Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 502 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewiadoma - Marek Stelar

Niektórzy nie cofną się przed niczym, żeby chronić siebie i swoich bliskich.

Szczecin, czerwiec 2016 roku. W gabinecie psychoterapeutki Mileny Korcz zjawia się pewien mężczyzna. Nie przyszedł po pomoc, chce tylko zadać bardzo ważne pytanie. Mężczyzna nie opuszcza gabinetu żywy. Tymczasem eksglina Dariusz Suder powoli otrząsa się z traumy przeszłości i odnajduje wreszcie względny spokój. Wszystko zmienia się, gdy dociera do niego informacja o śmierci człowieka, którego poznał kiedyś przypadkiem. Wiele wskazuje na to, że zabiła go kobieta, której Suder zawdzięcza naprawdę dużo… Przez to znów wikła się w prywatne śledztwo, którego kolejne etapy wyznaczają następne zagadkowe zabójstwa. Mimo że sprawa jest jedną, wielką niewiadomą, on wie jedno: musi odnaleźć Milenę Korcz, zanim zrobi to policja. I zanim znajdzie ją ktoś, kto będzie chciał poznać odpowiedź na bardzo ważne pytanie.

Opinie o ebooku Niewiadoma - Marek Stelar

Fragment ebooka Niewiadoma - Marek Stelar

– Dlaczego pan tutaj jest? – zapytała kobieta.

Mężczyzna trwał w swojej części przestrzeni w absolutnej ciszy. Trwali w przestrzeni gabinetu wspólnie, choć ta część, którą zajmował on, była nieco mroczniejsza. Dla ludzi siedzących po tamtej stronie była mroczniejsza z różnych względów, nie tylko dlatego, że lampa ze szpagatowym abażurem stała po tej stronie, po której była kobieta. Mężczyznę i kobietę dzieliła granica, ale była ona złudna i nie dało się dokładnie określić miejsca, w którym przebiegała. A było to tam, gdzie światło i półmrok się równoważyły; tam gdzie nie można było stwierdzić przewagi ani światła nad cieniem, ani cienia nad światłem. Mimo to, mimo istnienia tej granicy i mimo jej złudności, przestrzeń była wspólna. Mieli w niej oboje tkwić przez najbliższą godzinę; on i ona, mężczyzna i kobieta. Razem, solidarnie, na dobre i na złe.

Mężczyzna się nie poruszył. Nie westchnął, nie roześmiał się, nie zrobił nic, co mogłoby świadczyć o tym, że pytanie, które przed chwilą padło z ust kobiety, skłoniło go do jakiejkolwiek refleksji. Jej słowa nie spowodowały u niego żadnej fizycznej reakcji, wyrażonej chociażby grymasem głębokiego namysłu albo niezobowiązującym mruknięciem czy nieco nerwowym parsknięciem śmiechem, co również czasem się zdarzało. Nawet przyśpieszonym oddechem. Wyglądało na to, że pytanie, które kobieta zadawała na początku pierwszego spotkania każdemu, kto siedział po tamtej stronie, nie zaskoczyło mężczyzny w żaden sposób: nie zdziwiło go ani nie zasmuciło czy wręcz przeciwnie – nie rozbawiło. Siedział w bezruchui milczeniu, jakby na coś czekał. Bez żadnych oznak zniecierpliwienia. Taki bezruch w tym fotelu, w tej części przestrzeni, był rzadkością. Milczenie – nie. Czasem mijało kilka, a nawet kilkanaście minut, zanim ktoś siedzący w fotelu po tej mroczniejszej stronie zdołał przełamać się i wydusić pierwsze słowo. Zanim ono przeszło przez zaciśnięte skrępowaniem i stresem gardło, zanim w ogóle mózg był w stanie je sformułować i kazać ustom je wyrzec. Ale taki nienaturalny bezruch? To naprawdę było niespotykane.

Pomimo tej ciszy, pomimo milczenia kobieta wiedziała, że mężczyzna ma piękny głos. Przyszła jej do głowy myśl; trochę zabawna, a trochę nie, że można by się zakochać w takim głosie. Miewała pacjentki, które mogły zakochać się w mężczyźnie, słysząc jedynie jego głos, zwłaszcza taki głos.

Zadzwonił dwa dni temu, umiejętnie wykręcił się od odpowiedzi na pytanie, kto mu ją polecił. Z takim głosem nie musiał się długo tłumaczyć. Wysławiał się nie tyle poprawnie, ile wręcz elegancko, jakby miało dla niego znaczenie nie tylko to, co mówi, ale i jak to robi. Poczuła jakąś podświadomą chęć, żeby się z tym człowiekiem zobaczyć, poznać go, poznać jego problem. Czysta ciekawość, wyzwanie zawodowe czy coś innego, coś, czym absolutnie nie powinna się kierować? To bez znaczenia, była profesjonalistką, nie musiała się obawiać, że dopuści, by jakikolwiek czynnik zaburzył relację między nią a kimś po tamtej stronie pomieszczenia.

Tej mroczniejszej stronie przestrzeni.

Poczuła zawód, kiedy zobaczyła mężczyznę, który miał piękny głos. Rozczarowanie: bezsensowne, nieprofesjonalne i… głupie, ale jednak rozczarowanie. Mężczyzna miał około pięćdziesiątki, ale nie potrafiła dokładnie określić jego wieku, może był odrobinę młodszy, a może starszy. Nie był przystojny, wręcz brzydki, przynajmniej jej zdaniem. Miał pospolitą, pooraną dziwnymi, maleńkimi bliznami twarz, ale zachowywał się w sposób, który świadczył, że nie ma z tego powodu kompleksów. Świetnie ubrany, spod rękawa marynarki błyskała spinka do mankietów, a spod mankietu koszuli wystawał sporych rozmiarów, zapewne drogi zegarek. Menedżer? Wysokiej rangi urzędnik?

Zaciekawił ją mimo początkowego rozczarowania. On i jego styl bycia. Jaki powód do złożenia wizyty w tym miejscu mógł mieć ktoś taki? Problemy rodzinne? Problemy z samym sobą? Cóż, zaraz się dowie…

Nagle mężczyzna, wciąż nic nie mówiąc, wstał z fotela. Stukając o deski parkietu obcasami eleganckich półbutów, wyszedł ze swojej części przestrzeni, wyłaniając się z półmroku. Stawiając stopy nieco na zewnątrz, powolnym, statecznym krokiem podszedł do okna, mijając noski jej zamszowych szpilek o niecały metr. Stał tak, patrzył na jedenastokondygnacyjne bloki obsmarowane mineralnymi tynkami w brudno pastelowych barwach i poprawiał koszulę, utykając ją z tyłu za paskiem spodni. To nie był elegancki gest. Elegancki mężczyzna nie robi tak przy kobiecie. Może przy swojej kobiecie, po kilkunastu latach związku, ale nie w takiej sytuacji. Czyżby jednak nie był tak elegancki, jak myślała? Kiedy skończył robić to, czego elegancki mężczyzna raczej nie powinien robić przy kobiecie, nie swojej kobiecie, podparł się pod boki i dalej stał, wciąż nie mówiąc ani słowa. Nie czuła potu, a to był dość częsty zapach w tym pomieszczeniu. Zapach, który nie uznawał granicy wyznaczanej przez światło i cień, przebijał się przez barierę mydła, dezodorantów, wód toaletowych i perfum, dochodził do niej razem z westchnieniami, płaczem i gorzkimi słowami. Teraz czuła zapach wody toaletowej mężczyzny. Ładny. Pasował do niego, mimo że on nie był ładny. W końcu mężczyzna westchnął głośno, więc uznała, że to wstęp do rozmowy. Wolałaby co prawda, żeby usiadł z powrotemw fotelu, ale postanowiła, że poczeka jeszcze chwilę, zanim go o to poprosi.

Spojrzał na nią w momencie, gdy studiowała kształt jego głowy.

– Leiszmanioza skórna – wyjaśnił z uprzejmym uśmiechem błąkającym się na wąskich ustach, mylnie uznając, że jej wzrok błądzi po maleńkich bliznach na policzkach i czole. – Bywało się tui tam na świecie. I tak w porównaniu z tymi, których widywałem, przeszedłem to ulgowo, niech mi pani wierzy. U mnie wygląda to jak blizny po trądziku, ale u innych, zwłaszcza u tubylców… – Pokręcił głową i cmoknął z niesmakiem.

– W porządku – mruknęła, stwierdzając z lekką irytacją dwie rzeczy; że nie ma zamiaru wyjaśniać mu pomyłki i że przyszedł czas na przywołanie go do porządku. – W takim razie zapraszam pana na miejsce i słucham.

Odwrócił się od okna i stanął przodem do niej, górując nad nią swoją masą i wzrostem. Poczuła się nieswojo. Rozumiała, że ktoś nie może usiedzieć na miejscu i pozwalała nawet na kilka minut spaceru po gabinecie, aż się uspokoi. Ale mężczyzna stojący teraz przed nią nie był nerwowy. Nie musiał dreptać między jej przestrzenią a swoją, tą mroczniejszą. Właściwie między częściami tej samej przestrzeni, przedzielonej niewidzialną granicą. Nie musiał tego robić, żeby zapanować nad nerwami. Każdy jego ruch był przemyślany, pewny, precyzyjny i spokojny, żaden nie był zbędny. Ten człowiek był jak robot. Jak maszyna.

Patrzyła na niemal rozchodzącą się na brzuchu koszulę widoczną pomiędzy połami rozpiętej marynarki, patrzyła na sprzączkę paska od Louisa Vuittona i na wielkie dłonie oparte knykciami na biodrach, z palcami zwisającymi swobodnie. Jeszcze jeden znak, że nie jest zdenerwowany; jego dłonie nie były zaciśnięte w pięści, a palce się nie ruszały. Nie wiedzieć czemu, pomyślała nagle, że to dłonie dusiciela; wielkie, lecz zręczne. Mordercze, o długich, lekko powykręcanych palcach i zadbanych paznokciach. Nie chciała pytać o te palce i bała się trochę, że on będzie chciał opowiedzieć jej ich historię z własnej inicjatywy. Ale nie chciał.

Mężczyzna stał w rozkroku metr od niej i spoglądał na jej głowę. Czuła jego spojrzenie, czuła, jak wwierca się w czaszkę, w punkt na jej czubku, w którym włosy rozchodzą się koliście we wszystkich kierunkach, jak promienie słońca na rysunku małego dziecka. Zmusiła się, żeby podnieść głowę i spojrzeć temu człowiekowi w twarz. Poczuła ukłucie niepokoju. Nie podobało się jej to, co widzi. Miała irracjonalne wrażenie, że wszystko zaczyna zmierzać w złą stronę.

– To pytanie, które pani zadała na początku… – zaczął mężczyzna tym swoim boskim głosem.

– Tak? – powiedziała obojętnie, nie zmieniając pozycji, choć zesztywniała odrobinę, a on to zauważył.

Zauważył. Ta sztywność wynikała z lekkiego przestrachu i on ją dostrzegł. Była tego pewna; pewna, jak niczego dotąd. I była zła, że pokazała to po sobie. Była zła podwójnie, że pokazała mu tę sztywność i tę złość na samą siebie.

– …To zabawne pytanie – dokończył, wypuszczając głośno resztkę powietrza, które zostało mu z wdechu, jakby nabrał go za dużo na tak krótką wypowiedź.

– Wcale nie – odparła sucho, lekko się prostując i starając się równocześnie, żeby ten ruch wyglądał naturalnie i godnie. – Jest pojemne. Każdy odpowiada na nie nieco inaczej. A ja z każdej takiej odpowiedzi wyciągam jakiś wniosek. Więc powie mi pan wreszcie, po co pan tutaj przyszedł?

Niepotrzebnie dodała to „wreszcie”. To oznaka, że powoli przestaje nad sobą panować. Mężczyzna uśmiechnął się, ale jego oczy nie brały w tym udziału. Zmrużył je lekko, ale wyłącznie dlatego, że rozciągnięte w uśmiechu wargi naciągnęły zbliznowaciałą skórę twarzy policzków i powiek. Same oczy pozostały bez wyrazu. Poza tym miał specyficzny uśmiech, jak odwrócony o sto osiemdziesiąt stopni, jak kot z Cheshire leżący na plecach. Kiedy się uśmiechał, kąciki jego ust nie unosiły się jak u większości ludzi, tylko opadały, czyniąc go nieco upiornym. On się nie uśmiechał, on się krzywił.

– „Po co pan tutaj przyszedł”… – powtórzył powoli jej słowa, cedząc każde z nich. – Nie tak brzmiało to pytanie.

– Nie? – zdziwiła się, ale sama słyszała, że to zdziwienie wypadło nieudolnie i strasznie sztucznie.

– Nie. – Pokręcił głową. – Przedtem zapytała pani, dlaczego tu jestem, a nie, po co przyszedłem.

– A to jakaś różnica? – zapytała, czując, jak wysychają jej usta, język i wewnętrzna strona policzków i jak ta straszna susza postępuje w dół, w kierunku gardła, obejmując jego ścianki mackami strachu.

Na dodatek przewaga psychologiczna, którą zwykle odczuwała z racji zachodzącej między nią a pacjentem relacji, stopniała w okamgnieniu. Nie było już żadnej przewagi, ale czy w ogóle taką przewagę miała? Teraz miał ją ten mężczyzna. W dodatku napawał się nią. Nie ordynarnie: nie wydymał warg w grymasie pogardy, nie częstował jej pełnym zwycięskiej pychy spojrzeniem, po prostu patrzył na nią pozbawionym wyrazu wzrokiem, tylko te wygięte w łuk plecyi oparte na biodrach ręce aż nadto świadczyły o tej przewadze.

– Nie spodobają się pani wnioski, jakie wyciągnie pani z mojej odpowiedzi na to pytanie. Pytanie, po co tu jestem. Ale najpierw, żeby wszystko było na swoim miejscu, wyjaśnię pani tę różnicę. Bo moim skromnym zdaniem istnieje różnica między tym, po co człowiek dokądś przychodzi, a po co tam jest. Czy to istotna różnica, diametralna? Pewnie nie, raczej subtelna, ale mimo wszystko istnieje, więc to musi mieć jednak jakieś znaczenie. Może nie zasadnicze, ale to kwestia swego rodzaju gradacji ważności. Przychodzenie po coś jest raczej banalne, sugeruje wpadnięcie na chwilę po mało ważną rzecz, rozumie pani, o czym mówię? A bycie gdzieś po coś… Tu już mamy wrażenie, że chodzi o coś istotnego. – Pochylił się lekko nad nią i zamrugał nagle powiekami, które do tej pory były nieruchome jak u woskowego sobowtóra z galerii madame Tussaud. – I ja nie przyszedłem tu po coś, tylko po to tu JESTEM. Jestem tu po coś bardzo ważnego…

Próbowała uspokoić oddech, pozbierać myśli. Próbowała zrobić cokolwiek. Przecież, do cholery, jeszcze nic się nie zdarzyło. Facet nie rzucił się na nią z pięściami, nie krzyczał na nią, nie groził jej nożem. Ale podświadomie czuła, że stanowi dla niej zagrożenie. Ogromne. Że być może powraca właśnie koszmar przeszłości, a mężczyzna, który ten koszmar uosabia, najwyraźniej jest tym faktem niezwykle rozbawiony.

– To, o co zapytała pani na początku, wydało mi się zabawne pod względem sytuacyjnym – powiedział tonem wykładowcy prowadzącego zajęcia ze studentami pierwszego roku. – To było takie trochę profetyczne, jakby w jakiś dziwny, nadnaturalny sposób przewidziała pani znaczenie mojej wizyty tutaj. Pani pewnie tego nie zrozumie, a może zrozumie, kiedy to już nie będzie takie istotne, niemniej informuję panią, że z mojej strony można to w jakiś sposób uznać za zabawne. To tyle, jeśli chodzi o wyjaśnienie tej kwestii. A teraz ja chcę zadać pytanie. Krótkie, króciuteńkie, ale bardzo ważne pytanie, na które chcę poznać odpowiedź. Jak bardzo chcę ją poznać, może się pani domyślić, prawda, pani Martyno? – Ostatnie zdanie powiedział niemal czule.

Naprawdę mogłaby je tak odebrać: czule, gdyby nie to, co mężczyzna zrobił w tej samej chwili. Bo to, co zrobił, stało w kompletnej sprzeczności z tą czułością w słowach. Zobaczyła, jak sięga pod pachę i spod poły marynarki wyjmuje czarny pistolet.

– Nie rozumiem, to chyba jakaś pomyłka – wyjąkała, płacząc już bezgłośnie i czując, jak łzy spływają jej po policzkach. – Mam na imię Milena… Nie wiem, o co panu chodzi… Proszę zostawić mnie w spokoju…

Wszystkie algorytmy postępowania z niestabilnym pacjentem, wszystkie sztuczki, które poznawała podczas cyklicznych spotkań z innymi psychoterapeutami, gdy wspólnie zrzucali z kolegami po fachu brzemię współuczestniczenia w cudzym nieszczęściu – wszystko to wywietrzało z jej głowy w jednej chwili. Nastąpił moment, którego obawiała się w najgorszych snach. Moment, na który absolutnie nie była gotowa.

– Gdzie? – zapytał.

Nie podniósł głosu. Cudownego głosu. Nie było w nim gniewu, tylko zainteresowanie, ciekawość.

– Słucham?

– Gdzie?

– Błagam… Nie wiem, o czym pan mówi.

– Gdzie?

– Proszę pana…

– Gdzie?

– Chryste…

– Wstań!

Wstała jak automat, jak świetnie wyszkolony żołnierz kompanii honorowej. Bez wahania spełniła jego polecenie. Nie wiedziała, czy kazały jej to zrobić resztki zdrowego rozsądku, jakie zachowała gdzieś w zakątkach przerażonego umysłu, czy była już tak bezwolna, że nic nie miało znaczenia? Rób, czego chce, dopóki nikomu nie dzieje się krzywda – kołatało się jej w głowie. I robiła to. Stała przed nim, usiłując nie patrzeć na lufę pistoletu groteskowo pogrubioną nakręconym na jej koniec tłumikiem. Wiedziała, że to tłumik. Każdy to wie, choćby z filmów. A teraz ona czuła się jak w filmie. Tylko że to nie był film.

– Gdzie?

Miał śmierdzący oddech. Nie nieświeży, tylko śmierdzący. Przez głowę przeleciały jej błyskawicznie dwie myśli, jakby ta druga była natychmiastową konsekwencją pierwszej. Że ten smród buchający z ust zupełnie nie pasuje do reszty i że takie wnioski w takiej chwili są kompletnym absurdem. A potem wyjąkała:

– Nie wi…

Tłumik wbił się w jej bok ze straszliwą siłą. Miała wrażenie, że skamieniały płomień bezlitośnie wdziera się do wnętrza jej ciała, rozrywając skórę i powłoki brzuszne, niszcząc wszystko na swej drodze. Ogarnął ją ból tak wielki, że nie mogła krzyczeć. Jej umysł podzielił się na dwie części. Jedna owładnięta była cierpieniem, pochłaniającym ją jak ogień wyschnięty na słońcu liść, a druga myślała: „Boże, przecież to nie może aż tak strasznie boleć…?”. Jakby w odpowiedzi na ten podział jedna połowa jej ciała zdrętwiała, a druga wzięła na siebie odpowiedzialność za utrzymanie ciężaru całości. Ale jedna połowa nie dała rady, więc kobieta nie miała innego wyjścia, jak tylko zgiąć się wpół i wpaść w ramiona mężczyzny, a kiedy ból rozluźnił mięśnie ujścia pęcherza moczowego, poczuła na wewnętrznej stronie uda mokre ciepło. Obejmowała mężczyznę jedną ręką za ramię, a drugą ściskała dół jego marynarki, jakby chciała ją z niego zerwać. I wciąż sikała z bólu, nie będąc w stanie zapanować nad pęcherzem.

– Już, lepiej? – zapytał mężczyzna, odsuwając ją lekko od siebie i próbując zajrzeć jejw oczy.

W jego głosie słychać było autentyczną troskę i to przeraziło ją jeszcze bardziej.

Nigdy się tak nie bała. Usiłowała nie zwymiotować, opanowując jakoś skurcze przełyku. Brakowało jej tchu; brakowało na krzyk, brakowało do życia w ogóle, a gdyby zwymiotowała, tylko pogorszyłaby swoją sytuację. Umarłaby z bólu i z powodu zachłyśnięcia się treścią żołądka, którą łaknące tlenu płuca zassałyby w spazmie walki o oddech. Pojękiwała tylkoi kręciła głową, strząsając z twarzy łzy i wydzielinę z nosa. I nie puszczała mężczyzny. Był jej jedynym oparciem, bez niego by upadła. Poza tym dawało jej to złudne, naprawdę złudne wrażenie, że ma nad nim jakąś kontrolę. Choć odrobinę. Dobre i to. Potrzebowała tego nie mniej niż tlenu.

– Wiesz już, że potrafię sprawić, żebyś bardzo cierpiała – powiedział mężczyzna, a jego słowa docierały do niej jak przez zimowe, futrzane nauszniki. – Następna rzecz, jaką zrobię, również nie będzie miła, choć o wiele, wiele gorsza niż ta przed chwilą. Otóż zaknebluję cię i przywiążę twoimi własnymi ciuchami do twojego własnego fotela z nogami rozłożonymi jak na wizycie u ginekologa. Popatrzę sobie trochę, a może nie tylko popatrzę, a potem dobrze wyceluję. – Podniósł broń, gdyby nie zrozumiała, co ma na myśli, mówiąc „wyceluję”. – Chyba nie muszę ci mówić, że to boli o wiele bardziej niż cios w nerkę? Od czegoś takiego umiera się wiele godzin, uwierz mi, obserwowałem to kiedyś i nie był to przyjemny widok, rozumiesz?

Kiedy przystawił jej broń do twarzy, poczuła na policzku zimną śliskość metalu, a w nozdrzach jego drażniący zapach. To było jak otrzeźwienie.

– Rozumiesz, co mówię? – Mężczyzna spojrzał jej uważnie w oczyi powtórzył. – Pytam: czy rozumiesz?

Pokiwała głową i zamglonymiz bólu i szoku oczami spojrzała na niego, prostując się lekko w jego ramionach. Wylot tłumika wciąż dotykał jej policzka, a jego chłód aż parzył.

– Więc skoro mnie rozumiesz, zadam swoje krótkie, ale bardzo ważne pytanie po raz ostatni: gdz…

Jej ręka puściła marynarkę i wystrzeliła w kierunku ich twarzy, które dzieliło tylko kilkanaście centymetrów. Nie myślała, co robi. Nie myślała o tym, co zrobi potem on, kiedy jej się nie uda. Nie myślała wcale. Modliła się w duchu, żeby śliska i zimna stal przestała dotykać jej skóry i żeby zniknął zapach wody tego mężczyzny, nie chciała patrzeć w jego nieruchome oczy ani na odwrócony uśmiech. Marzyła tylko, żeby ściągnąć zasikane rajstopy, a także nie czuć dłużej bólu. Żeby to wszystko się już wreszcie skończyło.

I skończyło się w ułamku sekundy.

Nasadą dłoni uderzyła w nadgarstek mężczyzny. Jego zaciśnięta na broni ręka odskoczyła, tłumik zsunął się z jej policzka i uderzył w twarz mężczyznę, również w policzek. Poczuła na twarzy jakby cios zadany czymś gorącym, usłyszała dosyć głośne „plop” i zanim sporej wielkości rana spowodowana oderwaniem kawałka skóry wypełniła się krwią, przez ułamek sekundy zdążyła zobaczyć biel kości jarzmowej odsłoniętej uderzeniem pocisku. A potem mężczyzna dziwnie stęknął, a jego oko po prostu wytrysnęło z oczodołu razemz odrobiną krwi, która ochlapała jej czoło kilkunastoma małymi kropelkami. Źrenica i tęczówka drugiego oka uciekły w głąb czaszkii mężczyzna zwiotczał, wydając z siebie krótki, świszczący dźwięk, a potem upadł na parkiet, uderzając głową w stojącą na podłodze lampę ze sznurkowym abażurem i przewracając ją. Pasiasty cień abażuru przesuwał się po ścianie, kiedy lampa przez chwilę toczyła się po parkiecie. Noga i zaciśnięta na broni ręka mężczyzny drgnęły jeszcze konwulsyjnie kilka razy, obcas buta i kolba pistoletu zastukały w drewniane klepki w krótkim, śmiertelnym staccato. Z wewnętrznej kieszeni jego marynarki wysunął się telefon i spłynął po żebrach na błyszczący materiał podszewki. A potem wszystko znieruchomiało; ona, mężczyzna, jego telefon, lampa i cień abażura na ścianie, czas, a wszystko to odbyło się w niemal absolutnej ciszy.

Poczuła smród spalonego prochu, mdławą woń krwi i białka wygrywające z zapachem wody toaletowej, który został na skórze jej policzka, kiedy przez chwilę ich twarze były tak blisko. Zwymiotowała. Wbrew wcześniejszym obawom jej organizm nie pozwolił już zrobić sobie krzywdy; wymiotowała cicho, bez rzężenia i charczenia, jakby chciała tę panującą wokół ciszę uszanować. Pozbywała się treści żołądka i czuła niewysłowioną ulgę. Nie straciła tchu ani przytomności; przeżyła spotkanie z tym mężczyzną, przeżyje i torsje. I ten ból też przeżyje. Ważne, że przeżyła. Wolała rzygać, niż leżeć tak jak mężczyzna: z dziurą w policzku, bez oka. Bez życia. To było ważne, życie było ważne.

Ból brzucha, który pojawił się nagle, równie nagle zelżał po tym, jak skończyła wymiotować. Był drobnostką w porównaniu z bólem nerki, ale poczuła się szczęśliwa, że zniknął. Chociaż tyle… Zaczęła jasno myśleć. Nie o wszystkim, ale otrząsnęła się na tyle, żeby nie stać jak przydrożny krzyż na rozstaju dróg, z rękami obejmującymi głowę w pustym, pozbawionym konkretu odruchu paniki. Musiała działać. Robić cokolwiek. Schyliła się i podniosła z podłogi telefon mężczyzny. Nie chciała patrzeć na jego twarz, ale wzrok wbrew jej woli powędrował w tę stronę. Pożałowała natychmiast, ale opanowała się jakoś. Przełożyła telefon do drugiej ręki i wybrała numer, który znała na pamięć, mimo że nie powinna. Przyłożyła komórkę do ucha, lecz kiedy usłyszała sygnał oczekiwania na połączenie i nieco zmęczone „halo”, nagle się rozłączyła. Odruchowo wytarła cały aparat skrajem tuniki i z przestrachem odrzuciła go w kąt pomieszczenia.

Stojąc jeszcze przez moment, otarła czoło wierzchem dłoni i czując wilgoć, spojrzała na swoją skórę. Z zaskoczeniem zauważyła, że to nie pot, lecz krew. Przez chwilę serce ścisnął strach, ale po chwili zrozumiała, że to nie jej krew, i odetchnęła z ulgą. Poczuła, że mokra nogawka oblepia jej udo i łydkę plamą chłodu. Zrzuciła szpilki, podniosła brzeg tuniki i krzywiąc się z bólu pulsującego z bokui promieniującego już z dołu pleców, zsunęła z siebie zasikane rajstopy. Suchą nogawką wytarła najpierw czoło, potem dłoń i wilgotną skórę na udzie. Popatrzyła na smugi krwi na cienkim materiale i rzuciła rajstopy gdzieś przed siebie. Zrobiła to z pasją i obrzydzeniem, nie widząc nawet, że wylądowały na twarzy trupa i ją niemalw całości zakryły niczymw obrazoburczej parodii starohebrajskiego zwyczaju owijania chustą twarzy zmarłego na znak, że odszedł do wieczności. Zniknęła koszmarna rana na policzku i pusty oczodół z zapadniętą powieką oblepioną resztkami gałki ocznej i drobnymi skrzepami krwi.

Nie czuła jeszcze bólu poparzonej od gazów wylotowych twarzy. Z powrotem włożyła buty, zsunęła podciągniętą tunikę, rozejrzała się trochę bezradnie dookoła, a potem wzięła zza fotela swoją torbę i odgarnęła niesforną grzywkę opadającą na czoło. Znów mimo woli jej spojrzenie powędrowało w kierunku trupa, ale tym razem zamiast obrzydzenia poczuła zaskoczenie. Dopiero w tej chwili zobaczyła swoje rajstopy z poplątanymi nogawkami, leżące na nim jak larwa Gigerowskiego Obcego na twarzy załoganta Nostromo. Parsknęła nerwowym śmiechem, chichotała przez chwilę świadoma tego, że to objaw narastającej paniki. Opanowanie przyszło w sama porę. Wybiegła z gabinetu, trzaskając drzwiami, ale nie zamykając ich na zamek.

Pozostała tylko cisza i smród śmierci.

I

To był ładny dzień. Naprawdę ładny. Dlatego mogłem mieć uzasadnione pretensje do kogoś, kto mi go spieprzył swoim przyjściem. Nawet jeśli tą osobą był mój dobry kolega, któremu sporo zawdzięczałem. Bo tego dnia jego przyjście nie miało nic wspólnego z tym, że był moim dobrym kolegą. Tego dnia, tego pięknego dnia, który mi spieprzył, przyszedł służbowo, a może półsłużbowo, zadał mi kilka dziwnych pytań, na które nie znałem odpowiedzi, a potem zostawił mnie samego z pustką w głowie. Naprawdę czułem się, jakby po jego wyjściu została w niej wyłącznie ta pustka. I, oczywiście, pocisk kalibru 9 mm Parabellum, czy raczej zniekształcony kawałek metalu, który nim kiedyś był.

To rzecz jasna skrócony opis tego dnia, jego zgryźliwe podsumowanie dokonane przez nieco zgorzkniałego faceta tuż po pięćdziesiątce, inwalidę egzystującego samotnie w altanie na małej działce, jednej z kilkuset skupionych w bartoszewskim ROD. W rzeczywistości i dzień, i rozmowa z Jackiem Mołczunem wyglądały nieco inaczej. Zgadzała się tylko ta pustka w głowie, która po nich została…

* * *

Od czasu postrzału, jaki otrzymałem w głowę, i od zabójstwa mojej żony i córki minęło półtora roku. Półtora roku życia w żalu z powodu ich śmierci i półtora roku życia w rozżaleniu z powodu tego, że ja przeżyłem, a one nie. Półtora roku w smutku z powodu ich braku i półtora roku niepewności, którą przynosił tkwiący w mózgu kawałek metalu. Półtora roku… Ponad pół tysiąca gorzkich dni i tyle samo jeszcze gorszych nocy.

Bóle głowy nie były zwykle dokuczliwe, po prostu co jakiś czas dawały o sobie znać lekkim, przypominającym migrenową aurę szumem, przechodzącym w jednostajne pulsowanie nad brwią. Pomagał ketonal, czasem kilka piw albo coś mocniejszego, ale jeśli przegapiłem ten szum, tę aurę, miałem naprawdę ciężki dzień. Wciąż również doskwierały mi lekkie kłopoty z pamięcią, ale wyłącznie tą dotyczącą mojego życia przed postrzałem. Co jakiś czas coś sobie przypominałem, jakieś zapomniane zdarzenie, starałem się wtedy chłonąć te wspomnienia wszystkimi zmysłami, jakbym bał się, że znów uciekną w mrok niepamięci, zanim zdążę zapisać je w swojej głowie na nowo. Ale nie uciekały. Zostawały, wpasowywały się jak klastry we właściwe miejsca i tkwiły już tam, oby na zawsze. Tylko ten szajs pod czaszką… Wciąż śmiertelnie niebezpieczny i nieprzewidywalny.

Po kilku miesiącach przestałem na siebie uważać. Być może to efekt sesji terapeutycznych, a być może przekonałem sam siebie; wmówiłem to sobie, żeby przestać wreszcie żyć jak płochliwa mysz, w strachu i poczuciu wszechobecnego zagrożenia. Przestałem ostrożnie stawiać każdy krok, unikać stromych schodów czy rozglądać się na wszystkie strony przed wejściem gdziekolwiek w poszukiwaniu pułapek, które czyhałyby na moją głowę: niskich stropów, rur i przewodów czy słupów stojących tam, gdzie teoretycznie nie powinny stać. Przestałem się bać i zacząłem wreszcie żyć w miarę normalnie. Pozbierałem się jakoś, co nie oznacza, że nie myślałem czasem o tym, żeby skończyć ze sobą. Nie w odruchu buntu przeciw niesprawiedliwości losu, który mnie zostawił przy życiu, a zabrał Jolę i Agnieszkę. To nie tak. Po prostu chciałem skończyć życie, które nie miało za bardzo sensu. Samotne, puste, jałowe. Bez rodziny, bez pracy, choć nie bez pieniędzy. Tam na parkingu nieopodal Bernau, na którym to wszystko się najpierw zaczęło, a kilka miesięcy później skończyło, zdecydowałem wreszcie, że zostaję. Zostaję przez szacunek dla życia. Za dużo widziałem i przeżyłem, żebym mógł odebrać komuś jeszcze jedno życie, nawet jeśli jest moje, należy wyłącznie do mnie i mogę z nim zrobić, co chcę.

Nawet je zakończyć.

Zaoszczędzoną ze „Streli” część euro zachowałem na czarną godzinę, pieniądze z policyjnej renty w zupełności zaspokajały moje niewielkie potrzeby. Sprzedałem mieszkanie, w którym spędziłem sporą część swojego życia. Spędziłem je tam z Jolą i z Agnieszką i w związku z tym byłem w jakiś sposób mocno związany z tymi kilkoma pomieszczeniami, w których mieszkaliśmy, spaliśmy, jedliśmy i kochaliśmy się. Sprzedałem je, te kilka pomieszczeń, już pustych i zimnych, bezosobowych i obcych, i kupiłem okazjonalnie altanę w Rodzinnych Ogrodach Działkowych w Bartoszewie, maleńkiej wiosce ukrytej w lasach Puszczy Wkrzańskiej, gdzieś między podszczecińskim Pilchowem a Tanowem. Kilka domów, restauracja i karczma, sklep u „Pomidora”, małe jeziorko i te ogrody. Mijam główne, w zasadzie jedyne skrzyżowanie, jadę kilkadziesiąt metrów w stronę Sławoszewa, a potem skręcam w lewo, w nieutwardzoną ścieżkę i sto metrów dalej, niedaleko lasu, na skraju Ogrodów stoi mój dom. W nim mieszkam i w nim żyję. Spokojnie. Marzenia o domku nad jeziorem gdzieś na Pojezierzu Drawskim zrealizowałem w wersji oszczędnościowej. Ale nie żałowałem. Nie byłem może szczęśliwy, ale pogodzony ze sobą. W miarę.

A na pewno bardziej niż rok temu.

Rozpocząłem całkiem nowe życie i kto wie, być może nawet trochę zdziwaczałem. Żyłem sam, z dala od miasta i jego zgiełku, zostawiając je w tyle, nie tęskniąc za nim i unikając w nim za częstych wizyt. Bywałem tam wyłącznie z powodu okazjonalnych zakupów w hipermarkecie i wizyt na cmentarzu. Do Szczecina ściągały mnie wyłącznie głód i tęsknota za Jolą i Agnieszką. I to wszystko. Zżyłem się za to z kilkoma sąsiadami z działek, przeważnie takimi samymi dziwakami jak ja, czasem pokiereszowanymi przez życie, a czasem po prostu chcącymi od niego wyłącznie świętego spokoju, który znaleźli właśnie tu. Tak jak ja. Chyba pasowaliśmy do siebie.

* * *

Kiedy tego dnia przyszedł Jacek Mołczun, byłem pewien, że do drzwi puka właśnie któryś z sąsiadów. Waldek, któremu skończył się gaz w butli. Józek, który chce pożyczyć piwo (piwo, nie na piwo). Albo Aśka pytająca, czy nie przyszedł do mnie na żebry któryś z jej czterech kotów. Kotów, które jak to koty, znikały często i wracały raz na kilka dni, zregenerować siły, podjeść i pospać w ciepłej pościeli, a potem znów zdradzić i pójść w cholerę, żeby móc znów wrócić, przeprosić, pobyć i znowu zniknąć, i tak w kółko. Ale tym razem to nie było żadne z nich; ani Józek, ani Waldek, ani Aśka. Ani żaden z jej kotów obszarpańców.

To był Jacek.

– Wejdź – powiedziałem, otworzywszy mu drzwi, i wróciłem do kuchni.

Byłem zdziwiony tą wizytą, nawet bardzo, ale nie widziałem powodu, żeby to okazywać. Zostawiłem Jacka przy drzwiach, bo był dorosły i nie musiałem mu pomagać w rozbieraniu się. Poza tym, mimo że był tu pierwszy raz, uznałem, że może czuć się jak u siebie i nie potrzebuje asysty. I choć widywaliśmy się rzadko, był w końcu moim dobrym kolegą i byłem więcej niż pewien, że on czuje to w ten sam sposób.

Mój pies, wielki golden retriever, pobiegł przywitać gościa, choć zważywszy na rozmiar domu, nie miał nawet jak i gdzie się rozpędzić.

– Promo! – zawołałem. – Do mnie!

Tupnąłem mocno, żeby poczuł wibracje drewnianej podłogi. Odwrócił się z pretensją w oczach i wystającym spod fafli jęzorem, wyglądającym jak soczysty kawał polędwicy. Jego wielkie łapy były już na piersi Mołczuna. Klepnąłem się w udo, dając wyraźny sygnał, czego od niego chcę.

– Dobra, zostaw go – powiedział Jacek, czochrając Promo po łbie. – Daj się kundlowi przywitać…

Dałem. Chwilę później pies przybiegł do mnie i położył się obok kanapy. Dobre psisko. Gdyby ludzie charakterem przypominali psy, ten świat byłby o wiele lepszy.

– Promo? – zapytał Jacek, zdejmując marynarkę.

Na zewnątrz było gorąco jak w dżungli, a on chodził w garniturze. Ja już nie musiałem. Jeden z niewielu plusów bycia na rencie: przez cały dzień można chodzić w krótkich gaciach. Albo i bez, jeśli sobie tylko życzysz.

– W zeszłym roku byłem na grzybach pod Dobieszczynem – wyjaśniłem Jackowi. – To były żniwa; żałowałem, że zamiast noża nie wziąłem kosy. Zapełniłem oba koszyki, reklamówkę i koszulę. A na koniec znalazłem to wielkie bydlę, przywiązane do drzewa przez inne bydlę, tylko dwunożne. Wróciłem razem z nim, zostawiając pod drzewem reklamówkę, bo nie miałem ręki. Wysypałem też grzyby z koszuli, podarłem ją na pasy i zrobiłem smycz z obrożą. Jak wróciliśmy do domu, to sąsiad śmiał się, że pies to dodatek do grzybów, w promocji… Jest już stary, weterynarz oszacował jego wiek na jakieś dziesięć lat. No i głuchy jak pień.

– Fajnie mieszkasz. – Jacek rozejrzał się po wnętrzu. – Las, cisza, spokój… Trochę ci płot zarósł, jak zamek Śpiącej Królewny.

– Żywopłoty na granicy działki, będącej również granicą ROD, nie mogą mieć powyżej dwóch metrów wysokości i muszą być prowadzone w ten sposób, żeby nie przerastały poza ogrodzenie ROD – wyrecytowałem. – Tak stanowi regulamin uchwalony przez Krajową Radę Polskiego Związku Działkowców w dniu pierwszym października dwa tysiące piętnastego roku. Obowiązuje od pierwszego stycznia tego roku. A mój żywopłot rośnie sobie do środka. Bujnie, przyznaję, ale do środka.

– Chciałeś mi zaimponować znajomością regulaminu? – mruknął Jacek.

– Nie – też mruknąłem. – Chciałem dać ci do zrozumienia, że jako rencista nie mam zbyt wielu rozrywek. To z nudów studiuję regulamin. Trochę ścinamy się z zarządem działek w niektórych kwestiach, więc chcę mieć pewność, że to ja mam rację, a nie oni. Jak mnie znalazłeś?

– Ptaszki ćwierkały, że wyniosłeś się z miasta. – Uśmiechnął się, a skóra wokół oczu pomarszczyła się mu jak stary pergamin.

Pamiętałem tę twarz sprzed wielu lat, jeszcze bez tylu zmarszczek, jeszcze nie poszarzałą od zmartwień, i to było w jakiś dziwny sposób miłe – widzieć przez ten cały czas znajomości z Jackiem nie tyle, jak jego twarz się starzeje, ile, jak moja starzeje się razem z nią. To uczucie trudno zdefiniować, ale czułem to właśnie w ten sposób. Mołczun był mi naprawdę bliski, ja jemu pewnie też, choć nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy. Widocznie nie było takiej potrzeby.

– Gadatliwe te ptaszki – zauważyłem zgryźliwie. – I nie pilnują własnych spraw.

– No. – Jacek wyjrzał przez okno. – Nie boisz się, że pewnego dnia na te działki wparuje nadzór budowlany i wyda nakazy rozbiórki? Że to miejsce rozjeżdżą wywrotki wywożące gruz, w który zmienią się te wszystkie… pałacyki i wille, zwane skromnie altanami?

– A ty nie boisz się, że przylecą obcy i skolonizują Ziemię?

– Niezbyt trafne porównanie – zauważył.

W oczach miał lekki wyrzut, jakby spodziewał się po mnie czegoś na wyższym poziomie i jakbym te oczekiwania zawiódł.

– Mylisz się – powiedziałem spokojnie. – Jest bardzo trafne. Bo stopień prawdopodobieństwa wystąpienia tych zdarzeń szacuję mniej więcej na równo. A nawet jeśli… – machnąłem ręką – …to mój dom został wybudowany przed dziewięćdziesiątym piątym.

– No i?

– Prawo nie działa wstecz. Wtedy nie było przepisów budowlanych, które regulowałyby tę kwestię, tak jak regulują ją dziś. Więc płacę jedynie podatek od nieruchomości za każdy dodatkowy metr przekraczający wartość dopuszczalną i śpię spokojnie.

– Aha.

– Więc co cię do mnie sprowadza? ‒ Spojrzałem na Jacka, a on na mnie, i tak patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Dwóch kumpli, których łączyło tak wiele. Widywaliśmy się naprawdę rzadko, rozmawialiśmy tylko trochę częściej, niż się widywaliśmy, każdy z nas miał swoje problemy: Jacek chorą żonę, ja brak żony. Ale mogliśmy na siebie liczyć i udowodniliśmy to sobie nawzajem, raz czy pięć, w ciągu ostatnich kilkunastu lat; po raz pierwszy, kiedy nasze twarze były jeszcze w miarę gładkie.

– Jerzy Lichota. – Jacek usiadł na kanapie, odlepiając koszulę od spoconej piersi. – Znasz to nazwisko?

Promo, który nie usłyszał Mołczuna, tylko poczuł wibracje wysłużonych sprężyn kanapy, o którą opierał się grzbietem, podniósł łeb. Po chwili, uspokojony, znów położył go na podłodze i zamknął oczy.

Jerzy „Lichy” Lichota. Były podoficer Legii Cudzoziemskiej, bandyta i goryl Jarosława Leśniewskiego, „Malechy”, jednego z bardziej znanych w mieście ludzi „interesu”. Podobno „interesy” ostatnio kulały, tak słyszałem, choć nie miałem z tymi ludźmi za wiele do czynienia, żeby wiedzieć to na pewno. Tak ćwierkały ptaszki.

– Znam to nazwisko – potwierdziłem. – Ale jeśli zapytasz, czy znam gościa osobiście, to odpowiem ci, że nie. Spotkałem go raz, ponad rok temu i nie wspominam tego miło. On chyba też nie, o ile dobrze pamiętam. Widzieliśmy się mniej więcej przez dziesięć minut, więc raczej nie można powiedzieć, że go znam.

– Tylko raz?

– Tylko raz. Ostrzegał, co prawda, że się jeszcze spotkamy, ale wygląda na to, że zmienił zdanie. A przynajmniej tak jest do tej pory. – Uśmiechnąłem się.

A potem przypomniałem sobie dokładnie, co stało się wtedy pod „Kafe Tango” i w mercedesie Leśniewskiego, a mój uśmiech zastygł na twarzy, zmieniając się zapewne w grymas lekkiego niesmaku.

– To już cię chyba nie odwiedzi – powiedział Jacek dość beztroskim tonem.

– Nie?

– Nie. Nie da rady.

– Czemu tak sądzisz? – zapytałem, choć już domyślałem się, co Jacek mi zaraz oznajmi.

– Bo nie żyje – odparł, potwierdzając moje przypuszczenie.

Pochylił się i podrapał Promo za uchem, a kiedy wciąż nic nie mówiłem, spojrzał na mnie lekko podejrzliwym wzrokiem i zapytał:

– Nie jesteś zdziwiony?

– Nie. Dlaczego miałbym być?

– No, wiesz… – Pies nie zareagował, więc Jacek dał mu spokój.

– No, właśnie nie wiem.

– Z reguły wiadomość o czyjejś śmierci raczej człowieka dziwi. W jakiś sposób go, bo ja wiem… Porusza?

– Owszem – przyznałem. – Ćwiczyłem to w wersji hard.

Jacek niedostrzegalnie skrzywił usta, patrząc gdzieś w bok, więc uznałem to za sygnał, że nie chce do pewnych spraw wracać. Ja też nie chciałem wracać do śmierci swojej żony i córki. Było dopiero południe, a robiłem to z reguły dopiero wieczorem. Wtedy zaczynałem, a kończyłem późno w nocy. Minęło półtora roku od ich śmierci, a ja myślałem o nich częściej niż za ich życia.

– Wiesz, o co mi chodzi – bąknął.

– Wiem – odpuściłem mu, bo wyraźnie go to męczyło. – Ale ja nie jestem ani zdziwiony, ani w żaden sposób poruszony śmiercią Jerzego Lichoty. Wcale.

– Wyjaśnisz mi dlaczego?

– Oczywiście. Bo po pierwsze to skurwiel, więc w ogóle mi go nie żal. I to dlatego nie jestem jego śmiercią poruszony, jak to ładnie określiłeś. A po drugie, tacy jak Lichota prędzej czy później kończą w ten sposób. Takie jest moje skromne zdanie. Po prostu kwestia czasu, zwykle niedługiego. I to dlatego nie jestem zdziwiony. Widać dla Lichoty nadszedł właśnie ten czas. Niech mu ziemia ciężką będzie. Amen.

– Mówiłeś, że go nie znałeś osobiście. To skąd wiesz, że był…

– Skurwielem – pomogłem Jackowi, bo od zawsze miał problem z tym, żeby sobie swobodnie rzucić mięsem.

– Właśnie. – Chrząknął. – Skąd to wiesz?

Przewróciłem oczami.

– Po prostu wiem. Po tym jednym spotkaniu nabrałem co do tego absolutnej pewności. Rozumiesz? Dał mi naprawdę poważne powody, żeby mieć o nim takie zdanie, i musiałbym być Matką Teresą z Kalkuty albo idiotą, żeby je zignorować i uważać go za supergościa, który ma tylko taki nietypowy sposób bycia.

Mołczun mruknął coś pod nosem.

– Jak zginął? – zapytałem. – Bo skoro tu jesteś i mnie o tym informujesz, to oznacza, że odszedł raczej w sposób niespodziewany i gwałtowny, a ty z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu postanowiłeś podzielić się tą wieścią akurat ze mną. Mylę się?

– Nie mylisz się. – Pokręcił głową i powtórzył: – Nie mylisz się. Został zastrzelony. Przedwczoraj.

– No widzisz. – Uśmiechnąłem się tryumfalnie. – I co, nie zgodzisz się teraz ze mną?

– W jakiej kwestii?

– Chodzi o moją koncepcję, że ludzie pokroju Lichoty na ogół kończą gwałtowną śmiercią. Zwłaszcza śmiercią tego rodzaju. Ludzie wykonujący niewdzięczny zawód bandyty odchodzą zwykle z hukiem, Jacek. Hukiem wystrzału albo eksplodującego pod ich samochodem ładunku wybuchowego. „Pershing”, „Kiełbasa” i masa innych.

– Z hukiem… Możliwe, możliwe… Więc mówisz, że się nie znaliście?

– Tak mówię. I jeśli zapytasz mnie o to jeszcze raz, moja odpowiedź będzie dokładnie taka sama. Więc nie pytaj więcej, bo to się mija z celem.

– To zdradź mi, Darek, proszę, jedną rzecz. Po co Lichota dzwonił do ciebie na chwilę przed śmiercią?

– Eee… Słucham?

– W jego komórce zapisało się połączenie z twoim numerem. Trwało dwie sekundy. Godzina dwunasta siedem. Masz jakieś wytłumaczenie?

Wstałem i podszedłem do blatu rozdzielającego mikroskopijną kuchenkę od „salonu”, który był wielkości kuchni w moim poprzednim mieszkaniu. Wziąłem komórkę i wróciłem do Jacka. Zajrzałem do historii połączeń.

– Przedwczoraj? – upewniłem się.

– Przedwczoraj…

Faktycznie, w telefonie zapisało się połączenie z nieznanego mi numeru, rzeczywiście zaczęło się o dwunastej siedem i trwało dwie sekundy, ale ja w ogóle nie pamiętałem tej rozmowy. O ile w ciągu dwóch sekund można przeprowadzić jakąkolwiek rozmowę. Pokazałem Jackowi numer, on poprawił okulary na nosie, spojrzał i skinął głową.

– Co mogę powiedzieć… – zacząłem.

– Właśnie chciałbym to usłyszeć. Co możesz powiedzieć, Darek.

– Mogę ci powiedzieć, że kompletnie nie mam pojęcia po pierwsze: skąd Lichota miał mój numer, a po drugie: po cholerę do mnie zadzwonił w godzinie swej śmierci, że użyję poetyckiej przenośni. Przecież, kurwa, nie dzwonił po pomoc, no nie?

Podejrzewam, że nawet jeśli Lichota leżałby obok mnie, a ja miałbym mu pomóc, to z pewnością znalazłaby się nagle jakaś wyjątkowo pilna rzecz, którą musiałbym niezwłocznie załatwić. Cóż, nigdy nie twierdziłem, że jestem fajny, choć na pewno nie byłem aż takim skurwielem jak Lichota.

Zerknąłem na wyświetlacz, na numer telefonu „Lichego”, który dla mnie był zwykłym ciągiem dziewięciu cyfr, i zapytałem Jacka:

– Miał mnie w kontaktach?

– Nie. Po prostu wybrał twój numer z klawiatury.

– To już w ogóle nie rozumiem.

– Może dałeś mu numer podczas tego spotkania, o którym wspomniałeś, ale tego nie pamiętasz?

To prawda. Dałem mu wtedy swoją wizytówkę, ale on jej nie chciał. Teoretycznie mógł zapamiętać numer, ale to nie miało znaczenia. To był numer mojej służbowej komórki, którą zdałem razem z bronią i dokumentami z sejfu, kiedy odchodziłem z komendy.

– Spotkanie z Leśniewskim i Lichotą odbyło już po śmierci Joli i Agi, po postrzale – powiedziałem, dotykając głowy i krzywiąc się. – Pamiętam wszystko, co zdarzyło się potem. Kłopoty mam tylko z tym, co było przedtem.

– Ale o tej rozmowie z przedwczoraj zapomniałeś.

– Jacek. – Westchnąłem. – Czy ty pamiętasz każde niemające znaczenia dwusekundowe wydarzenie ze swojego życia? To jedna z tych rzeczy, do których nie przywiązujesz żadnej wagi. Po cholerę zaśmiecać sobie czymś takim pamięć?

– Nie oddzwoniłeś?

– Widać nie. Zresztą po co miałbym oddzwaniać?

– Z ciekawości. Ja bym oddzwonił.

– A ja nie. Jak ktoś ma interes, to zadzwoni później. A jak nie ma, to niech spierdala i nie zawraca mi dupy.

– Zgorzkniałeś. – Jacek podrapał się w powiekę, lekko unosząc okulary knykciem.

Poprawił je odruchowo palcem, a potem zdjął, chuchnął na szkło, starł z niego odcisk za pomocą krawata i założył z powrotem na nos.

– Wiem – potwierdziłem, i to raczej beztrosko. – Takie życie. Jestem już starszym panem, w zeszłym miesiącu stuknęła mi pięćdziesiątka. To zobowiązuje.

– Uhm. Wszystkiego najlepszego, przy okazji.

– A, dziękuję.

– Spóźnione, ale szczere.

– Nie wątpię. Nie musisz się tłumaczyć, nie mam ci za złe, sam prawie zapomniałem.

– Powiedziałeś przed chwilą, że wszystko pamiętasz.

– Wszystko, ale nie o wszystkim. Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, to taka subtelna różnica. Poza tym „prawie” zapomniałem. A „prawie” robi różnicę.

Kiedy sobie już przypomniałem, wypiłem tyle, że ledwo doczołgałem się do kanapy. Prawie litr na dwóch, przy czym na mojej urodzinowej imprezie był wyłącznie Promo. Jak większość psów odmówił spożycia alkoholu, więc musiał zadowolić się kiełbasą.

– Wiadomo, kto go zastrzelił? – Moje pytanie było naturalną kontynuacją wątku.

Jacek nic nie mówił. Zauważyłem, że ma taki zwyczaj. Zanim oznajmi coś, co zwykle wywraca ludziom życie do góry nogami albo chociaż przestawia je o co najmniej dziewięćdziesiąt stopni, milczy długą chwilę. Kilka razy zastanawiałem się, po co to robi, ale koniec końców nigdy go o to nie zapytałem. Formułuje w myślach to, co chce za chwilę powiedzieć, żeby adresat wypowiedzi nie poczuł, jakby dostał deską w twarz? A może napawa się tym? Czy po prostu obserwuje i wyciąga wnioski? Wypadałoby go o to wreszcie zapytać.

– Nie podoba mi się twoje milczenie, Jacek – powiedziałem ostrożnie. – Znam również osobę, która go zabiła, tak? Również dlatego tu jesteś, a nie tylko z powodu tego, że Lichota do mnie dzwonił?

Spojrzał na mnie z jakimś smutkiem w oczach.

– Domyślny jesteś – odparł z tym samym smutkiem w głosie.

– Wiem – odparłem tonem pełnym rezygnacji. – Więc go znam…

– Tak. – Zabrzmiało to jak szczeknięcie – krótkie i ostre.

Promo, wiedziony jakimś psim szóstym zmysłem, bo przecież nie słuchem, podniósł łeb i zastrzygł uchem, spojrzał na Jacka z wyrzutem w psich oczach, mlasnął i wrócił do krainy snów.

– Jeezu… A jak dobrze go znam? Lepiej niż Lichotę? – Zacząłem gorączkowo przetrząsać w myślach niezbyt obszerny katalog znajomych w poszukiwaniu ewentualnych i prawdopodobnych kandydatów.

– Nie: jego, tylko: ją.

– Zastrzel mnie. – Westchnąłem, szykując się na zimny prysznic.

Teraz już nikt nie przychodził mi do głowy. Z wyjątkiem Marty Kielan, ale to było niemożliwe. Miałem nadzieję, że to niemożliwe.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to Marta? – nie wytrzymałem.

– Nie, no coś ty, skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Wiem tylko, że na wiele ją stać, udowodniła to niejednokrotnie, co? Może uciekła z pierdla?

Moja była współpracownica i kochanka, zleceniodawczyni zabójstwa mojej rodziny i kilku innych osób odsiadywała dożywocie w zakładzie karnym w Lublińcu. Jej wspólnik, Marcin Bogutowicz, nawiasem mówiąc kochanek mojej córki i jej zabójca, przebywał w Sztumie, chyba najcięższym więzieniu w Polsce. Z takim samym wyrokiem jak Marta. Podobno wciąż kulał i nie wyglądało na to, żeby ten stan miał się kiedykolwiek zmienić.

– Nic mi o tym nie wiadomo, żeby uciekła z więzienia. – Jacek, kiedy to mówił, miał na twarzy wyraz lekkiego obrzydzenia.

– Dobra, więc kto?

– Milena Korcz.

To nie był zimny prysznic. To było wodospad lodowatej wody, który niemal przygniótł mnie do podłogi swoim ciężarem. Uczucie, jakie ma się po opuszczeniu sauny i wejściu do kadzi z wodą o temperaturze czterech stopni Celsjusza. Zrobiłem to kiedyś w jakimś spa i teraz czułem się mniej więcej jak wtedy. Zdezorientowany i w szoku.

– A więc wyjaśniła się tajemnica dwusekundowego połączenia – powiedziałem, kiedy już mogłem oddychać.

– Mianowicie?

– To nie Lichota do mnie zadzwonił. Nie zrobił tego ani przed swoją śmiercią, ani po niej. To Milena. Musiała zadzwonić do mnie z jego telefonu. Oczywiście, jak już go… Jak już nie żył.

– Możliwe…

– To jedyne rozsądne wytłumaczenie. Chyba że z jakichś powodów Lichota pozwolił jej to zrobić, zanim… No, zginął. Choć nie mam pojęcia, dlaczego miałby jej na to pozwolić i po co.

– Masz rację – przyznał Mołczun, a ja zacząłem się zastanawiać, czemu on nie wpadł na to pierwszy, przecież to było oczywiste, dla mnie również; teraz, kiedy wiedziałem już, o kogo chodzi.

A on przecież wiedział to dużo wcześniej. Chciał sprawdzić moją reakcję?

– Milena znała twój numer na pamięć? – zapytał.

– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Pewnie tak. A być może wybrała go na komórce Lichoty, przepisując ze swojego telefonu. Ale znów nie sądzę, żeby tak było. To nie miałoby sensu. Zadzwoniłaby po prostu ze swojego, a nie kombinowała. Chyba że istniał jakiś powód, z którego nie mogła wykonać połączenia ze swojej komórki.

– Może karta jej się skończyła?

– Myślisz, że miała telefon na kartę? Prowadziła… – dziwne przejęzyczenie – prowadzi prywatną praktykę, czyli indywidualną działalność gospodarczą. Wtedy zwykle ma się telefon na abonament, bo to się bardziej opłaca. Wrzucasz faktury w koszty prowadzenia firmy…

– Ale pewności nie masz?

– No, nie mam – przyznałem.

– Dobrze, załóżmy, że jest, jak mówisz. Że znała twój numer na pamięć i z jakichś powodów użyła komórki Lichoty, wpisując twój numer z głowy. Czyli byliście ze sobą dość blisko. Tak?

– Nie rozumiem, do czego zmierzasz? – Zmarszczyłem brwi.

Zauważyłem, że mówiąc o Milenie, Jacek też stosuje czas przeszły.

– Ja pamiętam numery telefonów jedynie do najbliższych osób – powiedział, spuszczając wzrok. – Niewiele ich mam, ale chodzi o zasadę. Zwykle pamięta się numer do tych, do których najczęściej się dzwoni. U mnie to żona… Szef… Siostrzeniec…

– To nadinterpretacja, Jacek. Rzeczywiście, widywaliśmy się dość często, ale to nigdy nie wykroczyło poza ramy zwykłej terapii. A Milena miała… – sam nie wiem, czemu znów powiedziałem to w czasie przeszłym, wiem za to, dlaczego nie powiedziałem, że zapraszałem ją na obiad już z piętnaście razy, zawsze nieskutecznie – …Milena ma znakomitą pamięć. Fenomenalną. Przecież dobrze to wiesz, bo sam miałeś okazję się o tym przekonać, prawda?

Jacek też bardzo dużo zawdzięczał Milenie. Karierę, a być może nawet więcej. Miałem kolegę ze studiów, który wypijał takie ilości alkoholu, że w końcu któraś z jego delirycznych wizji zmusiła go do zakończenia przygody zwanej życiem. Zamknął się w swoim pokoiku na komisariacie w jakimś Zabadziewiu czy innym Pierdziszewie, włożył lufę służbowej broni tak głęboko w usta, jakby chciał ją połknąć i udławić się nią, a potem strzelił, trafiając w szyjny odcinek kręgosłupa. Umierał na intensywnej terapii przez trzy dni. Milena zawróciła Jacka z tej drogi w ostatniej chwili. Tak uważam i nie sądzę, żebym za bardzo się mylił.

– W takim razie po co do ciebie dzwoniła, Darek?
– Nie wiem. Po pomoc?

Teraz już nie żartowałem. W przeciwieństwie do Lichoty, Milenie pobiegłbym na pomoc, nawet gdybym miał amputowane obie nogi. Kto wie, być może tak jak Jacek Mołczun również zawdzięczałem jej życie? W końcu to ona pomogła mi się pozbierać po śmierci rodziny.

– Dobra, Jacek, to bez sensu. Zacznij od początku. Po kolei.

– Zrobisz mi kawy?

– Nie wolisz czegoś zimnego?

– Nie, tylko kawę…

Poszedłem do części kuchennej i zacząłem nastawiać ekspres. Psu włączył się czujnik ruchu i podreptał za mną.

– Możesz zaczynać, usłyszę cię – rzuciłem przez ramię, Jacka ode mnie dzieliło raptem jakieś trzy metry. – Mocniejsza, słabsza, ze spienionym mlekiem?

– Słabsza z mlekiem.

Wybrałem odpowiednią kapsułkę, dolałem do zasobnika mleka i podstawiłem szklankę do latte, otarłszy przedtem jej brzeg z kurzu. Bardzo powoli przyzwyczajałem się do faktu, że pewnych rzeczy, takich jak na przykład zbieranie kurzu, nikt już za mnie nie zrobi.

– Dwa dni temu, wczesnym popołudniem, przy ulicy Bandurskiego, w gabinecie terapeutycznym Mileny Korcz ujawniono zwłoki mężczyzny. Postrzał w głowę, w zasadzie w twarz, pocisk przebił kości twarzoczaszki i utkwił w mózgu, powodując natychmiastowy zgon. Ofiara trzymała w ręku pistolet. Wstępne ustalenia są takie, że broń, z której strzelano, to właśnie ta, która była w ręku ofiary. To był glock. Nie ma jeszcze wyników balistyki, eksperta przyciskali ci z dochodzeniowego, więc oceniał pocisk wyjęty z czaszki Lichoty na oko i sam przyznał, że to trochę jak wróżenie z fusów. Czyli może być różnie. Zwłoki odkrył pacjent, umówiony do Mileny na czternastą. Pukał, nikt nie odpowiadał, więc nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte, to znaczy niezamknięte na klucz. Wszedł do środka i natknął się na ciało Lichoty. Teraz pewnie, biedaczysko, będzie potrzebował następnej terapii… – Jacek pozwolił sobie na żart z czegoś, z czego nigdy nie żartował. – Wyglądało to trochę na samobójstwo, tyle że kąt strzału był dość nietypowy. Można teoretycznie założyć, że człowiek przyszedł na terapię, coś mu odbiło i postanowił się zabić na oczach kogoś, kto nie mógł mu pomóc, chociaż miał, bo po to się w takie miejsca przychodzi: po pomoc. Tylko po co mu do tego tłumik? Tak, broń była z tłumikiem, Lichota miał dłoń zaciśniętą na jej rękojeści. Jak wspomniałem, nie mamy jeszcze pełnego potwierdzenia, że pocisk, który miał w głowie, wystrzelono z tej właśnie broni, ale bez wątpienia z niej strzelano mniej więcej w krytycznym czasie. Skoro nikt w sąsiednich gabinetach nie słyszał strzału, można zakładać, że to jednak ten glock był narzędziem zbro… hmm… przyczynił się do śmierci Lichoty. Nigdzie nie znaleziono innych pocisków ani śladów po nich. Chyba że Milena również miała broń z tłumikiem…

– Co wydaje się dość głupim pomysłem – zauważyłem, przynosząc mu gotową kawę.

– Owszem. – Jacek odebrał ode mnie szklankę. – Ale nie takie rzeczy się zdarzały. I to nie był mój pomysł, to jedna zakładanych wersji śledczych. Wielu.

– Rozumiem.

– W magazynku glocka Lichoty brakowało tylko jednego naboju. Pytanie: zabójstwo czy samobójstwo pozostaje jednak otwarte. Drzwi do pomieszczenia nie były zamknięte na klucz, jak wspomniałem, żadne drzwi zresztą nie były. Na miejscu ujawniono ślady krwi oraz cieczy wodnistej oka, należące do ofiary. Oprócz nich technik zabezpieczył ślady wymiocin i moczu. To był mocz kobiety. Wymiociny też…

– Zaraz, zaraz – przerwałem mu lekko zdziwiony. – Rozumiem mocz: hormony, ja wiem, jakieś tam enzymy i tak dalej… Ale wymiociny? Chcesz mi powiedzieć, że po treści żołądka można określić płeć?

– To nie wynik badań laboratoryjnych, tylko dedukcji, Darek – powiedział sucho Jacek, patrząc na swoje dłonie. – Lichota miał pełny żołądek. Jadł tuż przed śmiercią, prawdopodobnie w McDonaldzie, niedaleko gabinetu. Między innymi jadł frytki…

– Tego akurat mógłbyś mi oszczędzić – zauważyłem. – Widzę, że znasz raport z sekcji tak dokładnie, jak ja regulamin ROD.

– Może i