Noc gargulców - Graham Masterton - ebook

Noc gargulców ebook

Graham Masterton,

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kontynuacja Bazyliszka.

Po unicestwieniu bazyliszka Nathan Underhill wszedł w posiadanie Czarnej księgi. Dzieło średniowiecznego alchemika zawiera istotne informacje, które pozwalają słynnemu kryptozoologowi kontynuować prace nad ożywianiem mitycznych stworzeń. Tym razem obiektem badań jest feniks. Profesor zamierza pozyskiwać od niego komórki macierzyste do leczenia osób z ciężkimi poparzeniami. Tymczasem w Filadelfii w dziwnych okolicznościach zaczynają ginąć ludzie. Z tą mrożącą krew w żyłach tajemnicą musi się zmierzyć komisarz Jenna Pullet, która podejrzewa, że to właśnie profesor Underhill ma coś wspólnego z tajemniczymi zbrodniami...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 331

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

Tego autora nakła­dem Domu Wydaw­ni­czego REBIS uka­zały się m.in.

Bazy­li­szek

Czer­wony Hotel

Dni śmier­tel­nego stra­chu

Dom much

Dzieci zapo­mniane przez Boga

Dzie­dzic­two

Dżinn

Festi­wal stra­chu

Kost­nica

Noc gar­gul­ców

Nocna plaga

Panika

Rytuał

Susza

Tengu

Wirus

Wojow­nicy nocy

Wyklęty

Poniedziałek, godz. 17.27

Dotarł­szy do skrzy­żo­wa­nia z Vine Street Expres­sway, Bray­don Har­ris był już cał­kiem prze­ko­nany, że Bóg jest prze­ciwko niemu.

Nad Fila­del­fią bły­skało się i grzmiało niczym w dniu Sądu Osta­tecz­nego, a świa­tło reflek­to­rów z tru­dem prze­bi­jało się przez ścianę ulew­nego desz­czu, tak że Bray­don pra­wie nic nie widział.

Na tyl­nym sie­dze­niu jego sied­mio­let­niego Dodge’a spała Sukie, dokład­nie opa­tu­lona czer­wo­nym kocem w kratę. Tylko rączki miała na wierz­chu. W dło­niach ści­skała lalkę o twa­rzy okrą­głej jak księ­życ w pełni. Sukie była szczę­śliwa, że Bray­don porwał ją od rodzi­ców Melindy, ale tego wie­czoru można było odnieść wra­że­nie, że Stwórca trzyma stronę Melindy oraz Sądu Rodzin­nego stanu Mary­land i nie chce pozwo­lić Bray­donowi na łatwą ucieczkę.

Jechał na pół­noc Schuyl­kill Expres­sway. Gdy minął Fila­del­fij­ski Ogród Zoo­lo­giczny, pio­run ude­rzył dokład­nie naprze­ciwko samo­chodu. Potworny huk nie­mal ogłu­szył Bray­dona. Sukie obu­dziła się z krzy­kiem i upu­ściła lalkę na pod­łogę.

– Tatu­siu! Boję się! Co się dzieje? Bin­kie upa­dła! Upa­dła mi Bin­kie!

– Wszystko w porządku, kocha­nie! Wszystko dobrze. To był tylko pio­run! Pio­run nie może ci zro­bić krzywdy!

– Boję się, tatu­siu! Upu­ści­łam Bin­kie! Nie mogę jej zna­leźć!

Roz­legł się kolejny potężny grzmot i tym razem Sukie pisnęła gło­śno; taki dźwięk, nie­mal nie­sły­szalny dla ucha ludz­kiego, może się wydo­stać tylko z gar­dła skraj­nie prze­ra­żo­nej dziew­czynki. Tym­cza­sem deszcz zaczął jesz­cze moc­niej bęb­nić w dach, jakby sam Bóg bar­dzo się sta­rał, żeby spłasz­czyć auto.

– Nie mogę zna­leźć Bin­kie! Zgu­bi­łam ją! Nie mogę zna­leźć Bin­kie!

– Nie martw się, kocha­nie, to tylko burza, nic wię­cej. Naprawdę nie ma się czego bać.

– Ale to Bin­kie się boi!

Bray­don obró­cił się w fotelu i się­gnął prawą ręką za sie­bie, sta­ra­jąc się wyma­cać lalkę na pod­ło­dze. Począt­kowo nie mógł na nią natra­fić, ale gdy wygiął plecy w łuk i wychy­lił się jesz­cze moc­niej, wyczuł pod pal­cami krę­cone, nylo­nowe włosy lalki.

– Już dobrze – uspo­koił córkę. – Mam ją!

Zdo­łał moc­niej chwy­cić włosy Bin­kie i już miał ją pod­nieść, gdy przed­nią szybę samo­chodu zalało ośle­pia­jące białe świa­tło. Pomię­dzy poru­sza­ją­cymi się wycie­racz­kami zoba­czył wielką cię­ża­rówką, śli­zga­jącą się w poprzek szosy tuż przed nim i jedno jedyne słowo na plan­dece: DIA­MENT.

Nawet gdyby trzy­mał obie ręce na kie­row­nicy, nie zdo­łałby wypro­wa­dzić wozu z pasa wio­dą­cego pro­sto pod pojazd, któ­rego naczepa two­rzyła kąt pro­sty z kabiną kie­rowcy. A prze­cież prawą rękę miał wci­śniętą pomię­dzy dwa fotele i mógł obra­cać kie­row­nicą, posłu­gu­jąc się wyłącz­nie lewą ręką.

