiały się kobiety mniej lub bardziej bezpośrednio sprawujące władzę. Bywały wśród nich takie postacie, jak królowe spartańskie (wśród nich najlepiej chyba znana Gorgo, żona Leonidasa ‒ tego, który poległ w Termopilach), znane z tego, że były bezcennym wsparciem dla swych mężów. Obok lojalnej Gorgo jednak bywały przecież i kobiety, które chciały kontrolować sytuację zza pleców partnerów czy synów – i zazwyczaj, jak Agrypina, matka Nerona, czy Julia Soemias, której dzieckiem był cesarz Heliogabal, marnie się to dla nich kończyło. Wyjątkiem były sytuacje, gdy syn odczuwał wobec matki autentyczne przywiązanie – wystarczy wspomnieć Aleksandra Wielkiego i jego matkę, królową Olimpias. Wiele wskazuje, że ich relacja, choć bez wątpienia niełatwa, cechowała się wzajemną rodzinną lojalnością.

No ale, powiecie, drodzy Czytelnicy, są jakieś granice. Choć świat antyczny znał mityczne wojowniczki, z całą pewnością te prawdziwe to jednak legenda? Nie do końca legenda, choć na pewno raczej wyjątek. Takim wyjątkiem była, na przykład, pewna Rzymianka z czasów późnej republiki. Nazywała się Fulwia, pochodziła z ważnej politycznie rodziny i w pewnym momencie toczyła regularną wojnę z Oktawianem (późniejszym pierwszym cesarzem Rzymu) w imieniu swego męża Marka Antoniusza (tego samego, który później związał się z Kleopatrą VII). I nie mówimy tu tylko o politycznym doprowadzeniu do konfliktu: pod nieobecność Antoniusza to Fulwia dowodziła wojskami, ba, prawdopodobnie biła monety ze swoim wizerunkiem, tak, jak czynili to urzędnicy.

I co z tego miała? Ano, kiedy po jej nagłej śmierci Antoniusz i Oktawian chcieli się pogodzić, łatwo było powiedzieć „Cały spór był przez Fulwię, to ona nas skłóciła”. Nie żeby panowie dogadali się na długo – a pretekstem do ostatecznego zerwania stosunków była inna kobieta, wspomniana Kleopatra. Wyciągnijcie z tego, drodzy Czytelnicy, własne wnioski.

Publicystyka

Łukasz Czarnecki

REPTILIAŃSKIE KOMPLOTY ILUMINATÓW

rozmowa z Piotrem Tarczyńskim

Piotr Tarczyński ‒amerykanista, pisarz i publicysta, współtwórca „Podkastu amerykańskiego” oraz autor książki „Oślizgłe macki, wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowych”.

Łukasz Czarnecki: Piotrze, zacznijmy może od rzeczy podstawowej: czym są pojawiające się w tytule naszej rozmowy komploty? W swojej książce deklarujesz wielką sympatię do tego słowa, a niewtajemniczonym (specjalnie używam tego określenia) może ono nasuwać wizję, w której iluminaci i reptilianie spotykają się na niedzielnym obiedzie nad szklaneczką kompotu z truskawek…

Piotr Tarczyński: „Komploty” to po prostu „spiski” w osiemnastowiecznej polszczyźnie. Tego terminu używał ojciec Surowiecki, tłumacz na polski z francuskiego czterotomowego dzieła o niecnych knowaniach iluminatów. Surowiecki bardzo chciał, żeby „komploty” na stałe weszły do języka polskiego, ale cóż ‒ nie weszły. Niestety, moim zdaniem, bo to rzeczywiście bardzo ładne słowo.

Jaka jest dokładnie definicja teorii spiskowej? Co o nas mówi to zjawisko?

Nie ma chyba jednej definicji, ale powiedziałbym, że to tłumaczenie jakiegoś zjawiska działaniem jakichś niewidocznych sił, które chcą w ten sposób osiągnąć swój cel. W kontekście, który mnie interesuje, to interpretowanie wydarzeń historycznych czy społecznych jako rezultatów działań jakiejś ukrytej, potężnej grupy. Rzeczy nigdy nie dzieją się same z siebie, nie ma przypadków, wszystko zawsze jest elementem jakiegoś planu.

A co takie myślenie mówi o nas? Pewnie tyle, że bardzo chcielibyśmy, żeby świat był prostszy, łatwiejszy do zrozumienia, do ogarnięcia. Chcielibyśmy łatwo widzieć zależności między decyzjami a skutkami, żeby gołym okiem było widać kto jest dobry, a kto zły. Są to emocje wspólne nam wszystkim, choć, oczywiście, nie wszyscy radzą sobie z nimi ucieczką w teorie spiskowe.

Co zainspirowało cię do napisania „Oślizgłych macek, wiadomych sił” i jakie uczucia towarzyszyły ci w trakcie pracy nad książką? Muszę się przyznać, że sam w trakcie lektury kilkakrotnie zwątpiłem w ludzkość.

Dopiero teraz? Ja, na szczęście lub nieszczęście, zwątpiłem już dawno, więc praca nad tą książką niewiele w tej kwestii zmieniła. Starałem się jednak unikać takiego tonu i, myślenia Ach ci głupi ludzie! czy Jak ktoś może wierzyć w takie bzdury?! Moja książka nie jest beką z teorii spiskowych i ludzi, którzy w nie wierzą, tylko próbą zrozumienia, z czego te teorie się biorą, jak ewoluują, jak wpływają na amerykańską politykę i na jakie potrzeby odpowiadają.

Czy skłonność do myślenia spiskowego koreluje z poziomem wykształcenia? Bo w pierwszym odruchu można by uznać ją za cechę niewykształconego „ciemnego ludu”, tyle że w swojej książce piszesz też o dobrze wyedukowanych mieszkańcach zamożnych dzielnic amerykańskich miast, którzy nie szczepią dzieci przeciwko odrze, bo wierzą, że szczepionki powodują autyzm.

No więc właśnie nie. Wszystkie badania zgodnie pokazują, że w teorie spiskowe wierzą ludzie wykształceni i nie, zamożni i biedni, biali i czarni, o poglądach prawicowych i lewicowych itd. Nie ma tu żadnej reguły, mimo że każdy na pewno chciałby, żeby „jego” grupa była na to odporna. Można by się wtedy poczuć lepiej, ale, niestety, nic z tego.

Żelazną trójcą składającą się na „wiadome siły” są: masoni, iluminaci i Żydzi. Zajmijmy się na początek dwiema pierwszymi grupami. Czym tak naprawdę są owe tajne stowarzyszenia i co je od siebie odróżnia? Bo przeciętny człowiek może mieć problem ze zorientowaniem się, kto jest kim.

Nic dziwnego, to nie są proste sprawy, a w dodatku obecnie pojęć tych często używa się wymiennie, ale na przełomie XVIII i XIX wieku, kiedy w Stanach Zjednoczonych panowała antyiluminacka panika, to rozróżnienie było istotne. Iluminaci byli bawarskim stowarzyszeniem, które miało stanowić konkurencję dla masonerii, ale nie szło mu najlepiej i w 1784 roku, po niecałej dekadzie działania, zostało zlikwidowane. Niektórzy uznali jednak, że iluminaci w rzeczywistości zstąpili niżej, zakamuflowali się i od środka przejęli część loży – stali się niejako masonerią masonerii. Angielska masoneria miała być wolna od iluminackich wpływów, za to francuska – zdominowana przez radykalnych iluminatów, pragnących jakoby wywoływać rewolucje, także w Stanach Zjednoczonych.

W teoriach spiskowych i dziełach popkultury często pojawia się teza, że za powstanie Stanów Zjednoczonych odpowiadają masoni. Tymczasem ty piszesz, że w pierwszych latach istnienia młodej amerykańskiej republiki wśród jej mieszkańców panowała wręcz antymasońska histeria. Jak więc było naprawdę z wolnomularzami w USA?

Masoneria istniała w Ameryce od lat 30. XVIII wieku. Jednym z pierwszych wolnomularzy w koloniach był Benjamin Franklin, ale były to kluby towarzyskie, które nie angażowały się w politykę. To, że wmurowanie kamienia węgielnego pod Kapitol odbyło się zgodnie z ceremoniałem masońskim, było raczej dowodem słabości bractwa, niż jego siły – w nowej, republikańskiej rzeczywistości masoni chcieli być postrzegani jako dobrzy obywatele, dlatego na siłę wpychali się w różne oficjalne uroczystości.

