Niewidzialni - Roy Jacobsen - ebook
Opis

 

Doskonała norweska powieść, która trafiła do finału Międzynarodowej Nagrody Bookera 2017!

Nikt nie może opuścić wyspy, wyspa to miniaturowy kosmos, w którym gwiazdy śpią w trawie pod śniegiem. Zdarza się jednak, że ktoś podejmuje próbę.

Rodzina Barrøy jest biedna, ale na pewno nie brak jej odwagi i chęci przetrwania. Żyją z uprawy niewielkiej ziemi, mają trochę żywego inwentarza, łowią ryby i korzystają z tego, co fale wyrzucą na brzeg. Gdy dorastająca Ingrid decyduje się opuścić wyspę, nie zwiastuje to niczego dobrego.

Niewidzialni” to powieść odznaczająca się uniwersalnością, prostotą i zrównoważeniem z jednej strony, z drugiej szokuje majestatem rodem z Szekspira w oślepiających opisach burz i sztormów. Umieszczając akcję na wysepce tak małej, że miejsca wystarcza tylko dla jednej rodziny, Jacobsen obnaża świat i pozbawia nas wszelkich złudzeń w marzeniach o utopii.

Dzieło Jacobsena stanowi wnikliwe studium zagadnień wolności oraz przeznaczenia, a przy tym to fascynujący opis utraconego czasu, całość zaś spisano stylem tak świeżym i przejrzystym jak poranek po burzy.

Justine Jordan, „The Guardian”

Roy Jacobsen pisze zachwycającą odę do niewielkiego kawałka lądu otoczonego zimnymi wodami i stawia powieściowy pomnik ludziom, którzy niegdyś się na nim rodzili, pracowali, kochali i umierali.

Justyna Czechowska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: De usynlige

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation by Iwona Zimnicka, 2018

Copyright © Cappelen Damm AS 2013

Published by the Agreement with Cappelen Damm Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland.

This translation has been published with the financial support of NORLA

Redaktor prowadzące: Adriana Biernacka i Monika Długa

Redakcja: Iwona Gawryś

Korekta: Barbara Kaszubowska

Projekt graficzny layoutu serii i okładki: Ula Pągowska

Grafika na okładce: © ideyweb / Shutterstock

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-7976-049-7

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

1

W bezwietrzny lipcowy dzień dym unosi się prosto. Pastora Johannesa Malmbergeta, wiezionego na wyspę færingiem, łodzią na dwie pary wioseł, wita chłop-rybak Hans Barrøy, prawowity właściciel wyspy, a zarazem głowa jedynej mieszkającej na niej rodziny. Hans stoi przy slipie, ułożonym przez jego pradziadów z zebranych przy brzegu kamieni, i obserwuje zbliżający się færing, zgarbione plecy dwóch wioślarzy, a za ich czarnymi kaszkietami uśmiechniętą, świeżo ogoloną twarz pastora. Kiedy łódź jest już dostatecznie blisko, Hans woła:

— No proszę, ależ mamy zacnego gościa!

Pastor staje w łodzi, omiata wzrokiem brzeg i łąki biegnące pod górę ku otoczonym niewielką kępą drzew zabudowaniom, słucha krzyku mew siwych i siodłatych, które obsiadły wszystkie wyższe skałki i wrzeszczą niczym gęsi, patrzy na rybitwy i przechadzające się dostojnie ptaki brodzące, które grzebią w białym jak śnieg piasku pod ostrym blaskiem słońca.

Ale kiedy Johannes Malmberget wysiada z færinga i robi kilka chwiejnych kroków, dostrzega coś, czego nie widział nigdy wcześniej: swoją rodzinną wioskę pod górami na Hovedøya, głównej wyspie, tak jak wygląda ona stąd, z Barrøy; patrzy na skład rybacki i szopy na brzegu, zagrody, spłachetki lasu i łodzie.

— Ależ to wszystko małe! Domy ledwie widać.

Hans Barrøy mówi na to:

— E, ja tam widzę.

— Bo pewnie masz lepszy wzrok niż ja — stwierdza pastor, wpatrzony w siedzibę społeczności, wśród której pełni służbę od trzydziestu lat, ale nigdy do tej pory nie oglądał jej z tak niesłychanej odległości.

— No tak, pastor nigdy wcześniej tu nie był.

— Bo to dobre dwie godziny wiosłowania.

— Pastor ma chyba żagiel — zauważa Hans Barrøy.

— Ale jest flauta — odpowiada Johannes Malmberget ze wzrokiem wciąż zwróconym w stronę domu, prawdą jest bowiem, że śmiertelnie boi się morza; nawet teraz, po spokojnej przeprawie, czuje się zarazem roztrzęsiony i podniecony tym, że uszedł z życiem.

Wioślarze wyciągnęli fajki, siedzą obróceni plecami i palą. Pastor może w końcu uścisnąć dłoń Hansowi Barrøyowi i w tej samej chwili dostrzega resztę rodziny, która zmierza ku nim od strony zabudowań: Martina, starego ojca Hansa, wdowca, odkąd żona go odumarła przed blisko dziesięcioma laty, niezamężną siostrę Hansa, znacznie od niego młodszą Barbro, a także rządzącą na wyspie kobietę, Marię, która prowadzi za rękę trzyletnią Ingrid. Wszyscy są w odświętnych ubraniach, co pastor stwierdza z zadowoleniem — na pewno dostrzegli łódź już wtedy, gdy wyłoniła się zza Wydrzej Wysepki, będącej teraz jedynie czarnym kapeluszem rzuconym na morze w tych północnych stronach.