Niczego nie usły­szał. Nie usły­szał nawet wrza­sku Sukie. Auto obró­ciło się o sto osiem­dzie­siąt stopni i wje­chało pod naczepę cię­ża­rówki. Poduszka powietrzna wystrze­liła Bray­do­nowi w nos. Bok naczepy ude­rzył w tył jego sie­dze­nia, rzu­ca­jąc go w przód i bole­śnie przy­du­sza­jąc do kie­row­nicy.

Długą chwilę sie­dział oszo­ło­miony. Z nosa buchała mu krew. Jed­nak stop­niowo wra­cał mu słuch; po chwili usły­szał bęb­nie­nie desz­czu w przed­nią szybę i krzyki ludzi. Chciał się odwró­cić, zoba­czyć, czy córce nic się nie stało, jed­nak jego prawa ręka była zaklesz­czona pomię­dzy fote­lami.

– Sukie! – wychar­czał, kasz­ląc. – Sukie, nic ci nie jest, kocha­nie? Pro­szę, powiedz tatu­siowi, że nic ci się nie stało.

Nie usły­szał odpo­wie­dzi. Dotarły do niego tylko odgłosy ulewy, kolejny grzmot, krzyki ludzi i odle­gły sko­wyt syren.

– Sukie! Sły­szysz mnie? Pro­szę, powiedz tatu­siowi, że nic ci nie jest!

Przez ską­paną w desz­czu przed­nią szybę samo­chodu zoba­czył coraz bliż­sze świa­tła lata­rek i ciemne syl­wetki ludzi. Ktoś szarp­nął za drzwiczki po jego stro­nie, a potem zastu­kał w okno.

– Coś się panu stało? Niech pan czeka, zaraz pana wydo­sta­niemy.

– Moja córka – jęk­nął Bray­don.

– Trzy­maj się, czło­wieku! Zaraz wyrwiemy drzwi!

– Moja córka! – powtó­rzył sła­bym gło­sem. Klatkę pier­siową miał przy­ci­śniętą do kie­row­nicy i nie był w sta­nie nabrać do płuc wystar­cza­jąco dużo powie­trza, żeby krzy­czeć. – Na tyl­nym sie­dze­niu jest moja córka! Nie odpo­wiada na moje pyta­nia! Chyba coś jej się stało!

Zoba­czył przed samo­cho­dem jesz­cze wię­cej świa­teł, a potem usły­szał ude­rze­nie i zgrzyt. Ktoś pró­bo­wał otwo­rzyć drzwiczki, posłu­gu­jąc się klu­czem do kół.

– Sukie! – zawo­łał naj­gło­śniej, jak mógł. – Sukie, pro­szę, ode­zwij się, kocha­nie.

Kolejny zgrzyt i Bray­don poczuł, że auto koły­sze się na boki, gdy ludzie na zewnątrz pró­bo­wali otwo­rzyć drzwiczki. Obró­cił głowę tak mocno, jak tylko dał radę, jed­nak pojazd był tak mocno wci­śnięty pod naczepę cię­ża­rówki, że Bray­don zoba­czył jedy­nie winy­lową pod­su­fitkę. Bła­gał Boga, żeby Sukie w momen­cie ude­rze­nia leżała pła­sko na tyl­nym sie­dze­niu samo­chodu, tak jak przez całą drogę.

– Dobry Boże, tak bar­dzo żałuję, że ją dzi­siaj zabra­łem – zaczął mówić do sie­bie. – Powie­dzieli mi, że się nie nadaję na ojca, i popatrz, Boże, mieli rację. Dobry Boże, pro­szę, spraw, żeby żyła.

Usły­szał zawo­dze­nie syren. Wcią­gnął głę­boko powie­trze, chcąc krzyk­nąć, żeby się pośpie­szyli, i wtedy poczuł gry­zący odór ben­zyny, od któ­rego zaczęły mu łza­wić oczy. W cza­sie zde­rze­nia bak zapewne pękł, a prze­cież był nie­mal pełen.

– Szybko! – wychar­czał. – Szybko! Ben­zyna wycieka!

– Nie pani­kuj, kolego! – krzyk­nął jeden z ratu­ją­cych go ludzi. – Już pra­wie otwo­rzy­li­śmy te drzwi.

W tym samym momen­cie Bray­don usły­szał przy­tłu­miony wybuch z tyłu samo­chodu i zaraz potem kolejny. Towa­rzy­szył im odgłos pęka­ją­cej bla­chy.

– Szybko! – pró­bo­wał krzy­czeć. – Palimy się. Na miłość boską, szybko! My się prze­cież palimy!

Przez szcze­linę pomię­dzy fote­lami do przodu samo­chodu dostało się gorące powie­trze i Bray­don poczuł odór topią­cego się pla­stiku i swąd przy­pa­la­nej wełny. Kro­pla skwier­czą­cego pla­stiku spa­dła mu na wierzch dłoni, co spra­wiło, że jesz­cze gwał­tow­niej spró­bo­wał wydo­być zaklesz­czoną rękę, ale nie mógł. Poczuł, jakby coś pękło mu w nad­garstku, i po raz pierw­szy od momentu wypadku jego prawa ręka zaczęła tęt­nić bólem nie do znie­sie­nia.

– Palimy się! Wydo­stań­cie nas stąd! Pło­niemy!

Wnę­trze samo­chodu wypeł­niły gry­zące pło­mie­nie. Bray­don zaczął kasz­leć i zalał się łzami. Nie chciał umrzeć w taki spo­sób. Nie chciał, żeby razem z nim umarła Sukie. Miała zale­d­wie pięć lat. Miała przed sobą całe życie, a on ją zabił.

– Boże wszech­mo­gący, spa­limy się!

Poniedziałek, godz. 17.34

Drzwi po stro­nie kie­rowcy otwo­rzyły się i natych­miast ktoś je wyrwał z zawia­sów. Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna, ogo­lony na zero, wsu­nął do samo­chodu wyta­tu­owane ramię i uwol­nił Bray­dona od pasa bez­pie­czeń­stwa. Zła­pał go i spró­bo­wał wycią­gnąć z samo­chodu, jed­nak jego dłoń wciąż tkwiła w pułapce.

– Moja mała córeczka… ona jest na tyl­nym sie­dze­niu – beł­ko­tał Bray­don. – Pro­szę, niech pan ją stam­tąd wycią­gnie. Pro­szę!

– Dobrze, kolego, tylko się trzy­maj. Niech mi ktoś poda łom! Szybko! Niech mi ktoś poda ten cho­lerny łom!

– Woła­łem ją – wychry­piał Bray­don, kasz­ląc. – Woła­łem ją… ale nie odpo­wia­dała. Może jest nie­przy­tomna! Ona… ona ma tylko pięć lat. Pro­szę, niech ją pan stam­tąd wydo­sta­nie!

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wsu­nął łom pomię­dzy fotel kie­rowcy i deskę roz­dziel­czą.

– Kiedy powiem, żeby pan szarp­nął ręką, niech pan szarp­nie, jasne?

Bray­don tylko ski­nął głową. Męż­czy­zna odchrząk­nął i z całej siły naparł cia­łem na łom. Roz­legł się trzask pęka­ją­cego pla­stiku i nagle męż­czy­zna krzyk­nął:

– Wyszarp­nij rękę! Teraz!

Bray­don pocią­gnął ramię do przodu, mimo że potężny ból nie­omal dopro­wa­dził go do omdle­nia. Gdy tylko uwol­nił dłoń, męż­czy­zna wyniósł go z fotela, jakby był dziec­kiem, i nagle Bray­don zna­lazł się obok samo­chodu. Dwaj męż­czyźni zła­pali go za nogi, szybko prze­nie­śli na prze­ciw­le­głe pobo­cze i uło­żyli na czy­imś płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym. Wła­śnie nad­je­chał ambu­lans. Bray­don zoba­czył poprzez ścianę desz­czu jego czer­wone tylne świa­tła. Ratow­nicy w pośpie­chu otwo­rzyli tylne drzwi.

Znów zagrzmiało. Bray­don czuł, jak deszcz sie­cze go po twa­rzy, czuł uno­szący się w powie­trzu zapach ben­zyny.

– Moja córka! – wychar­czał i pró­bo­wał usiąść. – Tam jest moja córka! Muszę ją wydo­stać!

Przy­je­chał wóz straży pożar­nej. Jego kie­rowca bez prze­rwy naci­skał klak­son. Zaraz za nim zja­wił się samo­chód ratow­ni­czy, a jesz­cze po nim pojazd szefa służby prze­ciw­po­ża­ro­wej. Pło­mie­nie wypeł­zły spod cię­ża­rówki niczym macki ogni­sto­czer­wo­nej ośmior­nicy i ludzie zaczęli pona­glać jeden dru­giego, żeby się wyco­fy­wać.

– Musi­cie mnie tam puścić! – zawo­łał Bray­don.

Jed­nak dwoje ratow­ni­ków pomo­gło wybaw­com Bray­dona posta­wić go na nogi i prak­tycz­nie zacią­gnęli go do karetki. Pró­bo­wali poło­żyć go pła­sko na noszach, on jed­nak uparł się, żeby sie­dzieć. Koniecz­nie musiał widzieć, co się dzieje.

– Niech się pan uspo­koi – powie­działa sta­now­czo czar­no­skóra kobieta w uni­for­mie ratow­nika medycz­nego. – Stra­żacy zro­bią wszystko, co w ich mocy, żeby wycią­gnąć pań­ską córkę z samo­chodu.

Gwał­towny atak kaszlu spra­wił, że Bray­don nie był w sta­nie jej odpo­wie­dzieć. Spró­bo­wał zsu­nąć nogi z noszy, jed­nak kobieta wepchnęła mu je z powro­tem. Była krępa, przy­sa­dzi­sta i nie­spo­dzie­wa­nie silna.

– Bar­dzo pro­szę. Niech pan się nie rusza. Nie ma pan tam nic do roboty.

– Tam umiera moja córka! A może już nie żyje!

– Wiem, pro­szę pana. Wszystko w rękach stra­ża­ków. My możemy się tylko modlić.

Stra­żacy spry­ski­wali wrak pianką gaśni­czą, jej chmury tań­czyły nad auto­stradą i uno­siły się w powie­trze. Poma­rań­czowe pło­mie­nie przez długi czas upar­cie wynu­rzały się spod cię­ża­rówki, lecz w końcu zni­kły. Sze­ściu lub sied­miu stra­ża­ków pode­szło do na wpół wypa­lo­nej sko­rupy wozu i Bray­don usły­szał, jak żądają pod­no­śnika hydrau­licz­nego i nożyc do cię­cia bla­chy.

– Puść­cie mnie, sły­szy­cie? – powie­dział Bray­don bła­gal­nie. – Tam jest moja Sukie! Moja mała dziew­czynka!

– Bar­dzo pana pro­szę – nie ustę­po­wała ratow­niczka.

W tym samym momen­cie przy ambu­lan­sie poja­wili się dwaj funk­cjo­na­riu­sze fila­del­fij­skiej dro­gówki. Ubrani byli w cha­rak­te­ry­styczne czapki, wgnie­cione na środku, dłu­gie skó­rzane kurtki i buty do połowy łydek. Jeden z nich był wysoki i chudy i miał płowe włosy, a drugi niż­szy, za to potęż­nie zbu­do­wany i z wąsami jak u morsa.