To podziałało i początek XIX wieku przyniósł boom: ludzie zaczęli masowo wstępować do lóż masońskich. Z jednej strony uważano to za przejaw patriotyzmu, z drugiej ‒ była to dobra okazja do nawiązania kontaktów politycznych i biznesowych. Ten sukces okazał się jednak zgubą, bo popularność masonerii stała się podstawą rozmaitych plotek i w latach 20. XIX wieku w USA wybuchła antymasońska histeria. Powstała nawet Partia Antymasońska – nietrudno się domyślić, jaki był jej główny postulat.

Przejdźmy do Żydów, bo jak wiadomo „Żydzi rządzą światem”. Na początku XX wieku amerykański antysemityzm był bardzo silny i to nie tylko wśród ludzi, których dziś określilibyśmy mianem „szurów”. Gorącym orędownikiem walki z „żydowskim spiskiem” był nawet taki magnat przemysłowy i geniusz biznesu jak Henry Ford, który część swego majątku i energii przeznaczył na antysemicką krucjatę. Czy możesz przybliżyć naszym czytelnikom, jak ona wyglądała?

Antysemickie teorie spiskowe są starsze niż Ameryka. Przez wiele stuleci propagowały je kościoły w Europie – głownie katolicy, ale także protestanci. Żydów oskarżano o wywoływanie zaraz, zatruwanie studni, wreszcie o to, że porywają dzieci, by wykorzystać ich krew do robienia macy. To, że „Żydzi rządzą światem”, z ukrycia pociągają za wszystkie sznurki, także jest teorią o rodowodzie europejskim – w drugiej połowie XIX wieku zyskała na popularności się we Francji, Niemczech, Rosji. Ogromny wpływ na tę narrację miały „Protokoły mędrców Syjonu” ‒ wyprodukowana przez carską Ochranę fałszywka, częściowo splagiatowana z pewnej francuskiej satyry, mająca jakoby być żydowskim planem przejęcia władzy nad światem.

W Stanach ta narracja istniała także w XIX wieku, ale to właśnie dzięki Fordowi amerykańska opinia publiczna poznała „Protokoły…” ‒ w nieco zmienionej, przerobionej formie drukował je w swojej gazecie „Dearborn Independent”, a potem wydał w postaci książkowej jako „Międzynarodowy Żyd: problem świata”. Ford – poza tym, że był znakomitym biznesmenem i utalentowanym innowatorem – był też paranoikiem, który żydowskie wpływy widział wszędzie. Wynajmował nawet prywatnych detektywów, żeby śledzili prominentnych polityków żydowskiego pochodzenia i tropili ów spisek. A kiedy w odpowiedzi na to amerykańscy Żydzi zaczęli bojkotować jego auta, uznał to tylko za kolejny dowód na istnienie spisku.

Kiedy wyobrażamy sobie złowrogą kamarylę knującą, by przejąć władzę nad światem, na myśl raczej nie przychodzi nam Kościół Katolicki. Tymczasem na kartach „Oślizgłych macek…”, piszesz że jedną z największych fobii Amerykanów XIX wieku był spisek katolików. Czego tam nie ma! Szokujące opowieści rzekomych byłych zakonnic, plany wymordowania protestantów i zakazu używania w USA języka angielskiego, księża posykujący jak węże i pomykający podziemnymi tunelami, czy wreszcie mój ulubiony wątek: przeprowadzka papieża z Rzymu do Indiany. No po prostu, cytując Osła ze „Shreka”, Gadam, latam, pełny serwis! Opowiedz więcej na ten temat, zwłaszcza że niespodziewanie odżył w czasach najnowszych, gdy w 2020 Watykan oskarżono o… sfałszowanie amerykańskich wyborów prezydenckich.

Zaiste, wśród zwolenników Trumpa pojawiła się i taka teoria – choć, uczciwie trzeba przyznać, że niezbyt popularna – że rezultaty głosowania zostały zmienione przez włoskich hakerów działających na polecenie Watykanu i papieża Franciszka. To jednak pokazuje, że antykatolicyzm jest wciąż w Ameryce obecny.

Już u Lutra i Kalwina kościół rzymski był „nierządnicą babilońską”, szatańską bestią ‒ to myślenie było jednym z filarów protestanckiej tożsamości. Mało kto wie, że jednym z pierwowzorów zabaw „cukierek albo psikus” były obchody Dnia Papieża w Bostonie, antykatolickiego święta, w czasie którego wyśmiewano katolików, a papieża zrównywano z diabłem. Przekonanie, że ów niegodziwy papież spiskuje przeciw Stanom Zjednoczonym, to jedna z najtrwalszych narracji spiskowych w amerykańskiej historii, która bardzo zintensyfikowała się wraz ze wzrostem migracji Irlandczyków do Stanów Zjednoczonych. Kiedy w tym niegdyś protestanckim kraju ponad jedną trzecią zaczęli stanowić katolicy, zaczęły krążyć opowieści o jezuickich agentach szerzących w Ameryce „papizm”, żeby „unicestwić imperium wolności”, jakim były rzekomo USA. Co ciekawe, była to reakcja o charakterze antykonserwatywnym – uważano że katolicy są bezwzględnie poddani papieżowi, a zatem nigdy nie mogą stać się prawdziwymi obywatelami wolnej republiki.

Histeria antykatolicka z czasem osłabła, ale jeszcze w 1960 roku John F. Kennedy jako kandydat musiał publicznie zapewniać Amerykanów, że jeśli zostanie prezydentem, będzie podejmował decyzje samodzielnie, a nie wykonywał polecenia Watykanu.

Bardzo ciekawym zagadnieniem poruszonym przez ciebie w książce jest to, że w przeciągu historii USA niektórzy obywatele opętani wizją spiskujących przeciw Ameryce złowrogich sił, chcąc je powstrzymać zawiązywali własne kontrspiski. Wielokrotnie w twojej opowieści pojawia się Stowarzyszenie im. Johna Bircha. Kim byli ci ludzie i jaka spuścizna po nich została?

To bardzo typowe przekonanie, że jeśli przeciwnik jest potężny i spiskuje w ukryciu, to jedyną metodą walki z nim jest zawiązanie własnego spisku, oczywiście w słusznym celu. Birchyści, bo tak ich nazywano, powstali w 1958 roku, kiedy pewien zamożny biznesmen o ultrakonserwatywnych przekonaniach, zwołał kilkunastu bliskich mu ideologicznie kolegów i założyli stowarzyszenie, którego celem było przeciwstawianie się wszechpotężnemu złu „komunizmu”. Piszę „komunizmu” w cudzysłowie, bo ich zdaniem komunistami byli prawie wszyscy, z prezydentem Eisenhowerem, Republikaninem, włącznie. Uważali, że komunizm właściwie już opanował Stany Zjednoczone, rząd (republikański, dodajmy) dążył do zaprowadzenia „kolektywistycznej tyranii”, delegalizacji religii, demoralizacji dzieci itp. Z czasem stowarzyszenie zaczęło działać jawnie ‒ należało do niego około stu tysięcy Amerykanów.

Birchystów dość powszechnie uważano za „świrów”, między innymi dlatego, że za jeden z celów obrali sobie fluoryzację wody, stosowana w USA od lat 40., żeby zapobiegać próchnicy zębów. Członkowie stowarzyszenia uważali, że to spisek, żeby zatruć i ogłupić Amerykanów, bowiem fluor miał jakoby niszczyć komórki w mózgu odpowiedzialne za pragnienie wolności. Ich dziedzictwo jest wciąż widoczne – dopiero co Robert F. Kennedy Jr, sekretarz zdrowia w administracji Trumpa, ogłosił koniec fluoryzacji wody. Są jednak i poważniejsze sprawy, które za sprawą birchystów zyskały na popularności i które dziś widzimy w mainstreamie, np. lęk przed ONZ i innymi organizacjami międzynarodowymi, które birchyści widzieli jako narzędzia komunistycznego spisku. To, że dziś administracja Trumpa wycofuje się z różnych międzynarodowych agencji (UNESCO, WHO itd.), też jest dziedzictwem Stowarzyszenia im. Johna Bircha.

Po zamordowaniu 22 listopada 1963 roku prezydenta Johna F. Kennedy’ego mało kto uwierzył w oficjalny raport wydany przez komisję badającą okoliczności zamachu. Jak myślisz, co powodowało tak silny opór przed przyjęciem tej wersji wydarzeń do wiadomości i pobudzało niespokojne umysły do tworzenie alternatywnych teorii?

Trudno się dziwić, że kiedy w biały dzień, na oczach tłumów ginie w zamachu prezydent kraju, a dwa dni później zostaje zamordowany główny podejrzany, ludzie nabierają przekonania, że za tym wszystkim stoi jakiś spisek. Sam prezydent Johnson powiedział, że po zabójstwie Lee Harveya Oswalda oburzenie ustąpiło miejsca wątpliwościom. A wątpliwości tych nie rozwiał blisko 900-stronicowy raport komisji Warrena, powołanej do zbadania sprawy zabójstwa Kennedy’ego – przeciwnie, tylko je wzmógł.

Wielu ludziom trudno było uwierzyć, że prezydenta najpotężniejszego mocarstwa świata zabija jakiś przegryw, strzelając z broni, którą kupił z ogłoszenia w gazecie. W dodatku śmierć Kennedy’ego w powszechnym przekonaniu większości Amerykanów urosła do rangi wydarzenia, które zmieniło dzieje USA i od którego wszystko zeszło na psy – wojna w Wietnamie, afera Watergate, kryzys gospodarczy itd. Tak epokowe wydarzenie musiało zatem zostać wpisane w jakiś szerszy kontekst – uniwersalnej walki dobra ze złem. Prawdziwymi sprawcami (albo chociaż zleceniodawcami) zabójstwa JFK musieli być zatem ludzie odpowiednio potężni i niegodziwi.

A jaka jest według ciebie najbardziej absurdalna teoria spiskowa związana z tym zabójstwem?

Wiele jest tu absurdalnych teorii, ale wysoko uplasowałbym tezę Jima Garrisona, prokuratora z Nowego Orleanu, który w filmie Olivera Stone’a „JFK” jest pozytywnym bohaterem, granym przez Kevina Costnera. Garrison znany jest z tego, że postawił nawet zarzuty kilku osobom, ale ława przysięgłych wszystkich uniewinniła – co oczywiście miało być dowodem na to, że spisek sięga bardzo głęboko. Mało kto jednak wie, że Garrison prywatnie uważał, że śmierć Kennedy’ego zorganizowała szajka wysoko postawionych gejów, którzy zrobili to dla… erotycznej satysfakcji ‒ „dreszczyku emocji”, jak to ujął w rozmowie z pewnym dziennikarzem.

Poruszasz też zagadnienie teorii spiskowych które okazały się prawdziwe, a czasem nawet bledły wobec rzeczywistości. Przykładem może być projekt MK Ultra i wchodzący w jego skład program „Szczytowanie o północy”. Na czym polegała owa inicjatywa, bo kierując się wspomnianą podpunktem, ktoś jeszcze pomyśli, iż dobroczynne władze prowadziły prace nad poprawą życia seksualnego obywateli?

Jak to mówią: nawet paranoik miewa prawdziwych wrogów, więc tak: zdarza się, że to, co było uważane za teorię spiskową, okazuje się prawdą, częściowo albo całkowicie. Jedną z takich rzeczy jest właśnie MK Ultra – tajny projekt CIA prowadzony w latach 1953-1973, którego celem było opracowanie metod wpływania na ludzki umysł, kontrolowania ludzi przy użyciu hipnozy czy narkotyków. Jednym z jego elementów był właśnie „Midnight Climax”, gdzie pracujące dla CIA prostytutki podawały klientom LSD i inne substancje – przez fenickie lustra obserwowali te spotkania rządowi naukowcy, żeby dowiedzieć się więcej na temat działania tych specyfików, a docelowo odkryć „serum prawdy”. Brzmi to absurdalnie, ale wszystko to zostało ujawnione przez komisję Senatu, tzw. komisję Churcha, która ujawniła całą masę wstrząsających informacji na temat nieetycznej (i nielegalnej) działalności amerykańskich agencji wywiadowczych.

Na kartach „Oślizgłych macek…” odnotowujesz fundamentalną zmianę jaka zaszła w teoriach spiskowych w przeciągu XX wieku. O ile wcześniej ich wyznawcy podejrzewali oddolne „wiadome siły” o knucie w celu przejęcia władzy, dzisiejsi wierzą, że to sama władza snuje złowrogie plany mające zniszczyć USA i amerykański styl życia.

Powiedziałbym, że ta zmiana zaczęła się jeszcze na przełomie XIX i XX wieku, kiedy amerykańska lewica – związki zawodowe, ruch populistyczny itd. – doszła do przekonania, że państwo zostało przejęte i znajduje się pod kontrolą wielkiej finansjery, bankierów itd. Że spisek nie jest już zewnętrzny, ale wewnętrzny, a zatem groźniejszy. W końcu, parafrazując Abrahama Lincolna, tylko Amerykanie mogą tak naprawdę zaszkodzić Ameryce; to zbyt potężny kraj, by dało się go zniszczyć od zewnątrz. Jeśli naszym losem ma być zniszczenie, to sami musimy być jego autorami i zadać ostateczny cios, mówił jeszcze przed wybuchem wojny secesyjnej. W XX wieku stało się to już normą – wszyscy spiskowcy, jakich bali się Amerykanie, byli już umocowani głęboko w strukturach rządowych. To rząd stał się wrogiem.

Szczególnie złą sława cieszy się w USA Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego (FEMA), która rzekomo od lat przygotowuje sieć obozów koncentracyjnych, by zamknąć w nich wrogów rządu ‒ zależnie od tego, kto zasiada w Białym Domu, lewicowych lub prawicowych. Dlaczego instytucji mającej na celu ochronę obywateli przylepia się tak złowrogą gębę?

Nie wiem czy rzeczywiście szczególnie złą – o wszystkich agencjach federalnych krążą spiskowe narracje: i o FEMA, i o CIA, i o FBI. Czasem zrozumiałe – zważywszy na to, co mówiliśmy o programie MK Ultra ‒ ale akurat FEMA nigdy nie wsławiła się niczym niegodziwym. Jeśli już, to przy różnych katastrofach naturalnych, np. przy huraganie Katrina w 2005 roku, pokazała swoja niekompetencję i nieudolność. Trudno mi uwierzyć, że byłaby w stanie być skutecznym narzędziem zaprowadzenia dyktatury.

Skoro już przy tym jesteśmy, musimy wspomnieć o pojęciu deep state ‒ „głębokiego państwa”. Co się za nim kryje (znów nieprzypadkowy dobór słów)?

Sam termin jest kalką tureckiego określenia na ukryte struktury państwa, które mają sprawować „prawdziwą” kontrolę, ale znakomicie przyjęło się w Stanach, bo trafiło na podatny grunt – funkcjonującej w USA od lat 60. XX wieku opowieści o tzw. „kompleksie wojskowo-przemysłowym”. O ile jednak o „kompleksie” mówiła częściej lewica, bojąca się wielkiego biznesu dyktującego kierunki polityki zagranicznej, o tyle terminu „ukryte państwo” używa głównie prawica, mając na myśli aparat administracyjny, który ma zakulisowo szkodzić administracji Donalda Trumpa.

Współcześni Amerykanie lękają się też „wielkiego zastąpienia”. Od samej nazwy wieje grozą…

Tu akurat też mamy nazwę pożyczoną z zagranicy – w tym przypadku z Francji – ale sama teoria jest tak stara, jak Stany Zjednoczone. To przekonanie, że migracja nie jest czymś, co się dzieje po prostu, ale sterowanym procesem – elity chcą zmienić strukturę etniczną kraju i „zastępować” obecnych Amerykanów przybyszami „obcymi kulturowo”. Już w XIX wieku antykatolicy obawiali się Irlandczyków i Włochów, których miał wysyłać papież z pomocą Demokratów. Na początku XX wieku Woodrow Wilson uważał, że kraje Europy celowo wysyłają do Europy „plugawe elementy”, pozbawione „umiejętności i bystrości umysłu” – i pisał wprost o Włochach, Węgrach i Polakach. Dziś „teoria zastąpienia” jest jedną z czołowych narracji Partii Republikańskiej.

Ironiczne jest to, że dziś przeciw migracji „obcych”, którzy jakoby nigdy nie zostaną „prawdziwymi Amerykanami” pomstują potomkowie tych, których kiedyś tak określano – Amerykanie polskiego czy włoskiego pochodzenia powtarzają narrację, którą niegdyś wykorzystywano przeciw ich pradziadkom i prababkom.

Jednym z najczęściej pojawiających się w teoriach spiskowych sformułowań jest także „nowy porządek świata”. Skąd w ogóle wzięła się jego idea i na czym właściwie ma on polegać?

To znów stosunkowo nowe, pochodzące z przełomu lat 80. i 90. XX wieku, określenie na coś znacznie starszego – dużo w mojej książce jest o recyclingu teorii spiskowych. „Nowy porządek świata” ma oznaczać plan ustanowienia ogólnoświatowego rządu. W 1991 roku George Bush senior opisując wizję tego, co nastąpi po upadku Związku Radzieckiego, użył określenia „nowy porządek świata” – i to trafiło na bardzo podatny grunt.

Obawa przed „rządem światowym” sięga co najmniej lat 40. i 50. wieku XX, kiedy amerykańscy izolacjoniści bali się, że sterowane przez komunistów ONZ chce zlikwidować wszystkie państwa, na czele z USA, oczywiście.

Jedną z barwniejszych postaci pojawiających się w twojej książce jest William Cooper, twórca kultowego powiedzenia: Przypadek? Nie sądzę! i autor książki „Behold a Pale Horse”, którą pieszczotliwie nazywasz „Internetem bez Internetu”. Czy możesz nam przybliżyć zarówno jego samego i głoszoną przezeń Ewangelię Wielkiego Spisku ‒ pozwalam sobie tak nazwać całokształt jego doktryny.

Cooper, radiowiec-amator, był jednym z popularyzatorów teorii o „nowym porządku świata”, ale właściwie nie ma teorii, której by nie włączył do swojej – jak to ujmujesz – „ewangelii”. Na pięciuset stronach Cooper zaprezentował swoją teorię, którą – z grubsza – można by ująć tak: w 1954 roku prezydent Eisenhower dogadał się z obcymi (z planety Betelgeza), ale okazało się, że kosmici próbują potajemnie stworzyć obco-ludzką hybrydę i wyeliminować ludzkość. Ludzi czeka zatem nieuchronnie redukcja populacji: albo zlikwidują nas obcy, albo grupa trzymająca władzę (masoni, iluminaci, komuniści, Watykan itp.), która musi wyeliminować część ludzkości, żeby ocalić resztę i np. wysłać ją w kosmos.

W książce Coopera UFO było zaledwie jednym z elementów wielkiego, wszechogarniającego spisku, a raczej sieci powiązanych ze sobą spisków. Czytając „Behold a Pale Horse” często trudno się połapać, o co chodzi, kto jest kim i czego chce. Pewne jest tylko jedno: wszyscy chcą nas dopaść i zasadniczo mamy przerąbane.

Co ciekawe, duża część tzw. mitologii uniwersum serialu „Z Archiwum X” – obco-ludzkie hybrydy, rządowy spisek itd. – wzięta została właśnie z książki Coopera, co zresztą Chris Carter, twórca serialu, otwarcie przyznawał.

Cooper narobił zamieszania i niejeden mózg zamienił w wodę, ale to nic w porównaniu ze spustoszeniem, jakie czynił w amerykańskich umysłach przez blisko ćwierć wieku Alex Jones. Nawet nie wiem jak go określić. Publicysta? Patoinfluencer? Powiedz proszę coś więcej o działalności Jonesa.

Alex Jones, prezenter radiowy z Teksasu, dysponował po prostu większymi możliwościami niż William Cooper – jego serwis internetowy Infowars od lat 90. XX wieku szerzył w Stanach najróżniejsze teorie spiskowe, a Jones doskonale na tym zarabiał. Infowars stało się potężnym imperium medialno-handlowym: książki, filmy, gadżety, ale też suplementy i „leki”. Jones w swoim programie straszył jakimś zagrożeniem – np. tym, że rząd światowy chce obniżać mężczyznom poziom testosteronu, żeby zmienić ich w gejów – po czym sprzedawał na to remedium, np. pigułki o nazwie „Super Male Vitality”. Nie było takiej teorii, której by się nie chwycił.

Przez mainstream Jones był traktowany jak coś toksycznego, ale w 2015 roku w jego programie pojawił się Donald Trump – pochwalił prowadzącego i obiecał, że go „nie zawiedzie”. Oto kandydat do nominacji prezydenckiej Partii Republikańskiej uwiarygodnił człowieka, który od lat powtarzał, że rząd maczał palce w 9/11 – miliony fanów Infowars zwróciły uwagę na człowieka, który nie boi się „zadawać pytań” i jest gotów „przyjrzeć się” każdej sprawie. Ta strategia okazała się, jak wiemy, bardzo skuteczna: to m.in. teorie spiskowe dały Trumpowi zwycięstwo w republikańskich prawyborach, a w trakcie jego prezydentury stały się jednym z podstawowych narzędzi prowadzenia przez niego polityki.

I już ostatnie pytanie. Którą teorię spiskową lubisz najbardziej?

To trochę pytanie z gatunku „którą chorobę zakaźną lubisz?”. Żadnej nie lubię, bo uważam je za jedno z największych zagrożeń amerykańskiej polityki, narzędzie pogłębiania podziałów i budowania nieufności. Niektóre teorie mnie bawią, oczywiście – jak chociażby ta o papieżu, który miałby chcieć najechać Indianę – ale żadnej nie traktuję jako tylko coś zabawnego czy niepoważnego, żadnej nie bagatelizuję. I uważam, że nikt nie powinien.

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

Publicystyka

Łukasz M. Wiśniewski, Joanna Kułakowska

POSŁUCHAJMY SOBIE FANTASTYKI

Ten materiał powstał trochę po kumotersku, bo niecały rok temu Kamil Śmiałkowski, który przecież swego czasu pełnił obowiązki rednacza „Nowej Fantastyki”, objął funkcję producenta kreatywnego w Audiotece. Postanowiliśmy sprawdzić, jak sobie tam radzi…

Moment akurat idealny, bo produkowane przez Kamila audioseriale o tematyce fantastycznej (niebędące adaptacjami istniejących powieści) właśnie dopinane są na ostatni guzik i za chwilę będzie ich można wysłuchać. Dostaliśmy nawet próbki dwóch z nich. Przy okazji przejrzeliśmy wcześniejsze produkcje Audioteki, więc w tekście znajdzie się kilka polecajek. Ale najpierw może wyjaśnijmy sobie, o co ogólnie chodzi z audioserialami i superprodukcjami tej platformy. Superprodukcje to w zasadzie nic innego jak pełnokrwiste słuchowiska. Nas najbardziej zainteresowały takie, które nie stanowią udźwiękowienia istniejących dzieł, lecz oryginalne historie, tworzone od razu w takiej formie. Superprodukcje zwykle dzieli się na odcinki, co jest dosyć naturalną decyzją dla platformy, której zależy nie tylko na jednorazowych zakupach, ale i na pozyskaniu jak największej liczby długoterminowych subskrybentów – i tu mówimy właśnie o audioserialach.

Co tydzień powieść w wydaniu dźwiękowym

W dobie narastającego zjawiska second screening / second screen viewing(dzielenie uwagi pomiędzy urządzeniami, zwykle smartfonem i telewizją/streamingiem, podczas oglądania utworu wizualnego) stara, dobra instytucja słuchowiska ma bardzo dużo sensu. Osoby z podzielną uwagą mogą wysłuchać czegoś, co realizowane jest z wielkim rozmachem, na tym samym urządzeniu, które nie pozwala im się oderwać od mediów społecznościowych. Jak byśmy owego zjawiska nie oceniali – ono istnieje i daje słuchowiskom drugą szansę przy malejącym znaczeniu radia i zachodzących w tym medium zmianach. Dla części redakcji „NF” wychowanej na powieściach w wydaniu dźwiękowym – jak czasem nazywano takie słuchowiska w Polskim Radiu – to podróż sentymentalna do czasów, gdy w ten sposób chłonęliśmy rozmaite fantastyczne (i nie tylko) opowieści. Dla pisarzy to dodatkowa opcja zarobkowa w czasach przesytu na rynku książkowym. Dla zawodowych scenarzystów ‒ możliwość opowiedzenia historii, na które polska kinematografia nie znalazłaby pewnie budżetu (to samo dotyczy reżyserów).