Noc nad oceanem - Ken Follett - ebook + książka

Noc nad oceanem ebook

Ken Follett

4,8

Opis

Latem 1939 firma Pan American otworzyła regularne połączenie lotnicze pomiędzy USA a Europą, obsługiwane przez samoloty typu Boeing 314. Te wielkie łodzie latające nazywane Kliprami, zapewniały pasażerom szybki przelot przez Atlantyk i podróż w komfortowych warunkach.

Powieść Kena Folleta opisuje jeden z ostatnich takich przelotów przez Atlantyk oraz dzieje kilkunastu jego uczestników, zarówno członków załogi, jak i pasażerów. W ciągu trwającego półtorej doby lotu ich losy nierozerwalnie się splotą w wyniku złowrogiego planu jednego z pasażerów - Toma Luthera. Czy szantażowanemu przez niego młodemu mechanikowi pokładowemu uda się uratować porwaną żonę i pasażerów samolotu?

Klimat zagrożenia jeszcze pogłębia szalejąca nad Atlantykiem burza...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 664

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (14 ocen)
11
3
0
0
0

Popularność




O książce

We wrześniu 1939 roku, kilka dni po napaści Niemiec na Polskę, luksusowy hydroplan Boeing 314 linii Pan American wyrusza w swój ostatni rejs pasażerski przez Atlantyk. Na jego pokładzie znajduje się grupa ludzi, którzy uciekają przed wojną oraz własną przeszłością. Jest wśród nich brytyjski arystokrata — zwolennik Hitlera — i jego ekscentryczna rodzina, rodzeństwo walczące o kontrolę nad firmą, przystojny młody złodziej, agent FBI eskortujący groźnego gangstera, niemiecki fizyk atomowy, który nie chce wpaść w ręce nazistów, i amerykański biznesmen. W trakcie trwającego blisko trzydzieści godzin rejsu napięcie w kabinie samolotu sięga zenitu. Pasażerowie i załoga stają w obliczu śmiertelnego zagrożenia…

Wydanie elektroniczne

KEN FOLLETT

Światowej sławy brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Po ukończeniu studiów filozoficznych na University College w Londynie podjął pracę jako reporter w małej gazecie. Publikował powieści sensacyjne pod pseudonimem. Jedenasta z kolei, Igła, wydana w 1978 r., przyniosła mu światową sławę. Kolejne tytuły, m.in. Klucz do Rebeki, Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Lot Ćmy, Zamieć, Świat bez końca, Upadek gigantów, Zima świata oraz najnowsza, Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, autor nadal za swoje najważniejsze dzieło uważa Filary Ziemi — sagę napisaną pod wpływem zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono filmy oraz seriale, m.in. Igłę, Lwy Pansziru, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów, Zamieć, Trzeciego bliźniaka orazFilary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM KAWKI

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

NIGHT OVER THE WATER

Copyright © Ken Follett 1991

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Zdjęcie na okładce: Ivan Cholakov/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-063-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego.

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Mojej siostrze Hannah,z miłością

Pierwsze regularne przeloty pasażerskie pomiędzy USA a Europą uruchomiła firma Pan American latem 1939 roku. Rejsy wykonywano tylko przez kilka tygodni, połączenie zawieszono, kiedy Hitler napadł na Polskę.

Niniejsza powieść jest historią fikcyjnego ostatniego lotu, odbywającego się kilka dni po wybuchu wojny. Lot, pasażerowie i załoga są fikcją literacką, jednak sam samolot jest jak najbardziej prawdziwy.

We wrześniu 1939 roku funt brytyjski miał wartość 4 dolarów i 20 centów.

Szyling był jedną dwudziestą funta i miał wartość 21 centów.

Pens był jedną dwunastą szylinga i miał wartość około 2 centów.

Gwinea to funt i jeden szyling, czyli 4 dolary 41 centów.

CZĘŚĆ PIERWSZAANGLIA

1

To był najbardziej romantyczny samolot, jaki kiedykolwiek skonstruowano.

Stojąc o wpół do pierwszej w porcie Southampton, w dniu, w którym wypowiedziano wojnę, Tom Luther spoglądał w niebo, czekając na ten samolot z niecierpliwością i obawą. Raz po raz nucił pod nosem fragment V koncertu fortepianowego Es-dur Beethovena. Te poruszające pierwsze takty pasowały do wojennego klimatu.

Wokół stał tłum gapiów: entuzjastów lotnictwa z lornetkami, podrostków i łowców sensacji. Luther wyliczył, że hydroplan Pan American już chyba dziewiąty raz ląduje na wodach portu Southampton, ale urok nowości jeszcze nie przygasł. Ten samolot był tak fascynującą i piękną maszyną, że ludzie zbiegli się, żeby go oglądać, nawet w dniu, w którym ich kraj przystąpił do wojny. Obok stały przycumowane dwa ogromne i wspaniałe statki pasażerskie, lecz te pływające hotele straciły swój powab. Wszyscy spoglądali w niebo.

Jednak czekając, rozmawiali o wojnie, mówiąc z wyraźnym angielskim akcentem. Dzieci wyglądały na podekscytowane, mężczyźni przyciszonymi głosami rozprawiali ze znawstwem o czołgach i artylerii, a kobiety przybrały ponure miny. Luther był Amerykaninem i miał nadzieję, że jego kraj nie przystąpi do wojny. Nic im do tego, co dzieje się w Europie. Ponadto jedno przemawiało za nazistami: zwalczali komunizm.

Luther był biznesmenem, producentem tkanin wełnianych, i swego czasu miał w należących do niego fabrykach spore kłopoty z czerwonymi. Zdany na ich łaskę omal nie zbankrutował. Nadal myślał o tym z goryczą. Sklep odzieżowy jego ojca wykończyła żydowska konkurencja, a później istnieniu Luther Woolens zagroziły komuchy — w większości Żydzi! Ale wtedy Luther poznał Raya Patriarcę i wszystko się zmieniło. Ludzie Patriarki wiedzieli, jak radzić sobie z komunistami. Po prostu zdarzyło się kilka nieszczęśliwych wypadków. Pewnemu mąciwodzie krosno urwało dłoń. Działacz związkowy zginął, przejechany przez kierowcę, który zbiegł z miejsca wypadku. Dwaj robotnicy, narzekający na łamanie przepisów bezpieczeństwa, wdali się w bójkę w barze i wylądowali w szpitalu. Pewna sprawiająca kłopoty kobieta wycofała pozew sądowy przeciwko firmie, kiedy spłonął jej dom. Trwało to tylko kilka tygodni i od tamtej pory nie było już żadnych problemów. Patriarca wiedział to co Hitler: komunistów trzeba rozdeptać jak karaluchy. Luther tupnął nogą, wciąż nucąc Beethovena.

Z przystani hydroplanów Imperial Airways przy Hythe, po drugiej stronie zatoki, odbiła łódź i kilkakrotnie przepłynęła akwen, szukając dryfujących przedmiotów. Tłum wydał pomruk podniecenia: najwidoczniej hydroplan był blisko.

Pierwszy zauważył go chłopczyk w dużych nowych butach. Nie miał lornetki, ale jego wzrok jedenastolatka był lepszy od lunety.

— Tam leci! — wrzasnął. — Tam leci Clipper!

Pokazał na południowy zachód. Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku. Z początku Luther dostrzegł jedynie niewyraźną plamkę, która mogła być ptakiem, lecz wkrótce stała się dobrze widoczna i przez tłum przeszedł szmer podniecenia, gdy ludzie mówili sobie, że chłopiec ma rację.

Wszyscy nazywali tę maszynę Clipperem, ale formalnie był to boeing B-314. Pan American zlecił Boeingowi skonstruowanie samolotu mogącego przewozić pasażerów przez Atlantyk w luksusowych warunkach i w efekcie powstał ogromny, majestatyczny, niewiarygodnie potężny powietrzny pałac. Linia lotnicza zakupiła ich sześć i zamówiła sześć następnych. Komfortem i elegancją dorównywały słynnym oceanicznym liniowcom cumującym w Southampton, lecz przeprawa przez Atlantyk zajmowała statkom cztery do pięciu dni, natomiast hydroplan mógł pokonać tę odległość w dwadzieścia pięć do trzydziestu godzin.

Wygląda jak skrzydlaty wieloryb, pomyślał Luther, gdy samolot się zbliżał. Clipper miał wielki i kanciasty pysk kaszalota, masywny korpus i sterczący ogon, zakończony bliźniaczymi wysokimi płetwami. Potężne silniki były wbudowane w skrzydła. Poniżej skrzydeł znajdowały się dwa grube i krótkie stateczniki, stabilizujące samolot na wodzie. Od spodu kadłub miał ostrą jak nóż krawędź, przypominającą kil statku.

Niebawem Luther dojrzał duże prostokątne okna, rozmieszczone w dwóch nieregularnych rzędach biegnących wzdłuż górnego i dolnego pokładu. Dokładnie tydzień wcześniej przyleciał Clipperem do Anglii, więc znał rozkład jego wnętrza. Górny pokład składał się z kabiny pilotów i luku bagażowego, a dolny był pokładem pasażerskim, jednak zamiast wstawić rzędy foteli, podzielono go na loże z rozkładanymi kanapami. W porach posiłków salon zmieniał się w jadalnię, a na noc kanapy rozkładano do spania.

Zrobiono wszystko, aby odizolować pasażerów od świata i pogody za oknami. Były tam grube dywany, aksamitne draperie, lampy rzucające łagodne światło i meble z miękką tapicerką. Solidna warstwa wyciszająca zmniejszała ryk potężnych silników do krzepiącego odległego pomruku. Kapitan był opanowany i władczy, załoga rześka i elegancka w swych mundurach Pan American, stewardzi zawsze troskliwi. Zadbano o wszelkie potrzeby. Wciąż podawano napoje i zakąski. Czegokolwiek zapragnąłeś, pojawiało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaledwie o tym pomyślałeś: łóżko z zaciągniętymi zasłonkami po kolacji, świeże truskawki na śniadanie. Świat na zewnątrz zaczynał wydawać się nierealny jak film wyświetlany w oknach. To wnętrze samolotu było wszechświatem.

Oczywiście takie wygody nie mogły być tanie. Podróż w obie strony kosztowała sześćset siedemdziesiąt pięć dolarów, czyli tyle co pół małego domu. Pasażerami byli członkowie rodzin królewskich, gwiazdy filmowe, prezesi dużych korporacji i prezydenci małych krajów.

Tom Luther nie należał do żadnego z tych elitarnych kręgów. Był bogaty, ale swój majątek zdobył ciężką pracą i zwykle nie trwonił go na luksusy. Mimo to musiał zaznajomić się z tym samolotem. Poproszono go o wykonanie niebezpiecznej roboty dla pewnego wpływowego — a nawet bardzo wpływowego — człowieka. Za tę pracę nie otrzyma zapłaty, lecz przysługa wyświadczona takiemu człowiekowi ma większą wartość niż pieniądze.

To zadanie mogło jeszcze zostać odwołane: Luther czekał na wiadomość z ostatecznym potwierdzeniem. Chętnie wykonałby zlecenie, a jednocześnie miał nadzieję, że nie będzie musiał.

