Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Muzeum Maryranki Wojennej w Gdyni
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 276
Rok wydania: 1994
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Edward Obertyński
NOC KOMANDORÓW
Pamięci tych, którym odebrano życie
Wydano dzięki pomocy finansowej:
księdza prałata Henryka Jankowskiego
Urzędu Miasta Gdyni
Funduszu Floty Ojczystej Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni
Dowództwa Marynarki Wojennej
Edward Obertyński
NOC KOMANDORÓW
Gdynia 1994
Seria Księga Floty Ojczystej, tom 4
Redaktor tomu
Adam Karpiński
Redaktor techniczny
Wanda Karpińska
Okładkę i stronę tytułową projektował
Jarosław Czarnecki
© Copyright by P.W. FENIKS, Gdynia 1994
ISBN 85-85834-11—
Wydawnictwo „FENIKS ul. Śląska 35/37 81-310 Gdynia tel. 21-10-28
Skład i łamanie systemem TeX
Mirosław i Tomasz Tyborscy
RESAM-test, Gdynia, tel. 22-30-36
Mimo upływu wielu lat, które zatarły pamięć o tragicznych powojennych losach wielu Polaków, czuję się moralnie zobowiązany do zabrania głosu i opowiedzenia o represjach, jakie w latach 1946-1956 spotkały oficerów i marynarzy naszego „odrodzonego” Wojska Polskiego, a szczególnie Marynarki Wojennej.
Ludzi tych znałem z lat przedwojennych, gdy pracowałem w Gdyni w Polskiej Agencji Morskiej i bywałem w Klubie Jachtowym. Z niektórymi z nich zetknąłem się, kiedy losy wojenne skierowały mnie do I Morskiego Pułku Strzelców stacjonującego w Wejherowie, a po 19-dniowej walce znalazłem się wraz z marynarzami oddziałów lądowych w obozie jeńców wojennych. Po wojnie spotkałem się z nimi początkowo we Włochach pod Warszawą, gdzie kmdr Adam Mohuczy formował, a kmdr Włodzimierz Steyer, kmdr Stefan de Walden i kilku innych rozpoczynało organizację pierwszego dowództwa Marynarki Wojennej. Niektórych z nich spotykałem po latach w Gdyni, gdy zostałem przydzielony do dowództwa.
Byłem w kręgu podejrzeń, kiedy w 1945 r., w ramach Polskiej Misji Wojskowej w Anglii, razem z płk. Józefem Kuropieską i mjr. Maksymilianem Chojeckim w Londynie staraliśmy się o powrót wojska do Kraju. Będąc sekretarzem Komisji Wojskowej znalazłem się wraz z płk. Stefanem Mossorem na Konferencji Pokojowej w Paryżu, a następnie na II sesji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. W drodze powrotnej, która wiodła przez Londyn, płk S. Mossor i płk J. Kuropieska odbyli spotkanie z gen. Stanisławem Tatarem i kilkoma innymi osobistościami rządu polskiego na obczyźnie. Jeśli dodam do tego, że w czasie pobytu w Polsce gen. D. Eisenhowera byłem przydzielony do gen. Mariana Spychalskiego jako tłumacz i oficer asystencyjny, śmiało można powiedzieć, że znajdowałem się w centrum spraw, które „władza ludowa” uznała za podstawę do haniebnych oskarżeń.
Byłem korespondentem frontowym gazety „Zwyciężymy”. Była to gazeta I Armii, z którą przeszedłem szlak bojowy od Wału Pomorskiego przez Kołobrzeg, Gdynię, Gdańsk aż do ostatnich walk w Berlinie i nad Łabą.
Do kraju powróciłem w 1947 r. Ze zdziwieniem zwróciłem uwagę na istniejący w wojsku polskim nieprzyjazny stosunek do przedwojennych wojskowych. To sprawiło, że postanowiłem się zdemobilizować i powrócić do mego przedwojennego zawodu tj. maklera okrętowego, w Gdyni. Udałem się zatem do Warszawy, do gen. M. Spychalskiego prosząc o zwolnienie z wojska. Generał namawiał mnie jednak, abym pozostał. Powiedział wtedy: — Tacy ludzie jak wy, znający języki obce, są w dyplomacji potrzebni.
— Ale ja jestem przedwojennym oficerem — oświadczyłem.
Generał M. Spychalski zastanowił się chwilę. — Macie rację, może i lepiej abyście już teraz odeszli.
Myślę, że były to dla mnie prorocze słowa. Może gdybym został w wojsku, stałbym się jednym z tych, których katowano, aby wydobyć zeznania dotyczące nieistniejących spraw... Może nie oglądałbym już światła dziennego — bo przecież byłem w środku tych spraw, które potem uznano za spisek.
Represje nie ominęły mnie jednak całkowicie, bo przypomniano sobie o mnie, mimo, że przez kilka lat pracowałem już na uboczu. W 1950 roku zostałem „porwany” z ulicy i osadzony w piwnicy budynku przy ulicy Świętojańskiej 9 w Gdyni. Po sposobie przesłuchań zorientowałem się, że jestem w rękach Informacji Wojskowej.
Rozmowy początkowo były raczej „przyjacielskie”, namawiano mnie do przyznania się, potem jednak, gdy odmawiałem zeznań, zaczęły się ordynarne wyzwiska i krzyki. Tak upłynęło kilka dni. Potem przeszli na „normalne” sposoby wymuszania — stójka, wielogodzinne siedzenie w bezruchu z rękami na kolanach, oślepiające światło w oczy. Mimo to moja odpowiedź była stale ta sama:
— Byłem oficerem i wykonywałem swoje obowiązki.
To doprowadzało ich do pasji, śledztwo więc trwało nadal, przy czym oni zmieniali się, a ja byłem przesłuchiwany od 5.00 rano do 24.00.
Nie orientowałem się wówczas, że wiążą mnie ze sprawą Procesu Centralnego M. Spychalskiego, S. Tatara i innych. Potem dowiedziałem się, że przesłuchiwany płk. J. Kuropieska powołał się na świadectwo naszej wspólnej pracy w Anglii.
Do dziś nie wiem, komu czy czemu zawdzięczam uwolnienie, bo nic nie zeznałem i stale powtarzałem swoje: „byłem żołnierzem, wykonywałem swoje obowiązki”. Śledztwo w procesie centralnym zostało zakończone. Nie byłem już potrzebny jako świadek.
Początkowo obawiałem się dochodzić przyczyn tego nieoczekiwanego obrotu sprawy, nie chciałem też pytać kolegów o ich przeżycia, bo wszyscy żyliśmy wówczas w niepewności. Czas mijał, ale sumienie nie dawało mi spokoju. Coraz silniejsze było poczucie obowiązku moralnego w stosunku do tych, którzy nie przeżyli.