– Musi pan tutaj zostać. Tam nie może pan już pomóc.

– Boże – załkał Bray­don i przy­ci­snął lewą dłoń do ust. – Boże, to wszystko moja wina.

– Nie powi­nien pan sie­bie obwi­niać – uspo­koił go jasno­włosy poli­cjant. – Ta cię­ża­rówka wpa­dła w poślizg i prze­je­chała na prze­ciw­le­gły pas drogi. Omi­nię­cie jej nie leżało w gra­ni­cach ludz­kich moż­li­wo­ści. Nikt na pana miej­scu nic by nie pora­dził.

– Niech pan poda rękę – popro­siła ratow­niczka.

Pod­cią­gnęła Bray­do­nowi rękaw i wstrzyk­nęła mu śro­dek prze­ciw­bó­lowy. Następ­nie zaczęła opa­try­wać mu dłoń, a tym­cza­sem funk­cjo­na­riu­sze pytali go o nazwi­sko, adres i dane Sukie.

– Susan Ame­lia Har­ris – odparł Bray­don. – Uro­dzona sie­dem­na­stego kwiet­nia dwa tysiące pią­tego roku.

Nie powie­dział, że już dawno ode­brano mu prawa rodzi­ciel­skie ani że po pro­stu porwał córkę i wła­śnie wiózł ją do swo­jego domu w Con­nec­ti­cut. Jaki mia­łoby to sens? I tak czuł się już wystar­cza­jąco winny.

Kiedy funk­cjo­na­riu­sze prze­stali go wypy­ty­wać, usiadł na noszach i patrzył, jak stra­żacy uwi­jają się wokół wraku. Śro­dek prze­ciw­bó­lowy zaczy­nał już dzia­łać i Bray­don z każdą chwilą czuł się coraz bar­dziej odle­gły od tego, co się wyda­rzyło, jakby wypa­lony wrak samo­chodu po dru­giej stro­nie auto­strady ni­gdy do niego nie nale­żał. Kobieta deli­kat­nie umie­ściła jego łokieć w tem­blaku. Przez cały czas prze­ma­wiała do niego łagod­nym gło­sem:

– Już dobrze, pro­szę pana? Czy tem­blak dobrze leży? Czuje pan ból?

Bray­don nie odpo­wia­dał jej, nawet na nią nie patrzył. Gdyby się ode­zwał, zna­czy­łoby to, że naprawdę znaj­duje się w tym ambu­lan­sie, a jego córeczka, Sukie, rze­czy­wi­ście jest uwię­ziona w samo­cho­dzie i praw­do­po­dob­nie już nie żyje.

– Jak się pan czuje? – znowu zapy­tała ratow­niczka. – Nie robi się panu słabo?

Na­dal nie odpo­wia­dał. Niczego nie czuję, myślał. To nie jestem ja.

Wyda­wało się, że minęły godziny, zanim stra­żacy pod­pięli sta­lową linę do wycią­garki i wydo­byli Dodge’a spod naczepy cię­ża­rówki. Niebo jesz­cze kilka razy prze­cięła bły­ska­wica i zagrzmiało. Burza stop­niowo wyco­fy­wała się w kie­runku pół­nocno-wschod­nim, jed­nak deszcz wciąż mocno bił o nawierzch­nię auto­strady.

Bray­don ujrzał kaskadę drob­nych iskie­rek, gdy stra­żacy odci­nali dach jego samo­chodu. Po chwili unie­śli go i poło­żyli na jezdni.

Dwaj sani­ta­riu­sze zaj­rzeli na tylne sie­dze­nie. Bray­don zaczął się trząść, zupeł­nie nad sobą nie panu­jąc. Boże wszech­mo­gący, ona nie żyje, i to ja ją zabi­łem. Boże, zli­tuj się nade mną. Boże, moja biedna mała Sukie.

Ratow­niczka zdjęła z haka maskę tle­nową i przy­ło­żyła mu ją do twa­rzy.

– Niech pan oddy­cha. Nie może pan stra­cić przy­tom­no­ści.

Bray­don prze­wró­cił oczami i wresz­cie na nią popa­trzył. Czte­ro­krot­nie głę­boko ode­tchnął, po czym odsu­nął od sie­bie maskę.

– Ona była tak cho­ler­nie nie­szczę­śliwa. W tym tkwił cały kło­pot. Cią­gle mnie bła­gała, żebym ją zabrał do sie­bie. A teraz… niech pani patrzy, co zro­bi­łem.

– To był wypa­dek. Sły­szał pan, co powie­dzieli poli­cjanci. To prze­cież nie była pana wina. Ale teraz musimy pana zawieźć do szpi­tala. Nic tutaj po panu.

– Zaraz… pro­szę… ja muszę ją zoba­czyć. Muszę wie­dzieć na pewno.

W tym momen­cie do wraku pod­je­chał kolejny ambu­lans. Jego tylne drzwi otwo­rzyły się. Po chwili ruszył z piskiem opon. Jego syrena wyła jak osza­lała.

– Co to było? Zabrali Sukie? Dokąd?

Do karetki wsiadł siwo­włosy męż­czy­zna. W jakiś spo­sób przy­po­mi­nał Bray­do­nowi aktora Lloyda Brid­gesa.

– Wydo­sta­li­śmy pań­ską córkę. Żyje.

Bray­dona dopadł gwał­towny atak kaszlu. Pra­wie nie mógł oddy­chać.

– W jakim jest sta­nie?