Samolot schodził pod ostrym kątem, z uniesionym ogonem. Był już całkiem blisko i jego ogromne rozmiary ponownie zrobiły wrażenie na Lutherze. Wiedział, że boeing ma trzydzieści trzy metry długości, a rozpiętość jego skrzydeł wynosi czterdzieści sześć metrów, ale te dane pozostawały tylko liczbami, dopóki nie zobaczyłeś, jak to cholerstwo płynie w powietrzu.

Przez moment wydawało się, że nie leci, lecz spada niczym ciśnięty kamień, by uderzyć w powierzchnię morza i zatonąć. Potem zawisł w powietrzu jak opuszczany na sznurku, trzymając wszystkich w niepewności. W końcu dotknął wody, rozpryskując grzbiety fal niczym płasko rzucony kamyk i wzbijając gejzery piany. Jednak w osłoniętym porcie fala była niewielka, toteż w następnej chwili w fontannie rozbryzgów przypominającej eksplozję kadłub opadł na wodę.

Kiedy przeciął powierzchnię, pozostawiając za sobą białą bruzdę w zielonej toni i wzbijając po bokach dwie wysokie bliźniacze fale, Lutherowi przypomniała się kaczka krzyżówka lądująca na jeziorze z rozłożonymi skrzydłami i podkulonymi nogami. Kadłub zapadł w toń, rozbryzgując wodę, która niczym dwa żagle unosiła się po jego prawej i lewej stronie, a potem dziób zaczął się pochylać. Fontanna kropel wytrysnęła jeszcze wyżej, gdy samolot wyrównał, zanurzając głębiej swój wielorybi brzuch. W końcu cały dziób obmyły spienione grzywacze. Nagle kurtyny wzbijanej wody opadły, a hydroplan zwolnił i zaczął płynąć po morzu jak statek, tak spokojnie, jakby nigdy nie zamierzał wzbić się w przestworza.

Luther uświadomił sobie, że wstrzymywał oddech, i wypuścił powietrze z westchnieniem ulgi. Znów zaczął nucić pod nosem.

Boeing podpływał do przystani. Luther wysiadł tam tydzień wcześniej. Przystań była specjalnie zaprojektowaną tratwą z dwoma bliźniaczymi pomostami. Za kilka minut liny przewlecze się przez uchwyty z przodu i z tyłu, po czym samolot zostanie wciągnięty tyłem pomiędzy te pirsy. Wtedy pasażerowie zaczną wysiadać, wychodząc przez drzwi na powierzchnię szerokiego statecznika, potem na tratwę, a z niej po trapie na stały ląd.

Luther odwrócił się i nagle znieruchomiał. Tuż przy nim stał ktoś, kogo wcześniej nie zauważył: mężczyzna jego wzrostu, w ciemnoszarym garniturze i meloniku, wyglądający jak urzędnik w drodze do biura. Luther już miał odejść, ale spojrzał na niego ponownie. Twarz pod rondem kapelusza nie była twarzą urzędnika. Mężczyzna miał wysokie czoło, jasnoniebieskie oczy, wydatną szczękę i cienkie wargi okrutnika. Był starszy niż Luther, około czterdziestki, ale barczysty i najwyraźniej w dobrej formie. Wyglądał na niebezpiecznego. Spojrzał Lutherowi w oczy.

Luther przestał nucić.

— Jestem Henry Faber — powiedział nieznajomy.

— Tom Luther.

— Mam dla ciebie wiadomość.

Serce Luthera zaczęło bić szybciej. Usiłował ukryć podniecenie i mówić równie lakonicznie jak tamten.

— Dobrze. Słucham.

— Człowiek, który tak cię interesuje, będzie w środę na pokładzie tego samolotu odlatującego do Nowego Jorku.

— Na pewno?

Właściciel melonika spiorunował go wzrokiem i nie odpowiedział.

Luther ponuro skinął głową. Zatem zadanie było aktualne. Przynajmniej wątpliwości się rozwiały.

— Dziękuję — rzekł.

— To nie wszystko.

— Słucham.

— Druga część tej wiadomości brzmi: nie zawiedź nas.

Luther zaczerpnął tchu.

— Powiedz im, żeby się nie martwili — rzucił z udawaną pewnością siebie. — Ten gość może opuści Southampton, ale nie dotrze do Nowego Jorku.

□  □  □

Brytyjskie linie lotnicze Imperial Airways miały dok latających łodzi po drugiej stronie zatoki, naprzeciwko Southampton Docks. To właśnie tam technicy sprawdzali Clippera, nadzorowani przez mechanika pokładowego Pan American. Podczas tego rejsu był nim Eddie Deakin.

Kontrola musiała być wyjątkowo staranna, ale mieli na nią trzy dni. Po wysadzeniu pasażerów na przystani numer sto osiem Clipper podpłynął do Hythe. Tam, wciąż w wodzie, został umocowany na platformie transportowej, a następnie wciągnięty po pochylni i odholowany jak wieloryb balansujący na dziecięcym wózku do ogromnego zielonego hangaru.

Przelot transatlantycki był poważnym obciążeniem dla silników. Pokonując najdłuższy odcinek trasy z Nowej Fundlandii do Irlandii, samolot był w powietrzu przez dziewięć godzin (a w drodze powrotnej, z przeciwnym wiatrem, pokonanie tego samego odcinka trwało szesnaście i pół godziny). Przez cały ten czas płynęło paliwo, świece dawały iskry, czternaście cylindrów każdego wielkiego silnika poruszało się niestrudzenie tam i z powrotem, a czteroipółmetrowe śmigła mełły chmury, deszcz i wiatr.

Zdaniem Eddiego na tym właśnie polegał romantyzm pracy mechanika. Jakie to cudowne i zdumiewające, że ludzie potrafią tworzyć maszyny, które całymi godzinami mogą pracować tak doskonale i dokładnie. Tyle rzeczy mogło się zepsuć, tyle ruchomych części trzeba było precyzyjnie wytworzyć i idealnie dopasować, żeby nie pękły, nie wyłamały się, nie zatarły ani nie zużyły, przenosząc trzydziestosiedmiotonowy samolot tysiące kilometrów dalej.

W środę rano Clipper miał być znów gotowy do takiej drogi.

2

Wojna wybuchła w pogodną, ciepłą i słoneczną niedzielę pod koniec lata.

Kilka minut przed tym, zanim podano tę wiadomość przez radio, Margaret Oxenford stała przed okazałą rezydencją z cegły będącą jej rodzinnym domem, lekko spocona w płaszczu i kapeluszu, rozgniewana tym, że musi pójść do kościoła.

Margaret nie znosiła kościoła, ale ojciec nie pozwalał jej opuszczać mszy, chociaż miała już dziewiętnaście lat i mogła mieć swoje zdanie o religii. Mniej więcej przed rokiem zebrała się na odwagę i powiedziała mu, że nie chce uczestniczyć w nabożeństwach, lecz nie zamierzał jej słuchać.

— Nie uważasz, że to hipokryzja chodzić do kościoła, chociaż nie wierzy się w Boga? — zapytała Margaret.

— Nie bądź śmieszna — odparł ojciec.

Pokonana i rozgniewana, powiedziała matce, że kiedy będzie pełnoletnia, już nigdy więcej nie pójdzie do kościoła.

— O tym zdecyduje twój mąż, moja droga — oświadczyła matka.

Zdaniem rodziców to zakończyło dyskusję, lecz od tej pory Margaret dostawała białej gorączki w każdy niedzielny ranek.

Jej siostra i brat wyszli z domu. Elizabeth miała dwadzieścia jeden lat. Była wysoka, niezgrabna i niezbyt ładna. Kiedyś siostry wiedziały o sobie wszystko. Jako dziewczęta latami przebywały razem, gdyż nie chodziły do szkoły, ale odbierały wątpliwej jakości edukację domową, nauczane przez guwernantki i prywatnych nauczycieli. Zawsze znały swoje sekrety. Później oddaliły się od siebie. Dorastająca Elizabeth chętnie przyjęła skostniałe tradycyjne wartości rodziców: była ultrakonserwatywną, zaciekłą rojalistką, głuchą na nowe idee i wrogą wszelkim zmianom. Margaret poszła zupełnie inną drogą. Była feministką i socjalistką, interesowała się jazzem, kubizmem i nowoczesną poezją, w której nie obowiązywały żadne schematy. Elizabeth uważała, że przyjmując tak radykalne poglądy, Margaret jest nielojalna wobec rodziny. Głupota siostry irytowała Margaret, lecz smuciło ją i denerwowało to, że nie są już tak dobrymi przyjaciółkami. Nie miała ich wiele.

Percy skończył czternaście lat. Nie był ani za radykalnymi ideami, ani przeciw nim, ale jako urodzony łobuziak sympatyzował z buntowniczą Margaret. Wspólnie cierpiąc z powodu tyranii ojca, lubili się i wspierali, i Margaret bardzo go kochała.

Ich rodzice wyszli chwilę później. Ojciec założył ten ohydny pomarańczowo-zielony krawat. Praktycznie był daltonistą, zapewne kupiła mu go matka. Sama miała rude włosy, oczy barwy morskiej toni i bladą cerę, więc prezentowała się olśniewająco w takich kolorach jak pomarańczowy i zielony, ale przy siwiejących czarnych włosach i rumianych policzkach ojca krawat wyglądał jak znak ostrzegawczy.

Elizabeth ze swoimi czarnymi włosami i nieregularnymi rysami twarzy była podobna do ojca. Margaret przypominała matkę: pasowałby jej jedwabny szal w którymś z kolorów krawata ojca. Percy zmieniał się tak szybko, że nikt nie mógł powiedzieć, do kogo w końcu będzie podobny.

Ruszyli długim podjazdem do wioski za bramą. Ojciec był właścicielem większości domów i wszystkich pól uprawnych w promieniu wielu kilometrów. Nic nie zrobił, żeby zdobyć takie bogactwo: to małżeństwa zawarte na początku dziewiętnastego wieku połączyły trzy najważniejsze ziemiańskie rodziny w hrabstwie, a powstałe w ten sposób olbrzymie włości były później przekazywane w całości z pokolenia na pokolenie.

Przeszli wiejską ulicą i ścieżką przecinającą trawnik, który okalał kościół z szarego kamienia. Do środka weszli kolejno: najpierw ojciec i matka, za nimi Margaret z Elizabeth, a Percy zamykał pochód. Obecni w kościele wieśniacy kłaniali się w pas, gdy Oxenfordowie szli nawą do swojej ławki. Bogatsi farmerzy, wszyscy dzierżawiący ziemię od ojca, uprzejmie pochylali głowy, a przedstawiciele klasy średniej — doktor Rowan, pułkownik Smythe i sir Alfred — kłaniali się z szacunkiem. Ten śmieszny feudalny rytuał za każdym razem wprawiał Margaret w zakłopotanie. Podobno przed Bogiem wszyscy ludzie są równi, czyż nie? Miała ochotę zawołać: „Mój ojciec nie jest lepszy od żadnego z was i znacznie gorszy niż większość!”. Może pewnego dnia zdobędzie się na odwagę. Gdyby urządziła taką scenę w kościele, niewykluczone, że już nigdy nie musiałaby tu przychodzić. Jednak zbyt się obawiała tego, co zrobiłby wtedy ojciec.

Gdy wchodzili do swojej ławki i oczy wszystkich były zwrócone na nich, Percy powiedział scenicznym szeptem:

— Ładny krawat, ojcze.

Margaret zdołała nie parsknąć śmiechem i tylko cicho zachichotała. Razem z Percym pośpiesznie usiedli i pochylili głowy, udając, że się modlą, dopóki się nie uspokoili. Po tym Margaret poczuła się lepiej.

Pastor wygłosił kazanie o synu marnotrawnym. Margaret pomyślała, że ten głupi stary oferma mógłby wybrać temat bardziej związany z tym, czym martwili się wszyscy: prawdopodobieństwem wybuchu wojny. Premier postawił Hitlerowi ultimatum, które Führer zignorował, i w każdej chwili oczekiwano wypowiedzenia wojny.

Margaret lękała się wojny. Chłopiec, którego kochała, zginął podczas wojny domowej w Hiszpanii. Stało się to ponad rok temu, lecz wciąż czasem płakała w nocy. Dla niej wojna oznaczała to, że tysiące innych dziewcząt zaznają żalu, jaki rozdzierał jej serce. Ta myśl była niemal nie do zniesienia.

A jednak inna część jej duszy pragnęła tej wojny. Przez całe lata dręczyło ją wspomnienie brytyjskiego tchórzostwa podczas walk w Hiszpanii. Jej kraj stał z boku i biernie patrzył, gdy praworządnie wybrany socjalistyczny rząd został obalony przez bandę łotrów uzbrojonych przez Hitlera i Mussoliniego. Setki młodych idealistów z całej Europy pojechały do Hiszpanii, aby walczyć o demokrację. Jednak brakowało im broni, a demokratyczne rządy innych państw nie chciały jej dostarczyć, tak więc tracili życie, a ludziom takim jak Margaret pozostawały jedynie gniew, wstyd i poczucie bezsilności. Gdyby Wielka Brytania przeciwstawiła się teraz faszystom, Margaret znów mogłaby być dumna ze swojej ojczyzny.

Był jeszcze inny powód tego, że serce rosło jej w piersi na myśl o wojnie. Ta z pewnością oznaczałaby koniec monotonnego życia, jakie wiodła ze swoimi rodzicami. Była znudzona i sfrustrowana tymi ich niezmiennymi rytuałami i bezsensem życia towarzyskiego. Marzyła, by uciec i żyć po swojemu, lecz wydawało się to niemożliwe: była nieletnia, nie miała pieniędzy ani kwalifikacji do żadnej pracy. Jednak, pomyślała z nadzieją, gdy wybuchnie wojna, wszystko na pewno się zmieni.

Zafascynowana czytała o tym, jak podczas ostatniej wojny kobiety nosiły spodnie i pracowały w fabrykach. Nawet teraz kobiece oddziały wchodziły w skład sił lądowych, powietrznych i marynarki. Margaret marzyła o zgłoszeniu się na ochotnika do Auxiliary Territorial Service, czyli kobiecej służby wojskowej. Jedną z niewielu praktycznych umiejętności, jakie posiadła, było prowadzenie pojazdów mechanicznych. Szofer ojca, Digby, nauczył ją jeździć rollsem, a Ian, chłopak zabity na wojnie, pozwalał jej prowadzić swój motocykl. Niewykluczone, że poradziłaby sobie nawet z motorówką, ponieważ ojciec miał niewielki jacht w Nicei. ATS potrzebowała kierowców ambulansów i gońców jeżdżących na motocyklach. Margaret już widziała się w mundurze i hełmie, siedzącą na motorze i błyskawicznie przewożącą pilne raporty z jednego pola bitwy na drugie, z fotografią Iana w kieszonce na piersi swej koszuli khaki. Była pewna, że wykazałaby się odwagą, gdyby miała szansę.

Później odkryli, że wojnę wypowiedziano wtedy, gdy trwała msza. W jej trakcie, dwadzieścia osiem minut po jedenastej, włączono nawet alarm przeciwlotniczy, lecz w wiosce go nie usłyszano, a poza tym był fałszywy. Tak więc rodzina Oxenfordów wróciła do domu z kościoła nieświadoma tego, że rozpoczęto wojnę z Niemcami.

Percy chciał wziąć broń i zapolować na króliki. Wszyscy w rodzinie umieli strzelać: był to ich ulubiony sport, niemal obsesja. Oczywiście ojciec się na to nie zgodził, ponieważ nie uchodziło strzelać w niedzielę. Percy był rozczarowany, ale posłuchał. Chociaż zachowywał się niesfornie, jeszcze nie miał dość odwagi, by otwarcie sprzeciwiać się ojcu.

Margaret uwielbiała psoty brata. Był jedynym promykiem słońca w jej ponurym życiu. Często żałowała, że nie potrafi kpić z ojca tak, jak robił to Percy, i śmiać się za jego plecami, była jednak zbyt poirytowana, żeby z tego żartować.

W domu ze zdumieniem zastali bosą pokojówkę podlewającą kwiaty w holu. Ojciec jej nie rozpoznał.

— Kim jesteś? — zapytał ostro.

— Nazywa się Jenkins — wyjaśniła spokojnie matka. W jej głosie słychać było amerykański akcent. — Zaczęła pracę w tym tygodniu.

Dziewczyna dygnęła.

— A gdzie, do diabła, są jej buty? — zapytał ojciec.

Cień podejrzenia przemknął po twarzy dziewczyny, która oskarżycielsko spojrzała na Percy’ego.

— Przepraszam, wasza lordowska mość, to młody lord Isley.

Percy nosił tytuł earla Isley.

— Powiedział mi, że pokojówki w niedziele muszą chodzić boso, żeby okazać szacunek.

Matka westchnęła, a ojciec wydał z siebie gniewny pomruk. Margaret nie zdołała powstrzymać chichotu. To była ulubiona sztuczka Percy’ego: informowanie nowych służących o wyimaginowanych zasadach obowiązujących w domu. Przekazywał im nieprawdziwe informacje ze śmiertelnie poważną miną, a ponieważ ich rodzina miała opinię ekscentryków, ludzie byli gotowi uwierzyć we wszystko.

Percy często rozśmieszał Margaret, ale teraz było jej żal tej biednej pokojówki, która stała boso w holu i czuła się głupio.

— Idź i włóż buty — poleciła jej matka.

— I nigdy nie wierz lordowi Isley — dodała Margaret.

Zdjęli kapelusze i weszli do salonu. Margaret pociągnęła brata za włosy.

— To było złośliwe — syknęła.

Percy tylko się uśmiechnął — był niepoprawny. Kiedyś powiedział pastorowi, że ojciec umarł w nocy na atak serca, i w całej wiosce ogłoszono żałobę, zanim odkryto, że to nieprawda.

Ojciec włączył radio i wtedy usłyszeli wiadomość: Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom.

Margaret poczuła, że wzbiera w niej dzika radość, jak podniecenie wywołane zbyt szybką jazdą lub wspinaczką na czubek wysokiego drzewa. Koniec z dręczącą niepewnością. Będą tragedie i cierpienia, pojawią się ból i smutek, ale tego nie da się uniknąć. Wyzwanie zostało rzucone i teraz można było tylko walczyć. Na samą myśl o tym serce zaczęło jej szybciej bić. Wszystko się zmieni. Konwenanse zostaną odrzucone, kobiety wezmą udział w tej walce, znikną podziały klasowe i wszyscy będą pracować razem. Już czuła smak wolności. I będą walczyć z faszystami, ludźmi, którzy zabili biednego Iana i tysiące innych dzielnych młodych mężczyzn. Margaret nie uważała się za mściwą, lecz na myśl o walce z nazistami ogarniała ją żądza zemsty. To było całkiem nowe uczucie: przerażające i podniecające.

Ojciec wpadł we wściekłość. Przysadzisty i rumiany, kiedy się złościł, wyglądał, jakby zaraz miał pęknąć.

— Przeklęty Chamberlain! — warknął. — Niech szlag trafi tego nędznika!

— Algernonie, proszę — powiedziała matka, karcąc go za te nieparlamentarne słowa.

Ojciec współtworzył Brytyjską Unię Faszystów. Wtedy był innym człowiekiem: nie tylko młodszym, ale także szczuplejszym, przystojniejszym i mniej wybuchowym. Umiał czarować ludzi i zdobywać ich zaufanie. Napisał kontrowersyjną książkę zatytułowaną Kundle: groźba skażenia rasy, o tym, jak cywilizacja podupada, odkąd biali ludzie zaczęli płodzić dzieci z Żydami, Azjatami, a nawet z Murzynami. Korespondował z Adolfem Hitlerem, którego uważał za największego męża stanu od czasu Napoleona. W każdy weekend w domu odbywały się wielkie przyjęcia z udziałem polityków, zagranicznych dyplomatów i — w jednym niezapomnianym wypadku — króla. Dyskusje trwały do późnej nocy, kamerdyner przynosił z piwnicy kolejne butelki brandy, a lokaje ziewali w holu. Przez cały okres recesji ojciec czekał, aż ojczyzna wezwie go na ratunek i poprosi, by został premierem rządu odbudowy kraju. Jednak to wezwanie nigdy nie nadeszło. Weekendowe przyjęcia były coraz rzadsze i skromniejsze, co szacowniejsi goście w różny sposób publicznie odcięli się od Brytyjskiej Unii Faszystów i ojciec stał się rozgoryczonym, rozczarowanym człowiekiem. Wraz z pewnością siebie stracił swój czarujący sposób bycia, zniechęcenie, nuda i alkohol odcisnęły piętno na atrakcyjnym niegdyś wyglądzie, a jego intelekt nigdy nie był wysokiego lotu. Margaret przeczytała książkę ojca i zszokowana odkryła, że nie tylko się mylił, ale po prostu był głupi.

W ostatnich latach jego program polityczny skurczył się do jednej obsesyjnej idei: Wielka Brytania i Niemcy powinny się zjednoczyć przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Głosił to w artykułach prasowych i listach do redakcji gazet oraz przy tych coraz rzadszych okazjach, gdy zapraszano go, aby przemawiał na wiecach lub zebraniach uniwersyteckich klubów dyskusyjnych. Uparcie trwał przy tym poglądzie, kiedy wydarzenia w Europie czyniły ten pomysł coraz mniej realnym. Wypowiedzenie wojny Niemcom ostatecznie przekreśliło jego nadzieje i Margaret znalazła w swoim sercu odrobinę litości dla niego, pośród wszystkich innych gwałtownych emocji.

— Wielka Brytania i Niemcy zniszczą się nawzajem i zostawią Europę na pastwę ateistycznego komunizmu! — oświadczył.

Wzmianka o ateizmie przypomniała Margaret, że zmuszono ją do chodzenia do kościoła.

— Nie mam nic przeciwko temu — rzuciła. — Jestem ateistką.

— Nie możesz nią być, moja droga — orzekła matka. — Jesteś protestantką.

Margaret nie zdołała powstrzymać śmiechu.

— Jak możesz się śmiać? — zapytała Elizabeth, bliska łez. — To tragedia!

Elizabeth podziwiała nazistów. Mówiła po niemiecku — obie znały ten język, dzięki niemieckiej guwernantce, która przetrwała dłużej od innych — i kilkakrotnie była w Berlinie, a dwukrotnie jadła obiad z samym Führerem. Margaret podejrzewała, że naziści są snobami, aprobata zaś angielskiej arystokracji łechta ich próżność.

— Czas, żebyśmy powstrzymali tych łobuzów — powiedziała siostrze.

— Nie są łobuzami — odparła z urazą Elizabeth. — Są dumnymi, silnymi, czystej krwi Aryjczykami i to tragedia, że nasz kraj wypowiedział im wojnę. Ojciec ma rację: biali ludzie wymordują się wzajemnie i świat opanują mieszańcy oraz Żydzi.

Margaret nie cierpiała słuchać tego bełkotu.

— Żydzi są w porządku! — oznajmiła zapalczywie.

Ojciec podniósł palec.

— Żydzi są w porządku, jeśli znają swoje miejsce.

— Czyli pod butem w waszym… waszym faszystowskim ustroju.

O mało nie powiedziała „waszym parszywym ustroju”, ale nagle przelękła się i ugryzła w język. Lepiej zanadto nie rozzłościć ojca.

— A w twoim bolszewickim ustroju Żydzi rządzą państwem! — odparowała Elizabeth.

— Daleko mi do bolszewików. Jestem socjalistką.

— Nie możesz nią być, moja droga — rzekł Percy, naśladując akcent matki. — Jesteś protestantką.

Margaret mimo woli roześmiała się i jej śmiech znów rozzłościł siostrę.

— Ty po prostu chcesz zniszczyć wszystko, co jest dobre i czyste, a potem śmiać się z tego! — zjadliwie rzuciła Elizabeth.

To oskarżenie nie było godne riposty, lecz Margaret wciąż chciała dowieść swojej racji. Zwróciła się do ojca:

— No cóż, w każdym razie zgadzam się z tobą co do Neville’a Chamberlaina. Znacznie pogorszył naszą sytuację, pozwalając faszystom zająć Hiszpanię. Teraz nieprzyjaciel jest nie tylko na wschodzie, ale i na zachodzie.

— To nieprawda, że Chamberlain pozwolił faszystom zająć Hiszpanię — zaoponował ojciec. — Wielka Brytania zadeklarowała politykę nieinterwencji, podobnie jak Niemcy, Włochy i Francja. My tylko dotrzymaliśmy słowa.

To była czysta hipokryzja i dobrze o tym wiedział. Margaret aż poczerwieniała z oburzenia.

— Dotrzymaliśmy słowa, gdy Włosi i Niemcy je złamali! — zaprotestowała. — Dlatego faszyści mieli broń, a demokraci nie mieli nic… prócz bohaterów.

Zapadła niezręczna cisza.

— Tak mi przykro, że Ian zginął — odezwała się w końcu matka — ale miał na ciebie bardzo zły wpływ.

W jednej chwili oczy Margaret napełniły się łzami.

Ian Rochdale był najlepszym, co zdarzyło się w jej życiu, i ból na wspomnienie jego śmierci wciąż pozbawiał ją tchu.

Latami tańczyła na balach z pustogłowymi młodymi paniczami, którzy myśleli tylko o piciu i polowaniu, i rozpaczliwie marzyła, aby poznać rówieśnika, który by ją zainteresował. Ian pojawił się w jej życiu niczym iskra nadziei, a kiedy zginął, pogrążyła się w ciemnościach.

Był na ostatnim roku studiów w Oxfordzie. Margaret bardzo chciałaby pójść na studia, ale nie miała szans się zakwalifikować: nigdy nie chodziła do szkoły. Jednak dużo czytała — bo nie miała nic innego do roboty! — i była urzeczona, spotkawszy kogoś, kto tak jak ona lubił rozmawiać o ideach. On jeden potrafił jej coś wytłumaczyć, nie zachowując się przy tym protekcjonalnie. Był najtrzeźwiej myślącą osobą, jaką znała, bezgranicznie cierpliwym rozmówcą bez odrobiny intelektualnej próżności i nigdy nie udawał, że coś rozumie, jeśli nie rozumiał. Uwielbiała go od pierwszej chwili.

Długo nie uważała tego za miłość. Jednak pewnego dnia Ian wyznał, niezręcznie i bardzo zmieszany, w nietypowy dla siebie sposób z trudem znajdując właściwe słowa: „Myślę, że się w tobie zakochałem. Czy to wszystko zepsuje?”. Wtedy z radością uświadomiła sobie, że ona też jest zakochana.

Odmienił jej życie. Jakby przeniosła się do nieznanego kraju, gdzie wszystko było inne: krajobraz, pogoda, ludzie, pożywienie. Rozpierała ją radość. Ciasne ramy konwenansów i denerwujące aspekty zamieszkiwania z rodzicami wydawały się mało ważne.

Nawet kiedy wstąpił do Brygad Międzynarodowych i pojechał do Hiszpanii walczyć z faszystowskimi buntownikami, próbującymi obalić demokratycznie wybrany socjalistyczny rząd, nadal rozświetlał jej życie. Była z niego dumna, ponieważ miał odwagę bronić swoich przekonań i był gotowy ryzykować życie dla sprawy, w którą wierzył. Czasem dostawała od niego listy. Raz przysłał jej wiersz. Potem przyszło zawiadomienie, że zginął, rozerwany na kawałki wybuchem pocisku, i Margaret poczuła, że jej życie się skończyło.

— Zły wpływ — powtórzyła z goryczą. — Tak. Nauczył mnie kwestionować dogmaty, nie wierzyć w kłamstwa, nienawidzić ignorancji i gardzić hipokryzją. W rezultacie nie pasuję do cywilizowanego społeczeństwa.

Ojciec, matka i Elizabeth zaczęli mówić wszyscy naraz, a potem zamilkli, ponieważ zagłuszali się wzajemnie, i w nagłej ciszy odezwał się Percy.

— Skoro mowa o Żydach — rzucił — znalazłem dziwne zdjęcie w piwnicy, w jednej z tych starych walizek ze Stamford.

W Stamford w stanie Connecticut mieszkała rodzina matki. Percy wyjął z kieszeni koszuli pomiętą i wyblakłą fotografię w kolorze sepii.

— Miałem prababcię, która nazywała się Ruth Glencarry, prawda?

— Tak — odparła matka. — To była moja babcia. Co takiego znalazłeś, mój drogi?

Percy podał fotografię ojcu i wszyscy otoczyli go, żeby na nią spojrzeć. Przedstawiała scenę uliczną sprzed około siedemdziesięciu lat w jakimś amerykańskim mieście, zapewne w Nowym Jorku. Na pierwszym planie trzydziestoletni Żyd z czarną brodą, w samodziałowym ubraniu roboczym i kapeluszu pozował przy wózku z kołem szlifierskim. Na wózku widniał wyraźny napis: REUBEN FISHBEIN — SZLIFIERZ. Obok mężczyzny stała dziewczynka w brzydkiej bawełnianej sukience i ciężkich buciorach.

— Co to ma być, Percy? — zapytał ojciec. — Kim są ci nędzarze?

— Sprawdź z tyłu — rzekł Percy.

Ojciec odwrócił fotografię. Było tam napisane: RUTHIE GLENCARRY, Z DOMU FISHBEIN, LAT 10. Margaret spojrzała na ojca. Był głęboko wstrząśnięty.

— To ciekawe — powiedział Percy — że dziadek mamy poślubił córkę ubogiego żydowskiego ostrzyciela noży, ale mówią, że w Ameryce tak bywa.

— To niemożliwe! — rzekł ojciec, lecz głos mu zadrżał i Margaret odgadła, że było to jak najbardziej możliwe.

— W każdym razie — ciągnął Percy wesoło — żydowskie pochodzenie jest dziedziczone po matce, więc skoro babka mojej matki była Żydówką, to ja też jestem Żydem.

Ojciec zbladł jak ściana. Matka zrobiła zdziwioną minę i lekko zmarszczyła brwi.

— Mam szczerą nadzieję, że Niemcy nie wygrają tej wojny — dodał Percy. — Inaczej nie mógłbym chodzić do kina, a mama musiałaby przyszyć żółtą gwiazdę na wszystkich swoich sukniach balowych.

To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Margaret uważnie przyjrzała się napisowi na odwrocie i doznała olśnienia.

— Braciszku! — powiedziała z uznaniem. — To twój charakter pisma!

— Nie, wcale nie! — zaprzeczył.

Jednak wszyscy już wiedzieli, że tak. Margaret parsknęła śmiechem. Percy znalazł gdzieś stare zdjęcie jakiejś żydowskiej dziewczynki i wykaligrafował napis na odwrocie, żeby oszukać ojca. Ojciec dał się zwieść, i nic dziwnego: odkrycie takiego mieszanego pochodzenia byłoby z pewnością koszmarem dla każdego rasisty. Dobrze mu tak.

— Ba! — prychnął ojciec i rzucił zdjęcie na stół.

— Percy, doprawdy! — zganiła go matka.

Może powiedzieliby więcej, lecz w tym momencie otworzyły się drzwi i stanął w nich Bates, kamerdyner o cholerycznym usposobieniu.

— Lunch podany, wielmożna pani.

Opuścili salon i przeszli przez hol do niewielkiej jadalni. Tam, jak zawsze w niedzielę, czekał przypalony rostbef. Matka zje sałatkę: nigdy nie jadała gotowanych potraw, gdyż jej zdaniem wysoka temperatura niszczyła wszystkie składniki odżywcze.

Ojciec odmówił modlitwę i usiedli. Bates podał matce wędzonego łososia. Według jej teorii wędzona, marynowana czy w inny sposób konserwowana żywność była dobra.

— Oczywiście, możemy zrobić tylko jedno — rzekła matka, nakładając sobie rybę z podsuniętego półmiska. Powiedziała to rzeczowym tonem osoby stwierdzającej oczywisty fakt. — Wszyscy musimy wyjechać i zamieszkać w Ameryce, dopóki ta głupia wojna się nie skończy.

Przez chwilę w jadalni panowała cisza.

— Nie! — wybuchła wstrząśnięta Margaret.

— Myślę, że mieliśmy już dość swarów jak na jeden dzień. Proszę, zjedzmy lunch w pokoju i harmonii.

— Nie! — powtórzyła Margaret. Prawie zaniemówiła z oburzenia. — Nie… nie możecie tego zrobić. To nie… to nie… — Chciała nawrzeszczeć na nich, zarzucić im zdradę i tchórzostwo, głośno wykrzyczeć swoją pogardę i protest, lecz zabrakło jej słów i zdołała jedynie wykrztusić: — To nie w porządku!

Nawet to uznano za niedopuszczalne.

— Jeżeli nie potrafisz trzymać języka za zębami — rzekł ojciec — to lepiej wyjdź.

Margaret przycisnęła serwetkę do ust i tłumiąc łkanie, odepchnęła krzesło, a potem wstała i uciekła z jadalni.

□  □  □

Oczywiście, planowali to od miesięcy.

Percy przyszedł po lunchu do pokoju Margaret i przekazał jej szczegóły. Dom miał zostać zamknięty, meble nakryte pokrowcami, a służba zwolniona. Posiadłość zostanie pod opieką zarządcy, który zajmie się również pobieraniem opłaty z dzierżawy. Pieniądze będą odkładane w banku: nie uda się ich przekazać do Ameryki z powodu przepisów ograniczających wymianę walutową podczas wojny. Konie zostaną sprzedane, koce posypane naftaliną, srebra zamknięte.

Elizabeth, Margaret i Percy mieli spakować każde po jednej walizce, pozostałe rzeczy dostarczy im firma zajmująca się przeprowadzkami. Ojciec kupił dla całej rodziny bilety na przelot Clipperem Pan American i mieli wylecieć w środę.

Percy nie potrafił ukryć podniecenia. Latał już samolotami, ale Clipper to co innego. Ten samolot był ogromny i luksusowy. Kiedy przed zaledwie kilkoma tygodniami otwarto tę linię, opisywano go we wszystkich gazetach. Podróż do Nowego Jorku trwała dwadzieścia dziewięć godzin i noc nad Atlantykiem wszyscy spędzali w łóżkach.

To obrzydliwie typowe, pomyślała Margaret, że będą pławić się w luksusie, pozostawiając swych rodaków na pastwę wojennych wyrzeczeń i trudów.

Percy poszedł pakować walizkę, a Margaret leżała na łóżku, patrząc w sufit, okropnie rozczarowana. To wrzała z gniewu, to płakała z bezsilności, nie mogąc w żaden sposób zmienić swego losu.

Do wieczora nie wychodziła ze swojego pokoju.

W poniedziałek rano, kiedy jeszcze leżała w łóżku, przyszła do niej matka. Margaret usiadła i obrzuciła ją wrogim spojrzeniem. Matka usadowiła się przy toaletce i popatrzyła na odbicie Margaret w lustrze.

— Proszę cię, nie przysparzaj ojcu kłopotów — powiedziała.

Margaret uświadomiła sobie, że matka jest zdenerwowana. W innych okolicznościach złagodziłaby ton głosu, ale była zbyt rozgniewana, żeby jej współczuć.

— To takie tchórzliwe! — wypaliła.

Matka zbladła.

— Nie jesteśmy tchórzami.

— Tylko uciekamy z kraju, gdy zaczyna się wojna!

— Nie mamy innego wyjścia. Musimy wyjechać.

Margaret spojrzała na nią zdumiona.

— Dlaczego?

Matka odwróciła się od lustra i popatrzyła jej w oczy.

— W przeciwnym razie wsadzą twojego ojca do więzienia.

Ta odpowiedź zaskoczyła Margaret.

— Jak mogą to zrobić? To nie zbrodnia być faszystą.

— Mają ustawę o nadzwyczajnych środkach. Czy to ważne jak? Ostrzegł nas nasz sympatyk z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ojciec zostanie aresztowany, jeśli nie opuści Wielkiej Brytanii do końca tygodnia.

Margaret nie mogła uwierzyć, że chcą wsadzić jej ojca do więzienia jak pospolitego złodzieja. Poczuła się głupio: nie pomyślała, w jakim stopniu wojna zmieni codzienne życie.

— Jednak nie pozwolą nam zabrać pieniędzy — dodała z goryczą matka. — Tyle o angielskiej zasadzie fair play.

Pieniądze były ostatnią rzeczą, którą przejmowała się teraz Margaret. Tu chodziło o całe jej życie. Poczuła nagły przypływ odwagi i zdecydowała się powiedzieć matce prawdę. Pośpiesznie, żeby nie stchórzyć, nabrała tchu i oświadczyła:

— Mamo, nie chcę z wami lecieć do Ameryki.

Matka nie okazała zdziwienia. Może nawet spodziewała się czegoś takiego.

— Musisz, moja droga — przemówiła łagodnym, beznamiętnym tonem, jakiego używała, chcąc uniknąć kłótni.

— Mnie nie wpakują do więzienia. Mogę mieszkać u cioci Marthy albo nawet u kuzynki Catherine. Porozmawiasz z ojcem?

Matka zareagowała w nietypowy dla niej, gwałtowny sposób.

— Urodziłam cię w bólach i nie zgodzę się, żebyś ryzykowała życie, jeśli mogę temu zapobiec!

Margaret spojrzała na nią, zaskoczona tym emocjonalnym wybuchem. Potem zaprotestowała.

— Powinnam mieć w tej sprawie coś do powiedzenia. To moje życie!

Matka westchnęła i powróciła do swego zwykłego łagodnego stylu.

— To bez różnicy, co ty i ja o tym sądzimy. Twój ojciec nie pozwoli ci zostać, cokolwiek powiemy.

Bierność matki rozzłościła Margaret, która postanowiła zacząć działać.

— Sama go poproszę.

— Wolałabym, żebyś tego nie robiła — rzekła matka. W jej głosie słychać było błagalną nutę. — I tak jest mu ciężko. Wiesz, że kocha Anglię. W innych okolicznościach już dzwoniłby do Ministerstwa Wojny, zgłaszając się do pracy. Pęka mu serce.

— A co z moim sercem?

— Nie możesz się z nim porównywać. Jesteś młoda. Masz przed sobą całe życie. Dla niego to kres nadziei.

— To nie moja wina, że jest faszystą — rzuciła szorstko Margaret.

Matka wstała.

— Miałam nadzieję, że będziesz milsza — powiedziała cicho i wyszła.

Margaret czuła się jednocześnie winna i urażona. To takie niesprawiedliwe! Ojciec zawsze krzywił się na jej poglądy, odkąd zaczęła je wyrażać, a teraz, gdy bieg wydarzeń dowiódł, że się mylił, oczekiwano od niej współczucia.

Westchnęła. Matka była piękna, ekscentryczna i roztargniona. Urodziła się w bogatej rodzinie i nie brakowało jej stanowczości. Ekscentryczność wynikała z silnej woli i braku wykształcenia, którym mogłaby się kierować. Kurczowo trzymała się głupich idei, ponieważ nie potrafiła odróżnić sensownych od bezsensownych. Roztargnienie było sposobem, w jaki silna kobieta radzi sobie z męską dominacją: nie mogąc sprzeciwiać się mężowi, wyrywała się spod jego kontroli, udając, że go nie rozumie. Margaret kochała matkę i traktowała jej dziwactwa z czułą tolerancją, ale postanowiła, że nie będzie taka jak ona pomimo fizycznego podobieństwa. Skoro nie chcieli jej kształcić, będzie uczyła się sama i raczej zostanie starą panną, niż wyjdzie za jakiegoś wieprza, który uważałby, że może nią dyrygować jak jakąś służącą.

Czasem marzyła o innych stosunkach z matką. Chciałaby móc się jej zwierzać, zdobyć sympatię i słuchać rad. Mogłyby być sojuszniczkami i razem walczyć ze światem, który traktował je jak ozdóbki. Matka jednak już dawno zrezygnowała z tej walki i pragnęła, żeby Margaret zrobiła to samo. Tak się nie stanie. Margaret zamierzała być sobą: była tego najzupełniej pewna. Tylko jak?

Przez cały poniedziałek nie miała apetytu. Wypiła niezliczoną ilość filiżanek kawy, gdy służba szykowała dom do zamknięcia. We wtorek, kiedy matka zrozumiała, że Margaret nie zamierza się pakować, powiedziała nowej pokojówce, Jenkins, żeby to za nią zrobiła. Oczywiście Jenkins nie wiedziała, co ma spakować, i Margaret musiała jej pomóc, tak więc ostatecznie matka postawiła na swoim, jak to często bywało.

— To pech, że postanowiliśmy opuścić ten dom tydzień po tym, jak zaczęłaś tu pracować — powiedziała do dziewczyny Margaret.

— Teraz nie będzie trudno o pracę, panienko — odparła Jenkins. — Nasz tata mówi, że podczas wojny nie ma bezrobocia.

— Co będziesz robiła, pracowała w fabryce?

— Zamierzam wstąpić do wojska. W radiu mówili, że siedemnaście tysięcy kobiet wstąpiło wczoraj do ATS. W całym kraju i w każdym mieście są kolejki do ratusza, widziałam zdjęcie w gazecie.

— Masz szczęście — rzuciła smętnie Margaret. — Ja będę stała w kolejce do samolotu lecącego do Ameryki.

— Musi panienka robić to, co każe markiz.

— A co twój ojciec na to, że chcesz się zaciągnąć?

— Nie powiem mu, po prostu to zrobię.

— A jeśli cię wypisze?

— Nie może. Mam osiemnaście lat. Kiedy podpiszę, nie będzie odwołania. Jeśli ma się odpowiedni wiek, rodzice nic nie mogą zrobić.

Margaret była zaskoczona.

— Jesteś pewna?

— Oczywiście. Każdy to wie.

— Ja nie wiedziałam — mruknęła w zadumie Margaret.

Jenkins zniosła walizkę Margaret do holu. Mieli wyjechać w środę, bardzo wcześnie rano. Widząc ustawione rzędem walizki, Margaret zrozumiała, że z pewnością spędzi całą wojnę w Connecticut, jeśli nic nie zrobi, tylko będzie się dąsać. Chociaż matka prosiła, żeby oszczędzić ojcu dodatkowych zmartwień, Margaret musiała się mu przeciwstawić.

Na samą myśl przeszedł ją dreszcz. Wróciła do swojego pokoju, żeby wziąć się w garść i zastanowić, jak go przekonać. Powinna zachować spokój. Łzy go nie wzruszą, a gniew tylko sprowokuje. Musi być rozsądna, odpowiedzialna, dojrzała. Nie może się z nim spierać, bo to go rozzłości, a ją ogarnie taki strach, że nie uda jej się już nic więcej powiedzieć.

Jak zacząć? „Myślę, że mam prawo zabrać głos w sprawie mojej przyszłości”.

Nie, to niedobre. Odpowie: „Jestem za ciebie odpowiedzialny, więc to ja decyduję”.

A gdyby weszła i rzuciła: „Czy mogę porozmawiać z tobą o wyjeździe do Ameryki?”?

Zapewne odpowiedziałby: „Nie ma o czym mówić”.

Powinna rozpocząć tak niewinnie, żeby nawet on nie mógł jej zbyć. Zdecydowała, że zacznie od: „Czy mogę cię o coś zapytać?”, bo wtedy ojciec będzie musiał odpowiedzieć twierdząco.

I co potem? Jak poruszyć temat, nie wywołując jednego z tych jego okropnych wybuchów wściekłości? Mogłaby zagaić: „Byłeś w wojsku podczas ostatniej wojny, prawda?”. Wiedziała, że walczył we Francji. Potem zapytałaby: „Czy mama również?”. Na to pytanie także znała odpowiedź: matka jako wolontariuszka była pielęgniarką w Londynie i opiekowała się rannymi oficerami amerykańskimi. W końcu Margaret powiedziałaby ojcu: „Oboje służyliście waszym krajom, więc wiem, że zrozumiecie, dlaczego chcę robić to samo”. To z pewnością będzie nieodparty argument.

Czuła, że jeśli tylko ojciec przyzna jej rację w tej kwestii, łatwiej będzie przezwyciężyć inne jego zastrzeżenia. Mogłaby zamieszkać u krewnych do czasu wstąpienia do wojska, czyli przez kilka dni. Miała dziewiętnaście lat: wiele dziewcząt w tym wieku już od sześciu lat pracowało w pełnym wymiarze godzin. Była dostatecznie dorosła, żeby wyjść za mąż, prowadzić samochód i pójść do więzienia. Dlaczego więc nie mogłaby pozostać w Anglii?

To miało sens. Teraz potrzebowała tylko odwagi.

Ojciec będzie w swoim gabinecie z zarządcą. Margaret wyszła z pokoju. Na podeście przed drzwiami sypialni nagle zrobiło jej się słabo ze strachu. Wszelki sprzeciw wprawiał go w szał. Jego gniew był straszny, a kary okrutne. Kiedy miała jedenaście lat, kazał jej przez cały dzień stać w kącie swego gabinetu twarzą do ściany za to, że była nieuprzejma dla jednego z gości. Gdy miała siedem lat, zabrał jej misia za to, że zmoczyła łóżko, a raz, rozwścieczony, wyrzucił kota przez okno na pierwszym piętrze. Co zrobi teraz, gdy Margaret powie mu, że chce zostać w Anglii i walczyć z nazistami?

Zmusiła się, by zejść po schodach, lecz gdy zbliżała się do jego gabinetu, obawy rosły. Wyobraziła sobie rozgniewanego ojca, jego spurpurowiałą twarz i wytrzeszczone oczy, i przeraziła się. Usiłowała się uspokoić, zadając sobie pytanie, czy naprawdę jest się czego obawiać. Nie mógł już złamać jej serca, zabierając ukochanego misia. Jednak w głębi duszy wiedziała, że ojciec wciąż może na wiele sposobów doprowadzić ją do rozpaczy.

Gdy stanęła drżąca przed drzwiami gabinetu, korytarzem przemknęła gospodyni, szeleszcząc swoją czarną jedwabną suknią. Pani Allen żelazną ręką kierowała żeńskim personelem, lecz zawsze była łagodna wobec dzieci. Lubiła tę rodzinę i nie mogła pogodzić się z tym, że wyjeżdżają: dla niej był to koniec świata. Posłała Margaret smutny uśmiech.

Patrząc na nią, dziewczyna wpadła na zapierający dech w piersi pomysł.

Nagle w jej głowie pojawił się gotowy plan ucieczki. Pożyczy pieniądze od pani Allen, potem wyjdzie z domu, złapie pociąg do Londynu o szesnastej pięćdziesiąt pięć, spędzi noc w mieszkaniu kuzynki Catherine i z samego rana wstąpi do ATS. Nawet jeśli ojciec w końcu ją dopadnie, nie będzie mógł nic zrobić.

Ten plan był tak prosty i śmiały, aż trudno było uwierzyć, że mógłby się powieść. Zanim jednak zdążyła się rozmyślić, usłyszała swój głos mówiący:

— Och, pani Allen, może mi pani dać trochę pieniędzy? Muszę zrobić ostatnie zakupy, a nie chcę niepokoić ojca. Jest taki zajęty.

— Oczywiście, panienko — odparła bez wahania pani Allen. — Ile panienka potrzebuje?

Margaret nie wiedziała, ile kosztuje przejazd koleją do Londynu. Nigdy sama nie kupowała biletu.

— Och, funt powinien wystarczyć — odparła, zgadując. I pomyślała: Czy ja naprawdę to robię?

Pani Allen wyjęła z torebki dwa dziesięcioszylingowe banknoty. Zapewne oddałaby oszczędności całego życia, gdyby Margaret o nie poprosiła.

Dziewczyna drżącą dłonią wzięła pieniądze. To może być mój bilet do wolności, pomyślała i choć była przestraszona, w jej sercu zapalił się słaby płomyk nadziei.

Pani Allen, myśląc, że córka chlebodawców jest zdenerwowana z powodu wyjazdu, uścisnęła jej dłoń.

— To smutny dzień, lady Margaret — powiedziała. — Smutny dzień dla nas wszystkich.

Z ubolewaniem kręcąc głową, znikła w głębi domu.

Margaret rozejrzała się gorączkowo dookoła. W polu widzenia nie było nikogo. Jej serce trzepotało jak schwytany ptak, a oddech miała przyśpieszony i płytki. Wiedziała, że jeśli będzie się dłużej zastanawiać, straci odwagę. Nie chcąc kusić losu, nie zatrzymała się nawet po to, by włożyć płaszcz. Ściskając pieniądze w ręce, wyszła frontowymi drzwiami.

Stacja znajdowała się trzy kilometry dalej w następnej wiosce. Przy każdym kroku Margaret spodziewała się usłyszeć na drodze za plecami warkot rolls-royce’a, którym jeździł ojciec. Tylko skąd mógłby wiedzieć, co zrobiła? Niepodobna, by ktokolwiek zauważył jej nieobecność co najmniej do obiadu, a nawet gdyby, to założyliby, że poszła na zakupy, tak jak powiedziała pani Allen. Mimo to cały czas bała się, że zostanie zatrzymana.

Kiedy dotarła na stację, okazało się, że do odjazdu pociągu pozostało jeszcze sporo czasu. Kupiła bilet — i nie wydała wszystkich pieniędzy — po czym usiadła w poczekalni dla kobiet i obserwowała wskazówki wielkiego zegara na ścianie.

Pociąg był spóźniony.

Minęła szesnasta pięćdziesiąt pięć, a potem siedemnasta i pięć po siedemnastej. Margaret tak się bała, że miała ochotę zrezygnować i wrócić do domu, by uwolnić się od tego napięcia.

Pociąg przyjechał czternaście po siedemnastej, a ojciec się nie zjawił.

Margaret wsiadła z sercem w gardle.

Stanęła przy oknie, patrząc na barierkę przy wejściu na peron i niemal spodziewając się, że ojciec pojawi się w ostatniej chwili, by ją zatrzymać.

W końcu pociąg ruszył.

Nie mogła uwierzyć, że się jej udało.

Poczuła pierwsze słabe dreszcze uniesienia. Po kilku sekundach pociąg opuścił stację. Margaret patrzyła, jak wioska maleje w oddali, i serce rozpierał jej triumf. Zrobiła to — uciekła!

Nagle ugięły się pod nią kolana. Rozejrzała się, szukając wolnego miejsca, i dopiero wtedy zobaczyła, że pociąg jest pełny. Wszystkie miejsca były zajęte, nawet w wagonie pierwszej klasy, gdzie żołnierze siedzieli na podłodze. Musiała stać.

Jej euforia nie słabła, chociaż podróż była, wedle zwykłych standardów, koszmarna. Na każdej stacji dosiadali się nowi pasażerowie. Do Reading pociąg miał już trzy godziny spóźnienia. Wszystkie żarówki zostały wykręcone ze względu na zaciemnienie, więc po zmroku w wagonie panowały egipskie ciemności, sporadycznie rozświetlane latarką przechodzącego konduktora, przeciskającego się między siedzącymi i leżącymi na podłodze pasażerami. Kiedy Margaret nie mogła już ustać, również usiadła na podłodze. Takie rzeczy nie mają teraz znaczenia, powiedziała sobie. Dziś ubrudzi sukienkę, ale przecież jutro włoży mundur. Wszystko się zmieniło: trwa wojna.

Zastanawiała się, czy ojciec zauważył jej nieobecność, odkrył, że wsiadła do pociągu, i popędził samochodem do Londynu, żeby złapać ją na dworcu Paddington. Było to mało prawdopodobne, ale możliwe, więc gdy pociąg wjeżdżał na stację, jej serce przepełniał lęk.

Kiedy jednak w końcu wysiadła, nigdzie nie dostrzegła ojca i znów poczuła dreszcz satysfakcji Jednak nie był wszechmocny! W panującym na dworcu półmroku udało jej się złapać taksówkę. Ta zawiozła ją do Bayswater, mając zapalone tylko światła pozycyjne. Kierowca, przyświecając sobie latarką, zaprowadził ją do apartamentowca, w którym znajdowało się mieszkanie Catherine.

Wszystkie okna budynku były zaciemnione, ale w holu paliło się światło. Portier już skończył pracę, gdyż dochodziła północ, lecz Margaret znała drogę do mieszkania Catherine. Weszła po schodach i zadzwoniła.

Nikt nie otwierał.

Podupadła na duchu.

Zadzwoniła ponownie, choć wiedziała, że to na nic: mieszkanie było małe, a dzwonek donośny. Nie zastała Catherine w domu.

Uświadomiła sobie, że nie ma w tym niczego dziwnego. Kuzynka mieszkała z rodzicami w hrabstwie Kent i tego apartamentu używała sporadycznie. Londyńskie życie towarzyskie zamarło, to oczywiste, więc Catherine nie miała powodu tu być. Tego Margaret nie przewidziała.

Nie była zdruzgotana, ale rozczarowana. Chciała usiąść z Catherine, pić kakao i dzielić się z nią szczegółami na temat swojej wielkiej przygody. To jednak musiało poczekać. Zastanowiła się, co teraz. Miała w Londynie kilkoro krewnych, ale gdyby do nich poszła, zadzwoniliby po ojca. Catherine chętnie zostałaby współkonspiratorką, lecz innym krewnym Margaret nie mogła ufać.

Potem przypomniała sobie, że ciotka Martha nie ma telefonu.

Tak naprawdę to była jej cioteczna babka, gderliwa stara panna około siedemdziesiątki. Mieszkała niecałe dwa kilometry dalej. Oczywiście, teraz mocno spała i będzie wściekła, że ją budzą, ale trudno. Ważne było to, że w żaden sposób nie zdoła zawiadomić ojca o poczynaniach Margaret.

Zeszła po schodach i wyszła na ulicę — i znalazła się w kompletnych ciemnościach.

Ten mrok był przerażający. Stała przed bramą i rozglądała się, patrząc szeroko otwartymi oczami, ale nic nie widziała. To było przedziwne uczucie, jak zawrót głowy.

Zamknęła oczy i przywołała z pamięci obraz ulicy. Za plecami miała Ovington House, w którym mieszkała Catherine. Zwykle w kilku oknach paliły się światła i jasno świeciła lampa nad drzwiami wejściowymi. Na rogu po lewej stronie znajdował się kościółek Wrena, którego portyk zawsze był podświetlony. Wzdłuż krawężnika stały latarnie i każda z nich rzucała mały krąg światła na chodnik, ulica zaś powinna być oświetlona reflektorami autobusów, taksówek i prywatnych samochodów.

Otworzyła oczy i nadal nic nie widziała.

To było denerwujące. Przez chwilę wydawało jej się, że otacza ją pustka: ulica znikła, a ona spada w otchłań. Nagle poczuła mdłości, jakby miała chorobę morską. Potem wzięła się w garść i przywołała w pamięci drogę do domu ciotki Marthy.

Pójdę na wschód, pomyślała, skręcę w drugą ulicę na lewo i dom ciotki Marthy będzie przed następną przecznicą. Powinnam tam łatwo trafić, nawet po ciemku.

Marzyła o odrobinie światła: o przejeżdżającej taksówce, księżycu w pełni lub błysku latarki policjanta. Po chwili jej marzenie się spełniło: pojawił się wolno jadący samochód z przysłoniętymi reflektorami, wyglądającymi w gęstym mroku jak kocie ślepia, i nagle zobaczyła krawężnik aż do rogu ulicy.

Zaczęła iść.

Samochód pojechał dalej i jego czerwone tylne światła znikły w ciemnościach. Margaret sądziła, że od rogu ulicy dzielą ją jeszcze trzy lub cztery kroki, gdy o mało nie upadła, schodząc z krawężnika. Przeszła przez ulicę i odnalazła chodnik, tym razem się nie potykając. To dodało jej otuchy i ruszyła dalej z większą pewnością siebie.

Nagle coś boleśnie uderzyło ją w twarz.

Krzyknęła z bólu i przestrachu. Wpadła w panikę i przez moment miała ochotę odwrócić się i uciec. Z trudem się opanowała. Dotknęła ręką policzka i pomasowała obolałe miejsce. Co to było, do licha? Co stało na środku chodnika i uderzyło ją w twarz? Wyciągnęła ręce i niemal natychmiast coś namacała. Z przestrachem cofnęła dłonie, a potem znów je wyciągnęła, zaciskając zęby. Dotknęła czegoś zimnego, twardego i okrągłego, jakby wielkiej patery z ciastkami unoszącej się w powietrzu. Badając dalej, odkryła owalną kolumnę z prostokątnym otworem i sterczącą kopułą. Kiedy zrozumiała, co to takiego, roześmiała się pomimo bolącego policzka. Została zaatakowana przez skrzynkę pocztową.

Po omacku ominęła ją, a potem poszła dalej z rękami wyciągniętymi przed siebie.

Po chwili potknęła się na kolejnym krawężniku. Odzyskawszy równowagę, poczuła ulgę: dotarła na ulicę, przy której mieszka ciotka Martha. Skręciła w lewo.

Uświadomiła sobie, że starsza pani może nie usłyszeć dzwonka do drzwi. Mieszkała sama, więc nikt inny ich nie otworzy. Gdyby tak się stało, Margaret musiałaby wrócić do apartamentowca Catherine i spać na korytarzu. Mogłaby znieść spanie na podłodze, lecz przerażała ją myśl o kolejnym spacerze w ciemnościach. Może po prostu skuli się na progu domu ciotki Marthy i zaczeka do świtu.

Domek znajdował się na odległym końcu długiego szeregu budynków. Margaret szła powoli. Miasto było pogrążone w ciemnościach, ale nie ciche. Od czasu do czasu słyszała przejeżdżające w oddali samochody. Psy szczekały, gdy mijała drzwi domów, a dwa koty miauczały przeraźliwie, nie zwracając na nią uwagi. W pewnej chwili usłyszała ciche dźwięki muzyki na jakimś późnym przyjęciu. Trochę dalej dotarły do niej stłumione odgłosy małżeńskiej sprzeczki za szczelnie zasłoniętymi oknami. Marzyła, żeby znaleźć się w oświetlonym pomieszczeniu, przy kominku i czajniczku z herbatą.

Do następnej przecznicy było dalej, niż pamiętała. Jednak nie mogła się pomylić: skręciła w lewo na drugim skrzyżowaniu. Pomimo to rosło w niej podejrzenie, że zabłądziła. Straciła poczucie czasu: czy szła tą ulicą pięć minut, dwadzieścia, dwie godziny, czy całą noc? Nagle nie była już nawet pewna tego, czy w pobliżu są jakieś domy. Mogła być w środku Hyde Parku, w ciemnościach przeszedłszy przez jego bramę. Miała wrażenie, że wszędzie wokół niej w mroku czają się jakieś stwory, obserwują ją kocimi ślepiami i czekają, aż się potknie i przewróci, żeby wtedy ją schwytać. W gardle wzbierał jej krzyk, ale zdołała go zdusić.

Kazała sobie myśleć rozsądnie. Gdzie mogła zmylić drogę? Wiedziała, że przeszła przez ulicę, gdy potknęła się na krawężniku. Teraz jednak przypomniała sobie, że oprócz głównej ulicy były tam także mniejsze uliczki i zaułki. Mogła skręcić w jeden z nich. I do tej pory może przeszła już kilometr lub więcej w niewłaściwym kierunku.

Usiłowała przywołać to upajające uczucie podniecenia i triumfu, jakie odczuwała w pociągu, ale znikło i teraz była tylko samotna i przestraszona.

Postanowiła zatrzymać się i stanąć zupełnie nieruchomo. Wtedy nic jej się nie stanie.

Przez długą chwilę stała bez ruchu i po jakimś czasie nie potrafiła już powiedzieć, jak długo. Teraz bała się poruszyć: paraliżował ją strach. Pomyślała, że będzie tak stać aż do rana, chyba że wcześniej zemdleje ze zmęczenia.

Wtedy pojawił się samochód.

Jego światła pozycyjne rzucały słaby blask, lecz w porównaniu z dotychczasowymi nieprzeniknionymi ciemnościami wydawał się jasny jak światło dnia. Zorientowała się, że stoi na środku ulicy, i umknęła na chodnik przed nadjeżdżającym autem. Znajdowała się na placu, który wyglądał dziwnie znajomo. Samochód przejechał i skręcił za róg, a ona pośpieszyła za nim w nadziei, że zobaczy jakiś charakterystyczny znak, który powie jej, gdzie jest. Dotarłszy na róg, ujrzała samochód na drugim końcu krótkiej i wąskiej uliczki z różnymi sklepikami. Jeden należał do modystki, u której zaopatrywała się matka. Uświadomiła sobie, że znajduje się zaledwie kilka metrów od Marble Arch.

O mało nie rozpłakała się z ulgi.

Na następnym rogu zaczekała, aż kolejny samochód oświetli jej drogę, a potem skręciła w Mayfair.

Po kilku minutach stanęła przed hotelem Claridge. Budynek był zaciemniony, zdołała jednak odnaleźć drzwi i zaczęła się zastanawiać, czy wejść.

Nie sądziła, by wystarczyło jej pieniędzy na wynajęcie pokoju, ale pamiętała, że ludzie płacą rachunek, dopiero opuszczając hotel. Mogłaby wynająć pokój na dwie noce, wyjść rano, jakby miała wrócić później, wstąpić do ATS, a potem zadzwonić do hotelu i powiedzieć im, żeby wysłali rachunek adwokatowi ojca.

Nabrała tchu i pchnęła drzwi.

Jak większość budynków użyteczności publicznej otwartych w nocy, w hotelu zamontowano podwójne drzwi, tworzące coś w rodzaju śluzy, tak by światło holu nie było widoczne na zewnątrz, kiedy ludzie wchodzą i wychodzą. Margaret zamknęła za sobą zewnętrzne drzwi, a potem przeszła przez drugie w jasne światło hotelowego foyer. Poczuła przemożną ulgę. Oto normalność: koszmar się skończył.

Młody nocny recepcjonista drzemał za kontuarem. Margaret odchrząknęła, a wtedy błyskawicznie obudził się, zdziwiony i zmieszany.

— Potrzebny mi pokój — powiedziała Margaret.

— O tej porze? — zdumiał się mężczyzna.

— Zaskoczyło mnie zaciemnienie — wyjaśniła Margaret. — Teraz nie mogę wrócić do domu.

Recepcjonista zaczął odzyskiwać kontenans.

— Bez bagażu?

— Bez — przyznała z poczuciem winy, ale zaraz dodała: — Oczywiście, że bez, nie wiedziałam, że tu utknę.

Popatrzył na nią dziwnie. No przecież mi nie odmówi, pomyślała Margaret. Recepcjonista przełknął ślinę, potarł twarz i udał, że sprawdza rejestr gości. Co jest z tym człowiekiem? — zapytała się w duchu. Mężczyzna podjął decyzję i zamknął książkę.

— Mamy komplet — oświadczył.

— Och, niech pan da spokój, na pewno coś się znajdzie…

— Pokłóciłaś się ze swoim starym, prawda? — zapytał i mrugnął do niej.

Margaret nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

— Nie mogę wrócić do domu — powtórzyła, gdyż najwyraźniej nie zrozumiał za pierwszym razem.

— Nic na to nie poradzę — rzekł. I odzyskawszy rezon, dodał: — Miej pretensje do Hitlera.

Był dość młody.

— Gdzie jest pański przełożony? — spytała.

Zrobił urażoną minę.

— Kieruję zmianą aż do szóstej.

Margaret rozejrzała się po holu.

— Dobrze, w takim razie usiądę sobie tutaj — rzekła ze znużeniem.

— Nie możesz! — zawołał przestraszony recepcjonista. — Samotna młoda dziewczyna, bez bagażu, spędzająca noc w holu? To by mnie kosztowało posadę.

— Nie jestem pierwszą lepszą młodą dziewczyną — rzuciła gniewnie. — Jestem lady Margaret Oxenford.

Nie lubiła wykorzystywać swojego tytułu, ale była zdesperowana.

Jednak to też nic nie dało. Recepcjonista obrzucił ją nieprzyjaznym, bezczelnym spojrzeniem.

— Ach tak?

Margaret już miała na niego nawrzeszczeć, gdy zauważyła swoje odbicie w szklanych drzwiach i zdała sobie sprawę z tego, że ma podbite oko, brudne ręce i rozdartą suknię. Przypomniała sobie, że wpadła na skrzynkę pocztową i siedziała w pociągu na podłodze. Nic dziwnego, że recepcjonista nie chce jej dać pokoju.

— Przecież nie może mnie pan wyrzucić w te ciemności! — powiedziała z rozpaczą.

— Nic innego nie mogę zrobić! — odparł.

Margaret zastanawiała się, jak by zareagował, gdyby po prostu usiadła i oświadczyła, że nie zamierza ruszać się z miejsca. Niewiele brakowało, by tak właśnie się zachowała: ogarnęło ją potworne zmęczenie i czuła się osłabiona nieustannym napięciem. Jednak tyle przeszła, że nie miała już sił na sprzeczkę. Późna pora również nie sprzyjała utarczkom, a w dodatku byli tu sami: nie wiadomo, co ten człowiek mógłby zrobić, gdyby dała mu powód, żeby jej dotknął.

Ze znużeniem odwróciła się do niego plecami i wyszła, gorzko rozczarowana, w noc.

Oddalając się od hotelu, żałowała, że nie potrafiła być bardziej stanowcza. Dlaczego jej zamiary zawsze były bardziej zdecydowane od działań? Teraz, kiedy ustąpiła, poczuła taką złość, że mogłaby stawić czoło recepcjoniście. Niemal była gotowa zawrócić. Szła jednak dalej: to wydawało się łatwiejsze.

Nie miała dokąd pójść. Nie zdołałaby wrócić do kamienicy Catherine, nie udało jej się znaleźć domu ciotki Marthy, nie mogła zaufać innym krewnym, a była zbyt brudna, żeby wynająć pokój w hotelu.

Będzie musiała po prostu pokręcić się po okolicy, aż zrobi się jasno. Na szczęście nie padał deszcz, a noc była tylko trochę chłodna. Jeśli będzie się ruszać, to nawet nie poczuje zimna. Widoczność też się poprawiła: na West Endzie panował ożywiony ruch i co parę minut ulicą przejeżdżał jakiś samochód. Słyszała muzykę i gwar dochodzący z nocnych klubów i raz po raz dostrzegała ludzi ze swojej sfery, gdy odwożeni przez szoferów wracali do domów z późnych przyjęć: kobiety w pięknych sukniach, mężczyźni we frakach. Na jednej z ulic ze zdziwieniem zobaczyła trzy samotne kobiety: jedna stała w bramie, druga opierała się o latarnię, a trzecia siedziała w samochodzie. Wszystkie paliły papierosy i najwyraźniej na kogoś czekały. Zastanawiała się, czy to te, które matka nazywała „upadłymi kobietami”.

Poczuła zmęczenie. Na nogach miała lekkie buciki, w których chodziła po domu. Pod wpływem nagłego impulsu usiadła na progu jakiegoś domu, zdjęła je i rozmasowała obolałe stopy.

Podniósłszy głowę, uświadomiła sobie, że dostrzega niewyraźne zarysy budynków po drugiej stronie ulicy. Czyżby w końcu zaczęło świtać? Może znajdzie jakiś wcześnie otwierany bar dla robotników. Mogłaby zamówić śniadanie i zaczekać, aż otworzą biuro werbunkowe. Przez ostatnie dwa dni prawie nic nie jadła i na myśl o jajkach na bekonie leciała jej ślinka.

Nagle tuż przed nią pojawiła się blada twarz. Margaret wydała cichy okrzyk przestrachu. Twarz przybliżyła się i Margaret zobaczyła młodego mężczyznę w wieczorowym stroju.

— Cześć, piękna — powiedział.

Pośpiesznie wstała. Nienawidziła pijaków — zachowywali się tak niegodnie.

— Proszę odejść — nakazała nieznajomemu. Siliła się na stanowczy ton, ale głos jej drżał.

Chwiejnie przysunął się bliżej.

— No to daj buziaka.

— Na pewno nie! — odparła, wstrząśnięta. Cofnęła się o krok, potknęła i upuściła buciki. Nie wiedzieć czemu utrata butów sprawiła, że Margaret poczuła się bezbronna. Odwróciła się i pochyliła, żeby je podnieść. Zachichotał radośnie i z przerażeniem poczuła jego dłoń między udami, macającą ją niezdarnie i boleśnie. Natychmiast wyprostowała się, nie znalazłszy butów, i odskoczyła. Odwróciła się twarzą do niego i krzyknęła: — Zostaw mnie!

Znów się roześmiał.

— Dobrze — powiedział. — Rób tak dalej. Lubię odrobinę oporu.

Z zadziwiającą zręcznością złapał ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Poczuła na twarzy jego przesycony alkoholem oddech i nagle mężczyzna pocałował ją w usta.

To było obrzydliwe i zrobiło jej się niedobrze, ale jego uścisk był tak silny, że ledwie mogła oddychać, nie mówiąc o protestowaniu. Szamotała się bezsilnie, kiedy znów na nią naparł. Potem przesunął jedną rękę, by złapać Margaret za pierś. Ścisnął brutalnie, aż jęknęła z bólu. Ponieważ jednak puścił jej ramię, zdołała się obrócić i zaczęła krzyczeć.

Okrzyk był głośny i przeciągły.

Dopiero po chwili usłyszała jego zaniepokojony głos.

— No dobrze, dobrze, przestań. Nie chciałem ci zrobić nic złego.

Była jednak zbyt przestraszona, żeby mógł ją uspokoić, i dalej wrzeszczała. Z ciemności wyłoniły się twarze: jakiegoś przechodnia w roboczym ubraniu, upadłej kobiety z papierosem i torebką oraz czyjaś głowa w oknie domu za nimi. Pijak znikł w mroku nocy, a Margaret przestała krzyczeć i zaczęła płakać. Potem usłyszała tupot nóg, zobaczyła wąski strumień światła latarki i hełm policjanta.

Policjant oświetlił jej twarz.

— Ona nie jest jedną z nas, Steve — mruknęła kobieta.

— Jak się nazywasz, dziewczyno? — zapytał policjant o imieniu Steve.

— Margaret Oxenford.

— Frajer wziął ją za dziwkę, oto, co się stało — podsumował mężczyzna w roboczym ubraniu i odszedł.

— Czyżby lady Margaret Oxenford?

Margaret żałośnie pociągnęła nosem i kiwnęła głową.

— Mówiłam ci, że nie jest jedną z nas — powiedziała kobieta.

Po tych słowach zaciągnęła się papierosem, rzuciła niedopałek, zdusiła go bucikiem i znikła w mroku.

— Pójdziesz ze mną, panienko. — Policjant podał jej ramię. — Teraz wszystko już będzie dobrze.

Margaret otarła twarz rękawem i ruszyli chodnikiem, kierując się światłem latarki policjanta.

Po chwili zadrżała.

— Ten okropny człowiek… — jęknęła.

Policjant był rzeczowy i wcale jej nie współczuł.

— Trudno go winić — rzekł wesoło. — To najgorsza ulica w Londynie. Można zakładać, że samotna dziewczyna tutaj i o tej porze jest królową nocy.

Margaret przypuszczała, że policjant ma rację, chociaż wydawało się to dość niesprawiedliwe.

W półmroku poranka pojawiła się znajoma niebieska lampa posterunku policji.

— Filiżanka dobrej herbaty i poczuje się panienka lepiej.

Weszli do środka. Był tam kontuar, a za nim dwaj policjanci: jeden w średnim wieku i krępy, a drugi młody i chudy. Pod ścianami po obu stronach korytarza stały drewniane ławki. Na jednej z nich siedziała blada kobieta w chustce na głowie i kapciach, najwyraźniej czekająca na coś ze znużoną cierpliwością.

Wybawca Margaret wskazał jej ławkę naprzeciwko.

— Proszę usiąść tu na chwilę.

Margaret zrobiła, co kazał. Policjant podszedł do biurka i powiedział do starszego z mężczyzn:

— Sierżancie, to jest lady Margaret Oxenford. Natknęła się na pijaka na Bolting Lane.

— Pewnie myślał, że jest z branży.

Margaret zaskoczyła różnorodność eufemizmów, jakimi określano prostytucję. Widocznie ludzie bali się nazywać rzecz po imieniu i używali zawoalowanych aluzji. Ona sama bardzo niejasno znała ten problem i w istocie nawet nie wierzyła, że coś takiego naprawdę istnieje — aż do dzisiejszej nocy. Jednak zamiary młodzieńca w wieczorowym stroju były najzupełniej jasne.

Sierżant z zainteresowaniem spojrzał na Margaret, a potem powiedział cicho coś, czego nie dosłyszała. Steve skinął głową i znikł w głębi budynku.

Margaret uświadomiła sobie, że jej buty zostały na progu tamtego domu. Teraz miała dziury w pończochach. Zaczęła się niepokoić: w takim stanie nie będzie mogła się pojawić w biurze werbunkowym. Kiedy zrobi się widno, powinna wrócić tam i odszukać buciki. Tyle że mogło już ich tam nie być. Ponadto były jej bardzo potrzebne kąpiel i czysta suknia. To byłoby okropne, gdyby po tym wszystkim odprawiono ją z kwitkiem z biura ATS. Tylko dokąd mogłaby pójść, żeby doprowadzić się do porządku? Rano nawet dom ciotki Marthy nie byłby bezpieczny, ponieważ ojciec mógłby jej tam szukać. Chyba cały mój plan, pomyślała z niepokojem, nie zawali się przez parę butów?

Policjant wrócił z herbatą w ciężkim kamionkowym kubku. Była słaba i zbyt słodka, ale Margaret popijała ją z wdzięcznością. Przywracała jej odwagę. Przezwycięży te problemy. Wyjdzie stąd, gdy tylko wypije herbatę. Pójdzie do jakiejś ubogiej dzielnicy i znajdzie sklep z tanią odzieżą. Wciąż jeszcze miała kilka szylingów. Kupi suknię, parę sandałków i czystą bieliznę. Uda się do łaźni miejskiej, żeby się umyć i przebrać. Potem będzie gotowa zaciągnąć się do wojska.

Kiedy obmyślała ten plan, zza drzwi dobiegły podniesione głosy i do komisariatu wpadła grupka młodych ludzi. Byli dobrze ubrani, w wieczorowych strojach, smokingach lub garniturach. Po chwili Margaret zauważyła, że przywlekli jakiegoś opierającego się młodzieńca. Jeden z nich zaczął coś wykrzykiwać do sierżanta.

Ten przerwał mu.

— W porządku, w porządku, ciszej! — powiedział rozkazującym tonem. — Nie jesteście na boisku, to posterunek policji. — Zgiełk nieco przycichł, ale niewystarczająco dla sierżanta. — Jeśli nie będziecie się zachowywali jak należy, wpakuję was wszystkich do celi! — krzyknął. — A teraz zamknijcie się, do cholery!

Umilkli i wypuścili szamoczącego się więźnia, który stanął z ponurą miną. Sierżant wskazał na jednego z przybyłych, ciemnowłosego młodzieńca mniej więcej w wieku Margaret.

— A teraz powiedz mi, o co to całe zamieszanie.

Młodzieniec spiorunował wzrokiem więźnia.

— Ten nicpoń zaprosił moją siostrę do restauracji, a potem wymknął się, nie zapłaciwszy! — rzekł z oburzeniem.

Mówił z akcentem wyższych sfer i Margaret uświadomiła sobie, że jego twarz wygląda znajomo. Miała nadzieję, że jej nie rozpozna: byłoby zbyt upokarzające, gdyby ludzie się dowiedzieli, że uciekła z domu i musiał ją ratować policjant.

— Nazywa się Harry Marks i powinien siedzieć w więzieniu — włączył się chłopak w garniturze w prążki.

Margaret z zainteresowaniem spojrzała na Harry’ego Marksa. Był uderzająco przystojnym mężczyzną w wieku dwudziestu dwóch lub dwudziestu trzech lat, o blond włosach i regularnych rysach twarzy. Chociaż jego dwurzędowa marynarka była pomięta, nosił ją ze swobodnym wdziękiem. Pogardliwie rozejrzał się wokół.

— Ci ludzie są pijani — oświadczył.

— Może jesteśmy pijani — wypalił młodzian w garniturze w prążki — ale to drań i złodziej. Spójrzcie, co znaleźliśmy w jego kieszeni. — Rzucił coś na kontuar. — To spinki do koszuli skradzione kilka godzin wcześniej sir Simonowi Monkfordowi.

— No dobrze — rzekł sierżant. — Zatem oskarżacie go o wyłudzenie korzyści materialnych, czyli niezapłacenie rachunku w restauracji, oraz o kradzież. Jeszcze coś?

Chłopak w prążkowanym garniturze roześmiał się pogardliwie.

— To wam nie wystarczy? — powiedział.

Sierżant wycelował w niego ołówek.

— Pamiętaj, gdzie jesteś, synu. Może w domu brakuje ci tylko ptasiego mleka, ale to jest posterunek policji i jeśli nie będziesz uważał na to, co mówisz, spędzisz resztę nocy w cholernej celi.

Młokos zrobił głupią minę i zamilkł.

Sierżant znów skupił uwagę na pierwszym rozmówcy.

— Czy teraz możesz nam podać wszystkie szczegóły dotyczące obu tych zarzutów? Potrzebna mi nazwa i adres restauracji, nazwisko i adres twojej siostry oraz nazwisko i adres osoby będącej właścicielem tych spinek.

— Tak, mogę je panu podać. Restauracja…

— Dobrze. Zostaniesz tutaj. — Wskazał na oskarżonego. — Ty siadaj. — Machnął ręką na tłum młodych ludzi. — Reszta może iść do domu.