Zapoznanie się z kilkoma artykułami w prasie krajowej (Franciszek Walicki) i zagranicznej („Nasze sygnały” wydane w Londynie) uświadomiło mi ogrom tragedii ludzi, którym po wojnie wytoczono procesy w sprawach, które nie istniały, a „dowody” w perfidny sposób wymyślono, dochodzenie zaś oparto na torturach.
Jak to było możliwe, że ci szlachetni, pełni zapału ludzie, którzy swoją wiedzę oddali w służbie Ojczyźnie, którzy za udział w walkach 1939 roku zostali nagrodzeni Krzyżami Virtuti Militari, którzy kilka lat spędzili w obozach jenieckich, a po wojnie chcieli ofiarować nabyte doświadczenia Ojczyźnie, że ci ludzie zostali uznani za wrogów narodu?
Przez wiele lat nie dopuszczano do jakiejkolwiek rewizji tej sprawy, nazwiska tragicznych bohaterów chciano wymazać z pamięci naszego społeczeństwa. Czułem jednak, że spoczywa na mnie szczególny obowiązek ujawnienia prawdy. Kiedy zacząłem zbierać materiały i prowadzić rozmowy z ludźmi, dwa razy wzywano mnie na rozmowę na ul. Okopową w Gdańsku. W sposób na pozór grzeczny ale stanowczy odradzano mi prowadzenia poszukiwań, a w słowach tych była ukryta groźba. Zaniechałem moich dociekań do czasu przejścia na emeryturę, kiedy to stwierdziłem, że niczym już mi nie mogą zagrozić.
Wśród licznych materiałów, jakie zebrałem przygotowując wydanie niniejszej książki, sporo miejsca zajmują relacje i zapiski dostarczone mi przez rodziny lub znajomych ofiar stalinizmu. Pomimo, że nie każdy z tych materiałów jest wystarczająco udokumentowany, stanowią one jednak ważny przyczynek do badań historycznych. Trzymane do tej pory w tajemnicy, zasługują na publikowanie przede wszystkim dlatego, żeby wypełnić luki w naszej wiedzy o życiu Polski po II wojnie światowej, a także po to, aby na zawsze utrwalić w świadomości społeczeństwa nazwiska tragicznych bohaterów walki o wolność, jaka stała się naszym udziałem.
O tym, jak mocno zakorzenił się w nas lęk przed ewentualnymi represjami, świadczy fakt, że wielu z moich informatorów nadal nie życzy sobie ujawniania nazwisk. Część materiałów dotarła też do mnie w formie anonimowej korespondencji, a wszystko to skłania do przypuszczeń, że większość podobnych relacji pozostaje nadal nie ujawniona. Nie czujemy się widocznie w pełni wolni, skoro nadal obawiamy się stanąć w roli świadków minionych zdarzeń, bo przecież nie do rzadkości należą niewyjaśnione „znikania” ludzi, którzy stawali się niewygodnymi świadkami. Szanuję więc racje wszystkich, którzy prosili mnie o dyskrecję i tylko w tych sprawach, w których takich zastrzeżeń nie uczyniono podaję nazwiska autorów informacji.
Prowadzone przeze mnie badania przyjęły inny obrót, kiedy dowódcą Marynarki Wojennej został, wówczas jeszcze komandor, Piotr Kołodziejczyk, któremu przedstawiłem całą sprawę i uzyskałem jego pełne poparcie. Kilka moich artykułów w prasie Wybrzeża oraz audycje w Telewizji Gdańskiej i Warszawskiej (Peryskop) otworzyło serca i pamięć ludzi. Udostępniono mi archiwa sądowe, zbiory Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie oraz Repetytoria Sądowe Marynarki Wojennej.
W moich pracach nad ujawnieniem prawdy o procesach z lat 1946-1956 ważne było wyszukanie nazwisk represjonowanych i skazanych wówczas wyższych oficerów MW. Zdaję sobie sprawę z tego, że — jak to ma miejsce we wszystkich pracach badawczych — mój wkład w wyświetlenie obrazu tragicznych powojennych losów wielu oficerów marynarki polskiej będzie przyczynkiem do bardziej wnikliwych, naukowych opracowań.
Na temat zbrodni okresu stalinowskiego w Marynarce Wojennej pisało wielu. W codziennej prasie i magazynach ukazywały się szczegółowe opracowania: Franciszka Walickiego, Czesława Ciesielskiego, Jerzego Poksińskiego, płk. Tadeusza Pióro i innych. Wszyscy oni jednak zajmowali się jedynie sprawą tzw. „procesu siedmiu komandorów”. Mając — jak już wspomniałem — swobodny dostęp do licznych akt i dokumentów, zorientowałem się, że prześladowania w tamtych latach miały w Polskiej Marynarce Wojennej znacznie szerszy zasięg, a dotyczyły oficerów Marynarki zarówno za przynależność do Armii Krajowej, jak i do pokrewnych organizacji — Wolność i Niepodległość czy Semper Fidelis Victoria. Nierzadko wytaczano sprawy o szkodnictwo gospodarcze czy dyscyplinarne wykroczenia. Odkrywałem to w tych aktach, w których sentencja wyroku brzmiała „kara śmierci” lub „długoletnie więzienie”. Konieczne jest wydobycie ich dziś na światło dzienne, aby tym zapomnianym oficerom powojennego „ludowego ładu” dać zadośćuczynienie i przywrócić cześć.
Powołanie do życia przez Józefa Piłsudskiego w dniu 28 listopada 1918 roku Polskiej Marynarki Wojennej wyprzedziło o dwa lata objęcie przez armię gen. Józefa Hallera polskiego Wybrzeża. Dekret Naczelnika Państwa, który w początkowym okresie miał jedynie znaczenie polityczne, wyznaczył jednocześnie jej pierwsze Dowództwo. Sekcję Marynarki Wojennej umieszczono w organizacji Ministerstwa Spraw Wojskowych, a jej szefem mianowano płk. mar. Bogumiła Nowotnego.
Nowo utworzona Marynarka Wojenna miała wprawdzie tzw. zaplecze ludzkie składające się z Polaków uprzednio pełniących służbę we flotach zaborczych, wśród nich nawet 9 admirałów i generałów, natomiast brakowało jej okrętów. Trudna sytuacja polityczna kraju, wojna z bolszewicką Rosją, panujący chaos gospodarczy — wszystko to utrudniało wprowadzenie w życie opracowanych wcześniej przez wiceadmirała Kazimierza Porębskiego i związanej z nim grupy oficerów programów rozbudowy floty, choćby w celu dorównania częściowo stanowi floty niemieckiej. Wiceadmirał Kazimierz Porębski, twórca polskiej myśli morskiej, jeszcze w okresie trwania wojny skupił wokół siebie grono ludzi zapalonych myślą o przyszłej sile polskiej na morzu. Plan adm. Porębskiego opracowany znacznie wcześniej (1920 r.) podejmując założenie wielkopolskiej nowej floty okazał się nierealny, wręcz utopijny, bo nie odpowiadał przede wszystkim stanowi finansowemu państwa. Brakowało ponadto technicznego zaplecza i szerokiego dostępu do morza. Polska dysponowała tylko 150 kilometrowym pasem wybrzeża. Posiadanie floty (jak zakładał plan), a w niej pancerników i krążowników, przy braku własnych portów i baz było pozbawione głębszej myśli operacyjnej. Plan ten uznano za nierealny i nie uzyskał aprobaty Ministerstwa Spraw Wojskowych.
Początkowo głównym celem organizowania polskiej Marynarki Wojennej było skupienie w niej przybywających do kraju oficerów, podoficerów i marynarzy z byłych państw zaborczych. W tym celu utworzono w Warszawie Sekcję Marynarki Wojennej. W połowie 1919 roku rozpoczęło się formowanie Batalionu Morskiego, który po przeformowaniu w lipcu 1920 r. w Pułk Morski, odznaczył się bohaterstwem w walkach na froncie bolszewickim (wśród wyróżnionych był jeden z dowódców — kpt. Adam Mohuczy). W 1919 roku przystąpiono także do tworzenia Flotylli Pińskiej, biorącej również udział w zmaganiach na froncie wschodnim. Uchwałą Rady Ministrów z 2 maja 1919 roku Sekcję Marynarki Wojennej przekształcono w Departament dla Spraw Morskich przy Ministerstwie Spraw Wojskowych. Odzyskanie przez Polskę w 1920 roku wybrzeża dało podstawy do utworzenia własnej floty morskiej. Zakupiono w Finlandii pierwsze okręty. Utworzenie Polskiej Marynarki Wojennej i rozbudowa floty wymagały przygotowania odpowiednich kadr, ujednolicenia norm i metod szkolenia. W pracy tej szczególną rolę odegrał wiceadmirał K. Porębski, który podjął szerokie działania w celu zorganizowania polskiego zaplecza morskiego; m.in. był założycielem Szkoły Morskiej w Tczewie oraz floty wojennej. To on był projektodawcą budowy w Gdyni Tymczasowego Portu Wojennego oraz Schroniska dla Rybaków, zgodnie z planami opracowanymi przez inż. Tadeusza Wendę. Pod kierownictwem K. Porębskiego powstał cały system szkolnictwa Marynarki Wojennej.
Po pierwszych Tymczasowych Kursach Instruktorskich dla Oficerów Marynarki Wojennej w Toruniu, zorganizowanych w 1921 roku, kierowanych przez kmdr. ppor. Adama Mohuczego, już w 1922 r. powołano do życia Oficerską Szkołę Marynarki Wojennej (OSWM), przemianowaną w 1928 roku na Szkołę Podchorążych Marynarki Wojennej (SPMW).
Podstawy organizacyjne, zarówno administracji floty jak i szkolnictwa, zostały zaczerpnięte z doświadczeń oficerów byłych armii zaborczych. Przede wszystkim z zaboru rosyjskiego, gdzie polscy oficerowie kończyli wysoko notowane uczelnie, nierzadko byli potem dowódcami okrętów liniowych. Wprawdzie ze względu na wiek i stan zdrowia oficerowie ci dość szybko musieli przejść do rezerwy, pozostawili jednak w polskiej Marynarce swoje doświadczenie, i przez długie lata pozostawali z nią w kontakcie jako doradcy.
W organizacji Marynarki Wojennej w Polsce korzystano także z doświadczeń flot alianckich.
Pierwsze próby nawiązania współpracy podjęto w 1919 roku z marynarką angielską, mającą najstarszą tradycję morską. Admiralicja angielska w odpowiedzi na nasze oficjalne wystąpienie przysłała jedynie czteroosobową misję. W tej sytuacji, wykorzystując istniejący sojusz polsko-francuski, z 1921 roku szkolono polskich oficerów we francuskich szkołach morskich. Do zacieśnienia wzajemnych stosunków przyczyniła się także Francuska Misja Morska, która działała u nas w latach 1921-1932. Wielu oficerów Marynarki Wojennej studiowało zarówno na wyższych uczelniach francuskich, jak i na specjalistycznych kursach. Ogółem w uczelniach francuskich szkoliło się około 90 polskich oficerów.
Drugim czynnikiem, który wpłynął na unowocześnienie Polskiej Marynarki Wojennej i zastosowanie wzorów z flot zagranicznych, było złożenie zamówienia na budowę nowych okrętów w stoczniach francuskich, brytyjskich i holenderskich. Wysłano również dość liczne, polskie delegacje do nadzoru budowy i dla zapoznania się z nowymi systemami budownictwa. W rezultacie tych wszystkich działań nasza Marynarka Wojenna w porównaniu do innych polskich rodzajów wojsk wyróżniała się nowoczesnością sprzętu, dobrą organizacją i dyscypliną. Najlepszym sprawdzianem wyszkolenia indywidualnego kadry oraz ogólnej organizacji była bojowa działalność naszych okrętów w II wojnie światowej, zarówno na wodach przybrzeżnych, jak i po przejściu do portów brytyjskich. Flota nasza nie odbiegała poziomem wyszkolenia od floty brytyjskiej i szybko przystosowała się do wspólnych działań pod dowództwem brytyjskim. Jedyną trudnością była nieznajomość języka angielskiego, wobec czego na każdej jednostce musiał być brytyjski oficer łącznikowy i radiotelegrafista. Okres współpracy polskiej floty z brytyjską, pozwolił na zapoznanie się z najnowszymi technicznymi osiągnięciami, z systemem dowodzenia, zaś udział w akcjach bojowych czy konwojach dał pełne podstawy do uznania wysokiego wyszkolenia polskiego marynarza. Z dumą możemy powiedzieć, że polska flota reprezentowała na Wyspach Brytyjskich wysoki poziom, równy innym flotom alianckim. Dowodem tego może być wypowiedź historyka angielskiego Basila Tundstalla, który stwierdził, że „ze wszystkich flot Zjednoczonych Narodów żadna nie walczyła lepiej w warunkach najwyższych trudności niż Polska Marynarka Wojenna”.
Niestety powojenne układy polityczne w Polsce spowodowały, że nie dało się wykorzystać w pełni tego kapitału doświadczenia — większość załóg marynarskich nie wróciła do Polski. Odzyskane dla kraju okręty trzeba było obsadzić załogami tworzonymi z przedwojennych marynarzy, którzy powrócili z obozów jenieckich. Czasem meldowali się sami do dalszej służby, nierzadko byli odnajdywani i mobilizowani przez rejonowe Wojskowe Komendy Uzupełnień.
Po utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej oczekiwano, że wraz z uznaniem go przez rządy alianckie (5 lipca 1945) powrócą do Polski nasze okręty i ich załogi. Planowano, że po ich powrocie z Zachodu zorganizuje się jednolity centralny organ dowodzenia Marynarki Wojennej. Sytuacja polityczna spowodowała, że stało się inaczej. 7 lipca 1945 roku utworzono w kraju nowe Dowództwo Marynarki Wojennej. W tworzeniu Marynarki Wojennej w kraju wykorzystano 50 osobową grupę oficerów, którzy przebywali w czasie wojny w oflagach. Należeli do nich m.in. komandorzy Jerzy Kłossowski, Włodzimierz Steyer, Adam Mohuczy i Stefan de Vaiden. Opierając się na polsko-radzieckim układzie o przyjaźni, pomocy i współpracy, zwrócono się do Związku Radzieckiego o pomoc kadrową. Pomoc miała obejmować okres formowania się podstawowych struktur organizacyjnych w Marynarce Wojennej. Jej realizacja spowodowała wprowadzenie do wyższych kadr dowodzenia oficerów radzieckich.
Według danych statystycznych z 2 sierpnia 1945 roku liczba oficerów Marynarki Wojennej — łącznie z tymi, którzy powrócili z obozów niemieckich — wynosiła 167, w tym było 10 oficerów radzieckich. Oficerów powracających z Zachodu było niewielu. Należało zatem odnaleźć w kraju byłych oficerów o specjalności morskiej, z których wielu po wyjściu z obozów i odszukaniu rodziny znalazło zatrudnienie w administracji portów morskich i innych urzędach państwowych.
Zasady kompletowania kadry oficerskiej został określone przez wytyczne Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego z lipca 1946 roku. We wstępnej fazie organizacji Marynarki Wojennej ważną sprawą było otrzymanie zgody rządu radzieckiego na wykorzystanie na kierowniczych stanowiskach w Marynarce Wojennej oficerów radzieckich przybyłych do Polski (w czerwcu 1945 roku) w ramach Radzieckiej Misji Morskiej. Ponadto, licząc się z niedoborem kadrowym, nie zamykano możliwości dostania się do wojska przedwojennym oficerom o tzw. „demokratycznych poglądach”, w tym również oficerom, którzy walczyli w konspiracji.
W wyniku takiej polityki kadrowej już w latach 1945-1946 zgłosiło się do pracy w odradzającej się Marynarce Wojennej wielu specjalistów morskich wywodzących się z przedwojennej floty.
Początkowo kierowniczą rolę w polskiej Marynarce Wojennej sprawowali „zaproszeni” wyżsi dowódcy radzieccy (Abramów, Szylingowski). W grudniu 1945 roku Naczelny Dowódca WP zwolnił ze stanowisk oficerów radzieckich i wyznaczył na ich miejsce oficerów polskich. Aby jednak, jak określono, „polscy dowódcy mogli nadal korzystać z wiedzy i doświadczenia oficerów radzieckich”, pozostawiono trzech oficerów z Radzieckiej Misji Morskiej. Szefem Sztabu Głównego Marynarki Wojennej został wówczas oficer polski kmdr dypl. Adam Mohuczy (od stycznia 1946 kontradmirał), stanowisko jego zastępcy do spraw polityczno-wychowawczych objął kmdr Józef Urbanowicz, przedwojenny marynarz Floty Bałtyckiej w ZSRR, w czasie działań wojennych zastępca dowódcy 4 Dywizji Wojska Polskiego. Nowy dowódca Marynarki kontradmirał A. Mohuczy rozpoczął poszukiwania przedwojennych oficerów Marynarki. Liczono na to, że samo jego nazwisko stanie się magnesem i skłoni do powrotu wielu ludzi z kadry morskiej. W wykazach przedstawionych marszałkowi M. Żymierskiemu kontradmirał Mohuczy wymienił nazwiska 40 oficerów, których jego zdaniem należało jak najprędzej powołać do objęcia stanowisk we Flocie.
W 1946 roku Związek Radziecki przyznał polskiej Marynarce 23 jednostki morskie z byłej floty niemieckiej w ramach częściowych reparacji wojennych. W związku z tym znacznie wzrosło zapotrzebowanie na oficerów, zwłaszcza specjalistów technicznych. Według stanu na dzień 30 grudnia 1946 roku ogólna liczba oficerów Marynarki Wojennej wynosiła 650, w tym zaledwie 78 oficerów posiadało specjalności morskie.
Niezmiernie pilna sprawa uzupełnienia braków kadrowych znalazła odbicie w rozkazach marszałka M. Żymierskiego. Na podstawie raportów o trudnościach, jakie istniały w przyjmowaniu specjalistów spośród oficerów i podoficerów powracających z Wielkiej Brytanii i obozów jenieckich, pismem z 12 kwietnia 1947 roku polecił on płk. Rutkowskiemu wydać zarządzenie Wydziałowi Informacji, aby uprościli czynności weryfikacyjne. W rozkazie tym było m.in. sformułowanie1:
1) „nasze kadry fachowe są zbyt szczupłe i zachodzi konieczność jak najrychlejszego ich uzupełnienia,
2) a jeżeli ci oficerowie będą w czynnej służbie, będziemy mogli lepiej ich obserwować i w każdej chwili zwolnić”.
To ostatnie zastrzeżenie, zrobione na usilne nalegania Wydziału Informacji, nie zapobiegało jednak knowaniom przeciwko oficerom przedwojennym, których uznano za niebezpiecznych i utrudniających opanowanie kadry floty przez ludzi „oddanych” ówczesnemu systemowi.
Jedną z pierwszych ofiar tej czystki był kontradmirał Adam Mohuczy. Po jego dymisji dowódcą został kontradmirał Włodzimierz Steyer, który w meldunku z 29 stycznia 1949 r. przekazał ministrowi Obrony Narodowej informację, że na 1059 etatów oficerskich przyznanych w planach, obsadzone są jedynie 833 stanowiska. W tej liczbie na 313 etatów morskich było zaledwie 127 specjalistów z morskim przygotowaniem ogólnym i 40 oficerów o specjalności technicznej.
W raporcie z 2 listopada 1949 r. opracowanym dla szefa Sztabu Generalnego, szef wydziału org. mob. Marynarki Wojennej kmdr Jerzy Staniewicz pisał: „stan ilościowy oficerów posiadających morskie wykształcenie jest krytyczny”.
Jak obliczał, do przewidzianego stanu etatów brakowało 71% (187) oficerów, natomiast oficerów o specjalności technicznej — morskiej aż 80%.
W styczniu 1950 roku odbyło się w Gdyni ćwiczenie dowódczo-sztabowe. Marszałek M. Żymierski niezadowolony z jego wyniku, zwrócił uwagę na niski poziom, wtedy dowódca floty kmdr Stanisław Mieszkowski wyjaśnił:
„.. jest nas za mało, ciągle demobilizują nam najlepszych oficerów”.
Jako przykład podał zwolnienie do rezerwy kmdr. por. Roberta Kasperskiego, por. mar. Edmunda Pappelbauma i wielu innych.
W tym czasie rzeczywiście zwolniono z Marynarki Wojennej początkowo 50, a następnie 25 przedwojennych oficerów jako nie spełniających warunków służby.
Interwencja kmdr. S. Mieszkowskiego przyniosła chwilową poprawę, gdyż wymienieni przez niego oficerowie powrócili do Marynarki. Wydział Informacji nie tak łatwo jednak składał broń. Już 6 lipca 1950 został odwołany ze stanowiska dowódcy i przeniesiony w stan spoczynku kontradmirał Włodzimierz Steyer.
Po akcji uprowadzenia OH Żuraw, w konsekwencji wzmożonej czujności, w latach 1951-1953 usunięto z Marynarki Wojennej i zawodowej służby wojskowej ponad 250 ludzi. W tym 128 przedwojennych oficerów i podoficerów zawodowych, mianowanych do stopni oficerskich oraz 30 oficerów, którzy w czasie wojny byli związani z ruchem oporu.
Od 29 sierpnia 1951 r. na polecenie Ministra Obrony Narodowej rozpoczęła prace w Marynarce specjalna komisja personalna MON. Jej zadaniem było przeprowadzenie analizy stanu osobowego i przedstawienie wniosków dotyczących usuwania z Marynarki Wojennej lub przeniesienia „poza stan” oficerów i marynarzy, których wartość polityczna i moralna budziła istotne zastrzeżnia. Prace przeprowadzone były w ścisłej tajemnicy. Na podstawie wniosków Komisji rozpoczęto zwolnienia i przenoszenie do rezerwy lub „poza stan” członków kadry:
w listopadzie 1951 r. — 23 oficerów, w tym 8 bez praw emerytalnych,
w grudniu 1951 r. — 30 oficerów, w tym 18 bez praw emerytalnych,
w kwietniu 1952 r. — 60 oficerów do rezerwy lub „poza stan”.
W roku 1954 na skutek tej akcji zwolniono ostatnich ośmiu oficerów. Część zwolnionych przedwojennych oficerów zmuszona była nawet do opuszczenia Wybrzeża.
W efekcie działań komisji MON, w latach 1951-1953, dla zaprowadzenia, jak to nazwano, „porządku i dyscypliny” w Marynarce Wojennej nastąpiły zmiany na stanowiskach kierowniczych. I tak, na stanowisko zastępcy dowódcy do spraw politycznych przybył z ZSRR kmdr Samuel Malko, na szefa Sztabu Głównego mianowano płk. Jana Wiśniewskiego, na stanowisko zastępcy dowódcy do spraw liniowych przybył, również z ZSRR, kmdr Aleksander Winogradów.
W ten sposób przestał istnieć prawie całkowicie problem przedwojennych oficerów w Marynarce Wojennej, z których uchowali się tylko nieliczni. Usunięto, niestety, doskonałych specjalistów, wyszkolonych przez wojnę i we wspólnych działaniach z aliantami. Wielu skazano na śmierć lub długoletnie więzienia za czyny niepopełnione, wymyślone przez pełen nienawiści do przedwojennej inteligencji system komunistyczny.
Kiedy w 1928 roku Stalin ponownie został wybrany sekretarzem, rozpoczęła się era stalinizmu. Była to era walki przeciwko zmyślonym — nieistniejącym w rzeczywistości — wrogom klasy robotniczej. Walka ta była zasłoną ukrywającą stalinowskie obawy przed utratą władzy i dążenie do panowania nad światem. Obawy te wytworzyły myślowo uniwersalny kształt tego, co nazywano wrogiem ludu. Pojęcie to służyło nie tylko do likwidacji konkurentów — swoich przeciwników, ale równocześnie do wytworzenia w społeczeństwie świadomości dążeń wodza i wytworzenie poczucia wdzięczności za jego troskę o naród. Przy pomocy specjalnie rozbudowanego aparatu terroru w myśl wskazań „wodza” wyniszczono lub wyeliminowano w Związku Radzieckim 34 miliony obywateli. Wymyślano do tego różne powody, jak na przykład sprzeciw wobec kolektywizacji wsi, burżuazyjny nacjonalizm, prawicowe odchylenia a nawet... bez powodu. W okresie owego wielkiego terroru w latach 1937-1938 terenowe jednostki NKWD likwidowały tych tak zwanych wrogów ludu, według z góry narzuconych harmonogramów ilościowych, a nawet gdy mimo płatnego donosicielstwa brakowało powodów do wypełnienia narzuconego ilościowego wskaźnika — brano kogo popadło. W tym czasie terror i represje objęły już znaczną część radzieckiego górnego aktywu partyjnego oraz kadry wojskowej. Objęły one prawie 85 tysięcy ofiar, w tym prawie 2/3 dowódczej kadry wojskowej, co tak tragicznie odbiło się w latach kolejnej wojny z Niemcami. Teren walki z wrogami przeniósł się po 1937 roku poza Związek Radziecki. Stalin usiłował przekształcić Międzynarodówkę Komunistyczną w narzędzie władzy osobistej i swych celów. Rozpoczęły się aresztowania cudzoziemskich komunistów, a tym samym polskich komunistów, jacy znajdowali się na terenie Związku Radzieckiego. W połowie 1937 roku represje objęły niemal wszystkich wybitnych działaczy KPP. Zostali oni oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Polski.
Gdy rozpętała się II wojna światowa, stalinowskie represje objęły i inne tereny, zwłaszcza te, które znalazły się pod radziecką okupacją. Setki tysięcy Polaków wraz z rodzinami zostało deportowanych lub wyniszczonych. Podobny los spotkał ćwierć miliona polskich oficerów zakatowanych w obozach Katynia, Ostaszkowa czy w Miednoje.
W momencie zakończenia wojny Stalin ufny w siłę swej armii i zdobycze terytorialne rozszerzył zasięg swych wpływów na „wyzwolone” państwa Europy. Bezwzględnie realizowana była teoria walki z „ukrytym wrogiem”. W ramach „oczyszczenia przedpola” dla komunistycznego reżimu — zginęło w Polsce z rąk NKWD tysiące politycznych działaczy podziemia, przeciwko którym skierowany został pierwszy atak. W marcu 1945 roku podstępnie zwabiono do willi pod Warszawą 16 członków dowództwa Armii Krajowej i wywieziono do Moskwy, gdzie zorganizowano parodię sądu. Trzech głównych dowódców: Okulicki, Jankowski i Jasiukowicz nie powrócili do kraju. Polska została odizolowana od Europy i od reszty świata.
W Polsce zaufanym Stalina i wykonawcą jego dyrektyw był Bierut. Gomułka, pomimo że uczestniczył przy akcie formowania i wprowadzania sił radzieckiego totalitaryzmu w Polsce, był jedynie czasowo tolerowany. Jednak gdy przyszedł czas na uniformizację obrazu demokracji ludowej pod pełnym przywództwem Stalina, Bierut oskarżył Gomułkę o nacjonalistyczne odstępstwo spychające Polskę z drogi ZSRR. W ten sposób w 1948 roku zwyciężyły w Polsce stalinowskie, uniwersalne prawidłowości budowy socjalizmu, w których dominowała teza o coraz bardziej zaostrzającej się walce klasowej w miarę budowy socjalizmu.
Odpowiedzialność polityczną i moralną za naruszanie tego, co nazywa się teraz praworządnością ponosiło ścisłe kierownictwo partyjno-rządowe, a w szczególności komisja Biura Politycznego do Spraw Bezpieczeństwa, która działała pod kierownictwem Bieruta. Członkami Komisji byli Berman i Radkiewicz, a współpracowali Minc i Jóźwiak. Z inicjatywy Bieruta powstało Biuro Śledcze, z którego wyłonił się słynny X Departament służący w praktyce do pilnowania wierności góry partyjnej. Bieruta interesował bardziej teren spraw wojskowych, pod którą to nazwą kryły się organa radzieckiego kontrwywiadu, mające swoje oddziały we wszystkich okręgach wojskowych z głównym zarządem w Warszawie. W tym systemie, nazwanym dzisiaj totalitarnym lub stalinowskim, siła państwa nie zależała od społecznego poparcia lecz od aparatu zdolnego utrzymać społeczeństwo w posłuszeństwie.
Stąd też, po zakończeniu wojny, wysunięto na kierownicze stanowiska w polskich organach ucisku wyższych oficerów radzieckich, bądź to obywateli ZSRR, bądź — co podkreślano — naturalizowanych Polaków pochodzących z rodzin polskich osiadłych na terenie Rosji. Rząd polski, kierowany przez Bolesława Bieruta, posłuszny rozkazom Kremla, ułatwił to zadanie. Jeszcze w okresie działań wojennych zwrócono się przecież do władz ZSRR o przydzielenie do tworzącej się Armii Polskiej specjalistów i dowódców radzieckich. Część z nich po zakończeniu walk pozostała w Wojsku Polskim. Mianowanie marszałkiem Polski Konstantego Rokossowskiego było kolejnym krokiem w realizacji radzieckich zamierzeń. Podobnie jak i powołanie na znaczące stanowiska byłych dowódców radzieckich (Popławskiego, Strażewskiego, Świerczewskiego, Urbanowicza i wielu innych). Chodziło o to, aby organizację w armii polskiej a także organa informacji, prokuratury i sądownictwa oprzeć na wojskowej doktrynie radzieckiej.
W latach 1944-1945 częściowo kadra organów represji w wojsku, Marynarce i sądownictwie składała się z oficerów radzieckich, przy czym na teren Polski przysłano głównie Żydów, Ukraińców i Łotyszów. Oficerowie ci, wychowani w systemie stalinowskim, ferowali rozkazy i wyroki według własnej woli, starając się dorównać w swym postępowaniu wzorom radzieckim. Nie trudno zatem zrozumieć, jak istotny miało to wpływ na tworzenie się systemu represji w Wojsku Polskim i na politykę przyjętą przez gremia kierownicze partii. Taka sytuacja trwała do 1954 roku. Wydawać by się mogło, że położy się wreszcie kres początkowemu bezprawiu, jakie panowało po wkroczeniu Armii Radzieckiej na tereny polskie. Niestety „nowy ład” znamionowały hekatomby istnień ludzkich. Jednostka stała się niczym, jedynym panem życia i śmierci stał się ten, kto miał władzę nadaną lub uzurpowaną.
Od momentu zakończenia wojny i ustanowienia nowej administracji aż po Kongres Zjednoczeniowy, który zmajoryzował PPS a wysunął na czoło PPR, atmosfera polityczna i społeczna stawała się coraz bardziej napięta.
Pracownicy aparatu bezpieczeństwa prześcigali się w „pracowitości”, licząc na awanse i uznanie. Wypaczeniu uległy pojęcia demokracji, wszędzie dopatrywano się wrogów politycznych zewnętrznych i wewnętrznych, „czujność” zamieniała się w „szczujność”2. Znalazło to również oddźwięk w działaniu partii, gdy na III Plenum doszło do rozgrywki politycznej między B. Bierutem a W. Gomułką, Z. Kliszką i M. Spychalskim. Ten ostatni, jako szef Wydziału Informacji Gwardii Ludowej, a potem Armii Ludowej, oskarżony był o to, że dopuścił do infiltracji szeregów wojskowych, a przede wszystkim Marynarki i Lotnictwa, przez ludzi z przedwojennych kadr wojskowych, których uważano za wrogów Polski Ludowej. W. Gomułkę oskarżono o to, że jako sekretarz Partii dopuścił do stępienia instynktu klasowego oraz ideologicznego. Z. Kliszce stawiano zarzuty o zaniedbanie w kierowaniu polityką personalną partii.
„Nigdy przedtem — (pisał A. Kochański) 3 analizując III Plenum — w warunkach sprawowania władzy w kraju przez partię, wpływy wynaturzenia myśli i praktyki w myśl dyrektyw stalinizmu nie ujawniły się tak silnie i wyraźnie. III Plenum stało się wykładnią stalinowskich deformacji, sygnałem do fali brutalnych naruszeń praworządności... wzorem dla Bieruta były dyrektywy Stalina sformułowane w 1935 i 1936 roku i ideologiczne ich podbudowanie na lutowo-marcowym Plenum KC WKP(b) w 1937 roku”.
Uchwałą III Plenum W. Gomułka, M. Spychalski i Z. Kliszko
zostali usunięci z KC, a następnie z partii. Poddano ich represjom i aresztowano. Uchwałę tę unieważniło dopiero VIII Plenum w lipcu 1956 roku, powołując Władysława Gomułkę na I Sekretarza, a Zenona Kliszkę i Mariana Spychalskiego na członków KC PZPR.
Bezsprzecznie, dyskusja na III Plenum i wypowiedź B. Bieruta o przewinieniach związanych z wprowadzeniem przedwojennych oficerów do wojska oraz jego oświadczenie, że organa bezpieczeństwa „wyłowiły” już znaczną liczbę „takich typów, którzy jeszcze tkwią pod zmienionymi nazwiskami”, świadczy o tym, że już wcześniej poczyniono kroki celem aresztowania lub odosobnienia niektórych podejrzanych o „współpracę z zagranicznymi ośrodkami informacji”. Winni czy niewinni — to już nie miało znaczenia, o „udowodnienie” winy musiały się postarać czynniki informacji i bezpieczeństwa. Teraz chodziło tylko o potwierdzenie tezy wypowiedzianej przez B. Bieruta i o jej udokumentowanie. To zadanie przypadło Głównemu Zarządowi Informacji oraz podległym mu czynnikom bezpieczeństwa i sprawiedliwości.
Uchwały III Plenum, a przede wszystkim tezy referatu B. Bieruta stały się sygnałem do rozpętania obłędnej akcji wychwytywania i oskarżania ludzi, którzy mogli być podejrzani o kontakty z obcymi wywiadami i o działania „na szkodę Państwa”. Pierwszym sygnałem tej akcji były procesy: „Bydgoski” i „Lubelski”, oraz wyroki, jakie zapadły. Sprawy tam rozpatrywane były tak ważne, iż zasługiwały na najwyższy wymiar kary, jakim był wyrok śmierci.
Polityczny nadzór nad przebiegiem tych procesów sprawowała wspomniana już Komisja Bezpieczeństwa Biura Politycznego.
Komisji podlegały dwa piony:
1) Pion Bezpieczeństwa, który zajmował się sprawami cywilnymi,
2) Główny Zarząd Informacji do spraw wojskowych.
Początkowo GZI podlegał pierwszemu wiceministrowi Obrony Narodowej, Marianowi Spychalskiemu. Od 1949 r. nadzór nad pracami GZI przejął nowo mianowany minister Obrony Narodowej marszałek Konstanty Rokossowski.
W okresie działalności GZI, w latach 1949-1953, nastąpiły aresztowania około 2200 osób, w tym ponad 400 wojskowych, przeważnie oficerów. Większość aresztowanych to całkowicie niewinni ludzie, na których podejrzenia rzucały często zwykłe donosy lub fałszywe opinie. Represje i fabrykowane procesy były kierowane głównie przeciwko członkom Armii Krajowej i innym organizacjom o pokrewnej działalności.
Pierwszym takim procesem był — oparty już na dekrecie z 15 sierpnia 1944 r. — proces tak zwanej „Grupy czternastu”, czyli uczestników akcji zrzutów, których po wykonaniu zadania włączono do walki w AK na terenie lubelszczyzny. Uznano ich za współwinnych zamachu na członków Rządu Lubelskiego. Na zebraniu grupy „Jemioła”, miano zaplanować, że w dniach 5 i 12 listopada 1944 r. przeprowadzą zamach. Odwołano go na skutek zdrady w grupie uczestników. Ten pierwszy, nader prymitywny proces, prowadzony był po rosyjsku przez prokuratora Czadajewa. Protokół pisano cyrylicą a potem tłumaczono, wybrano przypadkowych świadków, odmówiono sądzonym obrony, a ławników wyznaczono spośród członków oddziału wojskowego. Proces zakończył się wykonaniem na 14 sądzonych wyroku śmierci w dniu 12 kwietnia 1945 roku.
W 1947 r. przeprowadzono następny, już bardziej zorganizowany, choć oparty na całkowicie sfingowanych dowodach, proces w Dowództwie Pomorskiego Okręgu Wojskowego, znany pod nazwą „Sprawy Bydgoskiej”. Pod zarzutem zorganizowania spisku przeciwko władzy polskiej oraz akcji szpiegowskiej zostało aresztowanych 17 oficerów. Podejrzewano ich o to, że należą do organizacji pod nazwą „Rycerze Królowej Korony Polskiej”. Proces ten prowadzony był przez inspiratora całej akcji, ppłk. Mateusza Frydmana, a kierowany przez ppłk. Sergiusza Małkowskiego, oficera radzieckiego. O tym, jak brutalnie przesłuchiwano 17 polskich oficerów niech świadczy fakt, że kwatermistrz Dowództwa Pomorskiego Okręgu Wojskowego, płk Józef de Mekesz, na skutek przejść w śledztwie, zmarł w więzieniu w połowie 1948 roku.
W 1948 roku w Zamościu i Lublinie aresztowano 65 oficerów i podoficerów zawodowych z 3 Dywizji Piechoty wraz z zastępcą dowódcy Lubelskiego Okręgu Wojskowego do spraw polityczno-wychowawczych płk. Bolesławem Sidzińskim oraz kilkoma pracownikami cywilnymi Dowództwa Okręgu Wojskowego nr 7. W wyniku przemyślnie zorganizowanej prowokacji oskarżono ich o działalność wywrotową skierowaną przeciwko Państwu Polskiemu. W lipcu, na skutek pobicia w śledztwie, zmarł w więzieniu Głównego Zarządu Informacji w Warszawie ppłk Julian Załęski, przedwojenny oficer, a w chwili aresztowania szef sztabu 3 Dywizji Piechoty. Ten proces, znany jako sprawa „Lubelska”, był nacechowany wyjątkową brutalnością wobec oskarżonych i całkowitym lekceważeniem norm procesowych i praw oskarżonych.
W związku z „procesami Akowców” kraj ogarnęła fala prowokacji, fałszywych oskarżeń i aresztowań. Nie ominęło to również powojennego środowiska wojskowego. W myśl teorii „o walce klasowej” i „działaniach obcego wywiadu”, na co informacja i kontrwywiad były specjalnie uczulone, wyszukiwano ludzi, którzy mogli być niewygodni lub podejrzani.
Zbyt otwarte wyrażanie poglądów było szczególnie niebezpieczne, jeśli nie zgadzało się z obowiązującymi wówczas teoriami. Człowiek, który odważył się mieć własne poglądy, był już przez sam ten fakt podejrzany i inwigilowany. Brak uległości wobec indoktrynacji przekonań pochodzących ze wschodu — bez względu na to czy odpowiadały polskiemu sposobowi myślenia czy nie — był już podstawą do podejrzeń. Teorie stalinowskie podawano w formie nakazów, które stanowiły podstawy szkolenia w wojsku, stosowano przymus studiowania „Krótkiej Historii WKP(b)”, stanowiący podstawę do oceny nie tylko lojalności, ale i fachowej przydatności człowieka.
Krąg podejrzeń rozszerzał się coraz bardziej obejmując stopniowo nie tylko Akowców, ale i członków AL i GL, a nawet ludzi, którzy stali poza politycznym układem. Ta psychoza podejrzliwości znalazła wyraz na III Plenum PZPR w 1949 roku oraz w ogólnej ATMOSFERZE jaka ogarnęła cały blok krajów „demokracji ludowej”. We wrześniu 1949 roku odbył się na Węgrzech proces Laszlo Rajka, byłego członka Biura Politycznego Węgierskiej Partii Pracujących oraz ministra spraw zagranicznych i kilku jego bliższych współpracowników, oskarżonych o „titoizm” i współpracę z wywiadem amerykańskim. W procesie tym zapadło 5 wyroków śmierci. Równocześnie w Bułgarii odbył się proces Trajczo Kostowa, byłego członka Biura Politycznego KC Bułgarskiej Partii Komunistycznej oraz wicepremiera rządu bułgarskiego. T. Kostowa stracono w grudniu 1949 roku.
Stalinizm „zjadał swoje własne dzieci”.
W Polsce od 1947 roku w ramach akcji prowadzonych przez Ministerstwo Bezpieczeństwa i GZI rozpracowano wiele podejrzanych osób, ale oficjalne śledztwa rozpoczęto w momencie ogłoszenia otwartej walki z tzw. „odchyleniami prawicowo-nacjonalistycznymi”. Hasłem było przemówienie Bolesława Bieruta na III Plenum PZPR, który bezpośrednio zaatakował M. Spychalskiego, W. Gomułkę i Z. Kliszkę. Drugim sygnałem do rozpoczęcia akcji było aresztowanie, 13 marca 1949 roku, gen. Franciszka Hermana z Akademii Sztabu Generalnego Wojska Polskiego oraz 2 listopada 1949 roku — gen. Stanisława Tatara. Do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie powołano specjalny zespół w składzie: wiceminister bezpieczeństwa gen. bryg. Mieczysław Mietkowski, dyrektor III Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego płk Józef Czaplicki oraz naczelny prokurator wojskowy płk Antoni Skulbaszewski. Zespół oficerów do prowadzenia śledztwa stanowili członkowie Głównego Zarządu Informacji i Min. BP, nad którymi kierownictwo objął płk Władysław Kochan.
Obok różnych instytucji chroniących „nowy ład” w ówczesnej Polsce, istniało także Specjalne Biuro Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Biuro to stworzono w związku z rozwojem teorii o zaostrzeniu walki klasowej (w myśl haseł WKP(b)). Rozpoczęto tworzenie grupy specjalnej przewidzianej do czuwania nad ideologiczną jednością członków kierownictwa partii i rządu. Od 24 lutego 1949 roku zaczęła działać powołana przez Sekretariat KC Komisja Biura Politycznego KC do spraw Bezpieczeństwa, której zadaniem było czuwanie nad organami Bezpieczeństwa Publicznego i przyczynianie się do ochrony partii przed penetracją wrogich sił.
Projekt działalności tej instytucji, opracowany przez ministra BP gen. Stanisława Radkiewicza, został przedłożony B. Bierutowi. Jednym z naczelnych zadań wymienionych w tym projekcie było:
„.. ujawnianie i likwidowanie obcych agentur i ugrupowań antypartyjnych, które w warunkach zaostrzającej się walki klasowej powstają... względnie są nasyłane do partii przez wrogie ośrodki dywersyjne dla szpiegowania i dywersji...”.
W 1952 roku omawiane biuro przekształciło się w X Departament Bezpieczeństwa Publicznego, na którego czele stanął płk Anatol Fejgin a jego zastępcą został ppłk Józef Światło. Kierownictwo X Departamentu MBP ściśle współpracowało z Głównym Zarządem Informacji Ministerstwa Obrony Narodowej. Jak przewidywały ramy statutu, zadaniem GZI było staranie, aby żadna działalność szpiegowska czy kontrrewolucyjna nie pozostała nie wykryta. Dbałość zaś o należyte ukaranie przestępców (czym objęte było zarówno uporządkowanie materiału dla przewodu sądowego, jak i odpowiednie przeprowadzenie tego przewodu) należało do prokuratury i sądu. Formalnie prawo nadzoru rozciągało się także na oficerów śledczych zatrudnionych w Głównym Zarządzie Informacji, w praktyce jednak działalność GZI miała przewagę nad prokuraturą.
Tajemniczość, jaka otaczała cały przebieg śledztwa, stanowiła parawan dla bezkarności oficerów śledczych, którzy jedynie przedstawiali sądowi zebrane już „materiały” będące plonem wymuszenia zeznań, bez możności ingerencji sędziów i prokuratury w przewód śledztwa. Ponadto zarządzono udział oficera śledczego w przewodzie sądowym, aby w krytycznych momentach zastraszeniem lub własnym komentarzem zmieniał tok postępowania. Jak zresztą mogło być inaczej, skoro w uchwale Biura Politycznego KC z 1951 roku o pracy organów służby sprawiedliwości w wojsku był passus: „należy korzystać w znacznie szerszym stopniu z doświadczeń radzieckich, przejmować radzieckie metody i bolszewicki styl pracy. Dostosować doświadczenia odpowiednich etapów rozwojowych Związku Radzieckiego do naszych warunków... wzmóc czujność aparatu sądowo-prokuratorskiego w kierunku doskonalenia metod demaskowania i unieszkodliwiania wroga klasowego”4. Romkowski w rozmowie z prokuratorem Kalinowskim oświadczył: „Mamy takich świadków u siebie w więzieniu, którzy na każde zapotrzebowanie zeznają to, co chcemy” 5.
Nadzór GZI nad pracami prokuratury budził zrozumiały opór w sądownictwie. 16 listopada 1952 Naczelny Prokurator Wojskowy wydał zarządzenie (nr 026), w którym sugeruje metodyczny nadzór nad śledztwem. Ponadto w zarządzeniu tym była uwaga „należy pamiętać, że bezpośrednie dokonanie czynności śledczych winno odbywać się zawsze w obecności oficera śledczego”. Tak więc, podkreślając konieczność nadzoru nad czynnościami śledczymi oficerów śledczych, równocześnie poddano nadzór prokuratorski pod kontrolę oficera śledczego. Czyli więźniów znajdujących się w gestii GZI wolno było przesłuchiwać prokuratorowi jedynie w obecności oficera Informacji, co — znając metody zastraszania i przemocy fizycznej stosowane przez Informację — z góry ograniczało bezstronność wypowiedzi oskarżonego.
Główny Zarząd Informacji twierdził, że ustawowo podległy jest Głównemu Zarządowi Politycznemu Ministerstwa Obrony Narodowej, ale bezpośrednio rządowi i zleceniom Komitetu Centralnego Partii. Nadzór nad pracami GZI sprawował osobiście Bolesław Bierut, na co często powoływał się A. Skulbaszewski, informując oficerów śledczych, że ma bezpośrednie dyrektywy od B. Bieruta i że dostarcza mu informacje na bieżąco. Mówił też o „zielonym zeszycie”, w którym polecono mu zapisywać dyrektywy Bieruta.
Wśród kilkudziesięciu procesów, jakie dotyczyły kadry wojskowej, dwa były najszerzej komentowane: Proces „centralny” generałów i wysoko postawionych w hierarchii wojskowej oficerów oraz kilka procesów tak zwanych „odpryskowych”, powiązanych z procesem centralnym tymi samymi zarzutami, przy czym w śledztwie te same osoby raz występowały jako sądzone, innym razem jako świadkowie.
PROCES CENTRALNY6