Sani­ta­riusz miał poważną minę.

– Na razie nie możemy okre­ślić, jak poważne są obra­że­nia. Leka­rze w szpi­talu dokład­nie ją zba­dają. Muszę jed­nak pana uprze­dzić, że ma bar­dzo roz­le­głe popa­rze­nia.

– O Boże. Boże, nie.

– Odwie­ziono ją do cen­trum lecze­nia opa­rzeń w Tem­ple Uni­ver­sity Hospi­tal. To naj­lep­szy tego rodzaju oddział w kraju, a znaj­duje się zale­d­wie kilka minut jazdy stąd. Pana także tam zabie­rzemy, będzie więc mógł być pan bli­sko niej. – Męż­czy­zna wysiadł z ambu­lansu i zamknął za sobą drzwi.

– Pro­szę się poło­żyć, dobrze? – ode­zwała się ratow­niczka. – Muszę przy­piąć pana pasami ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa.

Bray­don pokrę­cił głową.

– A kogo obcho­dzi moje bez­pie­czeń­stwo, co? Jakie to ma zna­cze­nie?

– To ma ogromne zna­cze­nie. Od dzi­siaj Sukie będzie pana potrze­bo­wała bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Bray­don poło­żył się na noszach i kobieta przy­pięła go do nich. Gdy ambu­lans ruszył w kie­runku North Broad Street, zamknął oczy. Już nie chciał się modlić. Pra­gnął jedy­nie szybko zasnąć. Może kiedy się obu­dzi i popa­trzy na zega­rek, okaże się, że jest dopiero siódma rano, a on jesz­cze nie wyje­chał do Bal­ti­more, żeby porwać Sukie od rodzi­ców Melindy.

Wolałby już ni­gdy wię­cej nie zoba­czyć córki, niż pozwo­lić jej spło­nąć żyw­cem.

Wolałby, żeby w ogóle się nie uro­dziła.

Poniedziałek, godz. 18.07

Nathan roze­rwał opa­ko­wa­nie bato­nika Baby Ruth i natych­miast odgryzł nie­mal połowę.

– No cóż, com­pa­dres – powie­dział z ustami peł­nymi cze­ko­lady i orzesz­ków. – Jeste­śmy gotowi jak ni­gdy dotąd. Mniej wię­cej za pięć minut doko­namy histo­rycz­nego odkry­cia nauko­wego. Albo będziemy wyśmie­wani do końca życia.

– Prze­cież zro­bi­li­śmy wszystko zgod­nie z instruk­cjami z książki, prawda? – zapy­tała Kavita.

– Tak, jasne. Ale co to za książka! Kitab Al-Ahjar, Księga kamieni. Trak­tat alche­miczny z ósmego wieku. To prze­cież nie to samo co Kle­in­man’s Mesen­chy­mal Stem Cell Rege­ne­ra­tion tom trzeci, prawda?

– Powi­nien pan mieć wię­cej wiary w sie­bie, pro­fe­so­rze – powie­dział Aarif. – I wiary w mądrość Abu Musy Jabira bin Haj­jana.

– Abu Musa Jabir bin Haj­jan zmarł kil­ka­set lat temu.

– Jakie to ma zna­cze­nie? Mimo to pan i on może­cie być przy­kła­dem naj­wspa­nial­szej współ­pracy nauko­wej. To coś na kształt współ­pracy Fran­cisa Cricka z Koper­ni­kiem.

– Mam nadzieję, że nie jest to z two­jej strony pre­lu­dium do prośby o pod­wyżkę – zauwa­żył Nathan.

– Muszę przy­znać, że gdyby nam zaofe­ro­wano pod­wyżkę, nie odmó­wi­li­by­śmy – odparł Aarif. – Nie­mniej jed­nak to, co mówię, to szczera prawda. Pro­szę popa­trzeć na to, czego pan doko­nał. Tchnął pan życie w stwo­rze­nie, któ­rego nie oglą­dano na ziemi od cza­sów Ram­zesa czwar­tego.

– Cóż, to prawda – zgo­dził się Nathan. – Ale jak już wam mówi­łem wiele razy, robak to jedna rzecz, a ptak to zupeł­nie coś innego.

– Po pro­stu musimy zoba­czyć, czy obaj z Jabi­rem potra­fi­cie udo­wod­nić, że to nie­prawda i że robak może być pta­kiem, a ptak roba­kiem.

Był wcze­sny wie­czór. Deszcz prze­stał padać i niebo zaczęło się lekko prze­ja­śniać, a nad cen­trum Fila­del­fii, za drze­wami ota­cza­ją­cymi budy­nek Schil­ler Medi­cal Rese­arch, na chwilę uka­zało się poma­rań­czowe słońce. Labo­ra­to­rium Nathana na czwar­tym pię­trze wypeł­niło świa­tło koloru miodu i oblało nie­mal boskim bla­skiem wiel­kie wiwa­rium z pyreksu sto­jące pośrodku prze­strzeni robo­czej. Się­gało pra­wie do sufitu. Na dnie wiwa­rium leżało byle jak uło­żone gniazdo, poskrę­cane z gałęzi, liści i zasu­szo­nych roślin. A na gnieź­dzie spo­czy­wał bla­do­szary robak o dłu­go­ści ponad dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów i śred­nicy się­ga­ją­cej osiem­na­stu cen­ty­me­trów. Miał grubą, pomarsz­czoną skórę, pokrytą brzyd­kimi, chro­po­wa­tymi, guzo­wa­tymi kro­stami. Kavita zdą­żyła już nadać roba­kowi ksywę „Bru­das”.

Nathan był skraj­nie zmę­czony. Krót­kie, jasne włosy miał byle jak zacze­sane do tyłu, pod oczyma wid­niały wiel­kie, ciemne worki. Do tego dnia eks­pe­ry­mentu przy­go­to­wy­wał się ponad tydzień, a ostat­nie cztery noce spę­dził na dmu­cha­nym mate­racu w swoim gabi­ne­cie. Wsta­wał co dwie godziny, żeby doglą­dać roz­wi­ja­ją­cego się robaka.

W ciągu ostat­nich czter­dzie­stu ośmiu godzin robak nie rósł ani nie zwięk­szał masy ciała, a jego ruchy ogra­ni­czały się do led­wie widocz­nych drgań, co dopro­wa­dziło Nathana do wnio­sku, że osią­gnął już doj­rza­łość. Oczy­wi­ście mógł jedy­nie zga­dy­wać, ponie­waż był to pierw­szy przed­sta­wi­ciel tego gatunku, poczęty od tysiąc pięć­set pięć­dzie­sią­tego roku przed naszą erą.

Jeśli alche­mik z ósmego wieku, Jabir, miał rację, robak wła­śnie był gotowy do wkro­cze­nia w naj­waż­niej­szy etap życia, podob­nie jak larwa, gdy ma się prze­mie­nić w pięk­nego motyla. Jed­nak w miarę jak ten decy­du­jący moment się zbli­żał, Nathana zaczy­nało ogar­niać coraz bar­dziej drę­czące podej­rze­nie, że w Księ­dze kamieni Jabir po pro­stu prze­pi­sał to, co mówił dobrze znany egip­ski mit, a wcale nie opi­sał rze­komo zakoń­czo­nego suk­ce­sem eks­pe­ry­mentu, który miałby jakoby prze­pro­wa­dzić w swoim labo­ra­to­rium.

Nathan uniósł gło­wicę ultra­so­no­grafu naj­now­szej gene­ra­cji.

– Dosko­nale wie­cie, co mnie mar­twi. Nie mamy żad­nej pew­no­ści, że pod zewnętrzną powłoką znaj­duje się jakaś struk­tura kostna. Zauwa­żam tylko przy­pad­kowe grudki tkanki włók­ni­stej.

– Ale Jabir twier­dzi, że kiedy pło­mień osią­gnie odpo­wied­nio wysoką tem­pe­ra­turę, szkie­let ptaka powsta­nie w wyniku topie­nia się – zauwa­żył Aarif.

– Cóż, to jest twoja inter­pre­ta­cja. Tak naprawdę Jabir mówi: „Gdy tem­pe­ra­tura osią­gnie mak­si­mum, pło­mie­nie pie­kielne przyjmą kształt skrzy­deł”. O ile jesz­cze znam język per­ski.

Aarif potrzą­snął głową.

– Nie powi­nien pan być takim pesy­mi­stą, pro­fe­so­rze. Prze­cież cały ten pro­jekt to pana ini­cja­tywa. Sto­imy u progu momentu, który będzie prze­ło­mowy dla współ­cze­snej nauki.

– Sam nie wiem – mruk­nął Nathan i prze­tarł twarz dłońmi. – Ile razy w prze­szło­ści cze­ka­łem już na ten prze­ło­mowy moment? Sam nie pamię­tam. I co się stało? Ostat­nim razem z jaja wykluł się zgniły gryf, któ­rego smród uno­sił się w budynku jesz­cze przez wiele tygo­dni.

– Teraz będzie ina­czej, pro­fe­so­rze. Jestem prze­ko­nany.

– Ja też – powie­działa Kavita. – Wresz­cie będziemy sławni! Na pewno znaj­dziemy się na okładce „Time’a” w przy­szłym mie­siącu. Albo „Ame­ri­can Bio­logy Today”.

Nathan zdo­łał się uśmiech­nąć.

– Macie rację. Po pro­stu jestem sko­nany. Posłu­chaj­cie, zadzwo­nię teraz do Grace i powiem jej, że wrócę późno. Aarif, dopil­nuj, żeby wszyst­kie kamery wideo i te na pod­czer­wień były sprawne i w peł­nym pogo­to­wiu. I sprawdź też dla pew­no­ści nagry­wa­nie dźwięku.

– Oczy­wi­ście, pro­fe­so­rze – odparł Aarif i uprzej­mie ski­nął głową.

Aarif był nie­spełna trzy­dzie­sto­let­nim, wyso­kim i chu­dym jak tyka Egip­cja­ni­nem. Miał gęste, krę­cone, czarne włosy, oczy osa­dzone bar­dzo bli­sko sie­bie i zakrzy­wiony nos, przy­po­mi­na­jący dziób jastrzę­bia. Był absol­wen­tem Uni­wer­sy­tetu Kair­skiego, gdzie ukoń­czył bio­lo­gię eks­pe­ry­men­talną. Był grzeczny, try­skał ener­gią i humo­rem, jed­nak aka­de­micka popraw­ność jego manier tro­chę dener­wo­wała. Nathan poznał go, kiedy poprzed­niego lata pole­ciał do Egiptu, żeby w Ain Shams, w doli­nie Nilu, pobrać próbki DNA smoka-robaka.

Aarif poma­gał mu zbie­rać próbki, a potem zapro­po­no­wał, że poje­dzie z nim do Fila­del­fii, żeby asy­sto­wać przy eks­pe­ry­men­cie. Po sied­miu mie­sią­cach i wyko­na­niu wielu żmud­nych badań udało im się połą­czyć DNA smoka-robaka z DNA egip­skiego sępa. W rezul­ta­cie powstał leżący teraz przed nimi gruby, szary feniks-robak. Pół robak, pół ptak. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie.

– Kavito, co u cie­bie? – Nathan poło­żył jej dłoń na ramie­niu. – Jesteś gotowa?

– Cał­ko­wi­cie, panie pro­fe­so­rze. Napra­wi­łam drobne usterki moni­tora, a wszyst­kie inne przy­rządy funk­cjo­nują bez zarzutu. Są ska­li­bro­wane w gra­ni­cach tole­ran­cji.

Kavita była młodą bio­che­miczką, na którą Nathan natknął się w Supre­me­Ta­ste Pet Foods w Pit­ts­bur­ghu. Ponie­waż jego bada­nia finan­so­wała pry­watna fun­da­cja Schil­lera, nama­wia­jąc Kavitę, by pod­jęła u niego pracę, mógł ją sku­sić wizją podwo­je­nia zarob­ków w sto­sunku do tego, co zara­biała w Supre­me­Ta­ste. Ale podzia­łała na nią nie tylko per­spek­tywa więk­szych pie­nię­dzy: nowa­tor­skie bada­nia komó­rek macie­rzy­stych, które pro­wa­dził Nathan, zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej mogły jej przy­nieść sławę niż nawet naj­bar­dziej odkryw­cze prace nad roz­wo­jem żyw­no­ści dla fast foodów.

Matka Kavity była peł­nej krwi Indianką z ple­mie­nia Mohaw­ków i dziew­czyna odzie­dzi­czyła po niej lśniące, czarne włosy, ostre, wysta­jące kości policz­kowe i pełne, lekko wydęte wargi. Miała przy tym taką figurę, że syn Nathana, Denver, raz ją zoba­czyw­szy, zain­te­re­so­wał się, czy mógłby po szkole poma­gać w labo­ra­to­rium ojca, choćby przy sprzą­ta­niu.

Zada­niem Kavity było fil­tro­wa­nie i ana­li­zo­wa­nie związ­ków che­micz­nych uno­szą­cych się w powie­trzu w trak­cie eks­pe­ry­mentu. Po doko­na­niu ana­lizy miała przed­sta­wić dokładny model kom­pu­te­rowy tego, co działo się w cza­sie pro­cesu spa­la­nia – nawet gdyby całe doświad­cze­nie skoń­czyło się kata­strofą.

– Dobrze, Kavito, dosko­nale – stwier­dził Nathan. – Daj mi jesz­cze chwilę i będziemy gotowi do pracy.

Poszedł do swo­jego gabi­netu, pod­niósł słu­chawkę i wystu­kał na tar­czy numer domowy. Cze­ka­jąc, aż Grace odbie­rze, patrzył na swoje odbi­cie w ciem­nym oknie. Miał na sobie biały far­tuch labo­ra­to­ryjny. Nie­dawno ukoń­czył czter­dzie­ści pięć lat, ale jak na swój wiek wyglą­dał bar­dzo młodo. Nikt nie chciał wie­rzyć, że on i Grace mają już dzie­więt­na­sto­let­niego syna.

W końcu Grace pod­nio­sła słu­chawkę. Była zdy­szana.

– Prze­pra­szam – wysa­pała. – Deszcz pra­wie prze­stał padać, więc sko­rzy­sta­łam z wol­nej chwili i bie­ga­łam.

– A ja posta­no­wi­łem wła­śnie roz­po­cząć test – powie­dział jej Nathan. – Mógł­bym pew­nie cze­kać do jutra rana, ale oba­wiam się, że do tego czasu robak za bar­dzo by urósł i byłby zbyt doj­rzały do meta­mor­fozy. W związku z tym nie wiem, o któ­rej godzi­nie wrócę dzi­siaj do domu. Jeżeli w ogóle dzi­siaj wrócę.

– Zaczy­nam podej­rze­wać, że inte­re­su­jesz się jakąś inną kobietą, a nie tym stwo­rze­niem. Tęsk­nię za tobą.

– Ja też za tobą tęsk­nię, kocha­nie. Ale dzi­siej­szy wie­czór będzie decy­du­jący dla moich badań. Życz mi szczę­ścia.

– Nie potrze­bu­jesz szczę­ścia, Natha­nie. Jesteś w swoim fachu naj­lep­szy z naj­lep­szych. Aha, zanim zapo­mnę, były dzi­siaj do cie­bie trzy tele­fony. Dzwo­nił jakiś młody czło­wiek, przy­naj­mniej sądząc po gło­sie. Bar­dzo chce z tobą poroz­ma­wiać. Sądząc po akcen­cie, musiał być Rosja­ni­nem albo Pola­kiem. A może Niem­cem. W każ­dym razie Euro­pej­czy­kiem.

– Przed­sta­wił się?

– Nie, ale powie­dział, że na pewno zadzwoni jutro.

– Czego chciał?

– Mówił, że musi z tobą omó­wić coś bar­dzo waż­nego. Cią­gle powta­rzał: „Ma nie zostać kamień na kamie­niu, niech to pani powtó­rzy pro­fe­so­rowi Under­hil­lowi”.

– Hej, dosko­nale naśla­du­jesz obcy akcent.

– Powtó­rzył to chyba z pięć razy. „Ma nie zostać kamień na kamie­niu. On zro­zu­mie”.

– Może to jakiś wariat? Jeżeli zadzwoni jesz­cze raz, po pro­stu odłóż słu­chawkę. Posłu­chaj, muszę koń­czyć. Do godziny zero pozo­stały tylko dwie minuty.

– Kocham cię, Natha­nie.

– Ja też cię kocham.

Przez chwilę się wahał. Czuł, że może powi­nien powie­dzieć coś jesz­cze, na przy­kład że Grace jest dla niego waż­niej­sza od wszyst­kich prze­ło­mo­wych odkryć, jakich doko­nał i jakich pew­nie jesz­cze dokona. Ale wie­dział też, że ona to dosko­nale rozu­mie, więc po pro­stu odło­żył słu­chawkę.

Kiedy wró­cił do labo­ra­to­rium, Aarif zawo­łał:

– Wszystko już gotowe, pro­fe­so­rze! My też. Wideo pra­cuje, obie kamery włą­czone, nagry­wa­nie dźwięku też!

Nathan po raz ostatni popa­trzył na feniksa-robaka leżą­cego na dnie szkla­nej klatki. Aarif skon­stru­ował jego gniazdo dokład­nie tak, jak je opi­sał Jabir w Księ­dze kamieni. Na budu­lec skła­dały się gałę­zie dębu, laski cyna­monu, żywica oli­ba­nowa, nard i gałązki jemeń­skiego bal­sa­mowca mirra. Gałązki pokryte były cier­niami, jed­nak to wyda­wało się zupeł­nie nie prze­szka­dzać fenik­sowi-roba­kowi. Jego skóra była lekko pomarsz­czona, a lśniące czułki to się cho­wały, to znowu roz­wi­jały, jak u śli­maka.

– Spójrz tylko na sie­bie, Bru­da­sie – powie­dział Nathan. – Tylko matka mogłaby poko­chać takiego brzyd­kiego dra­nia jak ty. Gdy­byś miał matkę, bo prze­cież nie masz. Jeśli kogoś można nazwać twoją matką, to tylko mnie. – Urwał, odwró­cił się do Aarifa i Kavity, po czym kon­ty­nu­ował: – Trudno uwie­rzyć, że Bru­das kosz­to­wał ponad osiem i pół miliona dola­rów, co? Miejmy nadzieję, że cała ta inwe­sty­cja nie pój­dzie na naszych oczach z dymem.

Aarif uniósł szklaną ruchomą taflę po lewej stro­nie klatki i się­gnął do środka. Uło­żył gałązki w taki spo­sób, że cał­ko­wi­cie zakryły feniksa-robaka. Następ­nie umo­co­wał do tele­sko­po­wego wysię­gnika silne szkło powięk­sza­jące i włą­czył lampę halo­ge­nową dużej mocy, kie­ru­jąc skon­cen­tro­wany pro­mień jej świa­tła pro­sto na gałę­zie. Jesz­cze zanim opu­ścił taflę szkła i zamknął klatkę, suche gałę­zie zaczęły się tlić i unio­sło się z nich cie­niut­kie pasemko siwego dymu.

Bar­dziej prak­tycz­nym roz­wią­za­niem byłoby uży­cie zapałki, ale w Księ­dze kamieni Jabir dał sta­now­czo do zro­zu­mie­nia, że gniazdo należy pod­pa­lić „jakby pro­mie­niami słońca, prze­ni­ka­ją­cymi przez szla­chetny kamień”.

– Pali się, pro­fe­so­rze! – powie­dział Aarif, zaci­ska­jąc w pod­nie­ce­niu dło­nie.

Z gniazda wydo­stały się pierw­sze cien­kie języki ognia, a klatka z pyreksu powoli wypeł­niała się nie­bie­skim dymem.

Nathan tro­chę żało­wał, że nie pod­łą­czył do skóry robaka elek­trod, żeby moni­to­ro­wać reak­cje jego układu ner­wo­wego, bar­dziej zale­żało mu jed­nak na wypeł­nie­niu co do literki instruk­cji Jabira, a Jabir wyraź­nie napi­sał, że „feniksa-robaka nie można doty­kać, wią­zać ani w żaden inny spo­sób krę­po­wać, ozna­czać barw­ni­kami lub henną ani tatu­ować”.

W cza­sie nie­zli­czo­nych wcze­śniej­szych eks­pe­ry­men­tów Nathan się prze­ko­nał, jakie kon­se­kwen­cje mają próby wskrze­sza­nia mitycz­nych stwo­rzeń, gdy rezy­gnuje się z dokład­nego prze­strze­ga­nia daw­nych for­muł. Eks­pe­ry­menty nie tylko się nie udają, a nawet mogą się oka­zać bar­dzo nie­bez­pieczne. Wie­dział, że jeżeli ten eks­pe­ry­ment nie wypali, zmar­nuje dużo pie­nię­dzy, prze­ka­za­nych mu przez spon­sora. A poza tym, a może przede wszyst­kim, nie chciał nikogo nara­zić na zra­nie­nie czy nawet na śmierć. Bez końca ostrze­gał Aarifa i Kavitę:

– Nie mamy do czy­nie­nia z domo­wymi pupi­lami ani nawet ze zwie­rzę­tami z ogrodu zoo­lo­gicz­nego. Zaj­mu­jemy się pra­sta­rymi pta­kami i gadami, a cza­sami ich krzy­żów­kami. Ich siły nie jeste­śmy nawet w sta­nie sobie wyobra­zić. Co wię­cej, te stwory ni­gdy dotąd nie miały do czy­nie­nia z czło­wie­kiem – w prze­ci­wień­stwie do wil­ków, niedź­wie­dzi, kojo­tów czy ali­ga­to­rów – a zatem w ogóle się nas nie boją.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Night of the Gar­goy­les

Copy­ri­ght © by Gra­ham Master­ton, 2010

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion and edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2026

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Elż­bieta Jeżew­ska

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Łukasz Bia­łek

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Noc gar­gul­ców, wyd. II, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-583-9

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer