Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2019

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 542 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nietykalny - Marek Stelar

Kiedy myśliwy zmienia się w zwierzynę łowną, przestają obowiązywać wszelkie reguły.

W Szczecinie grasuje seryjny morderca. Swoje ofiary zabija bardzo brutalnie, a na miejscu zbrodni zawsze zostawia coś charakterystycznego. Nazywa siebie „Nietykalnym”, a w listach rzuca wyzwanie policji. Były policjant Dariusz Suder żyje na odludziu i święty spokój, którego tak szukał, zaczyna mu nieco doskwierać. Bez zastanowienia przyjmuje więc od komendanta wojewódzkiego propozycję nieformalnego dołączenia do zespołu powołanego w KWP w celu złapania mordercy. Kiedy Suder zaczyna śledztwo, „Nietykalny” obiera go sobie na osobistego wroga. A gdy wszystkie tropy okazują się fałszywe, policjanci zdają sobie sprawę, że w tej sprawie nie obowiązują żadne reguły.

Szczecin jeszcze nigdy nie był tak mroczny…

Opinie o ebooku Nietykalny - Marek Stelar

Fragment ebooka Nietykalny - Marek Stelar

Jest wieczór, prawie noc. Brzęczenie nastawionej na milczący tryb komórki przerywa panującą w moim domu ciszę. Nagle, a przy tym jakby mimochodem zauważam, że tej ciszy jest w nim coraz więcej. Biorę telefon do ręki, odłączam kabel ładowarki i zerkam na wyświetlacz.

Odbieram.

– Dzień dobry, panie Suder – słyszę rozbawiony głos.

– Cześć… – mruczę w odpowiedzi.

– Chciałam tylko wiedzieć, czy spotkamy się w najbliższym czasie? Może jutro? Co ty na to?

Milczę. Przełykam ślinę, szykując się do powiedzenia jej tego, czego nie miałem odwagi powiedzieć w twarz wczoraj, kiedy dzieliła nas tylko wąska przestrzeń nad stolikiem w restauracji, a nie kilka kilometrów.

– To chyba nie ma sensu, Svetlana – mówię wreszcie cicho.

– Słucham?

– Mówię, że to nie ma sensu – powtarzam trochę głośniej. – Ja… Nie potrafię. I chcę być uczciwy wobec ciebie, zanim to wszystko zajdzie za daleko, rozumiesz?

– Za daleko?

– Zanim się za bardzo zaangażujesz.

Cisza. Oboje milczymy przez chwilę. Słyszę pisk paska alternatora przejeżdżającego za oknem samochodu. Sąsiadka Aśka wraca z miasta.

– A co, jeśli jest już za późno, Darek? Jeśli już się zaangażowałam? Nawet gdy to trwa tylko dwa tygodnie?

– To tym bardziej – odpowiadam bezlitośnie, ale naprawdę uważam, że tak będzie na pewno nie prościej, ale uczciwiej; jestem o tym przekonany. – Przykro mi. Nawet nie wiesz jak bardzo, ale nie zamierzam cię okłamywać ani niczego udawać. Ja po prostu nie potrafię… Już nie… I nic z tym nie zrobimy. Ani ty, ani ja. Przykro mi – powtarzam i czekam, sam nie wiedząc na co.

Svetlana jest przesympatyczną kobietą po czterdziestce. Litwinką z pochodzenia od dziecka mieszkającą w Polsce i rozwódką z odchowanymi dziećmi. Nie wiem, co odbiło jej byłemu mężowi, że ją zostawił. Jeszcze mi tego nie powiedziała, choć mogę się łatwo domyślić, nawet tego, że tamta nie ma jeszcze trzydziestki. Nie rozumiem faceta i dziwię mu się, choć nie powinienem, zważywszy na własną historię. A może jednak rozumiem, choć wciąż się dziwię. Poznaliśmy się ze Svetlaną jakiś miesiąc temu w hipermarkecie, w banalnych okolicznościach, jak to czasami bywa.

Oszczędzam jej tekstów o pozostaniu przyjaciółmi, bo za bardzo ją szanuję i lubię. Żegnamy się spokojnie i grzecznie; mówimy sobie „dobranoc” i rozłączamy się w tym samym momencie. Wiem, że będzie przeze mnie płakać, i jestem na siebie zły, że do tego doszło. Nie, nie doszło. To ja do tego dopuściłem. Ja. Pozwoliłem na to, wiedząc, że i tak mi się nie uda. Nie tym razem i zapewne żadnym następnym.

Kładę telefon na udzie i czując przez materiał spodni ciepło rozgrzanej baterii, patrzę przez okno na noc. Wiem, że jeśli kiedykolwiek spotkam Svetlanę, będzie to czysty przypadek.

Stan, w którym się znajduję od dwóch lat, sprawia, że rośnie we mnie przekonanie o czymś w rodzaju własnej wyjątkowości. Nie powodowanej posiadaniem nadnaturalnej mocy sprawiania czegokolwiek: cudu czy katastrofy, nic w tym rodzaju. To niedefiniowalne uczucie. Coś nadprzyrodzonego, ale rozrzedzonego wrodzonym sceptycyzmem. Jak wiara w Boga złamana tragedią wykluczającą swoją potwornością Jego istnienie. Jak stąpanie po twardej ziemi, kiedy wdeptujesz w kałużę i widząc odbijające się w niej niebo i chmury, przez ułamek sekundy nie wiesz, gdzie jesteś… Lekka dezorientacja, powątpiewanie w stan swoich zmysłów. Nie wiem, czy ma to związek z moim cierpieniem, czy nie. Milena powiedziałaby, że to naturalne w moim wieku i przy bagażu moich doświadczeń. Możliwe. To pewnie dlatego coraz częściej myślę o śmierci, choć nie jestem jeszcze stary ani bardzo chory, pomijając kawałek metalu w głowie. Coraz częściej w snach widzę coś ciemnego i nieokreślonego, jak otchłań, która kiedyś zabrała mi żonę i córkę i w której teraz zanurzają się moje senne marzenia. I ta otchłań pochłania je, wsysa jak czarna dziura wszelką materię, a ja budzę się ze ściśniętym sercem i szumem w głowie, nie pamiętając nawet, co mi się przed chwilą śniło. Może powinienem iść do lekarza i zacząć brać jakieś leki czy coś…

Przecież nie da się przewidzieć okoliczności własnej śmierci. Wiem to. Wiem to, ale wiedzieć to jedno, a czuć to zupełnie co innego…

I

POLOWANIE

1

Jacek Mołczun umarł w sobotę. Umarł niespodziewanie dla wszystkich, samotnie, w swoim mieszkaniu, równie pustym jak moja altana na działkach w Bartoszewie. Umarł we śnie, a przynajmniej tak lekarz pogotowia powiedział jego sąsiadce. Cieszyło mnie to, o ile w ogóle śmierć może kogokolwiek cieszyć. Dobrze, że Jackowi przydarzyła się, kiedy spał; dobrze, że niczego nie czuł, że się nie bał… Po prostu zasnął, być może myśląc o następnym dniu, planując, co zrobi, a czego nie, a potem się po prostu nie obudził, bo przeszedł na drugą stronę. Bez strachu, bez cierpienia, w nieświadomości. Zasłużył na to. Zasłużył na dobrą śmierć, choćby w nagrodę za to, jakie miał życie przez ostatnich parę lat. A po tamtej stronie czekała już na Jacka jego żona. Zmarła kilka tygodni wcześniej, choć jej droga do miejsca, skąd się nie wraca, była pełna cierpienia i bólu. Ona również na nie nie zasłużyła, ale tak się złożyło, że doświadczyła w nadmiarze i cierpienia, i bólu, co nie zawsze jest przecież tożsame. Jacek starał się jej ulżyć, ale i towarzyszyć. Z tą ulgą bywało różnie, więc towarzyszenie Irce w cierpieniu i bólu było jedynym, co mógł zrobić, choć od lat miał wątpliwości, czy to jej w czymkolwiek pomaga. Irka twierdziła, że tak, potem nie mogła już mówić, tylko słuchać i patrzeć. Jacek wspomniał przy jakiejś okazji, że to towarzyszenie jej pomaga przynajmniej jemu. Odrobinę. Tak twierdził.

A potem umarł.

Znam wiele osób, które powiedziałyby, że Irka pociągnęła go za sobą w zaświaty. Nie zgadzam się. Nikt nikogo nigdzie nie ciągnął. Oni po prostu najzwyczajniej w świecie zmarli i tak się złożyło, że to stało się w krótkim odstępie czasu. Doszło do tego przypadkiem. Tak jak przypadkiem jeden pocisk ominął najważniejsze struktury mojego mózgu, pozostawiając mnie przy życiu, a kilka innych pocisków przerwało życie moich najbliższych.

Po prostu stało się.

– Szkoda chłopa – powiedział ktoś.

Nie wiedziałem kto, bo stał z tyłu, schowany wśród żałobników otaczających świeżo rozkopany grób. Była środa, od śmierci Jacka upłynęły cztery dni. Jakieś pięćdziesiąt osób zgromadziło się na Cmentarzu Centralnym wokół tego grobu w pełnej szacunku wobec śmierci ciszy. Wszędzie wokół rozkwitała wiosna, a my wszyscy, zamiast się nią cieszyć i rozkoszować, przyglądaliśmy się, jak ksiądz strząsa z łopatki grudki żółtej, zbrylonej ziemi. Wpadały do prostokątnego dołu otoczonego zielonymi płachtami sztucznej trawy i kończyły swój lot, uderzając z głuchym stukiem w wieko trumny, która zniknęła w nim chwilę wcześniej. Niecały miesiąc temu dokładnie tu, gdzie stałem teraz ja, stał Jacek, przyglądając się, jak w takiej samej dziurze, w tym samym miejscu, znika urna z prochami jego żony. A jakieś dwieście metrów stąd w kierunku starego wiatraka znajdował się inny grób. Grób mojej żony i mojej córki.

– Szkoda chłopa… – powtórzył ów ktoś po chwili.

Miał rację.

Kiedy nad Jackiem zamknęła się ziemia, wszystko się skończyło. Stałem jeszcze przez chwilę przed kopcem, wpatrując się w wiszącą na krzyżu tabliczkę z imieniem, nazwiskiem i dwiema, jedynymi istotnymi w życiu człowieka datami, kiedy nagle poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Zesztywniałem odrobinę. Nie lubię tego. Nie lubię, kiedy ktoś, w dodatku z zaskoczenia, narusza moją osobistą przestrzeń. Odwróciłem się i zobaczyłem Bartochę, komendanta wojewódzkiego. Wiedziałem, kim jest, ale nie znałem go osobiście; nastał po Szewczyku już po moim postrzeleniu i po aferze z Mileną.

Nie miał na sobie munduru, zresztą niemal wszyscy byli po cywilnemu. To nie był pogrzeb policjanta zabitego na służbie, tylko pożegnanie dobrego kolegi, z którym pracowało się od kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat. Bartocha był wyższy ode mnie, szczupły i szpakowaty. Włosy miał sztywne i dość długie, układały się w fale założone za uszy, kończyły odrobinę za nisko na karku i wyglądały jak włókna, którymi wypełnione są maskotki. Ciemne brwi nad głęboko osadzonymi brązowymi oczami niemal łączyły się nad nasadą lekko garbatego nosa, a wąskie usta niczym zdecydowana krecha postawiona czerwonym pastelem olejnym przecinały dół pociągłej twarzy.

Kiedy Bartocha napotkał mój wzrok, zdjął rękę z mojego ramienia. Nie był zmieszany, po prostu zabrał dłoń, schował ją za siebie, gdzie zapewne połączyła się z drugą, i zagaił ciepłym, spokojnym głosem:

– Dzień dobry, panie Darku. Jerzy Bartocha, komendant wojewódzki.

– Wiem, panie komendancie – odparłem, też spokojnie. – Dzień dobry.

– Proszę przyjąć moje kondolencje. Zdaje się, że byliście z inspektorem Mołczunem dość bliskimi przyjaciółmi. Tak przynajmniej słyszałem…

Pokiwałem w milczeniu głową. Nie wyprowadziłem go z błędu. Jacek i ja byliśmy kumplami. Dobrymi i sprawdzonymi, łączyło nas wiele, zarówno dobrego, jak i złego, choć nigdy nie nazywaliśmy siebie przyjaciółmi. Mieliśmy osobne życia, inne charaktery, ale mimo to wspieraliśmy się wzajemnie w ciężkich chwilach, których obaj w życiu doświadczyliśmy całkiem sporo. Definiowanie naszej relacji nie było nam tak naprawdę do niczego potrzebne. Ale w jednym Bartocha miał rację. Byliśmy z Jackiem blisko. Do zeszłej soboty.

Ruszyliśmy przed siebie niemal równocześnie i szliśmy wolnym krokiem, mijani przez pracowników komendy wojewódzkiej. Niektórzy kiwali nam w milczeniu głowami i szli dalej, wracając do swoich spraw i swojego życia, zostawiając za sobą Mołczuna, a zabierając tylko wspomnienie o nim, które w miarę upływu czasu będzie blaknąć jak klisza w świetle dnia. Obejrzałem się jeszcze na grób Jacka i Irki, a potem wystawiłem twarz do słońca, jakbym chciał ciepłem jego promieni ogrzać kawałek metalu w swojej głowie, który w końcu miał mnie zaprowadzić tam, gdzie był teraz Jacek. Wyszliśmy na szeroką asfaltową ścieżkę między kwaterami. Bartocha, wciąż z rękami założonymi z tyłu, kroczył obok mnie, patrząc pod nogi. Poły lekkiego, jasnego trencza powiewały wokół jego kolan. Wiaterek był chłodny, podobnie jak wczorajszy deszcz, tylko słońce pozwalało mieć nadzieję, że ten chłód w końcu zniknie, a wiosna przyjdzie na dobre. Tak zimnego maja nie było od lat, nawet zieleń świeżych liści mniej cieszyła oko i duszę.

– Chciałbym pana zaprosić na rozmowę – powiedział w końcu komendant, zerkając na zegarek. – Najlepiej przy obiedzie, bo to już ta pora. Zgodzi się pan?

– O czym chciałby pan ze mną porozmawiać? – zapytałem zdziwiony i lekko zaniepokojony.

– Chciałbym omówić z panem pewną sprawę, a potem złożyć propozycję.

– Propozycję nie do odrzucenia? – Zerknąłem na niego.

– Nie, skąd… – Wzruszył ramionami, nie patrząc na mnie, tylko na czubki swoich butów. – To od pana zależy, czy pan ją przyjmie, czy nie. Nie będę nalegał. No, może trochę, ale w granicach przyzwoitości.

– Co to za propozycja?

– Wolałbym nie mówić o tym… – rozejrzał się – …tutaj.

Wszyscy żałobnicy już poszli, byliśmy sami. Przystanąłem na chwilę. Bartocha uznał to chyba za objaw niezdecydowania. Może i słusznie.

– Nie ma pan chyba teraz za wiele na głowie? – zapytał, zerkając na mnie spod lekko zmarszczonych brwi.

Jego słowa bez wątpliwości świadczyły o przekonaniu, że policyjny rencista jest bezużyteczny i nie ma zupełnie nic do roboty. Gdyby tak nie było, sformułowałby pytanie nieco inaczej. To zadane przed chwilą już zawierało odpowiedź, której udzielił sobie sam. Nie jestem przewrażliwiony, ale trochę zabolało. Leciutko, ale zawsze.

– Szczerze mówiąc, panie komendancie, mam. Mnóstwo. Muszę skosić trawnik – powiedziałem tonem koszmarnie zmęczonego człowieka.

Spojrzałem w bok, na zbiegające się w perspektywie rzędy żołnierskich grobów. Leżeli w nich chłopcy zabrani z kołchozów i szkół rzuceni w wir wojny, który ich pochłonął. Leżeli w nich wyrwani z obozów młodzi ludzie zamieszkujący kiedyś Rzeczpospolitą, których jedynym dziś przewinieniem było to, że wywieziono ich na wschód, a nie na zachód. Leżeli żołnierze polscy, ale z tej złej Polski, i radzieccy, których dziś zwano sowieckimi, jakby to stanowiło jakąś istotną różnicę. Patrzyłem na wodny pióropusz fontanny prześwitujący między grzebieniami pomnika zwycięstwa i na kaplicę zamykającą oś kompozycyjną cmentarza, zwieszając ramiona w geście potwierdzającym ton głosu.

– Ale trawnikowi chyba nie zaszkodzi, jeśli skosi pan go dwie godziny później? Czy nawet jutro? – zapytał Bartocha.

Ożywiłem się nagle, moje ramiona uniosły się odrobinę, a głos nabrał mocy.

– Z pewnością nie – odparłem.

– To cieszę się niezmiernie. – Wąskie usta komendanta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. – Zapraszam zatem na obiad.

Też się cieszyłem. Nie cierpię kosić trawnika. Po prostu nienawidzę.

* * *

Omawianie pewnych spraw przy jedzeniu jest od dawna najzupełniej naturalne dla człowieka, będąc swego rodzaju rytuałem wprowadzonym w życie po to, by uprzyjemnić sobie przekazywanie różnych, nie zawsze pomyślnych wieści. Przeliczyłem się, sądząc, że Bartocha zabierze mnie na obiad do jakiejś znanej restauracji. Kiedy wsiadaliśmy do jego służbowej skody przy głównej bramie cmentarza, nie powiedział kierowcy, dokąd ma jechać. Dziesięć minut później byliśmy pod Urzędem Wojewódzkim. Jak się okazało, w przeciwieństwie do komendy wojewódzkiej znajdował się tam przybytek o nazwie „Bonus Gustus”, coś pomiędzy barem a restauracją. Niedookreślenie wynikało z faktu, że obiad można było zamówić na dwa sposoby: albo podchodząc do kontuaru, albo czekając grzecznie przy stoliku. Bartocha bez wahania wybrał ten pierwszy sposób, być może w przeciwieństwie do mnie bywał tu wcześniej. Stanęliśmy przy kontuarze, przy którym pojawił się po chwili zwalisty mężczyzna o melancholijnym spojrzeniu. Zarówno głowę, jak i dół twarzy porastała identyczna, gęsta, mieniąca się srebrzystym połyskiem szczecina. Zerknęliśmy na leżące na blacie menu z daniami dnia na cały tydzień. Na środę przewidziano pieczeń z ziemniakami albo frytkami oraz buraczki. Ewentualnie filet z kurczaka, też z ziemniakami, ale bez buraczków, tylko z sałatką wielowarzywną. Dania niezbyt wyszukane, ale domowe, sprawdzone i smaczne. Oraz tanie i z kompotem w zestawie. Zamówiliśmy obaj wersję numer jeden, solidarnie rezygnując z zupy, a komendant uparł się, żeby zapłacić również za mnie.

– W końcu umówiliśmy się, że ja zapraszam, prawda? – powiedział, a mnie nie pozostało nic innego, jak tylko się zgodzić.

Zabraliśmy z kontuaru szklanki z kompotem wiśniowym i usiedliśmy przy małym kwadratowym stoliku pod ścianą niedaleko okna wychodzącego na wewnętrzny dziedziniec. Siedzieliśmy tak oddzieleni szklankami z czerwonym płynem oraz koszykiem ze sztućcami i patrzyliśmy na siebie oparci łokciami o blat.

W odróżnieniu od Szewczyka, który moim zdaniem był facetem średnio inteligentnym, choć bez wątpienia oczytanym i ze sporą wiedzą, Bartocha robił na mnie wrażenie intelektualisty. Nie pasował na stanowisko wymagające mocnych pleców i giętkiego karku, ale równocześnie zdecydowania, mocnych nerwów i umiejętności zarządzania nie tylko zasobami ludzkimi. Wyglądał na spokojnego, pewnego siebie człowieka, opanowanego, o ruchach oszczędnych, wręcz dystyngowanych. Pasował do pokrytego żakardem fotela, marmurowego kominka z polanami trzaskającymi w ogniu i tomiku wierszy Baudelaire’a czytanymi w oryginale przy migotliwym świetle. W czasie luźnej, niezobowiązującej pogawędki, którą toczyliśmy w samochodzie, jadąc tutaj, z ust Bartochy nie padło ani jedno słowo powszechnie uważane za obelżywe czy wulgarne. To o czymś świadczyło.

– Nie brakuje panu adrenaliny? – zapytał nagle. – Poczucia, że coś się dzieje? Że gdzieś pana brakuje, a najbardziej właśnie tam, gdzie coś się dzieje?

– W ostatnim czasie nie narzekałem na brak wrażeń – mruknąłem.

Ale komendant miał trochę racji. Ten „ostatni czas”, o którym wspomniałem, skończył się już dość dawno. Prawie rok temu.

– Taak, słyszałem. – Bartocha obejrzał się przez ramię i popatrzył w okno, wyciągając długą szyję w jego stronę. – Między innymi dlatego chciałem z panem porozmawiać. Ze względu na te… wrażenia, jak pan to określił.

Zacząłem zastanawiać się, czy znów wróci kwestia zaginionych z domu Marty Kielan pieniędzy, do czego lubił nawiązywać co jakiś czas Jacek. Ale nie o to chodziło. Na szczęście. W końcu one nie zaginęły, tylko je ukradłem.

– Wie pan… – komendant ponownie spojrzał mi w twarz – … ta pana historia z komisarz Kielan i resztą wraca co jakiś czas w opowieściach. W komendzie, wśród moich znajomych… To zrozumiałe, nie co dzień zdarza się coś takiego. Wraca i to nawet, proszę wybaczyć, nie w aspekcie pańskiej tragedii… ludzie mówią o tym, co stało się potem. Jak pan odkrył, kto za tym stoi…

– Minęło trochę czasu – mruknąłem, dając mu do zrozumienia, że ten czas trochę wyleczył rany, a ja doszedłem jakoś do siebie.

Nauczyłem się jakoś żyć po nowemu. To tyle, jeśli chodzi o aspekt mojej osobistej tragedii.

– Zdaję sobie sprawę, że niewiele osób potrafi zrozumieć taką stratę. – Bartocha pokiwał głową. – Ja również nie potrafię. Ale chodzi mi o to, że ktoś zupełnie bez doświadczenia w tym zakresie przeprowadza dochodzenie, nie dysponując przy tym praktycznie żadnymi specjalistycznymi środkami. Ani ludźmi…

Tu Bartocha trochę się mylił. Miałem do dyspozycji ludzi. Pomagali mi, często nieświadomie, ale bez nich stanąłbym w miejscu już na samym początku i pewnie stałbym w nim po dziś dzień.

– Dochodzenie zakończone sukcesem. Majstersztyk. A potem znowu, z tym złotem tego świadka koronnego z Gdańska…

– Maziarza – podpowiedziałem.

– Właśnie. – Komendant pokiwał głową, chyba z uznaniem. – Co prawda nie odkrył pan, kto chciał zabić jego żonę, ale to, co pan osiągnął, również można zaliczyć do pańskich sukcesów. I to spektakularnych, biorąc pod uwagę wartość tego znaleziska. Bez wątpienia…

Pomyślałem ciepło o Milenie. Tęskniłem za nią czasem. Za nią, zapachem jej ciała, miękką skórą, krótką grzywką opadającą na oczy i gestem strząsania jej z czoła bez pomocy rąk. Tęskniłem nawet za małym Kosmą, jej synem. I tu Bartocha znów się mylił. Odkryłem, kto stał za zamachem na Milenę, choć nie wiedział o tym nikt, z wyjątkiem jej, mnie i zleceniodawcy tego zamachu.

Nagle pojawiła się obok nas przepasana kuchennym fartuszkiem kobieta. W rękach miała talerze; postawiła je przed nami, życząc „smacznego” i to była ta restauracyjna część „Bonusa”. Pieczeń i purée z ziemniaków pływały w gęstym sosie razem z kilkoma plasterkami pieczarek, buraczki oparły się powodzi jak bobrza zapora na rzece. Zapach był bardzo obiecujący, a czas reakcji na zamówienie imponujący. Spodobał mi się ten lokalowy miks.

– Nie będę robił z siebie Holmesa, panie komendancie – powiedziałem, biorąc do ręki widelec i dziabiąc ziemniaki. – Trzeba uczciwie przyznać, że miałem trochę szczęścia. A może nawet więcej niż trochę.

– Możliwe. – Bartocha zrobił z ziemniakami to samo co ja, wyciskając w nich zgrabny dołek, który natychmiast wypełnił się brązowym sosem. – A nawet całkiem prawdopodobne. To też brałem pod uwagę. Dlatego właśnie pomyślałem, że złożę panu propozycję, o której wspominałem na cmentarzu. I zanim pomyśli pan, że to wszystko jest bez związku, a ja przejdę wreszcie do rzeczy, powiem coś jeszcze. Od dwóch dobrych generałów wolę jednego, który ma szczęście. Wie pan, kto to powiedział?

– Napoleon. Jemu samemu w końcu go zabrakło… Szczęścia, nie generała.

– Zgadza się, Napoleon Bonaparte. Nie będę dyskutował, czy jest sam sobie winien ostatecznej klęski, czy to przypadek, efekt motyla, czy cokolwiek innego. Coś jest w tym, co powiedział. Nawet jeśli to szczęście jest w istocie przypadkiem, szczęśliwym trafem, to nieważne: ważny jest cel, który chce się osiągnąć i który się w końcu osiąga dzięki niemu. Chodzi wyłącznie o cel. – Mlasnął cicho, ale nie zrobił tego ordynarnie, przypominał raczej smakosza delektującego się wyśmienitą potrawą. – To na razie tyle o szczęściu. A teraz do rzeczy…

Spojrzał na mnie, nabrał na widelec trochę buraczków i zanim włożył je do ust, dokończył:

– Pan wie, kto to jest „Snajper”? Nie, kim jest, oczywiście, tylko kto to jest?

Przełknąłem kęs, odłożyłem sztućce na talerz. Hmm… Chyba zaczynałem się domyślać, czemu Bartocha zamiast na przykład swojej żony czy jakiejś ładnej kobiety zaprosił na obiad właśnie mnie. Ale nie zapytałem go o to. Zawsze mogłem się mylić, wyszedłbym na idiotę, w dodatku zadufanego w sobie idiotę.

– Czasem czytuję gazety – powiedziałem, patrząc, jak komendant krzywi się, przełykając buraczki, i zapija je kompotem. – Z nudów, nie z zasady ani z jakiejś wyraźnej potrzeby. Wpadło mi w oko coś o nim.

Bartocha odstawił szklankę z kompotem, z wyraźną niechęcią wpatrując się w pływające na dnie szklanki wiśnie.

– Coś panu o nim wpadło… To może pozwoli pan, że opowiem o „Snajperze” nieco więcej, niż piszą w gazetach, może nie tyle więcej, ile na pewno coś bardziej zbliżonego do prawdy.

– Zamieniam się w słuch – powiedziałem.

Bartocha odsunął od siebie talerz, pochylił się ku mnie, znów opierając się łokciami o blat stołu i chwytając dłońmi za przedramiona. Zobaczyłem drobne kropeczki zarostu wokół jego ust i kilka włosków na prawej brwi, które rosły w przeciwną stronę niż pozostałe.

– „Snajper” to pseudonim, którym media ochrzciły działającego na terenie naszego miasta mordercę kilku osób. To na pewno pan wie. Oczywiście jest to określenie na wyrost, wymyślone w celach marketingowych, służące wyłącznie wzbudzeniu paniki, która pomoże w sprzedaży gazet i tak dalej, ale nieważne: fakt faktem, że sprawcę tak właśnie nazwano. „Snajper”…

– O ile wiem, ofiary nie zostały zastrzelone, ale zatłuczone na śmierć – przerwałem mu.

– Owszem. – Pokiwał głową. – Owszem… Nie wiadomo dokładnie czym, na pewno czymś ciężkim, w ekspertyzach była mowa o narzędziu tępokrawędzistym, ze wskazaniem na młotek. Choć oddając mediom sprawiedliwość, nazwa „Snajper” nie jest całkiem chybiona, że tak powiem.

– Naboje na miejscu zbrodni?

– Zgadza się. Nie pociski, jak piszą w gazetach i mówią w wiadomościach, tylko dziewięciomilimetrowe naboje. Nówki. Błyszczące, prosto z pudełeczka. Leżały przy każdej z ofiar, w widocznym miejscu, jakby sprawca bał się, że ktoś może ich nie zauważyć. Znak. Ktoś pismakom sprzedał tego newsa, podchwycili to i dalej poszło… Narodził się „Snajper”.

– Mamy swojego seryjnego mordercę?

– Na to wygląda. I to takiego prawdziwego „naszego”. Niestety.

Wiedziałem, co ma na myśli Bartocha, mówiąc „prawdziwy” i „nasz”. W kryminalnej historii mojego miasta czerwonymi od krwi zgłoskami zapisało się dwóch morderców uważanych za seryjnych, choć seryjnym był tylko jeden, drugiemu to miano nadali twórcy miejskich legend. Cyppek, zwany rzeźnikiem z Niebuszewa, zabił i częściowo zjadł swoją sąsiadkę. Więcej ofiar na koncie nie miał, choć z racji zawodu, jaki wykonywał, całe miasto uznało, że były ich dziesiątki; najpierw zostały sprzedane w kawałkach na targu, a potem przyrządzone i zjedzone przez niczego nieświadomych klientów. Kwaśniak, „Ręcznikowy dusiciel”, był seryjnym w latach dziewięćdziesiątych, ale nie „naszym”, bo do Szczecina zawitał raz – zgwałcił i zabił chłopca, o ile pamiętam, na osiedlu Kaliny.

Milczeliśmy przez jakiś czas, jedząc obiad. Bartocha skończył pierwszy.

– Napije się pan kawy? – zapytał, podnosząc do ust papierową serwetkę.

Pokręciłem głową. Zmiął serwetkę w małą kulkę, położył na skraju talerza, potem wstał, poszedł do kontuaru i wrócił po chwili rozmowy z panią, która wcześniej przyniosła nam obiad. Usiadł i kontynuował, podczas gdy ja kończyłem jeść swoją pieczeń i ziemniaki.

– Na razie ma na koncie trzy zabójstwa. Ofiary to mężczyzna i dwie kobiety – mieszkańcy Szczecina z wyższym wykształceniem. Po kolei: mężczyzna był lekarzem psychiatrą, jedna z kobiet sędzią sądu rejonowego, a druga kierowniczką oddziału w banku. Trochę zaskakujące powiązanie, najprawdopodobniej całkiem przypadkowe, ale jest. O ile pierwsza ofiara, mężczyzna, nie wyglądała, jakby sprawca działał na tle seksualnym, o tyle następne, kobiety, już tak. Obnażony dół zwłok, ślady nasienia na skórze i bieliźnie i tak dalej. Badania DNA śladów biologicznych nic nie dały, sprawca nie figuruje w wykazach. Wszystkie ofiary zginęły wieczorem; psychiatra wracał z pracy, nawiasem mówiąc, pracował poza Szczecinem, w domu pojawiał się w weekendy. Sędzia uprawiała jogging, a dyrektorka wychodziła z domu na kolację służbową. To tak w skrócie, żeby miał pan jakiś obraz. Wspominałem już też, że ktoś sprzedał do gazet informację o nabojach znalezionych przy ciałach ofiar. Tą osobą najprawdopodobniej musiał być któryś z naszych, zabezpieczających miejsce zbrodni. A może przeciek z prokuratury? Nie wiem. Ale jest jedna rzecz, o której media nie mają pojęcia. Wie o niej tylko kilka osób od nas i paru prokuratorów. I nie wyobrażam sobie, żeby to mogło się zmienić. Żeby to mogło wyciec. Nawet nie będę pana prosił o dyskrecję, bo to rzecz oczywista. – Wykrzywił lekko usta.

– Co to za rzecz?

– Listy.

– Listy?

– Tak, listy. On pisze do nas listy. Po każdym z zabójstw. Podpisuje je nawet. Oczywiście nie swoim nazwiskiem, ale podpisuje i to od tego podpisu pochodzi nazwa zespołu dochodzeniowego, który powołałem w komendzie. „Nietykalny”. Tak sprawca nazywa sam siebie. Nietykalny. Za takiego się najwyraźniej uważa.

Nie skomentowałem tego.

– O czym pisze? – zapytałem.

– Och, o przeróżnych rzeczach. O sobie, o morzu, o drzewach… Generalnie bełkot. Sam pan zresztą zobaczy.

A więc nie myliłem się.

– Jak to: zobaczę? – zdziwiłem się odrobinę nieszczerze, a w oczach Bartochy zobaczyłem błysk kpiny.

Wiedział, że domyśliłem się powodu, dla którego ściągnął mnie do komendy. Od początku to wiedział, a obiad był tylko pretekstem. Smacznym, z wyjątkiem buraczków, ale pretekstem.

– To właśnie jest moja propozycja – powiedział. – Chciałbym, żeby pan dołączył do tej grupy.

Roześmiałem się cicho.

– Jak pan to sobie wyobraża? – zapytałem, kręcąc z rozbawieniem głową. – Jestem rencistą, kaleką. Byłem policyjnym urzędasem, biurwą w mundurze, nie śledczym. W robocie dochodzeniowej, takiej prawdziwej, policyjnej, mam znikome doświadczenie. Nie, co ja gadam… Nie: znikome. Żadne.

Nagle pojawiła się pani z kawą dla komendanta. Kiedy stawiała filiżankę na stoliku, podziękował grzecznie, obdarzając ją uśmiechem błąkającym się po wąskich wargach. Kiedy odeszła, uśmiech wciąż na nich pozostał.

– Urzędasem, mówi pan? – Dotknął palcem spodeczka, przesuwając go odrobinę w moją stronę. – Racja, był pan urzędasem, biurwą, jeśli pan woli. Ale urzędasem, który wystawił na pośmiewisko aparat ścigania, w pojedynkę wskazując sprawców największej rzezi funkcjonariuszy policji w tym kraju. Policyjnym biurwą, który ujawnił ponad cztery miliony w złocie ukrytym w czyimś grobie przez prawie dekadę.

– Dobrze… A formalnie? Na jakiej zasadzie dołączę do zespołu formalnie?

– Wróci pan do pracy w charakterze radcy na jakąś cząstkę etatu. Nie wątpię, że badania psychologiczne wykażą, że zaangażowanie choćby w nieznacznym stopniu w pracę zawodową, jaką wykonywał pan poprzednio, pomoże w rekonwalescencji. Załatwimy to jakoś, tym proszę się nie martwić. Renty panu nie odbiorą.

– Pieniądze to nie wszystko – mruknąłem, chyba trochę niepotrzebnie, dodając po chwili jeszcze bardziej niepotrzebnie: – Nie oczekuję już zbyt wiele od życia, prawdę mówiąc.

– Sam pan widzi. – Bartocha dotknął czubkiem języka kącika warg, znów sięgnął po papierową serwetkę i starannie wytarł nią usta. – Wracając do Napoleona i szczęścia. Pan miał szczęście podczas swoich śledztw, sam pan to przyznał. Ale samym szczęściem niczego by pan nie zdziałał. Niczego. Podobnie jak ten jeden generał, który ma szczęście, nie zdziałałby wiele, gdyby nie był generałem. To oczywiste. Te dwie rzeczy się niejako dopełniają. Dlatego proszę o pomoc właśnie pana. Szczęściarza o zmyśle dochodzeniowca. Kreatywnego szczęściarza. Szczęściarza z wynikami. A wyników teraz potrzebujemy jak cholera…

Nic nie mówiłem. Komendant wziął ze spodka papierową rurkę, potrząsnął, oderwał jej koniec i wsypał zawartość do filiżanki. Patrzyłem, jak błyszczące brązowe drobinki cukru trzcinowego spływają z szelestem i toną w gęstej cieczy o barwie toffi.

– Przepraszam za tę insynuację na cmentarzu – powiedział nagle Bartocha, mieszając kawę.

– Nie rozumiem? – Uniosłem brwi.

– Z tym, że nie ma pan za wiele roboty. To nie było miłe, wiem. Widziałem to w pana oczach. Pociemniały na chwilę.

– Czyli nie jestem sukinsynem o kamiennej twarzy? – zapytałem.

– Nie. – Roześmiał się, podnosząc filiżankę.

– To czemu pan to powiedział?

Upił łyk kawy, odstawił filiżankę powolnym ruchem. Porcelana brzęknęła cicho, zawtórowała jej leżąca na spodku łyżeczka.

– Żeby to zobaczyć – powiedział.

– Jak ciemnieją mi oczy?

– Niekoniecznie ciemniejące oczy. Chciałem zobaczyć… Pazur.

– Ach, więc to był test?

– Owszem. Można tak powiedzieć.

– Zdałem go, skoro zjedliśmy obiad?

– Zgadza się. Gdybym nie zobaczył tego pazura, powiedziałbym, że skontaktuję się później, a potem bym tak jakoś zapomniał. Nie byłoby obiadu. Cóż… Więc jak brzmi pańska odpowiedź na moją propozycję? Zaznaczam, że nie mamy wiele czasu.

Spojrzałem mu w twarz.

– Cieszę się. – Wyraźnie odetchnął z ulgą, co mnie nieco zdziwiło, bo pokazywało, jak wyjątkowo mu na mojej zgodzie zależy. – Bardzo się cieszę…

Ja mimo wszystko cieszyłem się mniej. Miałem dziwne wrażenie, że znów pakuję się w coś, czego mogę później żałować.

– Dlaczego pańska radość z tego powodu jest aż tak duża? – Moje pytanie było chyba naturalne.

Bartocha spoważniał.

– Dlaczego, pyta pan? To ja panu powiem dlaczego, po prostu nie uważam tego wbrew wielu opiniom za powód do wstydu. Tu nie ma się co wstydzić, tak po prostu jest. Otóż dlatego, że przy całym zaangażowaniu wszystkich możliwych sił i środków jesteśmy w ślepym zaułku. I już. A najgorsze, że nie mamy dokąd pójść. Tkwimy w nim nawet nie jak w zaułku, bo tam zawsze można zawrócić i się z niego wycofać, tylko jak Puchatek w norze Królika; ani wte, ani wewte. Utknęliśmy. Mam wrażenie, że w chwili obecnej sprowadza się to do jednego: czekamy, aż Nietykalny znów uderzy, znów kogoś zabije, licząc na to, że tym razem popełni jakiś błąd, na którym go przyłapiemy i który w konsekwencji do niego nas doprowadzi. A to nie jest dobry sposób, bo to tak, jakbyśmy godzili się na następną śmierć. I na to zgody nie może być. Co, jeśli następną ofiarą będzie ktoś z naszych bliskich? No właśnie, kto to może wiedzieć… I dlatego chwytam się dziwnych, niekonwencjonalnych sposobów, takich jak zwracanie się z prośbą o pomoc do de factocywila, który nie ma już z policją nic wspólnego. Robię to, narażając się na niewybredne komentarze moich ludzi, prokuratora i nie wiem kogo jeszcze, oby nie było ich za dużo; i tych komentarzy, i tych osób. Ale robię to z bardzo ważnego powodu. Wie pan, jaki to powód? Wie pan. Wspomniałem już o tym. To cel. Uważam po prostu, że w tym konkretnym wypadku cel uświęca środki. A cel mamy jeden: dorwać sukinsyna, zanim znów kogoś zabije. Środek służący osiągnięciu owego celu; środek w postaci zatrudnienia do pomocy byłego policjanta, sam pan przyzna, nie jest aż tak bardzo kontrowersyjny, prawda? Nie zwracam się do wróża, jasnowidza ani znanego detektywa bez licencji, tylko do ekspolicjanta, jednego z nas. Może ubodzie to czyjąś dumę, może kiedyś nawet obróci się przeciwko mnie i ktoś to wykorzysta w walce o stołek jako przejaw mojej niekompetencji, zwłaszcza w obecnej sytuacji politycznej, ale mam to gdzieś, rozumie pan? Gdzieś. Najważniejsze jest coś innego. Najważniejsze jest schwytanie Nietykalnego. Teraz. Jak najszybciej. I tylko to się liczy. Teraz już pan wie, dlaczego tak bardzo cieszę się, że pan się zgodził. To co, zapraszam na Małopolską?

– Tak od razu? – zapytałem, choć tym razem moje pytanie pozbawione było sensu, zwłaszcza wobec tego, co usłyszałem przed chwilą.

Nie popisałem się. Ale Bartocha nic nie powiedział. Lekko się uśmiechnął i wstał. Zrobiłem to samo i przysunąłem krzesło do stolika. Okienko w ścianie, przez które zobaczyłem panią wycierającą naczynia, wywołało u mnie odruch bywalca baru mlecznego; chciałem wziąć talerze, na których zostały wyłącznie buraczki, i odnieść je na zmywak.

– Niech pan zostawi – mruknął komendant. – To jednak bardziej restauracja niż bar. Nie pogniewają się, jak pan ich nie odniesie.

2

– Na początek spotka się pan z komisarzem Rędzią – powiedział Bartocha, kiedy szliśmy już korytarzem na pierwszym piętrze komendy wojewódzkiej. – On kieruje grupą „Nietykalny” i to on wprowadzi pana w sprawę, a potem pozna z resztą chłopaków. Odbyłem z nim już rozmowę na pański temat, choć nie miałem oczywiście pewności, a jedynie nadzieję, że pan przyjmie moją propozycję. Sam pan rozumie, mamy mało czasu, a nie chciałem go zaskakiwać, to by nie było zbyt rozsądne. Rozmowa z Rędzią odbyła się przedwczoraj, miał więc chwilę, żeby przemyśleć zasady współpracy. Widzi pan, zdaję sobie sprawę, że on może nie być zadowolony. Ale szczerze mówiąc, mało mnie to interesuje. Nie życzę sobie tarć między wami, co już mu oznajmiłem, a teraz oznajmiam panu. Nie jestem waszym tatusiem, nie chcę sytuacji, w których zgłosicie się do mnie, żebym rozstrzygał spory, nazwijmy je kompetencyjnymi. On jest szefem, pan jest ciałem doradczym; na nietypowych zasadach, ale jednak doradczym, to nie podlega dyskusji. Chodzi mi o to, że nie chciałbym, żeby na waszej współpracy położył się jakikolwiek cień. Rędzia to twardy zawodnik, pan z tego, co wiem, też nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Jesteście filarami tego zespołu. Nie wyobrażam sobie, żeby on nie brał pod uwagę pańskich sugestii wyłącznie z powodu niezadowolenia z faktu, że ktoś mu doczepił piąte koło do wozu. To wy razem i reszta jesteście tym wozem, a wszelkie tarcia w zespole mogą uderzyć w nas rykoszetem, skutkując opóźnieniami, a w konsekwencji śmiercią kolejnej Bogu ducha winnej osoby. Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno?

Pokiwałem głową. Słuchałem słów komendanta i naszych rytmicznych kroków, zachłannie wpatrując się w posadzkę, ściany i sklepienia. Nie do wiary, jak szybko zapominamy miejsca, do których przywykliśmy, w których spędziliśmy kawał życia i które traktowaliśmy niemal jak swoje. Nie byłem tu z rok, może półtora, nie było sensu przypominać sobie, kiedy po raz ostatni odwiedziłem te mury. Kiedy trwała jeszcze afera z Bogutowiczem i Martą? Nie, przecież później urządziłem pożegnanie; Zakrzewski, zastępca komendanta odpowiadający za sprawy gospodarcze i zaopatrzeniowe, udostępnił mi nawet salę odpraw z pruskim orłem spadającym z sufitu, bym mógł pożegnać się i zostać pożegnany godnie i z fantazją… Podczas kolejnej afery, z Mileną, podrabiałem tu policyjne plomby. A jeszcze później? Nie pamiętałem… Teraz zerkałem w widoki za mijanymi oknami, wdychałem zapach starego, choć odświeżonego budynku i przypominałem sobie ludzi, zdarzenia i chwile. To było dziwne uczucie. Napawające smutkiem.

Bartocha przystanął nagle przed jakimiś drzwiami i otworzył je.

– Zapraszam, oto kwatera główna zespołu.

Weszliśmy do środka. Kwatera główna zespołu „Nietykalny” wyglądała jak typowy pokój służbowy w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Ciasny, zagracony, były nawet rośliny – dwie rachityczne draceny. Nic się nie zmieniło, odkąd byłem tu ostatni raz, nawet kolor ścian. No, może z wyjątkiem tego, że brakowało Heni i mojego następcy na stanowisku szefa Zespołu do spraw Międzynarodowej Współpracy Policji. Pokój, do którego weszliśmy, był sekretariatem mojego dawnego gabinetu. Sam gabinet zobaczyłem przez otwarte drzwi łączące oba pomieszczenia. Coś mnie ścisnęło za gardło. Musiałem odchrząknąć.

– Pan wiedział? – zapytałem Bartochę, odwracając się do niego.

– O czym? – zdziwił się.

– Nie, nic. – Machnąłem ręką. – Nieważne.

Zamiast Heńki za biurkiem pod oknem siedział jakiś facet, zapewne komisarz Rędzia. Siedział tyłem do okna, na jego jasnym tle, więc nie widziałem go wyraźnie. Wróciły wspomnienia. Taki widok miałem zawsze wtedy, gdy wchodziłem do sekretariatu. Z tą różnicą, że ciemna postać na tle okna była korpulentna i miała na głowie drobno kręconą trwałą. Z lekkim wahaniem podszedłem do biurka. Facet wstał, z takim samym wahaniem, i teraz zobaczyłem go lepiej. Patrzyliśmy przez chwilę na siebie. Nie, nie patrzyliśmy; raczej obserwowaliśmy się jak dwoje zwierząt tego samego gatunku, które właśnie spotkały się w zoo na wspólnym wybiegu. Jedno było starym mieszkańcem, drugie właśnie przywieziono z innego ogrodu zoologicznego. A teraz miały dzielić przestrzeń, którą zajmowało wcześniej tylko jedno.

– To ja uciekam. – Komendant podszedł do drzwi i położył ręką na klamce, nie otwierając ich. – Zostawiam was samych, pogadacie sobie, wyjaśnicie wszystko. A pan, panie Darku, jutro zgłosi się do kadr, dziewczyny wszystko przygotują. Miło było pana poznać. Życzę powodzenia. Panu, komisarzowi Rędzi i sobie również. Nam wszystkim go życzę. – Nacisnął klamkę, otworzył drzwi i przekroczył próg, ale zanim całkiem zniknął nam z oczu, odwrócił się jeszcze i dodał cicho: – Zamknijcie tę sprawę jak najszybciej. To oczywiście nie jest polecenie służbowe ani rozkaz. To prośba, ale bardzo gorąca. Na razie.

I wyszedł. Obaj z Rędzią spojrzeliśmy na drzwi z lekkim zaskoczeniem. Uznałem wybieg komendanta Bartochy za bardzo udany. Miałem sądzić, że każe nam podać sobie rączki i grzecznie się bawić? Chyba postąpił najlepiej, jak mógł. Niech się chłopcy sami dogadują…

Komisarz Rędzia miał jakieś czterdzieści kilka lat, był nieco niższy ode mnie, ważył około osiemdziesięciu kilogramów, miał króciuteńkie, przerzedzone na czubku głowy włosy bez śladu siwizny i miłą, wzbudzającą zaufanie twarz. Z doświadczenia wiedziałem, że często takie wrażenie odbierane na podstawie rysów twarzy może być mylne, i to bardzo. Ale taką twarz miał: okrągłą, ale nie pyzatą, z szerokim, lekko przekrzywionym nosem i ciepłym spojrzeniem oczu o kolorze trudnym do określenia. Były raczej ciemne. Takie ciepłe spojrzenia także w przeszłości mylnie interpretowałem. Okoliczności, w jakich znajdowaliśmy się obaj obecnie, z pewnością nie były właściwe ku temu, by mnie takim spojrzeniem zaszczycić, co mogło oznaczać jedno; to też mogło być wrażenie. Mylne.

Wyciągnąłem rękę i powiedziałem po prostu:

– Darek.

Chwycił ją i oddał uścisk, jednak ostrożnie i zachowawczo.

– Tomek.

Postaliśmy tak przez chwilę, patrząc sobie w oczy jak bokserzy podczas ważenia. Puściliśmy swoje dłonie w tym samym momencie. Przypadkowy remis. Rędzia odwrócił się i mruknął:

– Zapraszam.

Wszedł do mojego dawnego gabinetu, a ja poszedłem za nim.

– Pokażę ci akta sprawy i omówimy… – zaczął sucho.

– Poczekaj – przerwałem mu. – Najpierw załatwmy sprawy formalne. Usiądziemy?

Usiedliśmy. Rędzia na moim dawnym miejscu, ja pod ścianą. To też było dziwne uczucie.

– Posłuchaj – zacząłem powoli, ważąc każde słowo. – Obaj wiemy, że sytuacja z twojego punktu widzenia może być trochę niezręczna. Nie mam pojęcia, czy uważasz mnie za przydupasa komendanta, który będzie mu donosił o każdym twoim posunięciu, czy może za przejaw braku jego zaufania do ciebie albo element jakiejś większej personalnej rozgrywki, jakie w przeszłości widywałem w tym miejscu i nie tylko w tym. Nie wiem tego. Wiem tylko, że komendant z pewnych względów, o których ci pewnie przedwczoraj powiedział, poprosił mnie o pomoc, a ja się zgodziłem. Z nudów, z braku mocnych wrażeń, z głupoty, nie wiem, ale się zgodziłem, choć mam świadomość własnej słabości, a przede wszystkim braku doświadczenia. Przyznaję się do tego, licząc, nie ukrywam, że taka samokrytyczna postawa powinna nieco podnieść moją ocenę w twoich oczach. A jeśli jednak nie podniesie, to trudno, będę musiał z tym jakoś żyć… Dodam również, że nie miałem nigdy problemów z pracą w zespole, czy to jako jego szeregowy członek, czy szef. I zawsze, podkreślam: zawsze znałem swoje miejsce w szeregu. Wyraziłem się jasno? Pytam poważnie; jeśli masz jeszcze jakieś wątpliwości, to podziel się nimi ze mną, a ja je rozwieję. Po prostu. Nie znoszę niejasnych sytuacji. Nic mnie tak nie wkurwia jak zamotana relacja z człowiekiem, z którym mam pracować.

Rędzia siedział rozparty w fotelu, kręcąc się lekko, i przypatrywał mi się spod półprzymkniętych powiek. Nagle zerwał się, wyprostował i oparł o biurko. To samo, przy którym kiedyś siedziałem ja. Był na nim jeszcze mały ślad w postaci niewielkiego, kolistego spuchnięcia, które powstało na okleinie, gdy w pudełku po landrynkach paliłem wizytówkę firmy wynajmującej butle z gazami technicznymi. Wszystko dookoła przypominało mi minione momenty życia…

– W porządku. – Głos Rędzi był mocniejszy niż do tej pory, komisarz nie mruczał już pod nosem. – Przyjmuję do wiadomości. Wątpliwości brak; myślę, że na tym etapie naszej współpracy rozwiałeś je, a jeśli pojawią się nowe, nie omieszkam cię o tym poinformować. I żeby było jasne: nie uważam cię za przydupasa starego. Nie sądzę, żebyś był również przejawem jago braku zaufania do mnie, bo inaczej już by mnie wypieprzył z „Nietykalnego”, tak byłoby chyba najprościej, prawda? Jesteś po prostu jeszcze jednym członkiem zespołu, takim samym jak pozostali, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie będę cię prosił o zrobienie pewnych rzeczy związanych z… Nie wiem, jakimś ryzykiem czy wysiłkiem.

– Mówisz o tym? – Wskazałem bliznę na swojej głowie.

– Tak, o tym. – Spojrzał na nią z ciekawością, nawet się z tym nie kryjąc.

I, szczerze mówiąc, nawet mi to nie przeszkadzało. Wolałem to niż ukradkowe zerknięcia, przed którymi nie mogą powstrzymać się ludzie, kiedy myślą, że nie widzę.

– Okej – powiedziałem po prostu. – W porządku.

– Jak duże jest ryzyko? – zapytał.

– Mówisz o nagłych komplikacjach z powodu kuli?

Pokiwał głową.

– Słyszałem, że to trochę jak tykająca bomba?

– Coś w tym stylu – potwierdziłem. – Ale dokładnie nie wiem, jakie jest ryzyko. Nikt nie wie. Na razie nie ma problemu; z wyjątkiem sporadycznych bólów albo lekkich zawrotów głowy brak innych, fizycznych dolegliwości. A co?

– Nic. Zastanawiam się, jak bardzo angażować cię w to śledztwo. Czy będziesz siedział z nami tu, w KWP, i po prostu ślęczał nad papierami, czy będziesz również jeździł z nami, czasem w środku nocy, bo i tak bywa…

– Chciałbym, żebyś zaangażował mnie w to śledztwo na tyle, na ile się da. Na sto procent. Nie mam żadnych zobowiązań ani rodziny, obowiązków domowych i tak dalej. Nawet psa już nie mam. Dlatego idę na całość. Jak już coś robić, to porządnie. Więc wysiłek może niekoniecznie, ale ryzyko jak najbardziej. Może być?

– Może być. W końcu jesteś dorosły i odpowiadasz sam za siebie. Ale będę szczery: głupio by było, gdybyś nagle kojfnął gdzieś przy biurku albo na ulicy. Nieważne gdzie, ale podczas pracy, rozumiesz? Nie jestem pewien, czy stary zdaje sobie z tego sprawę, że jakby co, będą kłopoty. Kto dopuścił cię do służby i tak dalej… Jak sam wiesz, czasem odpowiedzialność za pewne rzeczy się rozmywa i trudno wtedy znaleźć kogoś, na kogo powinno się ją zrzucić, czy może raczej: kto powinien przyjąć jej brzemię. I w takich wypadkach znajduje się kozła ofiarnego…

– Podoba mi się twoja bezpośredniość i szczerość, to po pierwsze – powiedziałem i uśmiechnąłem się do niego, bo to była prawda. – Po drugie: nawet jeśli coś takiego, tfu, tfu, się zdarzy, nie będzie nikogo, kto ewentualnie miałby o to pretensje. Ani do policji generalnie, ani do ciebie w szczególności. Jak wspomniałem przed chwilą, jestem sam jak palec. A śmierć w pracy, śmierć z przyczyn naturalnych, zdarza się, po prostu. I nie jestem w czynnej służbie. I nigdy nie będę. Więc twoje obawy o zostanie kozłem ofiarnym są nieco na wyrost. Przekonałem cię?

– Powiedzmy. – Skrzywił się.

– To na razie poprzestańmy na tym. Jakby co, będziemy się martwić później, bo zdaje się, że jest coś pilniejszego do roboty?

– Zgadza się. A skoro sprawy formalne mamy już załatwione, to faktycznie przejdźmy do rzeczy. Nasz zespół liczy na stałe trzy, a od dziś cztery osoby. To trzon. Mamy priorytet, możemy zlecać uzyskiwanie informacji, mamy natychmiastowy dostęp do baz i tak dalej. Jeśli trzeba wysłać w teren stu chłopa ze szkoły policyjnej, żeby go przeczesali, to wysyłamy. Nad nami jest tylko Bartocha. No i prokurator, oczywiście, ale o tym za chwilę. Teraz skrót wydarzeń. Pierwszą ofiarę znaleziono w piątek siedemnastego marca w godzinach wieczornych na posesji przy ulicy Na Stoku, na Warszewie. Grzegorz Olędzki, pięćdziesiąt siedem lat, zwłoki znalazła żona, leżały koło garażu, do którego ofiara tuż przed napadem wprowadziła samochód. To dom jednorodzinny przy małej, cichej uliczce. Olędzki był dyrektorem prywatnej kliniki psychiatrycznej w Gronowie, gdzieś koło Drawska Pomorskiego, w tygodniu mieszkał tam, a do domu wracał tylko na weekendy. Wtedy też wrócił na weekend, żona widziała światła zajeżdżającego pod dom samochodu. Dopiero po półgodzinie zorientowała się, że męża wciąż jeszcze nie ma, ale jak twierdzi, myślała, że po prostu zagadał się z sąsiadem. Kiedy wyszła, leżał z rozbitą czaszką na podjeździe, w kałuży krwi. Zmarł dwie doby później w szpitalu. Ofiara numer dwa zginęła na miejscu. Ewa Materny, lat trzydzieści siedem, sędzia szczecińskiego sądu rejonowego Szczecin–Prawobrzeże i Zachód. Zaatakowana podczas wieczornego joggingu w lesie, niedaleko swojego domu na Głębokim. Znaleziona przez przechodniów. To było trzynastego kwietnia, w Wielki Czwartek. Trzecia ofiara, podobnie jak pierwsza, też jeszcze żyła, kiedy ją znaleziono, ale zmarła w karetce w drodze do szpitala. Anita Ejzert, lat pięćdziesiąt dwa, dyrektor szczecińskiego oddziału Pomorskiego Banku Przemysłowo-Gospodarczego w Gdańsku. Miała właśnie jechać na służbową kolację do centrum. Mieszkała w Podjuchach, na Cynowej. To stało się tydzień temu, dziesiątego…

Pokiwałem głową. Ta wiadomość mignęła mi gdzieś w gazetach, które przeglądałem na swoim odludziu. Wieść o „Snajperze”, czy raczej „Nietykalnym”, dotarła wtedy i do mnie.

– Dom Ejzertów też położony jest w bardzo spokojnej okolicy, blisko kompleksu leśnego. Ciało dość szybko znalazł mąż, bo ofiara zaczęła głośno rzęzić. Zachował zimną krew i zadzwonił na policję, więc ekipa zjawiła się błyskawicznie. Zarządziliśmy oczywiście obławę, ale nic to nie dało. Pies podjął trop, ale zgubił go na pobliskich torach kolejowych. Założyliśmy, że skoro sprawca oddalił się w stronę ulicy Batalionów Chłopskich, przez tory i las, to nie przyjechał na miejsce samochodem, bo zaparkowałby go gdzieś niedaleko, najwyżej kilka ulic dalej. Przejrzeliśmy więc monitoring ze środków komunikacji miejskiej; autobusów przejeżdżających przez Podjuchy, nawet tramwajów startujących z pętli na Turkusowej.

– I nic?

– I nic. – Pokręcił z niechęcią głową. – Być może on nawet znajdował się wśród pasażerów, ale nie zauważyliśmy nikogo, kto zachowywałby się podejrzanie. A przecież nie będziemy identyfikować na podstawie zdjęć z kamer setek ludzi, nawet trudno sobie wyobrazić, jakby to miało wyglądać…

– Racja – mruknąłem.

– No właśnie. Ze względów, o których za chwilę, przyjęliśmy, że we wszystkich przypadkach sprawca jest ten sam. Ofiary łączy kilka rzeczy. Po pierwsze: miały wysoki status społeczny; pełniły ważną funkcję na wysokim stanowisku, co związane było również z wysokim wynagrodzeniem i odpowiednim statusem materialnym. Można powiedzieć, że ofiarami byli bogaci i wykształceni ludzie. Czasem bardzo bogaci. Wszystkie mieszkały w domach jednorodzinnych, to też nie jest bez znaczenia. Chodzi mi o tuje, żywopłoty, mury, czyli efekty zabiegów służących zachowaniu prywatności, które niejako obróciły się w końcu przeciwko nim. A dlaczego? Bo nikt Nietykalnego nie zauważył, kiedy obserwował wcześniej swoje ofiary, nawet one same. Tak uważamy; musiał je obserwować, zanim przeszedł do rzeczy. Zostały zaskoczone przez sprawcę w sytuacjach związanych z pewnym unormowaniem życia – piątkowe powroty Olędzkiego, służbowe kolacje Ejzert, na które chadzała dość często i regularnie, no i codzienny jogging Materny. Czy je znał, czy tylko obserwował? Czas między zabójstwami nie jest zbyt długi, co może również zasugerować, że znał je osobiście – inaczej nie połapałby się tak szybko w tygodniowym rozkładzie. Treść jednego z listów może z kolei sugerować, że jednak przypatrywał się życiu ofiar przez jakiś czas. Jeżeli jednak działał z zaskoczenia, pod wpływem impulsu… Cóż, wtedy nie pasuje status majątkowy i społeczny, no chyba że to faktycznie przypadek, czego przecież nie możemy do końca wykluczyć… Dobra, dwa: narzędzie zbrodni. Raporty z sekcji mówią o narzędziu twardym, tępokrawędzistym, prawdopodobnie młotku, co najmniej półtorakilogramowym. Sprawca jest dość silny, praworęczny i raczej wysoki, sądząc po obrażeniach i obszarach głowy, w których je zadano. Zachodził je od tyłu, zadawał cios z góry, a kiedy ofiara upadała, poprawiał, do skutku… U kobiet stwierdzono również ślady penetracji analnej i waginalnej, ale zdaniem patologa otarcia powstały wskutek użycia czegoś twardego, być może nawet trzonka młotka, którym je zabijał. Nie gwałcił ich, zbok po prostu stał i trzepał się, patrząc, jak jego ofiary umierają… – Wzrok Rędzi niczego nie wyrażał. – Nie wierzę, że ktoś może robić takie rzeczy, po prostu nie wierzę…

– A co z tym nabojem?

– Właśnie. Trzy: pozostawiony na miejscu zbrodni nabój pistoletowy dziewięć milimetrów Parabellum. Jego znak. Symbol.

– Znak czy symbol?

– A to jakaś różnica?

– Poniekąd. Mówiąc znak, mam na myśli coś w rodzaju podpisu sprawcy, a symbol: coś, do czego morderca nawiązuje. Na przykład do wydarzenia, z powodu którego teraz się mści. O to mi chodzi.

– Okej. To może być w tym wypadku równoznaczne. Mam na myśli jego znak rozpoznawczy. Rozmawialiśmy już o tym z psychologiem, a i tak jutro, pojutrze zaaranżujemy następne spotkanie. W sprawie Ejzertowej. Chciałbym, żeby się wypowiedział. – Tomek przerwał na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza. – No i cztery. Listy. Pisane na komputerze, w edytorze tekstu, drukowane na drukarce laserowej, bez odcisków palców tym razem.

– Tym razem? – zapytałem. – Zostawił gdzieś odciski?

– Owszem. To dziwne, ale pod tym względem nie jest zbyt ostrożny. Przede wszystkim przecież zostawił ślady biologiczne. Z premedytacją, tak? Spuszczenie się na ofiarę nie jest działaniem noszącym znamiona zachowania własnej tożsamości w tajemnicy. Poza tym ujawniono odcisk palca na jednym z nabojów. Na tym znalezionym przy pierwszej z ofiar, przy Olędzkim. Nierejestrowany w bazie AFIS. Śladów DNA również nie mamy w bazach, jak się domyślasz, ale chodzi o to, że jak już go dorwiemy, to zdobędziemy materiał porównawczy. Facet zostawia swoją spermę i te paluchy, jakby w ogóle nie dbał o ostrożność. Takie działanie charakteryzuje sprawcę chaotycznego, impulsywnego, co mogą potwierdzać te obrażenia, które zadaje. Ale listy… Te listy pisze na chłodno, na spokojnie, jakby zbrodnia go… Nie wiem, wyciszała czy uspokajała. Snuje refleksje, wraca do swojego dzieciństwa, ale nigdy w sposób, który mógłby go jakoś zidentyfikować: zero dat i konkretnych miejsc. Trochę się przechwala. A potem zabija znowu. I znowu przysyła list. Pieprzony pojeb…

Przerwał na chwilę, w jego spojrzeniu przez moment pojawiło się to coś, co widziałem kilka minut wcześniej, gdy mówił o trzonku młotka.

– Co powiedziałeś przed chwilą? – zapytał nagle. – O zemście? Że kulka jest nawiązaniem do czegoś, za co on teraz się mści?

– A to takie mało prawdopodobne? Ale ja nawet nie mówiłem o zemście na konkretnych ludziach za konkretną rzecz. Każdy psychol zabijający seryjnie ludzi mści się w ten sposób za doznane krzywdy, tak? Spaprane dzieciństwo, toksyczną matkę albo ojca, albo wujka, który wkładał ręce tam, gdzie nie powinien. Na przykład w jego majtki, kiedy miał dziesięć lat…

– Są i tacy mordercy, którzy mieli szczęśliwe dzieciństwo… – Rędzia westchnął.

– Śmiem wątpić. To musiało być tylko pozornie szczęśliwe dzieciństwo. Coś musiało się w nich stać, że robili to, co robili.

– Możliwe. Wiemy na pewno, że nie lubi policji, zobaczysz, jak przeczytasz w spokoju listy. Widzisz, dziewięćdziesiąt dziewięć procent zabójstw jest popełnianych z jednego z trzech powodów na literę „Z”: zemsty, zazdrości oraz z braku powodu. Tę ostatnią przyczynę wieńczą zwykle słowa: „To się po prostu samo stało, wysoki sądzie… ”. To jak motto bezsensownej śmierci. Te trzy powody, z których ludzie popełniają morderstwa, są najpopularniejsze od czasu, kiedy Kain zabił swojego brata Abla. I jeden z tych powodów, właśnie zemsta, może być motywem. Taka szerzej pojęta zemsta, rozumiesz? Może ktoś z jego bliskich ucierpiał z rąk stróżów prawa, może jego ojciec siedział w więzieniu, nie wiem… Nie nazywamy Nietykalnego seryjnym, choć zabił już trzy, najprawdopodobniej przypadkowe osoby. Na razie nie stwierdziliśmy bezpośrednich powiązań między ofiarami, ale przecież nie możemy wykluczyć, że one istnieją, tak? – Tomek oklapł nagle w fotelu. – A jeśli chodzi o popaprańców: mamy jeszcze jeden mały problem, a może i wcale nie taki mały. To prokurator, który prowadzi śledztwo. Dupek. Roman Cieślar się nazywa, jest z okręgówki. Spotkania z Cieślarem odbywają się codziennie. Przekazuje nam, co mamy zrobić albo sprawdzić, odbiera raporty, co już zrobiliśmy i co sprawdziliśmy, i wkurwia się na nas, że nawet na krok nie zbliżyliśmy się do sprawcy. Czasem mam ochotę palnąć, że on też nie, i sam się sobie dziwię, że jeszcze tego nie zrobiłem. Za to kiedy Cieślar nie może z jakiegoś błogosławionego powodu przyjść, wysyła swojego zastępcę, Maćka Zabiełłę, i to są chwile wytchnienia. Atmosfera jest przyjemna, profesjonalna i pełna wzajemnego zrozumienia. Są pomysły, które nie zawsze się sprawdzają, ale przynajmniej są. A następnego dnia znów przyłazi Cieślar i znów jest, jak było. Atmosfera zmienia się diametralnie, a ja nie mogę uwierzyć, że dwóch przedstawicieli tego samego zawodu może lokować się na skrajnie przeciwległych końcach skali człowieczeństwa. Skurwiel kontra niesamowicie porządny gość…

– Z policjantami jest tak samo, nie sądzisz? Również z lekarzami, hydraulikami i tak dalej. – Wzruszyłem ramionami. – Ludzie to ludzie…

– Może i masz rację. Ale poczekaj do jutra, aż poznasz Cieślara. Chyba że przyjdzie Zabiełło, czego nam życzę.

Do późnych godzin wieczornych Rędzia zaznajamiał mnie ze sprawą Nietykalnego. Pokazywał zdjęcia z miejsc zbrodni, dowody tam zebrane, listy, które do komendy przysłał szaleniec. Listy, a w zasadzie ich kopie, pozwolił mi zabrać do domu, żebym sobie poczytał do poduszki. W końcu stwierdził, że właśnie sobie przypomniał, że ma rodzinę, a w związku z tym pierdoli i wraca do domu. Zrobiłem to samo, choć w moim domu nie czekał na mnie nikt.

Po przyjeździe przygotowałem kolację. Usiadłem na kanapie w saloniku, mając przed sobą okno wychodzące na zachód. Zmierzch następował już dość późno, kwadrat okna wypełniony był granatem na górze i żółcią na dole, a pomiędzy nimi prezentowało się całe spektrum przenikających się odcieni tych barw. Wpatrywałem się przez jakiś czas w ten spektakl natury, konstatując ze smutkiem ogrom zmian, jakie nastąpiły w moim życiu w ciągu ostatnich dwóch lat. Siedząc tak samotnie i gapiąc się w okno, miałem świadomość tego, że oto nadciąga starość. Zdawałem sobie sprawę z tego, że również ode mnie zależy, jak szybko nadejdzie, ale nie miałem wątpliwości: to nie była kwestia zbyt długiego czasu. Zrobiło mi się chłodno, sam nie wiem, czy ten chłód czułem bardziej na skórze, czy w środku. Napiłem się herbaty, a potem włączyłem lampkę i wziąłem do ręki kopie listów od Nietykalnego.

Były oznaczone numerkami, które w rogach kopii napisał mi Rędzia. Na liście numer jeden zobaczyłem pieczęć kancelarii ogólnej KWP z datą wpływu. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że sprawca będzie wysyłał listy do policji. Tego dnia, kiedy ów list przyszedł, był najzwyklejszym listem, jednym z setki i zanim pani z kancelarii zorientowała się, czym jest, zdążyła przybić datownik i zostawić trochę odcisków palców. Następne już pieczołowicie zabezpieczano, podejrzewam, że niemal wyrywano je bezpośrednio z rąk listonosza, kiedy tylko przesyłka trafiała na Małopolską. Tomek wspomniał, że wszystkie trzy listy wrzucono do skrzynek pocztowych w różnych punktach miasta. Nie zostało ich tak wiele, wypierane przez nowe technologie wymierały niczym dinozaury, ale te, które wciąż istniały, zapewniały w jakiś sposób anonimowość. Także Nietykalnemu. Pierwszy wrzucił do samotnej i zapomnianej skrzynki na Warszewie, drugi w placówce pocztowej w Urzędzie Wojewódzkim, a trzeci do skrzynki przy poczcie głównej na Dworcowej. Numer jeden nadał w tym samym dniu, w którym zamordował psychiatrę. Wrzucił go do skrzynki koło placówki na Dzierżonia, róg Złotowskiej, zaledwie kilkaset metrów od miejsca zbrodni. Numer dwa dzień po morderstwie sędzi, w Wielki Piątek. Trójkę trzy dni po zabiciu dyrektorki banku. Różny czas, różne miejsca. Tym samym wiszący w moim dawnym gabinecie plan miasta przekształcony w mapę aktywności sprawcy został upstrzony tworzącymi swego rodzaju diagram pinezkami. Problem w tym, że z owego diagramu nie dało się wyczytać niczego; żadnego powiązania. Układ pinezek był zupełnie przypadkowy, choć swoją drogą czego innego można by się spodziewać? Że ułożą się w odwrócony pentagram?

Na jeszcze jedną rzecz zwróciłem uwagę. Tomek wspomniał, że listy uspokajają emocje po morderstwie, ale fakt nadania listu numer jeden jeszcze tego samego dnia, a przecież był to wieczór, świadczył według mnie o czym innym. Sprawca miał ten list ze sobą. Miał go w trakcie zabójstwa albo wrzucił go do skrzynki, gdy szedł do domu Olędzkiego. List przygotował wcześniej… Z kolei z listem numer dwa jeszcze do niedawna Rędzia wiązał spore nadzieje, a przynajmniej tak wspomniał rozgoryczonym tonem. W Urzędzie Wojewódzkim monitoring obejmował również hol wejściowy od strony ulicy Jarowita, w którym znajdowała się poczta. Nadzieje okazały się jednak płonne. To był okres przedświąteczny. Przy okienkach kłębiły się tłumy, kilkanaście osób wrzucających listy do wiszącej na ścianie skrzynki zasłoniętych było szczelną ścianą, cielskiem węża składającego się z podenerwowanych, przebierających ze zniecierpliwienia nogami ludzi. Jedna z tych osób zamiast spóźnionej kartki świątecznej wsunęła w szparę czerwonej skrzynki świadectwo swojej zbrodni. Sęk w tym, że nikt nie wiedział która. Kilkugodzinny seans najnudniejszego filmu świata skończył się podobno dla chłopaków totalnym zwątpieniem w sens tej pracy. Cieszyłem się, że mnie to ominęło.

List numer jeden nie był długi. Ot prolog, wstęp, zapowiedź czegoś poważniejszego. Przywitanie.

Hej, szczecińska Policjo! Proponuję wyzwanie. Wy i ja. Samotny strzelec kontra banda zbirów w granatowych mundurach, bandytów zabijających w komisariatach niewinnych ludzi. Ostatni sprawiedliwy kontra stróże bezprawia. Numer jeden zapłacił już najwyższą cenę, będą następni, tego możecie być pewni. Nie możecie mnie powstrzymać, bo jestem Nietykalny. Wczoraj był krwawy zachód słońca. A kiedy słońce zachodzi krwawo, to znaczy, że następnego dnia będzie wiatr. Lubię krwawe zachody słońca i lubię wiatr. Ja jestem jak wiatr. Wiatr, którego nie można dotknąć, można tylko zobaczyć jego skutki. Jest mi smutno, ale musiałem to zrobić. Wiatr nie jest winny zniszczeń. Winni są ludzie, którzy go nie docenili i zbudowali zbyt słabe domy. On był słaby. Ładny samochód, ładny dom i ładna żona to nie wszystko, kiedy jest się słabym. Wypatrujcie następnych trupów i czekajcie następnych wieści!

Nietykalny

I tyle. Drugi list był odrobinę dłuższy i równie bogaty w przemyślenia.

To znowu ja, Policjo! Znów uderzyłem, znów celnie i znów jesteście bezradni. Numer dwa, na pewno nie ostatni. Tym razem było przyjemniej, zdecydowanie przyjemniej, lubię, kiedy kobiety są spocone. Opowiem Wam coś. Jako dziecko byłem zabierany nad morze. Pamiętam taki widok, kiedy szliśmy na plażę: sosnowy las, poprzybijane do pni czarne plastikowe doniczki, do których z nacięć w korze spływała żywica. Te nacięcia wyglądały jak nieudolny rysunek choinki zrobiony przez dziecko i odwrócony do góry nogami. Były głębokie. Pachniały. Pamiętam ten zapach i pamiętam również, że zastanawiałem się, czy drzewa to boli. Czy cierpią w milczeniu, czy może szum ich koron jest ich skargą, czy boli je jeszcze bardziej, kiedy wygina je wiatr wiejący znad morza? Czy wiedzą w ogóle, po co oddają swoją krew ludziom? I czy w końcu umrą same, zmarnieją i uschną, czy nie zdążą, bo zabiją je ci sami ludzie, którzy zrobili im te nacięcia, a potem przerobią ich pozbawione bursztynowej krwi drewniane ciała na deski? A z tych desek powstaną trumny i będą później do nich wkładani tacy ludzie jak ci, którzy je zabili. Najgorsze było to, że niektóre z tych doniczek były oberwane albo przekrzywione, bo ktoś przybił je niedbale albo nie chciało mu się przyjść i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Żywica skapywała na ziemię. Marnowała się, czyniąc te straszne rany jeszcze bardziej bezsensownymi. Kompletnie bezsensownymi. Wciąż zastanawiam się, jak te drzewa się czuły. A jak Wy się czujecie? Ja wiem jak. Krwawicie. Mocno. Wszyscy. I będzie jeszcze więcej krwi. Będzie spływać z ludzkich głów jak żywica z pni tych nadmorskich sosen, których już nie ma. I będzie wsiąkać w wybrukowane granitową kostką podjazdy przed garażami bogatych domów i w klepiska zaniedbanych blokowych podwórek. Będzie wsiąkać jak ta żywica, którą zmarnowało ludzkie niedbalstwo. Obiecuję Wam to solennie.

Nietykalny

W trzecim liście odniósł się do nadanego mu przez media przydomku „Snajper”. Nie rozpisywał się tym razem, ale to nie zmieniało postaci rzeczy; treść listu świadczyła o tym, że mamy do czynienia z człowiekiem nieobliczalnym.

Ahoj, Policjo, to znowu ja. Nietykalny. A może „Snajper”? Widzę, że nasza korespondencja jest tajemnicą? Cieszę się. W końcu to gra tylko między nami, po co mieszać w to opinię publiczną, bandę durniów, słabeuszy chłonących papkę ze szpalt gazet i ekranów telewizorów. Zdecydowanie wolę przydomek „Nietykalny”. Pocisk to element naszej gry, ale sami musicie dojść, po co go zostawiam. To w końcu gra, prawda? A każda gra ma to do siebie, że ktoś musi ją wygrać, a ktoś przegrać. Takie są reguły i trzymajmy się ich. To co, może mała wskazówka? Zastanawiacie się pewnie, skąd się wziąłem? Z przeszłości. Wziąłem się z przeszłości, skrzącej się drogocennym blaskiem. Na razie wystarczy. Sam nie wiem, kim będzie następna ofiara. Kobietą, mężczyzną, dzieckiem? Kogo olśni blask z przeszłości, kogo mi wskaże? Działajcie, czasu jest niewiele.

Nietykalny

Kiedy tuż przed pójściem spać myłem zęby, poprzez szum wody w grającym w salonie radiu usłyszałem Back in black AC/DC. Pomyślałem, że to trochę jak znak. Znów miałem kroczyć ciemną doliną i doświadczać zła w najgorszej postaci, bo ucieleśnionego. Wyszczerzyłem pokryte spienioną pastą zęby do chudzielca przed sobą i zapytałem go: „Znowu w grze, co, Suder?”. Ale gość w lustrze nie odpowiedział, tylko popatrzył mi w oczy, a potem ściągnął usta, ścierając pianę z zębów i uśmiechy z naszych twarzy. Zgasiłem światło w łazience, a kiedy już miałem kłaść się na kanapie, rozległo się ciche stukanie do drzwi. Poszedłem otworzyć. W mroku majaczyła postać sąsiada Waldka.

– Cześć, panie Darek – zagaił nieśmiało. – Wiem, że późno, ale interesy swoje miałem, a tera pomyślałem, że lepiej z tym nie czekać.

– Co tam, panie Waldku? – zapytałem.

– Pytali o pana. – Waldek przybliżył się odrobinę i jego twarz wychynęła z ciemności, oblewając się nikłą poświatą światła lampki dochodzącego z salonu.

– Kto pytał?

– A, tacy… Pana koledzy, niby.

– Jacy koledzy? – zaniepokoiłem się lekko.

Przecież ja już prawie nie miałem kolegów.

– Policja. – Waldek pociągnął nosem, jakby lekko zakłopotany. – Nie wiem, kto konkretnie, bo tylko mignęli mi czymś przed nosem, aż się przestraszyłem, że za te leśne sprawy po mnie przyszli. Ale pytali, czy był pan w domu.

– Kiedy? – nie zrozumiałem.

– Podali jakieś daty, ale zapamiętałem tylko tę tuż przed Wielkanocą. Wielki Czwartek spędziliśmy razem i to pamiętam, przynajmniej do pewnego momentu, co nie, panie Darek? – Uśmiechnął się szeroko.

Miał rację. Uszczupliliśmy we dwóch jego zapas nalewek, które miały to do siebie, że były wyjątkowo zdradliwe. Człowiek orientował się, że przesadził, dopiero kiedy chciał wstać, a wtedy było już za późno.

– To w związku z pracą – uspokoiłem Waldka. – Dzięki za czujność.

– Pan wie, że jestem lepszy niż te wszystkie zasrane wynalazki, te monitoringi-sringi. – Wycelował we mnie palec.

– Wiem – przyznałem.

To prawda, Waldek był lepszy. Pożegnałem go i poszedłem spać, nie zastanawiając się więcej nad tajemniczą wizytą kolegów.

3