Normandia. Życie między przypływem a odpływem - Agnieszka Łopatowska - ebook + audiobook

Normandia. Życie między przypływem a odpływem ebook i audiobook

Łopatowska Agnieszka

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Barwna jak nadmorskie pejzaże, lekka jak omlety Mère Poulard i pełna uroku niczym jabłoniowe sady – ta książka jest podrożą po tym regionie Francji, w którym historia nieustannie splata się z legendą.

Smakosze odnajdą tu opowieści o „słonych” owcach, ostrygach, camembercie i cydrze; miłośnicy sztuki – ślady impresjonistów; wielbiciele mody – korzenie słynnych projektantów; a pasjonaci historii – wikingów, królów, korsarzy i bohaterki, których losy przeszły do legendy.

Ta wielowymiarowa opowieść o Normandii, zawierająca też lokalne podania, anegdoty i reporterskie obserwacje, zaprasza do odkrywania tego regionu – zarówno w rzeczywistej podróży, jak i tej odbywanej z książką w dłoni lub we własnej wyobraźni.

W tej serii znajdziesz także: „Paryż to zawsze dobry pomysł”.

 

Czytając tę książkę, czułam smak soli niesiony przez wiatr wiejący od morza i musujące bąbelki cydru na podniebieniu. Mam jeszcze większą ochotę na dalszą eksplorację Normandii!

– Alicja Parvine, autorka profilu @from_warsaw_to_paris

 

Mieszkam w sercu Normandii i nieustannie odkrywam jej magię. Zachwyca mnie tutejsza przyroda, inspiruje bogactwo historii i sztuki. Książka Agnieszki pokazuje, jak niezwykły jest ten region i ile ma do zaoferowania. Zabiera nas w fascynującą podróż – od majestatycznego Mont-Saint-Michel, przez spektakularne klify Étretat, po malarskie ogrody Moneta w Giverny. Dajcie się porwać tej opowieści, zakochacie się w Normandii.

Sylwia Kołowacik, autorka bloga „O północy w Paryżu”

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 316

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 2 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Dorota Abbe

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Agnieszka Łopatowska, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: © Anna Pol

Projekt makiety i wyklejki: © Anna Pol

Ilustracje wewnątrz książki: © domena publiczna

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Redaktor prowadząca: Małgorzata Ochab

PR i Marketing: Karolina Czwojdzińska

ISBN: 978-83-8441-316-6

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA NA FAKTACH

Wstęp

Normandii nie da się zamknąć w jednej opowieści. Podróżując po niej, czuję się czasem jak bohaterka Tkaniny z Bayeux – wystarczy przejechać kilka kilometrów, by zmieniły się krajobraz, tempo życia i sposób patrzenia na świat. Każdy skrawek ziemi przypomina o jej historii: raz burzliwej, raz sielankowej. Stare przypowieści mówią, że wśród podmuchów wiatru można usłyszeć tych, którzy odcisnęli na niej swoje piętno. Szczęk oręża wikingów, łopot żagli korsarzy i handlarzy niewolnikami, okrzyki rybaków wciągających na pokład ławice śledzi, rozkazy budowniczych portów, krzyki ludzi zaklętych w gęsi, a także imiona żołnierzy, którzy w D-Day przybyli tu, by wyzwolić Europę – wszystko to wyłapią uważne ucho i nieskrępowana wyobraźnia.

Morze nie jest tu jedynie atrakcją dla turystów ani źródłem natchnienia malarzy. Przypływa i odpływa. Daje i zabiera. Zachwyca i przeraża. A przede wszystkim kanał La Manche wyznacza rytm codzienności. Plaża potrafi zmienić się w kilka minut, pogoda jeszcze szybciej. Światło odbijające się od klifów i fal nigdy nie jest takie samo. Nic dziwnego, że powstałe tutaj obrazy impresjonistów wciąż urzekają wielbicieli sztuki, a przechadzając się promenadami wzdłuż eleganckich hoteli i willi, łatwo popaść w bovaryzm. Lepiej jednak zwiedzać w najbliższy naszemu sercu sposób: żaglówką, kajakiem, bojerem, na rowerze czy z latawcem w ręku. I koniecznie zrobić przerwę na przyjemności: talerz ostryg, garnuszek muli po marynarsku, camemberta z bagietką i słonym masłem, do tego (tylko dla osób pełnoletnich!) kropelka napoju z jabłek, a może nawet normandzka dziura. Wszystko podane ze słynną serdecznością mieszkańców regionu.

Zachwycające Mont Saint-Michel z łąkami, na których pasą się „słone” owce, majestatyczne klify Étretat, urocze latarnie morskie strzegące wejść do portów, rozległe sady pełne smakowitych owoców, domy z muru pruskiego i dachy z szarego łupka – tych widoków nie da się zapomnieć. Ale Normandia oferuje znacznie więcej niż pocztówkowe pejzaże. To także opowieści, w których wróżki, wiedźmy, gobliny i zaklinacze szczurów przekazują mądrość wielu pokoleń. Zbieram je od lat – w rozmowach, archiwach i niezwykłych zakątkach – i cieszę się, że mogę ci je przekazać.

A jeśli ci się spodobają, zapraszam również do lektury mojej innej książki poświęconej Francji: Paryż to zawsze dobry pomysł.

Deauville, Trouville-sur-Mer i inne nadmorskie kurorty

Kiedyś były rybackimi osadami – albo nawet wcale nie. Całe bogactwo tego regionu liczyło się w śledziach i makreli. Ile dopłynęło do brzegu, takie były profity. Ale wystarczyło kilka artykułów w prasie, kilkadziesiąt stron książki (gdzie te piękne czasy?! – pytam z perspektywy literatki), żeby plaże wypełnili letnicy, tereny na sprzedaż pokryły się pięknymi willami, a w kieszeniach miejscowych artystów pobrzękiwały franki. Nie znali pojęcia reklamy, a byli jej mistrzami, nie mieli dyrektorów kreatywnych, ale klarowne wizje. Wiedzieli o marketingu szeptanym prawie nic, a to na nim postawili swoje fortuny.

Dieppe — pierwszy kurort Francji, Mały Paryż

Kiedy w XIX wieku Anglicy zaczęli tu przyjeżdżać na „kąpiele zdrowotne”, miejscowi rybacy patrzyli na nich z niedowierzaniem. „Jeśli morze miałoby leczyć, my, co w nim pracujemy, bylibyśmy nieśmiertelni” – mieli się naigrywać z przybyszów z przeciwległego lądu. W każdym razie Dieppe zostało pierwszym francuskim kurortem z prawdziwego zdarzenia. Jego sława dotarła do stolicy, skąd zaczęli przybywać rodzimi kuracjusze. Tak miasto zyskało przydomek Małego Paryża.

