Nie uwierzysz, kto zabił - Max Czornyj - ebook + audiobook

Nie uwierzysz, kto zabił ebook i audiobook

Max Czornyj

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

13 osób interesuje się tą książką

Opis

NIC NIE JEST TYM, CZYM SIĘ WYDAJE. NAWET ZŁO.

Grupa dzieci dokonuje szokującego odkrycia. Przybyła na miejsce policja trafia na udręczoną kobietę uciekającą przed oszalałym mężczyzną.

Czy to seryjny morderca, który grasuje w Kotlinie Kłodzkiej?

Jego przesłuchanie odmieni wszystko. Szybko okazuje się, że nic nie jest takim, jak się wydawało.

Czy wy również padniecie ofiarą niezwykłej manipulacji?

A może prawda jest na wyciągnięcie ręki, tylko boicie się spojrzeć jej w oczy? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 211

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 46 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mateusz Drozda

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Max Czornyj, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska

ISBN: 978-83-8441-331-9

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Dla kurierów odsłuchujących tę książkę w pracy. Nie myślcie zbyt długo o tym, co macie na pakach. Bez względu na wszystko – to nie Wasza wina.

Zawsze wybaczaj swoim wrogom; nic ich tak nie denerwuje.

Oscar Wilde (przypisywane)

ODCINEK PIERWSZY „WSZYSCY DALI SIĘ OSZUKAĆ”

SIERPIEŃ

1

– Sprawiajże się tu przykładnie, nie ssij palców, bo nieładnie!

Chłopiec ukradkiem zerknął za siebie, sprawdzając, w którą stronę biegną jego przyjaciele. Po chwili kontynuował dziecięcą rymowankę.

– Bo kto palce w buzię tłoczy, zaraz krawiec doń wyskoczy. Z nożycami, zły okrutnie, i paluszki nimi utnie! Ciach, ciach! Gonię!

Malec rzucił się w pościg. Widział, że Andrzej skierował się w stronę rzeki, do której większość dzieci miała zakaz zbliżania się. Ale Andrzej robił, co chciał. Nikt mu nie mógł nic zrobić. Co innego on. Lepiej nie narażać się rodzicom, którzy właśnie się rozwodzą.

Marta zniknęła za murkiem otaczającym opuszczony dom w budowie. Oleg biegł chyba obok niej. Oni zawsze trzymali się razem, więc szansa ujęcia wzrastała podwójnie. Do tego Marta była najwolniejsza z nich wszystkich. Zupełnie co innego Wojtek i Kuba, najstarsi i najszybsi. Pewnie właśnie chowali się gdzieś między drzewami niedaleko drogi. Tam znalezienie ich było prawie niemożliwe. Poza tym z łatwością obiegliby go i dopadli do Wielkiego Drzewa, które stanowiło punkt zdobyczny. Uciekający, dotknąwszy go, wygrywali zabawę. Goniący nie tylko miał złapać swoje ofiary, ale również musiał pilnować drzewa.

– Gonię, gonię, gonię!

Trzykrotne zawołanie rozpoczynało prawdziwą zabawę. Chłopiec udał, że kieruje się ku rzece. Wiedział, że dwójka, która pobiegła w stronę budynku, go obserwuje. Na pewno kryli się w cieniu krzewów przy jego ogrodzeniu. Dochodziła już dwudziesta pierwsza i zapadła zupełna noc. Zapewne był to jeden z ostatnich pościgów tego dnia. Większość z nich miała już dawno być w domu.

Chłopiec przemknął obok wysokiej brzozy, po czym zatrzymał się obok starego muru oporowego. Schylił się i w ten sposób pokonał kilkanaście metrów. Inni musieli stracić go z oczu. Teraz mógł ich zaskoczyć. Zaskoczyłby ich tym bardziej, gdyby usiłowali dobiec przed nim do drzewa – znajdował się bliżej niego, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Poza tym miał doskonałą perspektywę na okolicę.

Niedaleko parkował jakiś duży samochód. Przez moment omiótł wszystko światłem reflektorów, a potem trzasnęły drzwi. Rzadko kiedy ktoś tu się zatrzymywał, ale chłopiec nie zwrócił na to uwagi.

Poruszając się za linią chaszczy, wzdłuż koryta rzeki, obiegł polanę i dopadł do muru opuszczonego budynku. Nikt go nie widział. Teraz musiał jedynie zakraść się tam, gdzie chowali się Marta i Oleg. Ogrodzona posesja była nieduża, poza tym rosło na niej tylko kilka krzewów. Wbrew pozorom to miejsce nie dawało dobrego schronienia w trakcie zabawy. Chyba że usiłowało się wrobić goniącego, uciekając dookoła domu. Do środka nikt nie miał prawa wejść. Była to nie tylko niepisana reguła zabawy, ale również zakaz wydany przez rodziców. Wszystkich.

Chłopiec bezgłośnie wspiął się po murowanym murze. Podciągnął się i przełożył nogę. Gdyby teraz jego przyjaciele rzucili się w stronę drzewa, uciekliby mu. Nie mógł ich dogonić. Ale za chwilę… Za chwilę to on wygra.

Wtem dostrzegł ich tuż przy ścianie domu. Nachylali się i zaglądali do środka.

Co jest…

Zeskoczył z muru i rzucił się w ich stronę. Nie zważał na to, że mogą go usłyszeć. Nie mieli jak uciec.

– Mam was! Wygrałem!

Marta i Oleg całkowicie go jednak zignorowali. Nawet kiedy znalazł się tuż przy nich. Nawet gdy dotknął ramienia przyjaciółki.

– Co robicie?

Nie odrywali wzroku od wnętrza budynku. Oleg przykładał dłoń, by zobaczyć coś więcej. Marta cicho pisnęła i się cofnęła. Wtedy mały chłopiec również zajrzał do środka.

– O mamciu! – zawołał. – Uciekajmy stąd!

2

Radiowóz wjechał na żwirowe pobocze. Dwóch policjantów nieśpiesznie wyszło ze środka i skierowało się w stronę rudery.

– Zostawiam włączoną dyskotekę – rzucił starszy posterunkowy. – Niech się świeci.

– Nadałem komunikat.

– Może lepiej się wstrzymajmy… To tylko zgłoszenie jakichś dzieciaków.

Sierżant wymownie zerknął na towarzysza. Nie oczekiwał od niego porad ani tym bardziej sugestii. Szczególnie w takiej sprawie.

– Wiesz, co się wydarzyło w ostatnich dniach – mruknął. – Wolę dmuchać na zimne. Sytuacja się powtarza… Parę dni temu o tej porze wymieniałem się numerem telefonu z uroczą panią kryminalistyk.

– W pełnych miłości oparach zwłok.

– Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Takie okoliczności można długo wspominać.

– Przynajmniej zdzwoniliście się? Poszliście na kawę?

– Nie. Oboje mieliśmy cholernie dużo roboty.

– Szkoda.

– Ano, kurwa, szkoda.

Znowu wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Wiadomo, dlaczego mieli tę robotę, i starszy posterunkowy pomyślał, że to w sumie dobrze, że sierżant jest przezorny. Lepiej dmuchać na zimne. To fakt. Chciał wrócić do domu ze służby. Na niego nie czekała żadna urocza pani kryminalistyk, ale dwa psy. Małe, radosne i piekielnie nieporadne. Bez niego umarłyby z głodu. A gdyby trafiły do schroniska, popełniłyby samobójstwo. Na pewno. Takie psy z samotności popełniają samobójstwa, bez dwóch zdań.

– Dobra, chodźmy.

Sierżant zapalił latarkę, a jego towarzysz powlókł się nieco z tyłu. Na wszelki wypadek.

– Gdzie są te dzieciaki?

– Pewnie się zmyły. Poza tym zgłoszenie pochodzi chyba od rodziców. Nie wnikałem w szczegóły, już sam nie wiem, kto co mówił.

– Mamy sprawdzić ten dom? I tyle?

– Marzę o tym, żeby się przespać. Dlatego błagam cię, do diabła, nie zapeszaj.

Mężczyźni przeszli przez uchyloną bramę i weszli na podwórze. Budynek był bardzo duży, lecz sprawiał upiorne wrażenie. Większość okien była zabita, otynkowano go tylko częściowo, a przy jednej ze ścian stało chylące się ku upadkowi rusztowanie. Tu i ówdzie poniewierały się deski, rozmaite pręty i cegłówki.

– Uważaj. – Sierżant oświetlił stertę metalowych drutów. – Można się przez takie coś zabić. Jak byłem mały, miałem kumpla, który zeskoczył z balkonu budowanego domu i nadział się na pręt zbrojeniowy. Przebił go na wylot.

– Zginął?

– Nie. Do końca życia będzie chodził z trzydziestocentymetrowym metalowym rogiem wystającym z czaszki. Nazywają go „Jednorożec”.

Sierżant łypnął na towarzysza i cicho gwizdnął.

– Oczywiście, że zginął. Czasem zachodzę do niego na grób.

– Miał pecha… Mam wrażenie, że aby przeżyć dzieciństwo w naszych czasach, trzeba było mieć farta. Nie to, co teraz. Dzieci traktuje się, jakby były ze szkła.

– Tsss…

Sierżant mocniej chwycił latarkę. Zamarł w bezruchu, nasłuchując. Całe podwórze oświetlał blask stroboskopów. Jakby znajdowali się w klubie na otwartym powietrzu.

– Słyszałeś? – zapytał szeptem.

Starszy posterunkowy stanął tuż obok i wstrzymał oddech. Po chwili bezgłośnie przesunął się bliżej drzwi. Odruchowo musnął palcami kaburę pistoletu.

– Nie, ale…

Wtem ciszę przeciął krzyk. Poniósł się echem po pustym wnętrzu. Snop światła, skierowany przez uchylone drzwi do środka, oświetlił niezwykłą scenę.

– Uważaj!

AMELIA

3

Pędzę przed siebie ile sił. Potykam się na betonowych schodach. Zataczam się i usiłuję chwycić barierki. Nie ma jej. Cholerne schody są zabezpieczone jedynie cienką deską, którą mija moja dłoń.

Chwieję się, wymachując rękoma. Jeżeli upadnę, zlecę piętro w dół. Ponad dwa metry na pokryte kurzem i brudem stopnie. Połamię się. A może skręcę kark.

Przed oczami przelatują mi najgorsze myśli, lecz jakimś cudem udaje mi się utrzymać równowagę. Przeskakuję po dwa schodki do góry. Uważam, by nie zahaczyć czubkiem buta o nierówną powierzchnię.

Boże. Muszę uciec. Muszę znaleźć się przy wyjściu.

Teraz w którą? Skołowana zastanawiam się, czy skręcić w lewo, czy w prawo. Opuszczony budynek tonie w ciemności. Oświetlam sobie drogę latarką, lecz ręka drży mi jak u epileptyka. Kręci mi się w głowie.

W którą stronę? Jeśli źle wybiorę, mogę znaleźć się w ślepym zaułku, a to będzie mój koniec. Mam zaciśnięte gardło i z trudem oddycham.

Błyskawica przecina niebo i dwukrotnie rozjaśnia wnętrze. Jakby ktoś wyłączył i znowu włączył mocny reflektor.

Chyba w lewo. Tak, na pewno w lewo.

Za sobą słyszę ciężkie kroki i sapanie. Biegnąc, zerkam przez ramię. Zwalisty mężczyzna jest dosłownie pięć lub sześć metrów z tyłu. Właśnie wbiega po ostatnich stopniach. Lada moment mnie dopadnie. Nie jestem dość szybka. Nie uda mi się uciec.

Proszę. Błagam. Nie!

Serce wali mi jak oszalałe, a w ustach czuję posmak żółci. Ocieram się dłonią o chropawą, nietynkowaną ścianę i zdzieram sobie naskórek. A może to adrenalina maskuje ból i w rzeczywistości rana jest znacznie głębsza? Nie wiem. Nie interesuje mnie to.

Skupiam się tylko na biegu. Na ruchu nóg i na pracy mięśni. Na tym, żeby nie upaść. I żeby nie mógł mnie chwycić. A podświadomie wyczuwam… Nie!

Nie wyczuwam. Ja wiem, że jego dłoń przecina powietrze tuż za mną. Wydaje mi się, że końcówki jego paznokci ocierają się o moje plecy.

Nagły błysk.

Snop światła padający mi prosto w oczy. Czyjś krzyk. Dostrzegam zarys jakiejś sylwetki przesuwającej się na tle otwartych drzwi. Czuję powiew powietrza na twarzy.

– Pomocy! – krzyczę. – On mnie goni! Ratujcie mnie!

Błysk stroboskopów rozświetla okolicę. Wyraźnie widzę niebiesko-czerwone światło. Słyszę wycie syren. A może to dźwięk rozsadzający wyłącznie mój mózg? Złudzenie? Ale przecież ich skowyt przebija się ponad dudnienie nieodległego grzmotu. Kakofonia dźwięków miesza się z grą świateł. Reflektorów, stroboskopów i błyskawic przecinających niebo. Jestem u progu piekła.

– Ratunku! – krzyczę ile sił w płucach.

Policjanci wyciągają broń. Jeden z nich składa się do strzału, a jego twarz wykrzywia się w wściekłości. Pędzący za mną mężczyzna głośno klnie.

Jeśli złapie mnie ktokolwiek z nich, umrę. Zabiją mnie. Rzucam się do dalszej ucieczki, uderzając łokciem we framugę. Ból przeszywa całe moje ramię, a nawet promieniuje do biodra. Skulona usiłuję pędzić dalej.

Wtedy pada strzał.

TRZY LATA WCZEŚNIEJ

4

– Ponoć przyjedzie do nas za kilka tygodni. Znowu ma cykl szkoleń, więc góra chce go do nas koniecznie ściągnąć.

– I doskonale. Dobrze się tego słuchało, bez względu na treść.

– Szczerze? Momentami myślałem, że się porzygam. Naprawdę. Mam mocny żołądek, ale kiedy zaczął opowiadać o przeszczepach głów małpom albo o tym, jak dokładnie przebiega rozkład ciała…

– Właśnie! – Jeden z policjantów opuścił radar, gdyż przejeżdżające auto poruszało się z dopuszczalną prędkością. – Co miał przeszczep głowy makaków czy jakichś innych bestii do kryminalistyki?

Drugi policjant stał kilka metrów dalej, przy radiowozie. Opierał się o drzwi i wystawiał twarz do słońca. Był marzec, wiosna rozpoczęła natarcie i po raz pierwszy tego roku temperatura przekroczyła piętnaście stopni. Momentami robiło się naprawdę ciepło. Po niemal czterech miesiącach śniegu, siarczystych mrozów albo pluchy wiosna była niczym zbawienie.

– Nie mam pojęcia. Chyba chodziło o jakieś kwestie moralne.

– One są najgorsze. I te eksperymenty… To od nich robi się dopiero niedobrze.

Kolejne auto jechało z przepisową prędkością. Kierowcy, widząc patrol, zjeżdżali z górki i mrugali nadjeżdżającym z naprzeciwka światłami drogowymi. Ot, międzynarodowy sposób ostrzegania o obecności policji. Tyle że nie rozumiano, dlaczego tam stali. Trzy wypadki, w tym jeden z ofiarą śmiertelną, w ciągu pięciu miesięcy. Wszystkie z powodu przekroczenia prędkości albo niedopasowania jej do panujących warunków. Dziś pogoda była idealna, ale zazwyczaj to tylko sprzyjało ułańskiej fantazji.

– Pamiętam, jak mówił o tym mózgu – ciągnął policjant. – Przeszczepionym do brzucha innej małpy… Pozbawionym jakichkolwiek bodźców, bo odciętym od słuchu, wzroku oraz mowy. Okropieństwo. Wyobraź sobie, że twoje myśli zostają zamknięte w czyimś brzuchu.

– Mniej więcej tak samo mają osoby z syndromem zamknięcia.

– O nie! Wtedy ludzie słyszą. Ze znaczną częścią można się kontaktować poprzez odczytywanie ich mrugnięć.

– Co by nie było… Mieć do dyspozycji tylko swoje myśli czy jeszcze oprócz tego słyszeć otoczenie, to prawie to samo.

– Prawie. Mózg oderwany od ciała to jakieś popieprzone science fiction… Czy można wtedy w ogóle mówić o człowieku?

W oddali, na wzniesieniu, pojawiło się duże auto. Policjant z radarem zrobił krok w stronę pobocza i uniósł urządzenie.

– Sam mózg jako człowiek… – mówił dalej drugi funkcjonariusz. – Wyobrażasz to sobie? RoboCop przestaje być już fantazją.

– W Chinach już go pewnie wynaleziono. Komisariaty mogą go kupić w promocji dnia na AliExpressie.

– Taa… A wysyłka jest darmowa, jeśli kupujesz dwie sztuki.

Policjant wyciągnął radar i spojrzał na odczyt prędkości. Nadjeżdżające auto nawet nie zwolniło. Kierowca musiał już go zobaczyć. Chyba że bawił się telefonem lub ustawieniami samochodu. Wszystko było możliwe.

– Cholera! Ma ponad setkę!

Funkcjonariusz uniósł lizak i ruszył na drogę. Wówczas rozległ się pisk opon, a SUV wyraźnie wytracił prędkość.

– Za późno, brachu – mruknął policjant. – Sześć kilometrów więcej i straciłbyś prawdo jazdy. Dziewięćdziesiąt cztery! – rzucił do towarzysza.

– Dziewięćdziesiąt cztery? Idiota.

Lawina zdarzeń ruszyła. Już nikt nie mógł jej zatrzymać.

* * *

Chwilę później z SUV-a wyjrzał uśmiechnięty mężczyzna o gładko ogolonej twarzy.

– Mnie lepiej nie dawać mandatu – rzucił na powitanie. – To niebezpieczne.

Postawny policjant spojrzał na niego z ukosa.

– Grozi mi pan?

– Po prostu mówię, że może pan tego żałować. To nie jest groźba.

– Nie przyjmuje pan mandatu? Sprawa zostanie wówczas skierowana do sądu, gdzie…

– Oczywiście, że przyjmuję. Trzeba ponosić konsekwencje swojego zachowania. Jesteśmy w końcu dorośli, prawda, aspirancie…?

TERAZ

WIKTOR

5

– Niech to szlag.

To chyba ulubione powiedzenie Wiktora Abla. Powtarza je dziesiątki razy każdego dnia, tak że podwładni nazywają go czasem po prostu „Szlag”. Zresztą przełożeni pewnie również, lecz nigdy jeszcze ich na tym nie przyłapał. To kwestia położenia – do gabinetów podwładnych wpada czasem bez pytania, bywa, że zdybie ich na omawianiu problemów całego świata w trakcie przerwy kawowej w pokoju socjalnym albo w kiblu. Kibel to w komendzie miejsce idealnego podsłuchu. Jeśli tkwisz zamknięty w jednej z kabin, wchodzący traktują cię tak, jakbyś nie żył. Nawet jeśli widzą czerwone pole na zamku pod klamką, są święcie przekonani, że osoba w środku w najlepszym wypadku jest głucha. Ciągną rozmowy na wszystkie możliwe tematy. Obgadują rodziny i przełożonych, klną, opowiadają najsprośniejsze żarty, wykpiwają zatrzymanych, przesłuchiwanych, a czasem pokrzywdzonych. W kiblach nie ma litości. Nawet jeśli przybyli rozchodzą się do swoich kabin, niewybredne komentarze są kontynuowane. Jeszcze lepiej, jeżeli dwóch gliniarzy staje przy pisuarach i ramię w ramię oddaje mocz. Wtedy są jak żołnierze Armii Pogardy. Szczą na jakąkolwiek poprawność. Członkowie Komisji Europejskiej, ekoświry, ostatnie pokolenia i tak dalej, słysząc ich, padliby na zawał.

Właśnie w kiblu Abel dowiedział się, że ma również ksywkę „Żyd”. Najpierw dałby sobie głowę obciąć, że to przez jego skąpstwo. Parę dni wcześniej, kiedy dwóch sierżantów przyszło do niego z pomysłem urządzenia zbiórki na prezent dla kogoś odchodzącego na emeryturę, nakazał im pobieranie niższych kwot. No bo jak miał zareagować na słowa: „Chociaż pięćdziesiąt złotych. Każdy daje więcej”. To czysta presja, manipulacja i podejście psychologiczne. „Może wprowadźcie odsetki karne w zależności od wysokości rangi” – sarknął. I kiedy parę dni później usłyszał, że mówią o nim per „Żyd”, wszystko wydawało się jasne. Przynajmniej przez chwilę. Do momentu, aż z kontekstu jednoznacznie wynikło, że sytuację powiązano z jego nazwiskiem.

Debile. Gdyby wiedzieli, że to niemieckie nazwisko patronimiczne ma tyle wspólnego z hebrajskim, co krzesło elektryczne z krzesłem… Chciał im nawet o tym powiedzieć, ale wymagałoby to zbędnego strzępienia sobie języka. Zamiast tego ostentacyjnie wyszedł z kabiny, zatrzymał się przy pisuarach i odchrząknął. Jednego gliniarza kojarzył z nazwiska, drugiego znał tylko z widzenia.

– Nie pozalewajcie sobie nogawek – parsknął ze sztucznym uśmiechem.

W sumie miał w nosie, co o nim mówią. Mógł być Żydem i Szlagiem. Ważne, że ogólnie go lubiano, widmo wczesnej emerytury stawało się coraz wyraźniejsze, a ostatnie sprawy udawało się sprawnie zamknąć. Nie gnębił go prokurator ani nie ciągano go po sądach. Tak się dało żyć. Tym bardziej że od jakiegoś czasu głowę zaprzątały mu choroba żony i konieczność ogarnięcia znacznej części spraw domowych.

Dla Anny zrobiłby zresztą wszystko. No, prawie wszystko, bo z prasowaniem i wypakowywaniem zmywarki nadal miał poważny problem, ale mniejsza… Chodził czasem w pomiętych ciuchach, a naczynia ogarniał na bieżąco. Każdy kryzys można zażegnać. Na wszelkie problemy jest rozwiązanie. Ot, bohaterskie radzenie sobie z wyzwaniami przez mężczyzn.

Anna… Choć czasem wydawała mu się uosobieniem szatana, była kobietą jego życia. Oczywiście miała swoją mroczną stronę, ale któż jej nie ma? Ciekawe, jaką ksywkę nadaliby jej jego koledzy z pracy, gdyby wiedzieli, że nosiła panieńskie nazwisko Schulz. Ha, ha. Śmiechom pewnie nie byłoby końca. Kapo… O tak, to byłoby idealne przezwisko. Anna miała iście stalowy charakter, żeby to ująć metaforycznie. Parę razy, gdy suszyła mu głowę po firmowych imprezach, był gotów zamknąć się w areszcie i wyrzucić klucz. Ba, najchętniej zabarykadowałby się od środka, żeby dowieść, że jest w stanie wytrwać nie tylko o samym chlebie i wodzie, ale nawet o całkowicie suchym pysku.

Uśmiechnął się na tę myśl, lecz zaraz spochmurniał.

Pieprzyć to. Tworzył dziecinne światy, wyobrażenia i porównania, które miały być ucieczką od rzeczywistości. Lepiej było myśleć o wyrzucanym kluczu niż o wymienianej pielusze. Lepiej było próbować się rozśmieszyć, wyobrażając sobie żonę jako wiedźmę, niż patrzeć na jej zmarnowaną, bladą twarz z zapadniętymi oczami.

Poznali się, kiedy mieli po trzynaście lat, i jakoś to dociągnęli prawie do pięćdziesiątki. Teraz perspektywy zmieniały się dość istotnie. Czy będą razem obchodzić sześćdziesiątkę? Mogło budzić to wątpliwości. Przynajmniej lekarze ponoć sugerowali, że powinien być dość ostrożny z przedwczesnym zamówieniem tortu oraz rezerwacją wycieczki na Karaiby. Gdyby jeszcze było ich na to stać… Poza tym Anna nie chciała, żeby rozmawiał o jej stanie. Uszanował tę prośbę i czasem wydawało mu się, że tkwią w mydlanej bańce, omijając ten temat. Prawie nikt nie wiedział o jej chorobie. A on… Jakoś sobie radził.

Nie pocieszał się ani nie myślał o przyszłości. To znaczy myślał, ale zawsze wtedy robiło mu się niedobrze z nerwów. Szczególnie gdy upragniona wizja wczesnego przejścia na emeryturę, którą roztaczał przed sobą od ćwierć wieku, nagle brała w łeb. Co ich czekało za trzy, cztery lata? Wyjazd, jeśli nie na Karaiby, to chociaż nad Bałtyk? Babranie się w grządkach w ogródku działkowym, który nabyli parę lat temu? A może Anna będzie już gniła w ziemi? Byli optymistami, którzy myśleli o działce, a nie o kwaterze na cmentarzu.

Ha, ha. Życie jest cholernie przewrotne. Jednak podobno (to znowu były jedyne zapewnienia Anny) ostatnio rokowania co do stanu jego żony nieco się polepszyły. Można by powiedzieć, że w całej sprawie nastąpił zwrot akcji, choć nie należało chwalić dnia przed zachodem słońca. Kolejna metafora. Ludzie mają skłonność albo do przesadnej szczerości, albo do uciekania w eufemizmy.

– Niech to szlag – warknął.

Wypadł z komendy do sklepu, żeby kupić parę rzeczy. Jak zwykle nie wziął koszyka, lecz uznał, że wszystko uda mu się zmieścić w rękach. Okazało się to założeniem równie optymistycznym, jak to o radosnej emeryturze. Odstawił na półkę jogurt, który niemal wypadł mu z dłoni. Zamiast kubka sięgnął po butelkę. Tę przynajmniej mógł trzymać między palcami. Pomyślał, że na przykład taki Chopin miałby na jego miejscu cholernie łatwo. Rozciągał dłonie, wkładając między paliczki korki od szampana. Mógłby nieść cztery butelki i słoik. Przezabawna wizja.

Abel odwrócił się ku kasom i wtedy poczuł wibrację komórki. Po chwili rozległ się dźwięk dzwonka przypisanego do jednej jedynej osoby, której nie chciał teraz usłyszeć. Do dyżurnego. A to znaczyło, że zdarzyło się coś wymagającego jego obecności. Kolejna awantura przy Dąbrówki? Pobicie przy Wiosennej?

O nie. Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Miało być znacznie gorzej.

Niech to szlag.

6

Cały parking był zajęty. Z ogródka restauracji Korona niósł się szczękot sztućców i gwar rozmów. Abel poczuł głód. Właściwie powinien być już w domu, ale po raz kolejny odkładał powrót tak długo, że obowiązki dopadły go po służbie. Komenda w Kłodzku miała problem z kadrami, więc nie było wyjścia. A może w ten sposób oszukiwał samego siebie? Nie po raz pierwszy i pewnie nie po raz ostatni.

Na miejscu znajdowały się już dwa radiowozy i zebrało się paru gapiów. Pewnie goście restauracji, którzy skończyli jeść, liczyli jeszcze na dodatkowy wieczorny show.

Boże, dałbym wszystko za półkrwisty, tłuściutki stek – pomyślał Wiktor. Kiszki grały mu marsza, a zapach grillowanych dań przyprawiał go o ślinotok. Kiedy jadł po raz ostatni? Chyba śniadanie. W ciągu dnia wypił cztery albo pięć kaw, pochłonął dwie paczki gum anyżowych, ale nie zaszedł do stołówki. Nie miał ochoty. Odwalał robotę papierkową, pozorował i udawał sam przed sobą. Posprzątał biurko. A o jedzeniu zapomniał, jakby chodziło o coś całkowicie nieistotnego. Teraz organizm upominał się o swoje.

– Panie komisarzu…

Młody, wysoki i szczupły jak witka aspirant powitał go skinieniem głowy. W świetle ledowych reflektorów jakiegoś auta jego twarz wydawała się trupio blada. Pod oczami zebrały się cienie, podkreślając nadzwyczaj mocne kości policzkowe.

– To tam. – Wskazał w dół niewielkiego zbocza. Obok maleńkiego, pokracznego budynku przypominającego ni to przebudowywaną sto razy góralską chatę, ni to afrykańską altankę błyskały latarki. Z tamtej strony niosły się też podekscytowane głosy jakichś dzieciaków.

– Co się stało?

Dyżurny, przekazując mu zgłoszenie, użył chyba wszystkich znanych sobie synonimów słowa „trup”. Denat, nieboszczyk, zmarły… Niepokojące było jednak nazwanie go „ofiarą”, choć Abel nie mógł z niego wyciągnąć wiele więcej. Zgłoszenie było świeże, fakty w ogóle nieustalone, a radiowóz w drodze. Dlatego po stawieniu się na miejsce komisarz właściwie wiedział tyle, co każdy z zebranych gapiów.

– Facet poszedł się odlać – odezwał się aspirant. – Nie wiem, dlaczego nie mógł tego zrobić jak człowiek, w kiblu restauracji, tylko poszedł pod drzewko. W każdym razie musiał mieć widok… Niech pan sobie to wyobrazi. Rozpina rozporek, wyciąga ptaka i właśnie wtedy go zobaczył.

– Że co?

W głosie aspiranta, choć słowa całkowicie na to nie wskazywały, było wyczuwalne potworne zdenerwowanie. Poszczególne dźwięki jakby wydobywały się z otchłani żołądka, przechodząc przez membranę krtani, przez co mężczyzna niemal piszczał.

– Ktoś tam zasłabł i zmarł?

Wiktor jeszcze raz omiótł wzrokiem okolicę. Do grupki gapiów dołączyły kolejne osoby. Światła latarek koncentrowały się jakieś sto metrów dalej, nieopodal linii drzew w dole zbocza. Od pokracznego domku dzieliło je kolejne kilkanaście metrów. Kto mieszkał w tym budynku? Czy nie było w nim prądu?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ODCINEK PIERWSZY: „WSZYSCY DALI SIĘ OSZUKAĆ”

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji