Niesamowita nauka. Fakty  fikcja w historii odkryć naukowych - John Waller - ebook

Niesamowita nauka. Fakty fikcja w historii odkryć naukowych ebook

John Waller

0,0

Opis

Czy nauka to tylko heroiczne opowieści o pokonujących przeszkody geniuszach? Jak naprawdę dokonują się przełomy naukowe? 

Wielki biolog Louis Pasteur zataił dane, które nie uzasadniały jego tezy. Ogólna teoria względności Einsteina została „potwierdzona” w 1919 roku tylko dlatego, że pewien wybitny brytyjski naukowiec odpowiednio skorygował niewygodne wyliczenia. Oddziały szpitalne Josepha Listera, które słynęły z nieskazitelności, w rzeczywistości były brudne. A Gregor Mendel, uważany za ojca nauki o dziedziczności, nigdy nie zrozumiał podstawowych zasad określanych później jako „genetyka mendlowska”.  

Historia nauki często jest przedstawiana jako heroiczna saga, w której kilku dalekowzrocznych geniuszy przezwyciężyło małostkowy opór ze strony pośledniejszych umysłów, aby dowieść nowych prawd naukowych. W ostatnich dziesięcioleciach historycy nauki spojrzeli jednak na swoją dziedzinę o wiele bardziej krytycznym okiem. Studiując notatki laboratoryjne i odtwarzając przebieg zaciekłych sporów, zakwestionowali wiele podstawowych założeń dotyczących funkcjonowania nauki oraz roli, którą odegrali jej najwięksi bohaterowie. Niesamowita nauka po raz pierwszy przedstawia wiele z tych ustaleń szerokiemu gronu czytelników. Niezwykłe analizy poszczególnych przypadków pokazują, że rozwój nauki nie zawsze jest dziełem czystej racjonalności i że czynniki ludzkie mogą odegrać co najmniej równie wielką rolę w powstaniu i akceptacji idei naukowych. Nawet słabo uzasadnione teorie mogą zostać powszechnie przyjęte, jeśli naukowcy, którzy je forsują, mają wystarczającą siłę przebicia.  

Klasyczne opowieści o ludziach, którzy wyprzedzili swoją epokę i musieli przezwyciężyć opór ze strony ignorantów, zanim zapisali się w historii nauki, wyolbrzymiają oryginalność nielicznej garstki uczonych i umniejszają znaczenie kluczowego wkładu wielu osób. Niesamowita nauka pokazuje, że nasza wizja historii nauki została zniekształcona przez ludzi dążących do gloryfikowania określonych idei i ich twórców, którzy niesłusznie przypisali sobie cudze zasługi. Książka ta ukazuje skomplikowane osobowości, zaciętą rywalizację i wielkie ludzkie dramaty w historii nauki, które do niedawna skrywały się za ugrzecznionymi mitami i błędnymi wyobrażeniami. Zajmujące szkice, które się na nią składają, zmienią nasze postrzeganie funkcjonowania nauki. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

Fabulous Science: Fact and Fiction in the History of Scientific Discovery

© John Waller 2002

Fabulous Science was originally published in English in 2002. This translation is published by arrangement with Oxford University Press. Fundacja En Arche is solely responsible for this translation from the original work and Oxford University Press shall have no liability for any errors, omissions or inaccuracies or ambiguities in such translation or for any losses caused by reliance thereon.

Fabulous Science zostało pierwotnie opublikowane w języku angielskim w 2002 roku. Niniejsze tłumaczenie ukazuje się na mocy porozumienia z Oxford University Press. Fundacja En Arche ponosi wyłączną odpowiedzialność za to tłumaczenie z oryginalnego dzieła, a Oxford University Press nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek błędy, pominięcia, nieścisłości lub niejednoznaczności w tym tłumaczeniu ani za jakiekolwiek straty wynikłe z polegania na nim.

Copyright © for the Polish edition by Fundacja En Arche, Warszawa 2026

Przekład

Grzegorz Smółka

Redaktor merytoryczny

dr hab. Krzysztof Kilian, prof. UZ

Redaktor prowadzący

Jacek Fronczak

Redakcja językowa

Joanna Morawska

Korekta

Barbara Manińska

Projekt okładki

Jadwiga Topolowska

Skład

Maria Anna Szyprzak

Opracowanie e-wydania

Karolina Kaiser,

Wydanie I 

ISBN 978-83-68119-21-3

Fundacja En Arche

al. Niepodległości 124, lok. 26

02-577 Warszawa

[email protected]

Księgarnia internetowa

enarche.pl/ksiegarnia/

Moim rodzicom, z wyrazami miłości

Podziękowania

Wszystkie rozdziały niniejszej książki są w dużej mierze oparte na oryginalnych badaniach czołowych historyków nauki. Korzystałem z publikacji naukowych będących rezultatem tysięcy godzin żmudnych badań prowadzonych przez historyków, którzy często rozpoczynali swoje dociekania, święcie wierząc w mity, które później obalili. Aby oddać tym badaczom sprawiedliwość i zaproponować czytelnikowi dalsze lektury, na końcu książki umieściłem krótki opis źródeł. W wielu przypadkach dodałem własną analizę i komentarze, więc ponoszę wyłączną odpowiedzialność za wszelkie błędy lub niefortunne sformułowania.

Do powstania książki przyczynili się również badacze, którzy pobudzali moją fascynację historią – od lat szkolnych aż po naukę na uniwersytecie – zwłaszcza Thomas Eason, Jeffrey Grenfell-Hill, Simon Skinner, Maurice Keen, śp. Michael Mahoney, Joe Cain, Janet Browne i Everett Mendelsohn. Studenci, którym pomagałem w nauce na Uniwersytecie Oksfordzkim, Londyńskim i Harwardzkim, zainspirowali mnie do przedstawienia tych historii szerszemu gronu odbiorców. Pracownicy Imperial College London’s Centre for the History of Science, Technology and Medicine (Centrum Historii Nauki, Technologii i Medycyny Imperial College w Londynie) oraz londyńskiego Wellcome Trust Centre for the History of Medicine polecili mi wiele prac naukowych, na których opiera się niniejsza książka. Archiwiści z Wellcome Library for the History and Understanding of Medicine, harwardzkiej Baker Business Library i Countway Medical Library, Alexander Fleming Laboratory Museum at St Mary’s Hospital (Muzeum i Laboratorium Alexandra Fleminga w Szpitalu Świętej Marii), Royal Astronomical Society (Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego) i California Institute of Technology (Kalifornijskiego Instytutu Technologii) łaskawie zezwolili mi na skopiowanie fotografii.

Jestem również niezmiernie wdzięczny Richardowi i Penny Graham-Yoollom, Adamowi Hedgecoe’owi, Darianowi i Alison Stibbe’om, Jonowi Turneyowi oraz Jane, Michaelowi i Susan Wallerom za znakomite porady edytorskie i słowa zachęty. Mój ojciec, Michael Waller, jest wspaniałym źródłem inspiracji, wiedzy i rady. Michael Rodgers i Abbie Headon z Oxford University Press oraz redaktorka Sarah Bunney również byli bardzo pomocni. Na koniec chciałbym podziękować mojej żonie Abigail za jej bezgraniczne oddanie i wsparcie.

John Waller, grudzień 2001

WstępCzemu służy historia?

„Zważ na wszystkie bruzdy, pryszcze, kurzajki i wszystko, co u mnie widzisz, w przeciwnym razie nie zapłacę za to ani grosza”.

(Wytyczne Olivera Cromwella dla Petera Lely’ego w sprawie namalowania jego portretu).

Wielki biolog Louis Pasteur zataił dziwne dane, ponieważ nie uzasadniały jego tezy. Gregor Mendel, rzekomy ojciec genetyki, nie był mendelistą. Oddziały szpitalne Josepha Listera, które słynęły z czystości, w rzeczywistości były brudne. Alexander Fleming wprowadził świat w błąd w sprawie swojej roli w odkryciu penicyliny. Ogólna teoria względności Einsteina została „potwierdzona” w 1919 roku tylko dlatego, że wybitny brytyjski naukowiec bez skrupułów zmanipulował jej dane.

To niektóre z najnowszych odkryć historyków omówionych w niniejszej książce. Kiedy ją pisałem, chciałem przede wszystkim zwrócić uwagę szerszego grona odbiorców na owoce badań całego pokolenia historyków nauki. Chociaż badania, na których się opieram, dotkliwie godzą w reputację wielkich naukowców, nie jest to bezcelowe obrazoburstwo. Głównym celem mojej książki jest ujawnienie kulis naukowych debat, ukazanie, w jaki sposób uzyskuje się sławę w nauce, oraz przedstawienie złożonych interakcji między naukowcami a światem, w którym działają.

Przedstawiając te badania bez żadnych upiększeń, zdecydowanie staję po jednej stronie wielkiego historycznego podziału. Ponieważ linia podziału, o którym mowa, biegnie przez wszystkie dociekania historyczne, mogę ją zobrazować, podając przykład ze starożytnego Rzymu. Oto pierwsze wersy Horacego, pierwszego z epickiej serii poematów Thomasa Babingtona Macaulaya Lays of Ancient Rome,napisanego w 1842 roku:

Lars Porsenna z Kluzjum

Na dziewięciu bogów klnie się,

Że wielki dom Tarkwina

Więcej krzywdy nie zniesie.

Na dziewięciu bogów to przysiągł

I dzień zbiórki wybiera

Posłańcom każe jechać wprzód

Na południe, północ, zachód, wschód,

By głosić, że wojsko swe zbiera.

Poemat, uwielbiany w wiktoriańskich szkołach, nadal przyprawia czytelnika o szybsze bicie serca i sprawia, że wzbiera w nim wojskowa duma. Wiarygodność historyczna potęguje wrażenie wywierane przez Lays of Rome. Macaulay nie oparł swojego wielkiego poematu na bujnej wyobraźni, lecz na rzymskich dziełach historycznych. Opisują one, jak w VI wieku p.n.e. wrogowie Rzymu na czele z Etruskiem Larsem Porsenną przebijali się na brzegi Tybru, łupiąc i grabiąc wszystko na swojej drodze. Ich największa nagroda – samo wieczne miasto – stała przed nimi otworem. Zaprawieni w bojach wojownicy po długiej i chwalebnej kampanii spoglądali na miasto, któremu groziła rzeź, grabież i ruina. Bystry rzymski konsul wiedział jednak, jak ocalić swój lud. Miał prosty plan. Jedyny most na Tybrze był tak wąski, że ludzie musieli po nim przechodzić pojedynczo. Garstka ludzi mogła więc utrzymać most wystarczająco długo, aby można go było za ich plecami zniszczyć. Ci dzielni wojownicy, tonąc w rzece, mieli się pocieszać myślą, że dokonali tego, czego każda rzymska matrona życzyła swojemu synowi – oddali życie za Rzym. Wyzwanie było jednak tak niebezpieczne, że początkowo podjął się go jedynie dzielny Horacy. Dopiero potem dwaj towarzysze poszli w jego ślady.

Ta nieustraszona trójca stawiła czoło armii Etrusków, która ruszyła na most. Tak jak przewidział konsul, na wąskim moście możliwe były jedynie indywidulane pojedynki. Ponieważ szanse się wyrównały, Horacy i jego koledzy zabili najlepszych wojowników Larsa Porsenny. Kiedy most zaczął się walić, dwaj towarzysze Horacego dotarli na drugi brzeg pod jego osłoną. Dla niego nie było jednak ucieczki. Stojąc mężnie na przedzie, mógł jedynie przygotować się na koniec. Wyczerpany, ranny i uginający się pod ciężarem zbroi Horacy zniknął w odmętach Tybru. Osłupiały Rzym i jego wrogowie pogrążyli się w ciszy:

Na brzegach obu ni radości,

Ni smutku nie okazywali;

Przyjaciele i wrogowie oniemiali,

Usta rozdziawiając i wzrok wytężając

Tam, gdzie zniknął, spoglądali;

A gdy ponad falami

Jego pióropusz ujrzeli,

Rzym rozbrzmiał wiwatami

I nawet toskańskie szeregi

Wydały z siebie krzyk radości.

Horacy żyje! Kiedy dopływał do rzymskiego brzegu, jego śmiały i dzielny wyczyn wzbudził podziw i respekt obu stron konfliktu. Kto wie, po jakim czasie sentymentalne uczucia najeźdźców ustąpiły miejsca rozgoryczeniu? Nie ulega jednak wątpliwości, że odwaga Horacego ocaliła Rzym. W dowód uznania współobywatele obsypali go darami i nagrodami. Według Macaulaya, aby upamiętnić to wydarzenie,

posąg odlali,

i wysoko ustawili.

Gdzie stoi po dziś dzień,

byście prawdziwość mych słów sprawdzili.

Gdybyście jednak rozejrzeli się dziś po ruinach Rzymu, nie znaleźlibyście pomnika Horacego. Oczywiście, biorąc pod uwagę ogrom zniszczeń, nie musi to świadczyć o nieprawdziwości całej historii. Świadczą o niej jednak szczegółowe i wiarygodne kroniki z VI wieku p.n.e., w których opisano, jak niepowstrzymane armie Etrusków wtargnęły do Rzymu. Po kilku godzinach mieszkańcy Rzymu, którzy przetrwali tę nawałę, maszerowali w długich kolumnach, zmuszeni do ucieczki. Kroniki podają również, że w trakcie tej kampanii laury zgarnął jedynie najbardziej nieprzejednany wróg Rzymu – Lars Porsenna. Nie ma ani jednej wzmianki o Horacym. Nie ulega wątpliwości, że upokorzenie Rzymu było nagłe, szybkie i bolesne.

W jaki zatem sposób legenda ta zyskała popularność? Po części dlatego, że kiedy zaczął krążyć mit o Horacym, Rzym był już najpotężniejszym imperium na świecie i musiał stworzyć wizję przeszłości wystarczająco wspaniałej, aby uzasadniać i gloryfikować teraźniejszość. Mit o Horacym do tego się nadawał, ponieważ pokazywał, że Rzymianie zawsze byli wielkimi, dzielnymi i przebiegłymi wojownikami. Popularność opowieści o Horacym ma jednak głębsze korzenie. W I wieku n.e. Rzymianie byli tak dumni i tak bardzo zachłysnęli się nowym bogactwem i potęgą, że nie mieściło się im w głowie, iż Lars Porsenna mógłby złupić Rzym. W tej odurzającej atmosferze mit stał się faktem. Opowieść o Horacym nie jest więc odzwierciedleniem historii, lecz tego, jak późniejsze pokolenie Rzymian musiało postrzegać swoich przodków.

W książce Roberta Gravesa Ja, Klaudiusz znajduje się wspaniała scena, w której rzymscy historycy Liwiusz i Pollion powołują się na opowieść o Horacym w debacie nad dwoma konkurencyjnymi podejściami do historii, które próbuję tu zobrazować. Nieświadomie wywołuje ją jąkający się młody Klaudiusz. Po gorącej pochwale stylu Liwiusza stwierdza, że jest zdziwiony nieścisłościami pomiędzy wersją wojny z Etruskami, którą przedstawił Liwiusz, a odkrytymi przez siebie świadectwami porażki Rzymu. Chociaż Liwiusz stara się odrzucić przeciwne świadectwa jako zwykłą propagandę, wkrótce wyjaśnia, że według niego rolą historii nie jest odkrywanie prawdy. Jest nią powstrzymanie upadku moralnego poprzez przedstawianie młodzieży wyidealizowanych wzorów do naśladowania i uszlachetnianie teraźniejszości przez związek z chwalebną przeszłością. Klaudiusz popiera odmienny pogląd Polliona, w myśl którego historyk powinien być oddany prawdzie.

Nie ulega wątpliwości, że do niedawna wizja Polliona przegrywała z wizją Liwiusza podobnie jak Rzymianie z Larsem Porsenną. Około 1700 lat po śmierci Liwiusza Macaulay skwapliwie odświeżył jego dzieło Ab urbe condita jako Lays of Ancient Rome. Władza cesarska się zmieniła, w odróżnieniu od celu, którym nadal pozostawała inspiracja. Jednakże w późniejszych pokoleniach historyków starożytności (aczkolwiek pośmiertnie) Macaulay spotkał swojego Polliona. Chociaż opowieść przedstawiona w Lays of Ancient Rome jest wspaniała jako poemat, obecnie znajduje się na śmietniku historii. Nie ona jedna. Na przestrzeni ostatnich kilkuset lat historycy, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z ludzkiej skłonności do upiększania i zmyślania, zastosowali identyczne przenikliwe i wyzute z romantyzmu podejście do wszystkich dziedzin działalności człowieka. Wizja Polliona o właściwej roli historii zatriumfowała.

Dokładne ustalenie prawdy bywa jednak trudne. Czasami połączenie osobistych uprzedzeń, z których badacz może sobie nie zdawać sprawy, braku jednoznacznych danych i trudności z postrzeganiem świata oczami naszych przodków może to praktycznie uniemożliwić. Jednakże neoimperialiście poszukującemu współczesnego Liwiusza trudno byłoby znaleźć profesjonalnego historyka czującego się komfortowo w tej tradycji. Jeśli słowo „profesjonalny” w określeniu „profesjonalny historyk” ma jakieś znaczenie, to jest nim bezkompromisowe oddanie poszukiwaniu prawdy. Wykonanie może nie zawsze iść w parze z aspiracjami, lecz nie umniejsza to znacząco ogromu zmian, które zaszły. Dla każdego, kto ubolewa nad stratą swojego Horacego, jest tylko jedna odpowiedź. Teraz przynajmniej wiecie, jak najprawdopodobniej wygląda prawda.

Prawdziwy obraz nauki

Kiedy się nad tym zastanowić, z początku może się wydawać, że nauka jest dziedziną, w której nie ma miejsca na propagandę promowaną przez Liwiusza. Nauka polega wszak na poszukiwaniu prawdy, a antagonistyczny charakter metody naukowej powinien zapewnić przetrwanie jedynie słusznym koncepcjom opartym na dobrze obmyślonych eksperymentach. Sądzę, że po przeczytaniu tej książki odpowiedź na takie poglądy będzie najprawdopodobniej brzmiała: „Gdyby tylko tak było!”. Różne przykłady, które przytaczam, nie są reprezentatywne dla całej nauki lub wszystkich naukowców, ponieważ mają ukazać przepaść pomiędzy mitem a rzeczywistością. Można z nich jednak wyciągnąć jeden ogólny, niezwykle ważny wniosek. Nawet w nauce nie należy niczego oceniać po pozorach.

Do niedawna historię nauki opisywali przeważnie ci, którzy chcieli ukazać przedstawiane wydarzenia w jak najbardziej korzystnym świetle. Kierowali się różnymi pobudkami. Czasami działali na zlecenie naukowców, którzy chcieli się upewnić, że ich rola w wielkim dramacie odkryć nie zostanie zapomniana. W innych przypadkach najważniejszym wymogiem była dobra opowieść. Na większą pochwałę zasługują nauczyciele przedmiotów ścisłych, pragnący przedstawić bohaterów z takich samych powodów, dla których Liwiusz dał Rzymianom Horacego – aby inspirować przez przykład. Wybrańcy wstąpili do panteonu bohaterów nauki. Wielkie laboratoria i instytuty nosiły ich nazwiska, każde pokolenie studentów uczyło się o ich wysiłkach i ostatecznym triumfie, a trwałą pamiątką ich wielkości są różnorodne rzeźby.

W ostatnich dekadach podejście to zostało jednak słusznie zakwestionowane. Nowe pokolenie badaczy wykazało, że w wielu przypadkach rzeczywiste wydarzenia nie mogą podtrzymać ogromnego gmachu, który na nich wybudowano. Wielu wybitnych luminarzy z dawnych czasów nie wykazało się ani takim bohaterstwem, ani taką bezinteresownością, jaką im przypisywano. Okazało się, że niektóre z eksperymentów krzyżowych miały poważne wady, często modyfikowano rezultaty, aby dopasować je do lansowanej tezy, wielu ludzi korzystało z wpływów politycznych, aby promować swoją sprawę. Nie brakuje świadectw, że zasługi naukowe są tylko jednym z wielu czynników wpływających na przyjęcie nowych poglądów. Wielu luminarzy nauki nie zdołało przekonująco uzasadnić teorii, które przyniosły im sławę. Ludzie, tacy jak Louis Pasteur, Joseph Lister i Alexander Fleming, nie byli ani tak pewni, ani tak skrupulatni, jak się uważa. Karol Darwin miał przynajmniej częściowo rację z niewłaściwych przyczyn. Manipulacje przyszłych pokoleń zapewniły wielkość innym, takim jak Gregor Mendel. Po bliższym zbadaniu osób, które uznano za szarlatanów, nierzadko okazuje się, że byli oni zdolnymi naukowcami, którzy postawili na złego konia, często mając po temu bardzo dobre powody.

Przede wszystkim nowsze prace naukowe pokazują, że badania naukowe są często o wiele bardziej chaotyczne, niż nam się wydaje. Chociaż ostatecznym wynikiem programu badawczego może być bajecznie bogaty zbiór dobrze poświadczonych i wysoce przewidywalnych koncepcji, droga do tego błogiego stanu bywa o wiele bardziej kręta, niż przyznają to późniejsze relacje. Jeśli pokażemy prawdę o pewnych bardzo słynnych przypadkach, możemy zyskać realniejsze pojęcie o badaniach naukowych. Nie podważa to, w pełni zasłużonej moim zdaniem, pozycji współczesnej nauki jako najlepszego sposobu na zrozumienie otaczającego nas świata. Nasze oczekiwania staną się jednak bardziej realistyczne, jeśli uznamy, że nauka jest równie podatna na zewnętrzne wpływy (w tym ludzkie ego), jak inne dziedziny ludzkiej aktywności – przeszłe lub teraźniejsze.

Historycy nauki mają do zaoferowania jeszcze coś ważnego. Tak jak we wszystkich innych dziedzinach historii, skupianie się na wielkim człowieku odbywa się kosztem ogromnego niedoceniania wkładu niezliczonych osób, które nie uzyskały tej zaszczytnej pozycji. Do postępu naukowego przyczyniły się tysiące zapomnianych badaczy. Z nielicznymi wyjątkami wielcy mężczyźni lub kobiety nie są tak ważni, jak zapomniane rzesze nieopiewanych bohaterów, których rozpoznawalność jest niewielka. Pod względem wnikliwości i technicznej pomysłowości niektórzy z niedocenionych, nieznanych naukowców nie ustępowali tym, którzy zapisali się w ludzkiej pamięci. W wielu przypadkach najlepszym wyjaśnieniem różnic w ujęciu historycznym jest ogólna skłonność do przypisywania wielkich idei ograniczonej liczbie nazwisk, w połączeniu z umiejętnością autopromocji lub jej brakiem. Nieskazitelny bohater, taki jak dzielny Horacy, aż nazbyt często okazuje się wymyślną fikcją. Jeśli cofniemy się w przeszłość i sięgniemy po źródła, niewielu uczonych wychodzi z tego całkowicie bez szwanku.

W kontekście tych szerszych rozważań sięgnąłem po przykłady z dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej nauki, aby poruszyć trzy podstawowe kwestie. Po pierwsze, powinniśmy podchodzić do opisów geniuszu naukowego z daleko posuniętą ostrożnością. Przekonamy się, że Louis Pasteur, Karol Darwin, Gregor Mendel, Thomas Huxley, Joseph Lister, John Snow, Alexander Fleming, Frederick Winslow Taylor, James Young Simpson, Charles Best, Arthur Eddington, laureat Nagrody Nobla Robert Millikan oraz autorzy słynnych badań w Hawthorne, czyli Fritz Jules Roethlisberger i Wiliam John Dickson, zostali wpisani lub wpisali się w romantyczne schematy przypominające mit o Horacym. W wielu przypadkach ludzie ci rywalizowali o laury w atmosferze zaciętej rywalizacji, w której notorycznie łamano reguły metody naukowej w stylu Queensbury’ego[1] na rzecz bardziej liberalnego kodeksu walki na gołe pięści. Jest to widoczne zwłaszcza w rozdziałach poświęconych Pasteurowi, Listerowi, Taylorowi, Millikanowi, Eddingtonowi, Bestowi oraz Roethlisbergerowi i Dicksonowi. Nie ulega wątpliwości, że żaden z tych wielkich naukowców nie był wolny od ludzkich słabości.

Drugą kwestią, którą postanowiłem tu poruszyć, jest kluczowe znaczenie kontekstualizacji. Nauka nie ogranicza się jedynie do bezcielesnych idei. W każdym rozdziale ukazuję opisywane wydarzenia w szerszym kontekście, bez którego nie można w pełni zrozumieć całej złożoności procesu odkryć naukowych. Niniejsza książka podkreśla rolę dominującego paradygmatu naukowego, kontekstu społecznego i politycznego oraz przypadku. Te wszystkie czynniki mają olbrzymi wpływ na tempo i kierunek postępu naukowego. Tradycyjne podejścia rzadko uznawały pełne znaczenie tych czynników. Mam nadzieję, że przytoczone przykłady pokażą, jak ważne jest naprawienie tego niedopatrzenia.

Nawiązanie do kontekstu kieruje mnie do głównego tematu książki. Brak pełnego uwzględnienia kontekstu prowadzi do błędu, który współcześni historycy nazywają „prezentyzmem”. Problem ten został wyjaśniony w rozdziałach poświęconych Listerowi, Mendlowi, Darwinowi, Snowowi, Huxleyowi, Simpsonowi i Flemingowi. Niejasny związek pomiędzy przyjętą teorią a o wiele starszym zestawem koncepcji często wystarczy, aby wynieść przodka do panteonu bohaterów nauki. Tak jak Macaulay, Margaret Thatcher i wielu innych błędnie uznało Wielką Kartę Swobód za wczesny rozkwit demokratycznych wartości w Anglii, tak też i ci, którzy opisują historię nauki, często wyrywają starsze koncepcje z kontekstu i interpretują je jako błyskotliwą zapowiedź współczesnej nauki.

Niektóre z największych ikon nauki zyskały status bohaterów dokładnie w ten sposób. Jeśli umieścimy idee w kontekście, w którym przyszło żyć ich twórcom, okaże się, że spora część tych idei w znacznie mniejszym stopniu zgadza się z tym, co obecnie uważa się za prawdę. Wpojono nam jednak, że mamy być bardzo wymagający w stosunku do luminarzy nauki. Nie wystarczy nam to, że byli obecni na samym początku i wskazywali drogę. Oczekuje się, że na długo po tym, jak ich pochowano, będą szli na czele postępu, a ich idee będą stanowiły przynajmniej ogólną podstawę każdego nowego osiągnięcia. Musimy pamiętać, że przeszłość to inny świat, a teraźniejszość z pewnością nie była jego nieuchronnym ukoronowaniem. Dlatego też moim trzecim celem jest propagowanie kontekstualizacji jako leku na prezentyzm. Musimy dążyć do zrozumienia przeszłości na jej warunkach, nie oglądając się na to, co wydarzyło się później.

Na koniec mam nadzieję, że wybrane przykłady okażą się fascynujące jako wielkie ludzkie dramaty, w których nieskrywana ambicja odegrała rolę nie mniejszą od technicznej wirtuozerii. Jestem przekonany, że zainteresują zwłaszcza grupę, która, jak zasugerowano, ma największą skłonność do odrzucenia prezentyzmu w postrzeganiu świata – ludzi łączących zamiłowanie do przygód z wielkim szacunkiem dla ludzkiego intelektu. Dla takich umysłów oddzielenie prawdy od fikcji służy jedynie lepszemu zrozumieniu kondycji człowieka.

Część ISłuszny cel i niesłuszne przyczyny

Louis Pasteur

Robert Millikan

Arthur Eddington

Frederick Winslow Taylor

Fritz Jules Roethlisberger i William John Dickson

Pięć pierwszych rozdziałów ma wspólny temat – każdy z sześciu wielkich naukowców manipulował danymi doświadczalnymi, aby dopasować je do swoich założeń na temat rzeczywistości. Następnie w celu wygrania sporów naukowych, w które się zaangażowali, uciekli się (w różnym stopniu) do mydlenia oczu i oszustwa, poprosili o pomoc wysoko postawionych przyjaciół i odwoływali się do ich autorytetu. Cała szóstka miała szczęście, ponieważ lansowała wielkie idee, które obecnie cieszą się powszechnym uznaniem, a potomni w większości nie zwracali uwagi na niejednoznaczny charakter świadectw, jakie przedstawiali, żeby uzasadnić swoje hipotezy.

Rozdziały te nie są jednak atakiem na naukowe przedsięwzięcie. Oczywiście pokazanie, jak kontekst historyczny i ludzkie ego mogą wypaczyć debaty naukowe, godzi w obiektywizm nauki. Nasuwa się też nieunikniony wniosek, że czasami niektóre z wielkich postaci w historii nauki przedkładały ambicję nad uczciwość i dobrą naukę. Jednakże tych sześciu naukowców, którym przyglądam się w następnych rozdziałach, nie musi być reprezentatywnych dla całej nauki. Wybrałem ich ze względu na przepaść pomiędzy mitami, które nagromadziły się wokół ich nazwisk, a rzeczywistością. W zakończeniu Części 1 przeanalizujemy, w jakim stopniu ich sylwetki pomagają zrozumieć charakter badań naukowych.

W tym miejscu chciałbym poczynić jeszcze jedno spostrzeżenie na temat Pasteura, Millikana i Eddingtona. Dwudziestowieczny filozof nauki Karl Popper wprowadził przydatne rozróżnienie pomiędzy odkryciem a sprawdzaniem w rozwoju wiedzy naukowej. Chociaż z oddaniem i elokwencją wierzył w zdolność naukowców do zrozumienia świata, dostrzegł, że faza odkryć może się charakteryzować o wiele mniejszym rygoryzmem i dyscypliną niż moment, w którym inni naukowcy włączają się do gry i rozpoczynają proces sprawdzania poprzez próbę falsyfikacji koncepcji badacza prekursora. W 1959 roku Popper ujął to następująco: „Pytanie, jak się to dzieje, że ktoś wpada na nowy pomysł – czy będzie nim temat muzyczny, intryga dramatyczna lub teoria naukowa – może być niezmiernie interesujące dla psychologii empirycznej, jest jednak bez znaczenia dla logicznej analizy wiedzy naukowej”[2]. Twierdził, że nauka staje się wiarygodną wiedzą, dopiero gdy jej słuszność zostanie wyczerpująco sprawdzona na przestrzeni wielu lat. W istocie twierdził, że „odkrycie naukowe nie jest możliwe bez wiary w idee typu czysto spekulatywnego, niekiedy całkiem mgliste”[3].

Właśnie w takim kontekście należy zrozumieć przypadki analizowane w Części 1. Pierwsze świadectwa przedstawione przez tych naukowców były bardzo niedoskonałe i każdy z nich kierował się bardziej własnymi przekonaniami niż danymi empirycznymi. Gdyby jednak ich wizja funkcjonowania świata była błędna, inni naukowcy w innych laboratoriach szybko by to wykazali. Błędne, lecz prawdopodobne idee często zyskują poparcie części współczesnego środowiska naukowego. Niemal nigdy nie zdarzyło się jednak, by utrzymały się przez dłuższy czas; teoria musi mieć duże zalety, aby przetrwać w środowisku, które karmi się sporami.

Mimo wszystko uważam, że w następnych rozdziałach czytelnik znajdzie wiele pouczających informacji. Wynika to z braku powszechnej świadomości prawdziwej złożoności fazy odkryć, o których mówił Popper; nawet on miał bardzo ograniczone możliwości ich zbadania. Analizowane przypadki są zatem ważne, ponieważ pokazują, jak skomplikowane, niepewne i zagmatwane mogą być odkrycia naukowe. Wbrew tradycyjnemu poglądowi wiele czynników społecznych i psychologicznych wpływa na tę kluczową fazę. Stanowią one dla badaczy silną pokusę do zejścia ze ścieżki uczciwości wytyczonej przez konwencjonalne reguły metody naukowej. W fazie sprawdzania złe idee wspierane przez dobry PR mają niewielkie szanse. Kiedy jednak otwierają się nowe horyzonty, umiejętności taktyczne i siła charakteru mają o wiele większe możliwości odegrania decydującej roli. Przedstawię teraz pięć takich przypadków.

Rozdział 1Pasteryzacja samorództwa

„Oto życie, które w granicach wyznaczonych przez ludzką egzystencję było niemal idealne. Pracował niestrudzenie – doświadczył biedy, żałoby, choroby, sprzeciwu; dożył dnia, kiedy jego doktryny krążyły po całym świecie, jego fakty zostały wyniesione na piedestał, a jego metody znalazły zastosowanie w tysiącu przedsięwzięć produkcyjnych i rolniczych, wszyscy lekarze i chirurdzy stosowali jego naukę, a ludzkość wychwalała i błogosławiła jego imię […]. Geniusz – tylko tak można go nazwać […]. Krótko mówiąc, zasłużył na wszelkie możliwe pochwały”.

Fragment nekrologu Louisa Pasteura, pióra brytyjskiego naukowca Stephena Pageta, zamieszczony w „The Spectator” (1910).

„Pasteur dostrzegł, że w kontakcie z powietrzem fermentacja mlekowa i alkoholowa przebiega szybciej, przez co zaczął się zastanawiać, czy jego niewidoczne organizmy są ciągle obecne w atmosferze, czy też powstają samoistnie. Za pomocą prostych i precyzyjnych eksperymentów, m.in. filtracji powietrza i wystawienia niesfermentowanych płynów na działanie powietrza w wysokich Alpach, wykazał, że żywność ulega rozkładowi w kontakcie z zarazkami obecnymi w powietrzu, które wywołują jej gnicie, i wykluczył samoistne powstawanie organizmów w żywności w trakcie jej transformacji lub gnicia”.

Hasło „Louis Pasteur”, Encyclopaedia Britannica (1992).

W 1878 roku, kiedy sława Louisa Pasteura w kręgach naukowych sięgała zenitu, jego szanowany przyjaciel Claude Bernard zasłabł w swoim laboratorium w paryskim Collège de France. Nawet Bernard, uznawany za mistrza dziewiętnastowiecznej fizjologii, nie mógł powstrzymać infekcji nerek, która kilka dni później wpędziła go do grobu. Pasteur sądził, że zarazek, który za to odpowiadał, odebrał mu przyjaciela i jednego z najwierniejszych stronników w środowisku naukowym III Republiki Francuskiej, w którym panowała zacięta rywalizacja.

Pasteura czekał jednak nieprzyjemny wstrząs. Po sześciu miesiącach student i zarazem wielbiciel Bernarda opublikował fragmenty dzienników laboratoryjnych swojego zmarłego mentora. Pasteur był przerażony, ponieważ te fragmentaryczne notatki zawierały negatywne uwagi o pracy naukowej Pasteura, napisane przez człowieka, który nadal uchodzi za jednego z najsłynniejszych praktyków nauki eksperymentalnej na świecie. Według Bernarda Pasteur przyjął teorię wywoływania chorób przez zarazki, opierając się bardziej na własnych założeniach niż danych naukowych. Zbulwersowany Pasteur chwycił za pióro. Systematycznie odrzucając krytykę Bernarda, zadał cios, który wielu uczniów Bernarda uznało za niewybaczalną profanację. Bezwstydnie odpłacając pięknym za nadobne, Pasteur oświadczył, że to Bernard uległ „największemu pomieszaniu zmysłów” – „tyranii własnych założeń”.

Tych, którzy dobrze go znali, mściwość Pasteura nie zaskoczyła. Ten niezwykle inteligentny tytan pracy i znakomity organizator był również bardzo ambitny i przewrażliwiony na punkcie krytyki. To połączenie drażliwości i wielkich aspiracji nie było niczym nietypowym i sprawiało, że w dążeniu do wykazania swoich racji potrafił być bezduszny i bezwzględny. Brak tolerancji dla swobodnego wyrażania własnych poglądów doprowadził nawet do tego, że osiemdziesięcioletni przeciwnik Pasteura wyzwał go na pojedynek (do którego na szczęście nie doszło). Z racji swojego charakteru oczekiwał bezwarunkowej lojalności od asystentów i podwładnych. Prawdopodobnie na nią zasługiwał. Nie miał jednak oporów przed przypisywaniem sobie ich pomysłów i zmuszaniem ich do milczenia, kiedy tak postępował. Większość z nich umarła ze świadomością, że mentor przywłaszczył sobie ich pracę. Pasteur postrzegał swoje laboratorium i wszystko, co się w nim działo, tak jak Ludwik XIV państwo francuskie, jako własną personifikację. Minus był taki, że niewielu wybitnych naukowców chciało pracować pod jego nadzorem – Pasteur miał duże problemy ze znalezieniem współpracowników. Niemniej ci, którzy byli gotowi przełknąć swoją dumę, mogli skorzystać na pracy pod kierownictwem człowieka, którego wiara we własne siły była tak wielka, że w wieku 30 lat zapewnił żonę, iż „zapisze się w pamięci potomnych”. Z odrobiną szczęścia (a Pasteurowi go nie zabrakło) można się bowiem pławić w blasku chwały takich ludzi.

W sporze Pasteura z duchem Bernarda filozofia połączyła się z psychologią. Oskarżyli się nawzajem o nieprzestrzeganie jednej z kardynalnych zasad metody naukowej. Faza doświadczalna musi być rygorystycznym testem dla teorii, nie może być kształtowana ani modyfikowana przez imperatyw uzasadnienia trafności teorii. Oskarżanie kogoś o uleganie tyranii z góry przyjętych idei jest równoznaczne z sugerowaniem takiego procesu kształtowania i modyfikacji. W oskarżenie wpisana jest też teza, że eksperymentator stanął pomiędzy swoimi ustaleniami a resztą środowiska naukowego, filtrując rezultaty i eliminując metody, które mogłyby podważyć jego poglądy.

Wykazanie, że Pasteur popełnił takie wykroczenie, poważnie zaszkodziłoby jego karierze. Na szczęście dla niego zaciekły kontratak się powiódł, ponieważ Bernard nie mógł bronić swoich racji. Kiedy Pasteur umierał w 1895 roku, cieszył się światową sławą najlepszego francuskiego naukowca. Wychwalany na całym świecie za propagowanie teorii wywoływania chorób przez zarazki oraz niestrudzone promowanie szczepień i sterylizacji cieplnej (pasteryzacji), zdobył sławę, która obecnie jest zarezerwowana głównie dla sportowców i gwiazd filmowych. Cytowany wyżej nekrolog, napisany przez Stephena Pageta, świadczy o tym, że Pasteur stał się naukowcem kultowym.

Pasteur zdobył ogromny prestiż głównie w latach sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy wyrzucił na śmietnik zdyskredytowanych teorii naukowych koncepcję samorództwa. Dzięki eksperymentom, które stały się klasyką historii nauki, wygrał niezwykle dramatyczny spór publiczny. Te i inne popisy umiejętności technicznych Pasteura pokazały, że był wytrawnym praktykiem metody eksperymentalnej. Po jego śmierci społeczność naukowa entuzjastycznie wpisała jego nazwisko do rozrastającego się panteonu pierwszorzędnych bohaterów historii nauki. Przez 100 lat biografie konsekwentnie przedstawiały go jako bożyszcze naukowców. Pasteur uchodzi za człowieka o nieposzlakowanej uczciwości, którego praca jest wspaniałym ucieleśnieniem eksperymentalnej nauki wolnej od uprzedzeń. W połączeniu z wyjątkową jakością jego idei to wzorowe podejście usprawiedliwiało jego teorie i sprawiało, że twierdzenia przeciwników jawiły się jako bezsensowne zabobony. Dla zwolenników tego poglądu jego przeciwnicy są jedynie statystami, którzy zostali rytualnie upokorzeni przez popis logiki i eksperymentalnej wirtuozerii. Pokonani przez wielkiego Pasteura schodzą z placu boju, rozgoryczeni porażką lub gotowi złożyć wyrazy uznania zwycięzcy.

Chociaż historia Pasteura jest naprawdę inspirująca, jak wykazali historycy Gerald Geison i John Farley, wiele z jej aspektów nie zgadza się z faktami. Niniejszy rozdział, oparty na nowym spojrzeniu Geisona i Farleya na odrzucenie teorii samorództwa przez Pasteura, ukazuje człowieka, który z całą pewnością nie spełniał wymagających standardów praktyki naukowej, których porzucenie wypominał Claude’owi Bernardowi. Poznając kluczowe elementy kontekstu, w którym toczyła się debata na temat powstania życia, zobaczymy, że Pasteur nie był wolny od uprzedzeń, a jego dane eksperymentalne wskazujące na udział zarazków w gniciu i fermentacji były dalekie od rozstrzygających. Dopiero bardziej zaawansowane badania późniejszych naukowców niemieckich potwierdziły ponad wszelką sensowną wątpliwość, że miał rację.

„Życie jest zarazkiem, a zarazek życiem”

Przekonanie, że żywe organizmy powstały z materii nieożywionej jest równoznaczne z zakładaniem, że prymitywne formy życia mogą powstać bez udziału organizmów macierzystych lub sił nadprzyrodzonych. Jego zwolennicy twierdzili, że mikroorganizmy dostrzegalne w gnijącej materii powstają in situ[4] w wyniku nagłego pojawienia się nowego życia. Zamiast wyśmiać tę koncepcję na podstawie współczesnej wiedzy, musimy sobie uświadomić, że w XIX wieku dane, na których opiera się teoria wywoływania chorób przez zarazki, pojawiały się stopniowo. Musimy też wiedzieć, że do lat sześćdziesiątych XIX wieku czołowy francuski orędownik samorództwa, sędziwy przyrodnik z Rouen, Felix Pouchet, zebrał mnóstwo danych, które sprawiały wrażenie mocnych świadectw prawdziwości tej koncepcji. Pouchet z pewnością nie był pomyleńcem. W latach czterdziestych XIX wieku wykazał, że wbrew obiegowym opiniom męskie plemniki nie wywołują owulacji, co powinno było mu zapewnić zaszczytne miejsce w naukowej galerii sław. Potomność postrzega go jednak jak Hotspura, a Pasteura jak księcia Hala[5].

Długie zmagania Pasteura z Pouchetem rozpoczęły się w 1858 roku, kiedy w Akademii Nauk – głównym ośrodku francuskiej nauki – Pouchet przedstawił rozprawę, w której ogłosił, że może przedstawić eksperymentalne potwierdzenie hipotezy samorództwa. Wyjaśnił, jak poddał wiązkę siana sterylizacji cieplnej, wystawił ją na kontakt ze sztucznie wytworzonym powietrzem lub tlenem i oddzielił od powietrza atmosferycznego za pomocą rtęci. Pouchet twierdził, że w tym przypuszczalnie sterylnym naparze z siana zaobserwował niezwykłe pojawienie się mikroorganizmów – de novo[6]. Jego teza podważała obecnie obowiązujący, odmienny pogląd, zgodnie z którym mikroorganizmy w powietrzu wywołują gnicie, a rozkład nie może zachodzić w sterylnej atmosferze. Przygotowany został grunt pod wielki spór.

Dwa lata po wydaniu rozprawy przez Poucheta Pasteur, który zdobył sławę w dziedzinie krystalografii, ogłosił, że zamierza przyjąć wyzwanie. Dokładnie tego szukał – poważnych badań naukowych cieszących się ogromnym zainteresowaniem opinii publicznej. Z naukowca pracującego w zaciszu laboratorium miał się stać naukowcem występującym na forum publicznym i zapewnić sobie nieśmiertelność, o której mówił żonie kilka lat wcześniej. Warto było czekać. Po czterech latach eksperymentowania, 7 kwietnia 1864 roku, Pasteur wyszedł na scenę w wypełnionym po brzegi amfiteatrze Sorbony i przedstawił szereg zaplanowanych i przeprowadzonych eksperymentów, które zdawały się obalać twierdzenia Poucheta. Jedynie konfrontacja pomiędzy Thomasem Huxleyem a biskupem Wilberforce’em w Oksfordzie kilka lat wcześniej (patrz rozdział 10) osiągnęła zbliżony poziom dramatyzmu i symbolizmu.

Stojąc przed śmietanką francuskich polityków i intelektualistów, na początek Pasteur wyjaśnił, jak w 1860 roku zamknął stałą zawartość powietrza atmosferycznego w kawałku bawełny strzelniczej. Następnie ten „pył atmosferyczny” został przystosowany do badań pod mikroskopem. Chociaż jego metoda doprowadziła do śmierci wszystkich obecnych mikroorganizmów, „korpuskuły” zaobserwowane przez Pasteura wyglądały jak szczątki żywych organizmów. Następnie próbował wykazać, że mikroorganizmy nie pojawią się w roztworze poddanym sterylizacji cieplnej, jeśli ten roztwór nie zostanie później wystawiony na działanie powietrza atmosferycznego.

Pierwsza metoda Pasteura polegała na odtworzeniu eksperymentu Poucheta za pomocą wysterylizowanego roztworu organicznego w korycie wypełnionym rtęcią. Pasteur nie był w pełni zadowolony z tej metody i wynalazł drugi aparat. Wlał do kolby pewną ilość wody drożdżowej z dodatkiem cukru, którą gotował przez kilka minut. Powietrze, które początkowo uległo sterylizacji, przechodząc przez rozgrzaną do czerwoności platynową rurkę, wypełniło przestrzeń powietrzną nad roztworem z drożdży. Następnie kolba została zapieczętowana przez płomień i umieszczona w piecu w temperaturze sprzyjającej rozwojowi mikrobów. Sześć tygodni później Pasteur wyjął kolbę z pieca i nie zauważywszy żadnych oznak życia, włożył mały wacik z bawełny strzelniczej oblepiony „pyłem atmosferycznym”, nie dopuszczając do kontaktu z powietrzem atmosferycznym. Po upływie od 24 do 36 godzin sterylny płyn był pełen mikroorganizmów.

Spodziewając się zarzutu, że mikroorganizmy powstały samoistnie z materiału organicznego w bawełnie strzelniczej, Pasteur powtórzył eksperyment, zastępując go minerałem – azbestem. Pył atmosferyczny, który tym razem znajdował się na azbeście, doprowadził do pojawienia się mikroorganizmów w roztworze, który jeszcze chwilę wcześniej był sterylny. Pasteur ogłosił, że w ten sposób rozstrzygająco udowodnił, iż mikroorganizmy pojawiają się dopiero wtedy, gdy do płynu dostają się stałe cząsteczki powietrza atmosferycznego.

W późniejszym czasie Pasteur jeszcze bardziej udoskonalił swoje metody, używając słynnych kolb z wąskimi szyjami. Zamiast zapieczętować je za pomocą ciepła, zwęził i wygiął ich szyje tak bardzo, że w destylarni powietrze atmosferyczne nie wchodziło w interakcję z zawartością kolb. W większości kolb woda drożdżowa z domieszką cukru była podgrzewana, chociaż kilka z nich pozostawiono w stanie naturalnym w celach kontrolnych. Po upływie od 24 do 36 godzin niezagotowany płyn pokrył się pleśnią, podczas gdy w podgrzanych kolbach nic się nie zmieniło. Bez kontaktu z cząsteczkami atmosferycznymi roztwory pozostawały sterylne. Na koniec Pasteur oderwał szyje kolb wolnych od pleśni i wrzucił je do mieszaniny płynów. Zgodnie z jego przewidywaniami niebawem na ich powierzchni pojawiła się pleśń, kiedy powietrze atmosferyczne dostało się do kolb po oderwaniu szyj. Pasteur ponownie stwierdził, że jedynym wytłumaczeniem tych obserwacji empirycznych są zarazki przenoszone przez powietrze atmosferyczne.

Chociaż te pomysłowe eksperymenty zapewniły Pasteurowi gładkie zwycięstwo w pierwszej rundzie, do końca walki było jeszcze daleko. W tym czasie pionierzy technologii konserwowania żywności twierdzili, że gnicie jest możliwe, jeśli materia organiczna ma kontakt z najdrobniejszą ilością tlenu. Postawiło to Pasteura przed trudnym problemem. Utrzymywał, że różne formy mikroorganizmów wywołują różnego rodzaju gnicie i fermentację, które często obserwowano. Trudno było jednak pogodzić tę koncepcję z drobnymi ilościami powietrza, które według Poucheta i producentów konserw wystarczyły, aby pojawiło się nowe życie. Jak tak wiele różnych rodzajów mikroorganizmów mogło być obecnych w tak niewielkiej ilości gazu?

W listopadzie 1860 roku próby stawienia czoła temu zarzutowi zaprowadziły Pasteura na lodowiec Mer de Glace w Alpach, położony 2000 metrów nad poziomem morza. Opierając się na założeniu, że ilość mikroorganizmów w powietrzu jest zmienna w zależności od gęstości materii organicznej w otaczającym środowisku, przed udaniem się na lodowiec otwierał wysterylizowane kolby z zagotowaną wodą drożdżową z domieszką cukru na różnych wysokościach i w różnych miejscach; te, które zabrał na lodowiec, były ostatnie. Tak jak w innych przypadkach, otwarte kolby zostały ponownie zapieczętowane i umieszczone w piecu, w temperaturze, która z reguły sprzyjała rozwojowi mikroorganizmów. Zgodnie z przewidywaniami Pasteura im mniej mikrobów miało kontakt z kolbą, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że jej zawartość ulegnie fermentacji. Wysoko na Mer de Glace tlen nie wystarczył, aby spowodować fermentację. Pouchet doznał kolejnego głośnego upokorzenia.

Pomimo tego Pouchet i jego zwolennicy pozostawali niewzruszeni. Odpowiedzieli, że przegrzewając roztwory z wody drożdżowej z domieszką cukru wykorzystane na Mer de Glace, Pasteur zniszczył siły wegetatywne, bez których nie może powstać nowe życie. W 1863 roku, wykazując się niezwykłym kunsztem technicznym, Pasteur pobrał krew i mocz prosto z żył i pęcherzy zdrowego bydła. Nie trzeba było ich podgrzewać, aby je wysterylizować. Tak jak podczas poprzednich eksperymentów, mikroorganizmy pojawiły się dopiero po kontakcie z powietrzem atmosferycznym. Rok później w słynnym amfiteatrze Sorbony Pasteur zrobił coś, co wielu uznało za coup de grâce[7]. Wracając do eksperymentu Poucheta z użyciem zagotowanego naparu z siana i koryt wypełnionych rtęcią, wykazał, że chociaż jego przeciwnik zadbał o wysterylizowanie swojej materii organicznej i wykorzystał powietrze nieatmosferyczne, nie zachował równej skrupulatności w kontakcie z jedynym innym źródłem skażenia – rtęcią. Ze swoją typową wirtuozerią Pasteur przedstawił mocne dane doświadczalne wskazujące na kontakt rtęci Poucheta z powietrzem atmosferycznym, co sprawiło, że pojawiły się w niej mikroby.

Ten ostateczny popis wywołał tak wielkie poruszenie wśród obecnych członków francuskich elit, że kiedy wykład dobiegł końca, zgotowali Pasteurowi owację na stojąco. Wynikało to po części z tego, że w tamtym czasie wielka nauka i wielka kultura były ze sobą związane o wiele ściślej niż teraz. Zwłaszcza we Francji każdy szanujący się intelektualista starał się być na bieżąco z odkryciami naukowymi. Jednakże na korzyść Pasteura działał jeszcze jeden czynnik. W ostatnich 60 latach obserwowano wstrząsy wywołane przez terror, krwawy upadek imperialistycznych ambicji Napoleona I, restaurację monarchii, zagarnięcie tronu przez Burbonów i dojście do władzy bratanka Napoleona, Ludwika Napoleona. Tego wieczoru wielu widzów zapewne uznało ściśle kontrolowane kolby i koryta Pasteura za błogi powiew racjonalizmu. W świecie zewnętrznym rozstrzygnięcie sporu bez uciekania się do pomocy wojowniczych sankiulotów, szpady, barykad i coup d’état[8]wydawało się mrzonką. Prawda była domeną tego, kto najwięcej płacił i zadawał najsilniejsze ciosy. Na tym tle eksperymenty Pasteura zaspokajały głęboką potrzebę rozstrzygnięcia, uczciwości i bezinteresowności, których tak dramatycznie brakowało kręgom politycznym i religijnym.

W rezultacie pod koniec tego przełomowego wykładu Pasteur błyskotliwie ukształtował konsensus. Przemawiając do zachwyconej publiczności, uderzył w metafizyczne tony. Wyjaśnił, że oddzielając wodę drożdżową z domieszką cukru od zarazków w powietrzu, usunął „z niej jedyną rzecz, której nie dane jest stworzyć człowiekowi […] – życie, gdyż życie jest zarazkiem, a zarazek życiem”[9].

[1] W 1867 roku pod patronatem Johna Douglasa, markiza Queensbury, John Graham Chambers ogłosił zbiór 12 przepisów bokserskich, które miały zapewnić zawodnikom większe bezpieczeństwo (m.in. poprzez wprowadzenie rękawic) i stały się podstawą współczesnego boksu (przyp. tłum.).

[2] K.R. Popper, Logika odkrycia naukowego, tłum. U. Niklas, Państwowe Wydawnictwa Naukowe, Warszawa 2002, s. 32 (przypisy, poza tymi oznaczonymi jako przypisy tłumacza, pochodzą od redakcji).

[3] Tamże, s. 38.

[4]In situ (łac.) – na miejscu (przyp. tłum.).

[5] Hotspur – przydomek sir Henry’ego Percy’ego (1364–1403), przywódcy nieudanego powstania przeciw królowi Anglii Henrykowi IV w 1403 roku i głównego antagonisty sztuki Henryk IV Williama Szekspira. Książę Hal – Henryk V, król Anglii w latach 1413–1422, który w Henryku IV Szekspira jako książę Walii pokonuje i zabija Hotspura w pojedynku podczas bitwy pod Shrewsbury (przyp. tłum.).

[6]De novo (łac.) – od nowa (przyp. tłum.).

[7]Coup de grâce (fr.) – ostateczny cios (przyp. tłum.).

[8]Coup d’état (fr.) – zamach stanu (przyp. tłum.).

[9] Cyt. za: P. Debré, Louis Pasteur, trans. E. Forster, Johns Hopkins University Press, Baltimore 1996, s. 169.