Pastor rusza w stronę gromadki, która zatrzymała się ze wzrokiem wbitym w trawę, i po kolei ściska im dłonie, nikomu przy tym nie przychodzi do głowy, żeby podnieść oczy, nawet staremu Martinowi, który zdjął z głowy czerwoną czapkę. Na koniec pastor podaje rękę Ingrid, zauważając, że dziewczynka ma czyste białe rączki — nawet bez żałoby pod paznokciami, i to nie obgryzionymi, lecz krótko przyciętymi — z dołeczkami, zamiast których z czasem pojawią się knykcie. Pastor przytrzymuje ten mały cud, myśląc o tym, że wkrótce rączka zmieni się w spracowaną kobiecą dłoń w kolorze ziemi, żylastą, naznaczoną odciskami, w męską rękę, w drewno, w jakie prędzej czy później zmieniają się tu wszystkie dłonie, i pyta:

— No i jak tam, kochaneczko, wierzysz w Pana Boga?

Ingrid nie odpowiada.

— Pewnie, że wierzy — mówi Maria, która jako pierwsza podnosi wzrok i patrzy wprost na gościa.

Ale pastor właśnie w tej chwili ponownie dokonuje tego samego odkrycia, kilkoma zamaszystymi krokami mija szopę na łodzie, która w tym krajobrazie wygląda jak schodek, i wchodzi na pagórek, skąd widok jest jeszcze lepszy.

— Ojej, stąd widać nawet plebanię!

Hans Barrøy wymija go i oznajmia:

— No a stąd zobaczy pastor kościół.

Duchowny spieszy za nim, potem staje i podziwia pobieloną wapnem świątynię, sprawiającą wrażenie bladego znaczka pocztowego na tle czarnych gór, na których kilka ostatnich płatów śniegu przypomina zęby w gnijącej paszczy.

Idą dalej pod górę, rozmawiają o chrzcie, o rybach i o puchu, a pastor jest wręcz zachwycony Barrøy, która z jego domu wygląda jak czarny kamień na horyzoncie, lecz okazuje się najzieleńszym ogrodem — tyle musi, w imię Boże, przyznać — jak przypuszczalnie wiele z tutejszych wysp, zamieszkanych przez jedną czy dwie rodziny, Stangholmen, Sveinsøya, Lutvær, Skarven, Måsvær, Havstein, na każdej garstka ludzi uprawiających cienką warstwę ziemi i łowiących ryby w głębinach morza, rodzących dzieci, które, gdy podrosną, uprawiają tę samą ziemię i łowią ryby w tych samych głębinach; to nie jest wcale jałowe, przesycone goryczą wybrzeże, tylko sznur pereł, złoty łańcuch, jak pastor zwykle podkreśla w swoich przygotowanych z największym zaangażowaniem kazaniach. Pytanie, dlaczego nie bywa tu częściej.

Odpowiedzią jest morze.

Pastor to szczur lądowy, a w ciągu roku niewiele zdarza się dni jak ten — na taki dzień czekał całe lato. Ale kiedy tak stoi u stóp porośniętego trawą podjazdu na strych stodoły i patrzy na swoją odwieczną parafię, gdzie Bóg zamieszkał już w średniowieczu, jest tak zaskoczony tym, że nie wiedział, jak ona wygląda, że zobaczył ją dopiero teraz, iż czuje wręcz irytację, jakby przez wszystkie te lata miał na oczach zasłonę albo padł ofiarą trwającego całe życie oszustwa co do wielkości nie tylko swojej parafii, lecz być może także własnego duchowego posłannictwa. Może ono też wcale nie jest takie wielkie?

Na szczęście ta myśl wywołuje raczej niepokój niż strach, to metafizyka morza, na którym wszelkie odleg­łości kłamią, i znów mało brakuje, aby pastor wypadł z obranej ścieżki, ale pojawia się rodzina: stary, teraz już znów w czapce na głowie, tuż za nim wysoka Maria i krzepka Barbro, pastor swego czasu nie zdołał jej konfirmować z różnych, dość niejasnych powodów, milczące dziecię Boże z rzuconej w morze wysepki, które jednak okazuje się prawdziwym skarbem.

Zaczyna omawiać z rodziną planowany chrzest trzyletniej Ingrid o długich, brązowych jak dziegieć włosach i błyszczących oczach; jej bose stopy poczują buty pewnie dopiero w październiku. Skąd ona ma te oczy, tak odarte z ospałej głupoty ubóstwa?

Ogarnięty euforią, jednym tchem rzuca, że podczas chrztu chętnie posłuchałby śpiewu Barbro — o ile dobrze pamięta, Barbro ma taki ładny głos…

Rodzinę ogarnia zakłopotanie.

Hans Barrøy odciąga pastora na bok i wyjaśnia, że owszem, Barbro ma piękny głos, ale nie zna psalmów, wydaje z siebie jedynie dźwięki, które w jej pojęciu pasują, i na ogół rzeczywiście tak jest, lecz właśnie z tego powodu nie została kiedyś konfirmowana, oprócz również innych przyczyn, jak pastor z pewnością pamięta.

Johannes Malmberget postanawia nie drążyć tego tematu, ale chciałby poruszyć z Hansem Barrøyem jeszcze jedną kwestię: chodzi o tajemniczy napis na grobie, który martwi go od pogrzebu matki Hansa, wiersz wyryty na nagrobku na jej własne życzenie — te słowa nie nadają się na nagrobek, są dwuznaczne i niemal wprost oznajmiają, że nie warto żyć. Ale kiedy zapytany o to Hans prawie nie odpowiada, pastor wraca do sprawy puchu i pyta, czy mają coś na sprzedaż, potrzebuje bowiem do domu dwóch nowych kołder, a zapłaci więcej, niż dostaliby na jarmarku albo w składzie, puch jest przecież równie cenny jak złoto, jak tu mawiają…

Nareszcie mają jakiś przyziemny, codzienny temat do rozmowy, więc wchodzą do domu, gdzie Maria nakryła już obrusem stół w paradnej izbie, a po kawie z lefser1 i dobiciu targu pastor, ogarnięty absolutnym spokojem, czuje, że największą łaską, jaka może go teraz spotkać, jest sen, oczy same mu się zamykają, a oddech staje się głębszy i dłuższy. Siedzi w bujanym fotelu Martina, z rękami na podołku, śpiący pastor w ich domu — to widok zarówno imponujący, jak i śmieszny. Przez ten czas oni stoją albo siedzą wokół niego aż do chwili, gdy znów otwiera oczy, cmoka, wstaje i rozgląda się, jakby nie wiedział, gdzie jest. W końcu jednak ich poznaje i nisko się kłania. Niczym w podzięce. Nie wiedzą, za co dziękuje, a on nie odzywa się ani słowem, kiedy odprowadzają go z powrotem do łodzi i patrzą, jak układa się na zwoju sieci na rufie, razem z workiem puchu i beczułką mewich jaj, żeby zaraz znów zamknąć oczy, więc również w chwili, gdy ich opuszcza, wygląda tak, jakby spał. Dym ciągle wzbija się w niebo prostą kolumną.

1Lefser (norw.) — tradycyjne, pieczone na blasze cienkie placki z ziemniaków lub mąki, na północy Norwegii jadane na ogół na słodko, z cukrem i cynamonem (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2

Na wyspie wszystko, co wartościowe, pochodzi z zewnątrz, z wyjątkiem ziemi, lecz to nie z jej powodu wys­piarze są tutaj, mają tego bolesną świadomość. Hans Barrøy złamał swoje ostatnie kosisko i musi przerwać sianokosy. Nie zrobi nowego kosiska z materiału dostępnego na wyspie, gdyż powinien to być jesion, który jest do kupienia w składzie, lecz może zdobyć inny gatunek drewna za darmo.

Hans wbija klingę kosy w czubek żerdzi stojaka do suszenia siana, rusza pastwiskiem w stronę slipu, spycha færing na szmaragdowozieloną wodę i już ma wsiąść, ale zmienia zdanie, wraca do zabudowań, gdzie Maria zajęta łataniem spodni siedzi pod południową ścianą i podnosi głowę, kiedy mąż wyłania się zza węgła.

— Gdzie mała? — pyta Hans przesadnie głośno, bo wie, że Ingrid już zdążyła go zobaczyć i schowała się, żeby jej szukał, a potem złapał ją za ręce i kręcił się z nią w kółko.

Maria wzrokiem daje mu znak, wskazując piwniczkę na kartofle. Ale on tym samym podniesionym głosem mówi, że wobec tego Ingrid nie będzie mogła z nim popłynąć na Leśną Wyspę, i znów rusza w dół, ledwie jednak zdąży pokonać kilka metrów, już słyszy kroki, więc w odpowiedniej chwili kuca, żeby córka mogła wskoczyć mu na plecy i objąć go za szyję, a potem piszczeć, gdy będzie biegł na brzeg jak koń, wydając przy tym takie dźwięki, jakie potrafi jedynie wtedy, gdy są sami.

Ten jej śmiech.

Pyta, czy mają zabrać baranicę.

— Tak! — Ingrid aż klaszcze w ręce.

Hans idzie do szopy po jedną z owczych skór i rozkłada ją na rufie færinga, przypomina to łóżko. Wraca na brzeg i zanosi dziewczynkę do łodzi, Ingrid układa się wygodnie, oparta plecami o stewę; dzięki temu może go obserwować przy wiosłowaniu, wyglądać za burtę, kręcić główką z boku na bok, małe, białe paluszki na wysmołowanych burtach przypominają żyjące przy brzegu piaskówki.

Ten śmiech.

Hans wiosłuje, okrąża cypel, przebija się przez rój wysepek i szkierów, biorąc najprostszy kurs na Leśną Wyspę, mówi przy tym o chrzcie, który odbył się trzy tygodnie temu, o kościele przystrojonym odświętnie dla aż ośmiorga dzieci z okolicznych wysp, spośród tej gromadki tylko Ingrid potrafiła na własnych nogach dojść do chrzcielnicy i odpowiedzieć, gdy pastor spytał, jakie imię będzie nosić dziecko. Ojciec dodaje więc, że dziewczynka zaczyna być już za duża, żeby tak leżeć na baranicy jak trup, powinna się do czegoś przydać — powiosłować albo potrzymać linkę z haczykiem, żeby mogli przywieźć ze sobą jednego czy dwa czarniaki, a nie tylko materiał na nową kosę.

Ingrid odpowiada, że wcale nie chce być większa, i przewiesza się raz przez jedną burtę, raz przez drugą, chociaż ojciec każe jej siedzieć w łodzi prosto. Hans zmienia kurs z Wydrzej Wysepki na jarzębinę rosnącą na południowym krańcu Moroszkowej Wyspy, a po osiemdziesięciu ruchach wiosłami znów skręca i wpływa między Szkiery Maskonurów, dokładnie tam, gdzie jest dostatecznie głęboko przy takim stanie wody, po czym wiosłując do tyłu, obraca łódź i trafia w rozpadlinę po osłoniętej stronie wysepki, gdzie wbił w skałę hak.

Każe Ingrid zabrać cumę na brzeg. Dziewczynka trzyma łódź jak krowę na postronku, podczas gdy Hans wstaje i się rozgląda, jakby było na co patrzeć, są ptaki na niebie, góry za jego własną Barrøy i przeraźliwe krzyki rybitw, biało-czarnych błyskawic, tnących powietrze nad ich głowami.

Schodzi na ląd i pokazuje Ingrid, jak się wiąże półsztyk. Małej to nie wychodzi, więc się złości. Hans pokazuje jeszcze raz, wiążą go wspólnie, Ingrid się śmieje, półsztyk wokół haka. Mówi jej, że pójdzie do lasu sam, bo tam jest dla niej za dużo owadów, a ona w tym czasie może się wykąpać w kotle olbrzymów2.

— Tylko pamiętaj, masz zdjąć ubranie.

W lasku w dolinie biegnącej z północy na południe wyspy Hans znajduje cztery proste pnie, nie są to jesiony, ale coś, co nie powinno rosnąć tak daleko na północy, jeden pień ma wygięcie nad korzeniem, dzięki czemu będzie dobrze leżał na ramieniu, to więcej, niż można oczekiwać.

Bierze na ramię ścięte pnie i rusza z powrotem pod górę, zrzuca je i siada przy kotle olbrzymów; Ingrid siedzi w wodzie po pachy i przygląda się swoim dłoniom, splata palce i uderza nimi o powierzchnię, aż deszcz kropli pryska jej na twarz, wywołując piski i grymasy, no i ten śmiech. I niepokój Hansa, niemijający od chwili, gdy się urodziła.

Kładzie się na plecach, wciska ramiona w gruzłowatą skałę, tył głowy opiera na kamieniu; leżąc, obserwuje rojące się rybitwy i słucha pytań zadawanych przez Ingrid jak przez każde inne dziecko, mała chce, żeby też się wykąpał, pluski, chłodny wiatr ze wschodu, sól na wargach, pot i morze, Hans znika w wirze światła i ciemności, a kiedy się z niego wydobywa, zmrużonymi oczami patrzy na córkę, która stoi nagusieńka w blasku słońca i pyta, czy może się wytrzeć swoim ubraniem.

— Weź to. — Hans ściąga z grzbietu koszulę. Słyszy, jak Ingrid śmieje się z jego torsu, białego w porównaniu z czarnymi rękami i szyją, przez co ojciec przypomina lalkę, którą sam jej zrobił z niepasujących do siebie części. Również to jest normalną reakcją dziecka, a lalka ma na imię Oscar, chociaż od czasu do czasu Ingrid nazywa ją Anni.

*

Gdy wracają, udaje im się złowić trzy czarniaki, które leżą teraz obok siebie u stóp Ingrid, dziewczynka siedzi owinięta w jego koszulę. Hans mówi, że chce dostać koszulę z powrotem, bo pod wieczór zrobiło się chłodniej. Córka kładzie się na baranicy na wznak, podciąga nogi, obejmuje rękami kolana i patrzy na niego zaczepnie.

— Ze wszystkiego się śmiejesz — stwierdza Hans i myśli sobie, że mała rozumie różnicę między zabawą a powagą, rzadko płacze, nie buntuje się ani nie zaperza, nigdy nie choruje i uczy się tego, czego ma się uczyć, powinien więc pozbyć się tego niepokoju. — Nie weźmiesz się do roboty? — pyta, ruchem głowy wskazując na ryby.

— To obrzydliwe.

— Gdzie się nauczyłaś tak mówić?

— Od mamy.

— Mama jest trochę delikatna, a my nie, prawda?

Ingrid się zastanawia, wsunąwszy do ust dwa palce.

— Mewy są głodne — mówi Hans.

Ingrid zanurza prawą rękę w brzuchu największego czarniaka, wyrywa wnętrzności i podnosi je z obrzydzeniem w oczach. Hans wiosłuje od jednego znaku nawigacyjnego do drugiego, a ona ciska wnętrzności za burtę i patrzy, jak mewy rzucają się na nie z plus­kiem, jak jedzą, jak niemal wirując, walczą o nie na śmierć i życie. Dziewczynka wsuwa rękę w brzuch następnego czarniaka, rzuca wnętrzności ptakom, potem patroszy ostatniego, wychylona przez burtę płucze kolejno ryby i układa je jedną obok drugiej na pokładzie, tę największą od strony sterburty, średnią pośrodku, a najmniejszą przy bakburcie, po czym sama też płucze ręce, długo i starannie. W umyśle tego dziecka nie ma żadnych szczelin, orzeka Hans z półprzymkniętymi oczami i po przechyle łodzi poznaje, że Ingrid wisi za burtą, chcąc rysować węże na wodzie, wiosłuje więc przechyloną łodzią do brzegu, może ją wyciągnąć ledwie do połowy i podłożyć kozły pod burty, bo morze opada.

Ingrid idzie przed nim ścieżką pod górę, dźwigając połów, z którego ostatnie krople krwi spływają po jej chudziutkich łydkach. Hans niesie na ramieniu cztery pnie, pod pachą siekierę, w ręku suche ubranie córeczki. Zatrzymuje się i widzi słońce na północnym zachodzie, zrobiło się zmatowiałe i wełniste, wkrótce zmieni się w księżyc, noc się zbliża, więc Hans zastanawia się, czy zreperować kosę od razu, czy raczej złapać kilka godzin snu, do czasu gdy nazajutrz rano rosa opadnie w Ogrodzie Różanym; rosa zawsze opada najpierw w tym miejscu, rośnie tam dziwna czerwona trawa.

2 Kocioł olbrzymów — marmit, inaczej garniec lodowcowy, czyli zagłębienie w litej skale wyżłobione przez wody lodowca.

3

To, co morze wyrzuca na brzegi wysp, należy do znalazców, a wyspiarze znajdują wiele różnych rzeczy. Mogą to być korki, beczki, konopie, kawałki drewna i pływaki sieciowe — zielone albo brązowe szklane kule, które utrzymują sieci w morzu; gdy sztorm otrząśnie się z wściekłości, stary Martin Barrøy wygrzebuje je z hałd wodorostów, a potem siada w szopie na łodzie, żeby opleść je nową siecią, są wtedy jak nowe. Może to być drewniana zabawka dla Ingrid, mogą to być skrzynki na ryby, wiosła, osęki, drewniane bloczki burtowe, czerpaki, żerdzie, deski i szczątki łodzi. Pewnej zimowej nocy morze wyrzuciło na brzeg całą sterówkę. Wyciągnęli ją koniem i ustawili na łące w południowej części wyspy, teraz Ingrid może siedzieć na obrotowym krześle szypra i kręcić kołem sterowym z mosiądzu i mahoniu, jednocześnie patrząc na łąki i ogrodzenia przebiegające przez wyspę jak fale.

Ogrodzeń jest aż osiem.

Są zbudowane z kamieni, które wychodzą z ziemi, tak jak szklane kule wychodzą z morza, tyle że o wiele wolniej, na wyjście z ziemi potrzeba im wiele zim, ale wiosną mieszkańcy wyspy mogą wyciągać z niej kamienie i układać na murkach, jeszcze je podwyższając, na tych ogrodzeniach, które dzielą wyspę na dziewięć łąk albo ogrodów, jak je nazywają. Ogród Południowy jest najbardziej zagrożony, morze wlewa się do niego całą swoją nieokiełznaną istotą. Dalej rozciąga się Ogród Piersiowy, nikt nie wie, skąd wzięła się jego nazwa, ale może pochodzić od niewielkich zielonych stogów siana i skalistych pagórków, przypominających duże i małe kobiece piersi; po zakończonych sianokosach owce obskubują pagórki, aż stają się krągłe i gładkie. Dalej jest Ogród Kamienny, bo znajduje się w nim więcej kamieni niż w innych, i Ogród Różany, ponieważ trawa, która tam rośnie, jest czerwona jak niedojrzałe korale jarzębiny. Ogród Oborny otacza zabudowania, Ogród Edenu zwraca się ku północy, ale mimo wszystko jest najbardziej płodny, to tam sadzi się zawsze ziemniaki, i jeszcze Ogród Parszywy, Ogród Północny oraz Ogród Ubogi — wszystkie noszą nazwy, na jakie zasługują, chociaż Ogród Ubogi jest najbardziej zielony z nich wszystkich, otacza szopę na łodzie i slip niczym wielka zielona rękawica.

Głównie jednak znajdują śmieci.

Znajdują martwe morświny i alki, kormorany rozdęte od cuchnących gazów, brodzą w gnijących wodorostach i podnoszą połówkę buta, kapelusz, temblak, kulę inwalidzką, fragmenty cudzego życia, świadectwa nadmiaru, niedbalstwa, straty, rozrzutności i nieszczęść spadłych na ludzi, o których nigdy nie słyszeli i których nigdy nie poznają. Od czasu do czasu znajdują również niechcianą wiadomość, która nie daje się odczytać, płaszcz z kieszeniami pełnymi gazet i tytoniu z Anglii, wieniec na pływającym grobie, francuską trójkolorową flagę na rozpadającym się maszcie i oślizgłą szkatułkę z najbardziej intymnymi przedmiotami należącymi do jakiejś egzotycznej kobiety.

Z rzadka zdarza się także list w butelce, zawierający mieszankę tęsknot i zwierzeń, przeznaczoną dla kogoś innego aniżeli ci, którzy ją znajdują, gdyby jednak trafiła we właściwe ręce, wywołałaby krwawe łzy i wprawiła w ruch niebo i ziemię. Trzeźwo myślący wyspiarze otwierają butelki, wyjmują listy i czytają je, jeżeli rozumieją język, mają swoje przemyślenia o ich treści, krótkie i mgliste — butelki z listami to tajemniczy przekaziciele tęsknoty, nadziei i nieprzeżytego życia — potem chowają listy do kufra przeznaczonego na przedmioty, których nie można ani posiadać, ani wyrzucić, a do butelki po jej wygotowaniu wlewają sok porzeczkowy albo po prostu ją stawiają, jako coś w rodzaju dowodu własnej pustki na parapecie okna obory, żeby mogło ją prześwietlać światło słońca i barwić się na zielono, zanim padnie ukosem i ułoży się na wyschniętych źdźbłach siana na podłodze.

Ale w pewien jesienny poranek Hans Barrøy znajduje całe drzewo, które sztorm wypchnął z morza i przywlókł na południowy kraniec wyspy. Ogromne drzewo. Hans nie wierzy własnym oczom.

Morze zrównuje swój rytm z wiatrem, a drzewo leży niczym szkielet jakiegoś prastarego potwora, jak truchło wieloryba, z nietkniętymi korzeniami i gałęziami, ale bez kory i igieł, które pochłonęło morze, biała tona żywicy, tak cennej na świecie, bo można jej użyć do smarowania smyczków słynnych skrzypków — dzięki niej będą wydobywać ze swoich instrumentów czyste dźwięki. To rosyjski modrzew, który przez stulecia wyrósł na tak ogromne drzewo u brzegów Jeniseju na pustkowiu na południe od Krasnojarska; wiatry wiejące nad tajgą pozostawiły na nim ślady jak grzebień w tłustych włosach, aż przyszła wiosenna powódź i lodowymi zębami wciągnęła drzewo do rzeki, która poniosła je trzy—cztery tysiące kilometrów na północ do Morza Karskiego i tam rzuciła w szpony słonych prądów, te z kolei zagnały je na północ do granicy lodu i dalej na zachód wzdłuż Nowej Ziemi i Spitsbergenu aż pod brzegi Grenlandii i Islandii, gdzie cieplejsze prądy wyrwały je z uchwytu tych zimnych i poniosły znów na północny wschód, zataczając potężny, obiegający pół Ziemi krąg, do którego przebycia potrzeba było dziesięciu albo dwudziestu lat, zanim ostatni sztorm wyrzucił je na brzeg wyspy u wybrzeży Norwegii, tak aby o świcie pewnego październikowego dnia mógł je znaleźć Hans Barrøy, który stoi teraz i przygląda mu się w oniemiałym zdumieniu.

Potężniejszego drzewa nigdy nie podziwiano w tych stronach.

Hans biegnie do domu po rodzinę.

Zabierają się do ćwiartowania zdobyczy, odcinają i odpiłowują korzenie i gałęzie, układają je pod północną ścianą obory — to będzie drewno na rozpałkę — zanim rzucą się na sam pień, kawałek po kawałku. Nagle jednak leży przed nimi rzymska kolumna, długa na dobre trzynaście metrów, której wciąż nie udaje im się zaciągnąć do zagrody, nawet z pomocą konia, talii i siły pięciorga ludzi. Przycumowują kolumnę i wracają do domu, żeby się z tym przespać, umordowani, osłabli i zadowoleni. Przy najbliższym maksymalnym przypływie udaje im się ją wyciągnąć jeszcze kilka metrów wyżej, ale tam już zostaje, przewrócona marmurowa kolumna.

Hans i Martin odcinają od niej jeszcze dwa kawałki, zajmuje im to cały dzień i widzą, że nasycona żywicą twardziel żarzy się czerwienią tym mocniej, im bardziej zbliżają się do środka, jest twarda jak szkło, a mimo to porowata pod ostrzem noża. Zeskrobują jej trochę, rozcierają w palcach i czują zapach, który każe im pojąć, że niemożliwe jest porąbanie tego cudu tylko po to, żeby spalić go w piecu. Drzewo to całość, którą należy zachować; kiedyś, w innym czasie, jeszcze im się przyda albo będą mogli je sprzedać, musi być warte fortunę.

Ostatkiem sił przetaczają je po trzech żerdziach, żeby nie leżało na trawie, wbijają cztery słupy po każdej jego stronie, mocują je do nich śrubami. I tak kolumna leży po dziś dzień, sto lat później, biały walec na tle morskiej toni. Może się wydawać, że ktoś o niej zapomniał, lecz może się też wydawać, że pełniła kiedyś jakąś funkcję, że była do czegoś niezbędna.

4

Nikt nie może opuścić wyspy, wyspa to miniaturowy kosmos, w którym gwiazdy śpią w trawie pod śniegiem. Zdarza się jednak, że ktoś podejmuje próbę. W taki dzień wieje lekki wschodni wiatr. Hans Barrøy postawił wysłużony skośny żagiel, zapowiada się przyjemny rejs do składu. Płyną całą rodziną — oprócz starego Martina, on nie ma wiary w tę wyprawę.

Zamierzają się pozbyć Barbro. Barbro ma dwadzieścia trzy lata i musi iść na służbę, znaleźli już dla niej miejsce.

Po przycumowaniu do pomostu przy składzie Ing­rid prowadzi Barbro w stronę sklepu i wioski, gdzie drzewa rosną do nieba, a domy są malowane i stoją tak gęsto obok siebie, że można przechodzić z jednego do drugiego bez narzucania na siebie wierzchniego okrycia.

Barbro nie chce trzymać za rękę nikogo oprócz Ing­rid, bo wie, co ma się stać, i zatrzymuje się przy sklepie, a oczy wszystkich kierują się na nich, na wyspiarzy, tak rzadko się ich tu widuje. Ingrid jest wystrojona w niebieską sukienkę i rozpinany, robiony na drutach szary sweter z zielonymi kryształkami śniegu na kołnierzyku i rękawach. Barbro ma żółtą sukienkę i przykrótki wełniany żakiet, domaga się kandyzowanego cukru.

Hans przyszedł za nimi i mówi, że tak, dostanie kandyz. Ale po wizycie w sklepie Barbro wciąż nie chce iść dalej, w stronę gospodarstwa, gdzie pani Gretha Sabina Tommesen obiecała przyjąć ją na służbę, pod warunkiem że nie będzie to kosztowało więcej niż zapewnienie wyżywienia i miejsca do spania. Hans i Maria muszą ciągnąć Barbro, a Ingrid idzie na końcu tego pochodu, rzucając ukradkowe spojrzenia gromadce dzieci obserwujących ich z daleka. Wiele z nich widziała już wcześniej, w kościele albo w składzie rybackim, zna imiona dwojga, rozpoznaje cztery twarze, ale żadna z nich się nie uśmiecha, więc Ingrid nie przypatruje im się zbyt długo, tylko biegnie za rodziną do ogrodu otaczającego biały dom z ciężkimi ciemnymi drzwiami kasetonowymi, które otwierają się i wpuszczają ich do innej części świata.

Ale tam Grecie Sabinie Tommesen udaje się aż trzy razy nazwać Barbro debilką, kiedy pokazuje im pokój, w którym Barbro ma spać razem z inną służącą, również pochodzącą z wysp, tylko o wiele od niej młodszą. Wyjaśnia, że debilka musi także liczyć się z tym, że tak jak inne kobiety w tym domu, zostanie wezwana do składu, kiedy przypłyną śledzie, również w środku nocy.

— Umie patroszyć?

— Oczywiście — odpowiada Maria. — Umie też gotować, gręplować, prząść i robić skarpety na drutach…

— Czysta jest?

— Jak pani widzi.

— Rozumiesz, co mówię, Barbro? — woła Gretha Sabina Tommesen do Barbro, która kiwa głową, wpatrzona w kryształowy żyrandol wiszący nad jej głową, w rozgwieżdżone niebo, w które oczy zapadają się tak głęboko, że już tam zostają, a kark sztywnieje. Ale kiedy Gretha Sabina Tommesen oznajmia Marii, że szwagierka nie może liczyć na inne ubranie aniżeli to przywiezione ze sobą, Hans patrzy na siostrę — która wciąż nie potrafi oderwać wzroku od tego nowego systemu słonecznego — i podejmuje decyzję. Bierze Barbro za rękę, w drugą chwyta walizeczkę i wychodzi, również teraz zatrzymuje się przed sklepem i czeka, aż Maria z Ingrid ich dogonią. Małżonkowie patrzą na siebie. On skinieniem głowy wskazuje na drzwi, ona potakująco kiwa głową. Znów wchodzą do środka, kupują cukier i kawę, dwa opakowania czterocalowych gwoździ, wiadro smoły, grysik z sago, cynamon, beczkę grubej soli, zamawiają trzy duże worki żytniej mąki, które będą do odbioru za cztery dni, a potem idą z zakupami na przystań, wsiadają do færinga i stawiają żagiel.

W powrotnej drodze ładnie wieje.

Ale Hans nie może patrzeć na siostrę. Siada po drugiej stronie rumpla, aby rozdzielał ich żagiel. W ten sposób jednak nie da rady schować się przed wzrokiem Marii, która ma dwadzieścia siedem lat, jest silna i pochodzi z innej wyspy, ukończyła szkołę dla gospodyń domowych i przyjęliby ją na służbę wszędzie, ale ona mieszka na Barrøy, razem z nim, z Hansem Barrøyem, który ma lat trzydzieści pięć, a chowa się przed rodzoną siostrą i irytującym wstydem, to dwie strony tego samego medalu, wstyd i kryjówka, ale ciągle jest wystawiony na spojrzenie Marii, które się nie poddaje, dopóki Hans nie przyzna, że jest głupcem, do tego zaś wystarczy skinienie głową. Dopiero wtedy Maria przenosi wzrok na fale, a na jej wargach pojawia się ten irytujący uśmieszek, który czyni ją jeszcze bardziej niezwyciężoną.

Stary Martin stoi przy slipie i wita ich przenikliwym śmiechem.

— A nie mówiłem!

Wchodzi do wody i wynosi walizkę na brzeg, potem prowadzi córkę w stronę zabudowań, Ingrid biegnie obok i opowiada o wsi, jej głos tonie w krzyku mew. Maria i Hans stoją przy slipie i dyskutują, czy wziąć wózek, czy po prostu zanieść zakupy do domu.

— Chyba nie ma tego aż tyle, żebyśmy nie uradzili?

Maria idzie pod górę przodem. Hans wypuszcza sprawunki z rąk, chwyta ją za biodra, przewraca w wysoką trawę, w której nawet Bóg ich nie widzi ani nie słyszy jej na wpół zduszonych jęków, a także określeń, jakimi nazywa męża, z tym uśmiechem, który zaledwie chwilę temu wpadł w fale; można powiedzieć, że Hans na powrót go z nich wyłowił. Później nie chce im się iść dalej, leżą i patrzą w niebo, a Maria opowiada o tym, że kiedy była dzieckiem i mieszkała na Buøy, zawaliła się obora, bo po jednej stronie dachu zgromadziło się za dużo śniegu. Hans tak jak zawsze słucha i zastanawia się, do czego Maria zmierza, co chce mu powiedzieć, o co jej chodzi. Nagle staje nad nimi Ingrid i pyta, gdzie się podziewają, bo Barbro chce wiedzieć, co będą jeść: śledzie, czarniaka czy tego halibuta, którego ojciec złapał wczoraj na mocną linę z grubymi hakami.

— Pokroję halibuta — odpowiada Hans, wstaje i jednak idzie po wózek. Ładuje na niego zakupy i Ingrid, ciągnie wózek pod górę, a Maria dalej leży. To ona jest na wyspie filozofem, tą, która umie spojrzeć krytycznie, bo pochodzi z innej wyspy, ma więc porównanie, można to nazwać doświadczeniem, nawet mądrością, ale potrafi ją to również przyprawić o rozszczepienie jaźni, jeśli różnice między wyspami okazują się zbyt wielkie.

5

Na Barrøy mają trzy wierzby, cztery brzozy i pięć jarzębin, z których jedna jest pokryta bliznami i gruba w pasie jak beczka, nazywa się Stara Jarzębina, a wszystkich dwanaście drzew wygina się w tym kierunku, w którym pochyliła je natura.

Jest jeszcze kilka mniejszych, rachitycznych brzózek na pagórku od zachodniej strony, wyglądają, jakby się obejmowały, noszą nazwę Lasek Miłości, ale kiedy wieje wiatr, wychylają się w różne strony.

Oprócz tego mają też wielką wierzbę, która w dużej mierze leży wyciągnięta wzdłuż ziemi i żyje tak, odkąd sięga ludzka pamięć, na kolanach, na granicy między Ogrodem Różanym a Piersiowym. Przodkowie, zamiast zrąbać wierzbę, obudowali ją kamiennym murkiem. To przypuszczalnie jedyne drzewo na wyspie, którego nie wolno ściąć. Nie żeby ścinali inne drzewa, chociaż drewno jest kosztowne i niezbędne, więc zdarza się, że taka myśl przychodzi im do głowy. Ale nikt nigdy nie myśli o ścięciu wierzby znajdującej się między tymi dwoma ogrodami; ona już jest w pewnym sensie powalona, a przez to chroniona, jak grób.

W największych jarzębinach rosnących wokół zabudowań wiszą wielkie gniazda srok. Wyspiarze często przeklinają sroki, bo ptaki srają i kradną, mówi się wtedy o zerwaniu gniazd. Z tego też nic nie wychodzi. Kiedy więc olbrzymie gniazda z gałęzi kołyszą się w walce z kolejnym sztormem i znów udaje im się przetrwać, ludzie stwierdzają z ulgą i stoickim spokojem, że i tym razem nic nie uległo zniszczeniu, bo jednak często coś się niszczy.

Jeśli deszcz albo śnieg z rzadka padają całkiem pionowo, pod gniazdami na Starej Jarzębinie tworzy się w trawie suchy krąg. Wtedy tłoczą się tam owce. Zwłaszcza jagnięta nie lubią deszczu; ściśnięte, załatwiają się w tym miejscu na wyścigi, w ten sposób pod gniazdami powstaje czarny błotnisty krąg życia, wszystko jest ze sobą połączone, człowiek też nie dzieli się na dwoje, nawet jeśli pochyli się do przodu.

Tak samo jest na tysiącu innych wysp archipelagu.

Na dziesięciu tysiącach wysp.

Ponieważ ta okolica jest tak bardzo obnażona i wystawiona na działanie sił natury, komuś mogłoby w końcu przyjść do głowy, aby ustroić wybrzeża w jakąś wieczną zieleń, na przykład w świerki albo sosny, stworzyć idealistyczne szkółki roślin w różnych miejscach kraju i dowozić bezpłatnie wielkie ilości malutkich świerczków mieszkańcom mniejszych i większych wysp, tłumacząc, że jeśli posadzicie te świerki na swojej ziemi i pozwolicie im wyrosnąć, to pokolenia, które przyjdą po was, będą miały zapewniony opał i drewno do budowy domów, wiatr przestanie zwiewać ziemię do morza, ludzie i zwierzęta znajdą schronienie i spokój tam, gdzie wcześniej mieli wiatr we włosach na okrągło przez całą dobę, a wyspy przestaną wyglądać jak pływające świątynie na horyzoncie i zaczną przypominać splątany gąszcz turzycy i szczawiu. Ale nikomu nie przyjdzie do głowy coś takiego, nie wolno niszczyć horyzontu. Horyzont jest prawdopodobnie najważniejszy ze wszystkiego, co tu mają, to wibrujący podczas snu nerw wzrokowy, chociaż prawie nie zwracają na niego uwagi i nie podejmują żadnej próby nazwania go słowami. To również nikomu nie przyjdzie do głowy, dopóki kraj tak się nie wzbogaci, że horyzont zacznie znikać.

6

Znów nastała wiosna, niebo nad wyspami jest wysokie, zimne wiatry się pogubiły i przynoszą też krótkie podmuchy ciepła. Wróciły ostrygojady, przechadzają się przy brzegu jak czarno-białe kury, kiwając łebkami; wbijają długie czerwone dzioby w piasek, wiercą nimi i gdaczą, nie potrafią nic innego, ostrygojady to głupie ptaki, ale przylatują wiosną.

Na środku fiordu wiatr nagle słabnie.

Hans Barrøy musi spuścić żagiel i wziąć się do wioseł. Maria też chwyta wiosła, siada za nim i co raz stuka go knykciami w krzyż, aż w końcu Hans woła, że to boli i że baby, do cholery, nie potrafią wiosłować. Barbro i Ingrid śmieją się z tego. Siedzą na rozłożonej na rufie owczej skórze, przyciśnięte do siebie, jedna w niebieskiej, druga w żółtej sukience, z niedużą walizeczką i nieruchomym rumplem między sobą.

— Krzywo wiosłujesz.