Osłonięta wysokimi klifami, leżąca przy brzegu morza, ale i nad słodkowodną rzeką ziemia, należąca do galijskiego plemienia Calètes, była przystanią zapewniającą bezpieczne schronienie miejscowym rybakom i żeglarzom wypływającym w dalekie wyprawy. Skuszeni tym naturalnie atrakcyjnym ukształtowaniem terenu Normanowie założyli tu port i osadę. Za sprawą Wilhelma Zdobywcy w 1066 roku powstał tutaj główny węzeł komunikacyjny z Anglią i ten status przysługiwał mu przez następne dwieście pięćdziesiąt lat.

Najpewniejszym źródłem utrzymania miejscowych stały się śledzie. W czasach, gdy świeża ryba była luksusem, za który Paryżanie skłonni byli słono zapłacić, w Dieppe powstał jeden z najbardziej niezwykłych systemów transportowych w Europie. To właśnie stąd od XIV wieku wyruszały chassemarées, dosłownie: poganiacze przypływów. Szybkie trójkołowe wozy, ciągnięte przez parę koni – albo i dwie – wyspecjalizowane były w przewożeniu cennego ładunku: skrzyni wypełnionej śledziami, dorszami, owocami morza przysypanymi solą lub algami, ułożonymi w taki sposób, by jak najdłużej utrzymać ich świeżość. Dzisiaj tę stusiedemdziesięciokilometrową trasę pokonuje się samochodem w dwie godziny, wtedy zajmowała dobę, co było naprawdę świetnym wynikiem. Wymagało to nie lada logistyki. Chassemarée nie zatrzymywał się po drodze prawie wcale, wóz mógł jechać dzień i noc, niezależnie od pogody. Konie zmieniano w wyznaczonych punktach, a woźnice, znający trasę na pamięć, pracowali w systemie zmianowym. Uchodzili za ludzi twardych, odważnych i nieco szalonych, bo tylko ktoś o stalowych nerwach mógł pędzić nocą przez Normandię z towarem, który psuł się z każdą minutą. Inne pojazdy ustępowały im pierwszeństwa na drodze. Trochę z szacunku dla ich misji, a trochę ze strachu przed reputacją powożących. Normandzkie błyskawice służyły wiernie przez kilka wieków, aż zaczęły znikać wyparte przez kolej – szybszą, tańszą i zdolną realizować znacznie większe dostawy.

Ze swojej odwagi i przedsiębiorczości słynęli na cały świat dieppejscy żeglarze. Ich statki docierały do wybrzeży Afryki, po Wyspy Zielonego Przylądka. W 1402 roku Jean de Béthencourt, rycerz i żeglarz z Dieppe, założył Królestwo Wysp Kanaryjskich. Był to jeden z pierwszych przypadków, gdy Europejczyk przejął władzę nad terytorium poza kontynentem. W 1488 roku Jean Cousin miał dotrzeć do wybrzeży Brazylii, według niektórych źródeł nawet cztery lata przed Kolumbem. Jean Ribault w 1562 roku badał wybrzeża Florydy i zakładał pierwsze francuskie osady w Ameryce Północnej. Gabriel de Clieu w XVIII wieku przewiózł na Karaiby sadzonkę kawowca, dając początek plantacjom, które zmieniły gospodarkę regionu. Złotymi zgłoskami w marynistycznej historii regionu zapisał się Jehan Ango. Urodzony w 1480 roku syn armatora szybko zrozumiał, że morze jest najlepszą inwestycją. Jego flota była jedną z największych we Francji. Finansował wyprawy, wyposażał statki, organizował ekspedycje handlowe i badawcze. Zainwestował w marzenia dwóch braci z Florencji, Jérôme’a i Jeana Verrazzano. Dzięki jego hojności dotarli do wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej i zbadali tereny od Karoliny aż po Nową Fundlandię. Jedną z zatok Jean nazwał La Nouvelle-Angoulême – to dzisiejsza zatoka Hudson, nad którą rozpościera się Nowy Jork.

Relacje podróżników wracających zza siedmiu mórz od razu trafiały na stoły kreślarskie. To w Dieppe powołano słynną szkołę kartografów, łączącą praktyczną wiedzę żeglarzy z naukową precyzją uczonych. Ich prace były nie tylko dokumentami geograficznymi, ale także dziełami sztuki: iluminowane, pełne kolorów, rysunków statków, róż wiatrów i symboli z różnych stron świata. Sprzedawane na królewskie dwory Francji, Portugalii i Anglii, służyły do planowania kolejnych podbojów. W muzeum zamkowym można oglądać mapy, modele statków i dokumenty, które przypominają, że to właśnie stąd wyruszali ludzie, którzy przesuwali granice świata znanego sobie współczesnym.

„Bo męska rzecz być daleko, a kobieca — wiernie czekać”

Mówią, że jeśli wejdziesz na mury zamku w Dieppe tuż przed świtem, możesz zobaczyć smukłą sylwetkę Białej Damy stojącą na krawędzi klifu. Dawno temu żyła tu młoda kobieta, Isabelle, córka miejscowego armatora. Jej ukochany, Étienne, był marynarzem, jednym z tych, którzy nigdy nie potrafili zbyt długo pozostać na lądzie i żadna siła nie umiała ich na nim zatrzymać. Nawet siła miłości. Przed kolejnym wyjściem w morze obiecał lubej, że wróci przed pierwszym jesiennym sztormem. Isabelle czekała. Najpierw z niecierpliwością, potem z niepokojem, a w końcu z rozpaczą. Podczas jednej z gwałtownych burz dziewczyna w świetle trzaskających piorunów rozrywających czarne niebo wybiegła na klif. Widziano ją wtedy po raz ostatni. W białej sukni stała na skraju urwiska, wpatrzona w ciemne bałwany fal. Rano znaleziono tylko jej chustę, zaplątaną w krzew jałowca. Pojawia się od czasu do czasu do dziś. Szuka Étienne’a albo próbuje przestrzec tych, którzy zbyt lekkomyślnie podchodzą do morza i panujących nad nim żywiołów. Tak czy tak wizyta Białej Damy nie wróży tu nic dobrego.

Château de Dieppe to nie tylko twierdza, ale też symbol odporności miasta wielokrotnie zmuszanego do podniesienia się z gruzów. Król Anglii Henryk II Andegaweński polecił wznieść tę fortecę, aby kontrolować port i umocnić swoje wpływy w Normandii. Był XII wiek, czas intensywnych konfliktów o panowanie nad północną Francją. Pierwsza wersja twierdzy nie przetrwała nawet dwóch dekad. W 1195 roku została zniszczona przez króla Francji Filipa II Augusta, który odbierał Anglikom kolejne terytoria. Do ponownego jej ufortyfikowania zabrano się trochę ponad dwa wieki później, w obliczu rosnącego zagrożenia ze strony sił flamandzkich i angielskich. Kompleks przeszedł znaczną przebudowę, wzbogacił się o mury miejskie i postawną zachodnią wieżę, która służyła jako donżon; przekształcił się w solidną twierdzę wojskową z widokiem na kanał La Manche. Kilka razy utracona i odbijana, była rozbudowywana i niszczona. Po XVII wieku jej znaczenie militarne zmalało. Urządzono w niej koszary, w których żołnierze mieszkali nieprzerwanie do 1923 roku. Powróciła do czynnego użytku na rzecz armii podczas dwóch wojen światowych. Niemcy włączyli obiekt do systemu obrony wybrzeża znanego jako Wał Atlantycki. Dzisiaj zamek z nieregularnym czworobocznym dziedzińcem i trzema zachowanymi wieżami góruje nad miastem jako strażnik jego historii i tożsamości.

Na melancholię, na nerwy, na złamane serce

Wizerunek kuracjuszki korzystającej z dobrodziejstw Dieppe jako kurortu zmieniał się na przestrzeni dziejów. Pierwsze pojawiły się tu arystokratki zwabione w XIX wieku higienicznymi zaleceniami modnych lekarzy. Przepisywali pobyt tu na melancholię, choroby skóry, „osłabienie nerwów”, a nawet na złamane serce. Zabiegi polegały na tym, że kąpielowi energicznie zanurzali swoje pacjentki w całości w morskiej wodzie, tak że dławiły się nią i dostawały konwulsji. W zasadzie dopiero wtedy terapię uznawano za udaną. W tamtych czasach zmaganie się z falami nie było łatwe. Wiele wody przelało się przez nozdrza tych kobiet, zanim uznano, że morskie kąpiele powinny być jednak doświadczeniem przyjemnym i relaksującym.

Anglicy przypływali do Normandii promami albo statkami, przywożąc ze sobą pierwsze kabiny kąpielowe na kółkach, dzięki którym wstydliwe damy nie musiały pokazywać się w strojach kąpielowych na plaży – po prostu ich przyboczni umieszczali je razem z tymi konstrukcjami w wodzie. Mieli też to, co najważniejsze: pieniądze, i chętnie się ich wyzbywali. W mieście nie brakowało egzotycznych przysmaków. Port handlowy tętnił życiem. Stał się największym punktem we Francji specjalizującym się w imporcie bananów z Wysp Kanaryjskich i cytrusów z Maroka. W Dieppe powstało pierwsze kryte kąpielisko. Przekształciło się później w kasyno, a następnie w mały teatr w stylu włoskim. Nadbrzeże wkrótce pokryło się przestronnymi hotelami i eleganckimi willami, przed którymi do spacerów i podziwiania zachodów słońca zachęcała promenada.

Kobiety z okresu belle époque rzucały się w wir ćwiczeń w wodzie, które przekształciły je w eleganckie sportsmenki zrzucające gorsety. Wkrótce zaczęły nosić odważniejsze fryzury (czekajcie na Coco Chanel!), a ich kostiumy kąpielowe odsłaniały coraz to większe partie ciała. Arystokracja przyjeżdżała tu na bale i koncerty, mieszczanie na kąpiele i spacery, artyści po inspirację. Anglicy już od dawna czuli się w kurorcie jak w domu, a Paryżanie przybywali tym chętniej, że podróż koleją skróciła się do niecałych pięciu godzin i była po prostu wygodna. Dieppe było eleganckie, ale nie snobistyczne. Modne, ale nie przesadzone. Żywe, ale nie hałaśliwe.

Nie to, co Deauville.

Deauville — dwudziesta pierwsza dzielnica Paryża

Był piętnasty sierpnia, we Francji długi weekend, jak i w Polsce. Wybraliśmy się na plażę w piątkę, samochodem. Czworo dorosłych i kilkuletnie dziecko. Zapakowaliśmy się mniej więcej jak na spędzenie trzech dni na bezludnej wyspie. Lodówka turystyczna, kosz piknikowy, cztery koce, parasol chroniący przed słońcem, z dziesięć gier i zabawek, żeby „bombelkowi” się przypadkiem nie nudziło, o torbach wypchanych ręcznikami, kostiumami i kosmetykami o wszelkich stopniach filtrów SPF już nie będę nawet wspominać. Na szczęście parawanów nie zabraliśmy, tutaj to jednak obciach. Podjechaliśmy na rogatki Deauville i już wyczuliśmy kłopoty. Miasto okazało się zapchane samochodami do granic.

Po jakiejś godzinie byliśmy już pod plażą, wiedzeni złudzeniem, że na płatnym parkingu na pewno znajdzie się jakieś miejsce. Otóż się nie znalazło. Zabraliśmy to, na co starczyło rąk, i poszliśmy w stronę morza. Kierowca podjął się misji znalezienia miejsca do parkowania. Targając ze sobą lodówkę, dołączył do nas kolejną godzinę później. Oznajmił, że porzucił auto na zakazie postoju, ale naprawdę nie miał już innego wyjścia; postanowił przyjąć mandat na klatę. Posiedział z nami jakiś kwadrans, nim niebo pociemniało, zerwał się wiatr, przygnał deszczowe chmury i lunęło tak, że do samochodu dotarliśmy mokrzy jak po morskiej kąpieli. Mandat przykleił się do przedniej szyby, a w mieście w pięć minut wytworzył się gigantyczny korek. Dzięki temu, że w nim utknęliśmy, mogłam jeszcze na chwilę wyskoczyć do najbliższego sklepu z pamiątkami po jedną z tych pięknych pocztówek z kolorowymi parasolami plażowymi, tak uwielbianymi przez Paryżan.

Deauville nie powstało na bazie średniowiecznej ani jeszcze starszej osady, jak większość normandzkich miast. Zostało zaprojektowane jako kurort przez wielkie K. Oprócz morskiej bryzy miało tutaj powiewać luksusem. Udało się aż nadto.

W połowie XIX wieku ten fragment wybrzeża Normandii był niemal pusty. Ze wzgórza Canisy po jednej stronie zatoki widać było Trouville, dawną rybacką osadę, która zaczynała przyciągać pierwszych letników, po drugiej – sto sześćdziesiąt dziewiczych hektarów gruntów, w tym mokradła, łąki i trzy kilometry plaży wysypanej drobnym piaskiem. Ogromną przestrzeń, która prosiła się, żeby ją zagospodarować. „Zbudujemy tu królestwo elegancji” – zarządził książę Charles de Morny. W tym surowym krajobrazie zobaczył coś, czego nie widział nikt inny: potencjał biznesowy.

De Morny przybył na Wybrzeże Kwiatowe, Côte Fleurie, za namową znajomego lekarza latem 1858 roku. Moda na kąpiele morskie ogarniała wówczas Francję coraz szerzej, a nowe kurorty, takie jak Biarritz, Cabourg czy Houlgate, coraz odważniej wskakiwały na jej mapę. On też ośmielił się marzyć. Wizja księcia miała ziścić się jednak w czymś więcej niż w miejscu na weekendową przygodę – jego marzenie miało być pożądanym stylem życia.

Niczym baron Georges-Eugène Haussmann zarządzający w tym czasie gruntowną przebudową Paryża, de Morny rozpoczął wielkie dzieło budowy Deauville. Wykorzystał do tego swoją pozycję i w większości nie swoje pieniądze. Bardzo pomagał mu fakt, że był przyrodnim bratem rządzącego wówczas Drugim Cesarstwem Napoleona III (ogólnie miał skomplikowane drzewo genealogiczne). Zgodnie z aktem urodzenia Charles de Morny przyszedł na świat w Paryżu 21 października 1811 roku pod nazwiskiem Charles Auguste Louis Joseph Demorny. W rubryce „matka” figurowała Louise-Coralie Fleury, jako ojciec wpisany został Auguste-Jean-Hyacinthe Demorny. W rzeczywistości chłopiec pojawił się na świecie miesiąc wcześniej, na obecnych terenach należących do Szwajcarii. Urodziła go żona Ludwika Bonapartego, holenderska królowa Hortensja, a jego drugim biologicznym rodzicem był jej kochanek, generał Charles de Flahaut. Józefina de Beauharnais, matka Hortensji, rozwiązała sprawę tak szybko i dyskretnie, że opłacony przez nią Demorny, niższy rangą oficer, zgodził się nadać dziecku swoje nazwisko, po czym szybko zniknął bez wieści. Dziecko otrzymało imię po prawowitym przodku, a w zasadzie po dwóch – ojcu i dziadku. Syn był wychowywany najpierw przez opłacanych przez jedną babkę rodziców zastępczych, a późnej przez swoją babkę ze strony ojca. Matkę (swoją i trzech przyrodnich braci, z których najmłodszy – Charles Louis – został w przyszłości cesarzem), wówczas przebywającą na wygnaniu, zobaczył po raz pierwszy dopiero w wieku osiemnastu lat, i to właśnie wtedy postanowił odłączyć pierwszą sylabę swojego nazwiska; odtąd podpisywał się jako „de Morny”. Jeszcze nie miał prawa do używania tytułu książęcego, zapewnił je sobie w zupełnie inny sposób. Żartował ze swojego pochodzenia: „W mojej rodzinie jesteśmy bękartami z matki na syna od trzech pokoleń. Jestem prawnukiem króla, wnukiem biskupa, synem królowej i bratem cesarza”. Losy jednak tak się potoczyły, że Charles został jednym z autorów zamachu stanu z drugiego grudnia 1851 roku, który rok później wyniósł Ludwika Napoleona Bonapartego do godności cesarza, i natychmiast został ministrem spraw wewnętrznych. Jako przewodniczący Ciała Ustawodawczego, odpowiednika dzisiejszego Zgromadzenia Narodowego, w latach 1854–1865 uczestniczył we wszystkich wielkich przedsięwzięciach przemysłowych i finansowych Drugiego Cesarstwa. Zbudowanie miasta, z którego przyjemność czerpałby „Tout-Paris”, cały Paryż, zdawało się zadaniem do wykonania z palcem w nosie.

De Morny zaczął od wybrania odpowiednich współpracowników, którzy potrafili przemienić wizję miasta marzeń w rzeczywistość. U jego boku stanął doktor Joseph Olliffe, który przywiózł go tutaj po raz pierwszy. Ów Irlandczyk pojawił się we Francji jako młody lekarz z dyplomem ukończenia medycyny i talentem i szybko został dostrzeżony przez paryskie elity. Był człowiekiem o rzadkiej kombinacji cech: naukowej precyzji, dyplomatycznej delikatności i intuicyjnej empatii, która błyskawicznie budowała zaufanie pacjentów do niego. Wkrótce stał się lekarzem ludzi wpływowych, a potem ich powiernikiem. Olliffe poznał Charles’a de Morny w latach, gdy ten budował swoją pozycję polityczną. Ich relacja szybko przekroczyła granice zawodowe. De Morny znalazł w nim powiernika, który potrafił nie tylko uleczyć jego ciało, ale też uspokoić nerwy, doradzić z taktem, a przede wszystkim powiedzieć szczerą prawdę. W 1854 roku Olliffe z rąk królowej Wiktorii odebrał tytuł szlachecki. Był lekarzem ambasadorów, doradcą dyplomatów, człowiekiem, który potrafił poruszać się między salonami Paryża i gabinetami Londynu z tą samą swobodą. To dzięki niemu Deauville od początku miało charakter luksusowy, elegancki i światowy.

Inny zaufany księcia Charles’a, Louis Breney, należał do pokolenia architektów Drugiego Cesarstwa wychowanych w kulcie porządku, symetrii i nowoczesności. Choć jego nazwisko nie przebiło się do kanonu wielkich twórców epoki, działał w środowisku, które czerpało inspirację z urbanistyki barona Haussmanna i z idei „miasta racjonalnego”, przestrzeni podporządkowanej funkcjonalności, higienie i wysublimowanej, ponadczasowej estetyce. Był architektem praktycznym, precyzyjnym, obdarzonym zmysłem geometrycznym, ale również wyobraźnią, która pozwalała mu myśleć o przestrzeni jako o scenie społecznej. To właśnie ta cecha sprawiła, że de Morny dostrzegł w nim idealnego partnera do realizacji swojej wizji. W 1860 roku Breney przedstawił plan, który do dziś stanowi fundament Deauville. Jego główne założenia to: regularna siatka ulic, szerokie bulwary, monumentalne perspektywy, przestrzeń podzielona z chirurgiczną precyzją na strefy mieszkalne, rekreacyjne i reprezentacyjne, dokładnie przemyślane punkty na przyszłe wille, kasyno, hipodrom oraz promenadę. To dzieło miało być nie tylko kurortem, lecz także manifestem nowoczesności. Gdy rozpoczęto prace budowlane, wybór pierwszego mera był oczywisty – Breney rozumiał to miasto lepiej niż ktokolwiek. Nikt nie znał Deauville tak jak on, bo nikt inny nie widział go najpierw w głowie, potem na papierze, a dopiero za jakiś czas w rzeczywistości.

Cała operacja mogłaby pozostać jedynie piękną utopijną wizją, gdyby nie jeden człowiek. Charles – jeśli tak miał na imię, bo zazwyczaj mówiło się o nim tylko po nazwisku – Donon, paryski bankier, został finansowym kręgosłupem przedsięwzięcia. Jako dyrektor Banque Impériale Ottomane, instytucji pełniącej funkcję banku centralnego Imperium Osmańskiego, manipulował sumami, które dla większości ludzi były abstrakcją. Obracał się w świecie, gdzie decyzje ekonomiczne miały wagę polityczną, a bankierzy byli cichymi partnerami cesarzy, ministrów i dyplomatów. Dyskretny, kompetentny, przyzwyczajony do ryzyka, a jednocześnie obdarzony instynktem, który pozwalał mu odróżnić fantazję od świetnie rokującego interesu, zabezpieczył przyszłość tej inwestycji. Zorganizował niezbędny kapitał, stworzył strukturę finansową planów wzniesienia nowej miejscowości, przygotował zakup terenów przeznaczonych pod jej budowę, zarządzał pierwszym obrotem nimi, a nade wszystko pilnował, by projekt nie runął pod ciężarem ambicji.

De Morny miał wizję. Olliffe miał kontakty. Breney – plany architektoniczne, a Donon – pieniądze i umiejętność ich pomnażania. Razem w 1859 roku wykupili dwieście czterdzieści hektarów gruntu za osiemset tysięcy franków w złocie. Rozpoczęły się prace melioracyjne, wytyczanie ulic i działek. Dwa lata później ziemia kupiona za trzydzieści trzy centymy za metr kwadratowy była już sprzedawana po osiem–dziesięć franków. Deauville, podobnie jak stolica, rosło w spektakularnym tempie. Żeby zachęcić możnych Paryżan do kupowania tu wilii, książę de Morny postawił jedną dla siebie; nadał jej imię Siergejewna, w hołdzie dla żony, Sofii. I tu zaczyna się kolejna skomplikowana historia rodzinna…

Jak już wspomniałam, Auguste miał dobrą pozycję, ale początkowo nie miał książęcego tytułu, postanowił więc go sobie zapewnić. Podczas koronacji cara Aleksandra II w Sankt Petersburgu poznał młodszą o dwadzieścia sześć lat kobietę, która stała się jego wybranką, oświadczył się jej, a kilka miesięcy później w tym samym mieście poślubił. Małżeństwo z dziewiętnastoletnią rosyjską arystokratką, Sofią Siergejewną Trubiecką, było dla niego politycznie korzystne, prestiżowe towarzysko i ważne dla jego ego. Wreszcie wszedł do wyższych sfer z prawdziwego zdarzenia. Przeprowadzili się razem do Paryża. Księżna, uważana za jedną z najpiękniejszych i najbardziej eleganckich kobiet w Europie, przyjmowała w swoim salonie znamienite towarzystwo. Słynęła z ekstrawagancji, zamiłowania do egzotycznych ptaków i japońskich psów. Choć była towarzysko bardzo pożądana, nie uczestniczyła w przyjęciach organizowanych w Pałacu Tuileries, bo nie przepadała za Napoleonem III i jego środowiskiem, nie chciała się przyjaźnić również z cesarzową Eugenią. Urodziła czworo dzieci: Charlotte, Auguste’a, Serge’a i Mathilde zwaną Missy, która dobrze zapadła w pamięć bywalcom Deauville, a jeszcze lepiej stołecznym plotkarzom. Sofię nazywali bankierką męża, jego doradczynią, mentorką, powierniczką i partnerką w interesach.

W życiu Charles’a de Morny była jeszcze jedna kobieta, która zdawała się mieć na niego dużo większy wpływ niż żona, i to nie tylko jako matka jego nieślubnego dziecka. Fanny Mosselman, bo to o niej mowa, urodziła się w Paryżu, ale miała belgijskie korzenie. Jej ojciec należał do najpotężniejszych przemysłowców Europy. Rodzina kontrolowała kopalnie cynku, huty, banki, przedsiębiorstwa, które kształtowały gospodarkę Starego Kontynentu. Ich dziedziczka interesy miała we krwi. Wychowana w luksusie, wykształcona, obyta w towarzystwie, wcześnie weszła do świata dyplomacji, wychodząc za mąż za Charles’a Le Hon, późniejszego ambasadora Belgii w Paryżu. Troje urodzonych przez nią dzieci nosiło nazwisko Le Hon, choć co do ojcostwa środkowego syna istnieją poważne wątpliwości, a najmłodsza córka z całą pewnością miała innego biologicznego ojca. Salon przedsiębiorczyni stał się miejscem, gdzie polityka mieszała się z finansami, a pogłoski z decyzjami wagi państwowej. Kiedy poznała Charles’a de Morny, był młody i ambitny, miał niewiele znaczące nazwisko i pochodzenie, które było tajemnicą poliszynela. Ona dostrzegła w nim coś, czego inni nie widzieli: inteligencję, polityczny instynkt, potencjał do robienia rzeczy wielkich. Potrzebował tylko iskry, żeby wypalić. Sfinansowała jego pierwsze wielkie przedsięwzięcie, cukrownie w Owernii. Otworzyła mu drzwi do salonów, gdzie rodziły się kariery. Nauczyła go, jak działa świat finansów, dyplomacji i wpływów. Dzięki niej de Morny stał się człowiekiem zamożnym, a osiągnąwszy wymagany cenzus podatkowy, uzyskał prawo kandydowania na deputowanego, został nim i mógł uczestniczyć w zamachu stanu, w wyniku którego zdobył ważną pozycję w Drugim Cesarstwie. Choć ich związek trwał około dwudziestu lat, Fanny nigdy nie mogła zostać jego żoną. Była już mężatką i nie pochodziła z arystokracji. Mieli jednak wspólną córkę. Louise Léopoldine Le Hon, późniejsza księżna Poniatowska, to postać, która połączyła francuską i polską historię. Urodziła się w tym samym roku, co przyszła żona jej ojca.

Deauville wznosiło się ze snów swojego fundatora i zaczynało być bardzo, ale to bardzo modne. Świeżo pociągnięta z Paryża linia kolejowa, zwieńczona niewielkim dworcem wspólnym dla tego kurortu i dla Trouville, gwarantowała mieszkańcom stolicy, że po pięciu godzinach podróży będą wdychać jod i sączyć calvados. Dworzec jakieś dwadzieścia lat później trzeba było powiększyć, bo nie mieścił wszystkich amatorów spędzania czasu nad morzem. Rodzina de Morny rozgościła się w Siergiejewnie. Tydzień po tygodniu poznawali nowych sąsiadów, wprowadzających się do nowo wybudowanych willi. Wokół rosły hotele. Jedne skromne, inne pełne przepychu, ale wszystkie gotowe przyjąć gości z całej Francji i Wielkiej Brytanii. Ich specjalnością była hydroterapia: kąpiele morskie, masaże wodne, prysznice z wody morskiej – wszystko to miało leczyć nerwy zmęczone wielkomiejskim tempem życia. Nocą uliczki rozświetlały latarnie gazowe. Na obrzeżach powstał tor wyścigów konnych, gdzie wkrótce rozbrzmiewały okrzyki kibiców i tętent galopujących rumaków. W 1866 roku ustanowiono prestiżowy Puchar Deauville, z nagrodą główną wysokości dwudziestu tysięcy franków i dziełem sztuki wartym kolejnych dziesięć tysięcy. Śmietanka towarzyska wkrótce zaczęła się spotykać również w kasynie. Eleganccy państwo grali w karty, bilard i zamieniali się w dżokejów koni startujących w zręcznościowej wersji miniwyścigów. Przygrywał im pianista, a wieczorami oklaskiwali występujących na scenie artystów. Zachodom słońca towarzyszyły bale, prywatne przyjęcia, rozmowy do świtu. Deauville żyło i błyszczało tak, jak życzył sobie tego jego twórca.

Książę de Morny nie doczekał pełnego rozkwitu swojego dzieła. Zmarł w 1865 roku. Sofia, młoda wdowa, związała się z jednym ze swoich nadmorskich sąsiadów. Książę José Osorio y Silva był kuzynem cesarzowej Eugenii. Po trzech latach znajomości on i Sofia pobrali się i odtąd dzielili czas między Paryż a Madryt. Starsza trójka jej ślubnych dzieci nie zapisała się niczym szczególnym na kartach historii. Co innego Missy, celebrytka belle époque. Miała dwa lata, gdy zmarł jej ojciec, ale odziedziczyła po nim ten rodzaj wewnętrznego ognia, który nie pozwala ustać w miejscu. Była aktorką, rzeźbiarką i malarką. Z racji tego ostatniego zawodu nosiła spodnie, na co kobiety wówczas musiały mieć pozwolenie z prefektury policji. Męskie marynarki, cylinder, monokl i laska stały się niezbędnymi elementami jej wizerunku. Paliła cygara. Krótkie włosy miała już na zdjęciach z dzieciństwa, ale jako dwudziestolatka wyglądała jak dziewczęca wersja Napoleonów. Używała męskich pseudonimów: Yssim (to Missy zapisane wspak), Max, Oncle Max, Monsieur le Marquis. W 1881 roku wyszła za mąż za markiza Jacques’a de Belbeuf, lecz ich małżeństwo było czystą formalnością i szybko się rozpadło. Współcześni badacze różnie interpretują jej tożsamość – od lesbijki o męskiej ekspresji po osobę androgeniczną. Jej obyczaje budziły fale krytyki. Prowadziła bujne życie towarzyskie w kręgach artystycznych i homoseksualnych Paryża, otwarcie wiążąc się z kobietami. Najsłynniejszy był jej związek z pisarką i dziennikarką Colette, z którą mieszkała, podróżowała – pojawiały się chętnie i w Deauville, i w Le Crotoy – i występowała na scenie. Ich wspólny spektakl w Moulin Rouge w 1907 roku wywołał tak ogromny skandal, że rodzina się od niej odcięła, jednocześnie odmawiając jej dalszego finansowania. Pod koniec życia Missy popadła w ruinę finansową i w 1944 roku odebrała sobie życie. Została pochowana na Cmentarzu Père-Lachaise, a jej pogrzeb sfinansował aktor, reżyser i scenarzysta, a przede wszystkim jej przyjaciel, Sacha Guitry. Dla niego była ikoną epoki, którą chciał ocalić od zapomnienia.

Z kolei Fanny Mosselman żyła jeszcze piętnaście lat po śmierci swojego kochanka i protegowanego. Jej wpływy co prawda nie zniknęły, ale imię z czasem zaczęło blaknąć, jakby historia nie była gotowa przyznać, że kobieta mogła odegrać tak wielką rolę w polityce. Kiedy jej towarzyskie znaczenie zaczynało maleć, wpływ ich wspólnej córki wzrastał. Louise, ukrywana przez pierwsze lata życia, została księżną jednego z najbardziej rozpoznawalnych rodów Europy. W 1856 roku wyszła za księcia Stanisława Augusta Friedricha Josepha Telemacha Luciego Poniatowskiego, koniuszego Napoleona III, jednego z potomków ostatniego króla Polski. Mieli pięcioro dzieci, z czego troje dożyło dorosłości i przedłużyło linię tego rodu, która nie wygasła do dziś.

Konie i kapelusze

Tam, gdzie wyścigi konne, tam i damy w wystawnych kapeluszach. Raj dla modystki, od niedawna właścicielki butiku z nakryciami głowy własnego pomysłu pod szyldem Chanel Modes przy rue Cambon w Paryżu. Pieniądze na jego otwarcie pożyczył kochanek, Arthur „Boy” Capel, wytworny Anglik z głową do interesów. To on zabrał Gabrielle Chanel do Deauville, na plac zabaw dla bogatych i zainteresowanych pokazywaniem się z jak najlepszej – czytaj: najbogatszej – strony. Coco (bo wolała, gdy tak się do niej zwracano) wyróżniała się na tle kobiet w gorsetach zasznurowanych do ostatniego tchu i ciężkich sukniach nawet w środku upalnego lata. Na hipodrom nie wybierała się w kreacjach wielkich domów mody, stawiała na własne projekty. Młoda, czarująca kobieta o niekonwencjonalnym stylu a to wyglądała jak uczennica w skromnym czarno-białym stroju, a to jak chłopczyca w koszulce polo, kardiganie, bryczesach czy długich spodniach. Lansowała swoje niewielkie, przechylone na czoło kapelusiki. Już wtedy tworzyła nowy styl, nową sylwetkę. Jej awangardowe, bardzo proste kreacje kontrastują z tym, co nosiły ówczesne elegantki.

Latem 1913 roku Boy wynajął dla niej butik na dwa kolejne sezony w pasażu między kasynem a hotelem Normandy, przy dzisiejszej 11 rue Lucien-Barrière. Coco Chanel początkowo sprzedawała w nim tylko kapelusze, później także żakiety i spódnice. Niedobór tkanin spowodowany pierwszą wojną światową oraz ograniczona dostępność służby domowej zajmującej się wytwornymi toaletami, w tym wiązaniem gorsetów, stworzyły nowe potrzeby. Chanel, jako kobieta wolna i aktywna, doskonale je wyczuła. Zakupiła całe bele dżerseju, materiału używanego wówczas wyłącznie do męskiej bielizny. W tamtym momencie wymyśliła nowe linie ubrań: swobodne, praktyczne, estetyczne. Czerpała inspirację z torów wyścigowych, golfa, tenisa, plaży i jachtów. Kobiety, których ciałom przywróciła wolność, bardzo to doceniały. Zaczęła tak dobrze zarabiać, że po zakończeniu wojny tworzyła już jeden z najważniejszych domów mody, zatrudniający ponad trzysta pracownic. Wreszcie spłaciła Boya Capela. Chwilę później zdruzgotały ją dwie wieści: pierwsza, że arystokratyczna rodzina jej wybranka naciska na jego ślub, bynajmniej nie z Coco, a druga – kilka miesięcy później – że Boy zginął w wypadku samochodowym. Wówczas porzuciła działalność w Deauville, skoncentrowała się na butikach w Paryżu i Biarritz. Ale to nie oznacza, że wraz z jej butikiem z miasta zniknęły elegantki.

Promenadę Les Planches można śmiało traktować jak permanentny wybieg mody. Tu warto, a nawet trzeba się pokazać. Tancerka Josephine Baker paradowała tu z lampartem na smyczy, amerykański aktor Kirk Douglas na rowerze, a królowa Elżbieta II swoim Rolls-Royce’em. Władczyni odwiedzała te strony, a w szczególności stadninę w Quesnay w regionie Pays d’Auge, by obejrzeć kilka koni pełnej krwi angielskiej, a przy okazji rzuciła okiem na kurort uwielbiany również przez swoich rodaków. Les Planches jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych promenad we Francji, na równi z Promenade des Anglais w Nicei czy Croisette w Cannes. Powstała, by wytworne panie mogły napawać się urokami nadmorskiego spaceru bez ryzyka zabrudzenia długich sukien piaskiem i zapadania się weń obcasami botków. Na początku szalonych lat dwudziestych XX wieku konkurs na odnowienie zakładu kąpielowego i przestarzałych kabin plażowych wygrał architekt Charles Adda. Inspirowany wpływami art deco, rozrysował kompleks bains pompéiens, z butikami, kawiarnią, barem, łaźniami parowymi, basenem, fontanną oraz dwustu pięćdziesięcioma kabinami kąpielowymi, zgrupowanymi w galerie. Ta nowoczesna architektura, ukończona w 1922 roku, łączyła biały beton z polichromią mozaik w kolorach morza, przypominających te odkrywane z wulkanicznego pyłu w Pompejach. Rok później krajobraz uzupełnił ponad sześćsetmetrową promenadą. Kabiny noszą nazwiska największych gwiazd Hollywood, na cześć gości Festiwalu Kina Amerykańskiego pokazujących tu swoje filmy od ponad pięciu dekad. Blichtr, o którym marzył de Morny, nadal ma się w Deauville znakomicie.

Trouville — wyluzowane przeciwieństwo Deauville

Deauville jest – jak mawiają Francuzi – prout-prout, czyli po naszemu „ąę”. Ale wystarczy tylko przejść mostem na drugą stronę rzeki Touques albo przepłynąć małym promem – le Bac de Trouville-Deauville, by znaleźć się w Trouville-sur-Mer, mieście bardziej luzackim i autentycznym. Zamiast luksusowych butików są tu domy rybaków. Zamiast idealnie równych ulic – kręte zaułki pełne małych galerii i kawiarni ściśniętych w kolorowych willach. Do portu zawijają malownicze kutry wracające z połowów, a krzykliwe mewy czekają na swoją działkę.

„Przybywszy do Hawru, zacząłem szukać miejsca, gdzie mógłbym spędzić miesiąc lub sześć tygodni; prosiłem o wieś, zakątek, dziurę, byle tylko nad morzem; wymieniono Sainte-Adresse i Trouville. […] Trouville, jeśli chodzi o sławę, było wówczas niemal tak nieznane jak wyspa Robinsona Crusoe”* – zanotował w swoich pamiętnikach Alexandre Dumas w 1831 roku. Autor ponad sześciuset utworów literackich, w tym Trzech muszkieterów i Hrabiego Monte Christo, zachwycił się tym miejscem kilka lat po tym, jak odkryli je malarze. Największe w zasługi w tej dziedzinie miał paryski artysta Charles Mozin. Sześć lat wcześniej, wędrując po normandzkim wybrzeżu, natrafił na cichą, niepozorną wioskę rybacką. Zachwyciły go poszarpane klify, drewniane łodzie kołyszące się na falach i piasek smagany wiatrem. Surowe piękno tego miejsca uderzyło go z taką siłą, że zaczął malować wszystko, co widział. Jego obrazy nie były jedynie pejzażami. Miały w sobie to coś, co odebrano jako zaproszenie do świata, który dopiero czeka na odkrycie. W stolicy jego płótna wywołały poruszenie. Artyści, kolekcjonerzy i zamożni mieszczanie zaczęli coraz częściej mówić o tajemniczym Trouville, którego korzenie sięgały nawet XI wieku, o jego dzikim uroku i niezwykłym świetle kuszącym malarzy. Wkrótce ciekawość zamieniła się w modę i tak Mozin wpisał Trouville na mapę normandzkich kurortów.

Wraz z nadejściem XIX wieku wśród angielskiej i francuskiej elity narodziła się nowa pasja: kąpiele morskie, wychwalane za swoje zdrowotne właściwości i relaksacyjny charakter. Po drugiej stronie rzeki rosło Deauville. Dzięki wspólnemu dworcowi kolejowemu oraz molo przy promenadzie, dokąd zawijały angielskie statki, ta część normandzkiego wybrzeża stała się bardziej dostępna niż kiedykolwiek. Eleganckie wille zaczęły wyrastać wzdłuż nabrzeża, wciskały się między domy rybaków – były kolorowe, wznoszone w stylu anglo-normandzkim, trochę nieokreślonym, bo nie istniał żaden konkretny plan zabudowy. Ich balkony tonęły w kwiatach. Artyści otwierali tu pracownie i galerie. Rozwój turystyczny szybko sprawił, że miasto stało się zbyt ciasne, i w 1847 roku gmina wchłonęła sąsiednią wioskę, Hennequeville. Intensywnie promowana przez rozwijającą się reklamę lokalna plaża, chwalona jako „prawdziwy aksamitny dywan usiany złotymi i srebrnymi drobinkami”, była przedstawiana jako królowa plaż. W czasach Drugiego Cesarstwa powstało tu wiele pałacowych hoteli, takich jak Hôtel des Roches Noires czy Trouville Palace oraz kasyno. Jeden z pierwszych rajdów samochodowych, wyścig braci Renault w 1899 roku, wystartował z Paryża z metą w Trouville właśnie.

„Wszystkie wspomnienia mojej młodości krzyczą pod moimi stopami jak muszle na plaży. Każda fala, którą widzę, budzi we mnie odległe echa. Słyszę pomruk minionych dni, które cisną się jak fale niekończącą się serią wygasłych namiętności” – takie wspomnienia z Trouville wywiózł Gustave Flaubert. Latem wraz z rodziną opuszczali Rouen i służbowe mieszkanie ojca, ordynatora szpitala, by zatrzymać się w Auberge de l’Agneau d’Or, na rogu dzisiejszej rue de Verdun. Podczas jednego z codziennych spacerów po plaży Gustave podniósł z piasku damską pelerynę. Podał ją właścicielce, Élise Schlésinger. Miała dwadzieścia sześć lat, była matką małej Marie i żoną wpływowego wydawcy. Dla piętnastoletniego chłopca była jak objawienie. Później miał napisać, że stał nieruchomy ze zdumienia, czując się, jakby zobaczył Wenus, która zeszła z piedestału. Wkrótce się zakochał. Ich związek, jakkolwiek na pewno był przez pisarza mocno wyidealizowany, trwał do osiemnastego roku życia Flauberta. Pisał o tym spotkaniu w Pamiętnikach szaleńca. Później spotkał Élise tylko raz, po kilku latach, ale mówił, że ledwo ją poznał. Jako dojrzały twórca Flaubert będzie mówił o niej jako o „duchu Trouville”. To ona częściowo zainspiruje postać pani Arnoux w Wychowaniu uczuciowym.

Flaubert powrócił do kurortu, który nosił już nazwę Trouville-sur-Mer, gdy pracował nad Panią Bovary, a wraz z nim wróciły emocje związane z pierwszą miłością. Prawie ćwierć wieku później napisał do Élise w liście: „Moja stara Przyjaciółko, moja dawna Czułości, nie mogę patrzeć na Twoje pismo, nie będąc wzruszonym! […] Dni minione powracają jak skąpane w złotej mgle. Na tym świetlistym tle, gdzie drogie duchy wyciągają do mnie ramiona, postać, która odcina się najwspanialej, to Twoja! Tak, Twoja. O, nieszczęsne Trouville”. W setną rocznicę słynnych wakacji Flauberta jego imię otrzymał hotel położony tuż nad promenadą Des Planches (starszą od swojej „deauvilskiej” odpowiedniczki), z oknami wychodzącymi wprost na morze, ciemnym dachem, murem pruskim i balkonami, z których można było obserwować fale rozbijające się o brzeg, wszystkie te wschody i zachody słońca. Pomysł na nazwę rzucił Fernand Moureaux, ówczesny mer kurortu, który postanowił przywrócić mu dawną świetność.

W latach trzydziestych XX wieku francuskie kurorty prześcigały się w nowinkach, sąsiednie Deauville błyszczało jak gwiazda nowej epoki, a nieco zapyziałe Trouville potrzebowało świeżej wizji. Właśnie wtedy pojawił się przedsiębiorca, polityk, twórca słynnego likieru, a przede wszystkim mer, który tchnął w miasto nowe życie. Moureaux był postacią nietuzinkową. Zbudował sobie solidną pozycję jako biznesmen o wyjątkowym nosie do interesów. Stworzył i rozwinął markę Suze, jednego z najbardziej znanych francuskich likierów z korzenia goryczki. Dzięki charakterystycznemu smakowi i nowoczesnemu marketingowi stał się symbolem kultury aperitifów, a jego żółta butelka była rozpoznawalna w całym kraju. Fortuna zbita na tym trunku pozwoliła Moureaux już jako politykowi finansować ambitne projekty urbanistyczne w Trouville, ale również inwestować w nieruchomości, wspierać rozwój lokalnych przedsiębiorstw, angażować się w projekty infrastrukturalne. Widział w Trouville nie tylko kurort, ale też produkt turystyczny, który trzeba stale rozwijać, promować i unowocześniać.

Francja weszła w okres przemian społecznych. Wprowadzano pierwsze płatne urlopy, w czym Moureaux dostrzegł największą szansę: chciał zrobić z tego miejsca demokratyczny kurort dla wszystkich, nie tylko dla elit. W czasach, gdy Francuzi po raz pierwszy mogli pozwolić sobie na wakacje, on otworzył przed nimi podwoje Trouville. Rozumiał – i przekonywał do tego innych – że nowe pokolenie turystów: rodziny z dziećmi, robotnicy, młodzi podróżnicy, potrzebuje przestrzeni, infrastruktury i atrakcji. Że zwykli ludzie mogą pluskać się w tych samych falach, co arystokracja.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Zestawienie źródeł cytatów znajduje się na końcu książki.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Deauville, Trouville-sur-Mer i inne nadmorskie kurorty

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji